|
|
Królowa Lucia |
| Autor |
Wiadomość |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 15 Wrz, 2024 19:40 Królowa Lucia
|
|
|
Kochane, noszę się z tym pomysłem jak kura z jajem, ale w końcu skaczę. Otóż - przetłumaczyłam książkę dla własnej przyjemności, ale pomyślałam, że może i wam się spodoba.
Autor: E.F Benson, tytuł oryginalny: Queen Lucia, tom pierwszy sześciotomowego cyklu z życia angielskiego miasteczka lat 20 i 30 ubiegłego wieku. Lekkie jak piórko i cudne: spokojny, pogodny świat jeszcze nietknięty przekleństwami współczesności, kapitalny zestaw bohaterów z tytułową panią Emeliną Lucas zwaną Lucią - spróbujcie, a co.
Wklejam połowę pierwszego rozdziału i czekam na odzew
Rozdział pierwszy
Choć tego lipcowego poranka słońce mocno przygrzewało, pani Lucas wolała pokonać półmilowy dystans pomiędzy stacją kolejową a domem na własnych żwawych nogach, więc odprawiła pokojówkę i bagaż taksówką, którą wysłał po nią mąż. Po czterech godzinach spędzonych w pociągu krótki spacer był wskazany, ale, choć nie przyznałaby się do tego, inny motyw, bardziej podświadomej natury, kierował jej działaniami. Wszyscy jej przyjaciele w Riseholme będą oczywiście wiedzieli, że ona przyjeżdża dziś tym o 12:26 i o tej godzinie uliczki jej wioski będą ich bez wątpienia pełne. Zobaczą taksówkę z bagażem zajeżdżającą przed drzwi domu Przy Zagajniku, a wysiądzie z niej jedynie jej pokojówka.
To ich zaciekawi: wywoła jeden z tych małych dreszczyków przyjemnego podniecenia i ćwiczeń umysłowych opartych na domysłach, które dawały Riseholme jego emocjonalny chleb powszedni. Będą się wszyscy zastanawiać, co się z nią stało, czy w ostatniej chwili przed wyjazdem z miasta dopadła ją choroba i z powodu jej powszechnie znanego hartu ducha i liczenia się z uczuciami innych wysłała przodem służącą aby upewniła męża, że nie ma się czym martwić? Na taki pomysł na pewno będzie wpadnie pani Quantock, bo umysł pani Quantock, oddany ostatnio studiom nad Nauką Chrześcijańską i determinacji w zaprzeczaniu istnienia bólu, nieszczęść i śmierci w odniesieniu do samej siebie, był zawsze pełen ponurych wizji co do przyjaciół i przy najmniejszej okazji wyobrażała ona sobie, jak te biedne zaślepione stworzenia cierpią z powodu własnych błędnych przekonań. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę, że auto zdążyło dotrzeć do domu Przy Zagajniku i jego pojawienie się zostało dostrzeżone przez Daisy Quantock, lub ją o nim powiadomiono, istniała duża szansa, że dama ta już zaczęła obmyślać kurację dla nieobecnej pani Lucas.
Bardzo prawdopodobne, że Juruś Pilson również ujrzał finał kursu taksówki, ale zaryzykował znacznie bardziej prawdopodobne choć błędne wyjaśnienie jej nieobecności. Uznał on z pewnością, że wysłała służącą z bagażami na stację, aby ta zajęła jej miejsce w pociągu, podczas gdy sama, niepomna upływu czasu, spędzała ostatnie pół godziny na kontemplacji włoskich arcydzieł w National Gallery czy greckich brązów w British Museum. Na pewno nie byłaby w Royal Academy, bo kultura Riseholme, której ton nadawała ona sama, odrzucała jako bezwartościowe wszystkie wysiłki artystyczne dokonane po śmierci sir Joshuy Reynoldsa i spory kawał tego, czego dokonano przed nią. Jej mąż z kolei, z właściwym sobie trzeźwym spojrzeniem na świat, mógłby niestety, jeszcze nim służąca potwierdziłaby jego przypuszczenia, celnie dojść do wniosku, że Lucia po prostu idzie ze stacji piechotą.
