|
|
Mapp i Lucia |
| Autor |
Wiadomość |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Sob 02 Sie, 2025 20:13
|
|
|
Uuuu, będzie ciekawie biedny Juruś biednym Jurusiem , to jedna rzecz, ale widzę że Irene zaczyna rozwijać cechy dotąd nieujawniane, pytanie czy zostanie autentyczną fanką Luci, czy traktuje ją jako kolejne zjawisko w panopticum, jakim jest Tilling, a jakim jest nawyraźniej zachwycona
Chociaż po przeczytaniu opisu Grebe dziwię sie Luci, że dla takiego wygwizdowa z błotem chce porzucić naprawdę piękne Riseholme |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 02 Sie, 2025 21:42
|
|
|
Irene zakochała się w Luci, ot co.
I masz rację z tym wygwizdowem - ładne widoki ładnymi widokami, ale to kawał drogi za miastem. Myślę, że w Tilling, które chyba jest dość małe, nie było dość okazałej siedziby na sprzedaż.
Juruś się dowiaduje...
Wtem znów wróciła mniej miła myśl o Jurusiu i zaczęła się zastanawiać, jakich argumentów mogłaby użyć by namówić go do opuszczenia Riseholme i osiedlenia się tutaj. Tilling z jego rozlicznymi zainteresowaniami byłoby niekompletne bez niego, a jak żałośnie niekompletne byłoby dla niego Riseholme bez niej i Foljambe. Juruś ostatnio zaczął poważniej niż kiedykolwiek traktować swoje malarstwo i latem często przekładał kolację na niebywale późną porę aby obejrzeć zachód słońca i wstawał o zupełnie dzikich porach żeby złapać wschód słońca. Lucia z całego serca popierała jego zapał, powiedziała mu, że jeśli chce zrobić prawdziwą karierę malarską, nie ma czasu do stracenia. Potrzebował pochwały i zachęty; może Irene mogłaby pomóc. Wskazała na olśniewający krajobraz.
- Irene, czym byłoby życie bez zachodów słońca? – spytała. – I pomyśleć, że ten cud zdarza się codziennie prócz dni, kiedy chmury są naprawdę ciężkie.
Irene spojrzała na widok krytycznym okiem.
- Generalnie nie lubię zachodów słońca – powiedziała. - Kompozycja nieba jest zazwyczaj infantylna. Ale dziś kolory są niezłe.
- W Riseholme nie ma praktycznie zachodów słońca – powiedziała Lucia. – Słońce na pewno zachodzi, ale zasłania je pasmo wzgórz. Często myślę, że rozwój talentu artystycznego Jurusia był tam zahamowany. Kiedy tam wróci, nikt nie zachęci go do pracy. Co myślisz o jego malarstwie, kochana?
- W ogóle o nim nie myślę – odparła Irene.
- Nie? Zdumiona jestem. Oczywiście, twoje jest zupełnie inne w charakterze. Te zapaśniczki! Co za siła! Ale osobiście bardzo dobrze postrzegam prace Jurusia. Przestrzeń, spokój! Chciałabym bardzo abyś zainteresowała się nim i trochę go zachęciła. Piękno można znaleźć wszędzie jeśli się go szuka.
- Oczywiście, jeśli mnie prosisz, to się postaram – powiedziała Irene. – Ale to będzie ciężka robota, znaleźć piękno w tych małych walentynkach Jurusia.
- Postaraj się. Daj mu parę wskazówek. Niech zobaczy to, co ty widzisz. Całą tę śmiałość i wolność. Tego on chce. Ach, zachód już ciemnieje. Buona notte, bel sole! My też musimy wracać. Addio, mia bella casa. Ale Juruś musi dowiedzieć się pierwszy, Irene, proszę nic mu nie mów póki ja mu nie powiem. Biedny Juruś: mam nadzieję, że to nie będzie dla niego wielki cios.
Następnego ranka Juruś wrócił z Folkstone wraz z Cadmanem i Foljambe i przyszedł od razu do Mallards. Wiedział, że wezwanie do powrotu oznaczało, że groźna jak tarantula contessa wyjechała, a kiedy Grosvenor otworzyła mu drzwi z łańcucha potwierdziła, że grypa Luci oficjalnie się zakończyła. Był ładnie opalony, a ona przywitała go bardzo ciepło.
- Poszło jak po maśle – podsumowała, kiedy już zrelacjonowała mu wszystkie spiski i kontr-spiski, które złożyły się na błyskotliwą kanwę ostatnich wydarzeń. – I to ten list pani Brocklebank, który mi przysłałeś był ostatnim gwoździem do trumny Elizabeth. Od razu wiedziałam, ile mogę z niego wyciągnąć. Naprawdę Jurusiu, to był mój przebłysk geniuszu.
- To od razu był przebłysk geniuszu – zauważył Juruś. – Wystarczyło go przepisać i wysłać contessie.
Luci zrobiło się nieco głupio, że to sobie przypisała całą zasługę. Trudno było wyzbyć się tego nawyku.
- Mój drogi, cała zasługa jest twoja – powiedziała z wdziękiem. – To był twój przebłysk geniuszu. Przepisałam go niedbale, jakbym pisała spontanicznie, bez większego namysłu. Niezły ruch, nie sądzisz? A efekt? Kolosalny, jak opowiedziała mi Irene, bo sama nie mogłam tam być. To wszystko działo się wczoraj. Elizabeth wiła się jak piskorz, ale nic nie osiągnęła. Chyba w całym Sussex nie ma bardziej pokręconej kobiety.
Juruś zachichotał dyskretnie.
- A najśmieszniejsze, że cały czas miała rację i co twojej grypy i włoskiego i wszystkiego – powiedział. – To musiało ją rozwścieczyć.
Lucia westchnęła w zamyśleniu.
- Jurusiu, miała złe intencje – zauważyła – a to nigdy nie popłaca.
- Poza tym dobrze jej tak za podglądanie – ciągnął Juruś.
- Tak, biedulka. Ale teraz znowu muszę być dla niej mila. Jutro przychodzi na lunch i ty też, oczywiście. A właśnie, Jurusiu, Irene bardzo zainteresowała się twoim malarstwem. To było dla mnie coś nowego, bo jej styl tak bardzo różni się od twojej pięknej, starannej roboty.
- Nie! Dla mnie to też nowość – powiedziała Juruś. – Przedtem w ogóle nie zauważała moich obrazków; równie dobrze mogła patrzeć na czysty papier. Naprawdę się zainteresowałam czy sobie ze mnie stroi żarty?
- Naprawdę. A ja nie przestaję myśleć, że to dla ciebie wielka szansa dowiedzenia się czegoś o nowoczesnych formach. Bez wątpienia coś jest w tych jej ostrych płótnach.
- Szkoda, ze wcześniej mi nie powiedziała – rzekł Juruś. – Będziemy tu jeszcze przez dwa tygodnie. Będzie mi bardzo smutno kiedy pobyt się skończy, bo byłem dziś rano niesamowicie zadowolony że jedziemy do Tilling. Nudno będzie wracać do Riseholme. Też to czujesz? Na pewno czujesz. Żadnych intryg, żadnej rywalizacji.
Lucia dostała właśnie telegram od Adeli z informacją, że ta kupiła Domek przy Zagajniku i nie było sensu odwlekać tej oszałamiającej chwili. Czuła się jak Zeus mający cisnąć piorunem w jakiegoś nieszczęsnego śmiertelnika.
- Jurusiu, nie wracam do Riseholme – powiedziała. – Sprzedałam Domek: Adela Brixton go kupiła. I praktycznie już zakupiłam ten biały dom z pięknym ogrodem, który tak nam się podobał, z widokiem na mokradła (jak ja o tobie myślałam podczas wczorajszego zachodu słońca!) i uroczymi pokojami z charakterem.
Juruś usiadł z otwartymi ustami, a z jego twarzy zniknęło wszelkie życie. Zrobił się biały jak kartka papieru wyblakła na słońcu. Potem powoli, jakby wybudzał się ze znieczulenia gdy chirurg wciąż kroił żywą tkankę, na jego twarz wypłynął wyraz nieopisanego cierpienia.
- Ale Foljambe, Cadman! – wykrzyknął. – Przecież Foljambe nie będzie tu przyjeżdżała co wieczór z Riseholme. Co ja mam teraz począć? To już postanowione?
Lucia osłupiała. Była, owszem, świadoma, że rozstanie (jeśli do niego dojdzie) z Foljambe będzie dla niego ciosem, ale zaskoczyło ją, delikatnie mówiąc, że myśl o rozstaniu z nią samą nie zaszokowała go tak bardzo. A jednak. Foljambe była pierwsza.
- Wiedziałam, że rozstanie z Foljambe będzie dla ciebie wielkim ciosem – powiedziała z jadem, którego Juruś nie mógł nie zauważyć. – Jaka szkoda, że kłótnia, o której mi pisałeś spełzła na niczym. Ale obawiam się, że nie mogę obiecać ci, że zostanę w Riseholme po kres żywota tylko dlatego, żebyś ty nie utracił pokojówki.
- Ale to nie tylko o to chodzi – powiedział Juruś świadom jadowitości i spieszący ją osłodzić – O ciebie także. Bez ciebie w Riseholme będzie jak w nędznej dziurze.
- Dziękuję, Jurusiu – powiedziała Lucia. – Ciekawa byłam kiedy i czy w ogóle, jak mówią prawnicy, o tym pomyślisz. Ale nie miałeś obowiązku, rzecz jasna.
Juruś uznał, że to niesprawiedliwe.
- No cóż, ty sobie ścielesz gniazdko w Tilling – odparował – i ani słowem nie wspomniałaś, jak nudno ci będzie beze mnie. A ja będę musiał pożegnać się też z Foljambe.
Lucia uciekła się do niskiej sztuczki.
- Juluuuu-siu, złościs się na mnie? – zapytała niewinnym, dziecięcym głosikiem.
Juruś nie dał się znokautować tym sentymentalnym ciosem poniżej pasa. To była cała Lucia: zorganizować wszystko pod swoje potrzeby, a potem oczekiwać, że jej biedne pionki będą zdruzgotane stratą królowej. Poza tym naprawdę najpierw pomyślał o stracie Foljambe. Wygoda, jak dobroczynność, zaczyna się w domu.
- Nie, nie złoszczę się – powiedział odrzucając zupełnie gaworzenie, które oznaczałoby poddanie się. – Ale mam wszelkie prawo czuć się zraniony, że układasz sobie życie w Tilling i ani słowem nie wspominasz, że będziesz za mną tęsknić.
- Mój drogi, byłam pewna, że przyjmiesz to za pewnik – zaczęła Lucia.
- To dlaczego ty nie miałabyś wziąć tego za pewnik? – zapytał.
- Powinnam była – odpowiedziała. – Przyznaję się, już w porządku. Ale czemu ty też nie wyjedziesz z Riseholme i nie osiądziesz tutaj, Jurusiu? Foljambe, ja, twoja kariera teraz, gdy Irene interesuje się twoimi obrazami, i to cudowne poczucie, że nie wiesz, co czeka za rogiem. Tyle bodźców, tyle strawy dla duszy. I sam nie chcesz wracać, powiedziałeś to. Będziesz tam pleśniał i wegetował.
- Moja sytuacja jest inna – powiedział Juruś. – Ty sprzedałaś swój dom, a ja mojego nie. Ale cóż począć: wrócę, pewnie bez Foljambe i bez ciebie, przepraszam, bez ciebie i Foljambe. Żałuję, że w ogóle tu przyjeżdżałem. To ten tydzień, gdy wróciliśmy na festyn i zostawiliśmy tu Cadmana i ją tutaj, narobił szkody.
Nie było sensu w tej chwili dodawać nic więcej, a Juruś, czując się ofiarą władczej przyjaciółki i niestałej pokojówki, wrócił smutny do Mallards Cottage. Lucia postanowiła opuścić Riseholme bez śladu refleksji o krzywdzie, jaką mu wyrządziła pozbawiając go za jednym zamachem swojego towarzystwa i pokojówki. Niemal żałował, że wysłał jej ten wspaniały list Brocklebank, bo była w naprawdę trudnej sytuacji, zwłaszcza gdy panna Mapp widziała ją rozebraną i podskakującą w ogrodzie w środku grypy i gdyby, dzięki przebłyskowi geniuszu, nie przyszedł jej z odsieczą, jej reputacja mogłaby doznać nieodwracalnych szkód i mogliby wracać do Riseholme razem. A tymczasem on pomógł jej wspiąć się na sam szczyt i w podzięce ona zadała mu ten potworny cios.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 04 Sie, 2025 08:46
|
|
|
Oj nieładnie Luciu, nieładnie, tak Jurusiowi dokopać naprawdę mi go żal mam jednak nadzieję, że i on znajdzie piękny dom do kupienia
Niemniej mokradła nadal mnie nie przekonują, natomiast Irene zdaje się wprowadzi całkowicie zaskakujące elementy do nowego życia Luci i Jurusia |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 04 Sie, 2025 21:53
|
|
|
Najtrudniej jest oderwać korzonki od czegoś, co jest znane i wygodne. Luci łatwiej to przychodzi, bo ma naturę zdobywczyni, ale Juruś to sybaryta i domator. Obecny ciąg zmian to seria ciosów - i Foljambe chciała go porzucić i Lucia.
Patrzmy, co dalej.
Rzucił się w najgłębszym przygnębieniu na sofę w w saloniku w Mallards Cottage, w którym było mu tak przytulnie. Życie w Tilling przepełnione było przyjemnościami, a ile pikanterii dodawały mu te wszystkie niespodzianki! Już namalował wiele obrazów, niekończące się tematy wciąż czekały na jego pędzel, a dreszcz zachwytu dawała mu świadomość, że dziwaczna Irene z całym nowoczesnym podejściem do sztuki, ceni sobie jego pracę. Następnie były radości z obserwowania i asystowania w kampanii Luci o zachowanie suwerenności, a jej wojny, wiedział to dobrze, dalekie były jeszcze od rozstrzygnięcia, bo Tilling ewidentnie zaczęło nieco się wiercić pod wpływem jej protekcjonalności i autokratycznych zachowań, a w starym piecu (czyli Elizabeth Mapp) diabeł wciąż palił. Strasznie przykro było pomyśleć, ze nie będzie już świadkiem kampanii już rodzących się w tych napoleońskich mózgach. Te dwa tygodnie, które mu pozostały, zaćmi myśl o nędznej przyszłości która go czekała i nie będzie w nim żadnej ponęty, gdyż po niedługim czasie wróci do Riseholme w stanie żałosnego wdowieństwa, pozbawiony opieki duszpasterskiej Foljambe, która przez te lata odciążała go od troski o domowe sprawy i towarzystwa przyjaciółki, która rozbudzała w nim ambicje i aktywność. Choć kiedyś leżał bezsennie, drżąc na myśl, że może Lucia oczekuje, że on się z nią ożeni, czuł, że chyba wolałby już to zrobić niż ją stracić.
- Lepiej jest kochać i stracić – myślał Juruś – niż nie kochać wcale, ale i nie kochać i jeszcze stracić, to już straszna marność.
Foljambe śpiewała wysokim zgrzytliwym głosem rozpakowując jego bagaże w pokoju na górze, a choć był to nieznośny dźwięk, jak często napełniał to żywą radością, bo Foljambe rzadko śpiewała. A kiedy to robiła, pokazywała w ten sposób, że jest zachwycona swoim miejscem w życiu i planuje nowe wysiłki dla wygody swego pracodawcy. Teraz bez wątpienia planowała przyjemności dla Cadmana, o nim nawet nie myśląc. I jeszcze ta Lucia: przez otwarte okno słyszał już dźwięki fortepianu w jej pokoju ogrodowym, a to jasno pokazywało okropną bezduszność wobec jego nędzy. Nie obchodził jej; szła do przodu jak księżyc na niebie albo czołg. Bezdusznie zajmowała głowę własnymi osiągnięciami, a ręce tymi wesołymi, dźwięcznymi melodiami, samolubie wyrzucając go z głowy. Oderwał się na chwilę od tych bolesnych rozważań i zaczął słuchać uważniej. To był z pewnością Mozart, ale melodii nie znał.
- Założę się – pomyślał Juruś – że dziś wieczorem lub jutro zaprosi mnie do rozpracowania nowego utworu Mozarta, a to będzie ten właśnie kawałek, który już zdążyła przećwiczyć.
Znów wezbrała w nim gorycz gdy ta miła refleksja zbladła w jego umyśle i niemal bezwiednie zaczął obmyślać, jak mógłby się jej odpłacić za tę zimną obojętność. Olśniła go czarna, ale błyskotliwa myśl (jak czarna perła). A jeśli odprawi Dickiego, własnego szofera, obecnie służącego jego najemcy w Riseholme i – kusząc wyższą pensją zwabi lucinego Cadmana i zabierze go razem z Foljambe do Riseholme? Wdrożyłby w życie plan samej Luci o osadzeniu jej we własnym domku i daniu jej sprzątaczki, aby dnie Foljambe należały do niego, a noce do Cadmana. Zadałby bobu Luci, a Cadman poszedłby w to, bo nie był przywiązany do Tilling. Ale ledwie zarysował mu się ten diabelski plan, lepsza część jego natury podniosła bunt. Lucia dostałaby nauczkę, to prawda, ale on nic by na tym nie zyskał.
