|
|
Panna Mapp |
| Autor |
Wiadomość |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 13 Maj, 2025 11:45
|
|
|
Będzie musiał, jak wszyscy, to wszyscy!
Aż dziw, że po takich torturach major znów nie zwiał pierwszym porannym pociągiem, chyba tylko myśl o powrocie na pola golfowe z kapitanem go powstrzymała
Powoli zmierzamy do brzegu. Jeszcze kilka mocnych wydarzeń przed nami, ale większość już za nami |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 13 Maj, 2025 12:33
|
|
|
Gdyby zwiał, droga Elżbieta nie zostawiłaby na nim suchej nitki i byłby spalony na zawsze
|
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 13 Maj, 2025 22:53
|
|
|
Panna Mapp bierze pod obcas kapitana
Majorowi Benjy wyraźnie nie podobała się ta perspektywa, ale Puffin zacinał się coraz bardziej w absolutnej odmowie narażenia się na odrzucenie i wkrótce doszli do porozumienia, że następnego ranka major spełni swą ambasadorską misję. Co ustaliwszy, wrócili z ogniem do wciąż nie ustalonej kwestii dżdżownicy, a temperatura dyskusji rosła póki nie zauważyli, że siedzą przy otwartym oknie i że ich głosy mogą nieść się do pokoju ogrodowego, więc przeszli na dogryzanie sobie złośliwym szeptem. W tak poufny sposób nie dało się kłócić długo więc nieporozumienie odłożono do rozstrzygnięcia na lepszą okazję. Było dość późno kiedy major wyszedł i po zgaszeniu światła w hallu Puffina, żeby nie było widać jego sylwetki, wyśliznął się w ciemność i dotarł do własnych drzwi delikatnie okrężną drogą.
Następnego dnia panna Mapp miała do rozstrzygnięcia mnóstwo rozterek, gdy dowiedziała się jaki jest charakter drugiej misji majora Flinta. Jeśli, stylem pana Wyse, zachęci Puffina do nadziei, że ona przyjmie jego przeprosiny, będzie zmuszona odpuścić mu wszelkie przyszłe kary i pozwolić mu znów zadawać się z przyjacielem. Trudno było wyrzec się przyjemności stawiania go pod pręgierzem, ale z drugiej strony mogło stać się tak, że major zerwie się ze sznurka i czy jej się to spodoba czy nie (a nie podobałoby się), odmówi na stałe porzucenia towarzystwa Puffina. Wyszłoby niezręcznie, skoro już publicznie roztrąbiła swoim pojednaniu z nim. Do okazania łaskawości skłoniło ją jeszcze to, że tego wieczoru szkarłatna suknia koktajlowa miała roztoczyć swój blask na przyjęciu brydżowym pani Poppit, a Diva nigdy więcej nie będzie chciała słyszeć słowa „zimorodek.” Taka perspektywa każdego wprawiłaby w dobry humor. Tak więc ambasador wrócił do łobuza z radosną nowiną, że panna Mapp wysłucha jego suplikacji przychylnym uchem, a ona sama zajęła dostojne miejsce w pokoju ogrodowym, który wybrała na komnatę audiencyjną, blisko dzwonka, aby łatwo mogła wezwać Withers w razie potrzeby. Miłosierdzie panny Mapp zostało w dużej mierze ograniczone przez poczucie sprawiedliwości i postanowiła, nim w końcu okaże mu pobłażliwość, najpierw natrzeć mu uszu. Nie miała dla niego, jak miała dla majora Benjy’ego tej kobiecej słabości, która sprawiała, że wybaczenie było niemal luksusem: nawet przez myśl jej nie przemknęło, żeby nazywać Puffia „kapitanem Dicky,” a tym bardziej nigdy nie pozwoliła, aby taka urocza poufałość wymknęła jej się przypadkowo, a przyjemność, jakiej oczekiwała po obecnej rozmowie polegała raczej na zadaniu szeregu porządnych klapsów. Jako godzinę cierpienia wyznaczyła dwunastą, więc znów musiał obejść się bez golfa.
Odłożyła książkę, kiedy wszedł i patrzyła na niego bez słowa kamiennym wzrokiem. Przykuśtykał na środek pokoju. Może i było to wybaczenie, ale na razie na to nie wyglądało i kapitan zaczął się zastanawiać, czy nie zwabiła go tu pod fałszywym pretekstem.
- Dzień dobry – powiedział.
Panna Mapp skinęła głową. Milczenie było złotem.
- Rozumiem, że major Flint… zaczął Puffin.
Mowa też mogła być złotem.
- Jeśli – przerwała mu panna Mapp – przyszedł pan rozmawiać o majorze Flicie, to traci pan swój cenny czas. I mój!
(Jaka różnica między nim a majorem Benjy! Co za krewetka!)
Krewetka westchnęła lekko. Trzeba było połknąć tę żabę, a im szybciej wydostanie się z zasięgu tej potężnej kobiety, tym lepiej.
- Jest mi niewypowiedzianie przykro z powodu tego, co powiedziałem ubiegłej nocy – rzekł.
- Cieszę się, że jest panu przykro – odpowiedziała panna Mapp.
- Bardzo przepraszam za to, co powiedziałem – ciągnął Puffin.
Bat zaświstał.
- Kiedy przemówił pan do mnie przy tej okazji, o której pan mówi – powiedziała panna Mapp – zauważyłam oczywiście, że nie jest pan w stanie rozmawiać z kimkolwiek. Natychmiast oddałam panu sprawiedliwość, bo jestem sprawiedliwa dla każdego. Nie zwróciłam na pańskie słowa większej uwagi niż zwróciłabym na bełkot jakiegoś zawianego włóczęgi ze slumsów. Śmiem twierdzić, że ledwie pan pamięta, co powiedział, zanim więc usłyszę pana wyrazy żalu, przypomnę je panu. Zagroziłeś mi pan, że jeśli nie obiecam, że nikomu nie powiem, w jak żałosnym stanie pan był, to pan rozpowie, że to ja byłam pijana. Elizabeth Mapp pijana! To pan właśnie powiedział, kapitanie Puffin.
Kapitan Puffin poczerwieniał gwałtownie. ("Teraz krewetka się gotuje" pomyślała panna Mapp.)
- Nie mogę nic więcej, tylko przeprosić – powiedział. Nie wiedział, czy bardziej jest wściekły na swego ambasadora, czy na nią.
- Czy pan właśnie powiedział, że nie może nic więcej? – spytałam panna Mapp udając wielkie zaskoczenie. – Osobliwe! Sądziłam, że raczej nie mógł pan zrobić mniej.
- No więc cóż jeszcze mogę zrobić? - zapytał.
- Jeśli myśli pan, że zranił mnie pan swym zachowaniem tej nocy, srodze się pan myli. A jeśli sądzi pan, że nad przeprosiny nic nie może pan zrobić, ja pana nauczę. Może pan uczynić wysiłek, kapitanie Puffin, zerwania ze swymi odrażającymi nawykami, spróbować odzyskać choć odrobinę godności, o ile jeszcze ją pan ma, którą pan utracił. Może pan przestać ściągać – och, bez większego sukcesu – majora Benjy do swojego poziomu. Oto, co pan może.
Poczekała, by ciężar tych miażdżących obserwacji go przygniecie.
- Przyjmuję pańskie przeprosiny – powiedziała. – Mam nadzieję, że poprawi się pan na przyszłość, kapitanie Puffin, a będę wypatrywać uważnie oznak tej poprawy. Spotkamy się przyjaźnie i uprzejmie na gruncie towarzyskim, a ja zrobię co w mojej mocy by usunąć z pamięci pańskie pijackie odzywki. Pan też musi się postarać. Nie jest pan już młody, a nawyków trudno jest się pozbyć. Lecz proszę nie rozpaczać, kapitanie Puffin. A teraz zadzwonię po Withers, by pana odprowadziła.
Nacisnęła dzwonek i dała próbkę swego szlachetnego zapomnienia.
- I spotkamy się dziś u pani Poppit, nieprawdaż? – spytała patrząc jakąś stopę nad jego głową. Wieczory u niej są zawsze takie przyjemne i mam nadzieję, że wieczór nie będzie mokry, bo zdarzają się już niestety przymrozki. O, Withers, kapitan Puffin wychodzi. Do widzenia, kapitanie. Bardzo mi było miło!
Panna Mapp nuciła wesoło patrząc, jak drepcze w dół ulicy.
- Tak! – powiedziała i zrobiła sobie święto wypijając do lunchu szklankę burgunda.
Koniec rozdziału dziewiątego
C.d.n
Tłum Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 14 Maj, 2025 08:55
|
|
|
Nie darmo Elżbieta to imię monarchiń, wdeptała kapitana w bruk szalenie jestem ciekawa szkarłatnej sukni i jaka będzie znowu katastrofa z tego powodu |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 14 Maj, 2025 12:54
|
|
|
Dobrze czujesz, że jakaś będzie!
No i oczywiście rysuje się kolejna aferka, czyli domniemany romans pana Wyse |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 15 Maj, 2025 08:04
|
|
|
Jedźmy z towarzyskim koksem w sezonie jesiennym w Tilling
Rozdział dziesiąty
Nowina, że pan Wyse ma być tego wieczoru na przyjęciu u pani Poppit, a wcześniej zje tam obiad en famille (jak wymknęło mu się od niechcenia gdy odświeżał swój francuski), wywołała bardzo niemiłe wrażenie w Tilling tego popołudnia. Nie było w zwyczaju, aby zwyczajnie „wnieść tacę” w ramach poczęstunku jeśli po nim następowało jedno z wieczornych przyjęć brydżowych, więc panna Mapp uznała ten obiad przed przyjęciem za objaw żałosnej skłonności do ostentacji. Jednak jeśli już Susan zdecydowała się na ekstrawagancję, mogła zaprosić i pannę Mapp, która miała pretensje o taki brak gościnności. Nie podobały jej się także te ukradkowe enfamille manewry wobec pana Wyse; sugerowało to narzucanie familiarności, na którą – jak miała nadzieję – pan Wyse ma otwarte oczy. Była jeszcze jedna kwestia: wychodziło na to, że na przyjęciu będzie dziesięć osób, a – co było pewne – zaplanowano postawienie dwóch stołów, co wskazywało, że dwie osoby będą musiały zrezygnować z gry. Na przyjęciach pani Poppit bywało czasami dziewięć osób (wydawała ię nie umieć liczyć), ale przy tych okazjach matka zwykle mówiła Isabel, że przecież nie przepada ona za brydżem, nie było więc odstawiania na boczny tor, tylko jakaś przyjemna książka dla Isabel. Ale co zrobić z dziesięciorgiem? Nie należało się spodziewać po Susan, że się usunie, bo uważała, że jej podstawowym obowiązkiem jako gospodyni jest grać przez cały wieczór. Jeśli jednak potasowanie kart złośliwie wskaże na pannę Mapp jako tę, która ma zrezygnować z gry, to mogła się całkiem realnie spodziewać, że po jej wielkoduszności Zjednoczone Siły zbrojne – major albo kapitan tak uprą się, aby to ona grała zamiast któregoś z nich, że ustąpienie ich naleganiom będzie jedynym wyjściem godnym damy.
Nie mogła jednak pozwolić, aby ta perspektywa przyćmiła przyjemność, na jaką czekała – a zakłopotanie kochanej Divy, która zapewne pojawi się z zimorodkowej sukni koktajlowej i przekona się, że została całkowicie przyćmiona i odsunięta w cień przez karmazyn, kolor drugiej toalety pani Trout, a panna Mapp po długich rozmyślaniach co do najbardziej dramatycznego momentu pojawienia się w karmazynowej sukni postanowiła przybyć, gdy mogła się spodziewać, że wszyscy inni goście będą już na miejscu. Ryzykowała, to prawda, że brydż mógłby się już rozpocząć i straciłaby robra, ale gra i tak musiałaby się na chwilę zatrzymać kiedy ona wejdzie (a ona błagałaby wszystkich żeby sobie nie przerywali) i potem usiąść jak najbliżej biednej Divi i głośno chwalić jej piękną suknię „jaką ja też kiedyś miałam…!”
Niewiele brakowało więc do dziesiątej, gdy po dłuższym oczekiwaniu na progu pani Poppit nadąsany Boom wpuścił ją do środka, ale ani słowem nie odpowiedział na jej nieśmiałe: „Czy bardzo się spóźniłam, Boon?” Drzwi salonu były lekko uchylone i kiedy zdjęła płaszcz okrywający wspaniałość szkarłatu, jej czułe ucho wychwyciło dochodzący stamtąd szmer rozmów, co sugerowało, że brydż się jeszcze nie zaczął, a jej czule nozdrza wyczuły zapach pieczonego cietrzewia, stąd dowiedziała się, co Susan podała panu Wyse na obiad, zapewne informując go, że ptaki są prezentem przysłanym jej z myśliwskiej chatki w Szkocji, w której przebywała latem. Następnie rzuciła okiem w lustro i przybrała uśmiech, a Boon podprowadził ją lekko wzruszając ramionami do drzwi salonu, popchnął je i chrząknął głośno, bo taki był jego sposób zapowiadania gości. Panna Mapp wtruchtała do środka prawie biegiem, żeby pokazać, jak zła jest sama na siebie za spóźnienie, a tam, na prost niej, stała Diva, ubrana wcale nie w błękitną suknię, tylko w szkarłat, kolor drugiej toalety pani Trout. Perfidna Diva także dała suknię do farbowania….
Przy takich okazjach odwaga panny Mapp rosła. Inni, majorowie i podchmieleni kapitanowie, mogą sobie być tchórzami, ale nie ona. Już po raz drugi (pomijając Wojnę Róż) Diva dzięki jakiejś przebiegłości, którą można na serio podejrzewać o diaboliczne pochodzenie, odziała swoją wstrętną, pękatą postać w splendor identyczny jak ten panny Mapp, lecz teraz, nie wahając się nawet gdy usłyszała głośny pisk Evie, odwróciła się do gospodyni, która na obfitej piersi nosiła order M.B.E i pozdrowiła ją najzupełniej spokojnym głosem.
- Droga Susan, nie skrzycz mnie za spóźnienie – powiedziała – choć wiem, że zasłużyłam. Jak to słodko z twojej strony! Kochana Isabel i droga Evie! Och – i pan Wyse! Słodka Irene! Major Benjy i kapitan Puffin! Mieliście ładną partyjkę golfa? I padre!...
Zawahała się przez chwilę zastanawiając się czy - bez rzucenia się na nią z krzykiem i pazurami - uznać obecność Divy. A potem wzniosła się ponad to, lśniąc jak płomień.
- Divo kochana! – powiedziała i pochyliła się i pocałowała ją, jak święty Stefan, który w godzinie męczeństwa modlił się za tych, którzy go kamienowali.
Śmiertelny człowiek nie mógł już dokonać więcej, więc zaraz potem odwróciła się do pana Wyse pamiętając, że Diva powiedziała jej, że contessa di Fanfarone odwołała przyjazd.
- I pańska droga siostra przełożyła podróż, jak rozumiem? – powiedziała. – Takie rozczarowanie! Jak pan myśli, zobaczymy ją wreszcie w Tilling?
