To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK - FINAŁ

snowdrop - Pon 31 Gru, 2007 09:16

Co miało oznaczać to całkiem - chyba trochę denerwuję się przed rozmową z ojcem Lizzy.
Maryann - Pon 31 Gru, 2007 09:23

To chyba miało być takie niezobowiązujące potwierdzenie słów Bingleya. Tyle, że akurat wziąwszy pod uwagę okoliczności i to KTO to mówi, to zabrzmiało dosyć dziwnie... Ale zaraz się wyprostuje. :wink:
A tatusia to chyba się tak bardzo nie boi... Choć pamiętam kiedyś taki fanfikołek na temat tej rozmowy... :mrgreen:

Sofijufka - Pon 31 Gru, 2007 10:04

"Ich dzieci nigdy nie usłyszą od nich gniewnego słowa, może nawet pozwolą swoim rodzicom czasem mieć własne zdanie. "
:mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: :oklaski:

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 11:59

Caroline napisał/a:
Cóż, jest pan mile widziany w Longbourne w każdej chwili, panie Darcy. Jak pan widzi mam kilka córek, które mogą zapewnić wykształconemu mężczyźnie żywą konwersację. - skinął pokazując na Mary zagłębioną w lekturze i na Kitty układającą wstążki na kapeluszu z wielkim rondem.

Mary i Kitty ? Co pan Bennet chciał przez to powiedzieć ? :roll:

Caroline napisał/a:
Pochylił się do niej.
- Jutro - wyszeptał.
Elizabeth skinęła.
- Jutro - powiedziała i cofnęła się stając obok siostry

Czy nikt nie zauważył tych szeptów ? :wink:

Nellie - Pon 31 Gru, 2007 12:06

Maryann napisał/a:



Caroline napisał/a:
Cóż, jest pan mile widziany w Longbourne w każdej chwili, panie Darcy. Jak pan widzi mam kilka córek, które mogą zapewnić wykształconemu mężczyźnie żywą konwersację. - skinął pokazując na Mary zagłębioną w lekturze i na Kitty układającą wstążki na kapeluszu z wielkim rondem.

Mary i Kitty ? Co pan Bennet chciał przez to powiedzieć ?

Eee...ironicznie to powiedział pewnie, jak to pan Bennet... Kitty i Mary nadawały się do żywej, inteligentnej konwersacji jak kozy do baletu :wink: Na szczęście żywych i inteligentnych rozmów nie zbraknie Darcy'emu do końca życia :wink:

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 12:10

Nellie napisał/a:
Eee...ironicznie to powiedział pewnie, jak to pan Bennet...

A może miał jak najczystsze intencje i rzeczywiście chciał gościowi zrobić przyjemność ? :wink: A wybór był dość oczywisty - pani Bennet odpadała w przedbiegach, Jane była zajęta, a z Elżbietką to oni się przecież (zgodnie z oficjalną wersją przynajmniej) nigdy nie lubili... :mrgreen:

Nellie napisał/a:
Na szczęście żywych i inteligentnych rozmów nie zbraknie Darcy'emu do końca życia :wink:

Żeby mu tylko nie zbrzydła... :wink:

nicol81 - Pon 31 Gru, 2007 12:12

Mi się tam nie podoba, że pan Bennet nabija się z córek przy obcym. Wszak nie wie, że to prawie rodzina... :mrgreen:
Nellie - Pon 31 Gru, 2007 12:13

Żeby mu tylko nie zbrzydła...
Elizabeth??? NEVER!!! :mrgreen: :-P

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 12:17

nicol81 napisał/a:
Mi się tam nie podoba, że pan Bennet nabija się z córek przy obcym. Wszak nie wie, że to prawie rodzina... :mrgreen:

Jak już wspominałam, mi się w ogóle nie podoba, że on się nabija z kogokolwiek. Poczynając od własnej żony.

