PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Panna Mapp
Autor Wiadomość
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 18 Mar, 2025 18:53   Panna Mapp

Zanim poznacie pannę Mapp, najpierw mały wstęp.
Małomiasteczkowy cykl E.F Bensona o "okropnych babach" jak to kiedyś jakiś jego przyjaciel określił, składa się z sześciu tomów. Są to:
Queen Lucia
Miss Mapp
Lucia in London
Mapp and Lucia
Lucia's Progress
i Trouble For Lucia.
w takiej kolejności.

W tomie drugim przenosimy się z Riseholme do innego idyllicznego miasteczka, Tilling. Ma ono swój pierwowzór, Rye, w którym mieszkał autor, a dom panny Mapp, Mallards, to w istocie The Lamb House, dom pisarza.
Seriale na podstawie tych powieści, ale dopiero od [i]Mapp and Lucia,/i] powstały dwa. Ten z lat 80 jest rozkoszny i świetnie obsadzony: cudowną Lucię grała późniejsza panna Marple, czyli Geraldine MCEwan, Jurusia sam Nigel Hawthorne, a pannę Mapp równie cudowna Prunella Scales.
Drugą wersję - kompletną porażkę moim zdaniem - nakręcono w 2014. Lucia :confused3: - Anne Chancelor - zupełnie mijała się z książkową paniusią, Jurusia nawet nie pamiętam, panna Mapp była genialna - sama Miranda Richardson - ale ona była wierna książce, więc zgrzytało to z postacią Luci. Tyle, że kręcono w Rye. Ten pierwszy serial chyba zresztą też.

Dobrze.

Poznajcie Tilling i pannę Mapp :kwiatek:
Na pocżątek dużo zwartego tekstu, mało dialogów...


Panna Mapp
przez E.F. Bensona


Wstęp
ZATRZYMAŁEM SIĘ przy oknie pokoju ogrodowego, przez które panna mapp WYGLĄDAŁA tak często i w TAK kiepskich intencjach. po lewej miałem fasadę jej domu usytuowaną na wprost stromej brukowanej ulicy z widokiem na High Street na końcu, z prawej krzywy komin i kościół.
Ulica pełna była przechodniów, ale choć pilnie wypatrywałem, nie wypatrzyłem nikogo, kto choć w przybliżeniu przypominałby obiekty jej obserwacji.
E. F. Benson.
Lamb House, Rye.



Rozdział pierwszy


Panna Elizabeth Mapp wyglądała na lat czterdzieści i korzystała z tej okoliczności mając w rzeczywistości rok czy dwa więcej. Jej twarz odznaczała się bardzo żywym kolorem i zmarszczkami chronicznego wścibstwa i wściekłości; lecz te pobudzające emocje zachowały u niej zadziwiającą aktywność umysłu i ciała, co w pełni wyjaśniało okres względnej dojrzałości, jaką przypisano by jej wszędzie prócz uroczego miasteczka, w którym mieszkała tak długo. Zagniewanie i wieczna podejrzliwość wobec wszystkiego i wszystkich zakonserwowały jej młodość i temperament.
Siedziała w ten upalny lipcowy poranek jak wielki drapieżny ptak w dogodnie umieszczonym oknie swojego pokoju ogrodowego, którego obszerny łuk tworzył bardzo cenny punkt strategiczny.
Ten pokój ogrodowy, solidny i przestronny, został wybudowany pod kątem prostym do frontu jej domu i wychodził wprost na bardzo interesującą ulicę, która w dolnym końcu łączyła się z główną ulicą Tilling. Dokładnie naprzeciwko jej drzwi frontowych ulica ostro skręcała, więc kiedy wyglądała przez to wystające okno, jej własny dom znajdował się po jej lewej stronie pod kątem prostym, wspomniana ulica opadała przed nią stromo w dół, a po prawej stronie roztaczał się niczym nie zakłócony widok na jej dalszy ciąg, który kończył się nieczynnym już cmentarzem otaczającym duży normański kościół. Z przewodnika turystycznego można było dowiedzieć się ciekawych informacji o kościele, jednak panna Mapp nie zajmowała się tak suchymi i czcigodnymi tematami. O wiele bardziej zajmował ją fakt, że między kościołem a strategicznym oknem stał domek w którym mieszkał jej ogrodnik i dzięki temu, kiedy nie miała akurat innych zajęć, mogła sprawdzić, czy nie poszedł do domu przed dwunastą i czy nie zapomniał wrócić do niej o pierwszej, bo przez ulicę musiał przejść dokładnie przed jej oczyma. Mogła także obserwować, czy ktoś z jego rodziny przypadkiem nie wychodzi z jej ogrodu objuczony podejrzanym koszykiem, który mógł być wypełniony szmuglowanymi warzywami. Właśnie wczorajszego poranka wybiegła z groźnym uśmiechem by przygwoździć takiego urwisa pytaniem, co niesie w „tym ładnym koszyczku.” Ładny koszyczek okazał się zawierać siatkę na truskawki, zabieraną do naprawy do żony ogrodnika; pozostało tylko sprawdzić, czy na pewno z naprawy wróciła. Robiła to wszystko przez boczne okno pokoju w ogrodzie, które wychodziło na grządki truskawek; mogła siedzieć całkiem blisko - bo przesłonięte było wielkimi gałęziami drzewa figowego o dużych liściach - i szpiegować niezauważona.
Część ulicy wiodąca do kościoła nie miała większego znaczenia (prócz niedzieli rano, kiedy to panna Mapp mogła sporządzić pełną listę podążających na poranne nabożeństwo), bo nikt naprawdę ważny nie mieszkał w skromnych domkach pobudowanych wzdłuż niej. Po lewej stronie był front jej własnego domu ustawiony pod kątem prostym do strategicznego okna i dzięki temu można było tam dokonać - i dokonano - wielu pożytecznych obserwacji. Mogła zza zasłony niedbale wpół odsuniętej w kąt okna najbliższy domowi, mieć oko na służącą i sprawdzić, czy nie wychyla się ona przez okno i gawędzi z przyjaciółkami przechodzącymi ulicą, czy pozdrawia je machając ściereczką od kurzu. Natychmiast po takim odkryciu panna Mapp wykonywała szybki marsz przez kilka schodków do ogrodu i zakradała się do domu, bezszelestnie wchodziła po schodach i łapała sprawczynię na gorącym uczynku tych publicznych swawoli. Ale szpiegostwo domowe w prawą i lewą stronę było mdłe i nudne w porównaniu z wstrząsającymi odkryciami, jakie codziennie i co godzinę czekały na wprawną obserwatorkę na ulicy, która biegła tuż pod jej oknem.
Niewiele było ruchów społecznych miasteczka Tilling, których nie mogło potwierdzić, a przynajmniej rozsądnie wydedukować oko panny Mapp. Tuż poniżej jej domu stało domostwo majora Flinta z czerwonej georgiańskiej cegły tak jak jej własne, a naprzeciwko – dom kapitana Puffina. Obaj byli kawalerami, choć major Flint uważany był powszechnie za bohatera niezwykłych miłosnych przygód w latach młodości i zawsze z wielką gwałtownością włączał się w rozmowę, gdy poruszano w niej temat pojedynków. Nie było więc raczej bezpodstawnym przypuszczenie, że miewał on krwawe miłosne doświadczenia, a kolorytu temu romantycznemu domysłowi oddawał fakt, że w czasie wilgotnej, reumatycznej aury jego lewe ramię sztywniało i zwykle mawiał wtedy, że odzywa się jego stara rana. Nikt nie wiedział, jaka to była rana (mogło to oznaczać wszystko, od szczepionki po cięcie szablą), bo mówiąc, że stara rana się odzywa, dodawał nieodmiennie „Pssst! To na tyle o starym wiarusie!” i choć potem mógł nie mówić już o niczym więcej, niż o przypadkach starego wiarusa, swoje dawne kampanie spowijał mgłą tajemnicy. Prawdopodobnie naprawdę służył w Indiach, sądząc po tym, że na lunch mówił tiffini a pokojówkę przywoływał okrzykiem „Qui-hi.” Jako, że na imię miała Sarah, okrzyk ewidentnie był wspomnieniem po dniach spędzonych w koszarach. Kiedy nie wpadał we wściekłość, w stosunku do panów był serdeczny i rubaszny; ale czy był rozjuszony czy nie, jego zachowanie wobec „wróżek” i pięknych kobiet było szarmanckie i pompatyczne w najwyższym stopniu. Z całą pewnością nosił kosmyk włosów w małym puzderku na łańcuszku od zegarka i widziano, jak go całuje gdy myślał, raczej niemądrze, że nikt na niego nie patrzy.
Oko panny Mapp, gdy zajęła swe miejsce przy oknie w ten słoneczny lipcowy poranek, zatrzymało się na chwilę na domu majora, nim rzuciła zniesmaczone spojrzenie na zdjęcia zamieszczone na ostatniej stronie jej ilustrowanej gazety, przedstawiające głównie młode kobiety tańczące w kółkach na plaży, czy leżące na piasku w pozach, które panna Mapp wstydziłaby się przybierać. Ani kapitan ani major nie byli rannymi ptaszkami, ale była już pora, w której można było spodziewać się pierwszych oznak życia. I rzeczywiście, w tej chwili całkiem wyraźnie usłyszała stłumiony ryk, w którym jej doświadczone ucho bez trudu rozpoznało „Qui-hi!”
– Major zszedł na śniadanie – wywnioskowała machinalnie – i jest prawie dziesiąta. Zobaczmy: wtorek, czwartek, sobota – owsianka.
Jej przenikliwe spojrzenie przesunęło się na dom naprzeciwko tego, w którym na śniadanie była owsianka i kiedy akurat spojrzała, dostrzegła rękę wysuwającą się przez małe górne okienko i kładącą gąbkę na parapecie. Potem ze środka dociśnięto skrzydło okna tak, by gąbka nie spadła na ulicę. Kapitan Puffin, to oczywiste, był dziś trochę wolniejszy niż major. Ale on zawsze golił się i mył zęby zanim wziął kąpiel, więc było między nimi tylko kilka minut różnicy.
Ogólny ruch Tilling, stopniowe wyłanianie się i trzepotanie życia z poczwarki nocy, wychodzenie mieszkanek miasta z wiklinowymi koszami w dłoniach po codzienne zakupy, exodus mężczyzn żeby złapać tramwaj parowy o 11.20 zdążający na pola golfowe i inne pierwsze kroki w obowiązkach i rozrywkach dnia nie rozkręcały się w pełni przez wpół do dziesiątej i panna Mapp miała mnóstwo czasu na przejrzenie nagłówków swej gazety i oddanie się czystym rozmyślaniom o mieszkańcach obu domów, nim musiała natężyć uwagę by niczego nie przeoczyć. Z tej dwójki major Flint był niewątpliwie atrakcyjniejszy dla kobiecego oka; przez całe lata panna Mapp usiłowała go skusić do ożenku z nią i jeszcze nie porzuciła nadziei. Ze swoim świadectwem przygód, z romantycznym zapachem Indii (i kamfory) z tygrysią skórą i dywanami które wyścielały hall i wznosiły się jak przypływ na ścianę, z jego zachowaniem, jednocześnie wyniosłym i dwornym, z jego okrzykami i sarkaniem na „kretyństwa i bzdury,” jego waleniem pięścią w stół dla podkreślenia słów, z jego raną i potężnym zamachem w golfie, jego nietolerancją dla każdego, kto wierzy w duchy, mikroby i wegetarianizm, był w jakiś sposób niebezpieczny i ryzykowny, czuło się niemal, że jest się w obecności gorącego węgla prosto z pieca stworzenia. Z kolei kapitan Puffin ulepiony był z tak innej gliny, że można było powątpiewać, czy w ogóle z gliny powstał. Był chromy, niski i chudy, w jego hallu wisiały spokojne sznury paciorków i papuaskie fartuchy zamiast skór dzikich tygrysów, miał niedbały, gwałtowny sposób bycia i wysoki piskliwy głos. Jednak zdaniem panny Mapp za tą jego niepozornością kryło się coś tajemniczego – tym bardziej, że nic z tego nie pokazywało się na powierzchni. Nikt nie nazwałby majora Flinta, z jego wrzaskami i sapaniem, w najmniejszym stopniu tajemniczym. Kładł swoje głośne karty na stole, potężne króle i asy. Ale panna Mapp nie była pewna, czy kapitan Puffin nie trzyma w rękawie jokera, którego kiedyś wyciągnie na światło dzienne. Idea stania się panią Puffinową nie była tak atrakcyjna, jak ta druga, ale czasami przelotnie brała ją pod rozwagę.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 19 Mar, 2025 10:42   

Uuu, wygląda zacnie :twisted: :mrgreen: :banan:
Aż sie boję na myśl, jak będzie wygladała rywalizacja pany Mapp z Lucią :boisie2: :boisie: :chowa sie: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 19 Mar, 2025 20:40   

Tamara napisał/a:
Uuu, wygląda zacnie :twisted: :mrgreen: :banan:
Aż sie boję na myśl, jak będzie wygladała rywalizacja pany Mapp z Lucią :boisie2: :boisie: :chowa sie: :angeldevil:


I słusznie... Będzie się działo! Ale póki co poznajemy dalej Tilling i nowe kółko wzajemnej adoracji :-D
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 19 Mar, 2025 20:42   