Na twarzy pana Wyse odbiło się zaskoczenie.
- Droga pani – powiedział – jest pani drugą osobą, która o tym wspomina. Pani Plaisow właśnie mnie spytała…
- Tak, to ona przekazała mi tę wiadomość – pospieszyła panna Mapp na wypadek, gdyby to była tylko plotka. – To nieprawda?
Pan Wyse wyglądał na zdumionego.
- Oczywiście, że nie. Powiedziałem mojej gospodyni, że pokojówka contessy jest chora i przyjedzie później, ale to jedyna podstawa do tego rodzaju plotek. Amelia dała mi nadzieję, że będzie tutaj na początku przyszłego tygodnia.
- Ach, więc to tak! – rzekła panna Mapp na stronie, żeby Diva nie usłyszała. – Kochana Diva zawsze zdobywa jakieś pokrętne informacje. Pewnie słuchała plotek służby. Cieszę się, że to nieprawda.
Pan Wyse wykonał jeden ze swych dostojnych ukłonów.
- Amelia będzie bardzo żałowała, że nie ma jej tu dzisiaj – powiedział – bo widzę, że mamy tu wszystkich najlepszych brydżystów.
- Och, panie Wyse – powiedziała – w porównaniu z contessą okażemy się skromnymi amatorami, jestem tego pewna.
- Ależ skąd! – odpowiedział pan Wyse. – Ale cóż za rozkoszny miałyście panie pomysł, żeby ubrać się w takie same piękne suknie. Zupełnie jak siostry.
Panna Mapp nie ufała samej sobie, że zdoła rozmawiać na ten temat i pokazała tylko wszystkie zęby, nie warcząc, lecz uśmiechając się od ucha do ucha. Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo dołączył do nich kapitan Puffin, pełen gorliwej estymy.
- Jaką uroczą niespodziankę sprawiłyście nam dziś z panią Plaistow, panno Mapp – powiedział – pojawiając się w takich samych pięknych sukienkach. Zupełnie jak…
Panna Mapp nie była w stanie słuchać, jak wyglądają z Divą, więc odwróciła się, z całego serca żałując, że wybaczyła Puffinowi. Dzięki temu manewrowi stanęła twarzą w twarz z majorem.
- Słowo daję, panno Elizabeth – powiedział – wygląda dziś pani olśniewająco.
Zauważył furię płonącą w jej oczach i odgadł – choć tylko marny mężczyzna – o co chodzi. Pochylił się nad nią i zniżył głos.
- Ale, na Jowisza! – wspiął się na szczyty dyplomacji – ktoś powinien powiedzieć naszej miłej pani Plaistow, że niektóre kobiety mogą nosić takie suknie, inne – ha!
- Drogi majorze Benjy – powiedziała. – Jakie to okrutne dla biednej Divy!
Jednak jej szczęście znów zasnuły chmury, bo padre wybrał się z jakże nie w porę z małym żarcikiem.
- A któż to! Dyć piękna pani Plaistow! – powiedział żartobliwie do panny Mapp. - Ach! Peccavi! Pomyliłem się. To Panna Mapp. Ale siadajmyż do kart! Nasza gospodyni pragnie pani obecności przy stole.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 15 Maj, 2025 15:44
|
|
|
Nooo tego to się jednak nie spodziewałam, najwyraźniej krawcowa nie trzyma się tajemnicy zawodowej biedna Elżbieta ! Tym razem naprawdę jej współczuję. |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 15 Maj, 2025 17:43
|
|
|
Właśnie chyba się trzyma, inaczej ostrzeglaby jedną klientkę przed zamiarami drugiej Obie panie czytały ten sam żurnal, stąd cała bieda. "Zupełnie jak siostry" - miały za swoje! |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 15 Maj, 2025 20:51
|
|
|
Hm, możesz mieć rację, ale z drugiej strony to też zależy od tego , ile która płaci a za swoje obie mają, to fakt gorzej, że jeżeli jedna zmieni żurnal, to druga też na ten pomysł wpadnie, i pewnie wybiorą ten sam |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 16 Maj, 2025 08:42
|
|
|
Towarzyskich kontredansów ciąg dalszy: Elizabeth i Diva na tropie
Wbrew zwyczajowi pani Poppit nie zasiadła twardo przy stoliku, a Isabel nie przekonano, że ma ona wrodzony wstręt do brydża. Zamiast tego zaprosiła ona wszystkich do zajęcia miejsc i powiedziała, że ona i pan Wyse ustalili przy obiedzie, że wolą przyglądać się grze i uczyć się. Chcąc nacieszyć się tą rzadką radością usiedli od razu na niskiej sofie na końcu pokoju, skąd niczego ani nie widzieli, ani nie mogli się uczyć, i zatonęli w rozmowie. Diva i Elizabeth, jak można się było spodziewać już po złośliwym wpływie losu na ich sukienki, wylosowały ten sam stolik i grały w parze, więc miały wspólne cele finansowe, mimo śmiertelnego antagonizmu identycznych szkarłatnych toalet, a dodatkową więzią między nimi była gorliwość, a jaką nadstawiały uszu by podsłuchać wszystko, co ich gospodyni i pan Wyse mówili do siebie. Z tyłu obu głów płonęła nienawiść do tej drugiej, czerwona jak ich suknie i dopełniona czarną rozpaczą, co u licha miały teraz począć z tymi pechowymi przedmiotami pożądania. Panna Mapp była gotowa zmienić się w doskonałego kameleona, gdyby tylko udało jej się uniknąć tego samego koloru, co Diva, ale co będzie, jeśli przefarbuje suknię na – powiedzmy – fioletowo – stwierdzi, że i Diva odziewa się w fiolet? Trzeciego przypadku już nie zniosła by, poza tym miała wątpliwości, czy jakakolwiek suknia tak krzycząco szkarłatna przyjęłaby dobrze kolejną farbę, poza może czarną. Gdyby Diva umarła, mogłaby może skonsultować się z panną Greele co do czerni, ale znów, gdyby Diva umarła, nie byłoby powodu nie nosić bez końca szkarłatu. Byłoby obłudą, do której panna Mapp, jak twierdziła, nie była zdolna, iść na pogrzeb Divy tylko dlatego, że ta umarła.
Na tym ponurym tle rozpaczy poruszały się postaci, które zawładnęłyby całą jej uwagą, wywołały wszystkie uczucia pożałowania i niesmaku, do jakich była zdolna, gdyby tylko Diva pozostała przy błękicie zimorodka. Siedzieli tam, na sofie, rozmawiając głosami, których nie dało się podsłuchać i jeśli kobieta kokietowała mężczyznę, a mężczyzna dał się nabierać na marne sztuczki, to – myślała panna Mapp – byli tego personifikacją. Nie było najmniejszej wątpliwości, że Susan zrobi, co tylko w jej mocy, aby wciągnąć pana Wyse w małżeństwo, bo żaden inny powód, ani gościnność, ani urok rozmowy, ani niskie, wygodne siedzenia przy kominku nie miały dość czaru, by przez cały wieczór utrzymać ją z dala do karcianego stołu. Ten obiad en famille, jak pomyślała ironicznie panna Mapp – co jeśli był tylko pierwszym z setek podobnych obiadów en famille? Być może, kiedy Susan już szczęśliwie wyjdzie za mąż, zaprosi ją na jeden z rodzinnych obiadków, z kielichem piany, którą nazywała szampanem i udkiem wrony, którą nazwie dziczyzną z domku myśliwskiego…Nie było sensu zaprzeczać, że pan Wyse wydawał się połykać jak gęś kluski pochlebstwo wszelkiego rodzaju i w każdej formie i nigdy nie był jeszcze tak na to gotów od tego dnia, dwa lata temu, gdy panna Mapp osobiście uznała go za niezdobywalnego. Ale dziś, w ten koszmarny wieczór karmazynu nie było innego wyjścia niż uznać fakt, że wpada on w sieci na siebie zastawione… Susan – bratowa contessy. Susan - żona człowieka, którego grzeczność nauczyła Tilling uprzejmości, Susan z Wysów z Whitchurch! Panna Mapp pomyślała, że – dosłownie – pora umierać. . . .
Nie była to całość aktywności umysłu panny Mapp, gdy tak siedziała jako dziadek naprzeciwko Divy, bo – prócz furii, rozpaczy, niesmaku, którym napełniały ją powyższe myśli, kątem uwagi musiała śledzić grę Divy, aby na koniec móc wytknąć jej jasno a stanowczo wszystkie błędy jakie popełniła, gdy przy wtórze prychania, pociągania nosem, mamrotania urywanych zdań, potrząśnięć głową, wyciągania kart i odkładania ich z zadziwiającymi zapewnieniami, że ich nie poddała walczyła z postawionym sobie zadaniem zdobycia dwóch atutów. Nie sposób było policzyć lew, które miała Diva, bo miała zwyczaj wkładania kart pod łokieć gdy je już zdobyła, jakby się bała, że przeciwnicy ukradną je, gdy tylko nie będzie patrzeć, a panna Mapp, zajęta innymi sprawami, zapomniała, że zadeklarowano bez atu i myślała, że kiery, w które Diva zagrała kilka razy po tym, jak przeciwnicy już się całkowicie pozbyli.. Często tak robiła „dla pewności.”
- Trzy lewy – powiedziała tryumfalnie licząc karty w skrytce pod łokciem.
Panna Mapp westchnęła głośno, ale przypomniała sobie o obecności pana Wyse.
- Mogłaś mieć o dwie więcej – powiedziała – gdybyś nie zagrała tymi kierami, kochanie. Mogłabyś przebić trefle majora i kiery padre i wyszłybyśmy na swoje. Ale nieważne – i tak pięknie to rozegrałaś.
- Nie mogłam przebijać gdy było bez atu – rzekła Diva zapominając, że pan Wyse jest w pokoju. – To bzdura. Mam trzy lewy. Zrobiłam swoje. Myślałaś, że to były kiery? Otóż nie.
Panna Mapp naturalnie nie zniżyła się do odpowiedzi.
- Pańskie rozdanie, majorze? – spytała. – Ja przekładam?
Natychmiast po ostrej przemowie do partnerki Diva przypomniała sobie, że pan Wyse jest obecny i rzuciła okiem w stronę sofy by sprawdzić czy wyraz bolesnego rozczarowania na jego twarzy nie świadczy, że usłyszał. Ale to, co zobaczyła, a raczej czego nie zobaczyła, wyrwało z jej piersi okrzyk, co z kolei skłoniło pannę Mapp do popatrzenia na to, od czego nie odrywały się wyłupiaste oczy Divy…
Nie było wątpliwości: pani Poppit i pana Wyse tam nie było. Jeśli nie schowali się pod sofą, to z pewnością opuścili pokój razem i na dobre. Czy poszła założyć sobolowe futro w tę ciepłą noc? Czy pan Wyse ugiął się pod jego ciężarem, gdy je na nią wkładał? Panna Mapp odepchnęła od siebie to podejrzenie; przeszli do innego pokoju żeby porozmawiać bardziej na osobności. Wyglądało to naprawdę bardzo ponuro, odnotowała więc w pamięci godzinę by – kiedy wrócą – przekonać się jak długo byli nieobecni.
Rober, gdy atmosfera zelżała pod nieobecność pana Wyse, toczył się na swój nieokiełznany sposób i kiedy trzydzieści dziewięć minut później zbliżał się do końca, a ani gospodyni ani pan Wyse nie wracali, panna Mapp z zadowoleniem pozwoliła Divie kręcić się jak wariatka i podliczać wyniki na palcach i podeszła do drugiego stołu, aż zawołano na nią by sprawdziła liczby partnerki. Wszyscy byli pewni, że będą wymagać sprawdzenia.
- Czy pan Wyse już poszedł, droga Isabel? – spytała. – Tak wcześnie!
Isabel była dziadkiem i miała czas na rozmowę.
- Wydaje mi się, że poszedł tylko z mamą do szklarni – powiedziała – nie ma już kierów, partnerze? – bo prosiła go o radę odnośnie orchidei.
Oranżerię stanowił budynek, który panna Mapp uważała za budę z narzędziami ze szklanym dachem, a orchidee stanowiło samotne anemiczne odontoglossum i ledwo było tam dość miejsca dla pani Poppit i pana Wyse. Szopę widać było z okien salonu, w którym zaciągnięto zasłony.
- Jaka piękna noc – powiedziała panna Mapp. – Czy kiedy Diva sprawdza wyniki, mogłabym zerknąć na gwiazdy, kochanie? Tak lubię słodkie gwiazdy.
Podpłynęła do okna (świadoma, że i Diva pragnie podpłynąć, ale przygotowuje się do sporu o wynik majora) i rzuciła okiem na słodkie gwiazdy. Światło z hallu rzucało snop blasku na szopę na narzędzia, ale nikogo w niej nie było. Była tego całkiem pewna.
Diva usłyszała o słodkich gwiazdach i po raz pierwszy w życiu nie zgłosiła obiekcji co pod podliczenia przeciwnika.
- Racja, majorze, osiemnaście pensów – mówiła. – Alem ja głupia: zostawiłam chusteczkę w kieszeni płaszcza. Skoczę tam i ją wezmę. Za minutę z powrotem. Przełóżcie za nas.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 17 Maj, 2025 13:41
|
|
|
Ruszyła powoli do drzwi i wyskoczyła nie dając pannie Mapp żadnej szansy na przewidzenie swoich kraków. Było to gorzkie, bo jadalnia wychodziła na korytarz, podobnie jak szafka biblioteczna, którą droga Susan nazywała swoim buduarem. Diva była w stanie wpaść do obu tych pomieszczeń. Gdyby wagarowicze tam byli, nie byłoby już sensu zawracać sobie głowę gwiazdami, a Diva byłaby już wygrana…
Na niebie świecił też słodki księżyc i w chwili gdy zdumiona panna Mapp odwracała się od okna, ujrzała coś, co sprawiło, że dosłownie przykleiła nos do zimnej szyby i zaciągnęła zasłonę tak, żeby jej sylwetka nie była widoczna z zewnątrz. Środkiem ogrodowej ścieżki szła para uciekinierów, Susan w sobolach i pan Wyse bardzo blisko niej, z kołnierzem płaszcza podniesionym. Jej obfita sylwetka z małą okrągłą główką na szczycie wyglądała jak lokomotywa z małym gwizdkiem, a on jak maszynista na jej stopniu. Mali krętacze powiedzieli, że idą naradzić się w sprawie orchidei. Czy orchidee rosną na trawniku? Byłaby to nowina.
Zatrzymali się, a pan Wyse całkiem wyraźnie pokazał palcem jakiś obiekt na niebie, księżyc lub gwiazdę i oboje zapatrzyli się w niego. Widok dwojga ludzi w średnim wieku, którzy robili takie rzeczy dosłownie zemdlił pannę Mapp, ale bohatersko trwała jeszcze przez chwilę na posterunku. Jej heroizm został nagrodzony, bo natychmiast po wpatrywanie się w punkt na niebie odwrócili się i zaczęli wpatrywać się w siebie. A potem pan Wyse pocałował Susan.