- Gdybym tak postąpił – pomyślał szlachetnie Juruś – zniżyłbym się do jej poziomu. Poza tym, Cadman mógłby odmówić, a potem powiedzieć jej, że go chciałem przekupić – paskudztwo. Ona miałaby do mnie taki żal, jaki ja mam do niej i jeszcze cieszyła się, że mi się nie udało. Nic z tego. Muszę jakimś cudem zachować się jak mężczyzna. Muszę być jak major Benjy i powiedzieć: „Tfu! Do diabła z kobietami!” i strzelić sobie kielicha. Ale niedobrze mi się robi na myśl, że wrócę do Riseholme sam… Szkoda, że nie mam brwi jak szczotka i nie umiem powiedzieć „do diabła” jak należy.
Aby dodać sobie męskości nalał sobie małą szklaneczkę whisky z sodą i jego oko spoczęło na listach leżących na stole, które musiały nadejść dziś ran. Jeden nosił stempel z Riseholme, a koperta była z tych jasnoniebieskich, jakich używał. Pochodziła ewidentnie z jego własnej papeterii, którą hojnie zostawił w bonusie do użytku swojego najemcy. Otworzył go i oto światło znów spłynęło na jego życie, bo pułkownik Cresswell chciał się dowiedzieć, czy myślał może o sprzedaży domu. Oczarowało go Riseholme, jego siostra kupiła Domek przy Zagajniku, a on chętnie mieszkałby obok niej. Czy zatem Juruś mógłby odpisać mu jak najszybciej, bo był jeszcze jeden dom, należący do pani Quantock, co do którego rozpocznie negocjacje jeśli nie będzie szansy na domek Jurusia…
Zmiana nastroju była niemal bolesna. Juruś od razu polał kolejną whisky z sodą, nie z depresji, tylko ze szczęścia.
- Ale nie może wejść mi to w nawyk – pomyślał sięgając po pióro.
Pierwszym impulsem Jurusia gdy napisał list do pułkownika Cresswella było pognać do Mallards z tą cudowną wieścią, ale teraz się zawahał. Mogły wszak pojawić się jakieś przeszkody, cena proponowana przez pułkownika mogła nie spełniać jego oczekiwań, choć – Bóg mu świadkiem – do głowy nie przyszłoby mu targowanie się z żadną rozsądną ofertą. Lucia ucieszyłaby się na wieść, że jest szansa, że on osiądzie w Tilling, ale póki co nie zasługiwała na tak przyjemne perspektywy. Poza tym, choć był na tyle męski, bo w porę odrzucić pokusę zwabienia Cadmana, pomyślał, że potrzyma ją w stanie niewiedzy, nawet gdy jego marzenie się spełni. Często jej mówił, że gdyby go było stać, zamieszkałby w Londynie i teraz, gdyby sprzedaż domu się udała, będzie udawał, że nie myśli wcale o pozostaniu w Tilling, ale o wyjeździe do miasta – i zobaczymy jak ona to przyjmie. Teraz jej kolej by poczuć się zranioną i dobrze jej tak. Zamiast więc przerywać fale muzyki Mozarta wylewające się z okna pokoju ogrodowego, poszedł żwawo na High Street by przekonać się, jak Tilling przyjmuje wieść, że Lucia w nim zostaje jeśli wszyscy wiedzą już o kupnie Grebe. Jeśli nie, chętnie tę wieść rozpuści.
W stroju Jurusia można było dostrzec lekką marynarską nutę, jak przystało komuś, kto spędził ostatnio trochę czasu na molo w Folkstone. Miał bardzo marynarski kapelusz z czarnym błyszczącym otokiem, granatowy dwurzędowy płaszcz, białe spodnie i białe płócienne buty; naprawdę mógł sprawiać wrażenie, że właśnie przypłynął do Tilling swym jachtem i wyszedł na brzeg by obejrzeć miasto. .. Przenikliwy gwizd z drugiej strony ulicy świadczył, że jego wygląd z miejsca przyciągnął uwagę – uwagę Irene usadowionej ze swoją sztalugą na środku chodnika i malującej rząd tuszek wiszących na wystawie u rzeźnika. Niech Rembrandt sobie uważa…
- Ahoj, Jurusiu! – krzyknęła. – Hej do domu wrócił żeglarz! Chodź na małą pogawędkę.
To było raczej za dużo uwagi, więcej niż Juruś mógłby się spodziewać, ale że Irene była zdolna do wywrzaskiwania za nim żeglarskich okrzyków gdyby udawał, że jej nie zauważył, przeszedł przez ulicę na jej stronę.
- Widziałeś się z Lucią, komodorze? – spytała. – Mówiła ci?
- O kupnie Grebe? O tak.
- A to w porządku. Zakazała mi cokolwiek o tym wspominać, póki nie zobaczy się z tobą. Mapp wpada i wypada ze sklepów i po prostu muszę jej to pierwsza powiedzieć. Nie wchodź mi w drogę, dobra? A właśnie, malowałeś coś w Folkstone?
- Jeden czy dwa obrazki – odrzekł Juruś. – Nic wielkiego.
- Nonsens. Pozwól mi wpaść i rzucić na nie okiem. Lubię twoją kreskę. A teraz popatrz tutaj o powiedz mi, co jest nie tak--- Oho, jest! Cześć Mapp!
Elizabeth, podobnie jak Juruś, ewidentnie pomyślała, że rozsądniej będzie odpowiedzieć na wezwanie i uniknąć publicznego wykrzykiwania jej nazwiska i przebiegła na ich stronę ulicy.
- Dzień dobry, Irene moja – powiedziała – Jaki piękny obraz! Wszystkie te oskórowane świnki w rzędzie, a może to owce? Z powrotem w domu, panie Jurusiu? Ależ się stęskniliśmy. Jak pan znajduje drogą Lulu po chorobie?
- Mapp, mam dla ciebie nowinę – powiedziała Irene, wspominając sobie wczorajszy proszony lunch. – Nie powiem, musisz sama zgadnąć. Chodzi o twoją Lulu. Trzy próby.
- Nan nadzieję, że nie remisja? – rzekła Elizabeth jasno.
- Jak kulą w płot. Coś o wiele milszego. Ucieszysz się jak nie wiem co.
- Kolejne piękne przyjęcie muzyczne? – spytała Elizabeth – Czy może zrobiła sto podskoków przed śniadaniem?
- Nie, coś o wiele, wiele milszego – powiedziała Irene. – Coś wręcz dla nas niebiańskiego.
Przez twarz Elizabeth przemknął cień niepokoju, gdy straszne przypuszczenie przyszło jej do głowy.
- Kochana, nie drażnij się ze mną, tylko nie powiedz – rzekła.
- Nie opuszcza nas na zawsze pod koniec tygodnia – powiedziała Irene. – Kupiła Grebe.
Na twarzy Elizabeth odmalowało się ślepe przerażenie.
- Och, co za radość – powiedziała. – Cudowne wieści.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 05 Sie, 2025 09:41
|
|
|
jak się cieszę że Juruś ma klienta na dom , a droga Elżbieta dowiedziała się, że Lucia zostaje, chciałabym zobaczyć jej twarz w tym momencie tak sobie myślałam, że fajnie by było, gdyby znalazł się ktoś chętny by kupić dom Jurusia, i proszę otwiera się całkiem nowa epoka w życiu Tilling |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 05 Sie, 2025 12:38
|
|
|
I w życiu Riseholme! Aż chciałoby się przeczytać jakiś spin-off na temat Riseholme po Luci...
Ale tak, Jurusiowi kamień spada z serca i może już szukać domu dla siebie ale najpierw podrażnić się trochę z Lucią. |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 05 Sie, 2025 12:46
|
|
|
Ooo tak, chociaż co mogłoby się dziać bez Luci ? Droga Daisy nijak by nie udźwignęła ciężaru bycia przywódczynią kulturalną całej społeczności...
| Trzykrotka napisał/a: | | najpierw podrażnić się trochę z Lucią. |
No bezwzględnie, należy jej się ! Okropnie jestem ciekawa, gdzie Juruś zamieszka |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 05 Sie, 2025 23:08
|
|
|
Pospieszyła do Wasters, zbyt zdenerwowana, by nawet z Divą, która wychodziła ze sklepu Teistevanta, podzielić się swoją radością. Zaledwie dziś rano zajrzała do kalendarza i stwierdziła, że zostało jeszcze piętnaście dni nim Tilling pozbędzie się Lulu, a teraz wedle nawet umiarkowanych szacunków, mogła być skazana na piętnaście lat w jej towarzystwie. W tej chwili uznała, że sama nie zniesie ciężaru radości i pospieszyła za Divą.
- Divo droga, zajdź na minutkę – powiedziała. – Właśnie o czymś usłyszałam.
Diva spojrzała z niepokojem na jej wzburzoną, pomarszczoną ze zdenerwowania twarz.
- Co się stało? – spytała. – Nic poważnego?
- O nie, cudowne wieści – powiedziała z gorzką ironią. – Niech się raduje Tilling. Ona nie wyjeżdża. Ona zostaje tu na zawsze.
Nie było potrzeby pytać, kim jest ta „ona.” Od tygodni „ona” to była Lucia. Jeśli mówiło się o Susan Wyse albo Divie albo Irene, to tak się je nazywało. Ale „oną” była tylko Lucia.
- Spodziewałam się tego – powiedziała Diva. – Wiem, że dostała pozwolenie na oględziny Grebe.
W przypływie irytacji Elizabeth trzasnęła drzwiami Wasters gdy razem z Divą weszły do środka tak gwałtownie, że dom się zatrząsnął, a z drucianej skrzynki na listy jakaś kartka wypadła na podłogę.
- Spokojnie z moimi drzwiami – powiedziała Diva – albo będzie parę napraw do wykonania.
Elizabeth puściła mimo uszu tę żałosną uwagę i podniosła kartkę. Odręczne pismo było nie do pomylenia, bo lucine studia nad Homerem kazały jej (świadomie lub nie) zaadaptować grecką pisownię liter i jej „a” wyglądało teraz jak alfa, a „e” jak epsilon. Na ten widok Elizabeth całkowicie straciła panowanie nad sobą, uniosła kartkę wysoko, jakby ukazywała relikwię rzeszom wiernych i skłoniła się przed nią nisko.
- A to jest od Niej – powiedziała. – och, jaka to łaskawość ze strony Jej Wysokości, że napisała do mnie własną ręką z wszystkimi tymi cudactwami. Nie zadowala jej mówienie doskonale po włosku, musi jeszcze pisać po grecku. Założę się że mówi po grecku równie pięknie.
- No, Elizabeth, weź się w garść – powiedziała Diva.
- Nie wiedziałam, że się rozłażę, kochanie – powiedziała Elizabeth otwierając list samymi końcówkami palców, jakby zapisał go ktoś zarażony dżumą, a przynajmniej grypą. – No, zobaczmy, co mówi Jej Wysokość… - „Najdroższa Liblib… - co za impertynencja! A może tak wygląda dowcip a la Riseholme?
- Cóż, ty nazywasz ją Lulu – powiedziała Diva. – Czytaj dalej.
Elżbieta ściągnęła brwi biedząc się nad odczytaniem pokręconego pisma.
- „Kiedy jestem już wolna od infekcji” – przeczytała (infekcji, no jasne. W ogóle nie miała grypy) – „...od infekcji, znów mogę przyjmować przyjaciół i mam wielką nadzieję, że zjesz jutro ze mną lunch. Spieszę także powiadomić cię o zmianie planów, bo tak zakochałam się w waszym rozkosznym Tilling, że kupiłam tu dom (każdy już wie!) – i wprowadzam się w przyszłym miesiącu. To straszny cios, możesz sobie wyobrazić, opuścić moje kochane Riseholme – (to po co się na niego narażasz?)… - i biedny Juruś jest w rozpaczy, ale Tilling i wy wszyscy, jego kochani mieszkańcy, zapadliście mi głęboko w serce. (Doprawdy? I wzajemnie!) i nie ma sensu z tym walczyć. Zastanawiam się zatem, czy nie rozważyłabyś wynajęcia mi twojego pięknego Mallards na kolejny miesiąc za tę samą cenę co ostatnio podczas gdy Grebe będzie się malować i meblować? Będę bardzo wdzięczna jeśli się zgodzisz, gdyż w innym przypadku będę musiała starać się o Mallards Cottage gdy mój Juruś – (Mój!)… wróci do Riseholme. Jak sądzisz, czy mogłabyś dać mi znać do jutra o swej decyzji, jeśli – na co mam nadzieję –przyślesz mi amabile „si” – (Cóż to u licha jest to amabile si?) i przyjdziesz na lunch? Tanti saluti, Lucia.”
- Ja rozumiem – powiedziała Diva. – To znaczy „tak, z przyjemnością” w sprawie lunchu.
- Uprzejmie dziękuję, Divo. Widzę, że i ty robisz się specjalistką od włoskiego – powiedziała Elizabeth. – Ten list to właśnie jest coś, co nazywam bezdusznością. A my wszyscy, zauważ, mamy służyć jej wygodzie. Ja nie mogę wrócić do Mallards, bo Ona go chce, a nawet jeśli odmówię, Ona będzie tuż za płotem w Mallards Cottage. Nigdy wcześniej nie przebywałam tak długo poza domem.
Obie damy czuły jednak, że nie mogą podtrzymywać nadal pozorów oburzenia, że Lucia chce wynająć Mallards na kolejny miesiąc, skoro obu odpowiadało to po prostu nieziemsko.
- Masz szczęście, że dostajesz taką cenę za kolejny miesiąc. Ja też mam jeśli chcesz tu dalej mieszkać, bo Irene na pewno pozwoli mi zostać u siebie, bo jej domek leży tuż obok Grebe i będzie mogła zachodzić tam przez cały dzień…
- Biedną Irene chyba coś zaczarowało – powiedziała Elizabeth mimochodem. – Nie może wręcz myśleć o niczym, prócz tej kobiety. Jej obrazy pogorszyły się strasznie. Takie ordynarne…. Tak, kochanie, sądzę, że dam królowej języka włoskiego amabile si co do Mallards. I może rozważysz jakiś rabacik za listopad. Zimowe ceny są zawsze niższe.
- Oczywiście, że nie – powiedziała Diva. – Ty za Mallards nie dostaniesz mniej.
- To już moja sprawa, kochana – powiedziała Elizabeth.
- A ta jest moja – odparła Diva twardo. – Pójdziesz do niej na lunch jutro?
Elizabeth, już w miarę spokojna, zatonęła w fotelu przy oknie, z którego rozciągał się dobry widok na High Street.
- Chyba muszę – powiedział. – Trzeba mieć ogładę cokolwiek by się stało. O, idzie major Benjy. Ciekawe, czy już słyszał.
Zastukała w okno i otworzyła je szeroko. Przebiegł spiesznie przez ulicę i zaczął mówić głośno, nim zdążyła wypowiedzieć choć słowo.
- Ta pani kapitalna zgadywanka, panno Elizabeth – powiedział, zupełnie jak Irene. – Chodzi o panią Lucas. Dam pani trzy….
- Jedna wystarczy: wszyscy już wiemy – powiedziała Elizabeth. – Radosne wieści, prawda?
- Rzeczywiście, rozkosznie jest wiedzieć, że nie stracimy osoby, która --- która tak bardzo nam przypadła do gustu – powiedział bardzo dyplomatycznie.
Urwał; w jego tonie brakowało szczerości; wydawało się, że nie wypowiedział swoich myśli do końca. Elizabeth rzuciła mu przenikliwe i poufne spojrzenie.
- Tak, majorze Benjy…? – zachęciła go.
Rozejrzał się jak konspirator, który sprawdza, czy ktoś nie podsłuchuje.
- Te przyjęcia, wie pani – powiedział. – Te rozrywki, którymi nie mogliśmy się nacieszyć. Piękna muzyka. Ale Grebe leży za daleko jak na wilgotną zimową noc. Już nie tuż za rogiem. Też jeśli osiądzie w Mallards…
Od razu dotarło do niego, na jakiego impertynenta może wyjść i szybko dodał:
- Musi nam pani przyjść na ratunek, panno Elizabeth – powiedział, zniżając głos tak, że nawet Diva go nie słyszała.
- Gdy wróci pani do siebie, musi pani znów zacząć o nas dbać, jak zawsze to pani robiła. Ta pani Lucas to czarująca kobieta, gościnna jak nie wiem, ale zimą, jak już mówiłem, będzie trochę za daleko wybierać się do niej, tylko po to, żeby posłuchać muzyki i zjeść pomidora, jeśli pani rozumie, o czym mówię.
- Oczywiście, że rozumiem, o czym pa mówi – wymruczała. – Kochane stworzenie, jak sam pan powiedział, jest takie gościnne. Piękna muzyka i pomidory, ale my musimy się postawić.
- Cóż, z dobrym też można przesadzić – powiedział major Benjy – i co do mnie, to trochę Mozarta wystarczy mi na długo, zwłaszcza przy długim spacerze w wilgotną noc. Poza tym słyszałem coś o lekcjach kalisteniki, choć te bez wątpienia będą tylko dla pań…
- Nie byłabym tego taka pewna – powiedziała Elizabeth. – Nasza droga przyjaciółka ma dość – możemy to nazwać pewnością siebie? – by być przekonaną, że nauczy każdego wszystkiego. Jeśli nie będzie pan uważał, majorze Benjy, będzie pan skakał po trawniku w Grebe, nim się pan zorientuje gdzie góra gdzie dół. Już pan byłeś królem Cophetuą, czego ja w najśmielszych snach nie wyśniłabym.