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 12:18

Nellie napisał/a:
Żeby mu tylko nie zbrzydła...
Elizabeth??? NEVER!!! :mrgreen: :-P

Nie Elizabeth, tylko jej cięty język... :wink:

nicol81 - Pon 31 Gru, 2007 12:41

Maryann napisał/a:
nicol81 napisał/a:
Mi się tam nie podoba, że pan Bennet nabija się z córek przy obcym. Wszak nie wie, że to prawie rodzina... :mrgreen:

Jak już wspominałam, mi się w ogóle nie podoba, że on się nabija z kogokolwiek. Poczynając od własnej żony.

Ech, ucieczka Lidii nic go nie nauczyła :wsciekla:

Marija - Pon 31 Gru, 2007 12:44

Jakby się nabijał tylko w rodzinnym gronie - ale on przed obcymi :? !
Caroline - Pon 31 Gru, 2007 12:49

Maryann napisał/a:
A może miał jak najczystsze intencje i rzeczywiście chciał gościowi zrobić przyjemność ? :wink:

Polecanie konwersacji z siostrzyczkami to byłaby raczej zemsta (być może za fochy na pierwszym balu) :D

"Panie Darcy, jak znajduje pan ostatnie kazania pastora Stiffnecka, czyż nie ujmują trafnie, czym jest dla kobiety wartość jej cnoty, a mężczyznom nie wskazują jedynej słusznej drogi honoru i pokory wobec swoich patronów i dobrodziei. Niezwykle interesujące, nieprawdaż? Czy w Pemberley czytują państwo Hioba trzy razy dziennie, czy jedynie po kolacji przed snem?"

Albo
"Dziękuję, panie Darcy, tak Meryton to cudowne miejsce, choć ostatnio wybór wstążek znacznie się zmniejszył, a i pióra strusie już nie te. Zapewne moja siostra Lydia ma takie pióra i wstążki, jakie chce! Czyż to nie niesprawiedliwe?! Napije się pan herbaty?"
:twisted: :uzi: :confused3:

Ale wiesz co Maryann, zgadzam się z Tobą, też nie podoba mi się, jak pan Bennet nabija się ze swoich dzieci, na przykład, jak w jednej scenie (w serialu to chyba było na spotkaniu u pani Phillips) mówi, że mają ręce, nogi i są najgłupszymi dziewczynami w Anglii.

***

A jeśli chodzi o "całkiem, całkiem" to w oryginale było "quite", ja zrozumiałam to raczej jako ironiczne dopowiedzenie człowieka, który właśnie wygrał w totka, jego rozmówca jeszcze o tym nie wie i pyta go, jak mu minął dzień, a on odpowiada coś w stylu "Całkiem nieźle, nie mogę narzekać!" :D

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 13:00

Caroline napisał/a:
Ale wiesz co Maryann, zgadzam się z Tobą, też nie podoba mi się, jak pan Bennet nabija się ze swoich dzieci, na przykład, jak w jednej scenie (w serialu to chyba było na spotkaniu u pani Phillips) mówi, że mają ręce, nogi i są najgłupszymi dziewczynami w Anglii.

Z żony przed dziećmi, z dzieci - niemal publicznie... Nieładnie. A co on zrobił, żeby te dzieci nie były takie "głupie" ?
W przypadku żony mam mu zawsze ochotę powiedzieć: "Widziały gały, co brały" ?

Caroline napisał/a:
A jeśli chodzi o "całkiem, całkiem" to w oryginale było "quite", ja zrozumiałam to raczej jako ironiczne dopowiedzenie człowieka, który właśnie wygrał w totka, jego rozmówca jeszcze o tym nie wie i pyta go, jak mu minął dzień, a on odpowiada coś w stylu "Całkiem nieźle, nie mogę narzekać!" :D

Ja to zrozumiałam dokładnie tak samo - tylko to tak fajnie brzmi, jak się te słowa zestawi z tym, co się właśnie wydarzyło. :wink:
Ale faktycznie narzekać nie powinien... Chyba... :wink:

trifle - Pon 31 Gru, 2007 13:03

http://pl.youtube.com/watch?v=V9r4XLLsWrY

To nie ja jestem looovecats :D

Ulka - Pon 31 Gru, 2007 13:11

trifle napisał/a:
http://pl.youtube.com/watch?v=V9r4XLLsWrY

To nie ja jestem looovecats :D


super :mrgreen:
autor, autor! :wink:

Sofijufka - Pon 31 Gru, 2007 13:11

Maryann napisał/a:
Z żony przed dziećmi, z dzieci - niemal publicznie... Nieładnie. A co on zrobił, żeby te dzieci nie były takie "głupie" ?
W przypadku żony mam mu zawsze ochotę powiedzieć: "Widziały gały, co brały" ?

No, nie całkiem widziały, żądza mu welon zaćmienia na oczy rzuciła. Wczoraj obejrzałam sobie zakończenia serialu. I jak pastor nawijał o szanowaniu wsólmałzonka, to papa Bennet tak komicznie wzniósł oczy do nieba a potem na panią Bennet łypnął....

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 13:13

A Charlotta na swojego pastora... :wink:

Biedny pan Collins... Co on musiał przeżywać w trakcie tej ceremoni... Ciekawe, czy jak padło pytanie, czy ktoś zna jakieś przeszkody dla tego małżeństwa, to nie miał ochoty wrzasnąć na cały kościół "Ja ! Ja ! Jej Wysokość się nie zgadza !".

Sofijufka - Pon 31 Gru, 2007 13:19

Maryann napisał/a:
A Charlotta na swojego pastora... :wink:

Biedny pan Collins... Co on musiał przeżywać w trakcie tej ceremoni... Ciekawe, czy jak padło pytanie, czy ktoś zna jakieś przeszkody dla tego małżeństwa, to nie miał ochoty wrzasnąć na cały kościół "Ja ! Ja ! Jej Wysokość się nie zgadza !".

Ale z drugiej strony... Łączył się węzłem pokrewieństwa z panem Darcy, a zatem i :Jej Wysokością" :mrgreen:
Chyba to drugie przeważyło, bo minę miał błogą...

Matylda - Pon 31 Gru, 2007 13:45

Nellie napisał/a:
Żeby mu tylko nie zbrzydła...
Elizabeth??? NEVER!!! :mrgreen: :-P


Za dużo zainwestował :mrgreen:

asiek - Pon 31 Gru, 2007 17:31

Caroline napisał/a:

Elizabeth zajęła miejsce z dala od niego, ...ale tylko rozmowy z nią pragnął, jej uśmiechu potrzebował...czuł się bezradny. Elizabeth była jego, a jednocześnie nie była, była towarzyszką jego serca, ale nie była przy jego boku.

Czyż nie cudny on ? :serduszkate: Aż by się go kciało do piersi falującej przytulić. :-P

Caroline, :kwiatek:

Maryann - Pon 31 Gru, 2007 17:35

asiek napisał/a:
Czyż nie cudny on ? :serduszkate: Aż by się go kciało do piersi falującej przytulić. :-P

Prawda ? :serduszkate:

A tak psioczyłyście na Pamelkę... :mrgreen:

Dione - Pon 31 Gru, 2007 18:47

Na Pamelkę???? My........???????????????

Przenigdy.........