Panna Mapp „prześcisnęła się” zza kotary do pokoju.
- Aldebaran! – powiedziała. – Jaki piękny!
Równocześnie wróciła Diva z chusteczką, niezadowolona i rozczarowana, bo oczywiście ani w buduarze, ani w jadalni nikogo nie znalazła. Ale ponieważ do kolacji mieli zasiąść przy stole, a Boona nie było, wzięła sobie marron glacé.
Panna Mapp była zarumieniona od podniecenia i zniesmaczenia i prawie zapomniała o sukni Divy.
- Znalazłaś chusteczkę, kochanie? – spytała. – To co, może zmienimy partnerów? Pan i ja, majorze Benjy. Proszę na mnie nie krzyczeć, gdy będę źle grała.
Udało jej się zająć miejsce twarzą do wejścia, bo następną rzeczą było sprawdzenie, jak będzie wyglądać „młoda para” (bo tak ich już nazwała w swym sarkastycznym umyśle) kiedy wróci ze swego romantycznego wypadu do orchidei rosnących na trawniku. Weszli oczywiście w najbardziej niefortunnym momencie, gdy była w trakcie rozgrywania skomplikowanego rozdania i ich pojawienie się tak oderwało jej umysł od gry, że zupełnie straciła wątek i wyrzuciła dwie lewy, które aż się prosiły by je zebrać, a teraz wylądowały pod łokciem Divy. Co gorsza, na ich twarzach nie było śladu przejęcia, rumieńca, żadnych zawstydzonych oczu i spuszczonych powiek – nic nie zdradzało tego, co stało się na trawniku. Z jawną bezczelnością Susan poinformowała córkę, że pan Wyse uważa, że to tylko trochę pleśni liściowej…
- Co za kłamczucha! – pomyślała panna Mapp i tryumfalnie położyła ostatniego trefla na najlepszej karcie swojego dziadka. Potem przygotowała się żeby jak najlepiej to wykorzystać.
- Obawiam się, że straciliśmy trzy, majorze Benjy – powiedziała. – Nie sądzi pan, że ociupinkę przelicytowałam?
- Nic o tym nie wiem, panno Elizabeth – odpowiedział major. – Gdyby pani nie wypuściła tych dwóch pików i nie przebiła mojego najlepszego kiera…
Panna Mapp przerwała mu swą słynną paplaniną.
- Och, ale gdybym wzięła piki – powiedziała szybko – musiałabym podprowadzić do trefli Divy, a wtedy oni dostaliby gotowe kara i nigdy nie zdołałabym wrócić do twojego rozdania. I w końcu gdybym nie przebiła twojego kiera to doprowadziłabym do utraty pika, a Diva przebiłaby i wprowadziła swoje kara i stracilibyśmy o dwa więcej. Jeśli pan to prześledzi, myślę, że zgodzi się pan ze mną. Przecież każdy dobry gracz kiedyś przelicytował, majorze Benjy. Świetna zabawa!
Kolacja była niezwykle ostentacyjna, ale panna Mapp widziała powód – jasne, że Susan chciała olśnić pana Wyse swą zamożnością, a gdy dojdzie do rozliczeń, wieści będą niezbyt przyjemne. Ale kilka przyjemnych okoliczności złagodziło jej niechęć do tej ekstrawagancji, bo była głodna, a Diva, która zawsze obrzydliwie jadła, wylała sobie na sukienkę sos czekoladowy, co – gdyby nie dało się sprać – mogłoby rozwiązać problem, co zrobić z własną kreacją. Miała też na oku kapitana Puffina by sprawdzić, czy pokazuje on jakieś oznaki poprawy w kierunku, który wskazała mu podczas audiencji i ucieszyła się widząc, że dzięki jednemu z tych spojrzeń zrezygnował on z drugiego kieliszka porto. Wyjął już korek z karafki gdy ich spojrzenia się spotkały… i odłożył ją. Prawdziwy postęp!
Wszystko inne (w oczekiwaniu na wiadomość, czy czekolada na szkarłacie oznacza ruinę) teraz odsunęło się na dalszy plan, a całą uwagę panny Mapp zajął romans Susan i biednego pana Wyse. Choć Susan musiała wykazać wiele podłości i przebiegłości by usidlić pana Wyse, gdy innym nie udało się przyciągnąć jego uwagi, panna Mapp czuła, że jedynym rozważnym krokiem w taj sytuacji będzie pozostawanie w jak najbardziej przyjaznych stosunkach z przyszłą bratową contessy i żoną człowieka samą siłą swej obecności zmuszającego Tilling, żeby się zachowywało, która bez wątpienia nie zawahałaby się by oddać pannie Mapp pięknym za nadobne gdyby chciała się odegrać. Aż strach było pomyśleć, że ta zuchwała karierowiczka będzie wkrótce należeć do Wyse’ów z Whitchurch, ale skoro światło księżyca ujawniło, że takie były plany pana Wyse, lepiej było przyjaźnić się z Mamoną Imperium Brytyjskiego. Poppit cum Wyse, wkrótce mogą stać się ważnym centrum życia towarzyskiego Tilling - gdy nie będą bawić w Szkocji, Whitchurch czy na Capri, a panna Mapp rozsądnie postanowiła, że nawet ogłoszenie zaręczyn nie powinno skłonić jej do wyrażenia tego wszystkiego, co czuła na temat tego związku.
Po tym wszystkim, co zrobiła dla Susan, po tym jak pozwoliła, by wszystkie domy socjety Tilling otworzyły się przed nią, gdy nie mogła już dłużej utrzymać ich zamkniętych, wydawało się naturalne, że gdy pozostaną w dobrych stosunkach, miła Susan uprze się, by jej pierwszej powiedzieć o zaręczynach. Dlatego też powstrzymała się przed tak oczywistą w tej sytuacji chęcią ruszenia natychmiast po śniadaniu następnego dnia do przyjaciół i opowiedzenia im pod przysięgą zachowania sekretu, co wczoraj widziała w świetle księżyca. Takie doświadczenie to czysta ekscytacja dla przychodzącego z wiadomością, ale byłoby jeszcze bardziej ekscytujące gdyby Susan miała dość przyzwoitości by zawiadomić ją pierwszą o zaręczynach, a ona mogłaby pobiec do wszystkich i powiedzieć, że wie już od przyjęcia.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 18 Maj, 2025 16:35
|
|
|
Przyszlość sukni odsłania się do końca, choc przyszłość pani Poppit i pana Wyse jeszcze nie.
Teraz ważne było aby być w domu wtedy, gdy będzie choćby najmniejsza szansa. Że Susan wpadnie z wiadomościami i panna Mapp przesiedziała przy oknie cały pierwszy poranek aby się z nią nie rozminąć i ledwie zwróciła uwagę na cały pokaz życia rozgrywający się wokół. Serce zabiło jej mocniej, gdy około południa pan Wyse wyszedł zza rogu domu dentysty, bo być mogło, że wstydliwa Susan wysłała jego z wiadomością, ale jeśli tak to i on był wstydliwy, bo nawet nie zatrzymał się przy jej domu. Wyglądał na dość zdenerwowanego, pomyślała gdy przechodząc obok jej domu zniknął za rogiem kościoła, w drodze do narzeczonej. W dłoni niósł kwadratową paczkę, mniej więcej wielkości szkatułki na biżuterię, które mogłoby pomieścić tiarę. Jednak pół godziny później wrócił, nadal dzierżąc tiarę. Przyszło jej do głowy, że zaręczyny mogły zostać zerwane… Niedługo później, znów z przyspieszonym tętnem panna Mapp ujrzała Royce’a zjeżdżającego ulicą do narożnika. Zatrzymał się przy jej domu i w środku przelotnie zauważyła sobole. Tym razem była pewna, że Susan przyjechała z wieściami i czekała aż Withers, która otwierała drzwi wejdzie bez wątpienia z pytaniem, czy przyjmie ona panią Poppit. Ale niestety, minutę później Royce pojechał dalej, wioząc dodatkowy ciężar w postaci świątecznego Puncha, którego panna Mapp pożyczyła od niej wczoraj i jeszcze oczywiście nie miała czasu przejrzeć.
Uważa się, że oczekiwanie jest milsze od jego spełnienia, choćby najlepszego, a skoro tak było, to w ciągu następnego dnia czy dwóch miała więcej przyjemności, niż mogłaby jej dać pięćdziesiąt wiadomości o zaręczynach, tak nieustannie (kiedy z pokoju ogrodowego słyszała dźwięki stukania do drzwi wejściowych) podrywała się pewna, że tym razem to Susan, co nigdy nie było prawdą. Ale jakkolwiek przyjemne to wszystko mogło być, jej samej wydawało się, że cierpi tortury oczekiwania tak dotkliwe, że stopniowo pewna myśl, bolesna i skrajnie odrażająca, a jednak dziwnie radosna, zaczęła wkradać się do jej głowy. W miarę upływu tygodnia bez potwierdzenia tamtego pocałunku myśl ta mogła okazać się strzałem w dziesiątkę, bo któż w końcu wiedział cokolwiek o charakterze i przodkach Susan? Co do pana Wyse, czy nie był on stałym gościem na frywolnym i ognistym Południu, gdzie – jak wszyscy wiedzą – moralność była na wymarciu? I jak – jeśli myśl okaże się prawdą – Tilling ma potraktować tę skądinąd bezprecedensową sytuację? Straszne było kontemplowanie tego moralnego wstrząsu, który mógł doprowadzić do rewolucji socjalnej. Kiedy panna Mapp na próżno czekała na wieści, raz po raz była bliska przekazania swoich podejrzeń padre. Powinien wiedzieć, bo Boże Narodzenie (jak to zwykle w grudniu) zbliżało się wielkimi krokami...
W połowie miesiąca nadeszło ciemne i złowrogie popołudnie, rzęsiście padał smutny deszcz, a gęstość chmur w górnych partiach atmosfery sprawiła, że o piętnastej panna Mapp, póki nie zapalono lampy ulicznej na rogu, nie mogła wypełnić tak drobnego obowiązku jak obserwacja domów kapitana Puffina i majora Benjy’ego. Royce przejeżdżał przed drzwiami frontowymi od pory lunchu, ale było tak ciemno, że mimo natężania wzroku zniknął jej on sprzed oczu nim dojechał do dentystycznego rogu i panna Mapp była zmuszona uznać, że nie ma pojęcia, czy skręcił on w uliczkę, przy której mieszkał kochanek Susan, czy pojechał prosto. Łatwiej było wyobrazić sobie najgorsze, a ona już widziała oczyma duszy tajne spotkanie tych namiętnych kochanków, którzy w tych ciemnościach byli dokładnie ukryci (pod parasolem) przed wścibskim okiem śledzącym ich z dachu jej domu. Tylko silny reflektor mógłby ujawnić, co działo się w oknie salonu domu pana Wyse, a już pomijając fakt, że nie miała silnego reflektora, było wysoce nieprawdopodobne by działo się tam coś bardzo intymnego… raczej nie przy oknie salonu. Pomyślała że wpadnie do pana Wyse i poprosi o pożyczenie książki, a przy okazji sprawdzi, czy sobole wiszą w hallu, ale nawet to niewiele pomogłoby. Kiedy to rozważała, mgła znad morza zaczęła pełznąć przez ulicę i po kilku chwilach zasłoniła wszystko. Nic już nie było widać ani słychać prócz szumu deszczu.
Nagle jej uszu dobiegło stukanie kołatki, tak bliskiej, że musiała być jej własna. Tylko telegram albo inna pilna sprawa mogła wywabić kogoś z domu w taki dzień, więc niezdolna do zniesienia mąk oczekiwania aż Withers otworzy drzwi pobiegła do domu i otworzyła je sama. Czyżby w końcu nadchodziły wieści o zaręczynach? Choć przychodziła późno, przywitałaby ją z radością nawet teraz, bo przynajmniej częściowo zrekompensowałaby… To była Diva.
- Divo droga! – powiedziała panna Mapp z entuzjazmem, bo Withers była już w hallu. Jak słodko, że wpadłaś. Coś szczególnego się stało?
- Tak – rzekła Diva otwierając oczy bardzo szeroko i rozsiewając mgiełkę wilgoci gdy strzepywała płaszcz przeciwdeszczowy. – Przyjechała.
To nie odnosiło się do Susan…
- Kto? – spytała panna Mapp.
- Fanfarone – odrzekła Diva.
- Nie! – krzyknęła panna Mapp, tak zainteresowana, że zapomniała mieć pretensje do Divy, że pierwsza się dowiedziała. – Usiądźmy sobie wygodnie i wypijmy herbatę w pokoju ogrodowym. Herbata, Withers.
Panna Mapp zapaliła tam świece, bo – pogrążona w medytacji siedziała przedtem w ciemnościach i z niefrasobliwą gościnnością poruszyła drwa w kominku, by ogień bardziej się rozpalił.
- Opowiadaj – rzekła. Dla Divy była to niezła gratka, taką była plotkarką.
- Poszłam na stację dopiero co – rzekła Diva. Chciałam nowy rozkład jazdy. Poza tym Royce właśnie przejechał. Na peronie pan Wyse i Susan.
- Sobole? – spytała Elizabeth żeby mieć pełen obraz.
- Otulona. Rozmawiałam z nimi. Wjechał pociąg. Wysiadła kobieta. Pocałowała pana Wyse. Uścisnęła dłoń Susan. Oburącz. Wynieśli bagaż.
- Dużo? – wtrąciła szybko panna Mapp.
- Setki. Wszystko z koronami i „F.” Dwie taksówki.
Myśli panny Mapp na ten gorący obraz wróciły do stylu telegraficznego.
- Oburącz, mówisz moja droga? – spytała. – Może to włoska moda.
- Może. I jak mylisz, co dalej? Fanfarone pocałowała Susan! Pan Wyse i ona muszą być zaręczeni. Inaczej tego nie wytłumaczę. Musiał napisać do siostry. Nie mógł był powiedzieć na stacji. Musieli się ostatnio zaręczyć, a my nic o tym nie wiemy. Oglądali orchidee. Pamiętasz? Wtedy.
To było gorzkie, bez wątpienia, ale gorycz mogła przemienić się z w niesamowitą słodycz.
- Wreszcie mogę mówić – rzekła panna Mapp z westchnieniem bezgranicznej ulgi. – Och, jak trudno było trzymać język za zębami, ale czułam, że muszę. Wiem to od dawna, Divo droga, od bardzo, bardzo dawna.
- Skąd? – spytała Diva bez tchu.
Panna Mapp roześmiała się wesoło.
- Patrzyłam przez okno, kochanie, gdy ty poszłaś po chusteczkę i zaglądałaś do jadalni i buduaru, dobrze mówię? Stali na trawniku i całowali się. Powiedziałam więc sobie: droga Susan go złapała! Wytrwałość nagrodzona!
- Hmm, to tylko twoje przypuszczenie. Susan ci powiedziała?
- Nie, moja droga, ani słowa. Ale zawsze była skryta.
- Może wcale nie są zaręczeni – powiedziała Diva z błyskiem w oku. – Mężczyzna nie zawsze zaręcza się z kobietą, którą całuje.