Jednak w obu panach kryła się pewna tajemnica, mimo tego, że większość ich działań była mocno przewidywalna. Z reguły rano razem grali w golfa, po południu odpoczywali, co łatwo mógł sprawdzić każdy, kto w spokojny dzień stanął na drodze między ich domami i posłuchał głębokich i rytmicznych oddechów poruszających spokojne powietrze, oczywiście chodzili na herbatki i grali w brydża po kolacji lub, gdy nie zapraszano ich na żadną z takich rozrywek, zajmowali fotele w country klubie, lub mozolnie zbierali setkę w bilard. Choć podwieczorków było mnóstwo, proszone kolacje były w Tilling bardzo rzadkie; pasjans lub puzzle zajmowały godzinkę lub dwie tego czasu pomiędzy domową kolacją a pójściem do łóżka; ale panna Mapp raz po raz widywała światła w bawialniach tych jej dwóch sąsiadów w godzinach, w których światła, jeśli w Tilling były wciąż zapalone, ograniczały się do sypialni i tam też powinny już być gaszone. I dopiero co w zeszłym tygodniu, wyrwana ze snu przez jakąś niewytłumaczalną niestrawność (za którą winiła małe zielone jabłko) o godzinie wpół do pierwszej w nocy, zobaczyła, że światło w bawialni kapitana Puffina nadal prześwieca przez żaluzje. To podnieciło ją tak bardzo, że ryzykując wypadnięcie na ulicę wyciągnęła szyję przez okno i zauważyła podobną iluminację w domu majora Flinta. A więc nie spędzali czasu razem, bo w takiej sytuacji każdy rozważny gospodarz (a Bóg jedyny wiedział, że obaj sknerzą i oszczędzają, a jeśli nawet On nie wiedział, to panna Mapp owszem) zgasiłby światło u siebie gdyby przebywał z przyjacielem w domu tamtego. Następnej nocy, gdy bóle żołądkowe całkowicie ustąpiły, nastawiła budzik na tę samą nieludzką godzinę i zaobserwowała ten sam fenomen. Te nocne godziny tłumaczyły rzecz jasna późne śniadania; ale po co, pytała siebie panna Mapp, z jakiej racji te późne godziny? Oczywiście obaj żyli według czasu letniego, gdy reszta Tilling stanowczo odmówiła (prócz konieczności podróżowania pociągiem) przestawiania zegarków tylko dlatego, że pan Lloyd George im kazał; ale nawet biorąc to pod uwagę… potem zauważyła, że czas letni nastał później niż kiedykolwiek wcześniej, więc i to nie było wytłumaczeniem.
Panna Mapp miała umysł niezdolny do uwierzenia w to, co nieprawdopodobne, a obecne wyjaśnienia tych późnych godzin były w istocie bardzo nieprawdopodobne. Major Flint często rzucał w świat uwagi, że redaguje swoje dzienniki, a jedyny spokojny czas, jaki mógł wygospodarować w przyjemnym wirze życia w Tilling to ten, kiedy spędzał samotne wieczory w domu. Kapitan Puffin z kolei przyznał się do naukowej ciekawości co do starożytnej historii Tilling, o której przygotowywał monografię. Jeśli tylko mu pozwolono, mógł przez godzinę opowiadać o odebraniu morzu podmokłych terenów ma południe od miasta i starej rzymskiej drodze zbudowanej na podwyższonej grobli, której ślady można jeszcze odnaleźć, lecz to, że prowadzili swoje studia do tak późnych godzin (zwłaszcza przy obecnych cenach gazu) świadczyło, jak uważała panna Mapp, o bezprecedensowym egoizmie ze strony majora Flinta i równie bezprecedensowej miłości do starożytności kapitana Puffina. Nie, panna Mapp wiedziała lepiej, ale jeszcze nie zdecydowała, co właściwie wiedziała. W myślach odrzuciła ideę, że ten egoizm (nawet w obecnej dobie dzienników i autobiografii) i starożytności wymagają tylu badań z tą samą zdrową nietolerancją, jaką silny żołądek odrzuca niezdrowe jedzenie i nie pozwala sobie na ryzyko zatrucia gdyby je zatrzymał. Ale podnosząc przy śniadaniu do oczu lekką aluminiową lornetkę operową żeby upewnić się, że to Isabel Poppit wchodzi tym wysokim, podrygującym krokiem do sklepu papierniczego na High Street, powtórzyła sobie po raz trzysta sześćdziesiąty piąty: „To jakieś dziwactwo;” bo minął właśnie dokładnie rok od kiedy po raz pierwszy ujrzała o północy te tajemnicze kwadraty oświetlonych żaluzji. Faktem było, że słowo „dziwactwo” stale i na krótko pojawiało się w słowniku panny Mapp, choć nie zdarzało się, by przez cały rok dotyczyło jednego tematu. Ale jeszcze nigdy „dziwactwo” nie zmąciło wody jej czystej, nieskażonej angielszczyzny.
Na ulicy zaczął się ruch; pani Plaistow z wiklinowym koszem w dłoni wyszła zza rogu kościoła w stronę okna panny Mapp, a że aktualnie panował między nimi chłód (poprzedzony ogniem gwałtownej kłótni) z powodu kilku motków amarantowej włóczki, którą zapominalski subiekt sprzedał pani Plaistow, choć wcześniej obiecał zarezerwować ją dla panny Mapp… ale wielkoduszność panny Mapp gardziła wspomnieniem brzydkich detali tego ohydnego zawłaszczenia. Ogień już nieco ostygł i ze swej strony panna Mapp była gotowa na ogrzanie obecnego chłodu do zwykłej temperatury serdeczności kiedy tylko pani Plaistow odda włóczkę. Oficjalnie i pozornie wznowiono przyjacielskie stosunki a jako że obecny chłód trwał od dobrych sześciu tygodni, to włóczka najpewniej została już wkomponowana w ozdobny brzeg swetra lub zimowy szal pani Plaistow i za przeprosiny musiały wystarczyć wyrazy żalu. Tak więc im bardziej pani Palistow się zbliżała, tym bardziej niewidzialna stawała się dla oczu panny Mapp, a kiedy znalazła się w zasięgu pozdrowienia, zniknęła zupełnie. Jednocześnie ze sklepu papierniczego na High Street wyszła panna Poppit.
Pani Plaistow skręciła za róg pod oknem panny Mapp i poszła podrygując w dół stromego zbocza. Szła ruchem tych mechanicznych lalek, które sprzedają na ulicach, które mają trzy nogi ustawione jak kółko zębate, więc ich stopa wyłania się spod spódnicy z holenderską i sztywną regularnością, a jej figura miała pewną przysadzistą okrągłość, która pasowała do chodu. Przechodząc zajrzała przelotnie w okno jadalni kapitana Puffina i z charakterystyczną dla niej niewczesną młodzieńczością pomachała mu drobną pulchną dłonią. Na rogu za domem majora Flinta zawahała się przez chwilę i skręciła w uliczkę, w której mieszkał pan Wyse. Mieszkał tam też dentysta, a jako że pan Wyse przebywał obecnie na kontynencie, pani Plaistow z niemal stuprocentową pewnością odwiedzała tego drugiego. Pannie Mapp szybko przemknęło przez pamięć, że na wczorajszym brydżu u pani Bartlett pani Plaistow wybierała do jedzenia wyłącznie miękkie czekoladki, zamiast tych nadziewanych nugatem i migdałami. To dodatkowo świadczyło o dentyście, bo w normalnych warunkach nie uświadczyłeś czekoladki nugatowej kiedy Godiva Plaistow przebywała w pokoju dłużej niż minutę lub dwie… Kiedy przekraczała wąską brukowaną ulicę z kępkami trawy rosnącymi bujnie między okrągłymi kamykami, potknęła się i odzyskała równowagę ruszając szybko do przodu, a jej jak osadzone na zębatce stopy migały z szybkością łapek drozda biegnącego po trawniku.
W tym czasie Isabel Poppit doszła do sklepu rybnego trzy budynki poniżej zakrętu za którym zniknęła pani Plaistow. Jej podskoki zatrzymały się na chwilę i czekała z jednym kolanem wysoko uniesionym jak posąg przechylonego konia nim w końcu zdecydowała się znowu ruszyć. Ale doszła nie dalej niż do warzywniaka obok i jednym krokiem, z rzymskim nosem zadartym w górę, pokonała trzy stopnie wznoszące go nad ulicę. Teraz już wyszła, ale bez jednoznacznej okrągłości melona wystającej z koszyka, tak, że panna Mapp dokładnie widziała, co kupiła - i wróciła do sklepu rybnego. Z pewnością nie kładłaby ryby na owocach i kiedy żywa inteligencja panny Mapp odrzuciła tę myśl, szybko wpadła na właściwe rozwiązanie. „Lód” powiedziała sobie i rzeczywiście, gdy panna Poppit wyszła z rybnego, z jej koszyka wystawał nieregularny ostrosłup już owinięty mokrym papierem.
Panna Poppit wyszła na ulicę, a panna Mapp znów podniosła swą ilustrowaną gazetę z odrażającym zdjęciem nimf z Brighton zwróconych w stronę okna. Zerkając znad niej zauważyła, że koszyk panny Poppit ewidentnie ocieka świeżą krwią i już wiedziała, że ta kupiła czerwone porzeczki. W połączeniu z lodem dały one całkowite potwierdzenie podejrzeń. Kupiła czerwone porzeczki lekko przejrzałe (bo inaczej nie zaczęłyby tak szybko broczyć sokiem) żeby zrobić z nich foola, mrożony deser porzeczkowy z bitą śmietaną, którym tak hojnie raczyła się na ostatnim brydżu u panny Mapp. Była to bardzo niegodna sztuczka, bo porzeczkowy fool był wynalazkiem panny Mapp, która, kiedy go chwalono, powiedziała, że receptę odziedziczyła po babci. Ale panna Poppit ewidentnie rzuciła wyzwanie babci Mapp i zapewne pomyślała, że ten całkiem pośledni owoc – owoc plebejski – po zamrożeniu będzie nie do wykrycia. Panna Mapp mogła tylko mieć nadzieję, że owoce w koszyku przesuwającym się w podrygach przed jej oknem są na tyle „plebejskie,” że zaczęły fermentować. Sfermentowany deser porzeczkowy był okropny w smaku, a jeśli mimo wszystko się go zjadło – tragiczny w skutkach. Może taka zbiorowa nauczka będzie potrzebna by dać pannie Poppit lekcję nie wkraczania na teren przetworów babci Mapp.

c.d.n
(tłum. Trzykrotka)
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 20 Mar, 2025 13:37   

O jeżu kolczasty, jakie to cudne :serce: :serce: :serce: Trzykrotko - jesteś absolutnie boska, że to odkryłaś i zechciałaś przetłumaczyć :serduszkate: :przytul: :kwiatki_wyciaga:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 20 Mar, 2025 19:33   

Gdyby mi u przyjaciółki Podbój Londynu nie wpadł w ręce... :oklaski: I chwała za Project Gutenberg i nieograniczony dostęp online do książek, do których prawda autorskie już wygasły :oklaski:

Lecimy, bo afera z Poppitkami i porzeczkowym foolem już się powoli rysuje na horyzoncie.