A zatem motyw, który kierował nią przy odsyłaniu samochodu, choć podświadomy, wkrótce przeniknął do jej świadomości, a domysły na temat tego, co powiedzą inni kiedy zobaczą taksówkę zajeżdżającą bez niej wynikał z pewnego dramatycznego pierwiastka, który stanowił lwią część jej osobowości i sprawiał, że zawsze, jakby z prawa boskiego, pełniła ona kierowniczą rolę w rozrywkach teatralnych, którymi śmietanka towarzyska z Riseholme oszukiwała czy raczej usilnie wypełniała chwile, które mogła wygospodarować między studiami nad sztuką i literaturą i obowiązkami towarzyskimi. Istotnie zwykle nie poprzestawała na objęciu kierownictwa, ale, jeśli to tylko było możliwe, mnożyła obowiązki biorąc na siebie jeszcze jakąś inną rolę – inspicjentki, adaptatorki, a nawet scenografki. Cokolwiek robiła – a robiła naprawdę dużo – robiła z całą mocą swojej pełnej dramatyzmu natury, robiła tak solennie, że nie miała nawet czasu żeby choć na chwilę wpaść do galerii, po prostu kontemplowała siebie i swoje osiągnięcia. Kiedy grała na pianinie, a często to czyniła (rezerwując na ćwiczenia godzinę każdego dnia), nie dbała ani trochę o to, co ktoś kto przechodził ulicą obok jej domu mógł sobie pomyśleć o ruadach, które wylewały się przez otwarte okno: ona była po prostu Emmeline Lucas, zatopioną we wspaniałym Bachu, subtelnym Scarlattim, szlachetnym Beethovenie.
Ten ostatni był chyba jej ulubionym kompozytorem i wiele było wieczorów, podczas których przy wygaszonym świetle i jedynie miękkiej poświacie księżyca wlewającej się przez nie zasłonięte okna, siadała zwrócona profilem jak kamea (albo główka na znaczku pocztowym) na tle ciemnych, wykładanych dębowym drewnem ścian swojego saloniku muzycznego i zachwycała siebie i słuchaczy, jeśli miała gości na kolacji, wykwintnym patosem pierwszej części Sonaty Księżycowej. Z oddaniem wielbiąc Mistrza, którego portret wisiał nad jej Stainwayem, nigdy nie mogła zmusić się do uznania, że dwie kolejne części miały ten sam wysublimowany poziom jak pierwsza, a poza tym „wchodziły” o wiele szybciej. Mimo to postanowiła wysiadając dziś z pociągu i planując nowe zajęcia domowe, na serio spróbować je wyszlifować, by móc przejść przez ich zawiłości z jaką taką dokładnością. Bez tego z pewnością zatrzymałaby się na końcu pierwszej części tych księżycowych seansów i powiedziała, że pozostałe dwie są bardziej jak poranek i popołudnie. Potem z westchnieniem zamknęłaby pokrywę fortepianu i być może wycierając odrobinę prawdziwej wilgoci z oczu włączyłaby światła elektryczne i podnosząc ze stołu książkę, w której nóż do papieru znaczył jej postępy, powiedziałaby:
– Jurusiu, musisz obiecać mi, że przeczytasz tę biografię Antonino Caporellego kiedy tylko ją skończę. Wcześniej nie rozumiałam rozwoju szkoły weneckiej. Kiedy czytam, wręcz czuję zapach soli skradającej się przez lagunę i widzę dzwonnicę kochanego Torcello.
A Juruś odłożyłby tamborek, na którym wyszywał swoją kopię włoskiej kapy i westchnąłby także.
– Cudowna jesteś – powiedziałby. – Jak ty na to wszystko znajdujesz czas?
Odpowiedziałaby sentencją, która następnego dnia krążyłaby po całym Riseholme:
– Mój drogi, po prostu zapracowani ludzie mają czas na wszystko.
Można by pomyśleć, że nawet takie czynności jak tutaj wskazane wystarczyłyby, żeby zająć człowieka tak bardzo zajętego jak pani Lucas, ale nie tak się sprawy miały. Tak jak malarz Rubens zabawiał się ambasadorowaniem na dworze świętego Jakuba – kariera sama w sobie dla zapracowanych ludzi – tak samo pani Lucas bawiła się w przerwach swej pogoni za Sztuką dla Sztuki, będąc nie tylko jej ambasadorką, ale i monarchinią. Riseholme być może zgodnie z prymitywnym materializmem map, mogłoby należeć do Królestwa Wielkiej Brytanii, ale w bardziej realnym i wewnętrzny sensie tworzyło całkowicie odrębne królestwo, którego władczynią była bez wątpienia pani Lucas, władająca nim z bezpiecznym samowładztwem przyjemnym do kontemplowania w czasach, gdy przewracały się trony, a cesarskie korony spadały jak suche liście na jesiennym wietrze.