- To tylko raz się wydarzyło – odparł. – Ale jakieś zajęcia gimnastyczne…
Diva, cierpiąc z niemożności dowiedzenia się, co się dzieje, podkradła się za Elizabeth i przycupnęła za nią, gdy ta stała wychylona przez okno. W taj właśnie chwili Lucia, zakończywszy fortepianowe wprawki, wyszła zza rogu Mallards na High Street. Elizabeth cofnęła się gwałtownie i wpadła na Divę.
- Och, przepraszam, nie wiedziałam, że tam jesteś, kochana – powiedziała – Musimy naradzić się innym razem, majorze Benjy. Au reservoir.
I zamknęła okno.
- No mów proszę, nad czym musicie się naradzić – powiedziała Diva. – Słyszałam tylko końcówkę.
W takim czasie trzeba było mieć sprzymierzeńców: inaczej Elżbieta nie podarowałaby sobie kilku celnych uwag o podsłuchiwaczach.
- To przykre, że teraz, gdy Lucia postanowiła już nas nie puszczać – powiedziała – w Tilling rodzi się tyle myśli że każą ci robić to i zmuszają do słuchania tamtego. Major Benjy – nie wiem, czy ten fragment słyszałaś, kochana - mówił na ten temat bardzo jasno i stanowczo. Pytanie brzmi, czy Anglia jest wolnym krajem czy nie i czy damy się zdeptać. Przez te wszystkie lata byliśmy w Tilling bardzo szczęśliwi, idąc własną drogą, żyjąc w słodkiej harmonii i ani ja ani major Benjy nie zamierzamy wsuwać szyi w jarzmo. Nie wiem, jak ty uważasz. Może tobie się to podoba, bo w końcu byłaś Marią królową Szkotów, z Major Benjy był Królem Cophetuą.
- Na żadne po-di-mu po kolacji do Grebe nie pójdę – powiedziała Diva. – Na ostatnie też nie powinna była iść, ale ty nas namówiłaś. Gdzie była wtedy twoja szyja, Elizabeth? Bądź uczciwa
- Sama bądź uczciwa, Divo – powiedziała Elizabeth dość ostro. – Wiesz doskonale, że ja chciałam, żebyśmy wszyscy poszli i uwolnili się spod jej jarzma i przekonali się, że ona nie umie powiedzieć słowa po włosku.
- I niezłego pasztetu narobiłaś – powiedziała Diva. – Ale nieważne. Ona jest teraz uznana za doskonałą znawczynię włoskiego i tyle. Nie mieszaj się w to więcej, bo tylko udowodnisz, że po grecku też świetnie mówi.
Elizabeth wstała i wycelowała w nią palec jak jedna z Sybilli Rafaela.
- Divo, ja do dziś wierzę, że ona nie zna włoskiego. To wszystko było jakimś hokus-pokus, a ja nie jestem wróżką tylko prostą kobietą i nie powiem ci, jak tego dokonała. Ale przysięgnę, że to był trik. Poza tym, jedno pytanie. Dlaczego nie otwiera lekcji włoskiego, skoro tak świetnie go zna? Proponuje, że będzie nas uczyć brydża i Homera u kalisteniki i chodzi na próby chóru i zorganizowała żywe obrazy. Dlaczego nie włoski?
- To ciekawe – powiedziała Diva z namysłem.
- Ani trochę. Powód jest oczywisty. Wszyscy mnie zignorowali i zrugali, ty także, na tym strasznym proszonym lunchu, ale ja wiem, że mam rację i któregoś dnia prawda wyjdzie na jaw. Ja poczekam. A tym czasem ona ma zamiar wziąć nas wszystkich w karby, a ja nie zamierzam pozwolić wziąć się w karby. Czego nam trzeba, to więcej stanowczości.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 06 Sie, 2025 09:35
|
|
|
Oj robi się gorąco, wrogie armie zajmują miejsca na polu zdecydowanie to lepsze niż wszystkie Hitchcocki razem wzięte |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 06 Sie, 2025 22:08
|
|
|
No tak! Letnie manewry nie kończą się jesienią, tylko przechodzą w wojnę pozycyjną o panowanie w Tilling. Jeńców nie bierzemy! Elizabeth mądrze już zawiazuje pierwszy sojusz
Na tapet wjeżdża homar a la Riseholme oraz sprawa domu dla Jurusia.
Diva wróciła do siebie, szczęśliwa do szpik kości na myśl o obietnicy obfitej rozrywki, jaką niosły z sobą następne miesiące. Naturalnie przejrzała tyradę Elizabeth o jarzmach i wolnych krajach: znaczyła ona tyle, że Elizabeth zbierała siły by znów powstać i zdeptać Lucię. Tilling nie mogło mieć dwóch władczyń, o czym wszyscy zdążyli się już przekonać.
- Wszystko to jest bardzo ciekawe – powiedziała Diva do siebie. – Póki co, Elizabeth trzyma się majora Benjy, a Lucia traci Jurusia, ale w Tilling mężczyźni nie liczą się tak bardzo: tu mózgi decydują. Będzie więcej brydża i proszonych herbatek tej zimy niż kiedykolwiek wcześniej. Naprawdę, nie wiem, którą z nich poprę. Halo, jest i liścik od niej. Lunch jutro, tak sądzę…. Tak myślałam.
Lucine przyjęcie następnego dnia miało być rodzajem bankietu dla uczczenia podwójnej okazji – jej wyzdrowienia oraz faktu, że Tilling zamiast opłakiwać jej zbliżający się wyjazd, ma zaszczyt – jak ujęła to Elizabeth – zatrzymać ją na zawsze i jeszcze dłużej. Zaproszono całe grono jej rozradowanych przyjaciół, a ona zamierzała podać im słynną już potrawę, homara à la Riseholme, którym kilka tygodni wcześniej uraczyła Jurusia, chcąc złagodzić dla niego szok, jakim były zaręczyny Foljambe. Zdążyła ona już wzbudzić wiele szalonych domysłów w głowach pań domu w całym Tilling, bo nikt nie mógł odgadnąć, jak się go przyrządza, a Lucia była głucha na wszelkie prośby o przepis: Elizabeth prosiła ją już dwa razy, ale Lucia po prostu zmieniała temat nie próbując nawet jakość obejść pytania: po prostu zaczynała mówić o czymś innym. Taka tajemniczość nie była mile widziana, bo w Tilling ochoczo dzielono się kulinarnymi sekretami z przyjaciółmi, aby każdy mógł cieszyć się swoją ulubioną potrawą w innych domach i homar à la Riseholme od dłuższego czasu stał się dręczącym problemem dla Elizabeth. Próbowała sama, ale efekt nie był zadowalający. Powiedziała Divie i padre, że pewna jest, że już zgadła i gdy oboje przyszli na proszony lunch spodziewali się wspaniałej uczty. Ale Elizabeth ewidentnie źle odgadła, bo homar ‘a la Riseholme ‘a la Mapp okazał się czymś składającym się z czegoś przypominającego grudki kauczuku indyjskiego (tak twarde, że zęby wręcz się od nich odbijały) pływające w podejrzanie różowej papce i oboje większość przysmaku zostawili na talerzach, ukrywając je najlepiej jak się dało pod nożami i widelcami, choć ich gospodyni żuła dzielnie, aż mięśnie szczęk odmówiły jej posłuszeństwa. Potem Elizabeth uciekła się do szemranych metod. Lucia widziała kilka razy, jak na High Street rozmawia podejrzanie uprzejmie z jej kucharką, a z okna pokoju ogrodowego tuż przed grypą widziała ją przy tylnych drzwiach Mallards znów w rozmowie z panią na kuchni. Tym razem, z granitową pewnością jaka będzie odpowiedź, posłała po kucharkę i zapytała ją, czego chciała panna Mapp. No i oczywiście: Elizabeth rzekomo potrzebowała trzepaczki do jajek, którą przypadkiem zostawiła w Mallards trzy miesiące wcześniej, a potem zrzuciła maskę i obracając w palcach jasną półkoronówkę zapytała wprost o przepis na tego homara. Kucharka odmówiła stanowczo acz grzecznie, a Lucia utwierdziła się w postanowieniu, że Elizabeth nigdy nie pozna tego wykwintnego przepisu. Oczywiście uznała, że jest poniżej jej godności zwrócenie uwagi na tę nikczemną i marną próbę zdobycia cudzej wiedzy za pomocą łapówki i nigdy nie dala Elizabeth poznać, że o tej próbie wie.
Rankiem przed przyjęciem u Luci Juruś otrzymał telegram od pułkownika Cresswella z stanowczą i satysfakcjonującą ofertą kupna jego domu w Riseholme, nieumeblowanego. To od razu rzuciło go w wir zajęć: najpierw musiał zobaczyć się z Foljambe i powiedzieć jej (pod przysięgą zachowania tajemnicy, bo wciąż miał w głowie plan podrażnienia się z Lucią), że zamierza osiąść w Tilling. Foljambe była bardzo zadowolona z tej wiadomości i w wybuchu nadzwyczajnego uczucia wyznała, że odejście ze służby po powrocie do Riseholme po tylu harmonijnych latach złamałoby jej serce i że z ochotą zgadza się na jego plan opracowany już wcześniej, kiedy mieli wszyscy razem wrócić do Riseholme. Będzie za dnia pracować u Jurusia, a wieczorem będzie wracać do domku przy garażu w Grebe. Gdy ta wzruszająca rozmowa dobiegła końca, wróciła do swoich zajęć i Juruś znów usłyszał jej śpiew gdy czyściła srebra.
- Jest pięknie – powiedział do siebie – i ciemne chmury się rozwiały na zawsze. Muszę teraz szybko rozejrzeć się za domem dla siebie.
Wyszedł pospiesznie z domu. Pozostawała mu jeszcze godzina do lunch z homarem. Choć wyjechał znad morza dobę temu, założył swą żeglarską czapkę i, idąc długim krokiem, skierował się do agentów od nieruchomości. Był pewien, że ze wszystkich domów które widział, żaden nie podobał mu się tak bardzo jak ten mały kochany Mallards Cottage, w którym teraz mieszkał; on go lubił, Foljambe go lubiła, wszyscy go lubili, nie miał tylko pojęcia, czy uda mu się go wydzierżawić od tej wędzonej Isabel. Kiedy przechodził przez High Street, dzikie trąbienie klaksonu za jego plecami podniosło mu włosy na głowie, ale zwinnie skoczył na chodnik, dotarł tam bez szwanku i choć czapka mu spadła i wylądowała w kałuży, był szczęśliwy, że uniknął rozjechania przez Isabel Poppit na motocyklu. Jej włosy przypominały poskręcany mop, skóra była nieprawdopodobnie opalona i siedząc na swym motocyklu wyglądała jak nowoczesna Walkiria w dość kiepskim stanie… Spotkanie z nią akurat teraz, gdy szedł zapytać o Mallards Cottage wydało mu się dobrą wróżbą. Więc podniósł czapkę i przebiegł z powrotem przez ulicę, bo w naturalnej obawie by się nie zabić skręciła prosto w wózek mleczarza i zaczepiła się o jego koło.
- Bardzo panią przepraszam, panno Poppit – powiedział. – To wyłącznie moja wina, że nie rozejrzałem się na boku przechodząc przez ulicę.
- Nic się nie stało – odpowiedziała. – Och, pańska piękna czapka. Przepraszam, Ale po tej cudownej pustce i ciszy piaszczystych wydm miasto wydaje mi się wręcz sennym koszmarem.
- No cóż, pustka i cisza chyba pani służą – powiedział Juruś patrząc w zadziwieniu na jej mahoniową twarz. – Nigdy nie widziałem tak zdrowo wyglądającej osoby.
Isabel szarpnięciem potężnych ramion wyplątała swój motocykl.
- To proste życie – powiedziała odsuwając włosy z oczu. – Nigdy więcej nie będę mieszkać w mieście. Wynajęłam bungalow na kolejnych sześć miesięcy, a do Tilling przyjechałam tylko, żeby zawiadomić agenta nieruchomości, żeby znalazł mi kolejnego najemcę Mallards Cottage, bo, jak rozumiem, pan wraca do Riseholme pod koniec miesiąca.
Juruś nigdy wcześniej nie był tak mocno przekonany, że to mądra i dobroczynna Opatrzność czuwa nad nim w najczulszy sposób.
- I ja szedłem właśnie do biura nieruchomości – powiedział – by się dowiedzieć, czy mógłbym przedłużyć wynajem.
- Dobry Boże! Jak to dobrze, że pana nie potrąciłam przed chwilą – powiedziała Isabel z całą prostotą płynącą z pustki i ciszy wydm. – Chodźmy zatem do biura.
W ciągu pół godziny sprawa była załatwiona. Isabel miała umowę najmu Mallards Cottage od matki, która obejmowała jeszcze pięć lat i teraz scedowała ją na Jurusia, oraz oddała swoje meble na przechowanie. Juruś miał czas przebrać się w nowy musztardowy garnitur z pomarańczowym krawatem spiętym spinką z topazem i przybył na przyjęcie w doskonałym humorze. Miał jeszcze w zanadrzu rozmowę z Lucią gdy inni goście się rozejdą i już nie mógł się jej doczekać. Ależ się będzie z nią drażnił mówiąc, że zamieszka w Londynie!
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Czw 07 Sie, 2025 14:30, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 07 Sie, 2025 13:49
|
|
|
to jest po prostu CUDOWNE
Bogowie, jakby mieć na półce wszystkie książki o Luci i Mapp, marzenie |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 07 Sie, 2025 19:55
|
|
|
Oj prawda, ładnie wydane! Widziałam dwutomowe wydanie angielskie, nawet chyba w Empiku można kupi, ech...
Juruś radosny jak skowronek idzie próbować nabrać Lucię
Choć Tilling z pewną rezerwą odnosiło się do radosnej perspektywy, że Lucia nigdy ich nie opuści, a w przypadku Elisabeth wyłącznie z rezerwą, jej goście prześcigali się w gratulowaniu samym sobie, a Elizabeth pobiła wszystkich biorąc do ust małe kawałki homara jak testerka wina i starając się rozróżnić subtelne smaki. Był tam ser, były krewetki, była śmietana: było tyle składników, że czuła się jak Adam dający nazwy procesji różnych zwierząt. Nałożyła sobie tyle, że kiedy półmisek dotarł do Jurusia, nie było na nim wiele prócz różowego sosu, ale w ogóle go to nie obeszło, tak bardzo cieszył się z tego, co wydarzyło się dziś rano. Potem, gdy Elizabeth poczuła, że się udławi jeśli powie coś jeszcze ku chwale Luci, pałeczkę przejął pan Wyse, a Juruś wtrącił się i powiedział, że to okrutne z ich strony omawiać rozkosze zimy, która przed nimi, gdy wszyscy wiedzą, że jego nie będzie z nimi, tylko w Riseholme. W rzeczywistości przesadził nawet ze swymi lamentami, a Lucia, której bystry umysł wykrył grubą nieszczerość w zachwytach Elizabeth, zaczęła zastanawiać się, czy Juruś z jakiejś niewiadomej przyczyny nie był aż tak rozżalony jak powinien być. Nigdy nie wyglądał bardziej promiennie, żaden cień rozczarowania nie pojawił się na jego twarzy gdy lustrował półmisek, na którym wcześniej leżało jego ulubione danie, z którego nic dla niego nie zostało. Coś było na rzeczy – ale co? Czyżby Foljambe rzuciła Cadmana?... i podczas gdy Elizabeth rozkładała na czynniki pierwsze smaki tajemniczej potrawy, Lucia próbowała przeprowadzić analizę pogodnych, wesołych tonów, którymi Juruś wyrażał swoją żałość.
- To paskudnie z waszej strony, że rozwodzicie się nad wszystkimi wspaniałymi rzeczami, które będziecie robić – powiedział. - Zajęcia z kalisteniki i Homer i brydż i biedny ja daleko stąd. Będę sobie co rano mówił, że nienawidzę Tilling; będę mówił jak Coue: „Z dnia na dzień, pod każdym względem, nie podoba mi się to coraz bardziej i bardziej” póki sam siebie nie przekonam, że chętnie wyjadę.
Pan Wyse wykonał przed nim piękny ukłon.
– My też będziemy za panem bardzo tęsknić, panie Pillson – powiedział – ja zaś ze swej strony będę skłonny znienawidzić Riseholme za to, że zabiera nam kogoś, kogo tak bardzo polubiliśmy.
– Proszę pozwolić, że przyłączę się do tych uczuć – powiedział major Benjy, którego pogarda dla Jurusia i jego obrazów i jego haftów nasiliła się na widok jego żeglarskiej czapki, którą uznał za odpowiednią tylko dla fircyka. Póki Lucia była w Mallards, lepiej było zostawać z nim w dobrych stosunkach, bo mógł inaczej odmalować człowieka w czarnych barwach, a teraz, kiedy wyjeżdżał, takie grzeczne uwagi nie mogły nikomu zaszkodzić. Potem padre powiedział po szkocku coś o żalu, a Juruś lekko zakłopotany kłaniał się i mówił dziękuję na prawo i lewo, przyjmując te powszechne wyrazy żalu, że już tak niedługo ma ich opuścić. Było to raczej niezręczne, bo za kilka godzin wszyscy dowiedzą się, że wynajął Mallards Cottage nieumeblowany na pięć lat, a to nie wyglądało na natychmiastowy wyjazd. Ale to małe oszustwo było konieczne jeśli miał zażartować sobie z Luci i sprawić, by pomyślała, że zamierza on osiedlić się w Londynie. No i w końcu, skoro wszyscy wyglądali na tak zmartwionych (jak to sobie imaginował), że wkrótce opuści on Tilling, powinni być równie zadowoleni, kiedy się dowiedzą, że do niczego takiego nie dojdzie.