Isabel Poppit mieszkała z błyskotliwą i troskliwą matką za rogiem domu ogrodnika, naprzeciwko zachodniej ściany kościoła. Obie były stosunkowo nowymi nabytkami w społeczności Tilling, bo osiedliły się tu jakieś trzy lata temu, a Tilling nadal nie przestało traktować ich nieco podejrzliwie. Podejrzenia te nadal się tliły, choć już nie płonęły żywym ogniem.
Były z całą pewnością bogate, a panna Mapp podejrzewała je o spekulacje. Miały lokaja, którego obie bardzo szanowały i który niemal zauważalnie wzruszał ramionami, gdy panna Poppit wydawała mu polecenie: miały samochód, o którym pani Poppit wspominała o wiele częściej niż byłoby to naturalne, gdyby były przyzwyczajone, że mają go od zawsze i każdej zimy jeździły na miesiąc do Szwajcarii, a każdego lata do Szkocji na „sezon strzelecki,” jak przebrzydle określała to pani Poppit. Wszystko to było podejrzane i choć Isabel dopasowała się do stylu Tilling wychodząc codziennie na zakupy z wiklinowym koszem i kupując przejrzałe owoce na deser ze śmietaną i ubierając się w ubrania „uszyłam to sama” znamionujące dobre wychowanie i niskie dochody, panna Mapp ze smutkiem stwierdzała, że obyczaje te nie wynikały z czystej i instynktownej prostoty, lecz z ambicji bycia uznanymi przez stare rody z Tilling za swoje. Ale co prawdziwy Tillingnianin miał wspólnego z lokajem i samochodem? A jeśli to nie było jeszcze wystarczającym powodem do powzięcia poważnych wątpliwości co do szczerości mieszkanek „Ye Smalle House,” to w pamięci panny Mapp trwała żywo nienaruszona przez lata które od niej upłynęły, chwila, kiedy to pani Poppit przerwała ciszę po aż za wystawnym lunchu pytając panią Plaistow, czy nie uważa, że wyższy próg podatkowy jest za dużym obciążeniem dla „naszych malutkich dochodów…” Panna Mapp wciągnęła powietrze tak gwałtownie, jak w paroksyzmie bólu i po kilku głębszych oddechach wróciła do rozmowy… Ale najgorszym, bo całkiem świeżym wydarzeniem, było przyznanie pani Poppit godności M.B.E, odznaczenia Orderem Imperium Brytyjskiego które ona umieściła na swoich kartach wizytowych, jakby chcąc, żeby wszyscy wiedzieli o tym skandalu. Jej usługi oddane szpitalowi w Tilling ograniczały się do przekazania mu do dyspozycji samochodu kiedy sama go nie potrzebowała, a żadnej z członkiń Towarzystwa Pracującego z Tilling, które palce sobie urobiły produkując dość siedmio warstwowych bandaży by wyścielić nimi drogę do Księżyca, nie zaproponowano podobnego odznaczenia. Gdyby ktokolwiek to zrobił, wiedziałaby jak postąpić: ostry list do premiera oznajmiający, że nie pracowała w nadziei na dystynkcje, ale z czystego patriotyzmu, byłby na pewno odpowiedzią panny Mapp. Właściwie to naszkicowała już wstępną wersję takiego listu kiedy pojawiło się nazwisko pani Poppit i z pilnie przeglądała listy odznaczonych, kolumna po kolumnie, by się upewnić, że ona, pomysłodawczyni Towarzystwa Pracującego z Tilling nie stała się ofiarą podobnej obrazy.
Pani Poppit zależało na awansie towarzyskim, ot co, a panna Mapp czuła się w obowiązku przyznać, że była w tym bardzo skuteczna. Lokaj i samochód (tak często do dyspozycji przyjaciół pani Poppit), nieustające herbatki i podwieczorki zrobiły swoje: zmusiła Tilling do uległości raczej przekarmiając je niż zagładzając i panna Mapp miała poczucie, że ona jedna podtrzymuje godność starych rodów. Właściwie to była jedynym starym rodem (i w dodatku starą panną), która nie uległa paniom Poppit. Oczywiście swej zawziętości nie posunęła, by tak rzec, do granic strajku głodowego, bo byłoby to zachowaniem skrajnym, godnym jedynie sufrażystek i korzystała z gościnności pań Poppit w największej rozciągłości, ale (i tutaj wkraczały jej pryncypia) nigdy nie odwzajemniła gościnności Członkini Imperium Brytyjskiego, choć czasami zapraszała samą Isabel do domu i znęcała się nad nią słownie przy każdej możliwej okazji…
Ta zjadliwa retrospekcja szybko i gładko przepłynęła przez głowę panny Mapp, ani na moment nie osłabiając przenikliwości, z jaką śledziła ona falę porannych spraw, która po mrokach nocy znów teraz płynęła, ani nie powstrzymała jej, zaledwie w kilka minut po zniknięciu Isabel za rogiem, przed wyłapaniem nikłego dźwięku telefonu we własnym domu. Na ten dźwięk zerwała się na równe nogi, ale zatrzymała się przy drzwiach. Ostatnio zaczęła podejrzewać służbę o korzystanie z jej telefonu: była pewna (choć nie miała na to żadnego dowodu), że i kucharka i pokojówka używają go do własnych celów na jej koszt i że ich przyjaciółki dzwonią do nich na jej numer. A może – kto wie? – najgorsza była jej pokojówka, bo wykazywała w stosunku do tego instrumentu zadziwiającą wręcz głupotę, udając, że ani nie potrafi przez niego mówić, ani nic nie rozumie przez trzaski w słuchawce. Wszystko to mogła wymyślić żeby odsunąć od siebie podejrzenia, więc panna Mapp zatrzymała się przy drzwiach by pozwolić delikwentce zagłębić się w rozmowie z przyjaciółką: powolne i ciche zakradnięcie się w stronę pokoju zwanego porannym (małe pomieszczenie wychodzące na hall i używane głównie do przechowywania kapeluszy i płaszczy i parasoli) umożliwi jej schwytanie jednej z nich na gorącym uczynku, a przynajmniej podsłuchanie choć kawałka rozmowy, który będzie równie dobrym bezpośrednim dowodem winy.
Doszła nie dalej niż do drzwi domu od strony ogrodu gdy pokazała się w nich Withers, jej pokojówka. Panna Mapp na jej widok zaczęła się uśmiechać i nucić jakąś melodię. Potem uśmiech się poszerzył, a melodia ustała.
– Tak, Withers? – powiedziała. – Szukałaś mnie?
– Tak, proszę pani – powiedziała Withers. – Panna Poppit do pani dzwoniła….
Panna Mapp przybrała zdziwiony wyraz twarzy.
– I pomyśleć, że nie słyszałam dzwonka – powiedziała. – Chyba zaczynam głuchnąć na starość, Withers. Czego chce panna Poppit?
– Ma nadzieję, że jest pani wolna dziś po południu i że wpadnie pani na herbatę i brydża. Oczekuję kilkorga przyjaciół za kwadrans czwarta.
Fala ponurego światła zalała umysł panny Mapp. Spodziewanie się, że wpadnie kilku przyjaciół było regularnym sposobem zaproszenia na przyjęcie osoby, którą pominięto wcześniej, a panna Mapp wiedziała z całą pewnością, jakby w natchnieniu, że jeśli przyjdzie, to okaże się, że czeka na nią ósme miejsce przy dwóch stolikach do brydża. Kiedy lokaj otworzy drzwi, bez wątpienia będzie miał w ręku połówkę kartki papieru z wypisanymi nazwiskami oczekiwanych przyjaciół, a jeśli nazwiska pukającej do drzwi na niej nie będzie, powie jej bezczelnie prosto w oczy, że ani pani ani panny Poppit nie ma w domu, a zanim osłupiała odwiedzająca zdąży się odwrócić, wpuści do środka innego gościa, uwiecznionego na wspomnianej kartce… A więc panie Poppit urządzały przyjęcie brydżowe, do którego dokooptowano ją w ostatniej chwili, ewidentnie dla zapchania dziury po jakimś innym gościu, który zachorował na grypę, ciotka mu umarła, czy musiał pilnie pojechać do Londynu: proszę, oto było wyjaśnienie zagadki dlaczego (jak podsłuchała wczoraj) major Flint i kapitan Puffin planowali dziś rozegrać tylko jedną partię golfa i wrócić tramwajem o 2:20. I co po szukać dalszych wyjaśnień dla bloku lodu i czerwonych porzeczek (zapewne sfermentowanych), przy których kupowaniu widziała Isabel? I każdy mógł się domyślić (przynajmniej panna Mapp mogła), po co wcześniej poszła do papierniczego. Po komplet kart.
Nad tym, kim był zaproszony przyjaciel, który zawiódł panią Poppit, można było zastanowić się później: obecnie, kiedy panna Mapp uśmiechała się do Withers i znów zaczęła nucić, musiała zdecydować czy z przyjemnością przyjmie zaproszenie, czy będzie zmuszona odmówić. Argument na korzyść odmowy był oczywisty: pani Poppit zasługiwała, żeby „mieć za swoje” za nie uwzględnienie jej w gronie oryginalnie zaproszonych gości, a jeśli odmówi, to ze względu na późną porę gospodyni pewnie nie zdoła złowić nikogo innego i jeden ze stolików pójdzie na zmarnowanie. Na korzyść przyjęcia zaproszenia przemawiał fakt, że dostałaby dobrego roberka i dobrą herbatę i mogłaby powiedzieć coś niemiłego o deserze z czerwonej porzeczki, co da nauczkę pannie Poppit za próbę przywłaszczenia sobie potraw jej przodkiń…
Przyszedł jej do głowy jasny, szczęśliwy, diaboliczny pomysł; podeszła do telefonu i delikatnie przetarła miejsce, w które zapewne chuchała Withers.
– Jak to miło z twojej strony, Isabel – powiedziała – ale jestem dziś bardzo zajęta, a ty nie zaprosiłaś mnie ze zbyt dużym wyprzedzeniem, prawda? Postaram się sprawdzić, czy dziś mogę, dobrze? Może jakoś uda mi się ciebie wcisnąć.
Nastąpiła pauza i panna Mapp wiedziała, że zapędziła Isabel w kozi róg. Jeśli spróbuje ona sobie załatwić kogoś innego, panna Mapp może przekonać się, że da radę „wcisnąć” i gości będzie dziewięcioro. Jeśli nikogo nie zdobędzie, a panna Mapp nie wciśnie, to będzie siedmioro… Isabel będzie sobie łamać głowę przez resztę dnia.
– Ach, proszę mnie wcisnąć – powiedziała tym koszmarnym proszącym tonem, który z niewiadomych przyczyn major Flint uznał za bardzo atrakcyjny. Był to jeden z jego minusów, a było jeszcze wiele, wiele innych. Ale ten należał do tych, które panna Mapp uznała za trudne do zniesienia.
– Jeśli tylko dam radę – powiedziała panna Mapp. – Ale z tak małym wyprzedzeniem… Do widzenia moja droga, albo – miejmy nadzieję - tylko au reservoir.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 20 Mar, 2025 20:41   

au reservoir :serce: :serduszkate: kupuję natychmiast :rotfl: :rotfl: :rotfl: tu się zapowiadają jeszcze lepsze atrakcje niż w Riseholme :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 21 Mar, 2025 23:37   

Tamara napisał/a:
tu się zapowiadają jeszcze lepsze atrakcje niż w Riseholme :excited: :excited: :excited:

Prawda? :rotfl: Oni tam są o wiele bardziej przyziemni niż w Riseholme, grają w brydża i kłócą się o groszowe wygrane, ale te ich wojenki... samo sedno życia - serio, zakochać się można, łącznie z au reservoir :rotfl:

Nim odłożyła słuchawkę, usłyszała uprzejmy śmiech Isabel na dźwięk tego nowego i pysznego malapropu1. Isabel zbierała malapropy i zapisywała je w notatniku. Gdy ktoś odwrócił notatnik i zaczął od drugiego końca, znalazłby kolekcję spooneryzmów2, które też były bardzo zajmujące.
Herbatka po której następował brydż była latem główną manifestacją ducha gościnności w Tilling. Pani Poppit, to prawda, próbowała urządzać coś na kształt proszonych kolacji, ale choć wolno było jej dawać tyle kolacji, ile tylko chciała, nikt nie poszedł za jej ostentacyjnym przykładem. Proszone kolacje były oznaką wyższego poziomu życia; panna Mapp chociażby przeliczyła starannie koszt goszczenia trzech głodnych osób na kolacji i uznała, że jedno takie przyjęcie ani w części nie zostanie zrekompensowane przez równoczesne otrzymanie zaproszeń na podobne przyjęcia do owych gości. Obfite podwieczorki przy herbacie były regułą, po której nie chciało się naprawdę już niczego więcej prócz jakiegoś kęska: miseczki zupy, kawałka zimnej tarty lub kawalątka ryby i tosta z serem. Następnie, po emocjach brydża (a brydż w Tilling budził wielkie emocje) jakaś układanka czy pasjans studziły głowy i uspokajały nerwy. Jednak zimą, gdy brakowało światła dziennego, w Tilling urządzano powszechnie wieczorne przyjęcie brydżowe i zapraszano wymaganą liczbę przyjaciół, żeby wpadli po kolacji, choć wszyscy wiedzieli, że każdy przekąszał tylko małe co nieco. Zapewne ich wyprawianie miało coś wspólnego z horrendalnymi cenami węgla, bo ogień, którym ogrzewałeś pokój gdy siedziałeś sam mógł równie dobrze ogrzać i twoich gości, a potem, gdy zapraszano cię z rewizytą, mogłeś wygasić swój kominek. Ale panna Mapp, choć planowała coś w rodzaju zimowego brydża, stwierdzała, że do zimy było jeszcze bardzo daleko…
Nim panna Mapp wróciła do okna w pokoju ogrodowym, wielki i ostentacyjny samochód pani Poppit, o którym mówiła zawsze „Royce” wyjechał zza rogu i zatrzymując się przed domem majora Flinta, zasłonił całkowicie pole do obserwacji na swoim tyle. Było jasne, że właścicielka wysłała Royce’a żeby zabrał obu panów na pole golfowe, żeby mieli czas rozegrać rundę i złapali tramwaj o 14:20 do Tilling i byli na czas z przygotowaniami do przyjęcia. Akurat gdy wyjrzała, major Flint wyszedł ze swojego domu po jednej stronie Royce’a a kapitan Puffin ze swojego po drugiej. Royce zasłaniał im widok na siebie i jednocześnie każdy z nich krzyknął w stronę domu drugiego. Kapitan Puffin wyemitował głośne „Coo-ee, majorze!” (okrzyk australijski, którego nauczył się podczas podróży), a major wrzasnął „Qui-hi, kapitanie!,” co, jak cały świat wiedział, miało orientalne źródła. Hałas, którego narobili, uniemożliwiał im usłyszenie siebie nawzajem, więc jeden z wściekłą furią ruszył do biegu okrążając samochód od przodu, a w tym samym momencie drugi ruszył od tyłu i obaj załomotali w kołatki sąsiada. Pukania nie były aż tak równoczesne jak okrzyki, co doprowadziło do wzajemnego odkrycia, okraszonego salwami śmiechu na wysokiej nucie ze strony kapitana Puffina i bardziej męskiego rechotu majora… Potem Royce zjechał po przerastanym trawą bruku ulicy i po dłuższym cofaniu udało mu się skręcić za róg.
Panna Mapp wyszła z domu ze swoim koszem po zakupy. Niosła w nim księgi tygodniowych rachunków, które miała zostawić, z zapłatą choć nie bez kłótni, w poszczególnych sklepach. Był tam rachunek za łój, o który zamierzała walczyć do ostatniego tchu, choć jej rzeźnik pewnie poddałby się dużo wcześniej. Był rachunek z mleczarni za jajka, który pewnie będzie musiała zapłacić, choć był dramatycznie wysoki. Podjęła decyzję co do prania – postanowiła zapłacić ten rachunek z lodowatą miną i powiedzieć „Do widzenia na zawsze,” lub coś w tym stylu, chyba że właścicielka natychmiast przyniesie jej…. no, sztukę garderoby, która zaginęła w praniu (jak skarby króla Jana) lub zwróci z nawiązką cenę jej zakupu. Wszystkie te uciążliwe czynności były jak manna z nieba dla panny Mapp: każdy wtorkowy poranek, dzień w którym płaciła rachunki z tygodnia i wykłócała się o każdy był równie przyjemny jak niedzielny poranek, kiedy to, siedząc tuż przy ambonie, wyłapywała rażące niespójności i błędy gramatyczne w kazaniu.
Kiedy rachunki zostały opłacone i interesy załatwione, można było oddać się przyjemności, gdyż miała wizytę u krawcowej; przymiarka koktajlowej sukni do noszenia na herbatkach podczas zimowych wieczorów brydżowych, takiej, która – jeśli panna Mapp nie pomyliła się w osądach – zdumieje i doprowadzi do spazmów zazdrości swą wspaniałością każdą, której oko na niej spocznie. Opis tej kreacji, noszonej przez panią Tytusową W. Trout znalazła w amerykańskim magazynie mody; opisano ją jako toaletę w kolorze błękitu zimorodka, z guzikami i klinami koronki na spódnicy oraz pomarańczowym szyfonem wokół szyi. Kiedy szła ze swoim koszem pełnym ksiąg sprzedawców, wyobraziła sobie z dreszczem szczęścia burzę furii, zazdrości, szaleństwo zawiści, jakie suknia wzbudzi w każdej prawidłowo uformowanej piersi.
Mimo, że obdarzona nienasyconą ciekawością, chorobliwą podejrzliwością w stosunku do wszystkich przyjaciół, mimo jej niestrudzonej aktywności, panna Mapp nie była, jak można by się spodziewać, damą o szczupłej sylwetce i wychudzonej twarzy. Była wysoka i tęga, z pulchnymi rękami, szeroką, dobroduszną twarzą dołeczkami w okrągłych policzkach. Wnikliwy obserwator mógłby wyczuć niebezpieczeństwo czające się w ukośnych spojrzeniach jej raczej wyłupiastych oczu i w pewnym napięciu w kącikach wydatnych ust źle wróżącym każdemu, kto zbliży się na odległość kłapnięcia, ale przy bardziej powierzchownej obserwacji jawiła się jako kobieta pogodna i dobrego charakteru. Jej sposób bycia też mógł prowadzić do nieporozumień: nic na przykład nie mogło brzmieć bardziej przyjaźnie niż jej głos gdy rozmawiała przez telefon z Isabel Poppit, czy jej uśmiech w stronę Whithers, podczas gdy tak mocno podejrzewała ją o korzystanie z telefonu do własnych nędznych celów, a idąc High Street obdarzała znajomych i przyjaciół uśmiechami i lekkimi ukłonami. Mówiąc wyraźnie rozciągała wargi, nie wstydząc się długich, białych zębów, a kiedy czuła choć najmniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś na nią patrzy, uśmiech praktycznie nie schodził z jej twarzy. Choć w czasie niedzielnego kazania, jak już było powiedziane, chciwie wyłapywała wszelkie słabości i pomyłki, dzięki którym te dwadzieścia minut były tak satysfakcjonujące, to siedziała przez cały czas ze spuszczonym wzrokiem i świątobliwym uśmiechem na ustach, a teraz, gdy po drugiej stronie ulicy wypatrzyła postać proboszcza, kopnęła się ku niemu na ukos przez ulicę ruchem niemal konika szachowego, rozglądając się wszędzie indziej i zauważając go w ostatniej chwili z radosnym niedowierzaniem.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 22 Mar, 2025 20:34   

