PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Mapp i Lucia
Autor Wiadomość
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 01 Wrz, 2025 13:16   

O tak, Elżbieta spisała się na medal :rotfl: Jak sobie pomyślę, jak major-łowca-lwów pomyka w szlafroku chyłkiem zbierajac swoje szczoteczki do zębów z ulicy, to mnie pusty śmiech ogrania. I te zapasy trunków! :rotfl:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 01 Wrz, 2025 16:44   

A szczęka leżąca na schodach :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 01 Wrz, 2025 20:35   

O matko, szczęka! :rotfl: :rotfl: :rotfl:


Juruś, podobnie jak major Benjy, miał materiał do rozmyślań gdy wrócił do domu z wypadu do Mallards. Zajmowały go dwa tematy: obelisk i stół kuchenny. O obelisku nie wspomniano w tych kilku radosnych okrzykach, które wymienił z Lucią i miał nadzieję, że panie go nie widziały. Tak więc po śniadaniu poszedł do kamieniarza i błagał go, by ten przysłał natychmiast wózek i gromadkę silnych ludzi na dziedziniec kościelny by usunęli obelisk i przewieźli do na tyły Mallards Cottage, który obecnie służył jako miejsce schronienia dla stołu kuchennego przykrytego plandeką. Ale pan Marble1 (nosił takie stosowne nazwisko) tylko kręcił głową: obelisk został poświęcony i z pewnością będzie trzeba dokonać jakichś obrzędów nim będzie można go usunąć. To nie wchodziło w grę: Juruś nie mógł czekać na obrzędy, jakiekolwiek by one były i nakazał, aby w takim razie napis został natychmiast skuty; na pewno do usunięcia śladów kłamstwa nie trzeba żadnych obrzędów. Niech pan Marble wyśle ludzi, żeby z całych sił robili stuk stuk stuk a te wszystkie piękne litery odpadną, a powierzchnia kamienia nie będzie już zawierała żadnych zbędnych informacji.
- Albo zróbmy tak – powiedział Juruś w przypływie geniuszu. - Namalujmy na nim (na wycinanie już mnie nie stać) napis, który zamówił ten bankrut, którego obelisk odkupiłem. On będzie miał swój pomnik za darmo, a ja pozbędę się swojego, czego bardzo pragnę... Pięknie. Teraz proszę posłać wózek do mojego domu i zawieźć wielki stół kuchenny – ten stół – do Grebe. Musi wejść przez drzwi kuchenne i zostać cichutko wstawiony do kuchni. I chcę aby było to wykonane dzisiaj.
Wszystko poszło zgodnie z tymi przemyślanymi planami. Juruś na własne oczy zobaczył, jak ostatnie słowo inskrypcji znika pod młotkiem i zabrał wszystkie ołowiane litery na wypadek gdyby miały się do czegoś przydać, choć sam nie wiedział do czego, może kazałby ułożyć z nich napis „Malladrs Cottage” na progu domu, bo w tak długim napisie na pewno znajdą się wszystkie potrzebne litery. Dość ładny i oryginalny pomysł. Potem sprawdził, że stół został odstawiony na miejsce gdy Lucia spała i pojechał tam w porze kolacji czując, że zrobił wszystko, co się dało. Na tę szczęśliwą okazję założył swą białą kamizelkę z onyksowymi guzikami.
Lucia wyglądała nadzwyczajnie dobrze i była bardzo opalona. W ramach odpoczynku napisała do przyjaciół z Tilling i spoza niego więcej kart pocztowych, niż Juruś kiedykolwiek widział naraz.
- Jurusiu – zawołała. - Mam ci tyle do opowiedzenia, że sama nie wiem, od czego zacząć. Może najpierw moje przygody, w skrócie, bo pełną wersję podyktuję sekretarce, urządzę w przyszłym tygodniu przyjęcie dla całego Tilling i odczytam je wam. Może raczej dwa przyjęcia, bo chyba wszystkiego nie przeczytam w jeden wieczór. Teraz wróćmy do Boxing Day.
- Tamtego popołudnia weszłam do kuchni – zaczęła gdy zasiedli do kolacji - a tam była Elizabeth. Spytałam ją – to naturalne, nie sądzisz? - co tam robi, a ona odrzekła „przyszłam podziękować ci za pyszny pate’ i spytać, czy…” Tyle udało jej się powiedzieć gdy brzeg runął ze straszliwym rykiem i powódź wlała się do domu. Ja byłam całkiem spokojna. Docieramy do – że tak powiem – stołu. A tak przy okazji, dopłynął do brzegu?
- Tak – powiedział Juruś – i jest już w twojej kuchni. Odesłałem go.
- Dziękuję, mój drogi. Dotarliśmy do stołu kuchennego, doskonałej łodzi, nie rozumiem dlaczego więcej takich nie produkują, przepłynęłyśmy obok schodów – och, a czy padre się strasznie nie przeziębił? Ależ to był plusk, a była to jedyna kropla wody jaką nabrałyśmy.
- Nie, ale stracił parasol, ten, który mu dałaś – powiedział Juruś – i ksiądz z kościoła katolickiego znalazł go po tygodniu i zwrócił mu. Czy to nie dobry zbieg okoliczności? No, opowiadaj. A nie, chwileczkę. Co miałaś na myśli mówiąc „czekajcie aż wrócimy?”
- No przecież chciałam ci powiedzieć, że znalazłam Elizabeth w mojej kuchni – powiedziała Lucia.
- Hurra! Domyśliłem się, że chodzi ci o coś takiego – powiedział Juruś.
- No cóż, wyszłyśmy – nigdy wcześniej nie byłam tak szybka przy kuchennym stole – na pełne morze w oślepiającej morskiej mgle. Och, mówię ci, biedna Elizabeth! Za grosz odwagi. Powiedziałam jej, że jeśli nas uratują, to nie ma o co płakać, a jeśli nie, to nasze problemy wkrótce się skończą.
Weszła Grosvenor kładąc przed Lucią talerz ryb. Lucia wzdrygnęła się gwałtownie.
- Och, zabierz to – powiedziała. - Nie nie chcę widzieć ryby, zwłaszcza dorsza, póki żyję. Powiedz kucharce. Zaraz dowiesz się dlaczego, Jurusiu. Elizabeth popadła w histerię i powiedziała, że nie jest gotowa na śmierć, więc ją skrzyczałam – tak najlepiej postępować z ludźmi w histerii – i powiedziałam że z wiekiem będzie coraz mniej sprawna i to jej trochę pomogło. Potem zrobiło się ciemno, wokół słychać było buczenie rogów mgielnych, więc wołałyśmy i krzyczałyśmy, ale ich buczenie było głośniejsze od naszych głosów i nikt nas nie słyszał. Jeden z nich brzmiał coraz głośniej i głośniej, aż nie mogłyśmy go prawie znieść i wreszcie uderzyłyśmy w niego delikatnie. W ten róg, mam na myśli.