Goście pożegnali się wkrótce po lunchu, a Juruś, niegrzeczny i skory do psot, pozostał z gospodynią w pokoju ogrodowym. Wszystkie jej ptasie spojrzenia podczas lunchu nie zdołały pojąć powodów jego dobrego humoru: był w przeddzień rozstania z nią i Foljambe i mimo to jego twarz jaśniała zadowoleniem. Lucia też była w świetnym humorze, bo widziała na własne oczy jak brew Elizabeth marszczy się coraz bardziej gdy próbowała ona rozszyfrować przepis na homara.
- Co za przyjemne przyjęcie, choć nie dostał mi się nawet kawałek homara – rzekł Juruś zabierając się do swoich żartów. - Naprawdę dobrze się bawiłem. I ta Elizabeth zachwycona, że tu zostajesz! Ma chyba teraz strasznego pypcia na języku.
Lucia westchnęła.
- Nie może spoczywać na laurach, biedactwo – zauważyła w zamyślaniu. - I jak bardzo wszyscy żałowali, że wyjeżdżasz.
- Prawda, jak to miło z ich strony? - powiedział Juruś. - Ale nie myśl na razie o tym: muszę ci przekazać wspaniałe wieści. Nigdy w życiu nie byłem szczęśliwszy, bo spełniło się to, czego od lat pragnąłem. Ty też się ucieszysz.
Lucia położyła współczująco dłoń na jego dłoni. Czuła, że okazała za mało współczucia przyjacielowi, który miał wkrótce stracić za jednym zamachem swoją pokojówkę i najstarszą przyjaciółkę. Ale pogoda, z jaką znosił ten podwójny cios była zastanawiająca…
- Kochany Jurusiu – powiedziała – cokolwiek cię uszczęśliwia, uszczęśliwia i mnie. Cieszę się, że coś dobrego ci się przydarzyło. Naprawdę się cieszę. Powiedz mi natychmiast, o co chodzi.
Juruś wziął głęboki oddech. Chciał wyrzucić z siebie wszystko w wybuchu tryumfu, jak fanfarę.
- Coś cudownego – powiedział. - Pułkownik Cresswell kupuje mój dom w Riseholme – dał mi bardzo dobrą cenę – i teraz wreszcie będę mógł osiedlić się w Londynie. Byłem zmęczony Riseholme tak samo jak ty, a teraz już nie będę oglądał ani Riseholme ani Tilling. Czy to nie bajka? Riseholme, duszny mały Mallards Cottage, cała przeszłość! Kupię sobie mały domek w Londynie, a ty musisz mi przyrzec, że będziesz mnie czasami odwiedzać. Nie mogłem się doczekać, żeby ci powiedzieć! Koncerty orkiestrowe w Queen’s Hall zamiast naszych niezdarnych aranżacji Mozartina na cztery ręce. Obrazy, klub, jeśli będzie mnie na niego stać i jak miło pomyśleć, że ty jesteś szczęśliwa tu, w Tilling! Co do całej sceny jaką urządziłem wczoraj na tle utraty Foljambe, bo dziś nie mogę pojąć, czemu wydawało mi się to takie straszne.
Lucia rzuciła mi jeszcze jedno ptasie spojrzenie i stwierdziła, że nie wierzy ani jednemu jego słowu prócz wieści o sprzedaży domu w Riseholme. Cała reszta była kłamstwem, bo rana po Foljambe nie mogła zaleczyć się tak szybko. Ale natychmiast postanowiła, że będzie udawać, że mu wierzy i klasnęła w dłonie w zachwycie.
- Kochany Jurusiu! Co za cudowne wieści! - powiedziała. - Tak się cieszę. Zawsze uważałam, że ty z całym swoim zapałem i mnóstwem zainteresowań marnowałeś się w takich mieścinach jak Riseholme i Tilling. Tylko Londyn jest dla ciebie. A teraz mów: kupisz mieszkanie, czy dom? I gdzie to będzie? Na twoim miejscy wybrałabym dom.
Tego Juruś nie do końca się spodziewał. Myślał, że Lucia będzie go namawiać, żeby teraz, kiedy opuszcza Riseholme, musi osiedlić się w Tilling, a ona nie tylko tego nie zrobiła, ale wydawała się zachwycona, że nic w tym stylu nie przyszło mu do głowy.
- Tak naprawdę jeszcze o tym nie myślałem – powiedział. - Zastanawiałem się nad mieszkaniem.
- Nie dziwię się, To wygodne i odpadają kłopoty ze stawkami i podatkami. Będziesz miał też samochód, jak sądzę. Twoja kucharka przeprowadza się z tobą? Co mówi na to wszystko?
- Jeszcze jej nie powiedziałem – rzekł coraz bardziej niespokojny Juruś.
- Naprawdę? Myślałam, że zrobisz to od razu. I czy Foljambe cieszy się, że jesteś znów taki szczęśliwy?
- Nic jeszcze nie wie – powiedział Juruś. - Pomyślałem, że tobie pierwszej powiem.
- Kochany Jurusiu, jakiś ty miły – powiedziała Lucia. - Jestem pewna, że Foljambe będzie tak samo zadowolona jak ja. Przypuszczam, że pojedziesz do Londynu natychmiast z końcem tygodnia, żeby przygotować do zamieszkania dom czy apartament, cokolwiek to będzie, najszybciej jak się da, jak sądzę. Ależ będziemy zajęci, ty moszcząc sobie gniazdko w Londynie, a ja w Tilling. Wiesz, gdybyś wpadł na pomysł zamieszkania na stałe tutaj teraz, kiedy pozbyłeś się domu w Riseholme, powinnam zrobić wszystko, żeby ci to wyperswadować, choć wiem, że w moim egoizmie to właśnie wczoraj ci zasugerowałam. Ale to by się nie udało, Jurusiu. Takie życie jest świetne dla starszej kobiety jak ja, która chce tylko spokoju i ciszy, lub dla rentierów jak major Benjy albo dyletantów jak pan Wyse, ale nie dla ciebie, po tysiąckroć nie. Jestem tego pewna.
Juruś zamyślał się bardziej i bardziej. Drażnienie się z Lucią było raczej błędem, bo zamiast się zasmucić, była wyraźnie bardzo ucieszona. Im dłużej przemawiała w tym tonie, im bardziej wyrażała swoją aprobatę, tym trudniej jej było powiedzieć.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytał.
- O tak. Już niedługo poczułbyś się w Tilling znudzony na śmierć. O Jurusiu, tak się cieszę z powodzenia twoich planów i twojego rozsądku. Ciekawe, czy tutejsi agenci nie będą mieli jakichś mieszkań w Londynie w ofercie. Chodźmy do nich od razu i sprawdźmy. Może coś znajdziemy. Pobiegnę tylko po mój kapelusz.
Juruś machnął ręką. Jak zwykle Lucia wygrała.
- Aleś ty męcząca – powiedział. - Nie uwierzyłaś ani jednemu słowu, które powiedziałem o moich planach.
- Mój drogi, oczywiście – odrzekła Lucia pogodnie. - W życiu nie słyszałam takiego steku bzdur. Kłamałeś jak z nut. Ale mam nadzieję, że dom w Riseholme sprzedałeś naprawdę?
- Tak, to akurat prawda – odpowiedział Juruś.
- Więc oczywiście będziesz mieszkać tutaj – powiedziała. - Zawsze tego chciałam. Co z Mallards Cottage? Widziałam to straszydło na High Streeet dziś rano i mówiła mi, że chce go wynająć na zimę. Chodźmy do agencji, jak proponowałam, i sprawdźmy.
- Już to zrobiłem – powiedział Juruś – bo i ja ją spotkałem i prawie mnie przejechała. Wynająłem dom na pięć lat.
W naturze Luci nie leżało wpadanie w przesadny zachwyt nad kimkolwiek. Udowodniła swoje zdolności i przeszła do innego tematu.
- Doskonale – powiedziała. - Wszystko idzie zgodnie z moim planem, więc dobrze. A teraz, jeśli nie masz nic do roboty, zajmijmy się muzyką.
Wyjęła nuty utworu Mozarta, który ćwiczyła.
- To wygląda na piękny duet – powiedziała – a my go jeszcze nie próbowaliśmy. Jestem okropnie zardzewiała, bo przez ten czas gdy miałam grypę, nie odważyłam się w ogóle grać.
Juruś zajrzał do nowego Mozarta.
- Zapowiada się nieźle. Tum-ti-tum. Zaraz, to ten kawałek, który ćwiczyłaś tak pilnie dziś rano, słyszałem.
Lucia nie zwróciła na jego słowa najmniejszej uwagi.
- Zaczynamy razem – powiedziała – od trzeciego taktu . . . Uno, due, TRE!'
Koniec rozdziału siódmego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pią 08 Sie, 2025 13:38
|
|
|
No tu się Lucia nie popisała błysnęła wybitnym egoizmem i biedny Juruś znowu został umniejszony , ale co robić, grunt że zima zapowiada się interesująco |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 08 Sie, 2025 20:43
|
|
|
I to jak, nawet z Lucią na wygnaniu za miastem. Ona zawsze musi mieć ostatnie zdanie, tego Jurusia też tak właśnie potraktowała - myślę że i tak radość, że zostaje w Tilling przesłoniła irytację
| Tamara napisał/a: | grunt że zima zapowiada się interesująco |
Jesień się kończy, powoli wracamy każdy do swojego domu.
Rozdział ósmy
Gdy listopad dobiegł końca, domy nowych mieszkańców były gotowe na ich przyjęcie i po czterech miesiącach płatnego najmu nastąpił generalny powrót prawowitych właścicieli do ich siedzib. Elizabeth wróciła z Wasters do Mallards, wywożąc, prócz tego, co tam z sobą zabrała, transport przetworów zrobionych z plonów ogrodu Divy w takiej ilości, że Coplen musiał dwa razy obracać swoją wielką taczką. Diva wróciła do Wasters z Taorminy, a dziwaczna Irene wróciła do Taorminy z domku robotnika rolnego z taczką obładowaną niezwykłymi płótnami, w tym zapaśniczkami, które stały się zapaśnikami, a robotnik i jego rodzina wrócili do swojego domu z chaty zbieracza chmielu, którą zajmowali o wiele dłużej niż planowali.
Zaraz potem nastało kilka niezwykle pracowitych dni dla większości z powracających z emigracji. Zwłaszcza Elizabeth była zajęta od rana do nocy oględzinami każdego kąta Mallards i robieniem listy wszystkich zniszczeń dokonanych przez Lucię. Brakowało filiżanki do herbaty, tragarze najęci do wyniesienia fortepianu Luci z pokoju ogrodowego zdarli kawał farby ze ściany, a Lucia zapomniała odstawić na miejsce instrument drogiej mamy, który wciąż stał w pokoju telefonicznym i nie było śladu po trzepaczce do jajek. Jednocześnie Diva przygotowywała podobną listę dla Elizabeth, która miała ją zadziwić; i zauważyła z zadowoleniem, że lokatorka zostawiła u niej trzepaczkę do jajek; a żona robotnika, nie wiedząc nic o upominaniu się o zniszczenia, zajęta była usuwaniem z bielonej ściany domku fresku, który Irene namalowała tam w wolnych chwilach. Nie nadawał się żywcem ani do oglądania ani pokazywania, ale szczotka i gorąca woda szybko dały sobie radę z wszystkimi tymi golasami. Irene z kolei gorączkowo szukała wśród płócien obrazu Adama i Ewy z wielką liczbą Synów Bożych krzyczących z radości: bardzo ważne dzieło. Może zostawiła go w domku. I nagle przypomniała sobie, że namalowała go na ścianie i pognała aby zawerniksować go na wypadek niepogody. Ale już było za późno i ostatni z Synów Bożych znikał pod uderzeniami szczotki do szorowania.
Stopniowo, choć nie od razu, te roszczenia i kontr roszczenia zostały (prócz fresku) zaspokojone ku ogólnemu niezadowoleniu. Lucia zgodziła się zapłacić za przenosiny fortepianu kochanej mamusi z powrotem do pokoju ogrodowego, ale jej kucharka pamiętała bardzo dobrze, że w dniu, w którym panna Mapp próbowała przekupić ją by wydała sekret homara à la Riseholme, zabrała ze sobą trzepaczkę do jajek, która była pretekstem do daremnej próby korupcji. Lucia przypomniała więc Elizabeth, że nie tak dawno temu zapukała ona do drzwi kuchennych Mallards i sama ją zabrała. Jej kucharka napomknęła, że była ona w dwóch, o ile nie trzech kawałkach. Tak więc panna Mapp, upewniwszy się, że nie włożyła jej przez omyłkę między pojemniki z przetworami, które przywiozła z Wasters, poszła osobiście sprawdzić, czy jej tam nie zostawiła i dostała nie tylko trzepaczkę, ale długą listę roszczeń wobec niej od Divy. Lecz stopniowo te powracające co roku fale opadły i prócz niegasnących pretensji Elizabeth wobec Luci za ukrywanie tajemnicy homara, ta i wszystkie inne kontrowersje z przeszłości ucichły i Tilling mogło znów skupić uwagę na o wiele mniej ważnych problemach i zawiłościach życia i zagrożeniach, którym być może przyjdzie stawić czoła w przyszłości.
Tego poranka w połowie grudnia Elizabeth znów była u siebie w Mallards, z trzepaczką do jajek i w ogóle, a okno jej pokoju ogrodowego było znowu używane przez prawowitą właścicielkę jako punkt obserwacyjny. To zawsze była wysoce strategiczna pozycja; zapewniała na przykład doskonały widok na drzwi wejściowe do Taorminy, które w tej chwili dziwaczna Irene malowała w paski łososiowego różu i lazurowego błękitu. Usiłowała odtworzyć na nich utracony fresk, ale i padre stanowczo zaprotestował, a i panele na drzwiach rozbijały kompozycję i okazały się zupełnie nieodpowiednią powierzchnią dla takiego malunku. Zadowoliła się więc tylko ich rozjaśnieniem. Elizabeth widziała też stąd wylot Porpoise Street i rejestrowała wszystkie wyjazdy i powroty Royce’a. Te po dwutygodniowej przerwie znów stały się częste, bo Wyse’owie wrócili właśnie z „odwiedzin u przyjaciół w Devonshire” i choć Elizabeth miała mocne podejrzenie, ze „przyjaciele w Devonshire” oznaczali po prostu hotele w Torquay, to z pewnością pojechali tam Roycem, a podczas ich nieobecności ruch na ulicach Tilling o wiele rzadziej się korkował. Dalej, jak poprzednio, był dom majora Benjy pod ścisłą obserwacją, a obecnie i Mallards Cottage wymagał częstej kontroli. Nigdy nie obchodziło jej co robi ta zwariowana Isabel Poppit, ale z Jurusiem było inaczej i ani major Benjy ani on (ani żaden z ich gości) nie mógł wejść czy wyjść z domu niezauważeni. Dwaj najważniejsi mężczyźni w Tilling byli bezsilni - nie mogli zrobić nic by uniknąć jej obserwacji.
W tej chwili nie działo się nic szczególnego, a Elizabeth raczej dokonywała mentalnej retrospekcji jakby była królem przygotowującym mowę na otwarcie parlamentu. Jej relacje z zagranicznymi mocarstwami były doskonałe i choć podczas ostatnich sześciu miesięcy zdarzały się niepokojące incydenty, to nie działo się nic bezpośrednio groźnego... W tym momencie zza rogu wyjechał samochód Luci i królewska mowa została odłożona na później.
Samochód zatrzymał się przy Taorminie. Dziwaczna Irene natychmiast odłożyła swe malarskie utensylia na chodnik i przez dłuższy czas stała zgięta w pół rozmawiając przez okno samochodu. Najwyraźniej w środku, choć niewidoczna, siedziała Lucia. Irene w końcu pochyliła się i wsunęła głowę do samochodu tak, jakby kogoś całowała i robiąc krok w tył przewróciła jeden z pojemników z farbą. To było przyjemne, ale nie miało pierwszorzędnego znaczenia w porównaniu z tym, co samochód robił dalej. Skręcił w Porpoise Street; oczywiście nie było pewności, co się z nim tam stało, bo zniknął z widoku, ale nawet nowicjusz mógł wydedukować, że miał jakąś sprawę do Wyse’ów, nawet jeśli był tak głuchy, że nie słyszał dzwonka do drzwi wejściowych. Potem samochód znów się pokazał, wykonał zwykłe manewry zawracania i następnie zatrzymał się przed domem majora Benjy’ego. Lucia nadal była niewidoczna, ale Cadman wysiadł i dostarczył list. Nawet nowicjusz mógłby wywnioskować do tego czasu, że tym razem Grebe rozsyłało zaproszenia.