Poznajmy proboszcza z Tilling oraz ekscentryczną pannę Coles, malarkę.

Był wytrwałym bywalcem przyjęć brydżowych i - poza Wielkim Postem - ochoczym graczem, gdyż, jak zauważał, obowiązki duchownego nie ograniczają się do odwiedzania ubogich i napominania grzeszników. Powinien być człowiekiem światowym i łączyć się z zamożnymi parafianami zarówno w przyjemnościach, jak i w ciężkich próbach. Będąc świetnym graczem, wchodził nie tylko w przyjemności, ale i w kieszenie parafian i nie było w Tilling damy, która nie byłaby zadowolona mając pana Bartletta za partnera. Jego wygrane, jak twierdził, wpłacał corocznie na cele dobroczynne, ale panna Mapp już osądziła, czy te wybrane organizacje charytatywne cele nie zaczynają się przypadkiem w jego domu. „Biedni nie zobaczą z tego ani pensa,” taki był sens jej rozmyślań, gdy w gorsze dni płaciła mu siedem szylingów i dziewięć pensów. Zawsze nazywała go „padre” i nigdy nie przyłapała na tym, żeby patrzył przeciwnikom na ręce.
– Dzień dobry, padre! – powiedziała gdy tylko go spostrzegła. – Jaki piękny dzień! Białe motyle pląsają w słońcu w moim ogrodzie. I jaskółki…!
Panna Mapp, jak każdy czytelnik już zauważył, chciała dowiedzieć się, czy przychodzi on dziś na brydża do pań Poppit. Major Flint i kapitan Puffin będą z całą pewnością, można też było przyjąć za pewnik, że Godiva Plaistow też. Z paniami Poppit i nią dawało to sześć osób…
Pan Bartlett zabawnie stylizował swoją mowę. Przeplatał archaizmy szkockimi wyrażeniami, a jego twarz była sękata jak komoda.
– Ha, witajże nadobna damo - powiedział. – Tyś sama dziś jak ten motylek.
– Och, panie Bartlett - powiedziała nadobna dama z prowokującym spojrzeniem, -Niegrzeczny! Mnie porównywać z pysznym motylkiem?
– A skądże mi to? Niegrzeczny? – odpowiedział – Wszak w taki dzionek aż prosi się, by radość ludziom nieść! Ha! Widzę, że załatwiasz pani sprawunki jak każda dzielna niewiasta.
I pokazał na jej koszyk.
– Tak, wtorek rano. – rzekła panna Mapp. – We wtorki płacę moje domowe rachunki. Biedna ale honorowa, padre. A pan, widzę, pilny jak pszczółka!
– Pszczółka? Wół roboczy, ot co! Ano, dziś pracuję jak ten wół, mistress Mapp. Kazanie o zaraniu, próba chóru o trzeciej, o szóstej chrzest. Ani chwili na przechadzkę, że już o partyjce golfa nie wspomnę.
Panna Mapp dostrzegła uchyloną furtkę w rozmowie i natychmiast z niej skorzystała.
– Och, ale powinien pan regularnie zażywać ruchu, padre – powiedziała. – W ogóle nie dba pan o siebie. Po próbie chóru a przed chrztem proszę pójść na szybką przechadzkę. Niech pan to zrobi dla mnie!
– Tak, tak to sobie kombinowałem – odpowiedział. – Ale zaś ta dobra niewiasta, pani Poppit, nakłoniła, żebyśmy ręki dołożyli do kart, połowica i ja. Rzeknij pani słówko, spotkamy się tam?
(Czyli beze mnie będzie siedem osób – pomyślała panna Mapp na stronie) Głośno odrzekła:
– Jeśli tylko zdołam wcisnąć, padre. Obiecałam drogiej Isabel, że zrobię co mogę.
– No wszak dzierlatka więcej nie poradzi – odpowiedział. – To au reservoir.
Panna Mapp poczuła zadowolenie pomieszane z irytacją słysząc, jak padre zgrabnie wykorzystał żarcik jej autorstwa. To ona sprowadziła go do Tilling i uważała, że to ona miała prawo dodawać go na koniec każdej rozmowy, jeśli tylko chciała (a czasami chciała). Z drugiej strony miło było widzieć, jak popularne stało się to słówko. Usłyszała je w zeszłym miesiącu kiedy odwiedzała przyjaciółkę w słodkiej i wytwornej wiosce Riseholme. Tam raczej nim pogardzano jako mało intelektualnym. Ale zaledwie w tydzień po powrocie panny Mapp całe Tilling nim rozbrzmiewało i panowało ogólne przekonanie, że to ona była jego autorką.
Godiva Plaistow śmigała chodnikiem, niska, krępa, zdyszana osóbka, która mogła, jak sądziła panna Mapp, poczynać sobie w pełni według imienia, które nadano jej na chrzcie, nie wywołując najmniejszej iskierki zainteresowania żadnego lubieżnika. (Panna Mapp miała podobną figurę, ale jej wzrost, jak sobie z wielkim zadowoleniem wyobrażała, przemieniał tuszę w majestatyczność). Szybkie przesuwanie się stóp, wyglądających jak obute w holenderskie chodaki, sprawiało wrażenie, że pani Plaistow posuwa się z oszałamiającą szybkością, lecz jej stopy mogły przestać „obracać się” bez ostrzeżenie i stanąć w miejscu w jednej chwili. Właśnie gdy kolizja z panną Mapp wydała się nieunikniona, stanęła jak wryta.
Dobrze było się upewnić, czy wybiera się ona do pań Poppit, więc panna Mapp postanowiła wybaczyć i zapomnieć o najgorszym, póki się nie dowie. Nie mogła nigdy przemóc braku delikatności w imieniu „Godiva,” bez względu na figurę czy wiek pani Plaistow, ale zawsze zwracała się do niej per „Diva” z najwyższą sympatią, pod warunkiem, że się akurat nie kłóciły.
– Co za piękny poranek, kochana Divo – powiedziała i – widząc, że pan Bartlett nadal jest w zasięgu głosu dodała – Białe motyle pląsają w słońcu w moim ogrodzie. I jaskółki.
Godiva miała telegraficzny styl wypowiedzi.
– Szczęśliwe ptaki – powiedziała. – Żadnych zębów. Dzioby.
Panna Mapp przypomniała sobie wejście za róg domu dentysty pół godziny temu i własne stanowcze wnioski co do problemu.
– Ból zęba, kochana? – powiedziała. – Współczuję.
– Mądrości – powiedziała Godiva. – Rwanie o pierwszej, ze znieczuleniem. Gotowa na brydża po południu. Grasz? Poppit.
– Jeśli jakoś wcisnę – powiedziała panna Mapp. – Tyle mam dziś zajęć.
Diva przyłożyła dłoń do twarzy, jakby „mądrość” ukłuła ją strasznym bólem. Oczywiście nie wierzyła w żadne zajęcia, ale ból znieczulił ją na cokolwiek poza nim.
– To do zobaczenia. – powiedziała. – Wciśniesz na pewno. Au….
Tego już było za wiele i panna Mapp przerwała jej brutalnie.
Au reservoir, Divo kochana – odpowiedziała ostrym tonem, a stopy Divy znów zaczęły się obracać.
A więc problem przyjęcia brydżowego był ewidentnie rozwiązany. Dwie panie Poppit, dwoje Bartlettów, major i kapitan, kochana Diva i ona sama to było osiem osób, a panna Mapp z nagłym nawrotem oburzenia na Isabel z powodu foola z czerwonych porzeczek i zaproszenia w ostatniej chwili postanowiła, że nie zdoła „wcisnąć” uszczuplając towarzystwo o jedną osobę. Już nawet pominąwszy sprawę koktajlu, dobrze tak tym Poppitkom, że nie zaprosiły jej w pierwszym rzędzie, tylko dopiero kiedy – co teraz stawało się całkowicie jasne – zawiódł je ktoś inny. Ale kiedy tylko wyszła od rzeźnika odniósłszy całkowite zwycięstwo odnośnie łoju i nie musząc nawet wydawać przy tym ostatniego tchu, ani nic w tym stylu, cała pozornie solidna konstrukcja zawaliła się w jednej chwili. Wychodząc bowiem zarumieniona od tryumfu, zostawiając rzeźnika zdumionego poleceniem, by swoje sztuczki stosował na innych naiwniakach, ale nie na pannie Mapp, wpadła wprost na hańbę Tilling i własnej płci, sufrażystkę, postimpresjonistyczną malarkę (malującą akty, zarówno męskie jak damskie), socjalistkę i germanofilkę w jednym. Pomimo tych okropnych przymiotów, panna Mapp na próżno usiłowała zatruć zbiorową opinię Tilling na temat tej Kreatury. Jeśli w ogóle kogoś nienawidziła, a niewątpliwie tak było, to nienawidziła Irene Coles. Najbardziej gorzkim elementem tej sprawy był fakt, że jeśli ktokolwiek bawił pannę Coles, a niewątpliwie tak było, to bawiła ją panna Mapp.
Panna Coles spacerowała po Tilling w stroju, do którego generalnie przywykło Tilling, ale panna Mapp nigdy. Nosiła stary kapelusz z szerokim rondem, wysoki kołnierz i halsztuk, duży luźny płaszcz, pumpy i szare pończochy. W kąciku jej ust tkwił papieros i kołysała trzymanym w dłoni jak najbardziej ortodoksyjnym wiklinowym koszem. Z pewnością była u innego sprzedawcy ryb, na drugim końcu High Street, bo homar, ożywiony zapewne z bryły lodu przez słońce, którym cieszyły się motyle i jaskółki, wspinał się na brzeg kosza wywijając szczypcami i odnóżami.
Irene wyjęła papierosa z ust i cisnęła go do rynsztoka gestem, który zwykle kojarzy się z podłogą w wagonach trzeciej klasy dla palących. Potem jej ładna, chłopięca twarz, tym bardziej chłopięca, że Irene nosiła krótko przycięte włosy, rozjaśniła się szerokim uśmiechem.
– Czołem, Mapp – powiedziała. – Oddawałaś handlarzom co się im należy w ten wtorkowy poranek?
Pannie Mapp trudno było znieść tę skrajnie niegrzeczną formę zwracania się do niej bez ataku wściekłości. Irene mówiła na nią po prostu „Mapp,” bo tak jej się podobało, a Mapp (jeszcze bardziej rozgoryczona) czuła że rozsądniej będzie nie prowokować Coles. Miała okropny, żartobliwy sposób wypowiadania się, nieprzyzwoicie wręcz lekceważyła opinię publiczną czy prywatną a jej dar naśladowania był równie odrażający jak opinia o Niemcach. Czasami panna Mapp nazywała ją „dziwaczną Irene,” co nie przeszkadzało tamtej w represjach.
– Och, ty słodka istoto – powiedziała. – Skarbeczek!
Irene w jakiś upiorny sposób wydawała się to zauważać. Czemu mężczyźni tacy jak kapitan Puffin i major Flint uważali Irene za „zabójczo apetyczną” przekraczało wszystko, co panna Mapp mogła czy chciała pojąć.
Dziwaczna Irene spojrzała na swój koszyk.
– A co to, mój lunch próbuje się wspiąć na burtę, jak te bestyje, brytyjscy wojacy – powiedziała. – Wracaj, kochaneczku.
Panna Mapp nie umiała zdecydować, czy „kochaneczek” był sarkastycznym echem „skarbeczka.” Całkiem możliwe.
– Och, co za kochany, mały homar – powiedziała. – Popatrz na te słodkie szczypce.
– Niedługo zrobię z nimi więcej niż tylko popatrzę – rzekła Irene, wkładając go z powrotem do koszyka. – Chodź do mnie na mały lunch, qui-hi, muszę dziś o siebie zadbać.
– Co się stało z twoją wierną Lucy? – spytała panna Mapp. Irene żyła w bardzo dziwnym związku ze swoją ogromną służącą, która, gdyby nie jej płeć, mogłaby służyć w gwardii.
– Chora. Podejrzewam szkarlatynę – powiedziała Irene. – Bardzo zaraźliwe, nie? Nie spałam całą noc i doglądałam jej.
Panna Mapp wzdrygnęła się. Nie podzielała zdecydowanych poglądów majora Flinta odnośnie mikrobów.
– Ale mam nadzieję, moja droga, że jesteś całkowicie odkażona….
– O tak, woda i mydło – powiedziała Irene. – A właśnie, poppitujesz dziś po południu?
– Jeśli zdołam wcisnąć – odparła panna Mapp.
– To się spotkamy. O---
Au reservoir – uprzedziła ją natychmiast panna Mapp.
– O nie, tylko nie ten stary suchar! – powiedziała Irene. – Ani myślałam tak powiedzieć. Chciałam powiedzieć tylko: „Och, wpadnij na lanczyk.” Ty, ja i homar. Potem tylko ty i ja. Nudno mi bez Lucy. Malowałam ją. Dobra figura, obłędne nogi. Nie chciałabyś mi popozować póki nie wyzdrowieje?
Panna Mapp pisnęła cienko i pognała do krawcowej. Po rozmowie z Irene czuła się zawsze jak poobijana i potrzebowała na gwałt błękitu zimorodka, by się wzmocnić.