Władca Riseholme, szczęśliwszy niż ten Rosji, nie musiał bać się palca bolszewizmu piszącego na ścianie, gdyż w tej kadzi, tak przyjemnie kipiącej kulturą, nie było ani jednej bańki rewolucyjnego fermentu. Nie było tu ani nędzy ani szeptanej groźby jakiegokolwiek przewrotu: pani Lucas, zajęta i pogodna, pracowała ciężej niż którykolwiek z jej poddanych i sprawowała autokratyczną kontrolę nad nominalną demokracją.
c.d.m.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Admete
shadows and stars

Dołączyła: 18 Maj 2006 Posty: 58798 Skąd: Babylon 5/Gondor
|
Wysłany: Nie 15 Wrz, 2024 21:14
|
|
|
| Z przyjemnością się zapoznam 🙂 |
_________________ „But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
Lubię jesień.
 |
|
|
|
 |
Ania Aga

Dołączyła: 23 Paź 2009 Posty: 4792
|
Wysłany: Nie 15 Wrz, 2024 21:24
|
|
|
| Chętnie przeczytam |
|
|
|
 |
BeeMeR

Dołączyła: 16 Gru 2006 Posty: 44790 Skąd: z Krakowa :)
|
Wysłany: Nie 15 Wrz, 2024 21:55
|
|
|
Ja też chętnie przeczytam |
_________________
 |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 16 Wrz, 2024 08:32
|
|
|
No pewnie |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 16 Wrz, 2024 10:02
|
|
|
Dorzucę więc wieczorem kolejną część
Póki co będzie trochę statycznie, bo musimy najpierw poznać miejsce akcji i bohaterów, ale potem przygody ruszą z kopyta |
|
|
|
 |
Aragonte

Dołączyła: 18 Maj 2006 Posty: 36808
|
Wysłany: Pon 16 Wrz, 2024 17:27
|
|
|
Wow, Trzykrotko, jak Ty mi zaimponowałaś! Brawo!
Oczywiście, że chętnie przeczytam |
_________________ "Wolę piekło chaosu od piekła porządku".
(W. Szymborska) |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 16 Wrz, 2024 18:50
|
|
|
| Aragonte napisał/a: | Wow, Trzykrotko, jak Ty mi zaimponowałaś! Brawo!
|
Napisów się nie robi, więc żeby nie zardzewieć....
Wrzucam wielki kawał, bo ten pierwszy rozdział jest głównie opisowy, więc łyknijmy to i przejdźmy do nawiązania akcji: w Riseholme pojawia się ktoś nowy.
Coś ze świadomości tej suwerenności trwało w jej umyśle kiedy pokonała ostatni zakręt drogi i otworzył się przed nią widok na wiejską ulicę, która stanowiła jej królestwo. Rzeczywiście, należało ono do niej, jak skarb należy do Korony, bo to ona rozpoczęła transformację tej zapyziałej elżbietańskiej wioski w pałac kultury wznoszący się teraz w miejscu gdzie dziesięć lat temu wiejska społeczność wiodła bydlęce i nieoświecone życie w domkach z szarego kamienia lub cegły i drewna. Wcześniej, gdy jej mąż gromadził fortunę, przyjemną w kwocie i przyzwoitą z pochodzenia, ona tylko podtrzymywała mały, kopcący kaganek oświaty w Onslow Gardens1 Ale zarówno jego jak jej ambicją było pławienie się w kulturze i zajmowanie własną dziedziną artystyczną, więc kiedy już - dzięki solidnym inwestycjom - potrzeby materialne zostały zaspokojone, kiedy tysiące funtów zostały zabezpieczone w solidnych papierach wartościowych, bez trudu namówiła go do kupna trzech z domków wybudowanych razem w niskim dwupiętrowym ciągu. Następnie, dzięki rozważnemu usunięciu ścian działowych, zmieniła je z pomocą sympatycznego architekta w bardzo wygodną siedzibę, dobudowując następnie do niej nowe skrzydło, biegnące pod kątem prostym od tyłu, które było – o ile w ogóle – tylko o odcień bardziej nieubłaganie elżbietańską gałązką niż pień, z którego wyrosła, bo to tutaj znajdowała się słynna palarnia z sitowiem na podłodze i kredensem z cynowymi kubkami i kratami w oknach ze szkła tak antycznego, że było prawie nieprześwitujące. Miała ogromny otwarty kominek obramowany dębowymi belkami z siedzeniami po obu stronach paleniska o żelaznej podstawie, a nad paleniskiem wisiał autentyczny elżbietański rożen. Choć w pozostałej części domu z racji na wygodę pozwoliła na zainstalowanie światła elektrycznego, tutaj nie poczyniono takiego ustępstwa, a kinkiety na ścianach podtrzymywały słabe żelazne lampy, więc tylko ktoś o sokolim wzroku byłby w stanie tu czytać. A nawet dla kogoś takiego czytanie byłoby trudne, bo stojaki na książki na stole zawierały wyłącznie kilka sfatygowanych tomów, datowanych nie później niż siedemnasty wiek i żeby czuć się tu swobodnie trzeba by było być w szaleńczo elżbietańskim nastroju. Ale pani Lucas często spędzała tutaj rzadkie momenty wolnego czasu grając na wirginale który stał przy oknie, lub wędziła się w dymie drewna palonego w kominku i z łzawiącymi oczami odcyfrowywała Elzevira Harace raczej zbyt późnego na objęcie go jej regułami, lecz niewątpliwie kupionego okazyjnie.