Wsunęła się z krzesłem trochę za zasłonę, mając pewność, że samochód zatrzyma się za chwilę przed jej drzwiami. Ale skręcił on za róg pod oknem bez przystawania i Elizabeth uchwyciła tylko przelotny widok jego wnętrza, w którym siedziała Lucia z dużą otwartą książką na kolanach. Samochód zatrzymał się następnie przy Mallards Cottage: tam nie zostawiono żadnego listu, ale Cadman zadzwonił do drzwi i wkrótce Juruś wyszedł na zewnątrz. Podobnie jak Irene, rozmawiał on przez chwilę z Lucią przez okno, ale w przeciwieństwie do niej nie było żadnych pocałunków na koniec rozmowy. Sytuacja była doskonale jasna: Lucia zaprosiła Irene i majora Benjy i Jurusia i prawdopodobnie Wyse’ów na jakąś rozrywkę, bez wątpienia na parapetówkę, o której już krążyły wieści, ale nie zaprosiła jej. Bardzo dobrze. Stosunki z ościennymi mocarstwami nagle okazały się być dalekie od zadowalających.
Elizabeth opuściła miejsce przy oknie, bo widziała już wystarczająco dużo by mieć pożywkę do przemyśleń; i wróciła, zachowując pełną samokontrolę, do sprawdzania domowych rachunków, bo dodawanie liczb było zajęciem czysto mechanicznym, które pozwalało na rozbujanie emocji. Niedługo miał przyjść Juruś, bo malował on wnętrze pokoju ogrodowego; miał to być świąteczny prezent dla Luci (niespodzianka, która miała ją całkowicie zaskoczyć) mający przypominać jej szczęśliwe dni, które w nim spędziła. Zwykle zostawiał tu szkic, bo nie warto było nosić go tam i z powrotem i stał tam, oparty o biblioteczkę. Próbował najpierw namalować go techniką Irene, ale rychło porzucił ten pomysł, bo pokój ogrodowy w tym stylu malarskim nadal wyglądał jak stacja Paddington we mgle, i wrócił do stylu, który znał, w którym biblioteczka, krzesła i zasłony przypominały same siebie. Wymagał jeszcze kilku poranków i pomysł, aby go zniszczyć i powiedzieć Jurusiowi gdy przyjdzie, że jest pewna, że zabrał go ze sobą wczoraj wdarła się nieproszona do głowy Elizabeth. Ale odrzuciła ją, choć pozbawienie Luci prezentu bożonarodzeniowego byłoby przyjemne… i nie uwierzyła nawet przez chwilę, że zamówiła tuzin jaj we wtorek i drugi tuzin w czwartek. Rachunek od rzeźnika wydawał się prawidłowy, choć wygórowany i musiała dowiedzieć się jak najszybciej, czy padre z żoną i Diva też zostali zaproszeni do Grebe. Gdyby byli... ale odrzuciła na razie rozmyślania o tym, co robić, gdyby byli: wystarczająco trudno było wymyślić co robić nawet gdyby nie byli.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 09 Sie, 2025 20:00
|
|
|
Elizabeth dale czadu
Elizabeth szybko dokończyła rachunki i wróciła do porzuconej porannej gazety przy oknie. Kiedy tylko tam zasiadła, Juruś w swojej pelerynce i z przyrządami malarskimi wyszedł żwawym krokiem z Mallards Cottage. Równocześnie wielki podskakujący samochód Luci wyjechał zza rogu cmentarza w kierunku Mallards.
Promień najczystszego, niebiańskiego natchnienia słynął na Elizabeth. Poczekała aż Juruś zadzwoni do drzwi wejściowych, w którym to psychologicznie doskonałym momencie samochód Luci znajdował się dokładnie pod oknem. Bez chwili wahania Elizabeth uchyliła okno i, udając, że w ogóle nie widzi Luci, zawołała do Jurusia wysokim wesołym tonem i dziecięcym gaworzeniem:
- Niegziećny chłopcyk z ciebie, Julusiu! - zawołała. - Nie dzwoń nigdy małym Elżusi dźwonećkiem! Idź prościutko jak zawse i śpiewaj dla niej. Łańcucha jus nie ma.
Juruś rozejrzał się wstrząśnięty. Nigdy wcześniej Elizabeth nie nazwała go Jurusiem ani nie mówiła do niego uświęconym językiem jego i Luci. I to teraz, gdy samochód Luci był tuż obok niego. Musiała usłyszeć to serdeczne powitanie i co ona sobie pomyśli? Ale nie pozostało nic innego jak tylko wejść.
Nadal nie zauważając Luci (co już balansowało na granicy ignorowania) Elizabeth zamknęła okno wręcz zachwycona własną genialnością. Nawet godzina skupienia nie podpowiedziałaby jej czegoś, co Lucię bardziej wyprowadzi z równowagi niż wysłuchanie tej wesołej parodii jej samej objawiającej żartobliwą zażyłość z Jurusiem.
Juruś poszedł prosto do pokoju ogrodowego, powtarzając sobie pod nosem „Elizabeth, Elizabeth,” aby przywyknąć, bo musiał wszak odpowiedzieć na ów dziwny objaw przyjaźni.
- Dzień dobry, Elizabeth – powiedział stanowczo (i najgorsze było za nim, póki nie będzie musiał powtórzyć tego w obecności Luci).
- Dzień dobry, Jurusiu – odpowiedziała na potwierdzenie obecnego stanu rzeczy. – Jakie śliczne światło masz dziś do malowania. Proszę, obraz czeka, a Withers przyniesie ci wodę. Jak pięknie uchwyciłeś nastrój mojego kochanego pokoiku!
Niosąc mu szkic musiała znów zerknąć przez okno i aż sapnęła. Na schodach stał Cadman wręczając Withers liścik. W następnej chwili weszła do pokoju ogrodowego.
- Od pani Lucas – powiedziała. – Zapomniała zostawić kiedy tędy przechodziła.
- Z pewnością zaproszenie na otwarcie domu – powiedział Juruś przygotowując farby.
Co się stało to się stało i nie było sensu dalej tego rozpamiętywać. Elizabeth otwarła list.
- Inauguracja domu? – powiedziała. – Kochana Lucia! Jakaż to będzie uczta! Tak, miałeś rację.
- Wysyła samochód pod padre, jego żonę i Irene i panią Plaistow – powiedział Juruś. – i spytała mnie dopiero co czy przywiozę ciebie i majora Benjy’ego. Oczywiście, że tak.
Błyskotliwa mowa Elizabeth wygłoszona z okna musiała teraz brzmieć jak bezpodstawny akt wypowiedzenia wojny. Ale przecież nie mogła zgadnąć, ze Lucia po prostu zapomniała zostawić zaproszenie! Nawet najżyczliwsza osoba pomyślałaby, że nie było żadnego zaproszenia do zostawienia.
- Jak to milo w twojej strony – powiedziała. – Jutro wieczorem, prawda? Raczej dość późne zaproszenie. Muszę sprawdzić, czy nie mam innych zobowiązań.
Jako że Lucia zaprosiła całą elitę Tilling, zobowiązań mieć nie mogła. Jednak Elizabeth wciąż zastanawiała się, czy ma przyjąć zamówienie. Dopuściła się nieprzyjaznego zachowania mówiąc do Jurusia dziecięcym gaworzeniem z wyraźną aluzją do łańcucha w drzwiach dosłownie nad uchem Luci i pytanie brzmiało, czy nie byłoby mądrzej nie ciągnąć tego dalej (podczas gdy Lucia, jak można było się domyślić, wciąż się wahała) odmawiając przyjścia na parapetówkę. Nie wątpiła, że wojna między nimi wisi w powietrzu, nie była tylko pewna, czy jest na nią gotowa.
Gdy tak rozmyślała, nadeszła Withers z wiadomością, że przyszedł major Benjy. Nie chce wchodzić do pokoju ogrodowego, ale chciałby z nią zamienić słówko.
- Zdaje się, że usłyszał, że jest tu Juruś – pomyślała Elizabeth spiesząc do domu. – Ojej, ci mężczyźni i ich zwady, przecież na chcę tylko żyć dobrze ze wszystkimi. Na pewno chce wypytać, czy się wybieram na parapetówkę. – Dzień dobry, majorze Benjy!
- Nie chciałem wchodzić – powiedział bezczelnie – bo się dowiedziałem, że jest z panią ten wyfiokowany Michał-Anioł od siedmiu boleści…
- Och, majorze, a fe! – odpowiedziała Elizabeth. – To było okrutne.
- Cóż, tak to zostawmy. A teraz to jutrzejsze przyjęcie. Chyba od razu stanę okoniem, bo nie mam zamiaru spędzać zimowych wieczorów łażąc przez błoto to Grebe. Żebym choć miał pewność że tym razem dostaniemy kolację, bo to wielka różnica.
Elizabeth poczuła, że bardzo chciałaby zobaczyć, jak Lucia urządziła Grebe i jak zareaguje na jej przemowę przez okno.
- Zasadniczo się zgadzam –powiedziała – ale to w końcu parapetówka. Nie byłoby zbyt grzecznie odmawiać. Poza tym Juruś…
- E? – zdziwił się major.
- To znaczy pan Pillson – szybko poprawiła się Elizabeth – zaoferował nam transport.
- Z powrotem też? – spytał major podejrzliwie.
- Oczywiście. To może ten jeden raz pojedziemy?
- No dobrze. Ale żadnych koncertów po kolacji, ani jak dla mnie lekcji brydża.
- Och, majorze Benjy! – zawołała Elizabeth – jak pan może tak mówić? Tak jakby biedna Lucia próbowała pana uczyć brydża.
To mogło mieć dwa końce, jeden taki, że on nie jest w stanie się niczego nauczyć, drugi, że ona nie nadaje się na nauczycielkę. Przyjął pierwszą opcję
- Na moją duszę, próbowała kiedy ostatnio z nią grałem – powiedział. –Wyłożyła ostatnie trzy atu i pouczała mnie jak nimi grać. Dobre sobie. Ale teraz już zostawiam panią z tym modnisiem
- A fe! – powtórzyła. – Au reservoir.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 11 Sie, 2025 12:12
|
|
|
No cóż, wystrzał z kolubryny padł, pytanie teraz co Kmicic na to nie da się ukryć, że subtelność Elizabeth przypomina taniec stada słoni w antykwariacie, szalenie jestem ciekawa jak się sytuacja dalej potoczy |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 11 Sie, 2025 20:50
|
|
|
No niestety, Elizabeth jeszcze nie pojęła, że nie takimi metodami z Lucią - ale użądlić ją się jej udało... Będzie mały kryzys towarzyski, a towarzystwo - w siódmym niebie, że ma taki barwny sezon
Lucia w międzyczasie wracała do Grebe z tym szyderczym głosem wciąż brzmiącym jej w uszach i serią diabolicznych niemiłych obrazów przed oczyma duszy. Najprawdopodobniej Elizabeth widziała ją gdy tak zawołała do Jurusia i specjalnie postarała się ją obrazić. Takie zachowanie wymagało natychmiastowej kary i musiała ją od razu obmyślić. Ale alternatywa, możliwa choć mało prawdopodobna, że Elizabeth jej nie widziała, była nieskończenie bardziej bolesna, ponieważ sugerowała, że to Juruś był winien zdrady zbyt czarnej, by znieść nawet myśl o niej. Prywatnie, pod nieobecność Luci, mówił do tej kobiety po imieniu i nie tylko pozwalał, ale cieszył się z jej ewidentnej parodii. I w jakim celu Juruś ot tak zaglądał sobie do Mallards i dostawał burę dziecinnym gaworzeniem za dzwonienie do drzwi zamiast wejścia bez pukania, z nieomylną aluzją do epizodu z łańcuchem? Robili sobie razem kpinki? Czy Juruś naśmiewał się z najdawniejszej przyjaciółki za jej plecami? Lucię aż zemdliło na tę myśl. Tak czy inaczej, niezależnie od tego, czy dopuścił się tej potwornej niewierności, czy nie, z pewnością miał zwyczaj odwiedzania Mallards, a teraz przypomniała sobie, że trzymał w ręku pudełko z farbami. Ewidentnie chodził tam żeby malować, a w żadnej rozmowie, kiedy to nieustająco opowiadał jej co robił, nie pisnął na ten temat ani słówka. Może malował portret Elizabeth, bo w tym zimowym miesiącu nie mógł malować w plenerze. Choćby dziś, kiedy wpadła do Mallards Cottage i rozmawiali przez chwilę, nie chciał wyjść i pojechać z nią, bo miał coś do roboty w domu, a gdy tylko się jej pozbył – dosłownie pozbył się – już pędził do Mallards z pudełkiem farb w dłoni. Przy wszystkich tych dowodach sprawy wyglądały naprawdę ponuro, a najgorsza i najbardziej bolesna alternatywa zaczynała wyglądać prawdopodobnie. Juruś miał być u niej na herbatce tego popołudnia i musiała się dowiedzieć, jaka jest prawda. Ale nie była w stanie wyobrazić sobie, że mówi do niego: „Czy ona naprawdę nazywa cię Jurusiem i przedrzeźnia mnie za plecami, a ty ją malujesz?” Duma jej na to nie pozwalała: tak upokarzające pytanie chyba by ją zadusiło. Miała potraktować go z lodowatą wyższością, póki sam nie spyta, co się stało? Ale to też nic nie da, bo albo musiałaby odpowiedzieć, że nic –i wrócić do punktu wyjścia – albo powiedzieć o co chodzi , co nie przeszłoby jej przez usta. Musi zachowywać się jak zwykle, a on pewnie zrobi to samo.
- Jak ja mam się dowiedzieć? – powiedziała zdezorientowana Lucia niemal na głos.
Inną niespokojną postacią w ten spokojny poranek w Tilling był sam Juruś. Gdy malował obraz pokoju ogrodowego dla Luci, z Elizabeth, która krzątała za jego plecami przy odkurzaniu fortepianu i wnoszeniu chryzantem ze szklarni i rzucała małe, kąśliwe uwagi na temat Divy, w jego umyśle w coraz żywszych kolorach malował się złowieszczy obraz Luci. Jak ją znał, a był pewien, że zna ją dobrze, na pewno nie powie ani słowa na temat tej przedziwnej sceny na progu Mallards. Choćby nie wiem, jak niezręcznie się czuł, będzie musiał udowodnić swą niewinność i wydać Elizabeth. Wszystko to okropnie niemiłe i któż przewidzi konsekwencje? Lucia (na ile ją znał) wpadnie w furię i będzie wojna. Najkrwawsza i najbardziej niszczycielska wojna.
- Ale zabawa też przy tym będzie – pomyślał – a ja stoję po stronie Luci.
Juruś nie mógł doczekać się pory podwieczorku, więc zaraz po lunchu ruszył wypełnić to niezręczne zadanie. Lucia zobaczyła jak nadchodzi od strony ogrodu, porzuciła niemiłe rozważania i pospiesznie zasiadła do fortepianu. Gdy wszedł, natychmiast zerwała się znowu i zaczęła gaworzyć i paplać po włosku.
- Ben arrivato, Georgino – zawołała. - Jak wcześnie przyszedłeś , urządzimy sobie małe gadu-gadu przed podwieczorkiem. Jakieś nowinki - rodzynki?
Juruś rzucił się na głęboką wodę.
- Tak – powiedział.
- Mów Luci, presto. Luci będzie się podobało?
- Zainteresuje cię – powiedział Juruś ostrożnie. - Posłuchaj tylko! Słyszałaś, co ta stara wiedźma do mnie zawołała kiedy dziś rano stanąłem na progu Mallards z okna pokoju ogrodowego?
Lucia nie mogła pohamować westchnienia ulgi. Najgorsze przypuszczenia nie mogły być prawdą. Potem znów stała się sobą.
- No właśnie! - powiedziała. - Tak, chyba słyszałam. Nazwała cię Jurusiem, prawda? I skrzyczała za dzwonienie. Coś w tym stylu.
- Tak. I gaworzyła jak ty i ja – przerwał Juruś – i powiedziała, że w drzwiach nie ma łańcucha. Chcę ci stanowczo oświadczyć, że nigdy wcześniej nie nazywała mnie Jurusiem i że nigdy przenigdy nie rozmawialiśmy jak dzieci. Czuję się zobowiązany ci to powiedzieć.
Lucia zwróciła na Jurusia swe świdrujące oko. Był w nim jakiś błysk, który komuś nie wróżył dobrze.
- I myślisz, że mnie widziała, Jurusiu? - spytała.
- Oczywiście – odpowiedział. - Twój samochód był dokładnie pod oknem.
- A zatem nie ma co do tego wątpliwości – powiedziała Lucia. - W takim razie jej uwagi musiały być skierowane do mnie. Wyjątkowo źle wychowana kobieta. Jeszcze jedno. Miałeś ze sobą przybory malarskie…
- A tak, to nic groźnego – powiedział. - Maluję pokój ogrodowy. Dowiesz się w swoim czasie. Co masz zamiar zrobić? - zapytał zachłannie.
Lucia roześmiała się swoim najbardziej melodyjnym śmiechem.
- No cóż, przede wszystkim podam wam jutro bardzo dobrą kolację, a ona nie miała na tyle przyzwoitości, żeby powiedzieć, że jest zajęta. Zadzwoniła niedawno żeby oznajmić, jaka to będzie radość i jak się nie może doczekać. Pamiętaj, że mówisz do niej po imieniu.
- Już to zrobiłem – powiedział Juruś z dumą. - Ćwiczyłem w samotności .
- Dobrze. Będzie tu jutro na kolacji, a ja jako gospodyni urządzę gościom najmilszy wieczór na jaki mnie stać. Ale niezależnie od tego, Jurusiu, podejmę kroki by nauczyć ją manier, jeśli nie jest za stara na naukę. Dostanie za swoje, będzie gorzko żałowała że była tak chamska. A ja nie widzę przeciwwskazań, by nasi przyjaciele z Tilling dowiedzieli się, co się wydarzyło dziś rano, jeśli czujesz się na siłach o tym mówić. Ja się nie czuję, ale nie ma powody byś ty nie mógł.