Koniec rozdziału I
c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Nie 23 Mar, 2025 14:07   

Ojojojoooj, kocham Irene :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: w ogóle to jest boskie w stopniu wręcz nieprzyzwoitym :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Trzykrotko :kwiatki_wyciaga: ratujesz moje skołatane nerwy tymi książkami :serce2: :serce2: :serce2:
Już widzę błękit zimorodka z klinami z koronki i pomarańczowym woalem :excited:

I Riseholme się pojawiło, ciekawa jestem, kto był autorem au reservoire, czyżby droga Daisy :mrgreen: ?
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 23 Mar, 2025 18:20   

O tak, reservoir wygląda mi na Daisy :rotfl:

Teraz trochę gadanka o samym Tilling


Rozdział drugi

W całej Anglii nie ma miasta równie bezwstydnie malowniczego jak Tilling, ani dla miłośnika płaskich mokradeł, ani wysokich trzcinowych grobli, ani wspaniałych zachodów słońca i granic błękitnego morza na horyzoncie nie było szczęśliwszego otoczenia. Wzgórze, na którym miasto jest zbudowane, wznosi się stromo nad płaską równiną, i – ukoronowane sylwetką wspaniałego kamiennego kościoła tak dogodnie bliskiego od domu panny Mapp – składa się właściwie całe z uroczych zakątków, domków z surowego betonu i drewna i łagodnych georgiańskich frontów. Zakątki i dziwaczne detale, perełki, przebłyski, fragmenty są obsesją artystów i w rezultacie w miesiącach letnich nie tylko większość jego mieszkańców ruszała na brukowane uliczki z szkicownikami, sztalugami i przyborami malarskimi, ale co rano do miasta przybywały szarabany* z sąsiednich miejscowości załadowane pasażerami, z których wielu dołączało do mieszkańców – artystów i mógłbyś doprawdy pomyśleć (póki nie zerknąłeś na owoce ich pracy) że to jakiś nieprawdopodobny wybuch weny twórczej konkuruje z włoskim renesansem. Dla tych, którzy potrafili postawić prostą linię i poradzić sobie z zawiłościami perspektywy, były strome brukowane uliczki z ich nietuzinkową architekturą, a ci, którzy uważali się raczej za kolorystów niż rysowników technicznych mieli widok na wrzosowiska ze szczytu wzgórza. Tam, prócz jednej linii prostej wyznaczającej horyzont (a i ta często bywała zamglona) nie było żadnych nędznych konwencji w ujmowaniu perspektywy, a chętny praktyk mógł niemal od razu zanurzyć się w świecie żywych zieleni i niebiańskich błękitów, czy - o zachodzie słońca - w różowości, chrom i amaranty.
Turyści, którzy nie mieli talentów malarskich, przechadzali się między szkicującymi i szukali sklepów z wyszczerbioną porcelaną i kawałkami mosiądzu. Niewielu, o ile w ogóle ktoś, wychodziło bez słynnej skarbonki z Tilling, wykonanej na kształt ceramicznej świnki, która na plecach niosła potwierdzenie autentyczności w formie wierszyka:
Ucz się skrzętności, wrzuć do mnie szyling.
Całusa ci poślę, ja, świnka z Tilling

Jadalnię panny Mapp zdobiła długa półka pełna tych skarbonek we wszelkich kolorach. Właśnie dołączyła do nich nowa, dopiero co zakupiona, w kolorze przyjemnego różu. Mówiła o nich „moja słodka świńska tęcza” i często kiedy schodziła na śniadanie, zwłaszcza gdy Whithers była w pokoju, mówiła: „Dzień dobry, urocze świnki.” Gdy Whithers wychodziła, przeliczała je.
Róg, w którym ulica skręcała w stronę kościoła tuż pod oknem jej pokoju w ogrodzie był ulubionym miejscem rysowników. Ilość niezwykłych detali wprost oszałamiała. Do najbardziej karkołomnych należał ten rzadko podejmowany wyczyn, jakim była próba oddania widoku biegnącej w dół uliczki, która, mimo wszelkich wysiłków artystów, na obrazku wyglądała, jakby wspinała się pod górę. Następny pod względem trudności był kawałek ulicy już za zakrętem, biegnący wzdłuż domku ogrodnika do przykościelnego cmentarza i samego kościoła. Mimo stopnia trudności był to ulubiony temat malarzy, bo obejmował, po prawej stronie ulicy zaraz za murem ogrodu panny Mapp, słynny krzywy komin, malowany wciąż na nowo z wszystkich kierunków i punktów widzenia. Doświadczony artysta namalowałby go bardziej krzywym niż był w rzeczywistości, żeby nikt nie pomyślał, że ta krzywość wyszła przypadkiem. Nad tym szkicem zwykle pracowano z trzech schodków przed drzwiami frontowymi panny Mapp. Naprzeciwko artystów od-kościoła-i-komina siedzieli inni, rysujący same drzwi frontowe (trudne), zwilżając rysiki wiśniowymi ustami, a dalej wzdłuż ulicy następny ciężko pracujący batalion siedział nad szkicem szczytowego frontu pokoju ogrodowego i jego malowniczej krzywizny. Ulubionym zajęciem panny Mapp, gdy na zewnątrz zgromadziła się słuszna grupka artystów, było ustawienie na ich oczach stołu przy oknie pokoju i układanie kwiatów w wazonie, z uśmiechniętą i zamyśloną twarzą, w pełnej nieświadomości ich obecności. Miała też inne publiczne rozrywki: zabierała z domu kotka i namawiała żeby usiadł na stole i odwracała jego uwagę frędzlem zasłony, a sama całowała go w słodki, okopcony łepek, albo siadała przy oknie do pisania listów, albo układała pasjans, a potem nagle uświadamiała sobie, że nie ma końca paniom i panom, którzy jej się przyglądają. Czasami, gdy schody były bardzo oblężone, wychodziła z domu z własnymi przyborami do rysowania w dłoni i pytała bardzo nieśmiało: „Czy mogę się prześcisnąć?” lub pytała szkicujących na jej własnych schodach, czy znajdą dla niej kawałek miejsca. To było dla nich takie zajmujące: pamiętali potem, że właśnie gdy byli zajęci rysowaniem, pani tego pięknego narożnego domu, którą widywali jak bawi się z kotkiem w oknie, wyszła na ulicę, żeby też szkicować. Kierowała do nich uprzejmie i pokorne uwagi: „Widzę, że maluje pan mój słodki domek. Mogę zerknąć? Och, co za śliczny malutki szkic!”
Pewnego, zaprawdę niezapomnianego dnia, zauważyła, że jeden z nich wyjmuje z kieszeni aparat fotograficzny i szybko kieruje na na nią obiektyw i ustawia ostrość, gdy stała na górnym schodku. Zwróciła się twarzą i pełnym uśmiechem do aparatu akurat w porę by usłyszeć kliknięcie migawki, ale wtedy było już za późno żeby schować twarz i może zdjęcie ukazało się w Grafice lub Szkicu, lub wśród pozujących nimf z nadmorskiego wodopoju…

* szaraban - poprzednik autokaru, długi wóz do przewożenia większej ilości pasażerów

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 24 Mar, 2025 08:45   

Widzę to, przeurocze :serce: :serce: :serce: mam wrażenie, że Tilling jest bardziej małym miasteczkiem, a Riseholme wsią ?
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 24 Mar, 2025 19:29   

Na to wygląda! Nie wiem, czy Riseholme miało jakiś odpowiednik, ale Tilling ma i można je sobie obejrzeć, Jest prześliczne! Wystarczy wpisać Rye, Sussex.

A tutaj link do obejrzenia, jak mieszkała panna Mapp i jak wyglądał ogród z pokojem ogrodowym
https://www.nationaltrust...ssex/lamb-house
Lamb House należy dziś do National Trust. Na którymś zdjęciu widać ten ostry zakręt, jak tworzy dom główny i ściana pokoju ogrodowego.

A teraz panna Mapp rusza na przemyślaną misję zepsucia brydża paniom Poppit. Wywiad i rozeznanie terenu już wykonała.