Dom stał na tym końcu wsi, z którego najbliżej było do stacji, dlatego, kiedy otwarła się przed nią panorama jej królestwa, miała do przejścia jeszcze tylko kilka kroków. Cisowy żywopłot kupiony w całości na sąsiedniej farmie i przesadzony z solidnymi bryłami ziemi i oburzonymi ślimakami wokół korzeni, oddzielał mały prostokąt ogrodu od drogi i rzucał monstrualne cienie kształtów, w które został wycięty, na małe trawniki wewnątrz. Tutaj, co było jak najbardziej słuszne i właściwe, nie znalazłoby się innych kwiatów prócz tych, które wymieniono w sztukach Szekspira; rzeczywiście, nazywał się on ogrodem szekspirowskim, a rabatka, która biegła pod oknami jadalni była rabatką Ofelii, bo rosły tam tylko kwiaty, które ta zrozpaczona panna rozdawała przyjaciołom, podczas, gdy powinna była przebywać w szpitalu dla obłąkanych. Pani Lucas często rozmyślała o tym, jakie to szczęście, że podobne instytucje nie były znane w czasach Elżbiety I, a jeśli nawet istniały, to Szekspir artystycznie ignorował ich istnienie. Główną dekoracją były naturalnie bratki, choć znalazło się tam też trochę kwitnącej ruty. Pani Lucas zawsze w porze kwitnienia nosiła przy sobie ich mały bukiecik dla pobudzenia myśli i twierdziła, że są niezwykle efektywne. Wokół zegara słonecznego ustawionego w środku jednego z kwadratów trawy między którymi ścieżka z popękanej kostki brukowej wiodła do drzwi frontowych, była okrągła rabata, teraz, w lipcu, żałośnie pusta, bo obsadzono ją jedynie kwiatami wiosennymi wymienionymi przez Perditę. Ale co roku pierwszy dzień w którym grządka Perdity wypuszczała swe pierwsze kwiaty był rozkosznym świętem, a wieść o tym rozprzestrzeniała się jak ogień na stepie po całym królestwie pani Lucas, a jej pełni radości poddani schodzili się by powitać fiołka, czy żonkila, czy cokolwiek tym razem tam kwitło.
Trzy domki zręcznie przemienione w dom Przy Zagajniku tworzyły uroczo nieregularny i malowniczy front. Dwa zbudowano z szarego kamienia charakterystycznego dla tego hrabstwa, a środkowy, do którego drzwi prowadziła brukowana ścieżka, z cegły i drewna, segmentowe okna z kamiennymi szprosami wpuszczały do środka niewiele światła i dodano tu kilka nowych okien; spostrzegawcze oko patrzącego łatwo mogło je rozpoznać, bo miały starszy wygląd niż pozostałe. Podobnie drzwi wejściowe, wyglądały jakby wykonano je na długo przed budową domu, a było faktem, że te, które zastała tu pani Lucas były zbyt zniszczone by choć w najmniejszym stopniu chronić przed wiatrem, deszczem lub niepożądanymi gośćmi. Dlatego zleciła wykonanie jeszcze starszych drzwi, zrobionych z dębowych desek po rozebranej stodole, które kazała nabić dużymi antycznymi gwoźdźmi wykonanymi przez wiejskiego kowala. Niektóre z nich ułożył tak, by tworzyły napis A.D. 1603. Nad drzwiami wisiał szyld dawnej gospody, a w miejsce, w którym się kiedyś obracał, wstawiono latarnię, w której zamontowano, dobrze ukryte przed wzrokiem patynowanymi szybkami, światło elektryczne. Było to jedyne ustępstwo na rzecz nowoczesnej wygody, bo żadna lampa olejowa nie przebiłaby się przez te autentycznie nieprzejrzyste szyby i nie oświetliła drogi do furtki. Lepiej już założyć żarówkę elektryczną niż narażać gości na deptanie po rabacie Perdity. Z boku tych fortecznych drzwi wisiał ciężki odlewany dzwon z sznurem do jego rozkołysania zakończonym syreną. Początkowo, kiedy pani Lucas kazała go zainstalować, był to dzwon z sznurem i sercem w tym sensie, że jakiś ekstremalnie atletyczny mężczyzna mógł, używając obu rąk i mocno wbijając stopy w grunt, wprawić go w ruch, tak, że wielki dzwon z brązu kołysał się w przejściu dla służby i w końcu wydawał dźwięk (jeśli atleta nadal by nim kołysał) z tak dźwięcznymi wibracjami, że farba z sufitu opadała białymi płatkami. Zrobiła więc kolejne ustępstwo na rzecz kruchości obecnego pokolenia i niedogodności bielidła wpadającego do sałatek i puddingów w drodze do jadalni i teraz z tyłu ogona syreny widniał mały kościany guzik o potężnej mocy pomalowany na czarno i praktycznie niewidoczny, przez co dzwon sznurowy zmienił się w elektryczny brzęczek. Tym sposobem goście mogli oznajmiać swoje przybycie bez zbędnego wysiłku, syrena wizualnie nie straciła ani krzty swojego elżbietańskiego dziewictwa, a duch Szekspira przechadzający się po tym ogrodzie nie zauważałby żadnego anachronizmu. I naprawdę nie mógłby, bo nie byłoby nikogo kto mógłby to zauważyć.