- Hurra, jem dziś kolację z Wyse’ami – powiedział Juruś. Dowiedzą się.
Lucia ściągnęła brwi w głębokiej zadumie.
- Jest jeszcze ten incydent z naszymi obrazami, twoim i moim, odrzuconymi przez komitet Towarzystwa Sztuki – powiedziała. - Oboje mamy formularze mówiące, że z żalem je odsyłają i uważam Jurusiu, że kiedy będziesz przy temacie Elizabeth Mapp, możesz swój pokazać Wyse’om. On jest w komitecie, Susan też i uważam, że mają prawo wiedzieć, że nasze obrazy zostały odrzucone oficjalnie na oficjalnym formularzy, nim jeszcze odbyło się zebranie komitetu. Zachowałam się wobec naszej drogiej przyjaciółki w wielkodusznością, która dzisiaj wydaje się nieco na wyrost, a skoro ona nie umie docenić wielkoduszności, spróbujemy czegoś innego. Zasłużyła sobie.
Lucia wstała.
- A teraz zostawmy już ten paskudny temat – rzekła – i spłukajmy go z siebie odrobiną muzyki. Beethoven, szlachetny Beethoven, co powiesz? Piąta symfonia, Jurusiu, na cztery ręce. Los puka do drzwi.
Jurusiowi wydawało się, że Lucia cmoknęła mówiąc „paskudny temat,” ale nie był pewien., a teraz Los zapukał już do drzwi silnymi palcami Luci, bo wzięła sopran.
Pograli sobie długo i przyjemnie, a kiedy nadszedł czas pożegnania, Lucia zatrzymała go w progu.
- Muszę powiedzieć ci jedna rzecz, Jurusiu – powiedziała – choć nie na ten brzydki temat. Sprzedałam Domek przy Zagajniku, kupiłam tę nową posiadłość i sporządziłam nowy testament. Zapisałam ci Grebe z całym wyposażeniem, a także, cóż, małą sumkę. Chciałam, żebyś o tym wiedział.
Juruś był szczerze poruszony.
- Moja droga, to cudownie z twojej strony – powiedział. - Mam nadzieję, że miną całe wieki nim….
- Ja też, Jurusiu – powiedziała bardzo poważnie.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 12 Sie, 2025 11:42
|
|
|
ależ będzie się działo!!! nie mogę się doczekać, tak jak Juruś i Lucia, TAKIEGO sezonu Tilling na pewno jeszcze nigdy nie miało |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 12 Sie, 2025 21:40
|
|
|
Zemsta się zaczyna, drżyj, Elizabeth!
Tilling doświadczało już napięć i bez wątpienia doświadczy ich też w przyszłości. Miasto często znajdowało się w stanie przyjemnego zawieszenia jak wtedy, gdy wierzyło (lub bardzo chciało wierzyć) że major Benjy może stoczyć pojedynek ze swoim starym kompanem, niedawno zmarłym kapitanem Puffinem. Obecne napięcie było bardziej intymnej natury (bo nikogo nie obeszłoby ani trochę, gdyby kapitan Puffin został zabity, a niewiele mniej, gdyby to major został zabity), bo było tak, jakby towarzyskie trzewia Tilling przywiązano do jakiegoś kołowrotu, który w każdej chwili mógł spowodować napięcie, a nie rozluźnienie. Dlatego też następnego ranka High Street była sceną niemal bolesnej ekscytacji. Royce Wyse’ów, z Susan zaduszoną sobolami, jeździł tam i z powrotem póki właścicielka nie była zupełnie pewna, że powiedziała wszystkim i każdemu z osobna, że ona i Algernon rezygnują z członkostwa w komitecie Towarzystwa Sztuki i że oczekują wyjaśnień panny (już nie Elizabeth) Mapp, ale nie mają wielkiej nadziei na ich otrzymanie. Susan z bezwzględną szczerością wyjaśniła wszystkim powody tego kroku, a Algernon, który o świcie przepytał chłopaka ze sklepu ramiarskiego, był przy niej, by potwierdzić każde jej słowo. Jego wyniosła powściągliwość w istocie miała o wiele większą wagę niż gadatliwość Susan.
- Obawiam się, że to aż nadto prawdziwe – to jedyny komentarz, jaki z niego wydobyto.
Minęły już dwie godziny od wysłania rezygnacji, a z Mallards wciąż nie nadeszła odpowiedź. Lecz sytuacja ta była jedynie małym fragmentem powszechnego napięcia, bo wystawę otwarto i zamknięto już miesiące temu, a gdyby Tilling miało w zwyczaju przejmowanie się takimi pośmiertnymi rewelacjami, życie zostałoby obrane całkowicie z bieżących wypadków, a wypełnione byłoby tylko odwetami za sprawy z przeszłości. Tak więc, choć wypadki przeszłości – jak wyjawili to wczoraj surowi pasażerowie Royce’a – były ekscytujące, to to, co wydarzyło się zaledwie wczoraj na schodach Mallards zajmowało wszystkich o wiele bardziej. Teraz, około 11:30, historia ta dorobiła się już kilku znaczących wariantów. Padre twierdził, że Juruś próbował wejść do Mallards bez pukania i że panna Mapp (w mieście już nazywano ją wyłącznie panną Mapp) zauważyła Lucię w jej aucie tuż pod oknem pokoju ogrodowego i wtedy zawołała „Wejdź, Georgino mio, nie ma żadnych męczących łańcuchów teraz, gdy Elizabeth wróciła do domciu.” Z kolei Diva miała powody wierzyć, że Elizabeth (nadal tak ją nazywała) nie widziała Luci w jej samochodzie i zawołała do Jurusia przez okno: „Zadzwoń dzwonećkiem, mój drogi, bo chyba łańcuch w drzwiach jest założony.” Pani Bartlett (z niej nie było żadnego pożytku) powiedziała:
- Jakie to wszystko męczące i ekscytujące, a za tydzień Boże Narodzenie, a tak mało dobrej woli, ojej!
A Irene podsumowała krótko:
- Stara wiedźma dostanie za swoje.
Następnie – wiadomo było, że major Benjy zajrzał do Mallards wkrótce po tej scenie, jakkolwiek ona wyglądała, i odmówił wejścia do pokoju ogrodowego gdy usłyszał, że Juruś w nim jest i maluje portret Elizabeth. Withers była świadkiem (przyniosła rano do domu Divy kilka słoików dżemów, wcale nie z cukinii, tylko z malin, co już wyglądało na łapówkę), że major powiedział „fuj!” gdy się dowiedział, że Juruś tam jest, a sam major nie mógł zostać przesłuchany, bo pojechał tramwajem o 11.00 żeby grać w golfa. Lucia w ogóle nie pokazała się na High Street, podobnie panna Mapp, a Juruś tylko przejechał przez nią dość wcześniej samochodem kierując się do Grebe. Uznano, że nieobecność głównych postaci w tych wczesnych stadiach rozwoju odbywała się zgodnie z najlepszymi standardami techniki dramatycznej, a wszyscy, jak powszechnie było wiadomo, mieli spotkać się tego wieczoru na parapetówce u Luci. Opinie na temat tego, co się tam wydarzy były tak samo rozbieżne jak plotki o tym, co już się wydarzyło. Niektórzy mówili, że panna Mapp odrzuciła zaproszenie pod pozorem, że je kolację z majorem Benjy. To było raczej mało możliwe, bo on nigdy nikogo nie zapraszał na kolację. Inni twierdzili, że zaproszenie przyjęła i że Lucia bez wątpienia miała zamiar wysłać jej liścik, że nie jest jednak oczekiwana i że samochód Jurusia odwiezie ją z powrotem. Bardzo mi przykro. Wszystko to jednak było kwestią czystych domysłów, a i tak było już pełno roboty z odsiewaniem tego, co się naprawdę stało, że szkoda było czasu (czas to cenna moneta) na zgadywanie, co się stanie.
Zegar na wieży kościelnej ledwie wybił wpół do jedenastej (czasu zimowego), gdy pierwsza z pierwszoplanowych postaci pojawiła się na scenie High Street. Była to panna Mapp, cała w uśmiechach i zajęta swymi zwykłymi sprawunkami. Kłusowała od spożywczego do rzeźnika i od rzeźnika do sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, gdzie kupiła pułapkę na myszy i była niezwykle uprzejma dla sprzedawców. Machała przyjaciołom, poklepała psa pana Woolgara po łbie, dała pensa obdartemu osobnikowi, który ponurym barytonem śpiewał Ostatnią Różę Lata i powiedziała:
- Dziękuję wam za słodką muzykę.
Potem zatrzymawszy się na chwilę na chodniku przed Wasters zadzwoniła do drzwi. Diva, która widziała ją z okna, pobiegła otworzyć.
- Dzień dobry, Divo droga – powiedziała. - Ja tylko na chwilę. Jakieś wieści? wydarzyło?
- Na miłość boską, to ja powinnam o to pytać – rzekła Diva. - Co się naprawdę wydarzyło?
Elizabeth wyglądała na bardzo zdziwioną.
- Ale co? Kiedy? Gdzie? - spytała.
- Jakbyś nie widziała – odparła Diva drżąc z niecierpliwości. - Pan Juruś, Lucia, przybory malarskie, bez łańcucha w drzwiach, ty w oknie pokoju ogrodowego, dźwoneciek, etcetera. Wczoraj. Rano.
Elizabeth przyłożyła palec do czoła jakby starając się przywołać odległe wspomnienie. Wydawało się, że jej się udało.
- Kochana plotkarko – powiedziała – Już chyba wiem, o czym mówisz. Juruś przyszedł malować w pokoju ogrodowym, co często robi…
- Mówisz o nim per „Juruś”? - zdołała wtrącić Diva.
- Tak. Zdaje się, że tak ma na imię, a on nazywa mnie Elizabeth.
- Nie! - powiedziała Diva.
- Tak – odrzekła Elizabeth. - Nie przerywaj, moja droga… Akurat stałam w oknie kiedy nacisnął dzwonek i po prostu wychyliłam głowę i nazwałam go niegrzecznym chłopcem że nie wchodzi bez dzwonienia.
- Gaworzyłaś? - spytała Diva – Jak Lucia?
- Jak każde dziecko, jeśli już o tym mowa – Odparła Elizabeth. - Czemu nie?
- Ale ona siedziała w samochodzie tuż pod oknem?
- Tak, kochanie, tak się złożyło, że właśnie nadjechała żeby zostawić mi zaproszenie na dzisiejszą parapetówkę. Idziesz?
- Tak, pewnie, wszyscy idą. Ale jak mogłaś?
Elizabeth usiadła zatopiona w myślach.
- Zaczynam rozumieć, o co ci chodzi – powiedziała w końcu. - Ale to taki absurd. Myślisz – prawda? - że kochana Lulu myśli... Boże, to niedorzeczne... że ją parodiuję.
- Nikt nie wie, co ona myśli – odpowiedziała Diva. – Nikt jej nie widział dziś rano.
- Ale na miłość boską, co ja zrobiłam? - spytała Elizabeth. - Skąd to podniecenie? Jest jakieś prawo, że tylko pani Lucas na Grebe może nazywać Jurusia Jurusiem? No to nie wiedziałam. Jak mam go nazywać, Fryderykiem? I czemu mi nie wolno, że tak spytam? I gaworzyłam? Zapewne to jakieś kolejne prawo? Muszę zdobyć księgę praw Anglii.
- Ale wiedziałaś, że ona siedzi w aucie tuż obok i że cię słyszy.
Elizabeth wiedziała już wszystko, co chciała wiedzieć. Diva była dobrym barometrem pogody w Tilling, a pogoda była sztormowa.
- Bzdury, kochana – powiedziała. - Robisz z igły widły. - Jeśli Lulu słyszała – nie wiem, czy słyszała, pamiętaj – to jaki ma powód do narzekania? Nie wolno mi mówić „Juruś”? Nie wolno mi mówić „Niegziećny chłopiec”? Dajmy już temu spokój. Wieczorem zobaczysz, że nie masz racji, Lulu będzie słodka i serdeczna jak zawsze. I na własne uszy usłyszysz, że Juruś nazywa mnie Elizabeth.
Była to czysta brawura i trafnie odzwierciedlała mężne serce, które ją zainspirowało. Tilling uznało jej zachowanie za odpowiednik wypowiedzenia wojny, dokładnie tak, jak to zaplanowała, a jeśli ktoś pomyślał, że E. M się boi to był w błędzie… Pozostała jeszcze sprawa listu pana Wyse i wystąpienia z komitetu. Trzeba znów stuknąć w barometr.
- Dziś rano chyba wszyscy poszaleli – zauważyła – a jeśli mam być szczera, to pana Wyse uznałabym za zupełnie odklejonego od rzeczywistości. Doszło do małego nieporozumienia całe miesiące temu – chodziło o dwa obrazy, które Lulu i Juruś przysłali na letnią wystawę. Uważałam sprawę za wyjaśnioną i zamkniętą. Ale zachowałam się trochę niestandardowo. Technicznie rzecz biorąc, myliłam się, a kiedy się co do czegoś mylę, to jak dobrze wiesz, droga Divo, nie wstydzę się do tego przyznać.
- Oczywiście, że się myliłaś – rzekła Diva serdecznie – jeśli relacja pana Wyse o tej sprawie jest prawidłowa. To także ty odesłałaś takie piękne obrazy, jako oficjalną decyzję komitetu, podczas gdy oni nawet okiem na nie nie rzucili. To strasznie bezmyślne, dziwię ci się.
Te nieprzychylne komentarze nie sprawiły, że transakcja wydawała się nieco mniej dziwaczna.
- Przyznałam, że się myliłam, Divo – odpowiedziała Elizabeth trochę szorstko – i sądziłam, że zamknęliśmy sprawę. A teraz pan Wyse znów po swojemu grzebie się w przeszłości i napisał do mnie, że on i Susan rezygnują z udziału w komitecie.
- Wiem, wszystkich o tym powiadomił – powiedziała Diva. - Bardzo niezręczna sytuacja. Co masz zamiar zrobić?
Barometr opadł alarmująco nisko przy tym ponownym stukaniu.
- Posypię głowę popiołem – powiedziała Elizabeth z miną kogoś, kto dokonuje właśnie niezwykle szlachetnego czynu. - Sama też zrezygnuję. To pokaże, że bez względu na to, co robi ktoś inny, zrobię co w mojej mocy by naprawić błąd. Mam nadzieję że pan Wyse to doceni i będzie się wstydził listu, który do mnie napisał. Co więcej, uznam, że naskrobał ten list w napadzie chwilowego szaleństwa, które – ufam – już się nie powtórzy.
- Tak, to chyba najlepsze co możesz zrobić – powiedziała Diva. - To mu pokaże, że żałujesz tego ci zrobiłaś, kiedy wszystko się wydało.
- To brzydko z twojej strony, Divo – zawołała Elizabeth – Zabolało mnie, że to powiedziałaś.
- Nie bardziej niż mnie – powiedziała Diva. - To bardzo uczciwe stwierdzenie, nieprawda? Co w nim złego?
Elizabeth nagle zrozumiała, że w stanie obecnego kryzysu niemądrze byłoby brnąć w swoje zwykłe sprzeczki z Divą. Potrzebowała sojuszników.
- Divo kochana, nie kłóćmy się – powiedziała. - To nic nie da. Czułam że muszę spaść żeby skonsultować z tobą, jak najlepiej postąpić z panem Wyse i tak się cieszę, że się ze mną zgadzasz. Bardzo polegam na twoim zdaniu! Muszę już lecieć. Co za piękny wieczór nas czeka. Major Benjy miał zamiar nie przyjąć zamówienia, ale wytłumaczyłam mu, że to nie będzie miłe. To parapetówka, wiesz. Bardzo specjalna okazja.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 13 Sie, 2025 08:37
|
|
|
Ojojoooooooj naprawdę wszystkie kryminały i thrillery wysiadają |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 13 Sie, 2025 20:47
|
|
|
Parapetówka i co po niej, a Elizabeth ma złudzenia...
Wieczór, którego wszyscy tak bardzo wyczekiwali, okazał się rozczarowaniem dla wojowniczych duchów. Nic nie mogło przewyższyć serdeczności Luci wobec Elizabeth, chyba że ta, którą Elizabeth okazywała Luci: opuściły jadalnię ramionami oplatając swoje talie – bardzo, bardzo gorzki widok. Grały w brydża przy jednym stoliku i tak zasypywały się komplementami ubolewając tylko nad własnymi błędami, że Diva zaczęła żywić najpoważniejsze obawy, że Lucia w duchu chrześcijańskiego wybaczenia – wręcz nadnaturalnego – postanowiła machnąć ręką na wszystkie ataki i obelgi, którymi obrzuciła ją Elizabeth w akcie prowokacji. A może Lucia myślała, że ten poniżający pokaz wielkoduszności może być bronią, która zapewni jej zwycięstwo, Tilling zachwyci się i stanie za nią murem? Jeśli tak, był to wielki błąd: Tilling nie pragnęło demonstracji wybaczenia i anielskich piór, ale bitwy bez brania jeńców. No i jeśli myślała, że taka szlachetność zmiękczy czarne serce Mapp, to wykazywała się niepokojącą ignorancją co do natury Mapp, bo ta całkiem prawidłowo nie uznała jej za szlachetność, tylko tchórzostwo. Tuż obok Lucia miała Jurusia, który przeplatał rozmowę o wiele większą liczbą „Elizabeth” niż było trzeba, a ona odwdzięczała mu się „Jurusiem” za każdym razem. Za każdym razem kiedy te wyrzuty chrześcijańskich imion wybrzmiewały szczególnie głośno, Elizabeth patrzyła na Divę z błyskiem tryumfu, jakby chciała jej przypomnieć, że przepowiedziała, że Lulu będzie słodka i serdeczna, a Diva odwracała się od niej z ciężkim sercem.