Tego popołudnia była bardzo zadowolona gdy „prześciskając” się przez rysowników i nucąc pod nosem przeszła na cmentarz. (“Prześcisnąć” było jej własnym neologizmem, bardzo popularnym, zbitką „prześlizgiwania” i „przeciskania”). Tam ukryła się starannie pod zwieszającymi się nisko gałęziami wiązu na wprost słynnego południowego portyku kościoła. Naniosła już w swoim szkicowniku linie południowej kruchty metodą przekalkowania ze zdjęcia, więc początek obrazka był nader obiecujący. Miejsce było świetne nie tylko z powodu szkicu - zerkając między listowiem mogła śledzić frontowe drzwi pani Poppit (M.B.E)
Plany panny Mapp na przyjęcie brydżowe zostały kompletnie unicestwione po spotkaniu z Irene na High Street. Aż do tej pory przedstawiała sobie, że przy dwu paniach domu, dwojgu Bartlettach, kapitanie i majorze, Godivie i niej samej, będzie można sformować swa stoliki i w związku z tym zdecydowała, że nie zdoła wcisnąć przyjęcia między swoje rozliczne obowiązki, psując w ten sposób drugi stolik. Ale teraz wszystko się zmieniło: bez niej i tak było osiem osób i – skoro o za piętnaście czwarta na podstawie widoku gości przybywających na przyjęcie ujrzy powody do przypuszczeń, że rozważano utworzenie trzech stolików, postanowiła jednak zaproszenie „wcisnąć,” żeby graczy było dziewięcioro, a Isabel lub jej matka, jeśli mają choć krztynę poczucia gościnności, zostaną zmuszone do bezczynnego siedzenia przez całe wieki. Panna Mapp została dokooptowana w ostatniej chwili: słodka Isabel bardzo nalegała na jej „wciśnięcie” i jeśli słodka Isabel zaprosiła też osobliwą Irene, żeby zapewnić sobie z całą pewnością odpowiednią liczbę gości, to dobrze jej tak. Dodatkowym powodem, prócz okruchu dobroci dla słodkiej Isabel w postaci „wciśnięcia” było pragnienie spróbowania foola z czerwonej porzeczki, zawołania po jednej łyżeczce „Pyszne!” i zostawienia reszty nietkniętej.
Białe motyle i jaskółki nadal pląsały w słońcu, to samo robiły komary, o których przyjemności, zwłaszcza gdy siadały jej na twarzy, panna Mapp nie dbała zbytnio. Lecz wkrótce przestała zwracać na nie uwagę, bo nim dziwaczni złoceni chłopcy po obu stronach zegara znad północnego portyku zaczęli młoteczkami wybijać za kwadrans czwartą, po trzecim dzwonku do drzwi pań Poppit zaczęli przybywać goście i panna Mapp miała wiele zajęcia z zerkaniem zza zasłony liści wiązu i ponownym siadaniem, by uśmiechać się i zastanawiać nad swoim szkicem z głową lekko przechyloną na jedną stronę gdyby ktoś się zbliżał. Zaproszeni goście jeden po drugim prezentowali się i byli wpuszczani: major Fint i kapitan Puffin, padre i jego żona, kochana Diva z kompresem na twarzy i w końcu Irene, wciąż ubrana tak jak rano i zapewne rozsiewająca zarazki szkarlatyny. Z dwiema paniami Poppit dawało to ośmioro graczy, więc kiedy tylko za Irene zamknęły się drzwi, panna Mapp szybko odłożyła przybory malarskie i trzymając w dłoni swój nadzwyczajnie dokładny rysunek z niezupełnie wyschniętym niebem, pospieszyła do drzwi, bo gdyby nadeszła po usadzeniu obu stolików, to ona musiałaby bezczynnie siedzieć w nieskończoność.
Boon otwarł drzwi na dźwięk jej trzech szybkich, cichych stuknięć i ponuro sprawdził swoją listę. Była na niej uwzględniona i została wpuszczona do środka. Zatrzaskując drzwi za jej plecami zmiął listę w dłoni i wrzucił ją do kominka: wszyscy pożądani goście przybyli, a gdyby zjawił się ktoś jeszcze, Boon zwróciłby na niego swoje bycze oko i powiedział że pani nie ma w domu.
– I czy mogę tutaj zostawić mój obrazek, Boon? – spytała panna Mapp przymilnie. – Nikt go tu nie dotknie? Jest jeszcze trochę mokry. Portyk kościoła.
Boon zachrząkał jak świnka z Tilling i zgarbił się przed nią kiedy prowadził ją korytarzem prowadzącym do ogrodu pociągając nosem. I oto byli wszyscy; dwa stoły do brydża ustawione w zacienionym kącie trawnika i bufet wulgarnie zastawiony wszelkimi pysznościami, do których pannie Mapp pociekła ślinka zmuszając ją do przełknięcia raz czy dwa nim mogła przybrać swój szeroki, oschły uśmiech: zbliżała się Isabel.
– A kuku, moja droga – rzekła panna Mapp. – Dzień w strasznym ruchu! Ale zdołałam wcisnąć, skoro nie chciałaś odpuścić.
– Och, jak to miło z pani strony, panno Mapp – powiedziała Isabel.
Nagle pannę Mapp olśniło straszne przypuszczenie.
– A twoja droga matka? – spytała. – Gdzie jest pani Poppit?
– Mama musiała rano pojechać do miasta. Wróci dopiero w porze kolacji.
Uśmiech panny Mapp zwinął się jak złożony parasol. Zatrzasnęła się za nią pułapka: teraz nie dało się już wycofać rakiem. Zamiast zepsuć, dopełniła komplet przy drugim stole.
– A więc jest nas ośmioro – powiedziała Isabel, szturchając ją metaforycznie przez kręty krat. – Może najpierw rozegramy rober, a potem napijemy się herbaty? Albo najpierw herbata. Co państwo wolicie?
Niespokojne głodne pomruki jak te, które słychać z wybiegu dla lwów morskich w Ogrodzie Zoologicznym gdy zbliża się pora karmienia wydawały się wskazywać na herbatę i wśród szarmanckich ukłonów majora i archaicznych powitań pastora, panna Mapp stanęła na czele ogólnego ruchu w kierunku bufetu. Mogła tam być i herbata, ale z pewnością była mrożona kawa i piwo i wielkie oszronione dzbany z warzywami pływającymi w środku w bulgoczącym płynie, a wszystko w tak wulgarnej obfitości, że goście całkiem serio zabrali się do wytężonej pracy, by ogród mógł przybrać mniej ohydnie zachłanny widok. Ale o dziwo, nie było ani śladu kremu z czerwonych porzeczek, co było dość zdumiewające…
– Dobra partia golfa, majorze? – spytała panna Mapp, ratując jakoś te nieszczęsne okoliczności. – Co za piękny dzień! Białe motyle pląsają….
Tu przerwała uświadamiając sobie, ze w pobliżu stoją padre i Diva, którzy już słyszeli o motylach.
– Który z was przegrał? Albo raczej zapytam który wygrał.
Długie wąsy majora ociekały lagerem, więc wykonał on zręczny, ssący ruch.
– No cóż, starły się brytyjska armia i marynarka – powiedział. – I choć raz brytyjskie siły morskie nie były niepokonane, co Puffin?
Kapitan Puffin odkuśtykał udając, że nie słyszy i poniósł swój wyładowany talerz i musującą szklankę w stronę Irene.
– Ale jestem pewna, że kapitan Puffin także grał pięknie – powiedziała panna Mapp w daremnej próbie zatrzymania go. Lubiła gromadzić wokół siebie wszystkich mężczyzn, a potem besztać ich, że nie zajmują się innymi paniami.

c.d.n

tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 25 Mar, 2025 09:17   

Przepięknie tam jest :serce: :serce2:

Ojojoooj, piękny plan szlag trafił, ale liczę, że jednak uda się przyjęcie zepsuć :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 25 Mar, 2025 22:09   

Na pewno będzie próbowała - ma jeszcze porzeczkowego foola w zapasie :banan_Bablu:

– Cóż, gra to gra – powiedział major. – Trwa godzinami, panno Mapp. Tak, skończyliśmy na czternastym dołku i pospieszyliśmy do milszego towarzystwa. A pani co dziś porabiała? Jakieś zajęcia godne wróżek, założę się. Tytania! Ha!
Tak naprawdę najważniejszymi zajęciami, jakim oddała się dziś panna Mapp była reklamacja łoju i szukanie zagubionych niewymownych, oraz knucie misternego planu zepsucia przyjęcia który właśnie runął, ale oczywiście nie pisnęła słówka na ten temat.
– Odrobina pracy w ogrodzie – powiedziała. – Troszkę malowania. Troszkę śpiewu. Ani chwili żeby zamienić codzienną sukienkę na coś szykowniejszego. Ale nie chciałam narażać przyjęcia brydżowego słodkiej Isabel na zwłokę, więc przyszłam jak stałam, wprost znad szkicownika. Padre, próbowałam namalować piękny południowy portyk. Ale to takie trudne! Chyba porzucę te próby i poprzestanę na przyjemności oglądania. A oto pańska droga Evie! Co tam, Evie kochanie?
Godiva Plaistow zdjęła swój kompres żeby być w stanie przeżuwać, ale kiedy tylko zjadła tyle, ile się w niej zmieściło, znowu owinęła nim ciasno głowę. Musiała gryźć tylko jedną stroną szczęki lub przednimi zębami na modłę królika. Wszyscy oczywiście już wiedzieli, że wyrwano jej ząb mądrości ze znieczuleniem i mogła do tego nawiązywać bez potrzeby wyjaśniania.
– Śniło mi się że gram w brydża – powiedziała – w ręku mam same asy. Kiedy robię pierwszy ruch, wszystkie wypadają mi z ręki. Koniec. Krew. Mam nadzieję, że się spełni. Prócz krwi.
Wkrótce potem panna Mapp dołączyła do majora Flinta; ich przeciwnikami byli Irene i padre. Ledwie zaczęli rozważać pierwsze rozdania, do ogrodu wtoczył się Boon uginając się pod ciężarem wielkiego drewnianego wiadra wypełnionego lodem, który otaczał wewnętrzny cylinder.
„No w końcu porzeczkowy fool” – pomyślała panna Mapp, dodając głośno:
– O ja mała biedna, mam licytować? Mam powiedzieć „bez atu?”
– Nie wolno konsultować się z partnerem, Mapp – powiedziała Irene wytrząsając niedopałek papierosa z cygarniczki. Irene wyrażała się boleśnie dosłownie.
– Nie konsultuję się, kochanie – powiedziała panna Mapp zaczynając już lekko się pienić. – Nie ma atu. Żadnego atu. Ani jednego atu. No proszę! A za ile gramy, tak właściwie?
– Za stówkę – powiedział padre zapominając i o gwarze i o archaizmach.
– Hazardzista! Widzę, że marzy ci się bogactwo, padre – powiedziała panna Mapp, przyglądając się swojemu wspaniałemu rozdaniu z najwyższą satysfakcją. Gdyby nie miała tylu mocnych kart, wolałaby zaproponować grę za sześć pensów, nie za sto szylingów.
Kiedy zaczynała się partia, panie z Tilling porzucały wszelkie pozory dobrych manier; ich miejsce zajmowała pierwotna nienawiść. Zwycięzcy dowolnego rozdania byli irytująco protekcjonalni w stosunku do przegranych, a przegrani odpowiednio ponurzy i wściekli. Panna Mapp nie zdobyła szlema, jako że wkład jej partnera w sukces składał się z większej liczby dwójek i trójek niż ktokolwiek widział na oczy i kiedy dziwaczna Irena powiedziała na koniec: “Pech, Mapp,” dłonie panny Mapp tak bardzo się trzęsły ze złości, że z trudem była w stanie zliczyć wynik. Ale zdołała powściągnąć emocje na tyle, żeby powiedzieć:
– Cudownie, że jesteś taka współczująca, kochanie.
W odpowiedzi Irene parsknęła krótkim ochrypłym śmiechem i odeszła.
W tej chwili Boon przy lewej dłoni każdego z graczy umieścił pucharek pełen czerwonej kremowej substancji, na powierzchni której od czasu do czasu bąbelki pojawiały się i natychmiast znikały.
Isabel, będąca akurat dziadkiem, nadeszła od drugiego stolika żeby sprawdzić, czy wszystkim jest wygodnie i czy mają pokrzepienie na ten stresujący czas, więc oto dla panny Mapp pojawiła się wspaniała okazja, żeby wziąć do ust łyżeczkę tej podróbki porzeczkowego foola i ze skrzywioną miną zamaskowaną (ale niezbyt spiesznie) uśmiechem odsunąć od siebie tę ohydną miksturę. Ale porcja, którą włożyła do ust była tak pyszna i orzeźwiająca, że po prostu nie mogła zrobić psikusa Isabel. Z nieobecnym wyrazem twarzy opróżniła za to swój pucharek aż do dna, zastanawiając się jednocześnie głośno, ile atu padło. Fool z czerwonych porzeczek zrobił podobnie przyjemne wrażenie na majorze Flincie.
– Słowo daję – powiedział. – To jest przepyszne. Miła ochłoda w taki dzień jak dziś. Pełne szampana.
Panna Mapp, widząc popularność przysmaku, musiała oczywiście znów przypomnieć, że to jej rodzinny wynalazek.
– Nie, drogi majorze – powiedziała. – Nie ma w tym szampana. To słynny porzeczkowy fool mojej babci, może nieco udoskonalony przeze mnie. Bez szampana: żółtko i trochę śmietanki. Droga Isabel prawie utrafiła ze smakiem.
Padre zobowiązał się do wzięcia większej ilości lew niż miał najmniejszą szansę zrealizować. Jego przygnębienie odbiło się w tonie wypowiedzi.
– A skądże by nam to, żeby tam się najszła choćby kapka szampana? – powiedział. – Wszak obmyśliła to szacowna babka Mapp. No i cóż, cóż tak masz w talii, partnerko. Ech, gorzki-ć to widok.
– A wynik będzie-ć dla nas jeszcze bardziej gorzki, jeśli się pan z graniem nie otrząśniesz – odpowiedziała Irene tonem, którego kpiącego charakteru nie starała się ukryć. – Czemuż do cholery – alleluja – pan to ciągniesz, kiedy pana nie wspieram?
Nawet ten jeden pucharek porzeczkowego foola, choć nie było w nim szampana, wraz z pewnością, że przeciwnik przelicytował, wywołała u panny Mapp przyjemną euforię; ale przecież każdy wie, że żółtko jest silnym stymulantem. Nagle nazwa „fool z czerwonej porzeczki” wydała jej się bardzo zabawna.
–- Porzeczkowy fool! - powiedziała. – Jakie dziwne, staroświeckie określenie! Wymyślę jeszcze kilka. Powiem kucharce, żeby zrobiła mi agrestowego idiotę, albo truskawkowego osła… Acha, chyba moja kolej. Mały asik pik.
- Wah! Wah! Agrestowy idiota! - powiedział jej partner. - Kapitalne! Tego szybko nie przebijesz. I dwójka pik na wierzchu.
- Raczej nie spodziewasz się, że dwójka pik będzie na spodzie – odezwał się padre wyjątkowo kwaśno.
Major natychmiast poczuł się urażony takim komentarzem innego mężczyzny, nieważne, czy nosił on sutannę czy nie.
- Ejże, za pozwoleniem, Bartlett, za pozwoleniem, powtarzam – powiedział. - Spodziewam się znaleźć dwójkę pik dokładnie tam, gdzie mi się spodoba a kiedy będę chciał twojej krytyki...
Panna Mapp interweniowała pospiesznie.
- A po moim asiku mały króliś – powiedziała. I niech no mój partner nie zagra królową! Pyszne! A ja zagram jeszcze tylko jedną… Tak… Pięknie, partner kładzie na to małe atu! Nie dziwi mnie to, wiele trzeba żeby mnie zadziwić, a padre ma jeszcze jednego pika, wiem to dobrze!
- Kurna… - powiedział padre z hamowanym obrzydzeniem.
Przez rundę czy dwie wszyscy grali w ciszy, podczas której major gestykulując i mrugając do Boona wysępił kolejny pucharek porzeczkowego foola. Przeciwnicy panny Mapp mieli już ciężką karę za przelicytowanie, a po chwili na orzeźwienie major wyszedł w trefle, których – jak si,ę wydawało – panna Mapp w ogóle nie miała. Czuła się przeszczęśliwa, najszczęśliwsza po tym, jak usiłując zepsuć Isabel układ stolików, tylko go dopełniła.
- Znowu mały piczek – powiedziała kładąc go z lekkością jednego z motylków i obracając kartę. - Pożyteczny mały piczek...
Urwała nagle zwycięską pieśń, wyśpiewywaniem których którym panie z Tilling oddawały się podczas rozgrywek, bo odkryła, że ma jeszcze jednego bezużytecznego małego trefla… Cisza, która nagle zapadła stała się gęsta od napięcia. Panna Mapp wiedziała, że zawaliła i wytężyła teraz umysł zastanawiając się jak szybko pozbyć się karty, bo padre siedział z chłodnym spokojem który aż nadto jasno sugerował, że z uciechą czeka on na nieuniknioną wpadkę. Dostała ją przy ostatniej lewie i choć panna Mapp podjęła beznadzieją próbę wsunięcia tego ohydnego małego trefla pod inne karty i zebrania ich, padre rzucił się na nią.
- Co to, miła pani – powiedział, już na nowo rześki i wesoły. – Coś mi się wydaje, że pani mataczysz! Pozwól mi rzucić okiem nie na ostatnią, ale trzecią lewę! Zaprawdę, życzyłbym sobie, żebyś przebił swego trefla wcześniej. Tak powiedziałem; oto jest. Ech, dla nas to uciecha, partnerko!