Diva obnażyła niskość swego umysłu wypowiadając głośno to, co panna Mapp w cichości uważała za prawie pewne. Wciągnęła ze świstem powietrze.
- Kochanie, co za straszna sugestia – powiedziała.- Coś takiego nie postało mi w głowie. Susan może być skryta, ale niemoralna – nie. Muszę zapomnieć, że w ogóle to powiedziałaś. Pomówmy o czymś milszym. Powiedz mi coś o contessie.
Diva miała dość przyzwoitości, by wyglądać na zmieszną i szybko uciekła w nowy temat, tak dogodnie zasugerowany.
- Nie widziałam za dobrze – powiedziała. – Straszne ciemności. Ale wysoka i smukła. Katar.
- To się może każdemu przydarzyć, moja droga – powiedziała panna Mapp – czy wysokiemu czy niskiemu. Coś jeszcze?
- Monokl – powiedziała Diva po namyśle.
- Jedno szkło? – spytała panna Mapp. – Na sznurku? Dziwne u kobiety.
To okazało się ostatnim okruchem wiedzy Divy i choć panna Mapp próbowała zastosować psychoanalizę aby wydobyć z niej coś, o czym zapomniała, to także nie przyniosło rezultatów. Ale Diva wyraźnie miała jeszcze coś do powiedzenia, bo po wypiciu herbaty kręciła się w tę i z powrotem od okna do kominka, mrucząc i pogwizdując jak to miała w zwyczaju, gdy zmagała się z wypowiedzeniem czegoś. Na długo zanim się w końcu odezwała, panna Mapp już wiedziała, o co chodzi. Nic dziwnego, że Divie trudno było mówić o sprawie, w której tak dziecinnie się zachowała…
- Co do tej przeklętej sukienki – powiedziała jednym tchem – to poplamiłam ją czekoladą przy pierwszym nałożeniu i ani ja ani Janet nie możemy wywabić plamy.
("Hurra!" – pomyślała panna Mapp.)
- Muszę znów dać ją do farbowania – ciągnęła Diva. – Pomyślałam, że lepiej ci powiem, bo jeszcze znowu pofarbujesz swoją na ten sam kolor co ja. Błękit zimorodka na szkarłat. A wszystko przez Vogue i panią Trout. Nawet zabawne, ale kosztowne. Powinnaś była widzieć swą twarz, Elizabeth, gdy przyszłaś wczoraj do Susan.
- Naprawdę, najdroższa? – spytała panna Mapp drżąc gwałtownie.
- Tak. Morderstwo. Nie odważyłabym się wracać z tobą po ciemku.
- Divo droga – rzekła panna Mapp nerwowo – masz taki umysł, że we wszystkim dopatrujesz się od razu najgorszego. Jeśli pan Wyse całuje swą wybrankę, myślisz o czym zbyt okropnym by to wypowiadać; jeśli ja jestem zaskoczona, myślisz że to złość i nienawiść. Bądź szlachetniejsza, kochanie, nie dopatruj się we wszystkim złych intencji.
- Ho! – to jedno słówko Diva mieniło się tysiącem znaczeń..
- Nie wiem co ma znaczyć to ho! I nie będę zgadywać. Ale bądź milsza, kochanie, a to cię uszczęśliwi. Żadnych złych myśli, rozumiesz. Miłosierdzie!
Diva poczuła, że granica tego, co osiągalne została przekroczona gdy Elizabeth pouczyła ją o potrzebie miłosierdzia i bez wątpienia wyjaśniłaby wyraźnie i dosadnie, co znaczyło jej ho! Gdyby Withers nie weszła w porę by posprzątać po herbacie. Przyniosła liścik, który panna Mapp szybko otworzyła. „Zachęciła mnie do powzięcia nadziei” takie były pierwsze słowa, na jakie padły jej oczy: pani Poppit znów zachęcała go do nadziei.
- Kolacja z panem Wyse jutro – powiedziała. – Nie wątpię, że ogłoszą zaręczyny. Pewnie napisał go zanim wyjechał na dworzec. Tak, kilkoro przyjaciół. Ty też idziesz, kochana?
Diva natychmiast wstała.
- Chyba pójdę do domu i sprawdzę – powiedziała. – A właśnie, Elizabeth, co z tą… sukienką na przyjęcia? Ty czy ja?
- Jeśli twoja jest poplamiona czekoladą, to raczej nie będziesz jej nosić – rzekła panna Mapp.
- Mogę to zasłonić – powiedziała Diva – tylko raz. Naszyć kwiaty. Posłać do farbowania. Więcej jej nie zobaczysz – znaczy – w szkarłacie.
Panna Mapp przywołała całą swą wielkoduszność. Zniosła ona już wielkie ciężary i była na wyczerpaniu, ale Elizabeth mogła zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek.
- To noś ją – powiedziała. – To będzie taki prezent dla ciebie. Ale daj mi znać, gdybyś nie była zaproszona. Śmiem twierdzić, że pan Wyse będzie chciał zrobić to jak najciszej. Do widzenia, kochana, obawiam się że zmokniesz nim dojdziesz do domu.
Koniec rozdziału dziesiątego
c.d.n.
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 19 Maj, 2025 09:18
|
|
|
Ajajajajaaaaj, niech się schowaj wszystkie Sherlocki , Poiroty i panny Marple, TO jest dopiero intryga Trzykrotko, to jest tak absolutnie boskie, że nawet sobie nie wyobrażałam, że coś takiego może istnieć, przecież to jest po prostu fenomenalne |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 19 Maj, 2025 10:19
|
|
|
Prawda? Ja się nie mogę nadziwić, że nie wydają tego w Polsce. Byłby rynek. Te podchody, kampanie wywiadowcze, wywiad gospodarczy! A ja jeszcze dojdzie romans, to już w ogóle
Teraz przygotuj się na dramy związane z przyjazdem contessy - oj, panna Mapp poczuje jej obecność |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 19 Maj, 2025 23:17
|
|
|
Rozdział jedenasty
Mgła znad morza i deszcz nie ustawały także następnego ranka, ale zakupy z parasolami i w płaszczach przeciwdeszczowych musiały się odbyć, bo oczywiście całe miasto pragnęło zobaczyć contessę tak szybko, jak tylko się dało. Mgła dodawała jeszcze sprawie podniecenia, bo widoczność sięgała tylko kilku jardów i każdy w tej sytuacji mógł się na nią w każdej chwili nadziać. Skąpe wrażenia Divy obiegły już całe miasto, ale poranek minął i panie z Tilling wróciły do domów by przebrać się w coś suchego i zażyć chininę na wszelki wypadek po tak długim wystawianiu się na chłód i wilgoć bez ujrzenia monokla choćby z daleka. Miasto było rozczarowane, ale zniosło to rozczarowanie, bo pan Wyse, bardzo daleki od chęci urządzenia wyłącznie kameralnego przyjęcia, został zachęcony przez panią Poppit do nadziei, że pojawi się na nim śmietanka towarzyska Tilling. Miał taką nadzieję odnośnie majora i kapitana i padre z żonką i Irene i panny Mapp i oczywiście Isabel. Ale ewidentnie stracił nadzieję co do Divy.
Ona jedna nie wyszła dziś na długie, mokre zakupy, bo czekała w domu, niemal z piórem w dłoni, żeby potwierdzić przyjęcie zaproszenia, które jednak nie nadeszło. Z racji na gęstość mgły jej nieobecność na ulicy przeszła bez echa, bo każdy myślał, że inni ją widzieli, a ona w tym czasie, obgryzając w domu paznokcie ze zdenerwowania czekała i czekała i czekała. I jeszcze czekała. Około kwadransa po pierwszej poddała się i smętnie zadzwoniła do panny Mapp za pośrednictwem Janet i Withers by powiedzieć jej, że jeszcze nie żywił nadziei. Bardzo niemiło było zawiadamiać o tym przez służbę, ale gdyby zadzwoniła sama i odebrałaby Elizabeth, która zwykle spieszyła do telefonu, to prędzej by się zadławiła niż przekazała wiadomość. Więc zadzwoniła Janet, a Withers obiecała, że przekaże. I przekazała.
Panna Mapp zatonęła w przyjemnych przypuszczeniach. Najbardziej prawdopodobnym było to, że contessa zauważyła małą wścibską osobę na dworcu i od razu, po obejrzeniu jej przez monokl, poczuła do niej instynktowną niechęć. Lub mogła dostrzec jak biedna Diva lustruje jej bagaż z koronami i „F” i dowiedzieć się od razu, że to jedna z pań z Tilling. „Algernon” powiedziała pewnie (tak jak panna Mapp powiedziała do siebie) „kim jest ta dziwaczna mała kobieta? Chce ukraść coś z mojego bagażu?” A wtedy Algernon poinformował ją, że to biedna Diva, całkiem godna szacunku mała osoba. Ale kiedy przyszło do zapraszania gości na przyjęcie dla uczczenia własnych zaręczyn i przyjazdu jej samej do Tilling, bez wątpienia contessa powiedziała: „Algernon, błagam….” Lub jeśli Diva – biedna Diva – miała rację mówiąc, że liściki zostały napisane przed przybyciem pociągu, to zapewne Algernon podarł ten adresowany do Divy gdy contessa dowiedziała się, kogo spotka następnego wieczoru… Albo Susan mogła zasugerować, że po kolacji mogą sformować dwa przyjemne stoły do brydża, ale bez Divy, która nie dość, że kiepsko grała, to wykłócała się o wyniki. Każde z tych wyjaśnień było bardzo satysfakcjonujące, a skoro Diva miała być nieobecna, panna Mapp naturalnie może włożyć karmazyn. Wszyscy zobaczą na własne oczy, jak wygląda karmazyn kiedy odziewa ciało odpowiedniej modelki i nie jest parodiowany po drugiej stronie stolika brydżowego. Jakież to prawdziwe, jak zauważył drogi major Benjy, że jedna kobieta może nosić coś, czego druga nie powinna… A jeśli była kobieta, która powinna trzymać się z daleka od karmazynu, to była nią Diva… A może pan Wyse za skarby świata nie chciał, by jego siostra widziała Divę w tym kolorze? To byłoby bardzo w jego stylu, dla dobra Divy nie pozwolić, by zrobiła z siebie pośmiewisko przed włoską arystokratką. Bez wątpienia zaprosi ją któregoś dnia na lunch, po cichu. A może… Panna Mapp wręcz kwitła od tych rozważań jaka jakaś alpejska łąka wybuchająca kwiatami wiosną i bardzo tego dnia smakował jej lunch.
Niepokój i napięcie poranka, które zamiast ustąpić przyniosły całkowite przygnębienie, przysporzyły Divie bólu głowy, a ona przyjęła swoje zwykłe, forsowne metody pozbycia się go. Zamiast wiec leżeć, łykać aspirynę i drzemać, wyruszyła z domu aby go wychodzić. Pędziła i chlapała po wiejskich drogach, nie przejmując się czy wdepnie w kałużę czy nie, nieczuła na przemoknięcie. Przełknęła bark zaproszenia na proszoną kolację i postanowiła ani trochę się tym nie przejmować, tylko sprawić sobie przytulny wieczór w domu zamiast wychodzić na ciemność i wilgoć. Nigdy, pod żadnym pozorem nie spyta żadnego z uczestników, jak się bawili na przyjęciu, jak pan Wyse ogłosił wielką nowinę i jak Fanfarone gra w brydża (to kpiące słówko wypowiedziała do kałuż i ociekających deszczem żywopłotów). Nie wykaże najmniejszego zainteresowania, przykryje to grubą warstwą obojętności, a kiedy znów spotka pana Wyse, będzie się zachowywać jak zawsze, bez względu na to, co czuje. Podniosła się na duchu tym szlachetnym postanowieniem i poszła dalej tak szybko, że żywopłoty zrobiły się zupełnie przezroczyste. Tak należało postąpić; została rażąco znieważona i jak prawdziwa dama będzie tej zniewagi nieświadoma, podczas gdy w takich okolicznościach biedna Elizabeth wymyśliłaby setki dobrych intryg by panu Wyse życie obrzydło. Ale gdyby (tylko gdyby) odkryła jakikolwiek powód do przypuszczeń, że za tym wszystkim stoi Susan, pomyślałaby o czymś godnym może nie prawdziwej damy, ale na pewno prawdziwej kobiety. Bez zadawania wielu pytań potrafiłaby uzyskać informację, która zdemaskowałaby Susan jako sprawczynię i zrobiłaby coś, co by Susan zadziwiło. Póki co, jeszcze nie musiała opracowywać szczegółów, więc przez całą drogę do domu rozważała tę kwestię.
Dotarła do Tilling czując się ewidentnie lepiej i już bez bólu głowy, za to przemoczona do suchej nitki. Czas na podwieczorek już minął, więc porzuciła myśl o herbacie i przygotowała się na porządne pocieszenie w postaci solidnej kolacji zamiast zwyczajowej babeczki i tacy później. Abo dodać godności swojej uczcie założyła koktajlową karmazynową suknię po raz ostatni jako karmazynową (choć pozostanie tą samą suknią), bo jutro zostanie posłana do farbowania by pogrążyć się w wiecznej żałobie po minionej chwale. Miała zamiar zrobić to dzisiaj, ale ze zdenerwowania wyleciało jej to z głowy.
Ubrawszy się w ten sposób ku wielkiemu zdziwieniu Janet zasiadła do pasjansa, by odwrócić głowę od trudnych myśli… Jakby w nagrodę za jej uparte męstwo złośliwość kart się odmieniła i ułożyła bardzo skomplikowany układ trzy razy z rzędu. Zegar na kominku wybił za kwadrans dwudziestą, zaskakując ją późną porą i kłując przypomnieniem, że zbliża się pora kolacji u pana Wyse i że w tej chwili siedem par nóg zbliża się do jego drzwi. No cóż, ona też miała jeść o tej porze, Janet zaraz przyjdzie powiedzieć, że jej własny bankiet jest gotowy. Zbierając karty spędziła miłą choć i pełną żalu chwilę patrząc na siebie w jej wysokim lustrze po raz ostatni w szkarłacie. Wytężony spacer w deszczu nadał jej policzkom kolor niemal identyczny jak suknia. Usłyszała odgłos kroków na schodach i odwróciła się od lustra. Weszła Janet.
- Kolacja? – spytała Diva.
- Nie, p’sze pani, telefon – rzekła Janet. – Pan Wyse dzwoni, chce rozmawiać właśnie z panią.
- Pan Wyse we własnej osobie? – spytała Diva nie wierząc własnym uszom, tak dobrze znała opinię pana Wyse o telefonie.
- Tak, p’sze pani.
Diva szła wolno, ale myślała szybko. Coś musiało się stać, ktoś zachorował w ostatniej chwili – czyżby Elizabeth? – i potrzebują jej na doczepkę… Była rozdarta. Równie mocno jak pragnęła zjeść kolację u pana Wyse, wahała się, jak pogodzić to z godnością. Zaprasza ją tylko dla własnej wygody, nie dostał zachęty by mieć nadzieję że ona zgodzi się teraz. Nie. Pan Wyse powinien chcieć. Powie, że ma przyjaciółkę na kolacji, tak postąpiłaby prawdziwa dama.