Choć rodzice pani Lucas nadali jej imię Emmeline, nie należy się dziwić, że wśród najbliższych z jej poddanych znana była jako Lucia, co wymawiało się rzecz jasna z włoska – La Lucia, żona Lucasa; i to właśnie słowami „Lucia mia” powitał ją mąż gdy spotkali się w drzwiach domu Przy Zagajniku.
Wypatrywał jej nadejścia z okien salonu medytując nad kolejnym małym poemacikiem prozą, które stanowiły tak rozkoszny wkład w kulturę Riseholme, bo choć, jak już wspomniano, w codziennym życiu bardzo mocno stąpał on po ziemi, w jego duszy były okna otwarte na kruche i eteryczne perspektywy, które nie tylko nie miały nic wspólnego z twardą rzeczywistością, ale były trudne do odczytania. Formą ody te przypominały luźne rytmy Walta Whitmana, ale ich gładka płynność i treść nie nosiły znamion podobieństwa do twórczości tego barbarzyńskiego barda, którego prace nie były znane w Riseholme. Opublikowano już klika tomów tych poematów prozą, rzecz jasna nie w twardych warunkach zorientowanego na biznes edytorstwa londyńskiego, lecz w „Ye Sign of ye Daffodil” przy wiejskich błoniach, gdzie czcionki składano ręcznie i drukowano niewiele, za to w najlepszym guście. Prasa drukarska została uruchomiona całkiem niedawno kosztem pana Lucasa, ale już zdążono wydać reprint sonetów Szekspira i jego własne wiersze. Zostały one wydrukowane niebieską farbą i grubym żółtawym papierze, którego brzegi wyglądały jak rozerwane palcem wskazującym niecierpliwego czytelnika, tak były postrzępione i nieregularne i zostały oprawione w welin, tytuły tych cienkich kwiatów poezji - „Flotsam” i „Jetsam” - wydrukowano czarną czcionką a okładki dodatkowo ozdobiono czymś w rodzaju pieczęci i staroświeckich taśm, tak że po zakończeniu lektury można było zawiązać kokardkę na Flotsam” pana Lucasa i od razu rozwiązać „Jetsam.”
Dziś poemat prozą „Samotność” szedł jakoś opornie i Filip Lucas ucieszył się słysząc trzaśnięcie furtki do ogrodu, które wskazywało, że póki co jego samotność się kończy i podnosząc głowę ujrzał chwiejną i pofalowaną postać żony poprzez nierówną i pokawałkowaną szybkę w salonie, jedną z tych, które tak długo kompletowali, ale które zastąpiły teraz zwyczajne, pospolite, niczym nie wyróżniające się szkło, które było tu wcześniej. Poderwał się ze skwapliwością niezwykłą jak na tak pełną i słusznych kształtów personę i otwarł na oścież nabite gwoździami frontowe drzwi zanim Lucia pokonała ścieżkę z kostki brukowej, gdyż spędziła wcześniej kilka smutnych chwil przed pustą rabatką Perdity.
– Lucia mia! - wykrzyknął. – Ben arrivata! A więc przyszłaś piechotą ze stacji?
– Si, Pepino, mio caro – odpowiedziała. – Sta bene?