- O jej, musiałaś się bardzo zdenerwować – powiedział Juruś.
- Nie, to było jak przybicie statku do brzegu – powiedziała Lucia. - Żadnego wstrząsu. Potem kiedy buczenie ustało, usłyszeli nasz krzyk i wzięli nas na pokład. To był włoski trawler w drodze na łowisko (to dlatego mam wstręt do dorsza na całe życie) na Gallagher Banks.
- To też szczęśliwy traf – powiedział Juruś – że mogłaś ich trochę zrozumieć. Lepsi Włosi niż Hiszpanie.
- Ani trochę, bo jestem przekonana, jak powiedziałam Elizabeth, że mówili dziwacznym neapolitańskim dialektem. To był raczej pech. Ale że kapitan świetnie rozumiał angielski, więc nie miało to znaczenia. Byli bardzo uprzejmi, ale nie mogli odwieźć nas do brzegu, bo byliśmy już kawał drogi poza Kanałem La Manche i kompletnie zagubieni. Nie wieli pojęcia, gdzie jest wybrzeże Anglii ani jakiekolwiek inne.
- Bez telegrafu? - zasugerował Juruś.
- Dzień wcześniej został zniszczony przez okropny sztorm. Dryfowaliśmy we mgle przez dwa dni, a kiedy się przejaśniło i znów załapaliśmy słońce – marynarski żargon, Jurusiu – byliśmy gdzieś przy brzegach Devonshire. Kapitan obiecał, że przywoła każdy statek zmierzającego do Anglii, ale żadnego nie napotkaliśmy. Popłynął więc do Gallagher Banks, mniej więcej tak daleko od Irlandii jak od Ameryki i tak już było przez dwa miesiące. Dorsz, dorsz, dorsz, nic tylko dorsz i chrapiąca Elizabeth w kabinie, którą dzieliłyśmy. Bardzo często kąsało nas przenikliwe zimno; jak się cieszyłam, że znam tyle ćwiczeń kalistenicznych! Wszystko o tym czasie opowiem dokładnie w moim odczycie. Potem odkryliśmy, że przy doku stoi trawler z Tilling i kiedy był gotów do odpłynięcia przeładowałyśmy się – tak to nazywają – i wróciły, jak już wiesz, dziś rano. To skrót wydarzeń.
- Najwspanialszy skrót, jaki w życiu słyszałem! - powiedział Juruś. - Pisz szybko ten odczyt.
Lucia wbiła w Jurusia swe świdrujące spojrzenie. Pobyt na morzu nie odebrał mu nic z przenikliwości.
- Teraz twoja kolej – powiedziała. - Sądzę, że wiem o wiele więcej niż myślisz. Najpierw nabożeństwo żałobne.
- Och, to ty już wiesz?
- No pewnie. Znalazłam w domu egzemplarz Gazety Parafialnej i przeczytałam w łóżku. Uważam, że za bardzo się pospieszyliście. Zapewne na nim byłeś.
- Wszyscy byliśmy – powiedział Juruś. - No w końcu padre mówił o tobie same miłe rzeczy.
- Bardzo mi to pochlebiło. Ale i tak, za wcześnie to było. A ty i major Benjy byliście głównymi żałobnikami.
Juruś zastanowił się przez chwilę.
- Wyznam to szczerze przed samym sobą – powiedział. - Powiedziałaś mi, że zapisałaś mi Grebe i małą sumę, a twój prawnik powiedział mi, jaką. Moja droga, byłem bardzo poruszony i naturalnie to było jak najbardziej właściwe, żebym to ja był głównym żałobnikiem. To samo tyczyło się majora Benjy. Widział testament Elizabeth, więc obaj tam byliśmy.
Nagle ogarnęła go niepohamowana ciekawość.
- Majora przez cały dzień nikt nie widział – powiedział. - Powiedz mi, co stało się tamtego poranka w Mallards. Przez telefon powiedziałaś mi tylko, że wrócił do domu.
- Tak, torba i bagaże – powiedziała Lucia. - Przynajmniej on poszedł pierwszy, a torba i bagaże za nim. Skarpetki i wszystko, widziałeś niektóre na najwyższym stopniu. Elizabeth gotowała się ze złości, wprost wyszła z siebie.
Nadzieja na ukrycie przed Lucią wiedzy i obelisku stała się bardzo słaba. Jeśli Lucia czytała lutowy numer Gazety Parafialnej, to zapewne czytała i kwietniowy, w którym zamieszczono całostronicowe zdjęcie tego monumentu.. Poza tym to świdrujące oko...
- Następnie ufundowałem piękny obelisk dla ciebie i Elizabeth – powiedział Juruś stanowczo. - Dla upamiętnienia was przeze mnie. Ale dziś już kazałem usunąć inskrypcję.
- Drogi Jurusiu, cieszę się, że mi to powiedziałeś – powiedziała. - Prawdę powiedziawszy, to wiedziałam, bo Elizabeth i ja dokładnie obejrzałyśmy go dziś rano. Najpierw byłam zirytowana, ale teraz uważam, że to przemiłe z twojej strony. Musiał kosztować majątek.
- Kosztował – odrzekł Juruś. - Co Elizabeth o nim sądziła?
- Prawie wpadła w furię, bo jej nazwisko wypisane było mniejszymi literami niż moje – odrzekła Lucia – To cała ona, biedactwo.
- Bardzo była męcząca przez te trzy miesiące? - spytał Juruś.
- Męcząca to nie jest właściwe słowo - powiedziała Lucia z namysłem. - Raczej niedorosła, poza niektórymi przypadkami. Nie miała pojęcia, jakie wspaniałe szanse dostałyśmy od życia. Nigdy nie wykorzystała tych szans, nie zapomniała ani na chwilę o naszych małych niedogodnościach i tym wszechobecnym zapachu ryb. Ja w tym czasie nauczyłam się tylu rzeczy, Jurusiu: jak jest po włosku sterburta i bakburta – to nazwy lewej i prawej części statku – i jak wiązać węzeł kotwiczny i pętlę i wyblinkę i jak spiąć dwa końce żyłki wędkarskiej i wszystkich bardzo ciekawych i zajmujących rzeczy. Niektóre wam pokażę podczas odczytu. Zwykle chodziłam po pokładzie na bosaka (Lucia miała piękne stopy) i ciągnęłam kabestan, kotwice i wszystko i nigdy nie spadłam z koi na podłogę gdy kołysało statkiem i nie miałam choroby morskiej. Ale biedna Elizabeth wieczni waliła się na podłogę i czasami wymiotowała. Nie ma ducha ta kobieta. Ciągłe jęki, westchnienia i żale że w ogóle opuściła Tilling w Boxing Day.
Lucia pochyliła się do przodu i uważnie przyjrzała się Jurusiowi.
- Nie mogłam jej rozgryźć, chyba dlatego, że była taka powierzchowna – powiedziała. - Ale jestem pewna, że cały ten czas coś tkwiło jej w głowie. Często wydawało mi się, że chce mi się do czegoś przyznać, ale się wycofywała. Za grosz odwagi. I choć nie wiem, co to właściwie było, to myślę, że mniej więcej się domyślam.
- Ależ emocje! - zawołał Juruś. – Opowiadaj!