Podniosła słuchawkę i powiedziała:
- Halo?
Po drugiej stronie odezwał się rzeczywiście pan Wyse, lecz jego głos drżał ze zdenerwowania.
- Droga pani – zaczął – stała się potworna rzecz…
(Ciekawe, czy Elizabeth bardzo chora – pomyślała Diva.)
- Potworna. – ciągnął pan Wyse. – Słyszy mnie pani?
- Tak – powiedziała Diva, znieczulając serce.
- Za sprawą katastrofalnej pomyłki liścik, który wczoraj do pani napisałem nie został doręczony. Figgis znalazł go właśnie w kieszeni płaszcza. Zwolnię go z posady, chyba że pani się za nim wstawi. Słyszy mnie pani?
- Tak – powiedziała podekscytowana Diva.
- Napisałem w nim, że zostałem zachęcony do powzięcia nadziei, że zje pani dziś ze mną kolację. Otrzymałem tak wdzięczną odpowiedź na inne moje zaproszenia, że niefrasobliwie i jakże bezmyślnie uznałem, że wszyscy je przyjęli. Słyszy mnie pani?- - Oczywiście, że tak! – wrzasnęła Diva.
- Przyjdę do pani na kolanach. Czy łaskawie wybaczy pani głupotę Figgisowi i mnie i mimo wszystko zrobi mi ten zaszczyt? Poczekamy z kolacją oczywiście. O której godzinie, jeśli oczywiście okaże pani wielkoduszność i pobłażliwość i przyjdzie, możemy się pani spodziewać? Proszę nie łamać mi serca i nie odmawiać. Su… pani Poppit wyśle po panią samochód.
- Jestem już przebrana do kolacji – powiedziała Diva dumnie. – Będzie mi miło przybyć natychmiast.
- Jest pani nieludzko, anielsko dobra – rzekł pan Wyse. – Samochód już rusza, czeka przed mymi drzwiami.
- Dobrze – powiedziała Diva.
- Jaka dobra, jaka miła – wymamrotał pan Wyse – Figgis, co się teraz z tym robi?
Diva odłożyła słuchawkę.
- Puder – powiedziała do siebie, przypominając sobie, co ujrzała w lustrze i pognała na górę Z ryby będzie można zrobić kedgeree1 choć do tego wystarczyłaby flądra, nie musiała od razu być sola, kotlety można znów podgrzać, a ubijanie bezy jabłkowej może jeszcze się nie zaczęło i można je było odwołać.
- Janet! – krzyknęła. – Wychodzę na kolację, nie rób bezy!
Nałożyła na twarz interesującą bladość, usłyszała klakson Royce’a, zeszła na dół i weszła w jego ciepły luksus, bo zapalono lampę elektryczną. Leżały tam sobole Susan – bardzo miło ze strony Susan że je tam włożyła, ale i ostentacyjnie – i był specjalny dywanik samochodowy, z całą pewnością nowy, zapewne prezent od pan Wyse. I wkrótce już światło wylewało się z otwartych drzwi pana Wyse i sam gospodarz witał ją w progu, pozdrawiał i dziękował. Wstawiła się za skruszonym Figgisem i w blasku tryumfu została wprowadzona do salonu, gdzie całe Tilling na nią czekało. Została zaprowadzona do contessy, z którą – cała w przypochlebczych uśmiechach – żywo rozmawiała panna Mapp.
Dwie karmazynowe suknie…
c.d.n
tłum. Trzykrotla |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 20 Maj, 2025 08:58
|
|
|
| Trzykrotka napisał/a: | | Ja się nie mogę nadziwić, że nie wydają tego w Polsce. Byłby rynek. Te podchody, kampanie wywiadowcze, wywiad gospodarczy! A ja jeszcze dojdzie romans, to już w ogóle |
No dokładnie, przecież to czyste brylanty,skoro powodzenie mają teraz wszelkie powieści angielskie o życiu dam, akurat wpasowałoby się w temat. Kupiłabym wszystkie, gdyby były przełożone.
Aaaa znowu dwie karmazynki ale co z plamą po czekoladowym sosie ??? i cóż za hańba dla pana Wyse Figgis zasługuje na najwyższy wymiar kary, to niewątpliwie, ale cóż teraz droga Elżbieta zrobi na widok drogiej Divy normalnie mam wrażenie, że to dwie złote rybki w jednym akwarium |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 20 Maj, 2025 23:05
|
|
|
Poznajmy w końcu slynną contessę
Podczas kolacji zdarzały się niezręczne chwile; contessa była nieco zdezorientowana, bo tyle osób przedstawiono jej na raz, myliła imiona, do sąsiadów zwracała się per kapitan Flint i major Puffin i myślała, że Diva to pani Mapp. Wydawała się pełna życia i humoru, okular wpadł jej do zupy, mówiła z pełnymi ustami i wypiła sporo wina, dając bardzo zły przykład kapitanowi Puffinowi. Potem doszło do wielu nagłych i całkowitych przerw w rozmowie, bo rewelacja Divy o pocałunku od contessy dla pani Poppit rozeszła się jak ogień przez mgłę tego poranka dzięki temu, że panna Mapp ją rozgłosiła i teraz, ilekroć pan Wyse choć trochę podniósł głos, wszyscy inni przestawali mówić w oczekiwaniu na ogłoszenie wielkiej nowiny. Czasami również contessa zwracała się do brata z jakąś uwagą w piskliwym i szybkim włoskim, co raczej potwierdzały ponurą ocenę jej manier przy stole po mówieniu z pełnymi ustami, bo mówienie po włosku równało się z szeptaniem - ani jednego ani drugiego nikt poza nim nie mógł zrozumieć… Poza tym sam fakt siedzenia przy jednym stole z contessą wywoływał lekką sztywność u gości, co dodane do wytwornych manier, które zawsze wymuszała na nich obecność pana Wyse, niemal zmroziły wszystkich na kamień. Ale w miarę kolacji jej poczucie zadowolenia z siebie i tego jaka jest i jej ekscentryczność, choć starannie obserwowana i odnotowywana przez pannę Mapp, nie wywołała nagłych przerw w rozmowie i potem wybuchów rozmowności.
- Czy pani zamierza dłużej zabawić w Tilling? – zapytał (prawdziwy) major, by zagłuszyć przerwę w rozmowie wywołaną przez głośniejsze zdanie pana Wyse przez stół do Isabel.
Upuściła monokl, który z pluskiem wpadł do sosu, wyjęła go za sznurek i oblizała.
- To zależy od was, panowie – powiedziała z większą śmiałością, niż to było przyjęte w Tilling. – Jeśli pan i major Puffin i ten mały słodki szkocki duchowny wszyscy się we mnie zakochacie i będziecie się o mnie pojedynkować, zastanę na zawsze.
Major otrząsnął się pierwszy.
- Pani hrabina może uznać to za pewne – powiedział z galanterią, a wokół wybuchnęły gejzery konwersacji by zagłuszyć ten okropny temat.
Położyła mu rękę na ramieniu.
- Proszę nie nazywać mnie hrabiną, kapitanie Flint – powiedziała. – Tylko służba to robi. Contessa, jeśli pan woli. I musi pan dla mnie zdmuchnąć tę mgłę. Z okna nie widziałam jeszcze nic, prócz kul waty. Proszę mnie też oświecić: czemu te dwie panie są tak samo ubrane? To siostry? Pani Mapp, ta mała okrągła i jej siostra, duża okrągła?
Major rzucił niespokojne spojrzenie na siedzącą naprzeciwko pannę Mapp, której czuły słuch był jednym z postrachów Tilling… Jego niepokój był w pełni uzasadniony, bo panna Mapp od tej chwili znienawidziła contessę i zaczęła nią pogardzać.
- Nie, nie są siostrami – odrzekł - i pani hra… pani lekko myli ich nazwiska. Naprzeciwko nas siedzi panna Mapp, ta druga to pani Plaistow.
Contessa ściszyła głos.
- Rozumiem, wygląda na poddenerwowaną, tak pańska panna Mapp. Pewnie mnie słyszała i będę dla niej bardzo miła po kolacji. Czemu żaden z was, panowie nie ożenił się z nią? Widzę, że sama muszę się tym zająć. Może ten słodki szkocki ksiądz; mali mężczyźni lubią duże kobiety. Ach! Już ożeniony z myszką? To w takim razie pan, kapitanie Flint. Musimy mieć więcej ślubów w Tilling.
Panna Mapp nie powstrzymała się przed rzuceniem spojrzenia na contessę kiedy robiła ona tę nadzwyczaj ciekawą uwagę. Kto wie, czy to nie wskazówka do ogłoszenia zaręczyn, o których tak dawno wiedziała… Bystra contessa momentalnie dostrzegła, że przyciągnęła jej uwagę i odezwała się do majora raczej głośno.
- Straciłam serce dla pańskiej panny Mapp – powiedziała – jestem zazdrosna o pana, kapitanie Flint. Ona będzie moją wielką przyjaciółką w Tilling, a jeśli się pan z nią ożeni, nienawidzę pana, bo to będzie znaczyło, że pana woli.
W tym momencie panna Mapp nie czuła nienawiści do nikogo, nawet do Divy, na której twarzy nałożony w pośpiechu puder osypywał się, odsłaniając czerwone ślady jak gwiazdy na pogodnym niebie. Kolację zakończyły pieczone kasztany przywiezione przez contessę z Capri.
- Zawsze krzyczę na Amelię za bagaże, które z sobą wozi – powiedział pan Wyse do Divy. – Amelio kochana, jesteś dziś moją panią domu – zebrani spostrzegli, że popatrzył przy tym na panią Poppit – wszystkie oczy są zwrócone na ciebie.
- A moje oczy są zwrócone na pannę Mapp – rzekła Amelia i wszystkie panie wstały jak połączone ukrytym mechanizmem, który poruszał nimi jednocześnie… Przy drzwiach objawiła się pewna nieśmiałość, której koniec położyła contessa.
- Starsi przodem – powiedziała i wymaszerowała z jadalni, a panna Mapp, Diva i myszka poczuły się niezwykle młode. Może i gubiła monokl i mówiła zupełną buzią, ale co za takt… Wszystkie postanowiły stosować ten miły zabieg w przyszłości. Rozczarowanie brakiem ogłoszenia zaręczyn zostało rozsądnie złagodzone, a panna Mapp i Susan z chęci bycia młodszymi od contessy a jednak pójść przed innymi, zderzyły się w drzwiach. Odbiły się od siebie, a Diva prześliznęła się między nimi. Dziwaczna Irene zajęła swoje właściwe miejsce – poszła ostatnia. Jak dziwaczna nie byłaby Irene, nie byłoby sensu udawać, że nie jest najmłodsza.
Jakkolwiek beznadziejnie Amelia nie zgubiłaby serca dla panny Mapp, w salonie nie poświęciła jej całej uwagi, lecz gładko usadowiła się przy karcianym stoliku, gdzie przystąpiła do najbardziej skomplikowanego pasjansa i papierosów, aby zabić czas do powrotu panów. Choć panie z Tilling miały sobie wiele do powiedzenia, wszystko to dotyczyło jej, więc nie mogły tych komentarzy wygłaszać w jej obecności. Skoro nie mówiły tak jak ona jakimś językiem nieznanym przedmiotowi rozmowy, nie mogły rozmawiać w ogóle, więc zebrały się wokół jej stolika i obserwowały kosmiczną szybkość z jaką kładła czarne walety na czerwonych damach i w jednych układach, a czerwone walety na czarnych damach w innych Zdjęła wszystkie pierścienie by uzyskać większą zwinność palców, a jej okular odbijał lśniącą masę wysokiej próby kamieni. Szybkość ruchów jej palców można było porównać z zaskakującym monologiem wypływającym z jej ust.
- Proszę, ten ohydny król staje mi na drodze – mówiła. – Jak to mężczyzna, wpycha się nawet tam, gdzie go nie chcą. Bacco! Nie, nie to, mam papierosa. Słyszałam, że wy wszystkie jesteście świetnymi brydżystkami: zaraz zagramy partię a ja zapadnę się pod ziemię ze strachu przed waszą Camorrą! Dio, jeszcze jeden nieproszony król, a tu jego królowa, której za nic nie chce. Jest amoroso w tej czarnej królowej, która jest przykryta, a on wolałby, żeby przykryła jego. Susan, moja droga! (to było ciekawe, ale już wszyscy wiedzieli), zadzwoń proszę po kawę. Umrę, jeśli nie dostanę zaraz kawy i wykałaczki. Proszę mi opowiedzieć wszystkie skandale Tilling, podczas gdy gram, panno Mapp – wszystkie straszne historie o tym majorze i tym kapitanie. Kapitan jest wspaniały – nie, major – no, ten, który nie utyka. Którą z pań kochają najbardziej? Pewnie pannę Mapp; tak, dlatego mi nie odpowiada. Ach! Oto kawa i kolejny król: trzy kostki cukru, droga Susan, porządnie pomieszaj i przytrzymaj mi przy ustach, żebym mogła się napić bez przerywania. Ach, jest i as! Czy to interwenient, czy królewski prokurator? Chciałabym mieć prokuratora, który opowie mi o wszystkich aferach miłosnych. Susan, musisz zdobyć dla mnie prokuratora: ty nim będziesz. A, są i panowie – nieszczęśnicy, woleli wino od kobiet i zagramy sobie w brydża i jeśli ktoś mnie skrzyczy, rozpłaczę się, panno Mapp, a kapitan Flint będzie trzymał mnie za rękę i pocieszał.
Zgarnęła stos kart i pierścionków, część zrzuciła je na podłogę, a resztę potasowała.
Panna Mapp była bardzo pobłażliwa dla contessy, swej partnerki i wytykała błędy jej i przeciwników z najmilszym uśmiechem i chęcią, by wszystko dobrze wyjaśnić.
Potem sama popełniła ciężki błąd i nie dodała do koloru, a contessa, zamiast się na nią złościć, wybuchnęła kaskadami niepohamowanej wesołości. Taki sposób traktowania karcianego potknięcia był całkiem nowy w Tilling, bo prawidłową reakcją wobec partnera powinny być dąsy i sarkazm przez co najmniej dwadzieścia minut. Contessa śmiała się w przerwach przez resztę robra i wszystko to było bardzo przyjemne, ale na koniec orzekła, że odstaje od standardów Tilling i odmówiła dalszej gry. Panna Mapp w szampańskim humorze namawiała ją, by nie traciła nadziei.