c.d.n

tłym. Trzykrotka
Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Wto 25 Mar, 2025 22:15, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 25 Mar, 2025 22:14   

Od razu muszę się wytłumaczyć, bo jeśli ktoś ma pojęcie o brydżu, to pęknie ze śmiechu przy moim tłumaczeniu. Nie znam się na kartach, zasad brydża nie rozumiem ni w ząb, więc wszystko o grze tłumaczyłam przy pomocy piętnastu stron internetowych, słowniczków i domysłów. Ale uznałam, że ważniejsze są inne sprawy niż to, czy dobrze to przetłumaczyłam. "Dziadka" jestem pewna, nazw kolorów i figur w kartach też :mrgreen:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 26 Mar, 2025 09:02   

Dziadek , kolory i figury są jak najbardziej ok, natomiast nie masz się czym martwić, bo też brydża ni cholery nie rozumiem :mrgreen: :cheers: usiłowałam się kiedyś nauczyć z podręcznika brydżowego, ale nie dało rady.

Ale jak doszło do tego, że porzeczkowy fool wyszedł taki pyszny :confused3: ??? Podejrzewam, że służba panny Mapp nie jest tak lojalna wobec chlebodawczyni, jak powinna :twisted:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 26 Mar, 2025 10:09   

Tamara napisał/a:


Ale jak doszło do tego, że porzeczkowy fool wyszedł taki pyszny :confused3: ??? Podejrzewam, że służba panny Mapp nie jest tak lojalna wobec chlebodawczyni, jak powinna :twisted:

Albo to wcale nie był jedyny przepis na foola, jaki istnieje na świecie :mrgreen:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 26 Mar, 2025 10:25   

Też możliwe, ale jednak bardziej podejrzewam wejście w posiadanie sekretnego przepisu drogą niegodną, inaczej nudno by było :twisted:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 26 Mar, 2025 20:44   

Tajemnica niespodziewanie pysznego foola się wyjaśnia, a panna Mapp próbuje kantować w kartach :banan:

Panna Mapp rzecz jasna wszystkiemu zaprzeczyła i doszło do bezwzględnej rekonstrukcji lew. Major, nadal zajęty swoim porzeczkowym foolem, odkrył katastrofę jako ostatni i z miejsca zaczął ubolewać nad niesportową zachłannością swoich przeciwników.
– No cóż, myślałem, że podczas takiej towarzyskiej rozgrywki jak ta… – powiedział. – No pewnie, jesteś w swoim prawie, Bartlett, kto ma kartę, ten ma władzę, co nie? Ale słowo daję, funt ciała*, rozumiesz… Pojęcia nie mam, co ty zrobiłaś, partnerko.
– Nie pytał pan, czy mam jeszcze jakieś trefle – powiedziała panna Mapp obronnie, rezygnując na chwilę z twierdzenia, że nie odwołała. - Zawsze uważałam, że odwołanie jest bardziej winą partnera niż gracza. Oczywiście, jeśli nasi przeciwnicy tak twierdzą…
– Naturalnie że twierdzimy, Mapp – powiedziała Irene. – Wystarczająco mi nagadałaś któregoś dnia.
Panna Mapp zmarszczyła twarz w najsłodszym i najszerszym uśmiechu, do jakiego były zdolne jej mięśnie.
– Kochanie, nie miej mi za złe, że powiedziałam ci, że skoro w tamtej chwili byłaś dziadkiem – powiedziała – to nie wolno ci było gadać. Inaczej nie będzie żadnego odwołania, nawet gdyby ono rzeczywiście miało miejsce, co uważam za dalekie od udowodnienia.
Nie istniał żaden inny możliwy dowód poza jasnym i wyraźnym, w postaci kart, a skoro wszyscy, łącznie z samą panną Mapp byli doskonale świadomi, że odwołała, przeciwnicy po prostu oznaczyli karę i gra potoczyła się dalej. Panna Mapp rzecz jasna, kierując się zasadą poprawnego zachowania po odwołaniu, zesztywniała do stanu urażonej godności i stała się ekstremalnie uprzejma i lodowata zarówno dla przeciwników jak partnera. Jej postawa stała się jeszcze bardziej majestatyczna gdy w następnym rozdaniu major wyszedł poza kolejnością. W chwili gdy to zrobił, panna Mapp szybko rzuciła pierwszą lepszą kartę mając nadzieję, że Irene jakimś cudem pomyśli, że to ona wyszła pierwsza.
– Czekaj no chwilę – powiedziała tamta. – Teraz moja kolej. Poproszę trefle.
Nagle z twarzy panny Mapp zniknęła straszna mina obrażonej cesarzowej i wydała ona z siebie piskliwy chichocik jak zgrzyt złamanym ołówkiem po papierze.
– Nie mam ani jednego, kochanie – powiedziała. – A teraz za twoim pozwoleniem mogę wyjść w to, co uważam za najlepsze? Dziękuję.
Między czwórką graczy zapanował stan gwałtownej wrogości, która była normalna dla ich rozgrywek pod koniec robra. Myliłby się jednak grubo ten, kto uważałby, że gra ich w ogóle nie cieszy. Emocje są solą życia, a tu soli nie było końca. Każdy zdążył przelicytować, a kary umowne były chwalebną przyczyną wymiany ledwie zawoalowanych obelg między partnerami, którym się nie wiodło i wywoływały epidemię protekcjonalnego współczucia ze strony przeciwników, co z kolei wywoływało u przegranych wściekłość o wiele dotkliwszą niż furia z przegranej. Końcowe etapy gry stały się jeszcze bardziej emocjonujące kiedy nagle powiał wieczorny wietrzyk gdy partia się kończyła i uniósł karty w powietrze jak stado kuropatw. Połapano je i sprawdzono, że wszystkie talie są kompletne, z wyjątkiem tej panny Mapp, której karta zginęła. Została ona – a był to as kier – znaleziona przed padre, jak leżała obrazkiem w dół w grządce nasturcji i padre zaczął głośno domagać się nowego rozdania twierdząc, że tak trzeba skoro karta została ujawniona. Panna Mapp nie odpowiedziała w ogóle na to niedorzeczne żądanie: uśmiechała się tylko do niego i dalej deklarowała atut jakby nigdy nic… Tylko majorowi nie udało się osiągnąć pełnej miary tych uciech, bo choć wszyscy byli wściekli na niego tak samo jak na siebie nawzajem, on pozostawał w najbardziej rozmamłanym stanie humorku, popijając łapczywie porzeczkowy fool a kiedy był dziadkiem, w ogóle nie obeszło go czy panna Mapp ugrała swój kontrakt czy nie. Przy drugim stole kapitan Puffin zdawał się zachowywać równie niewłaściwie, bo jego przenikliwy, piskliwy śmiech był równie częsty jak wizyty przy kubełku z foolem. A co jeśli był w nim jednak szampan – ta ponura myśl dotarła w końcu do panny Mapp. Co jeśli ten niestosowny humorek był oznaką upojenia alkoholowego? Wzięła sobie jeszcze jeden pucharek tego pysznego deseru.
Kiedy oba robry niemal jednocześnie dobiegły końca, jednomyślnie postanowiono, że skoro gra przebiega tak miło i przyjemnie, nie będą od nowa sortować graczy. Poza tym drugi stół grał na stawkach po sto sześciopensówek, więc byłoby niezręcznie i irytująco gdyby przy jednym stoliku jedni grali o wysokie stawki, a inni o niskie.
Ale w tej chwili stolik panny Mapp ogłosił przerwę, bo padre musiał pobiec tuż przed szóstą aby dokonać obrzędu chrztu w kościele, który stał tak dogodnie blisko. Kiedy tylko pastor znalazł się poza zasięgiem głosu major zapewnił wszystkim rozrywkę wyrażając nadzieję, że nie ochrzci dziecka „Walet kier” jeśli to będzie chłopiec, albo „Dama Pik” jeśli to będzie dziewczynka, ale aby oszczędzić uczucia pani Barlett, ten uroczy żarcik nie został powtórzony drugiemu stolikowi, konspiratorzy cieszyli się nim w trójkę. Jednak autor żartu zapisał sobie w pamięci, bo powtórzyć go potem kapitanowi Puffinowi w nadziei, że dzięki temu zapomni on o rujnującej przegranej połowy korony w czasie porannego golfa. Prawie tak samo przyjemna była dostawa świeżej partii porzeczkowego foola, którą kilka minut wcześniej zapowiedział odgłos korka strzelającego z butelki dobiegający od strony spiżarni lokaja, której okno wychodziło na trawnik. Panna Mapp zaczęła chwiać się w przekonaniu, że nie ma w nim szampana, zwłaszcza, że nie pasowałoby ono do teorii tłumaczącej nieszczęsny dobry humor majora i sugestia, jaką wysunęła, że pyknięcie, które usłyszano tak wyraźnie było otwarciem butli z piwem imbirowym nie brzmiała przekonująco nawet w jej uszach. Dla pewności upiła jeszcze łyk z nowego zapasu i – uzbrojona w szeroki uśmiech – poszła na wielkie ustępstwo.
– Wydaje mi się, że się myliłam – powiedziała. – Jest w nim coś więcej niż tylko żółtka i śmietanka. Och, jest i Boon, on nam powie.
Zrobiła słodkie oczy i zwróciła się do niego:
– Boon, czy uznasz że jestem wścibska – spytała ironicznie – jeśli spytam, czy dodałeś malutką kropelkę szampana do tego pysznego porzeczkowego foola?
– Półtorej butli, proszę pani – odpowiedział Boon posępnie – i pół pinty starej brandy. Jeszcze pucharek dla pani?
Panna Mapp pohamowała oburzenie na to wulgarne szafowanie drogocennymi płynami, tak charakterystyczne dla Poppitek. Roześmiała się krótko i piskliwie.
– O nie, dziękuję Boon! – powiedziała. – Nie wolno mi już ani łyczka. Ale jest pyszny.
Major Flint podsunął Boonowi do napełnienia swój pucharek gdy ten nie patrzył.
– I zawdzięczamy to szanownej babci, panno Mapp? – spytał z galanterią. – To już drugi dług.
Panna Mapp z rezerwą odniosła się do tej subtelnej grzeczności.
– Ale bez szampana, majorze – odpowiedziała. – Babcia Nap—
Major z uciechy klepnął się w udo.
– Ha! Dobry spooneryzm do zbioru panny Isabel. – powiedział. – Panno Isabel, mamy nowy…
Panna Mapp była bardzo zaskoczona tym drobnym przejęzyczeniem, bo zwykle jej wymowa była bardzo wyraźna. Gdyby opublikowano ten śliczny spooneryzm, mógłby powstać jej kosztem jakiś żarcik co do efektów wynalazków babci Mapp. Ale jeśli jej, która po prostu tylko posmakowała porzeczkowego foola, już zaczynał plątać się język, jak jasna stawała się dobroduszność majora i nieustanny chichot kapitana Puffina. Ona sama też czuła się życzliwie nastawiona do całego świata. Jak przyjemne to były doznania!
– Och, niegrzeczny! – powiedziała do majora. – I cicho, przeszkadza im pan w robrze. O, jest i padre!


*funt ciała chrześcijanina - z Kupca weneckiego Szekspira

c.d.n
tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 27 Mar, 2025 13:19   

No łaaaaadnie , towarzystwo się narąbało :mrgreen: dzięki temu panna Mapp poznała uczucie życzliwości dla otoczenia :rotfl:
Sama bym chętnie takiego foola na wypasie spróbowała :mrgreen:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 27 Mar, 2025 14:02   

Dokładnie! Przepis na foola nawet znalazłam, nawet z dodatkiem wina, ale nie z szampanem i starą brandy.
Babci Mapp się o takim nie śniło :mrgreen:
Tamara napisał/a:
No łaaaaadnie , towarzystwo się narąbało :mrgreen: dzięki temu panna Mapp poznała uczucie życzliwości dla otoczenia :rotfl:
:rotfl:

Wrzucę jeszcze zdjęcia dla porównania:
To Lucia i Elizabeth Mapp z nowej i starej adaptacji


Tutaj Lucia i obie panie ze starszej. Czy Lucia nie jest doskonała?