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 02 Wrz, 2025 09:51   

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: ależ historia !!! Juruś to prawdziwy przyjaciel i gentleman w każdym calu, w przeciwieństwie do majora, a Elżbieta zachowywałą się dokładnie tak, jakbym oczekiwała, gdybym wiedziała, co z nimi :rotfl: :rotfl: :rotfl: Ciekawa jestem , czy prawda o homarze wypłynie na wierzch :angeldevil:
W każdym razie miałam rację - panie po prostu wysiadły ze stołu, dlatego dopłynął z powrotem do Tilling w nienaruszonym stanie :cheerleader2: :mrgreen:
Trzykrotko, jeżeli kiedyś wydałabyś swoje tłumaczenia - kupuję od razu całą serię :serce: :serce: :serce: :serce:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 02 Wrz, 2025 20:20   

Ha, byłoby pięknie... :kwiatek: :kwiatek: :kwiatek:

Przepraszam, że dziś tak krótko, ale potem przejdziemy do opowieści Elizabeth i chcialam je rozdzielić.
Opowieści Luci dalszy ciąg:

Oczy Luci przestały świdrować i skupiły się na czymś dalekim, wciąż bystre, lecz zamyślone, jakby była Einsteinem rozważającym kosmiczne dedukcje.
- Dlaczego zjawiła się w mej kuchni jak złodziej w Boxing Day? - zapytała. - Powiedziała, że przyszła podziękować za ten pâté, który jej posłałam. Ale to nie była prawda, widać to było jak na dłoni. Nikt nie włazi komuś nieproszony do kuchni żeby dziękować za pâté.
- Diva wpadła na pomysł, że poszła do ciebie żeby obejrzeć choinkę – powiedział Juruś. - Nie byłyście wtedy w dobrych stosunkach. Wszyscy uznaliśmy, że jest genialna.
- To czemu nie miałaby mi tego powiedzieć? - spytała Lucia. - Uważam, że to coś o wiele bardziej podłego i podstępnego. I jestem przekonana – wiesz, że miewam czasem takie przeczucie – że w ciągu tych miesięcy naszej Odysei chciała mi powiedzieć, czemu tam była i wstydziła się to zrobić. Oczywiście nigdy jej nie spytałam, bo jeśli wolała sama nie mówić, wymuszanie zwierzeń byłoby poniżej mojej godności. Byłyśmy razem na Gallagher Banks, ona kompletnie rozbita przez cały ten czas, więc gardziłabym sobą, gdybym to wykorzystała i wyciągnęła z niej wyznanie. Ale im więcej o tym myślę, Jurusiu, tym bardziej jestem pewna, że to właśnie tego dotyczyło to, co chciała mi powiedzieć, a czego nie mogła. Przecież zdemaskowałem każdy jej spisek, który zawiązała przeciw mnie wcześniej, a ja do tej pory znam znam ją od najgorszej strony. Coś jej chodziło po głowie i to coś sprowadziło ją do mojej kuchni.
Odległe, prorocze spojrzenie Luci się oczyściło.
- W końcu się dowiem – powiedziała. - Biedna Elizabeth sama się zdradzi w swoim czasie. Ale Jurusiu, jak ja przez te tygodnie tęskniłam za moją muzyką! Ani jednego fortepianu na pokładzie żadnego z kutrów na łowisku! Kilka koncertin i dorsz, dorsz, dorsz. Chodźmy za chwilę do pokoju muzycznego i pograjmy znów Mozartina. Ale najpierw chcę coś powiedzieć.
Juruś szybko przebiegł w myślach wszystko co zrobił w czasie, gdy myślał, że Lucia utonęła. Ale jeśli już wiedziała o obelisku i nabożeństwie żałobnym, nie było już nic więcej, może poza kuchennym stołem, a i on stał już na miejscu. Wiedziała, co się liczy. Lucia zaczęła gaworzyć
- Julusiu – powiedziała – Lucia baldzio loźciarowana…
Tego było za wiele. Juruś uderzył dłonią w stół, całkiem mocno.
- No nie! - krzyknął. - Jak śmiesz tak mówić?
- Głupi żarcik, Jurusiu – pisnęła Lucia. - Od tak dawna nie rozmawiałam z nikim prócz tej melancholijnej Liblib. Psieprasiam, Julusiu. Nie gniewas się?
- Nie, ale więcej tego nie rób – powiedział Juruś – nie zgadzam się.
- Nie będziesz musiał – powiedziała Lucia wracając do języka dorosłych. - Cały dom wprost lśni czystością, a Grosvenor mówi, że wypłacałeś im pensje co tydzień.
- To oczywiste – odparł Juruś.
- Byłeś kochany i bardzo myślący. Widziałeś sam, że mój dom był gotów na moje przyjęcie i musisz wysłać mi jutro wszystkie rachunki i wszystko, a ja zwrócę ci wszystko od razu i dziękuję ci z całego serca za twoją opiekę. Przyślij mi też rachunek za obelisk. Chcę za niego zapłacić, szczerze to mówię. To był z twej strony bardzo ciepły impuls, choć – dzięki Bogu – przedwczesny. Ale nie mogę znieść myśli, że ty jesteś bez pieniędzy, bo ja żyję. Nic nie mów, bo i tak nie posłucham. A teraz prosto do fortepianu i zagrajmy jeden z naszych duetów, ten, który graliśmy ostatnio, tego niebiańskiego Mozartina.
Przeszli do drugiego pokoju. Na fortepianie leżały nuty duetu, które wyglądały, jakby Lucia już z nich korzystała. Usiadła na stołku przy instrumencie.
- Oboje wchodzimy na trzy. Gotowy? Uno, due, TRE!

koniec rozdziału dwunastego
c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 03 Wrz, 2025 10:07   

Lucia porządna kobieta :oklaski: oby jak najszybciej dowiedziała się o przepisie na homara :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:

Bardzo jestem ciekawa wersji drogiej Elżbiety :excited: :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 03 Wrz, 2025 20:49   

Elizabeth nie zawodzi :mrgreen:

Rozdział trzynasty

Nieszczęsny major Benjy, który nie wychodził przez cały dzień, prócz wypadów do agentów i żałosnych wędrówek między domem a stopniami Mallards, jadł samotnie tego wieczoru kolację (jeśli można nazwać to kolacją) złożoną z pasztetu wieprzowego i butelki burgunda. Dzień wytężonej pracy przywrócił większość jego zastopowanej wyprzedaży na właściwe miejsca, a odrobina kleju przywróciła tygrysie oko na miejsce. Sam czuł się gorzej niż łysy, czuł się obdarty ze skóry, a Bóg jedyny wie, jakie jeszcze skórkowanie go czeka. Całe Tilling musiało już puścić w ruch dzwonki telefoniczne (podobnie jak dzwony kościelne) od samego rana do nocy i przekazywać gratulacje i odpowiednie podziękowania między powracającymi paniami, a ich przyjaciółmi, a on jeszcze nigdy nie czuł się tak bardzo pariasem jak dziś. Przed jego oknami przeszła Diva (widoczna wyraźnie w świetle lampy, bo nie zawiesił jeszcze firanek w swoim przytulnym pokoiku) i usłyszał jak puka do drzwi Mallards. Pewnie szła na kolację do Elizabeth i o czym tam będą teraz rozmawiały? Wiedział aż za dobrze, bo znał Elizabeth. Gdyby duchem mógł być obecny z jadalni, gdzie zaledwie wczorajszego wieczoru tak wystawnie gościł Divę, Jurusia i panią Bartlett i raczył ich porto, nie czułby się o wiele weselszy.
- W moim najlepszym pokoju, Divo, dasz wiarę? - powiedziała Elizabeth – a wszystkie szuflady pełne skarpetek i koszul i protez zębowych, prawda, Withers? - i piwnica pełna wina. I Bóg jedyny wie, co zjadł z moich zapasów. Był tam pâté, który dostałam do Luci dzień wcześniej niż wypłynęłyśmy na morze…
- Ale to było trzy miesiące temu – powiedziała Diva.
-… i używał mojego węgla i mojego prądu jak swojego, nie mówiąc już o paleniu w piecu – powiedziała Elizabeth wychodząc dokładnie od miejsca, gdzie jej przerwano – i całą grządkę buraków.
Diva aż płonęła, by usłyszeć historię wojaży. Wiedziała, że Juruś je dziś kolację z Lucią i wszystko opowie im wszystkim jutro, ale gdyby tak Elizabeth odczepiła się od buraków i skupiła na temacie, to ona sama byłaby centrum informacji zamiast czekać na to, co opowie Juruś.
- Droga Elizabeth – powiedziała – cóż znaczy parę buraków wobec tego, co przeszłyście? Kiedy stara przyjaciółka jak ty miała tak nieziemskie doświadczenia, jakie ty – nie wątpię – miałaś, nic innego się nie liczy. Oczywiście, przykro mi z powodu buraków: wysoce irytujące, ale ja chcę posłuchać o twoich przygodach.
- Wkrótce o nich usłyszysz – rzekła Elizabeth – bo jutro mam zamiar spisać pełną ich historię. Potem, kiedy tylko skończę, wydam podwieczorek dla wszystkich, po którym zamiast brydża odczytem je wam. To absolutna tajemnica, Divo. Nikomu ani słowa, bo Lucia może skraść mój pomysł i zrobić to pierwsza.
- Ani słowa – powiedziała Diva. - Ale na pewno mnie możesz cokolwiek powiedzieć.
- Tak, są pewne rzeczy, których nie powinnam powtarzać publicznie – powiedziała Elizabeth. - Informacje o Luci, których nie ośmieliłabym się powiedzieć na głos.
- To właśnie najbardziej chciałabym usłyszeć – rzekła Diva. - Kilka smaczków.
Elizabeth zastanowiła się przez chwilę.
- Nie chcę sądzić jej surowo – powiedziała – bo w końcu tkwiłyśmy w tym razem, a gdyby mnie tam nie było, nie wiem, co by się stało. Chyba ze strachu coś jej się poprzestawiało, to najbardziej miłosierne wyjaśnienie. Gdy wynosiło nas z miasta na pełne morze, wrzasnęła „Au reservoir, tylko poczekajcie aż wrócimy.” Divo, niełatwo mnie zaszokować, ale muszę powiedzieć, że wtedy byłam przerażona. Patrzyłyśmy śmierci w oczy, a jedne co ona mogła, to żarty sobie stroić! Ja siedziałam cicho i spokojnie, przygotowując się z powagą na tę ostateczną chwilę jak na chrześcijankę przystało, z tą wrzaskliwą hieną u boku. Potem wyszłyśmy na morze w tej oślepiającej mgle, skacząc i kręcąc się na falach póki nie uderzyłyśmy w burtę statku, niewidocznego w ciemnościach.
- Coś okropnego! - powiedziała Diva. - Cud, ze was nie wywróciło.
- To z pewnością był cud – powiedziała Elizabeth. - Byłyśmy poobijane, uderzenia o stół były straszne i gdybym nie zachowała zimnej krwi i nie uchwyciła się burty statku, musiałybyśmy się wywrócić. Usłyszeli już nasze wołanie, a ja bez chwili namysłu wskoczyłam na drabinkę sznurową którą nam spuścili, żeby odciążyć stół dla Luci, a potem ona też weszła na pokład.
Elizabeth zatrzymała się na moment.
- Divo, jesteś świadkiem, że ja zawsze, wbrew Amelii Faraglione, mówiłam, że Lucia nie zna słowa po włosku i okazało się, że mam rację. To był włoski kuter, a nasza włoska poliglotka była kompletnie bezradna i kapitan musiał mówić do nas po angielsku. Proszę!
- Mów dalej – powiedziała Diva bez tchu.
- Statek okazał się być włoskim kutrem zmierzającym do Galalgher Bank i byłyśmy na ni przez dwa miesiące, a potem znalazłyśmy inny kuter, który zmierzał do Tilling i to nim przypłynęłyśmy dziś rano. Ale o naszym życiu i przygodach ci nie opowiem, bo zostawiam to sobie na mój odczyt.
- Nieważne – powiedziała Diva. - Opowiedz mi te smakowitości o Luci.
Elizabeth westchnęła.
- Nie nam sądzić bliźnich – powiedziała – i nie będę sądzić, ale och, jakie zakamarki jej natury się objawiły! Ci Włosi to była banda grubiańskich, rozwiązłych obiboków najgorszego sortu, a Lucia po prostu rozsmakowała się w ich towarzystwie. Codziennie przechadzała się po pokładzie, często na bosaka i skakała i robiła tę swoją kalistenikę i uczyła się słówek po włosku; siadała z tym to z tamtym, z palcami formalnie splecionymi z jego palcami, a on udawał, że uczy ją splatać węzeł, czy tam pętlę, czy coś, co pewnie miało nieprzyzwoite znaczenie. Takie flirciarstwo (w jej wieku!), taka rozwiązłość, w życiu takiej nie widziałam. Ale nie osądzam jej i ty – błagam – też tego nie rób.
- Ale nie rozmawiałaś z nią o tym? - spytała Diva.
- Próbowałam się do tego zmusić – powiedziała Elizabeth – ale jej lekkość formalnie mnie odrzuciła. Dzieliłyśmy kabinę wielkości psiej budy i och, te bezsenne noce, podczas których zrzucało mnie z półki, na której leżałam! Nawet wtedy usiłowała mnie pouczać i pokazywać, jak się w nią wpasować. Zawsze to wstrętne poczucie wyższości, ta mania uczenia każdego wszystkiego prócz włoskiego, nad którą tak często ubolewałyśmy. Ale to było nic. Taka była jej lekkomyślność od chwili, gdy powódź wdarła się do kuchni w Grebe…
- Opowiedz mi o tym – krzyknęła Diva. - To chyba najciekawsze ze wszystkiego. Dlaczego ona zabrała cię do kuchni?
Elizabeth roześmiała się.
- Moja kochana! - powiedziała. - Jaki ty masz cudowny apetyt na szczegóły! Równie dobrze mogłabyś oczekiwać, że będę pamiętać, co jadłam na śniadanie tamtego ranka. Obie zeszłyśmy do kuchni; stałyśmy tam i oglądały choinkę. Jakie to tandetne i świecące! Prawie jak ona. Potem zaczęła się powódź i ja zobaczyłam, że naszą jedyną nadzieję będzie wejście do kuchennego stołu. A właśnie, morze wyrzuciło go na brzeg?
- O tak, nawet nie zadrapany – powiedziała Diva myśląc o tym, że podobno miał uderzyć o burtę statku…
Elizabeth najwyraźniej nie spodziewała się, że stół dopłynie do znajomych brzegów i szybko wstała.
- Jestem zdziwiona, że nie rozleciał się na kawałki – powiedziała. - Ale chodźmy teraz do pokoju ogrodowego. Musimy na serio porozmawiać o tym pasożycie z naprzeciwka. Czy to prawda, że kupił samochód za te pieniądze, które jak się spodziewał, dostanie po mojej śmierci? I to wino, dziesiątki butelek, tak mówiła Withers. Oceany szampana. Jak on teraz za to zapłaci z tych jego żałosnych małych poborów, z którymi już przedtem ledwo wiązał koniec z końcem?
- Tego nie wie nikt – powiedziała Diva. - Straszny cios dla niego. Tak spiesznie, na łeb na szyję, tak wszyscy uważaliśmy.
Usadowiły się wygodnie przy kominku, po czy Elizabeth zerknęła przez zasłony.
- Ani trochę nie żałuję tego, że byłam dla niego surowa dziś rano – powiedziała. - Każda kobieta postąpiłaby tak samo.
Weszła Withers niosąc list. Elizabeth spojrzała na charakter pisma i zbladła pod opalenizną jakiej nabawiła się na dorszowych łowiskach.
- Od niego – rzekła. - Nie będzie odpowiedzi, Withers.
- Mam przeczytać? - spytała Elizabeth gdy Withers opuściła pokój – czy wyrzucić, jak na to zasługuje, prosto do kominka?
- Och, czytaj - powiedziała Diva drżąc z pragnienia poznania treści listu. - Musisz się przekonać, co on sam ma do powiedzenia.
Elizabeth przyłożyła do oczy pince-nez i czytała w ciszy.
- Biedny łajdak – powiedziała – Ale póki co, bardzo poprawny. Przeczytać ci?
- Tak, tak, tak – powiedziała Diva.
Elizabeth zaczęła:
„Moja Droga Panno Elizabeth (jeśli wciąż pozwoli mi się pani tak nazywać)”…
- Bardzo grzecznie – powiedziała Diva.
- Nie przerywaj, moja droga, bo nie będę czytać – powiedziała Elizabeth.
„—tak nazywać. Na początek z całego serca chcę pani pogratulować powrotu po przygodach i próbach, które – jestem pewien – zniosła pani z iście chrześcijańskim samozaparciem.
Po drugie chcę jak najszczerzej przekazać mojej pokorne przeprosiny za moje odrażające zachowanie pod pani nieobecność, które niegodne było żołnierza i chrześcijanina, a przede wszystkim, dżentelmena.
Pani przebaczenie, o ile będzie pani tak łaskawa, że mi go pani udzieli, znacznie złagodzi moją obecną sytuację.
Serdeczności (jeśli wolno mi tak napisać)
'Benjamin Flint'