- Naprawdę, droga contesso – mówiła. – Gra pani bardzo dobrze. Może trochę zbyt ryzykownie, jak pani sądzi? Ale my wszyscy mamy taką tendencję: sama często przelicytowuję. Ani jednego roberka więcej. Nie mam nic przeciwko wzięcia pani znów na partnerkę. Musi pani przyjść do mnie któregoś popołudnia. Wypijemy wczesną herbatkę i pogramy ze dwie godziny. Nie ma to jak praktyka.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 21 Maj, 2025 08:40
|
|
|
całkiem nieoczekiwana osobowość, ciekawe jak długo zabawi i do czego to doprowadzi |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 21 Maj, 2025 11:39
|
|
|
Okular w zupie i jego odzyskiwanie mnie kompletnie rozbroiły |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 21 Maj, 2025 11:44
|
|
|
Taaaak |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 21 Maj, 2025 23:10
|
|
|
Wieczór skończył się bez ogłoszenia wielkiej nowiny ale panna Mapp siedząc następnego dnia w swym punkcie obserwacyjnym i przeglądając w myślach wydarzenia wczorajszego wieczoru, uznała materiał dowodowy za tak ewidentny, że nie było sensu snuć dalszych domysłów – choćby najowocniejszych – na ten temat,więc skierowała myśli na przyjemniejsze wspomnienia i plany na przyszłość. Z pewnością contessa obdarzyła ją największą uwagą, a jej opinia o jej uroku i zdolnościach była bardzo pochlebna… Bez wątpienia jej dziwna uwaga o pojedynkach miała wydźwięk humorystyczny, ale w końcu żartem mówi się wiele prawdy, a contessa – przenikliwa kobieta – od razu spostrzegła, że major Benjy i kapitan Puffin to tacy mężczyźni, którzy mogli się pojedynkować (lub choć rzucać sobie wyzwania) o kobietę. I to pytanie, w której z pań mężczyźni się najbardziej kochają i ta uwaga, że na pewno w pannie Mapp! Panna Mapp zrobiła się niemal tak czerwona jak biedna Diva kiedy usłyszała te słowa wypowiedziane tak lekko, a jednak tak znacząco…
Diva! To rzecz jasna był ogromny cios – wiadomość, że Diva została zaproszona przez pana Wyse w pierwszej kolejności, a jeszcze gorszy – gdy Diva weszła (wśród zupełnie zbędnego zamieszania i przeprosin pana Wyse) w szkarłatnej sukience. Na szczęście już jej więcej nie zobaczą, bo Diva obiecała – o ile można wierzyć jej obietnicom – że pośle ją do farbowania, ale pozostawało wielką zagadką, dlaczego Diva w ogóle miała ją na sobie, skoro przygotowywała się do spędzenia samotnego wieczoru w domu. O ósmej powinna była dostać już swoją tacę, ubrana w coś starego i wygodnego; a tu za trzy minuty od telefonu zjawiła się w szkarłatach i jadła tak zachłannie, że nie można sobie było wręcz wyobrazić, że nawet z jej łakomstwem, zjadła już wcześniej kolację w domu… Lecz mimo przypadkowego tryumfu Divy, głównym uczuciem, jakie panna Mapp do niej żywiła było politowanie. Wyglądała niedorzecznie w tej sukni, z pudrem łuszczącym się na jej czerwonej twarzy. Nic dziwnego że droga contessa gapiła się na nią od samego wejścia.
Należało zastanowić się nad przyjęciem brydżowym dla contessy. Pewnie będzie mniej zdenerwowana gdy ustawi się tylko jeden stolik: będzie domowo i przytulnie, a jednocześnie wywoła gorycz i oburzenie w piersiach tych, którzy zostali pominięci. Diva na pewno nie zostanie zaproszona, a contessa nie będzie grała z panem Wyse… No był major Benjy, jego koniecznie trzeba zaprosić, bo przecież contessa tak się nim zachwycała…
Nagle panna Mapp poczuła mniejszą pewność, że major Benjy musi zostać zaproszony. Contessa, choć niezwykle czarująca, powiedziała do niego kilka gorących, włoskich zdań. Powiedziała, że zostanie w Tilling jeśli mężczyźni będą się o nią pojedynkować. Powiedziała do niego „słodki kochaneczku” podczas brydża gdy, jako przeciwnik, nie zdołał przebić jej karty i poprosiła, by zaprosił ją na herbatę („i nikogo innego, bo mam panu wiele do powiedzenia”) kiedy w hallu odbywała się generalna macédoine soboli, au reservoirów i podziękowań za przemiły wieczór. Tak właściwie, to panna Mapp nie była wcale pewna, kiedy się nad tym zastanowiła, czy contessa była właściwą przyjaciółką dla majora Benjy’ego. Nie chciała krzywdzić go podejrzeniem, że zaprosiłby contessę na herbatę sam na sam, taka sugestia contessy wyrażała tylko jej południową ekstrawagancję. Ale mimo wszystko, pomyślała sobie panna Mapp aż skręcając się na sam pomysł, że jej inne ekstrawaganckie zdania w istocie były dosłowne. Tym sposobem szanse majora na dołączenie do elitarnej grupy brydżowej zmalały do zera.
Czas już był (i to wielki) by wyruszyć na poranne zakupy, a panna Mapp już postanowiła, że nie weźmie dziś ze sobą wiklinowego kosza na wypadek, gdyby miała spotkać contessę na High Street. Będzie szlachetniej i bardziej „wysowsko” i wspanialej iść bez kosza i zadysponować, by wszystkie zakupy posłano do jej domu zamiast ryzykować spotkanie z contessą taszcząc kosz z kotletami baranimi, kłębkiem włóczki i proszkiem do zębów. Nałożyła więc swój płaszcz na powitanie księcia Walii i odkładając dalsze rozważania nad przyjęciem brydżowym na spokojniejszą okazję, pełna niczym niezmąconej życzliwości wyruszyła na poranne plotki. Na rogu High Street spotkała Divę.
- Nowiny – powiedziała Diva – Spotkałam właśnie pana Wyse. Zaręczony z Susan. Huczy w całym mieście. Wszyscy już wiedzą. O, padre jeszcze nie wie!
Przebiegła przez ulicę by dogonić padre, a panna Mapp, otrząsając za Divą pył z sandałów, ruszyła w swoją już mniej pogodną drogę. Diva ją zirytowała, ale Susan jeszcze bardziej. Po wszystkim, co dla niej zrobiła, Susan powinna była powiedzieć jej już dawno, zobowiązując ją do zachowania tajemnicy. Ale powiedzieć taką rzecz ot tak, pospolitej Divie, bez żadnej tajemnicy, było afrontem, którego nie mogła Susan wybaczyć. W duchu zredukowała o połowę kwotę, jaką postanowiła wcześniej roztrwonić na ślubny prezent dla niej. Będzie platerowany, nie srebrny, a jeśli Susan jeszcze jej czymś podpadnie, nawet plateru nie będzie.
Wyszła właśnie z apteki, po oburzonej tyradzie na temat sody oczyszczonej. Sprzedawca położył na ladzie małą paczuszkę, a ona poprosiła, by dostarczono ją do jej domu. Nie dostarczają małych paczuszek. Zostawiła sodę tam, gdzie ją położył. Wychodząc usłyszała wysoki, cudzoziemsko brzmiący okrzyk tuż obok siebie. To była contessa, sama, z zawieszonym na ramieniu koszykiem nadzwyczajnej wielkości i nowości. W środku spoczywał krwisty stek i krab.
- Ale gdzież to pani koszyk, panno Mapp? – krzyknęła – Algernon powiedział mi, że wszystkie wielkie damy Tilling robią rano zakupy z koszykami i jeśli ja aspiruję do bycia du monde, muszę zaopatrzyć się w kosz. To wspaniała zabawa i już napisałam do Cecco, że ruszam z koszem na zakupy. Proszę, to stek dla Figgisa i krab dla Algernona i mnie, jeśli Figgis go nie zechce. Ale czemuż to pani nie jest du monde? Czyżby była pani z du demi-monde, panno Mapp?
Zarechotała i połaskotała kraba. . . .
- Jak pani myśli, dobierze się do steku? – kontynuowała. – Prawda, jaki żwawy? Poszłam do sklepu pana Hopkinsa, którego w nim nie było, bo był zajęty z panną Coles. I czy to nie panna Coles była wczoraj na kolacji u mojego brata? Ta, która pluła do kominka gdy nikt nie patrzył? Wy z Tilling jesteście czarujący. Co pan Hopkins robi z panną Coles? Całują się? Ale pani koszyk: rozczarowana się czuję, bo Algernon powiedział, że pani kosz jest największy z wszystkich. Kupiłam największy jaki się dało: jest tak duży jak pani kosz?
Pannie Mapp wirowało w głowie. Contessa pełnym głosem mówiła to, o czym inni szeptali; pokazywała (w koszu) to, co inni przykrywali grubą warstwą papieru. Gdyby pannie Mapp przyszło do głowy, że contessa ma kosz na zakupy, paradowałaby po High Street z baranią nogą wystającą z jednego końca swojego, a kaloszami z drugiej. .. Ale kto mógłby przypuszczać, że contessa…
Czarne myśli nie przestały napływać. Czy to możliwe, że pan Wyse naśmiewał się ze spraw Tilling? Jeśli tak, to naprawdę życzyła mu poślubienia Susan. Ale póki co trzeba nałożyć maskę wesołości, na tę chwilę i sytuację.
- Jak to ślicznie z pani strony, droga contesso – powiedziała. – Możemy jutro razem iść na zakupy i wtedy zmierzymy wielkość naszych koszyków? Ja też mam dużo uciechy z drogich mieszkańców Tilling. Ale cóż za ekscytujące wieści dotarły dziś rano o słodkiej Susan i pani bracie, choć rzecz jasna ja wiem o tym od dawna.
- Doprawdy? Jakim sposobem? – spytała contessa ostro.
Pannę Mapp rozdrażnił jej ton.
- Och, po prostu mam oczy – powiedziała, bo nie chciała tłumaczyć jak to podglądała całujących się narzeczonych. – Mam oczy do patrzenia.
- I nos do węszenia – zauważyła milo contessa.
To już było otwarcie grubiańskie, choć zapewne włoskie. Opinia panny Mapp o contessie wahała się gwałtownie jak barometr przed burzą, który wskazuje: „zmienna.”
- Droga Susan jest bliską przyjaciółką – odpowiedziała.
Contessa przyglądała się jej uważnie przez dłuższą chwilę, a potem wydawało się, że porzuciła temat.
- Mój krab, mój stek – powiedziała. – A gdzie mieszka tan pani miły kapitan, nie, major Flint? Muszę mu posłać liścik, bo zaprosił mnie na herbatę sam na sam żeby obejrzeć tygrysie skóry. Będę z nim flirtować podczas pobytu w Tilling, a mój wyjazd złamie mu serce, ale powiem mu, kto może je wyleczyć.
- Drogi major Benjy! – powiedziała panna Mapp, która nie miała pojęcia, jak się zachować wobec tej gadatliwej damy. – To będzie dla niego wielkie święto, pani na herbatce. Dziś, prawda?
Contessa wyraźnie mrugnęła za monoklem, który założyła by przyjrzeć się Divie przemykającej drugą stroną ulicy.
- A gdybym powiedziała, że dziś – zauważyła – to pani – co to jest za osoba? – i wskazała Divę. – Tak, wpadłaby pani, a dobry major nawet by na mnie nie popatrzył. Więc jeśli powiem, że dziś, to będzie pani wiedziała, że to kłamstwo, bystra panno Mapp, więc przyjdzie na herbatkę jutro i zastanie tam nie. Bene! No już, który to jego dom?
Był to rodzaj intrygi, jaka nigdy jeszcze nie zaistniała w życiu panny Mapp i z bólem zauważyła ona teraz, jak płytka była przez te wszystkie lata. Raz za razem gdy zadawano jej dociekliwe pytania, odpowiadała na nie bez ścisłego trzymania się prawdy, ale nigdy nie pomyślała o takim pomieszaniu spraw. Jeśli okłamała Divę, Diva przeważnie wiedziała, że to kłamstwo i zgodnie z tą wiedzą działała, ale nigdy nie pomyślała, że można powiedzieć coś tak, że nie sposób odgadnąć, co jest prawdą, a co nie. Kiedy tak szła przez High Street z wymachującą koszykiem contessą u boku, tyle samo wiedziała, czy idzie ona na herbatę do majora dziś, jutro, czy kiedy indziej, co o tym, czy krab zje stek.
- To jest jego dom – powiedziała kiedy zatrzymały się na rogu koło dentysty – a naprzeciwko jest mój, ten z wykuszowym oknem mojego pokoju ogrodowego wychodzącym na ulicę. Mam nadzieję powitać panią w moich skromnych progach, droga contesso, na malutkiego brydżyka i herbatkę w najbliższych dniach. Co pani powie? Jutro?
(Wtedy wiedziałaby, czy contessa idzie na herbatę do majora jutro… niestety contessa też o tym wiedziała)
- Mój kawaler! – powiedziała. – Być może to jutro wybieram się do niego na herbatę.
Lepsze to niż nic.
- Jego też zaproszę, żeby się z panią spotkał – rzekła panna Mapp, mając okropne i beznadziejne poczucie, że tańczy, jak jej przeciwniczka gra. „Przeciwniczka”? Naprawdę tak ją w duchu nazwała? O tak. Nieprzenikniona contessa też „to” knuła.
- Nie łączę przyjemności – powiedziała – Ach, więc to jest jego dom! Co za czarujące miejsce. Jak mi będzie biło serce gdy nacisnę dzwonek!
Panna Mapp była teraz kompletnie przygnębiona. Istniała możliwość, że contessa może powiedzieć majorowi Benjy, że czas się żenić, ale z drugiej strony planowała herbatkę u niego w nieznanym dniu, a bohater miłosnych przygód w Indiach czy gdzie tam mógł znowu zgubić serce dla kogoś tak odmiennego od tej, z którą zamierzał pójść do ołtarza. W świetle dziennym contessa była raczej nieładna: o już było coś, ale w porze roku, w której dni są krótkie herbatę podawano przy sztucznym świetle, a w takim oświetleniu nie była aż tak podobna do królika. Co gorsza, w każdym świetle cechowała ją żywość, którą łatwo można było pomylić z dowcipem, a jej pochlebcze maniery wziąć za szczerość. Panna Mapp miała nadzieję, że mężczyzn nie tak łatwo oszukać, ale obawiała się, że jednak tak. Ślepi durnie!
c.d.n
tlum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 22 Maj, 2025 20:24
|
|
|
Umówili się? NIe umówili się? Panna Mapp w ogniu zazdrości o contessę
Liczba spacerów, jakie panna Mapp odbyła w tygodniu przedświątecznym w porze podwieczorku do skrzynki pocztowej na High Street z kopertą zawierającą rachunek pana Hopkinsa za ryby i przekaz pocztowy, mogła zaskoczyć obfitością. Nie zamierzała rzecz jasna czy to za dnia czy w nocy ryzykować ponownej demaskacji z pustą nie ostęplowaną kopertą w dłoni, a taka z rachunkiem i przekazem za niego mogła znieść każdą kontrolę, o każdej porze dnia i godziny. Ale choć zawartość koperty była uczciwa i niewinna, nikt nie wiedział, jak bardzo niespokojna była dłoń, która nosiła ją w tę i z powrotem aż jej brzegi się zakrzywiły, a adres zamazał od palcowania. Naprawdę, żadna ze sztuczek, które panna Mapp wymyślała dla innych, nie była tak przemyślana jak ta, w której sama teraz utknęła.