Pocałował ją i wrócił do języka Szekspira, gdyż ich znajomość włoskiego, choć mocna i doskonała na swój sposób, nie mogła być uznana za zaawansowaną i raczej nie nadawała się do prowadzenia konwersacji wychodzącej poza pozdrowienia i pytanie o godzinę. Ale ciekawie było rozmawiać po włosku, choćby w takim zakresie.
– Molto bene – odpowiedział – i cudownie jest mieć cię znów w domu. Jak tam Londyn? - zapytał tonem, jakim mógł równie dobrze dowiadywać się o zdrowie biednego krewnego, który nie rokował na poprawę.
Uśmiechnęła się raczej smutno.
– Okropnie zajęty bieganiną za niczym – odrzekła. – Przez całe te dwa tygodnie nie miałam prawie chwili dla siebie. Kolacje, obiady, przyjęcia wszelkiego rodzaju; nie byłam w stanie pójść na połowę spotkań na których mnie oczekiwano. Kochane stare South Kensington! I Chelsea!
– Carissima, kiedy Londyn w końcu ciebie złapał, nic dziwnego, że czerpał z ciebie jak najwięcej – powiedział. – Nie możesz Londynu za to winić.
– Nie, mój drogi, nie winię. Wszyscy byli niezwykle mili i gościnni, wszyscy dali z siebie wszystko. Jeśli miałabym kogoś winić, to tylko siebie. Ale myślę, że to życie w Riseholme z jego wykończeniem i wykwintnością psuje nas jak żadne inne miejsce. Londyn jest jak węzeł kolejowy: nie ma własnego prawdziwego życia. Nie ma tam subtelności, nie ceni się delikatnych odcieni. Indywidualizm nie ma tam prawa bytu, wszyscy paplają naraz, paplają i paplają; nie jestem niegrzeczna? Jeśli odbywa się koncert w prywatnym domu – znasz moje poglądy na muzykę i niemożność słuchania jej jeśli tkwisz w środku rzędu ludzi – nawet wtedy, w chwili gdy koncert się kończy, jesteś zaciągnięty na kolację albo ktoś chce z tobą porozmawiać. Zawsze tłum, zawsze jedzenie, nie możesz być sam, a tylko w samotności, jak pisze Goethe, twoja percepcja rozkwita. Nikt w Londynie nie ma czasu na słuchanie: wszyscy myślą tylko kto przyszedł, kto nie przyszedł i co będzie następne. Wspaniała teraźniejszość, jak ująłeś to w jednym ze swoich wierszy, tam nie istnieje; jest tylko gorączkowa przyszłość.
– Pyszna sentencja! Ukradłbym ten klejnot do moich bidnych wierszy gdybyś go wcześniej odkryła.
Zbyt była przyzwyczajona do takich pochlebstw by zrobić coś więcej poza nieświadomym westchnieniem i kontynuowała swoje oskarżenie.
– Nie obwiniam Londynu za to, że jest tak zajęty – powiedziała z całkowitą bezstronnością – bo gdyby zabieganie było przestępstwem, to jestem pewna, że niewielu z nas uniknęłoby stryczka. Ale weźmy moje życie tutaj, lub twoje jeśli wolisz. Dobrze, lepiej moje. Bardzo często jestem sama od śniadania do obiadu, ale w tych godzinach robię więcej rzeczy wartych zrobienia niż w Londynie przez cały dzień i noc. Spędzam godzinę przy muzyce, nie rozpraszając się i zastanawiając kim są moi sąsiedzi, ale ucząc się, studiując, spijając cudowną melodię. Potem mam listy do napisania, a wiesz, co to znaczy i nadal mam czas na godzinną lekturę, więc kiedy przyjdziesz powiedzieć mi, że obiad jest gotowy, przekonasz się, że wędrowałam przez kościoły Wenecji lub siedziałam w tym małym ciemnym pokoju w Weimarze, a może to było w Lipsku? Jak te same godziny mijałyby w Londynie? Siedziałabym może pól godziny w parku, a najdroższa Aggie pokazywałaby mi z dreszczem bezbrzeżnego podniecenia kobietę, która się rozwiodła, czy koronowanego bankruta. Potem zaciągnęłaby mnie na jakiś koszmarny prywatny pokaz pełen tych samych okropnych ludzi gapiących się i paplających jeden przez drugiego, lub oglądających obrazy od których ja biedna wzdrygam się i wzdycham. Nie, dziękuję, że jestem znowu w moich własnym słodkim Riseholme. Tutaj mogę myśleć i pracować.