A tak serio - te fragmenta, to jej wyszły całkiem całkiem :-P

Caroline - Wto 01 Sty, 2008 13:31

Rozdział XII, cz.2
Bingley odwrócił się do niego.
- Może dla ciebie nie był on znowu tak wspaniały, skoro spędziłeś cały wieczór z Bennetami. Dobry z ciebie przyjaciel, że to zniosłeś, Darcy, dziękuję ci.
- Nie ma za co, Charles - odpowiedział Darcy. - To naturalne, że chcesz przebywać w towarzystwie swojej narzeczonej jak najdłużej. A ja jestem tu w końcu na własne życzenie i mogę odejść kiedy zechcę.
- Jesteś bardzo uprzejmy - odpowiedział Bingley. Milczał przez chwilę zanim dodał zupełnie innym tonem. - I to tak uprzejmy, żeby zgubić mnie i Jane w lesie. Jak to się stało? Widzieliśmy cię tylko przez pierwsze pół godziny.
- Czy to znaczy, że nie chcieliście być tak długo sami?
- Nie to miałem na myśli - zaśmiał się Bingley. - Ja się nie martwiłem, nie aż tak jak Jane, to pewne, ale ona nie widziała, jak dobrze się rozumieliście w Pemberley. To mi przywiodło na myśl, że celowo nas zgubiliście i nie miałeś nic przeciwko towarzystwu panny Elizabeth.
- Podzieliłeś się tym z panną Bennet?
- Coś powiedziałem. Nie powinienem był?
Darcy nie odpowiedział od razu. Czy był jakiś powód, dla którego powinien zachować swoją radość dla siebie? Wkrótce wszyscy będą o tym wiedzieli, a Bingley był jego najlepszym przyjacielem. W każdym razie, sam pragnął usłyszeć słowa, które uczynią wydarzenia tego popołudnia bardziej rzeczywistymi. Był też ciekaw reakcji Charlesa. Zbliżył się do Bingleya, tak że jechali kolano w kolano.
- Masz tylko częściowo rację, przyjacielu. Muszę wyznać, że niewiele myślałem o tobie i pannie Bingley tego popołudnia. Moim zamiarem, gdy ty szczęśliwie zasugerowałeś spacer, było znaleźć sposobność, by porozmawiać na osobności z panną Elizabeth.
- Porozmawiać na osobności? - Bingley ściągnął wodze i przyglądał się zdumiony Darcyemu w świetle księżyca. - A o czym, zastanawiam się?
- O osobistych sprawach - Darcy uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście - Bingley nie dał się zbić z tropu. - O osobistych sprawach dotyczących czego, jeśli wolno spytać?
- Cóż, możesz spytać...
- Darcy! - głos Bingleya stał się groźny.
Darcy poddał się ze śmiechem.
- Dotyczących tego - co może cię zaskoczyć albo nie, nie wiem, bo nie ufam już sam własnej opinii o sobie - dotyczących tego, że podziwiałem... nie, więcej niż podziwiałem... pannę Elizabet niemal od naszego pierwszego spotkania.
- Dobry Boże! - Bingley wykrzyknął zdziwiony. - Tego lata w Pemberley podejrzewałem uczucie, ale od zeszłej jesieni? Przecież nic tylko się z nią sprzeczałeś!
- Tak, to prawda. Nie rozumieliśmy się dobrze tej jesieni. Winię moje zachowanie za jej marną opinię o mnie powziętą na początku. Ale były tez podłe plotki na mój temat rozsiewane przez Wickhama, które wpłynęły na jej opinię.
- Ten łajdak! I pomyśleć, że muszę być jego... - Bingley zacisnął zęby i szybko zakończył ten temat na rzecz bardziej interesującego. - Mów dalej, Darcy, kochałeś ją cały ten czas! - westchnął głęboko - To naprawdę wspaniałe! Jak w sztuce... tej Szekspira. Co to było... jak on się... Benedict?
Darcy zaśmiał się.
- Tak, bardzo podobnie!
- Ale co się działo zanim przyjechała do Pemberley.
- Spotkaliśmy się ponownie w Kent, zeszłej wiosny, kiedy odwiedzała swoich znajomych mieszkających w pobliżu posiadłości mojej ciotki, lady Catherine de Bourgh. Siebie muszę winić za nieporozumienie i haniebne zachowanie, którego się dopuściłem, z przykrością to mówię, jendak to co nas dzieliło zostało ostatecznie ujawnione. Kiedy następnym razem spotkaliśmy się w Pemberley czuliśmy się już znacznie lepiej we własnym towarzystwie.