Ponieważ grudniowe dni były dość mroczne, a w rezultacie nie tylko contessa wyglądałaby najlepiej (jakkolwiek by to było) w porze podwieczorku, ale z okna panny Mapp nie dało się stwierdzić na pewno, czy przyszła do niego na herbatę któregoś konkretnego popołudnia, bo w gazowni był strajk i lampa na rogu, która w szczęśliwszych dniach pokazywała wszystko, teraz nie pokazywała niczego. Dlatego panna Mapp musiała wlec się do skrzynki pocztowej z rachunkiem pana Hopkinsa w dłoni i wracać (po pozornym wrzuceniu go tam) z nim w kieszeni, aby z światła w oknach, dźwięku rozmowy słyszalnej gdy przechodziło się obok drzwi wywnioskować, czy major je podwieczorek w domu i z kim. Gdyby usłyszała ten donośny śmiech, który w rozmowie brzmiał tak przyjemnie, a teraz wydawał się tak złowrogi, była zdecydowana zapukać, wejść i pożyczyć książkę, skórę tygrysa – cokolwiek. Major nie mógłby nie zaprosić jej na herbatę, a gdyby już tam była, nawet dzikimi końmi nie wywlekliby jej stamtąd zanim drugi gość się pożegna. Następnie, gdy jej chorobliwa zazdrość stała się bardziej gorączkowa, zaczęła dostrzegać, jak w promieniach jakiegoś ponurego świtu, że światła w oknie majora i elfi śmiech nie są jedynie wiarygodnymi dowodami, że jest u niego contessa. Przecież tych dwoje mogło siedzieć przy kominku, ich głosy mogły być ściszone do miłosnych szeptów, że znaczące uśmiechy mogły zastąpić głośny śmiech. Jednego z takich popołudni, gdy wracała od skrzynki pocztowej z listem do cierpliwego pana Hopkinsa w kieszeni, ogarnęła ją dzika pewność, kiedy ujrzała że ściśle zaciągnięte są zasłony i cisza w pokoju, że tam w środku trwają miłosne igraszki przy ogniu.
Nacisnęła dzwonek i wydawało jej się, że słyszy szepty, gdy ktoś podchodził do drzwi. W hallu zapłonęło światło i gospodyni majora, pani Dominikowa, otworzyła.
- Major jest w domu, jak sądzę, prawda, pani Dominikowo? – spytała panna Mapp najbardziej insynuującym tonem.
- Nie proszę pani, wyszedł – odrzekła pani Dominikowa bezkompromisowo (panna Mapp zastanawiała się, czy pan Dominik pije).
- Ojej! Jakie to uciążliwe, przecież powiedział… - odpowiedziała z żartobliwą irytacją. – Czy będzie pani tak miła, pani Dominikowo, żaby upewnić się, że nie ma go w pokoju? Może wrócił.
- Nie, proszę pani, wyszedł – odrzekła pani Dominikowa z papuzim uporem notorycznej kłamczuchy. – Coś przekazać?
Panna Mapp odwróciła się na pięcie, pewniejsza niż kiedykolwiek, że major pogrążył się w romansie. I byłaby pogrążała się w tej pewności coraz bardziej, gdyby nie spojrzała roztargnionym wzrokiem w dół ulicy i nie ujrzała, że nadchodzi on z kapitanem Puffinem.
W międzyczasie usiłowała zorganizować przytulne małe przyjątko na cztery osoby (żeby nie przestraszyć contessy) z brydżem po kolacji, ale za każdym razem Fanfarone (bo znów nią się stała) była – co za pech – zajęta. Jednak druga z tych rozczarowujących odpowiedzi zawierała cień nadziei, że spotkają się na zakupach następnego ranka i choć biedna panna Mapp była naprawdę zmęczona tymi niezliczonymi wyprawami do skrzynki pocztowej, czy to w deszczu czy słońcu, wyruszyła następnego dnia z nadzieją, że przynajmniej dowie się, czy contessa była na herbacie u majora Flinta, lub kiedy tam idzie… Otóż i była tam, tuż przy budynku poczty i też – jaka szkoda! – był major Benjy w drodze do tramwaju, ucinający sobie lekką rozmowę z nią. Niewielką pociechą było, że i kapitan Puffin tam był.
Panna Mapp przyspieszyła i zaczęła niemal biec.
- Droga contesso, przepraszam za spóźnienie – powiedziała. – Tyle miałam dziś rano do zrobienia (majorze Benjy! Kapitanie Puffin!) Och, niegrzeczna pani jest, że zaczęła zakupy beze mnie!
- Byłam tylko w spożywczym – rzekła contessa – Major Benjy jest tak zabawny, że jeszcze nie zaczęłam tury po sklepach. Napisałam do Cecco, że nie spotkałam równie dowcipnego człowieka.
(„Major Benjy!” pomyślała z goryczą panna Mapp pamiętając, jak długo ona się zbierała, by tak do niego mówić. I „dowcipny”! Tego jeszcze o nim nie wiedziała).
- Ależ skąd! – powiedział major. – To contessa, panno Mapp, jest taka zabawna.
- Tego jestem pewna – powiedziała panna Mapp z szerokim uśmiechem. – Ale och, majorze Benjy, jeśli się pan nie pospieszy, tramwaj panu ucieknie i nici z golfa i na dodatek irytacja na nas, że was zatrzymałyśmy. Mężczyźni zawsze znajdą sposób na obwinianie biednych kobiet.
- Nie, no, słowo daję, czymże jest golf w porównaniu z towarzystwem dam? – spytał major kłaniając się zamaszyście.
- Chcę złapać tramwaj – powiedział Puffin dość wyraźnie i panna Mapp poczuła, że jest bardziej skłonna wybaczyć mu obelgi niż kiedykolwiek wcześniej.
- Biedny kapitanie Puffin – rzekła contessa – i złapie go pan. Ruszajcie panowie, bez zwłoki. Nie powiem do żadnego już ani słowa. Nie wybaczę wam jeśli się spóźnicie. Do jutrzejszego popołudnia, majorze Benjy.
Odwrócił się i znów ukłonił, a rower na szczęście dla rowerzysty jadący bardzo wolno uderzył go lekko od tyłu.
- Nic się nie stało? – zawołała contessa. – Dobrze! Ach, panno Mapp, chodźmy na zakupy! Jak świetnie pani sobie radzi z tymi panami! I jak dobrze ich pani zna! Co by nie powiedzieć, wolą golfa od nas. Znienawidziliby nas, gdyby nie dojechali na pole golfowe. Tak mi przykro, że nie przyszłam do pani wczoraj na brydża, ale byłam już zaproszona. Co za ruchliwe miejsce, to Tilling. Popatrzmy… Gdzie jest lista rzeczy, które Figgis kazał mi kupić? Ten Figgis! Ręczniki w rolce do jego spiżarni, czernidło do jego butów i trochę flaneli, pewnie na jego tłusty brzuch. Całe zakupy dla Figgisa. O, jest błyskawiczna pani Plaistow. Zbliża się jak pociąg z czerwonym światłem na twarzy, gwiżdże i świszczy. Mówi jak telegram. – Dzień dobry, pani Plaistow.
- Bardzo podobał mi się wczorajszy brydż, contesso – wydyszała Diva – Rozkoszna gra!
Contessa chciała ewidentnie szybko odpowiedzieć. Ale zanim wypowiedziała coś słowo, panna Mapp już wiedziała, co się święci…
- Bardzom rada – rzekła contessa szybko. – A teraz ręczniki dla Figgisa, panno Mapp. Dziesięć za sześć pensów, powiedział. Co za cena za ręcznik! Ale w ten sposób uczę się prowadzenia domu, a Cecco będzie zachwycony oszczędnościami, jakie poczynię. Szybko do bławatnego, bo nie zostanie nic dla nas.
Pomimo listy Figgisa, contessa szybko uporała się z zakupami i panna Mapp odprowadziwszy ją do rogu ulicy poszła dalej, w stronę własnego domu aby dać jej czas na dojście do domu pana Wyse, a potem wróciła na High Street. Napięcie było nie do zniesienia: musiała bez zwłoki dowiedzieć się, gdzie Diva i contessa grały wczoraj w brydża. Jej oczy jeszcze nigdy tak szybko nie skanowały ruchu ludzkiego na tej czarującej arterii w poszukiwaniu Divy, bo musiała dowiedzieć się bez zwłoki, co się stało. …I oto była, wychodziła od farbiarza z koszykiem wypełnionym pękatą paczką i nie trzeba było wiele myśleć, by wiedzieć, że była to szkarłatna suknia. Musiała być miła dla Divy, bo choć ta perfidna kobieta z radością mogła ją powiadomić, gdzie odbyło się to tajemne party, ale równie dobrze mogła torturować ją niepewnością. Diva potrafiła, gdy ją o coś pytano, nie dać konkretnej odpowiedzi na zadawane pytanie, lecz zgrabnie zmienić temat i mówić o czymś zupełnie innym.
- Szkarłatna? – powiedziała panna Mapp, wskazując koszyk. – Mam nadzieję, że dobrze wyszła, kochanie.
W oczach Divy zapalił się diabelski blask.
- Nie szkarłatna – powiedziała – Czarna jak noc.
- Słodko, że dałaś ją do farbowania znowu, droga Divo – rzekła panna Mapp. – Nie bardzo kosztowna, mam nadzieję?
- Przyślę ci rachunek jeśli chcesz – powiedziała Diva.
Panna Mapp roześmiała się miło.
- To byłby przedni dowcip – rzekła. – Jak miło ze strony drogiej contessy, że tak ciepło przejęła nasze tillingowskie obyczaje. Zabawna była ta prowizja od Figgsa. Ale i trochę komiczna, nie sądzisz?
To powinno wprawić Divę z dobry nastrój, bo niczego nie lubiła bardziej niż drobne potknięcia innych. (Diva nie była zbyt dobroduszna).
- Ona jest raczej komiczna – rzekła Diva.
- Och, powtórz jakieś jej komiczne słowa! – powiedziała panna Mapp z zapałem. – Nie zawsze za nią nadążam, a ty jesteś taka szybka! Czasami trochę grubiańska, nie sądzisz? Czego to zażądała tego wieczoru, gdy układała pasjans i paplała o królach i królowych czy nie była to… wykałaczka?
-Tak, wykałaczka – odrzekła Diva.
- Może ma popsute zęby – powiedziała panna Mapp – To przypadłość rodzinna, sama wiesz, jak jest z panem Wyse. Ty i ja mamy szczęście.
Diva zachowała zupełne milczenie i obie doszły już niemal do jej drzwi. Jeśli panna Mapp chciała uzyskać informację, na której jej zależało, musiała zapytać wprost, trzymając kciuki, żeby odpowiedziała.
- Grałaś ostatnio w brydża, moja droga? – spytała panna Mapp.
- Nawet całkiem ostatnio – odrzekła Diva.
- Wydawało mi się, że słyszę, że powiedziałaś coś o contessie. Wczoraj to było? Z kim grałaś?
Diva umilkła i – gdy były już prawie pod jej drzwiami – podjęła decyzję.
- Contessa, Susan, pan Wyse i ja – powiedziała.
- A ja myślałam, że ona nigdy nie gra z panem Wyse – powiedziała panna Mapp.
- Trzeba było zebrać czwórkę – powiedziała Diva. – Contessa chciała zagrać w brydża. Nikogo innego.
Wpadła do domu.
Nie ma sensu próbować opisywać stanu umysłu panny Mapp, prócz stwierdzenia, że przez chwilę niemal zapomniała, że contessa prawie na pewno przychodzi jutro na herbatę do majora Banjy.
Koniec rozdziału jedenastego
c.d.n
tłum. Trzykrota |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pią 23 Maj, 2025 13:11
|
|
|
O ja cię kręcę, ale intryga naprawde niech się wszystkie kryminały pochowają, Trzykrotko, nie zaproponowałabyś jakiemuś wydawnictwu swoich przekładów ? przecież to jest przecudne kupiłabym od razy wszystko
Wygląda na to , że droga Elżbieta została przez kogoś zsunięta dyskretnie z piedestału na boczny tor towarzysko-informacyjny, ojoj i co teraz ? |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 23 Maj, 2025 21:49
|
|
|
Contessa okazała się mocną zawodniczką i w dodatku nie gryzącą się w język Panna Mapp - doświadczona w podchodach - została zjedzona na kolację bez popijania. I przy okazji wyszło, że pan Wyse wcale nie jest taki nienaganny i cichcem doskonale potrafi obgadywać.
No i Tamaro - nadejszła wielkopomna chwila - Boże Narodzenie w Tilling i nasz ostatni rozdział.
Rozdział dwunasty
"A na Ziemi pokój ludziom dobrej woli," śpiewała panna Mapp mocno odwracając głowę. Siedziała na swym zwykłym miejscu pod amboną, a promienie słońca wpadające przez witraż naprzeciwko barwiły jej twarz tęczą kolorów, jak płaszcz Józefa. Nie wiedząc, jak wygląda to na zewnątrz, wyobraziła sobie siebie w niebiańskiej poświacie wypływającej z wnętrza, a Diva siedząca naprzeciw pomyślała o opalizujących odcieniach widocznych na zimnej gotowanej wołowinie. Ale potem panna Mapp zarejestrowała, że tendencja Divy do śpiewania altem polegała na podążaniu za sopranami w jednakowym dystansie ale o małą tercję niżej, tak, że głosy szły mniej więcej równo. Zastanowiła się między zwrotkami, czy mogłaby jakoś taktownie zwrócić uwagę Divie, co skłoniłoby ją przed następnym Bożym Narodzeniem do nie wydawania z siebie tego dźwięku….
Major Flint wszedł tuż przed zakończeniem pierwszego hymnu i trzymał cylinder przed twarzą, jakby modlił się po cichu nim otworzył swój modlitewnik. Oderwana gałązka ostrokrzewu spadła z parapetu dokładnie na środek jego głowy i podskoczyła na jego łysinie, co było dość uzasadnione. Panna Mapp zauważyła z żalem, że kapitana Puffina nie było w ogóle. Ale ostatnio czuł się nie najlepiej i miał zawroty głowy, z których jeden sprawił, że polu golfowym upadł z jękiem przy jedenastym dołku. Jeśli te ataki związane były z jego brakiem wstrzemięźliwości, to żaden rozsądny człowiek nie mógł mu współczuć.