- No i to wedle mnie jest bardzo miłe – powiedziała Diva. - Nie przyszło mu łatwo napisać ten list.
- A mnie nie przychodzi łatwo wybaczyć mu – odparowała Elizabeth.
- Elizabeth, musisz się postarać – powiedziała Diva z werwą. - Społeczność Tilling się posypie, jeśli nie będziemy jej kultywować. Ty i Lucia wróciłyście między żywych, jest więc świetna okazja by okazać ducha wybaczenia i rozpocząć od nowa. On naprawdę nie może powiedzieć już więcej niż powiedział.
- Ani, jeśli ma się za żołnierza, chrześcijanina i dżentelmena, nie mógł powiedzieć mniej – zauważyła Elizabeth.
- Owszem, ale zachował się jak należy.
Elizabeth wstała i jeszcze raz zerknęła przez okno.
- Wybaczę mu – powiedziała. - Zaproszę go na jutro na podwieczorek.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 04 Wrz, 2025 14:45   

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: obawiam się, to znaczy mam nadzieję, że wersja Luci zostanie upubliczniona przed wersją drogiej Elżbiety :angeldevil: a doskonały stan stołu, stwierdzony przez wszystkich po jego odnalezieniu, wzbudzi podejrzliwość co do elżbietańskich rewelacji :angeldevil: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 04 Wrz, 2025 21:16   

Mamy już właściwie końcówkę książki i jak to w końcówce - dużo się będzie działo :excited:

Elizabeth położyła się do łóżka z masą spraw do przemyślenia i leżała do później nocy przetrawiając je. Wyzbyła się już dużej części złości na Lucię, dzięki czemu jej głowa była lżejsza, a myśli jaśniejsze, a jutro będzie bardzo zajęta pisaniem relacji z ich wielkiej przygody. Lecz najbardziej zajmowały ją myśl o o majorze Benjy. Był taki czas, gdy bez wątpienia bardzo był bliski uczynienia jej honorowej propozycji, którą była bardziej niż gotowa przyjąć. Grywali razem w golfa, nim ta zapalczywa Lucia zjawiła się w Tilling; on wpadał do niej bez uprzedzenia, ona wkładała mu kwiaty do butonierki. Tilling zaakceptowało ten związek, a major Benjy bez wątpienia był już o krok od decyzji. Teraz – rozmyślała – nadszedł najwłaściwszy moment by udzielić mu przebaczenia tak wszechogarniającego, że rozpocznie ono nowy rozdział w złotej księdze przebaczenia. Choć zaledwie dziś rano wyrzuciła jego koje golfowe i skarpetki i sztuczną szczękę z wszelkimi objawami demonstracyjnej pogardy, ten jego obecny apel ożywił w niej na nowo nadzieje, które jeszcze nie doczekały się spełnienia. Będą dla niego tuczone cielęta, jako dla syna marnotrawnego, w tym domu, który pogwałcił, powinien znaleźć w przyszłości serdeczność i powitanie na przyszłość i zapomnienie o przeszłości, które nie mogło nie podważyć jego skłonności do celibatu. Zdyskredytowany z powodu bezprawnego zajęcia Mallards, upokorzony poniżającym wypędzeniem z niego i zubożały przez nieprzemyślane zakupy wina, samochodu i okutych stalą driverów (*płaskich kijów golfowych) z pewnością skorzysta ze wspaniałej okazji, jaką mu przedstawiła. Z początku będzie może nieśmiały, nie mogąc uwierzyć w wspaniałość swojego dobrego losu, ale z odrobiną taktu i podsuwaniem miseczek mleka, żeby tak rzec, jak bezdomnemu a nieufnemu kotu, z przyjemnymi zaproszeniami na herbatki dla słodkiego Kiciusia by go karmić i głaskać, z ukradkowym masowaniem łapek i – mówiąc wprost – zatrzaśnięciem drzwi, gdy Kiciuś zacznie się czuć jak u siebie, to prawdę mówiąc, jeśli Kiciuś nie jest stuknięty, to nie będzie w stanie nie chcieć się udomowić.
- Myślę, że temu podołam – myślała Elizabeth – a wtedy biedna Lulu będzie tylko wdową, a ja kobietą zamężną z mężem na pasku. Ciekawe, jak jej się to spodoba.
Takie to słodkie myśli powoli ukołysały ją do snu.

Wkrótce stało się oczywiste, że powrót zaginionych, wydarzenie samo w sobie wspaniałe, oznaczał też odrodzenie się tej rywalizacji, która jesienią przydała życiu Tilling tak żywych barw. Juruś, idąc na spotkanie z Lucią trzy dni po jej powrocie, zobaczył na High Street plakat z ogłoszeniem o jej wykładzie, który za dwa dni miała wygłosić w Instytucie pani Lucas, „wstęp wolny i bez żadnych zbiórek przed, po ani w trakcie.” Tytuł wykładu brzmiał „Współczesna Odyseja.” Pospieszył do Grebe i zastał ją zajętą korektą manuskryptu który wczoraj podyktowała była swojej sekretarce, robiąc tylko krótkie przerwy na posiłki.
- A ja myślałem, że przeczytasz nam go po kolacji – powiedział od razu od progu, nie tłumacząc, o czym mówi.
Lucia włożyła nóż do papieru w stronę przy której była i wróciła do pierwszej.
- Mój mały pokój nie pomieści wszystkich, którzy – jak rozumiem – czekają niecierpliwie aby dowiedzieć się, przez co przeszłam – powiedziała. – Widzisz, Jurusiu, uważam, że na tych, którzy mieli o szczęście, że wyszli cało ze strasznych opresji, ciąży obowiązek podzielenia się z bliźnimi swoimi doświadczeniami. Tak właśnie zamierzam rozpocząć mój odczyt. Przeczytałam ci pierwsze zdanie. Co o nim myślisz?
- Znakomite – powiedział Juruś. – Świetnie to ujęłaś.
- Potem nawiązuję do Nansena, Stanleya i Amundsena - powiedziała Lucia – którzy napisali długie książki o swoich podróżach i mówię, a że nie marzę nawet o porównywaniu swoich przygód do ich, wystarczy krótka opowieść i wszystkich dziwnych rzeczach, które mi się przytrafiły. Obliczyłam, że nie zajmie to więcej niż trzy godziny, maksymalnie dwie i pół. Skończyłam pisać o wpół do pierwszej.
- No, spieszyłaś się bardzo – powiedział Juruś. – Przecież dopiero trzy dni temu wróciłaś.
Lucia odłożyła na bok plik zadrukowanych kartek.
- Jurusiu, to była wspaniała robota – powiedziała – ale musiałam też przegonić ode mnie ducha tych przeżyć. Wiesz, Arystoteles, oczyszczenie umysłu. Poza tym mam przeczucie że powinnam się spieszyć. Byłoby bardzo w stylu Elizabeth gdyby też planowała coś w tym rodzaju. W każdym razie wynajęłam Instytut…
- Mam coś ciekawego – powiedział Juruś. – Praktycznie za każdym razem gdy mijałem Mallards przez ostatnie dwa dni, Elizabeth pisała siedząc w oknie pokoju ogrodowego. Strasznie zajęta, prawie w ogóle nie podnosiła oczu. Nie wiem na pewno, czy pisze własną Odyseję – świetny tytuł, tak przy okazji – ale pisze i to z pewnością będzie to. I dwa z tych wszystkich razów major Benjy siedział przy niej na stołku muzycznym, a ona czytała mu ze stert kopiowego papieru. Oczywiście słów nie słyszałem, ale jej usta mocno pracowały. Była tak zaabsorbowana, że chyba mnie nie widziała, ale on widział na pewno.
- Nie! – powiedziała Lucia zapominając na moment o odczycie. – A więc się pogodzili?
- Na to wygląda. Raz jadł tam kolację, bo widziałem jak tam wchodzi, raz jadł lunch, bo widziałem jak wychodzi i był podwieczorek podczas którego mu czytała, a teraz minęli mnie właśnie samochodem. Wszystkie cztery ręce na kierownicy, bo chyba uczył ją prowadzić, a może sam się uczył.
- Pomyśl tylko, wybaczył jej wyzwiska, którymi go obrzuciła i to, że postawiła jego zęby na schodach – powiedziała Lucia. – Zdaje mi się, że tam jest więcej niż widać gołym okiem.
- Och, o wiele więcej – odpowiedział. – Wiesz, że chciała go poślubić i prawie go miała, jak mówi Diva, nim tu przyjechaliśmy. Teraz ma drugie podejście.
- Bardzo sprytnie – powiedziała Lucia z uznaniem. – Nie sądziłam, że jest taka zdolna. Widzisz, ma go na haczyku teraz, kiedy on jest jej tak wdzięczny, że mu wybaczyła. Ale to niskie, Jurusiu, przebiegłe i niskie. No i ewidentnie spisuje nasze przygody tak szybko jak tylko może. Całe szczęście, że i ja nie traciłam czasu.
- Chciałbym zobaczyć jej twarz gdy wróci z przejażdżki – powiedział Juruś. – Kiedy tu szedłem, plakatowali High Street twoim ogłoszeniem. Piątek po południu, dobry wybór, bo wcześniej zamykają.
- Tak, oczywiście, dlatego go wybrałam – powiedziała Lucia. – Nie sądzę, żeby była gotowa cały dzień przede mną, a jeśli wynajmie Instytut dzień po mnie, nikt nie przyjdzie, bo wszystko już ja opowiem. Wtedy nie mogła wynająć Instytutu na ten sam dzień co ja, bo dwa odczyty, zwłaszcza na ten sam temat, nie mogą odbywać się w tym samym pomieszczeniu jednocześnie. Niemożliwe.
Weszła Grosvenor z popołudniową pocztą.
- I jeden do rąk własnych, proszę pani – powiedziała.
Lucia oczywiście popatrzyła najpierw na ten do rąk własnych. Żadna wiadomość przychodząca spoza Tilling nie była tak ważna jak pilna wiadomość lokalna.
- Jurusiu! – zawołała. – Pyszna komplikacja! Elizabeth zaprasza mnie – mnie! – na swój odczyt pod tytułem „Stracone z oczu” który odbędzie się w pokoju ogrodowym w piątek po południu. Major Benjamin Flint uprzejmie zgodził się poprowadzić całe spotkanie. Dokładnie o tej samej godzinie padre będzie robił to samo dla mnie w Instytucie. Wiem co zrobię. Wyślę Elizabeth specjalne zaproszenie by zasiadła na podium podczas mojego odczytu a dwie godziny później wyślę następną, jakbym dopiero co otrzymała jej zaproszenie i powiem, że jako, że sama mam odczyt tego popołudnia w Instytucie., bardzo żałuję… itd. itd. Nie będzie mogła twierdzić, że jej nie zaprosiłam.
- A kiedy wrócą po południu z przejażdżki, ona i major Benjy – zawołał Juruś – zobaczą High Street obwieszoną twoimi afiszami. Już dawno nie byłem tak podekscytowany, może prócz dnia twojego powrotu.