Rozejrzała się po wyłożonym panelami hallu wejściowym promieniując ciepłym zadowoleniem, że znów jest w domu, które całkowicie przyćmiło pospolite ciepło wywołane spacerem ze stacji. Gdziekolwiek spoczęły jej oczy, te bystre ciemne oczy przypominające guziki obszyte lśniącym amerykańskim suknem, nie widziały niczego, co by ją raziło, jak wiele rzeczy raziło ją w Londynie. Na parapecie okiennym stały jasne cynowe dzbany, misa z pot-pourri na środku czarnego stołu, dębowa sofa przy otwartym palenisku, kilka perskich dywanów na wypolerowanej podłodze. Pokój miał też zaskakujące osobliwości, o jakich pisała w jej pamiętnym eseju odczytanym przed Riseholmskim Towarzystwem Literackim zatytułowanym „Humor poprzez meble” i cynowa bańka na mleko służyła jako stojak na laski i parasole. Równie dziwaczna była misa udatnych kamiennych owoców stojąca obok pot-pourri i futrzany japoński pająk wiszący w jedwabnej pajęczynie nad oknem. Podobieństwo było tak przerażające, że kiedyś nowa służąca Luci porzuciła wczesnym rankiem swe obowiązki, żeby poprosić ogrodnika o pomoc w zabiciu go. Misa kamiennych owoców osiągnęła podobny sukces, bo pewnego razu powiedziała do Jurusia Pilsona: „Ach, mój ogrodnik przysłał właśnie kilka wczesnych jabłek i gruszek, może weźmiesz sobie jedno do domu?” Dopiero waga gruszki (szybko wybrał największą) zdradziła żart, bo wcześniej nie miał pojęcia, że nie są prawdziwe. Ale potem Juruś się zemścił, bo położył prawdziwą gruszkę między tymi okazami z kamienia i przechodząc znowu kiedyś z Lucią wziął ją i wgryzł się w nią z całą siłą szczęk. Przez chwilę było jej słabo na myśl o jego zębach kruszących się na kawałki... Te humorystyczne elementy czasami zamieniano miejscami; pająk na przykład mógł zostać zdjęty i zastąpiony porcelanowym kanarkiem w chippendalowskiej klatce, a wybór holu wejściowego na te żarciki był celowy, bo goście mogli znaleźć tu coś, do czego się uśmiechali zdejmując płaszcze i wchodzili do salonu od razu z gotowym tematem do rozmowy, czymś lekkim, czymś zajmującym na temat tego, co widzieli przed chwilą. Podobnie gong zastępowany był czasem pękiem janczarów zdobiących kiedyś uprząż pierwszego konia pociągowego w zaprzęgu gdzieś we Flandrii; właściwie to kiedy Lucia była w domu, często na kilka dni z rzędu pojawiały się nowe, drobne osobliwości, a ona trzymała Towarzystwo Literackie w nadziei, że może któregoś dnia, kiedy nie będzie tak zajęta, spisze materiał do kontynuacji swego eseju, lub stworzy inny, obejmujący większy temat: Tematy konwersacji wywodzące się z mebli.
Na stole piętrzył się stos listów czekających na panią Lucas, bo wczorajsza poczta nie została już jej przekierowana z obawy, że się z nią rozminie – londyńscy listonosze byli zapewne niedbali i nie można im było ufać – i wydała ona lekki okrzyk przerażenia na widok rozmiarów korespondencji.
– Ale ja będę bardzo niegrzeczna – powiedziała – i nie zajrzę do żadnego aż do po obiedzie. Zabierz je, caro i obiecaj mi, że je zamkniesz do tego czasu i nie dasz mi, choćbym nie wiem jak błagała. Potem znów wsiądę na siodło, to kochane siodło i się z nimi uporam. Będę przechadzać się po ogrodzie aż do dzwonka na obiad. Co to Nietzsche mówi o konieczności „naśródziemnomorzenia” się od czasu do czasu? Ja muszę się nariseholmować.
Pepino przypomniał sobie ten cytat, który pojawił się w recenzji którejś z prac tego uznanego autora, gdzie znalazła ją również Lucia i wrócił, napędzany siłą kontrastu do swojego poematu prozą Samotność, a jego żona powędrowała przez palarnię do ogrodu, aby zanurzyć się jeszcze raz w atmosferze przesiąkniętej kulturą.