Z drugiej strony, wciąż istniały podstawy do nadziei i w miarę jak wieczór płynął, stawały się one coraz bardziej obiecujące: były jak małe grzywki piany i kocie łapki wiatru na spokojnej powierzchni morza. Na początek, właśnie tego ranka wyszła na jaw podłość Elizabeth w sprawie komitetu artystycznego. Za to druzgocące ujawnienie odpowiedzialny był Juruś, nie Lucia, ale można było przypuszczać, że działał z jej błogosławieństwem, a może nawet bezpośrednim życzeniem, a to z pewnością nie wyglądało na przebaczenie, a raczej na podłość Elizabeth. To już dawało sporo nadziei, a sokole oko Divy wypatrzyło inne oznaki nadciągającej burzy. Elizabeth, zachęcona komplementami Luci podczas długiego robra, zaczęła ujawniać swoje prawdziwe oblicze i objaśniać partnerce, że ta straciła kilka lew (bez znaczenia), albo całą grę nie idąc za jej deklaracją, a Diva zauważyła niebezpieczny błysk w oku Luci. Poza tym z całą pewnością przygryzła wargi gdy Elizabeth nagle zaczęła znów nazywać ją Lulu. Dalej należało przyjrzeć się zachowaniu Irene: Irene wierciła się i kręciła na krześle rzucając Elizabeth spojrzenia czarnej nienawiści i raz Diva wyraźnie widziała, jak Lucia marszczy brwi i kręci głową w jej stronę. Następnie po wielu udanych rundach brydża, nastąpiła wystawna kolacja z homarem a la Riseholme. Odkrycie sekretu tego pysznego dania stało się, jak całe Tilling wiedziało, dosłownie obsesją Elizabeth, a teraz, rozpłomieniona kolejnymi zwycięstwami w brydżu i nieustającymi uprzejmościami Luci, podjęła kolejną bezpośrednią próbę.
- Lulu droga – powiedziała – byłoby to bardzo słodkie z twojej strony gdybyś dała mi przepis na twojego homara. Jest taki pyszny….
Diva poczuła, że to decydujący moment: Lucia wcześniej już odmawiała tej prośbie, ale dziś, jeśli była całkowicie chrześcijańska i całkowicie tchórzliwa, powinna się zgodzić. Ale ona jeszcze raz nie odpowiedziała i spytała padre, w jaki dzień tygodnia wypada Boże Narodzenie. Więc Diva wydała oddech ulgi, bo nadzieja nie umarła.
Mimo kolejnego odrzucenia prośby trudno się było dziwić, że gdy wieczór się kończył, Elizabeth była w szampańskim nastroju. Udający się do domów imprezowicze zmienili kolejność wyruszania, a Juruś miał zabrać na pokład ją i Divę. Wyszedł przed dom z Divą, bo, przez ostatnie pół godziny Mapp (jak ją teraz w myślach nazywał by pozbyć się „Elizabeth”) rozdęła się jak purchawka pełna zadowolenia i pewności siebie i nie ufał sobie, że jeśli będzie kontynuowała, a bez wątpienia będzie, nie chwyci za coś bardzo ostrego.
- Niech no trochę poczeka – pomyślał – Zaraz będzie inaczej śpiewać.
Obawy Jurusia przed wyjściem na zewnątrz, owiniętym dobrze w futrzaną pelerynkę, koc i w ciepłej czapce na głowie, były uzasadnione, bo ledwie Mapp ostatni raz posłała całusa Lulu (która odprowadzała ich do drzwi) i przeliczyła monety, które wygrała, wybuchnęła trudnymi do zniesienia okrzykami tryumfu i wyższości.
- No i po sprawie – powiedziała, podciągając okno. - I gdybym spytała cię, droga Divo, która z nas miała rację co do przebiegu dzisiejszego wieczoru , myślę, że nie byłoby wątpliwości, jaka padłaby odpowiedź. Widziałaś kiedy Lulu tak okropnie pragnącą mnie zadowolić? I słyszałaś, że mówię do niego „Jurusiu,” a on do mnie per Elizabeth? Lulu to się nie spodobało, to pewne, ale cóż, musiała połknąć gorzką pigułkę i muszę przyznać, że zrobiła to z wielką gracją, trzeba jej to oddać. Potrzebowała małej lekcji i chyba mogę powiedzieć, że jej udzieliłam. Nie miałam pojęcia - muszę to przyznać, że nie miałam - że ona przyjmie to pokornie, jak mały piesek. Wystarczyło po prostu wychylić się z okna, udać że jej nie widzę i zagadać do Jurusia tym głupawym tonem i językiem i sprawa załatwiona.
Równocześnie Diva także mówiła, ale Elizabeth zatrzymała się tylko by zaczerpnąć tchu i podjęła watek trochę głośniej. Diva więc również podniosła głos , póki Juruś nie obrócił się by sprawdzić, co się tam dzieje. Obie urwały i uśmiechnęły się do niego, a potem zaczęły od nowa.
- Jeśli pozwolisz mi wtrącić słówko – powiedziała Diva, która chciała wysunąć kilka solidnych argumentów i – gdyby nie była damą – spoliczkowałaby Mapp w akcie bezsilnej wściekłości.
- Nie sądzę – rzekła Elizabeth – że będziemy mieli jeszcze jakieś kłopoty z nią i jej królewskim zadzieraniem nosa. Całkiem przyjemna parapetówka i bez wątpienia dom jej potrzebował, bo w jadalni parapety są raczej nieszczelne, a ja mam mocne podejrzenia, że krem z kurczaka był królikiem. Wystarczyło jej tylko pokazać, że jak bardzo Riseholme nie wyzierałoby z niej w kwestii manier i uprzejmości, lepiej niech nie próbuje ich w Tilling. Nie mogła się doczekać żeby nad uczyć, rządzić i przewodzić. Bum! Elizabeth (to ja, kochanie) miała małą owieczkę, która mieszka w Grebe, urządza parapetówkę, więc możecie zgadnąć kto to jest. Jak ona dziś nam schlebiała i gruchała nad naszymi kartami, a ledwie kilka tygodni temu planowała urządzać szkołę brydża….
- Byłaś równie okropna – krzyknęła Diva – To ty powiedziałaś jej, że gra przepię…..
- Uganiała się za mną, że użyję tego prostackiego wyrażenia majora Benjy – ciągnęła Mapp. - Była jak ten mały piesek, który skarcony łasi się i prosi – uroczo – o wybaczenie. Zważ, moja droga, ja nie mówię, że to jest zła kobieta, ale aż się prosi by jej pokazać, gdzie jej miejsce, a Tilling powinno mi podziękować., że to zrobiłam. Ojej, już jesteśmy pod twoim domem. Ależ to była krótka podróż!
- Tak czy inaczej nie zdobyłaś przepisu na homara à la Riseholme,' powiedziała Diva, bo aż paliło ją na języku by to powiedzieć.
- Mała końcowa sztuczka – odparła Mapp. - Nie wątpię, że przemyśli to o przyśle mi przepis jutro. Dobranoc, kochanie. Pod koniec tygodnia będę rozsyłać zaproszenia na miły przytulny wieczór przy brydżu i herbacie.
Wzburzona Diva weszła do Wasters w złym humorze, tak przekonujące były komentarze Mapp o dzisiejszym wieczorze. Ponury finał wielkiego podniecenia i całe to ekscytujące napięcie zamiast odpłynąć, pozostało w formie przygnębiającej ospałości.. Ale nie porzuciła nadziei, bo na spokojnym morzu wciąż były grzebyki piany i kocie łapki i czapeczki. Poszła spać wizualizując je sobie.
Koniec rozdziału ósmego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Pią 15 Sie, 2025 22:43, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 14 Sie, 2025 14:17
|
|
|
Coś mi się zdaje, że droga Elżbieta nie zrozumiała, że to planowana cisza przed trzęsieniem ziemi i taktyczne uśpienie czujności wroga |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 15 Sie, 2025 22:42
|
|
|
Oj, Elżbieta naprawdę wroga nie docenia, choć już pora byłaby najwyższa
Rozdział dziewiąty
Choć Juruś sadził, że będzie potrzebował jeszcze co najmniej dwóch posiedzeń nim szkic pokoju ogrodowego osiągnie ten doskonały stan wykończenia, który on, podobnie jak rafaelici, uważał za niezbędny dla każdego dzieła sztuki, postanowił, że pozostawi go w bardziej impresjonistycznym stanie i następnego rana pośle do oprawy. W rezultacie szklanka wody, którą Elizabeth zaniosła do pokoju ogrodowego w oczekiwaniu na jego zwyczajową wizytę o jedenastej, pozostała nieskażona popłuczynami jego pędzla i w południe Elizabeth, dość spragniona po później kolacji wczorajszego wieczora, sama ją wypiła. Następnego, bardzo mokrego poranka, ani major Benjy nie wyruszył na swoją zwyczajową partię golfa ani Juruś nie pojawił się żeby malować. Ale kilka minut przed pierwszą zauważyła jego samochód przed Mallards Cottage; przejechał przed jej oknami, zatrzymał się przed domem majora Benjy, a on wsiadł. Nie dało się nie pamiętać, że zimą Lucia zawsze jadała lunch o pierwszej, bo późniejsza godzina na colazione tak bardzo skracała popołudnie. Ale widok majora Benjy odjeżdżającego z „wyfiokowanym Michałem Aniołem” był zaskoczeniem i trudno było odgadnąć gdzie indziej mogliby się razem udać.
Do jej własnego lunchu pozostawało jeszcze pół godziny i zajęła się pisaniem siedmiu kart do siedmiorga przyjaciół z zaproszeniem na niedzielę, na herbatę, po której miał nastąpić brydż. Wyse’owie, pastorostwo, Diva, major Benjy i Juruś byli adresatami tych listów; razem z nią dawało to osiem osób, czyli dwa stoliki miłych graczy. Lucia nie miała być faworyzowana: odstawienie jej od czasu do czasu na boczny tor miałoby dla niej zbawienne skutki, ot tak żeby dać jej nauczkę, której ewidentnie tak bardzo potrzebowała. Musi się nauczyć chodzić przy nodze, przychodzić na zawołanie i dawać przepisy gdy się tego od niej zażąda, a dotąd tego wszystkiego nie robiła.
Przez kilka dni z rzędu padały rzęsiste deszcze, ale tego popołudnia niebo się przejaśniło i Elizabeth wybrała się na szybki spacer dla zdrowia. Polne ścieżki z pewnością będą bardzo błotniste, bo z końca High Street zobaczyła, że na mokradłach nadal jest dużo wody, więc trzymała się tej doskonałej drogi, która, mijając Grebe, prowadziła właściwie donikąd. Była gotowa zajść do Luci i podziękować na cudowną parapetówkę i przy okazji upewnić się, że Juruś i major Benjy jedli u niej lunch, ale taka upokarzająca potrzeba nie zaistniała, bo samochód Jurusia stal zaparkowany przed domem, więc (czy jej się to podobało czy nie, a nie podobało jej się) problem został rozwiązany. Dom wybudowano dość blisko drogi: wyłożona płytami ścieżka długa na sześć jardów flankowana przy bramie wejściowej gęstymi grabowymi żywopłotami, na których wciąż wisiały liście, odgradzała go od grogi i właśnie gdy Elizabeth minęła zaparkowani tam samochód Jurusia, drzwi wejściowe się otwarły i zobaczyła Lucię i jej dwóch gości na progu. Major Benjy śmiał się tubalnym śmiechem, a Juruś wydawał cienkie rechociki, niczym jakiś ochrypły źrebak.
Pokusa dowiedzenia się z czego się śmieją była nieodparta. Elizabeth zrobiła kilka kroków i - ukryta za żywopłotem - wstrzymała oddech.
Major Benjy rzucił kolejne ha-ha i przemówił.
- A niech mnie, naprawdę tak zrobiła? - powiedział. - Proszę to powiedzieć jeszcze raz, pani Lucas. W życiu się tak nie uśmiałem. Piekielna bezczelność!
Głos i słowa które po tym nastąpiły były nie do pomylenia.
- Niegrzećny chłopiec, Jurusiu – powiedziała Luci. – Nigdy nie dzwoń dzwonećkiem Elżusi…
Elizabeth ruszyła z kopyta gdy usłyszała kroki nadchodzących po krótką brukowaną ścieżką. Ale jak by się nie spieszyła, jeszcze trochę usłyszała.
- Wchodź zawsie plosto i śpiewaj dla niej – ciągnął głos, powtarzając słowo w słowo przemowę, z której była taka dumna. – Nie ma jus łańcucha – i potem nastąpiła odrażająca parodia – od kiedy Liblib jest ritornata do Mallardino.
Elizabeth, dziwnie przestraszona jakby zobaczyła ducha, pospieszyła drogą, która nie prowadziła w żadnym określonym celu, nim goście Luci wyszli przez furtkę. Na szczęście na końcu ogrodu kuchennego żywopłot grabowy skręcał pod kątem prostym i za tym bastionem ukryła się póki nie usłyszała warczenia samochodu odjeżdżającego w kierunku Tilling i mogła oddać się pełnym wzburzonych obaw myślom. Czy to możliwe, że jej własna przemowa, która – jak sądziła – zraniła dumę Luci, została obrócona w kpinę i szyderstwo z niej samej? Było to nie tylko możliwe, ale i bardzo prawdopodobne. I jak śmiała pani Lucas wymyślić i powtarzać te bzdury o ritornata do Mallaridno? Nigdy w życiu nie powiedziałaby czegoś takiego.
Gdy wybrzeże było znów czyste, ruszyła w drogę, oddalając się szybko od Tilling. Przypływ był bardzo wysoki, bo rzeka wezbrała od deszczu, a woda przepełniła koryto i rozlała się wielkim jeziorem u podnóża brzegu i grobli, które ochraniały drogę. Choć bardzo wzburzona, panna Mapp nie mogła nie podziwiać szerokiego rozlewiska, oświetlonego teraz promieniami słońca przed którym na zachodzie ciemne wzgórze z Tilling odcinało się na tle nieba, już czerwieniejącego w promieniach zimowego zachodu. Skręciła właśnie wraz z zakolem drogi i zobaczyła niedaleko przed sobą, że ktoś inny także podziwia widok w bardziej praktyczny sposób, bo na poboczu jakieś dwadzieścia jardów od niej przed rozstawionymi sztalugami stała dziwaczna Irene trzymająca w zębach garść pędzli. Nie widziała się z Irene od wieczoru z parapetówką, kiedy to tamta nie była dla niej zbyt serdeczna, więc uznawszy że odeszła już wystarczająco daleko, zawróciła. Ale Irene ją dostrzegła, przymrużywszy na chwilę oczy przed blaskiem słońca. Wyjęła pędzle z ust i zawołała do niej słowami, w których czaiło się coś potencjalnie niebezpiecznego.
- Czołem Mapp – powiedziała. – Wracasz z lunchu u Lulu?
- Jaki śliczny obraz, kochana – odrzekła Mpp. – Nie, wybrałam się tylko na szybką przechadzkę. Nie jadłam dzisiaj w Grebe.
Irene roześmiała się tubalnie.
- Tak też myślałam, ale pomyślałam, że spytam - powiedziała. – Tak, jestem dość zadowolona z obrazu. Słońce wygląda jak skąpane we krwi, prawda, jakby nadchodził dzień Sądu Ostatecznego. Wyślę go na zimową wystawę Towarzystwa Sztuki.
- Dziewuszko droga, o czym ty mówisz? – spytała panna Mapp. – Nie mamy przecież zimowych wystaw.
- Ale będziemy mieli – odparła dziewuszka. – Widzisz, nowy komitet przepełnia werwa, szwung i zapał. Nie prosili cię żebyś im wysłała… No oczywiście ilość miejsca na ścianach jest ograniczona.
Mapp roześmiała się, choć bez wielkiej wesołości. Ten dziwny podskórny ton niezmiernie ją drażnił.
- A to dla mnie nowina – powiedziała. – Pan Wyse i Susan zwarli szyki…
- Pomysł słodkiej Lulu – powiedziała Irene. – Jak tylko wysłałaś rezygnację, to rzecz jasna zaprosili ją na przewodniczącą.
– To bardzo miłe – zawołała Mapp z entuzjazmem. – Będzie zachwycona. Muszę przysiąść fałdów i namalować jakiś drobiazg żeby im posłać.
– Wyślij może ten, który malowałaś na wieży kościoła, gdy Lucia miała grypę – powiedziała ta okropna Irene. – To byłoby miłe… Och, zapomniałam. Alem ja głupia. Wystawa jest na zaproszenia: komitet zaprosił kilka osób do przysłania obrazków. Nie wątpię, że ciebie też zaproszą. Taki dobry plan. Na przyszłość nie będzie pomyłek odnośnie odsyłania tego, co zostało wysłane.