c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 05 Wrz, 2025 12:42   

O jaki pyszny rozwój wydarzeń :excited: :excited: :excited: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ! oczekuję mnóstwa wspaniałości i wodospadów jadu i żółci :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 05 Wrz, 2025 21:13   

Ależ będą, ale i słodyczy co niemiara :mrgreen: Bo oto nadchodzi nasz ostatni odcinek pierwszego tomu wspólnej sagi o pannie Mapp i Luci :kwiatek:

Następnego dnia napięcie urosło do bardzo przyjemnych rozmiarów. Elizabeth dowiedziawszy się, że Lucia zajęła Instytut, zrobiła co w jej mocy by pozbawić ją publiczności i napisała osobiście listy nie tylko do przyjaciół i najbliższego kręgu, ale i do rzeźnika, sprzedawcy ze sklepu kolonialnego i spożywczego i licytatora, by zaprosić ich do pokoju ogrodowego w Mallards na trzecią w dniu starcia, by mogli usłyszeć prawdziwą (podkreślone) wersję ich przygód. Odpowiedzią Luci było przejście po wszystkich sklepach, zapłacenie rachunków i powiadomienie wszystkich, że w przerwie między dwiema częściami odczytu, publiczność zostanie uraczona darmową herbatą. Poczekała z tym manewrem do piątkowego poranka, aby za późno było na jakiś kontratak.
Tego samego ranka padre, czując, że musi stanąć na wysokości zadania i zaprowadzić pokój po nadciągającej konfrontacji, szybko wysłał dwa listy do Luci i Elizabeth mówiące, że kilku przyjaciół (kłamstwo, bo sam na to wpadł) zasugerowało mu jak stosownie byłoby gdyby odprawił krótkie nabożeństwo dziękczynne za ich ucieczkę przed głębinami morza i połowami dorszy. Zaproponował także, że to nabożeństwo odbędzie się bezpośrednio po chrzcie w niedzielne popołudnie. Powinno być naprawdę krótkie, kilka modlitw, dziękczynienie, hymn („Zaciekle szalała burza nad głębią”) i kilka słów od niego. Miał nadzieję, że obie panie usiądą razem w pierwszej ławce, którą podczas nabożeństwa żałobnego zajmowali główni żałobnicy. Obie były zachwycone pomysłem, bo żadna nie odważyła się odmówić z obawy przed popełnieniem błędu. A więc około trzeciej czterdzieści pięć w niedzielę (a była już druga czterdzieści pięć w piątek) musi już panować pokój, bo jakże mogłoby być inaczej po wspólnym dziękczynieniu?
Około trzeciej w piątek w Instytucie nie uświadczyło się wolnego krzesła i wiele osób musiało stać. O tej samej godzinie w pokoju ogrodowym były same wolne krzesła, bo na żadnym nikt nie siedział. Wpół do czwartej Lucia pomyliła długość z szerokością geograficzną Gallagher Bank, a mapa spadła ze stojaka. W pół do czwartej Elizabeth i major Beny siedzieli sami w pokoju ogrodowym. Czytanie mu jeszcze raz wykładu, który odczytała mu już wczoraj, byłoby dla niej bardzo męczące, powiedział, a on nie może na to pozwolić. Każde słowo jest już zapisane w jego pamięci. Usiedli więc wygodnie przy kominku i Elizabeth zaczęła mówić o swej samotności i pokrewieństwie dusz. Wpół do piątej widownia Luci, po zjedzeniu wystawnego podwieczorku rozeszła się, a zostali jedynie Irene, Juruś, pan i pani Wyse i pastorostwo by wysłuchać drugiej części. O wpół do piątej w pokoju ogrodowym Elizabeth i major Benjy zaręczyli się. Nie było powodu (a właściwie wszystkie powody były przeciw) by były to długie zaręczyny, a zapowiedzi miały zostać ogłoszone w kościele w następną niedzielę rano.
- A więc wszyscy się dowiedzą, Benjino mio – powiedziała Elizabeth – kiedy urządzimy nasze małe dziękczynienie w niedzielne popołudnie, a ja zaproszę wszystkich przyjaciół z Lucią włącznie na lunch w najbliższym gronie w poniedziałek dla uczczenia naszych zaręczyn. Musisz podesłać mi kilka butelek najlepszego wina, mój drogi.
- Jakbyś nie wiedziała, że moja piwniczka jest do twojej dyspozycji – odpowiedział.
Elizabeth podskoczyła i klasnęła w dłonie.
- Och, mam taki cudowny pomysł na ten lunch – powiedziała. – O nic nie pytaj, nie powiem. Wspaniała niespodzianka dla wszystkich, szczególnie dla Lulu.
Następnego dnia Elizabeth była lekko poirytowana, bo gdy zaproponowała, że praktycznie dowolnego dnia może swój odczyt wygłosić pensjonariuszom miejscowego przytułku, dowiedziała się, że Lucia zaprosiła już każdego, kto nie był przykuty do łóżka lub głuchy do Grebe na ten właśnie dzień by wysłuchali skróconej formy tego, co już wygłosiła w Instytucie; godzinny wykład został uznany za wystarczający, bo uznano, że dłuższa niż to ekscytacja i napięcie intelektualne mogą ich przerosnąć. Ale ta nieprzyjemność została całkowicie zatarta w jej umyśle gdy w niedzielny poranek na zakończenie nabożeństwa padre ogłosił ich zapowiedzi ślubne. Niepohamowany szum rozmów jak nagły atak roju muchówek napełnił kościół, a Lucia, która siedziała za chórem i wspomagała alty, powiedziała dość głośno „Tak jak myślałam.” Elizabeth siedziała z sopranami po stronie cantoris i tylko myśl, że jest damą w każdym calu i znajdują się w świątyni, powstrzymała ją przed pokazaniem języka lub zrobieniem miny w kierunku altów decani* (cantoris i decani - dwie strony chóru w kościołach anglikańskich). Po południu odbyło się nabożeństwo dziękczynne i widziano, jak dwie heroiny ucałowały się bardzo ostentacyjnie. Diva, która siedziała w ławce tuż za nimi dałaby sobie głowę uciąć, że nie doszło do kontaktu fizycznego. Zajęły miejsca w pewnej odległości od siebie.
Jak można się było spodziewać, młodą parę zasypano gratulacjami i podziękowaniami za zaproszenie na lunch w poniedziałek. Zebrało się tam całe kameralne kółko śmietanki towarzyskiej Tilling, bufet trzeszczał pod ciężarem najdroższych win majora Benjy’ego i każdy czuł, że topór wojenny, który w przeszłości dokonał tak interesujących ciachnięć, został pogrzebany, bo nigdy nie widziano by ktoś był dla siebie tak serdeczny, jak Lucia i Elizabeth. Zajęli miejsca przy stole. Choć był to tylko lunch, przy nakryciach leżało wydrukowane menu, a na nich widniało, że pierwszym daniem bankietu będzie „Homar à la Riseholme.'
Juruś zauważył to pierwszy, choć jego twierdzenie zostało żarliwie zakwestionowane przez Divę, ale wszyscy inni, prócz Luci, także przeczytali tekst w sekundę lub dwie i wszystkie wesołe rozmowy nagle zamarły. Co się mogło stać? Czy Lucia, pewnego dnia na Gallaghe Banks, wyjawiła ich gospodyni sekret, który wcześniej tak wytrwale ukrywała? To jakoś wydawało się mało prawdopodobne. Oczy gości, jedne po drugich, zaczynały robić się zamyślone, bo wszyscy zaczęli przypominać sobie tajemnicę, która ich prześladowała. Obecność Elizabeth w kuchni gdy wdarła się do niej powódź nigdy nie została zbadana, ale z pewnością…Grono gości ogarnęła jakaś katalepsja, a wszystkie oczy zwróciły się ku Luci, która dopiero teraz popatrzyła w menu. Jeśli dała Elizabeth przepis, to na pewno coś o tym powie.
Lucia przeczytała menu i lekko zwilżyła usta. Rzuciła Elizabeth długie, świdrujące, badawcze spojrzenie. Potem wyraz jej oczu się zmienił. Nie było w nim wyrzutu, tylko zrozumienie i bezbrzeżna pogarda.
Upiorna cisza trwała gdy podawano homara. Pierwszej zaserwowano go Luci. Spróbowała i uznała, że jest idealny. Odłożyła widelec i odkopała nie do końca zakopany topór.
- Pewna jesteś, że dokładnie skopiowałaś przepis, Elizabetha mia? - spytała. - Musisz wpaść do mojej kuchni któregoś popołudnia gdy wybierzesz się na swój spacer… nieważne, czy będę w domu czy nie – i znów do niej zajrzeć. A gdyby mojej kucharki też nie było, znajdziesz przepis w książce na półce kuchennej. Ale o tym dobrze wiesz, prawda?
- Dziękuję ci kochana – powiedziała Elizabeth – to bardzo miło z twojej strony
I wszyscy zaczęli gwałtownie rozmawiać.