- Ja myślę! Nigdy nie zapomnę, jak odpowiedziałeś Caroline "... jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie znam".
Darcy westchnął.
- Obawiam się, że nie było to zbyt uprzejme, Charles.
- Na Boga, nie przepraszaj, zasłużyła sobie na to. Mów dalej. - ruszyli w dalszą drogę, ale jechali powoli.
- Zrobiliśmy pierwszy krok, ale na tym się skończyło. Kiedy niespodziewanie odwołano ją do domu, wydawało się nieprawdopodobne, by pojawiła się okazja do kolejnej rozmowy.
- Niech to diabli! - Bingley potrząsnął głową. - Ale potem rozmawiałem z tobą o Netherfield. Nic dziwnego, że tak mnie zachęcałeś do powrotu!
- Już zawsze będę twoim dłużnikiem, przyjacielu - odpowiedział Darcy z szerokim uśmiechem - za twoją pożałowania godną niezdolność do podjęcia decyzji. - Bingley przyznał się do swojej wady wybuchem drwiącego śmiechu.
- Dzięki temu mogłem doprowadzić do końca dwie naglące sprawy. - mówił dalej Darcy - Po pierwsze, naprawić moją niewybaczalną interwencję w twoje sprawy, a po drugie, dowiedzieć się, ku czemu skłania się panna Elizabeth i czy moje oświadczyny mają jakiekolwiek szanse na przyjęcie.
- Oświadczyny! To cudownie, Darcy! Ależ oczywiście, że cię przyjmie, jaka kobieta w Anglii, by cię nie przyjęła?
- Ach, jest taka jedna, zapewniam cię. To nie były moje pierwsze oświadczyny - Darcy spojrzał na zaskoczonego przyjaciela - "nieporozumienia" zeszłej wiosny, o których mówiłem...
Bingley aż wstrzymał dech.
- Niesamowita! Elizabeth?
- Nieprawdaż? - nutka zadowolenia zabrzmiała w jego głosie. Jechali dalej w milczeniu, w oddali między drzewami, pojawiły się światła Netherfield Hall.
Darcy mówił dalej bardziej zamyślony.
- Bez większych ceremonii posłała mnie w diabły. I na zawsze będę jej za to wdzięczny. Przepełniała mnie gorycz. Byłem wtedy wściekły. Dzięki niej spokorniałem i zrozumiałem, że moje mniemanie o sobie nic nie znaczy dla kobiety obdarzonej mądrością i charakterem.
- Ale te drugie oświadczyny? Powiedziała "tak", prawda? - w pytaniu Bingleya brzmiała niepewność.
Darcy uśmiechnął się.
- Powiedziała "tak".
Bingley stanął w strzemionach i wydał z siebie okrzyk, któremu odpowiedziało wycie z psich bud w Netherfield. Koń Bingleya zatańczył zdziwiony tym zachowaniem a Darcy'ego się spłoszył.
- Darcy to przechodzi pojęcie! - mówił dalej Bingley z powrotem siadając w siodle. - Zdajesz sobie z tego sprawę? Będziemy braćmi. Och, Jane i ja rozmawialiśmy o tym, pragnęliśmy tego, ale myśleliśmy, że to niemożliwe. Jakże będzie zaskoczona!
- Bingley, błagam, byś o niczym nie mówił, póki nie zostanie oficjalnie ogłoszone. - Darcy przerwał jego entuzjazm. - Muszę jeszcze porozmawiać z panem Bennetem i byłoby niezręcznie...
- Nie mów nic więcej - Bingley zaśmiał się ponuro. - Rozumiem i nic nie powiem, chociaż będzie to bardzo trudne!
Po kilku minutach ciszy zwrócił się znów do Darcyego. - Zgubimy się znowu jutro?
- Ścieżki Hertfordshire są nam zupełnie obce - odpowiedział Darcy.
- W rzeczy samej - zgodził się Bingley - przeklęte, zwodnicze miejsce!

Caroline - Wto 01 Sty, 2008 13:33

Przepraszam za noworoczny poślizg, przebijałam się dziś do domu pięcioma środkami lokomocji :D

Za to kawałeczek fanfikowy, nie wiem, jak Waszym zdaniem, ale moim "całkiem, całkiem" ;)



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group