I jeszcze doskonała panna Mapp
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 27 Mar, 2025 15:29   

Trzykrotka napisał/a:
Dokładnie! Przepis na foola nawet znalazłam, nawet z dodatkiem wina, ale nie z szampanem i starą brandy.

W naszych starych książkach kucharskich można znaleźć przepis na truskawki w winie - zasypuje sie truskawki cukrem , zalewa winem (nie pamiętam jaki) , a awersji luksusowej szampanem i odstawia na kilka godzin w chłód do lodowni. Podejrzewam, że to moeze być zarabiście pyszne, chociaz to nie fool.

Trzykrotka napisał/a:
Wrzucę jeszcze zdjęcia dla porównania:

Wspaniałe :serce: tylko panna Mapp moim zdaniem nieco obszerniejsza powinna być, bo przy zimorodkowym błękicie wg opisu jest i wysoka, i obszerna gabarytowo :mysle: widziałabym ją jako kogoś w typie Hiacynty Bukietowej, jeżeli idzie o wygląd, oczywiście z strojach i fryzurze z epoki.
Lucię sobie wyobrażałam jako ciemnowłosą, ale w sumie blondynka jest bardziej angielska :mrgreen:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 27 Mar, 2025 21:05   

Tamara napisał/a:
tylko panna Mapp moim zdaniem nieco obszerniejsza powinna być, bo przy zimorodkowym błękicie wg opisu jest i wysoka, i obszerna gabarytowo :mysle: widziałabym ją jako kogoś w typie Hiacynty Bukietowej, jeżeli idzie o wygląd, oczywiście z strojach i fryzurze z epoki.

Tak, tusza i wzrost powinny być. Pod tym względem Prunella Scales bardziej pasowała, ale była - IMHO - niewystarczająco jędzowata. Miranda Richardson miała na twarzy ten przerażający uśmiech hieny i naprawdę widać było, co to za ziółko.

Pojawia się powracająca z Londynu gospodyni i ma wieści :-D

Ledwo rozpoczęli nowego robra (na szczęście rozdali karty bez chwili zwłoki), kiedy w ogrodzie pojawiła się pani Poppit wracająca z wyprawy do Londynu. Panna Mapp błagała ją by ta wzięła jej karty i od razu zasiadła do gry.
– Zrobi mi pani wielką przyjemność, pani Poppit – powiedziała (żadnych pików, partnerze?) ale oczywiście, jeśli nie…. Ominęło panią wspaniałe przyjęcie. Tyle przyjemności!
Nagle ujrzała, że pani Poppit ma na obfitej piersi małą wstążeczkę z przypiętym do niej krzyżem. Cały jej dobry humor ulotnił się jak kamfora, a pojawił się uśmiech, najszerszy z możliwych.
– Nie musimy pytać o powód wyjazdu do Londynu – powiedziała. – Gratulacje! Jak się ma drogi król?
Rober wkrótce się skończył i gdy podliczali wyniki, przy sąsiednim stole rozległ się przenikliwy okrzyk, którym pani Plaistow, jak zwykle, opowiadała o swoich wygranych sześciopensówkach czego nikt prócz niej nie uważał za wielki wyczyn. Dźwięk był tak znajomy, że nikt nie podniósł oczu i nie spytał, co się dzieje.
– Kochana Diva i jej drobniaki, padre – powiedziała panna Mapp na stronie. – Takie skromne ma wymagania. O, przestała! Ktoś dał jej sześć pensów. Nie gramy już więcej? No cóż, trochę późno się zrobiło, a ja muszę powiedzieć dobranoc moim kwiatom zanim zamkną kielichy na noc. Moje te wszystkie szylingi? Pomyśleć tylko!
Panna Mapp wprost kipiała od podniecenia, ciekawości i furii, gdy major Flint po jednej stronie, a kapitan Puffin po drugiej eskortowali ją do domu. Podniecenie wynikało z wygranej, furia z odznaczenia pani Poppit, a ciekawość płynęła z wskazówki, jaką chyba otrzymała, odnośnie tych świateł palących się do późnej nocy w domach jej towarzyszy. Z pewnością wyglądało na to, że major Flint starał się nie następować na spoiny kostki brukowej i ciężko mu to szło, a kapitan Puffin po jej lewej szedł po wybojach niepewnym krokiem. Nawet biorąc pod uwagę, że po tej nawierzchni chodziło się trudno o nawet za dnia, panna Mapp nie mogła powstrzymać się od myśli, że na trzeźwo radziłby sobie lepiej. Obaj dżentelmeni mówili równocześnie, bardzo przyjaźnie, ale raczej ostrożnie, major Flint obiecywał sobie pracowity wieczór nad kilkoma interesującymi wpisami w swoim dzienniku o Indiach, a kapitan Puffin przewidywał, że szybko upora się z problemem dotyczącym rzymskich dróg, który dręczył go od dawna. Gdy odstawili ją na jej własny próg i mówili swoje au reservoir, zdejmowali kapelusze częściej niż wymagała tego zwykła grzeczność.
Będąc już w domu panna Mapp powiedziała dobranoc swoim słodkim kwiatom i z najwyższą dostępną sobie prędkością pospieszyła do pokoju w ogrodzie, żeby sprawdzić, co robią jej towarzysze. Stali na środku ulicy, a major Flint kiwając wskazującym palcem wydawał się być pod wielkim wrażeniem czegoś…


Choć droga powrotna panny Mapp do domu była interesująca, a światło rzucone na problem, który zajmował ją tak długo - bolesne, to byłaby jeszcze głębiej zniesmaczona gdyby została dłużej z resztą graczy w ogrodzie pani Poppit, tak odpychająca była służalcza lojalność nowo udekorowanej orderem Imperium Brytyjskiego… Z detalami opisała swoje przybycie do pałacu, chwilowe zdenerwowanie gdy weszła do sali tronowej i szybkość z jaką wszystko to minęło, gdy tylko stanęła twarzą w twarz ze swoim władcą.
– Zapewniam, uśmiechnął się do mnie jak najłaskawiej – powiedziała – jakbyśmy znali się przez całe życie, a ja od razu poczułam się jakbym była w domu. Powiedział do mnie kilka słów – jakiż on ma piękny głos. Droga Isabel, szkoda że cię tam ze mną nie było i nie słyszałaś go, a potem…
– Och, mamo, co powiedział? – spytała Isabel ku wielkiej uldze pani Plaistow i Bartlettów, bo choć aż płonęli z chęci dowiedzenia się każdego najmniejszego szczegółu całego wydarzenia, to właściwym podejściem w Tilling było zachowanie głębokiej obojętności dla każdego, kto nie mieszkał w Tilling i do wszystkich jego spraw, bez względu na wysokość jego statusu. W szczególności okazanie cienia zainteresowania królami czy innymi znaczącymi ludźmi było uważane za istny upadek… Wszyscy więc udawali, że się rozglądają i nie zwracają uwagi na słowa pani Poppit, a mogłeś usłyszeć jak szpilka spada. Diva cicho i spiesznie odwinęła bandaż z uszu ryzykując przeziębienie dziury po zębie, tak straszna była myśl nie usłyszeniu choćby sylaby.
– Cóż, było to bardzo satysfakcjonujące – powiedziała pani Poppit; – wymienił szeptem kilka słów z dżentelmenem stojącym obok, który jak sądzę był lordem szambelanem i potem powiedział mi, jak był zainteresowany dobrą robotą szpitala w Tilling i jak był szczęśliwy – i w tym momencie zaczął przypinać mój order – że może to docenić. No, ja twierdzę, że to cudowne, że wiedział wszystko o szpitalu w Tilling! I jakie ma zręczne, szybkie palce: jestem pewna, że mnie zapinanie agrafki zajęłoby dwa razy tyle czasu, a potem przekazał mnie, można powiedzieć, królowej, która stała obok i słuchała tego, co on mówi.
– Czy ona też do pani przemówiła? – spytała Diva, która nie była w stanie zachować właściwej obojętności.
– O tak – odpowiedziała – „Bardzo mi przyjemnie” i jestem pewna, że nigdy nie zdołam przekazać państwu wszystkiego, co zawarła w tych słowach. Słyszałam, jak były szczere: nie była to pusta, nic nie znacząca formuła. Jej było przyjemnie: była tak samo zainteresowana moją pracą w szpitalu w Tilling jak król. I te tłumy na zewnątrz: ludzie stali wzdłuż Mall na długości przynajmniej pięćdziesięciu jardów. Uśmiechałam się i kłaniałam aż poczułam zawroty głowy.
– A książę Walii też był obecny? – spytała Diva, zaczynając znów owijać głowę. Tłumy jej nie obchodziły.
– Nie, nie było go – powiedziała pani Poppit, zdecydowana nie upiększać swojej opowieści, bez względu na to jak bardzo inni ludzie, zwłaszcza panna Mapp, tak nicowali najmniejsze wydarzenia, że nie sposób było ich rozpoznać. – Był nieobecny. Śmiem twierdzić, że coś niespodziewanego go zatrzymało, choć kto wie, czy niedługo wszyscy go nie zobaczymy. Bo w wieczornej gazecie, którą czytałam w drodze powrotnej po spotkaniu z królem, zauważyłam notkę, że na następny weekend wybiera się on do lorda Ardingly. A na jakiej stacji wysiada się by dotrzeć do Ardingly Park jeśli nie Tilling? Choć ma to być prywatna wizyta, mam przekonanie, że do moich obowiązków należy bycie na dworcu, a w każdym razie w jego pobliżu, z moim orderem na piersi. Nie będę mu wmawiała, że się znamy, ani nic w tym guście (tu pokazała palcem swój order), ale po moim dzisiejszym przyjęciu w pałacu nie ma bardziej prawdopodobnej rzeczy niż to, że jego wysokość może wspomnieć księciu – całkiem mimochodem oczywiście – że odznaczał dziś panią Poppit z Tilling. Czułabym się bardzo niezręcznie myśląc, że taka rzecz może się wydarzyć, a mnie nie będzie w pobliżu i nie będę mogła dygnąć.
- O mamo, mogę stanąć przy tobie albo za tobą? – spytała Isabel kompletnie oszołomiona splendorem takiej chwili…
To już było naprawdę okropne; to było równie złe, jeśli nie gorsze, niż historycznie tragiczna uwaga o wyższym progu podatkowym, a ogólna sztywność, podobna do częściowego paraliżu, ogarnęła gości pani Poppit, czyniąc z nich, coś jak niedokończone instalacje Marconiego, mogące odbierać, ale nie nadawać. Odebrali relację, nie przestali otrzymywać (mechanicznie) czekoladek i kanapek i takich przekąsek, jakie jeszcze pozostały, ale nikt nie był w stanie interweniować i powstrzymać panią Poppit od dalszego ośmieszania się. Oczywiście, jednym z powodów, jak już wspomniano, było, że wszyscy oni pragnęli, żeby ośmieszyła się tak bardzo jak tylko się dało, bo jeśli była jakaś cecha – a zaiste było ich wiele – którą Tilling się szczyciło, była nią jego odporność na snobizm; w wielkim świecie, którym Tilling zajmował się tyle co nic, byli królowie i królowe i książęta i kawalerowie Orderu Imperium Brytyjskiego, ale każdy Tillingnianin wiedział, że on albo ona (zwłaszcza ona) jest równie dobry jak każde z nich, a właściwie nawet lepszy, skoro ma szczęście mieszkać w Tilling… A jeśli było coś, czego Tilling nie znosiło, był to protekcjonalizm, a oto ta kobieta mówi im, co uważa za słuszne do zrobienia i właściwe dla niej, jako pani Poppit z Tilling (M.B.E) kiedy w sobotę następca tronu być może przejedzie przez miasto. Reszta, jak sugerowała pani Poppit, może postąpić jak im się podoba, bo nie mają oni żadnego znaczenia, ale ona – ona musi przypiąć order i dygnąć. I Isabel wyrażająca pragnienie aby stać obok, czy nawet za matką w tej poniżającej chwili także pokazała, z jakiej gliny jest ulepiona.
Pani Poppit nie miała już nic więcej do powiedzenia na ten temat; istotnie, jak pomyślała Diva, niewiele już było do dodania, no chyba że zasugerowałaby że na przyszłość wszyscy powinni przed nią dygać lub się kłaniać, a gospodyni, gdy goście zaczęli zbierać się do wyjścia, wyraziła nadzieję, że wszyscy dobrze się bawili podczas przyjęcia brydżowego, w którym niestety nie było dane jej uczestniczyć z oczywistych powodów.
- Ale moja nieobecność pozwoliła na uwzględnienie panny Mapp – powiedziała. – Bardzo nie chciałabym, aby biedna panna Mapp poczuła się pominięta; zawsze się cieszę, gdy mogę sprawić przyjemność pannie Mapp. Mam nadzieję, że wygrała robra; tak nie lubi przegrywać. Jeszcze komuś porzeczkowego foola? Boon zrobił dziś całkiem niezłą mieszankę. To szkocki przepis mojej prababki.
Diva zachichotała cicho owijając głowę na powrót w opatrunek. Słyszała ironiczne pytanie panny Mapp o to, jak się miewa drogi król i pomyślała wtedy, że chyba szkoda, że panna Mapp to powiedziała.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 28 Mar, 2025 14:28   

Całe szczeście , że już ciemno było, nie było widać jak wszyscy zsinieli z zazdrości :twisted: :rotfl: :rotfl: :rotfl: i nowa prababka od przepisu się zjawiła, Szkocja jest dobrym uzasadnieniem dla brandy w foolu :mrgreen: :lol:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.