KONIEC
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 06 Wrz, 2025 20:17   

Lucia jest bezbłędna :oklaski: :oklaski: :oklaski: :oklaski: :oklaski: :oklaski: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: droga Elżbieta do pięt jej nie dorasta mimo całego jadu :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: toz biedny major teraz będzie mieć ciosane kołki na głowie od świtu do nocy :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Dziękuje Trzykrotko za tę cudowną lekturę :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatek: :kwiatek: :kwiatek: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok: :cmok:
Ale czy to oznacza, że będzie ciąg dalszy :excited: ?
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 06 Wrz, 2025 20:28   

Będzie! Musze tylko skończyć korektę i myślę, że od przyszłego tygodnia zaczynamy.
Prawda, że Lucia z klasą przyjęła kradzież przepisu na homara? A Elżbieta jak zawodowiec złowiła w końcu majora na wędkę :-D Jest od czego startować w nowy rozdział z dziejów Tilling.
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 08 Wrz, 2025 08:39   

Lucia zachowała się perfekcyjnie :serce: :serce: :serce: a droga Elżbieta - no cóż, ma czego chciała, a jakie będą skutki przyszłość pokaże :angeldevil: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: przyszłość w takim stanie rzeczy zapowiada się nader interesująco :serce: :excited:

Trzykrotko dziękuję :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatek: :kwiatek: :kwiatek: :cmok: :cmok: :cmok: Nie wiesz, ile radości dałaś mi odkryciem Luci i Elżbiety i całego tego światka prowincjonalnej ambitnej socjety, to są absolutnie przewspaniałe opowieści, działające kojąco na psychikę, jak najlepsze uspokajacze i antydepresanty :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :cmok: :cmok: :cmok:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 08 Wrz, 2025 08:55   

Tamaro :przytul: :przytul: :przytul: twoja radość jeszcze powiększa moją, bo zakochałam się w Luci, Jurusiu i całym tym beztroskim światku po uszy od pierwszego czytania - cudownie jest móc się tym podzielić.

W nowej powieści Lucia osiągnie całkiem nowe wyżyny, obiecuję! :love_shower: Jestem na ukończeniu sprawdzania błędów i literowek i lada chwila zaczniemy!
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 08 Wrz, 2025 11:12   

Ojejejejej :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited:

Trzykrotka napisał/a:
zakochałam się w Luci, Jurusiu i całym tym beztroskim światku po uszy od pierwszego czytania -

Mam dokładnie tak samo :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Chciałabym sobie pomieszkać w w takim Tilling czy Riseholme przez jakiś miesiąc-dwa, żeby poobserwować towarzystwo :serce: no i żeby pożyć trochę w spokoju, przyjemnie i bez pośpiechu. Jakie to musi być cudowne, gdy największym problemem życiowym jest to, co podać na podwieczorek :serce:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 08 Wrz, 2025 11:35   

I czy przefarbować sukienkę czy nie :lol:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 08 Wrz, 2025 11:35   

Taaaaaak :serce: :serce: :serce:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.