Mapp głośno przełknęła ślinę, ale się otrząsnęła.
– Ach tak. Zbiorą samych akademików i wywieszą pod sznurek na ścianie – powiedziała zaczepnie.
– Tak. Pod sznurek na ścianie albo ustawią na sztalugach – odpowiedziała Irene. – Cholerne światło! Już blednie. Muszę się zwijać. Potrzymasz mi pędzle?
– To co, wracamy razem do domu? Wypijesz ze mną herbatę, kochana? – spytała Mapp spragniona pojednania i wieści.
– Obawiam się, że nie; idę do Luci. Psiajdą Wysowie, będzie blydżik i zieblanie komitetu – odparła Irene.
– Okrutne z ciebie stworzenie, żeby tak parodiować Lulu – rzekła Mapp. – Ale dobrze podłapałaś to jej głupawe gaworzenie. Jej głos jak żywy. Pa pa.
- I wzajemnie – odpowiedziała Irene.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 16 Sie, 2025 21:28
|
|
|
W tonie Irene – rozmyślała Mapp, spiesząc samotnie do domu, była jakaś prześmiewcza nuta, która jej się nie podobała. Rozmowa była pełna przytyków i niejasnych aluzji; najeżona była podskórną groźbą i nawet jej parodia lucinego gaworzenia nie była jakoś satysfakcjonująca, bo dziwaczna Irene mogła parodiować jej parodię Luci, tak jak zrobiła to sama Lucia i nie było w takim razie z czego się śmiać. Po chwili przejechał obok niej Royce Wyse’ów zmierzający do Grebe. Posłała całusa dłonią w stronę sterty soboli w środku, ale było zbyt ciemno by zobaczyć, czy powitanie zostało odwzajemnione. Jej szybka popołudniowa przechadzka nie orzeźwiła jej; była świadoma poczucia znużenia, niejasnej depresji i niepokoju. A do tego wszystkiego dochodziło pragnienie, nie tylko herbaty, ale i informacji, Wydawało się, że wokół dzieją się rzeczy, których była – o smutku – nieświadoma i nawet gdy ta nieświadomość została obnażona, smutek pozostał. Ale Diva (zawodowa plotkara) może wiedzieć coś więcej o tej zimowej wystawie – więc zaszła do Wasters. Diva była w domu i uprosiła ją by została na herbatę, za kilka minut zejdzie na dół.
To był przytulny pokoik z oknem na ogród, który latem zapewnił jej tyle słoików doskonałych przetworów, ale okropnie zabałaganiony, jak cały dom Divy. Na stole leżały stosy papierów, listy na pół wsunięte do kopert, krzyżówki wycięte z Evening Standard i rozwiązane do połowy; była tam jej własna kartka wysłana do Divy rano i już dostarczono i kartka papieru z pieczęcią Grebe i monogramem Luci, która ściągnęła na siebie spojrzenie Elizabeth. Rzut oka ujawnił, że była to prośba od Towarzystwa Sztuki, by pani Plaistow wyświadczyła im ten honor i przysłała kilka obrazów na nadchodzącą zimową wystawę. Przez cały ten czas z sypialni Divy tuż nad jej głową dochodziły dźwięki rytmicznych kroków i stuków, trudnych do rozszyfrowania. Po chwili ustały, a kroki Divy na schodach ostrzegły Elizabeth na tyle szybko, by zdążyła chwycić pierwszą lepszą książkę i opaść na fotel przy kominku. Zobaczyła, z uczuciem niepokoju podobnym do tego, który prześladował ją przez całe popołudnie, że był to egzemplarz Idealnego systemu kalisteniki dla już nie całkiem młodych, o którym coś już kiedyś słyszała. Na stronie tytułowej widniała dedykacja: „Divie - Lucia” i w nawiasach, niczym recepta: „na początek dziesięć minut ćwiczeń z rozdziału I dwa razy dziennie.”
Diva weszła do pokoju żwawym krokiem. Miała twarz czerwieńszą niż zwykle i – jak zauważyła Elizabeth – idąc podnosiła stopy bardzo wysoko, głowę wyginała w tył, a pierś wypisała do przodu jak mały tłusty gołąb. Tym razem nie dało się rzucić żadnego słówka, bo zaczęła mówić nim drzwi się w pełni otwarły.
- Miło że wpadłaś, Elizabeth i z przyjemnością przyjdę na brydża w sobotę. W życiu nie czułam się lepiej, wiesz, a ćwiczę dopiero od dwóch dni. O, widzę, że przeglądasz książkę.
- Słyszałam tupanie i stukanie, kochana – odpowiedziała Elizabeth. - To było to?
- Tak, dwa razy dziennie po dziesięć minut. Oczyszcza też głowę. Kiedy potem siadasz do krzyżówki, okazuje się, że myślisz jaśniej niż kiedyś.
- Kalistenika a la Lucia? - zapytała Elizabeth.
- Tak. Irene i pani Bartlett i ja wszystkie zaczęłyśmy, a pani Wyse zamierza zacząć nieco łagodniej. Lucia ci o tym nie mówiła?
Było to kolejne wyjawienie tego, co się dzieje. Elizabeth dzielnie to przyjęła.
- Nie. Droga Lulu zna moje poglądy na takie nowomodne pomysły. Mnie wystarczy szybki spacer taki jak odbyłam dziś po południu. Taki cudowny zachód słońca i wysoki przypływ. Dziwaczna Irene malowała przy drodze tuż za Grebe.
- Tak. Zamierza posłać ten obraz i trzy inne na zimową wystawę. A, może nie słyszałaś. Będzie wystawa zaraz po Bożym Narodzeniu.
- Świetny pomysł, już o tym rozmawiałam – powiedziała Elizabeth.
Oczy Divy powędrowały szybko i podejrzliwie w stronę stołu, na którym na wierzchu stosu leżało to przypochlebcze zaproszenie. Elizabeth nie omieszkała odnotować jego znaczenia.
- Irene mi powiedziała – powiedziała pospiesznie, - Muszę sprawdzić czy znajdę czas by im coś posłać.
- Och, czyli cię zaprosili – powiedziała Diva z cieniem niezadowolenia w głosie. - Mnie też...
- Nie! Naprawdę? - powiedziała Elizabeth.
-… więc oczywiście się zgodziłam, ale obawiam się, że wyszłam z wprawy. Na otwarcie Lucia wygłosi wykład o sztuce nowoczesnej, a potem wszyscy przejdziemy się i będziemy oglądać nawzajem swoje obrazy.
- Ależ przyjemność! - powiedziała Elizabeth serdecznie.
Wniesiono herbatę. Na tacy stał słoiczek zielonkawego dżemu i Elizabeth nałożyła go sobie obficie na posmarowany masłem tost i wzięła do ust sporą porcję. Następnie wydała z siebie zduszony jęk i popiła go łykiem herbaty.
- Coś się stało? - spytała Diva.
- Tak, kochana, chyba zaczyna fermentować – odparła Elizabeth, odkładając resztę tosta. - I nie mogę zgadnąć, z czego został zrobiony.
Diva zerknęła na słoiczek.
- A powinnaś – odpowiedziała – bo jest to jeden ze słoików, które od ciebie dostałam. Podpisany „mus warzywny,” Przykro mi, że jest niejadalny. A właśnie, skoro mowa o jedzeniu, czy Lucia przysłała ci już przepis na homara?
Elizabeth uśmiechnęła się najsłodszym uśmiechem.
- Droga Lucia – powiedziała. - jest tak zajęta sztuką i kalisteniką. Pewnie zapomniała. Przypomnę się jej.
Popołudnie pełne było raczej niemiłych niespodzianek, pomyślała Elizabeth wracając wieczorem do Mallards. Towarzystwo było zajęte różnymi aktywnościami, sztuką i gimnastyką, o których dotąd nic nie słyszała i wszystkie one wydawały się mieć jedno źródło: kierowała nimi z ukrycia jedna ręka. Było to bardzo niepokojące, zwłaszcza, że jeszcze kilka dni temu, pewna była, że ta ręka wznosi się ku niej w geście błagania o wybaczenie. Teraz wyglądało, że ta ręka powędrowała gdzieś daleko i zajęła się bardzo energicznie wieloma sprawami.
Zatrzymała się na progu. Przez szpary w zasłonach w Mallards Cottage przeświecało światło i pomyślała, ż dobrze byłoby zajrzeć do Jurusia i przekonać się, czy jeszcze czegoś się nie dowie. Będzie przemiła: będzie podziwiać jego haft jeśli będzie przy nim siedział, pochwali imponujący porządek w domu, bo Juruś zawsze cenił sobie każdy komplement pod adresem Foljame, będzie śpiewała peany na cześć Luci, choćby miały palić ją na języku.
Foljambe ją wpuściła. Drzwi bawialni były uchylone i kiedy odkładała parasolkę, usłyszała głos Jurusia rozmawiającego przez telefon.
- Sobota, wpół do piątej - powiedział. – Właśnie znalazłem pocztówkę. Nie zaprosiła cię?
Juruś, jak często zauważała Elizabeth, był bardziej głuchy niż zdawał sobie sprawę (co tłumaczyło, dlaczego nie słyszał tych wszystkich fałszywych nut, które wygrywał w duetach z Lucią) i nie słyszał jej wejścia, choć Foljambe dość głośno ją zapowiedziała. Z zapartym tchem słuchał tego, co docierało przez słuchawkę i w przerwach powtarzał: „Moja droga!” i „Nie!”. Jednak teraz, odwrócił się i ją zobaczył i odwiesił słuchawkę z przestraszoną miną.
- Ojej, nie słyszałem, że przyszłaś! – powiedział. – Jak miło! Miałem właśnie prosić o herbatę. Dwie filiżanki, Foljambe.
- Przeszkadzam ci – powiedziała Elizabeth. – Widzę że szykowałeś się do szycia i spokojnego kawalerskiego wieczoru.
- Wcale nie – powiedział Juruś. – Przysuń sobie fotel do kominka.
Nie było potrzeby tłumaczyć, że już piła herbatę z Divą, nawet jeśli jeden kęs sfermentowanych warzyw trudno było nazwać podwieczorkiem i usiadła w fotelu, który jej podsunął.
- Piękna robota – powiedziała patrząc na tamborek Jurusia z petit point, który leżał obok. – Jakież ty musisz mieć oczy, żeby to robić.
- Tak, są jeszcze całkiem dobre – powiedział Juruś, wsuwając etui na okulary do kieszeni. – Będę zachwycony mogąc przyjść na brydża w sobotę. Bardzo dziękuję. Właśnie otrzymałem zaproszenie.
Panna Mapp już to wiedziała.
- Uroczo – powiedziała. – I jak zazdroszczę twojej Foljambe. Ani śladu kurzu nigdzie. Możesz zjeść podwieczorek wprost z podłogi, można rzec.
Juruś zauważył, że nie mówiła do niego po imieniu. To potwierdzało jego przekonanie, że to zachowanie zarezerwowane było na chwile w obecności Luci, żeby ją zirytować. Potem znów zadzwonił telefon.
- Mogę? – zapytał Juruś.
Podszedł do aparatu, dość zdenerwowany. Tak jak myślał: to była znów Lucia, tłumacząca, że coś im przerwało rozmowę. Panna Mapp podsłuchując na ile mogła z miejsca, w którym siedziała, słyszała tylko jej stłumione, zdezorientowane kwakanie. Więc aby pokazać, że rozmowa jej nie interesuje, przyłożyła palce do uszu, gotowa przestać kiedy Juruś znów się do niej odwróci i twardo słuchała tego, co mówił.
- Tak… tak – mówił Juruś. – Dziękuję ci bardzo – cudowne. To go odbiorę, dobrze? Za kwadrans ósma, tak? Tak, ją też. Tak, robiłem je dziś raz: ani trochę się nie zasapałem… Teraz nie mogę. Luciu, panna Ma… Elizabeth wpadła na herbatę… Tak, powiem jej.
Elizabeth czuła, że wszystko z tego zrozumiała; była adeptką sztuki rekonstrukcji rozmów telefonicznych. Ewidentnie w Grebe miało się odbyć inne przyjęcie. „on” i „ona” to bez wątpienia major Benjy i ona sama, a Juruś miał ich przywieźć jak poprzednio. „One” to były ćwiczenia, a Juruś obiecujący powiedzieć ”jej” oznaczało bez wątpienia, że to on ma przekazać zaproszenie. To było satysfakcjonujące; Lucia najwyraźniej miała nadzieję na pojednanie. Wtem Juruś odwrócił się i zobaczył Elizabeth uśmiechniętą od ucha do ucha przy kominku z dłońmi przy uszach. Wszedł w jej pole widzenia, a ona odsłoniła uszy.
- Skończyłeś? – zapytała. – Mam nadzieję, że nie musiałeś ze względu na mnie.
- Ależ nie – powiedział Juruś, bo nie mogła (chyba że udawała) wiedzieć, że dokładnie to zrobił. – Lucia dzwoniła. Przesyła ci całusy.
- Jak to miło, jest taka kochana – powiedziała Elizabeth i czekała na ciąg dalszy o podwiezieniu i zaproszeniu Ale okazało się, że Lucine całusy wyczerpały temat i Juruś zapytał, czy słodzi. Owszem, słodziła i spróbowała, czy i on skusi się na słodkość dla siebie i Luci.
- Jaka urocza była parapetówka – powiedziała – i jak wszyscy świetnie się bawiliśmy. Lucia wydaje się mieć czas na wszystko, brydż, te piękne duety z tobą, włoski, greka (choć ostatnio jakoś o tym cicho), zimowa wystawa i wykład o sztuce nowoczesnej (jak ja na niego czekam!), kalistenika…
- Och, powinnaś też jej spróbować – powiedział Juruś. – Rozciągasz się i tupiesz i czujesz się potem tak młodo! Wszyscy ćwiczymy.
- A ona daje lekcje, jak straszy… obiecywała? – spytała Elizabeth.
- Zacznie kiedy opanujemy podstawy – odrzekł Juruś. – Maszerujemy wokół ogrodu kuchennego w Grebe – wiesz, te żwirowane ścieżki są świetne w deszczową pogodę – utrzymując tempo, a potem skaczemy, rozciągamy się i rozluźniamy. A kiedy pada, możemy to samo robić w kuchni. Można otworzyć na oścież te podwójne drzwi i mieć świeże powietrze, co jest bardzo ważne. W kuchni jest też ten ogromny stół, na który można się oprzeć, gdy wykonuje się ten pływacki ruch. Jest jak wielka tratwa.
Elizabeth nie miała śmiałości by zapytać, czy major Beny też należy do grupy. Zbyt gorzka byłaby świadomość, że on, który twardo sprzeciwiał się dominacji Luci. Został jednak wessany w ten piekielny wir jej energicznych działań. Niemal żałowała, że nie zaprosiła jej na swoje jutrzejsze przyjęcie brydżowe, ale za późno już na to było. Jej siedem zaproszeń – siedem przeciw Luci – zostały już wysłane i dopiero gdy wróci do domu przekona się, czy zdoła zapełnić dwa stoliki brydżowe.
- A ta zimowa wystawa?- zapytała. – Co za wspaniały pomysł! W naszym drogim starym Tilling wszyscy tak gnuśniejemy zimą, a teraz pojawi się coś, nad czym można popracować. Wysyłasz ten mały rozkoszny obrazek z pokojem ogrodowym? Jak ja lubiłam nasze śliczne poranki spędzone na pogawędkach gdy go malowałeś!
Według zwyczajowych zasad uprzejmej rozmowy teraz to Juruś powinien był zapytać ją, co ona posyła. Nie zrobił niczego w tym rodzaju i wyglądał na dość zakłopotanego. A więc to raczej pewne, że jest tak, jak powiedziała jej Irene, wystawa miała składać się wyłącznie z obrazów przysłanych na zaproszenie komitetu, a póki co jej nie zaproszono. Czuła, że musi się co do tego upewnić i zdecydowała, że i tak wyśle obraz bez zaproszenia. To jej pokaże czarno na białym, co się dzieje.
- Prawda, że te poranki były przyjemne? – zapytał Juruś wymijająco. – Aż było mi przykro, gdy obraz był skończony.
Juruś wydawał się niezwykle powściągliwy: nie udzielił żadnej informacji ani o zimowej wystawie, ani o telefonie Luci, ani nie wspomniał, że major Benjy był dziś u niej na lunchu. Podprowadziła go w stronę tego tematu…
- Droga Lucia musi był bardzo szczęśliwa w jej pięknym Grebe - powiedziała. – Spacerowałam dziś tamtędy. Jej ogród, jaki przyjemny! Bardzo wysoki przypływ po południu. Rzeka pięknie spływająca do morza i przypływ idący jej na spotkanie. Widziałeś?
Juruś przejrzał jej zamysł: z przyjemnością mógł rozmawiać o przypływie, ale nie o lunchu.
- Pięknie to wyglądało – powiedział – ale mówili mi, że za dziesięć dni zaczną się wiosenne przypływy, a one będą znacznie wyższe. Czasami woda przelewa się przez drogę przed domem Luci.
Elizabeth wróciła do Mallards bardziej niespokojna niż przedtem.
C.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 18 Sie, 2025 12:08
|
|
|
mus warzywny zaprawdę zemsta jest rozkoszą bogów
Napięcie rośnie, atmosfera gęstnieje, za zasłoną gromadzą się huraganowe chmury, droga Elżbieta zupełnie nie , na co się porwała ... |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron. Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.
|