Na ziemi panował o wiele większy pokój jak na warunki Tilling niż można było oczekiwać zważywszy na to, jak wyglądał tydzień przed Bożym Narodzeniem. Obraz panny Coles (która ze względu na swe dziwne obyczaje odsunęła się ostatnio od towarzystwa) zatytułowany Adam, przedstawiający z całą pewnością pana Hopkinsa (choć nikt by tego nie zgadł) został wystawiony na sprzedaż w oknie galerii obrazów i osobliwości, ale został usunięty z widoku po osobistej interwencji panny Mapp i jej wyjawieniu kogo – jak nieprawdopodobne by się to wydało – obraz przedstawiał. Mało szlachetny marszand wyjawił artystce historię tego usunięcia i do uszu panny Mapp dotarło (pośród wszystkich innych wiadomości) że dziwaczna Irene naśladowała scenę tej interwencji z tak dotkliwą wiernością, że jej służąca Lucy- Ewa - prawie umarła ze śmiechu. Następnie przez trzy kolejne dni odbywały się rozgrywki brydżowe w domu pana Wyse i przy żadnej z tych okazji panna Mapp nie została poproszona o kontynuowanie instruktażu, który – jak sama oświadczyła – była gotowa oferować contessie. W istocie contessa – nie było co do tego wątpliwości – oświadczyła, że woli już w ogóle nie grać w brydża niż grać z panną Mapp, bo wysiłek powstrzymywania się od śmiechu narazi na szwank mięśnie za śmiech odpowiedzialne… Następnie contessa poszła na podwieczorek sam na sam do majora Benjy’ego i choć jej piskliwy i bezsensowny monolog wyraźnie niósł się po ulicy gdy panna Mapp szła po raz kolejny nadać swój list, to pani Dominikowa twardo zaprzeczała, że gospodarz jest obecny, a myśl, że contessa wygłasza go siedząc sama w salonie była zbyt śmieszna by brać ją choć przez chwilę pod uwagę. .. A farbowanie zrobiło z sukni Divy takie cudo, że panna Mapp zgrzytała zębami, że to nie ona zdecydowała się na ten zabieg. Z zielonym szyfonem wokół szyi nawet Diva wyglądała niemal dystyngowanie – jak na Divę oczywiście.
Potem, całkiem niespodziewanie, Anioł Pokoju zstąpił na rozdygotany pokój ogrodowy, bo obie panie Poppit, contessa i pan Wyse wyjechali by spędzić Boże Narodzenie i Nowy Rok z Wyse’ami z Whitchurch. Można się było spodziewać, że contessa będzie kontynuować swą turę wizyt z koronowanym bagażem i wróci do Włoch nie zahaczając już o Tilling. Jej zachowanie sugerowało coś w tym stylu, bo korzystając z ciepłego popołudnia pożyczyła kiedyś Royce’a i objechała miasto z serią wizyt, zostawiając wszędzie karty wizytowe i mówiąc tylko (co panna Mapp usłyszała od Whithers) „Pani nie ma w domu? Tak mi przykro” i odjeżdżając nim Withers zdążyła powiedzieć, że jest, a jakże, bo ma silny katar.
Pozostały karty wizytowe, a Wysowie z ich przyszłymi koneksjami wyjechali do Whitchurch i po kilku godzinach wściekłości na wszystko co się wydarzyło i za co teraz nie można było się zemścić i reakcji po całej tej ekscytacji nastąpiła inna reakcja. Choć wydawałoby się to nieprawdopodobne i dziwne miesiąc czy dwa wcześniej, kiedy to Tilling stawiało czoła pojedynkom, to jednak okazało się możliwe – można było mieć za dużo bodźców i ekscytacji. Od przyjazdu contessy Tilling było jak aktywny wulkan między łatwopalnymi żywiołami, więc jego uspokojenie przyniosło sporą ulgę. Panna Mapp czuła, że będzie znów zmagać się z materią, której właściwości znała, a ponieważ bez wątpienia wkrótce powstaną napięcia związane z małżeństwem Susan, to miłosiernym zrządzeniem losu usunięcie czynnego wulkanu gwarantowało Tilling krótką przerwę na regenerację. Niedługo młoda para powróci, a ponieważ zbliżająca się nobilitacja z pewnością uderzy Susan do głowy i skłoni ją do wychwalania w sposób nieznośny wspaniałości Wysów z Witchurch, dobrodziejstwem było trochę wypocząć nim przystąpi się do walki z jej pretensjami. Nudą nie musiała się martwić: w Tilling było mnóstwo do roboty nim contessa rozbłysła na High Street i będzie co robić gdy przeniesie swą wybuchową osobowość w inne strony.
W okolicach drugiego czytania słońce przesunęło się z twarzy panny Mapp i pozwoliło jej zobaczyć, jak okropnie wyglądała droga Evie gdy spoczęło na niej światło przepuszczone przez niebieską szatę Jonasza wychodzącego z wieloryba. Evie mierzyła się z dużym rozczarowaniem, bo contessa nigdy tak naprawdę nie pojęła, kim ona jest. Casami myliła ją z Irene, czasami wydawała się jej nie zauważać i chyba nigdy nie zidentyfikowała jej jako żoneczki pana Bartletta. Ale cóż, droga Evie była bardzo niezauważalna, nawet gdy najgłośniej piszczała. Jej najlepsze przyjaciółki do których należała panna Mapp nie mogły temu zaprzeczyć. Ten brak rozpoznania przytłaczał ją, teraz, gdy znów zostali we własnym gronie, odetchnie.
Kazanie zawierało mnóstwo powtórzeń i bezokoliczników nieciągłych 1 Padre kiedyś stwierdził otwarcie, że dla niego wystarczająco dobry jest Szekspir, a Szekspir popełnił mnóstwo bezokoliczników nieciągłych. Z tego powodu doszło niemal do zwady między nim a panną Mapp, bo panna Mapp powiedziała była kiedyś „Ale z pana żaden Szekspir, padre,” na co on nie znalazł innej odpowiedzi prócz „a to dopiero!”… W kazaniu nie było nic ciekawego.
Po nabożeństwie panna Mapp spacerowała jeszcze po kościele oglądając piękne dekoracje z ostrokrzewu i wawrzynu, w dużej mierze dzieło jej rąk, póki instynkt nie podpowiedział jej, że już wszyscy uścisnęli sobie dłonie i zastanawiają się, co tu jeszcze powiedzieć o świętach. Wtedy, dopiero wtedy do nich pospieszyła.
Wszyscy stali razem, a ona zjawiła się jak ostatni, honorowy gość (biedna Diva).
- Divo kochana – powiedziała – wesołych świąt! I Evie! I padre. Drogi padre, dziękuję za kazanie! I major Benjy! Wesołych Świąt, majorze Benjy. Ależ nas mało, choć nie mniej odświętnych. Nie ma pana Wyse, nie ma Susan i Isabel. Och, nie ma kapitana Puffina. Znów kiepsko się czuje, majorze Benjy? Co u niego się dzieje? Te okropne napady. Trudno to pojąć.
Bardzo zgrabnie udało jej się odłączyć majora od reszty. Gdy pokój nastał w Tilling, wybaczyła mu, że zakpił sobie z niej z pośrednictwem contessy.
- Martwię się o mojego przyjaciela Puffina – powiedział. – Nie jest sobą. Bardzo przygnębiony. Mówiłem mu, że nie ma powodu do depresji. To samolubne, pogrążać się w depresji, mówiłem. Gdybyśmy wszyscy chodzili z nosem na kwintę, świat byłby przerażający, panno Elizabeth. Posłał po doktora. Mieliśmy dziś po południu zagrać partyjkę golfa, ale nie czuł się na siłach. Pomogłoby mu to bardziej niż horda lekarzy.
- Och, szkoda, że nie gram w golfa, bo nie zawiodłabym pana, majorze Benjy – odrzekła.
Major Benjy wydawał się raczej cofać przed tą perspektywą. Nie podzielił w każdym razie jej żalu.
- I mieliśmy dziś zjeść razem świąteczną kolację – powiedział – a potem spędzić wesoły wieczór.
- Myślę, że na te zawroty słowy najlepsza jest dla kapitana cisza – powiedziała stanowczo panna Mapp
Nagle ogarnęła ją fala zuchwałości. Oto major czul się samotny na myśl o bożonarodzeniowym wieczorze: oto ona cieszy się, że nie spędzi go on „wesoło” z kapitanem Puffinem… i mała mnóstwo puddingu śliwkowego.
- Proszę przyjść na kolację do mnie – powiedziała. – Ja też jestem samotna.
Potrząsnął głową.
- To naprawdę miło z pani strony, słowo daję… - powiedział – ale myślę, że będę w gotowości żeby pójść do biednego Puffina jeśli będzie miał chęć. Bez Puffina czuję się zagubiony.
- Ale wesołego wieczoru nie będzie, majorze Benjy – powiedziała. – Bardzo to przykre. Trochę zupy i dobry sen, to najlepsze lekarstwo. Może chciałby, żebym przyszła mu poczytać. Z Miłą chęcią. Przekaż mu pan to proszę. A jeśli się pan dowie, że nie chce się z nikim widzieć, nawet z panem, cóż – w sąsiedztwie czeka pudding śliwkowy i ciepłe przywitanie.
Stała na stopniach swojego domu, latem tak zatłoczonych przez rysujących i posłałaby mu całusa dłonią gdyby Diva nie szła blisko za nimi, bo nawet w Boże Narodzenie biedna Diva była w stanie znaleźć coś złośliwego do powiedzenia nawet o tak rozumnej i kobiecej propozycji…. Więc panna Mapp weszła do domu machając mu tylko dłonią.
Jakimś dziwnym trafem myśl, że major Benjy jest samotny i tęskni za kłótliwym towarzystwem swego rozwiązłego przyjaciela nie była jej niemiła. Dziwnie było nawet pomyśleć, ze ktoś może tęsknić za towarzystwem Puffina. Nie życzyła kapitanowi absolutnie źle, ale zniosłaby ze spokojem wieść o jego chronicznej melancholii lub stałych zawrotach głowy, bo major Benju z jego pogodną krzepą nie był najlepszym towarzyszem dla chronicznie zmęczonego, przygnębionego przyjaciela. Nie byłoby nawet dobrze, gdyby tak się stało. Mężczyźni w kwiecie wieku nie do tego są przeznaczeni. Nie byli też stworzeni na towarzyszy intrygujących kobiet, nawet jeśli pochodziły z Wyse’ow z Witchurch… Uratował go jej jak najbardziej pożądany wyjazd.
Mimo, że gotowa do natychmiastowej akcji, spędziła wieczór samotnie. Pociągnęła cracker z Withers i ostro nadszarpnęła ząb na trzypensówce w puddingu, ale to były jedyne wydarzenia. Raz czy dwa podeszła do okna w pokoju ogrodowym by zobaczyć jaka jest noc i widziała, że u majora Benjy świeci się światło, ale kiedy wybiła wpół do dwudziestej trzeciej, porzuciła myśl o towarzystwie i poszła spać. Odgłos kolędy śpiewanej na ulicy dał jej świąteczny nastrój i miała nadzieję, że kolędników poczęstowano gdzieś dobrą kolacją.
c.d.n
Tłum Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 25 Maj, 2025 21:25
|
|
|
Panna Mapp nie była zbyt życzliwie usposobiona do świata gdy następnego dnia zeszła na śniadanie nie witając tym razem swoich tęczowych świnek. Zabrakło jej włóczki do robótki, a Boxing Day wydał jej się jakimś poronionym pomysłem. Można było pomyśleć – myślała panna Mapp rozbijając skorupkę jajka – że sklepikarze mieli dość odpoczynku w święta, zwłaszcza gdy – jak w ty roku – zaraz po nich była niedziela – i lepiej dla nich byłoby wracać już do pracy. Ona nie odpuszczała sobie obowiązków nawet na jeden dzień w roku, więc czemu…
Donośne pukanie do drzwi wejściowych przerwało jej rozbijanie skorupki jajka. Po tym hałasie zapadła chwila ciszy, a potem pukanie zaczęło się od nowa. Usłyszała pospieszne kroki Withers idącej przez hall i prawie zanim zdążyła ona dojść do drzwi frontowych, do pokoju wpadła Diva.
- Martwy! – powiedziała. – W zupie. Kapitan Puffin. Nie mogę zostać!
Zakręciła się i drzwi wejściowe trzasnęły za nią.
Panna Mapp zjadła jajko w trzech kęsach, marmoladę pozostawiła nietkniętą i – założywszy płaszcz księcia Walii wybiegła na High Street. Choć wszystkie sklepy były zamknięte, stała tam Evie z koszem w dłoniach, wsłuchująca się chciwie w słowa pani Brace, żony lekarza. Choć pani Brace nie należała ściśle rzecz biorąc do „towarzystwa,” panna Mapp porzuciła klasowe uprzedzenia i wyciągnęła do niej dłoń z szerokim uśmiechem.
- Czy to jakaś koszmarna prawda? – zapytała.
Pani Brace nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi i, zniżywszy głos, mówiła dalej do Evie tak niskim głosem że panna Mapp nie mogła uchwycić jednej sylaby, prócz słowa „zupa,” które sugerowało, że Diva choć raz miała prawidłowe informacje. Evie pisnęła cienko po usłyszeniu finalnych słów, jakiekolwiek one były i pani Brace pospiesznie się oddaliła.
Panna Mapp twardo przyparła Evie do muru i usłyszała, co się wydarzyło. Kapitan Puffin położył się wczoraj spać bez kolacji, bo bardzo źle się czuł. Ale kazał pani Gashly ugotować sobie zupę i nie chciał niczego więcej. Jego służąca przyniosła mu wazę i wkrótce wpuściła majora Flinta, który, na wieść, że jego przyjaciel się położył, wrócił do siebie. Zajrzała do swojego pracodawcy rano i zobaczyła, że siedzi, nadal ubrany, z twarzą w zupie, której nalał sobie do głębokiego talerza. To było bardzo dziwne, więc wezwała panią Gashly. Ustaliły, że kapitan nie żyje i zadzwoniły po doktora, który się z nimi zgodził. Kapitan ewidentnie doznał jakiegoś udaru i wpadł twarzą w zupę, której sobie dopiero co nalał…
- Ale to nie udar był powodem śmierci – powiedziała Evie napiętym głosem. – Utonął.
- Utonął, kochana? – spytała panna Mapp.
- Jego płuca pełne były zupy wołowej, ojej! Najpierw udar, potem wpadł twarzą w talerz zupy, która przykryła jego usta i nos. Okropne. Jaki niebezpieczny jest ten świat!
Pisnęła głośno i pobiegła opowiedzieć wszystko mężowi.
Diva obiegła już wszystkich i nadchodziła właśnie szybkim krokiem.
- Musiał mieć udar – powiedziała Diva – Był ostatnio bardzo przygnębiony. To pierwsza zapowiedź udaru.
- Och, więc nie słyszałaś, kochana? – rzekła panna Mapp – To wszystko jest straszne! I to w Boże Narodzenie!
- Samobójstwo? – spytała Diva – Co za szok.
- Nie, kochana. To było tak…
Panna Mapp wróciła do domu na długo przed godziną, w której go zwykle opuszczała. Kucharka przyszła z menu na dziś.
- Tyle wystarczy na lunch – powiedziała panna Mapp. – Ale wieczorem żadnej zupy. Trochę ryby z tego, co zostało z wczoraj i tost z serem. Będzie aż nadto. Tylko taca.
Panna Mapp weszła do pokoju ogrodowego i usiadła przy oknie.
- Tak nagle – powiedziała do siebie.
Westchnęła.
- Śmiem twierdzić, że w kapitanie Puffinie było wiele dobra, o którym nie wiedzieliśmy – pomyślała.
Potem uśmiechnęła się mroźno.
- Major Benjy będzie teraz bardzo samotny…
... i został nam jeszcze tylko epilog |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron. Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.
|