W ogrodzie za domem nie próbowano aranżować szekspirowskiej przestrzeni, bo – jak to Lucia słusznie zauważyła – Szekspir, który tak bardzo kochał kwiaty, chciałby, żeby ona cieszyła się każdym możliwym skarbem ogrodniczym. Ale i tutaj meble odgrywały znaczącą rolę i stały tu posągi i zegary słoneczne i kamienne ławeczki rozrzucone tu i tam niemal zbyt hojną ręką. Motta pojawiały się także w dużej liczbie i kiedy zegar słoneczny przypominał ci, że tempus fugit (*czas ucieka) to kuszące i w jakiś sposób oszałamiające miejsce na odpoczynek zachęcało do bide a wee (*zatrzymać się na chwilę). A z drugiej strony rustykalne krzesło w alei formowanych złotokapów miało na oparciu wyryty napis Wiele wędrowałem po krainach złota, tak więc medytując nad Keatsen mogłeś zatrzymać się na chwilę z czystym sumieniem. Rzeczywiście, obfitość znajomych i stymulujących cytatów była tak wielka, że któryś z jej poddanych powiedział kiedyś, że przechadzka po ogrodzie Luci była nie tylko podziwianiem jej pięknych kwiatów, ale i spędzeniem pół godziny z najlepszymi autorami. Był tak oczywiście gołębnik, ale że koty ciągle zabijały gołębie, pani Lucas umieściła wokół ich zbezczeszczonego domu kilka gołębi z kopenhaskiej porcelany, których koty nie mogły zniszczyć, a które wprowadzały też kwestię humoru poprzez meble. Humor ten osiągnął najwyższy stopień zachwytu gdy Pepino zainstalował w krzakach mechanicznego słowika, który śpiewał bardzo realistyczne „jug-jug” gdy pociągnęło się za sznurek. Juruś nie widział jeszcze kopenhaskich gołębi lub, mając raczej krótki wzrok, myślał, że są prawdziwe. Wtedy, ach wtedy, Pepino pociągnął za sznurek i przez całkiem długą chwilę Juruś słuchał oczarowany melodyjnych kląskań. To była mały odwet za „pułapkę” w postaci prawdziwej gruszki położonej między kamiennymi. Bo pomimo wysokiego stopnia riseholmskiej atmosfery kultury, Riseholme wiedziało jak desipere in loco (*szaleć gdy czas po temu) i jego wyrafinowana kultura często odświeżana była takimi lekkimi, subtelnymi akcentami.
Pani Lucas przemierzała szybko i zdecydowanie ogrodowe ścieżki czekając na wezwanie na obiad, bo aktywność umysłowa łączyła się u niej z aktywnością ciała, dodając jej ruchom energii. Po obu stronach czoła miała schludne, sztywne fale czarnych włosów, które dotykały czubków uszu. Zdjęła londyński kapelusz i rozłożyła czerwoną bawełnianą parasolkę, która rzucała różowy cień na owal jej wąskiej twarzy i bezbarwną cerę. Dźwigała ciężar czterdziestki z ogromną lekkością i gdyby nie lekko obwisła skóra w kącikach ust, mogłaby uchodzić za znacznie młodszą kobietę. Poza tym jej twarz nie miała zmarszczek i nie nosiła śladów wyniszczającego życia uczuciowego, które dodaje rysom wieku, ale i miękkości. Z pewnością nie było w niej nic miękkiego i bardzo niewiele oznak starzenia się i można było przypuszczać, że za dwadzieścia lat będzie wyglądać tylko nieco starzej niż dziś. Bo uczucia jakich była ofiarą były sterylnymi i ponadczasowymi emocjami związanymi ze sztuką, pragnienia jakie ją dręczyły nie były związane z jej uczuciami lecz ambicjami. Nie martwiła się o dynastię, bo była bezdzietna i stąd jej ambicje ograniczały się do utrwalenia i bezpieczeństwa jej własnego tronu królowej Riseholme. Naprawdę nie chciała od życia nic więcej prócz dalszych zbiorów takich, jakimi cieszyła się już od dziesięciu lat. Dopóki kierowała życiem Riseholme, przewodziła jego kulturze i rozrywce, była niekwestionowanym źródłem wszystkich jego inspiracji i od czasu do czasu odświeżała sobie pamięć o całkowitej niższości Londynu, nie pragnęła niczego więcej. Ale aby sobie to zapewnić poświęciła wszystko co miała na polu spokoju, wygody i dochodów. Będąc praktycznie niezmordowaną, nie zmartwiła się zbytnio utratą spokoju i wygody, a mając bezpieczeństwo finansowe nie musiała przejmować się ograniczeniami w gościnności. Z łatwością mogła cieszyć się niezmienną aktywnością w średnim wieku podczas gdy pokolenia młodzieży więdły wokół niej i żadna gwiazda błyszcząca z oddali nie zagroziła jeszcze przyćmieniem jej niezrównanego blasku. Choć z zasady autokratyczna, jej poddani mieli zgodę a nawet zachętę do rozwoju zdolności we własnych kierunkach pod warunkiem, że te linie spotkają się zawsze na skrzyżowaniu gdzie ona kierowała ruchem. I wreszcie jak chodzi o religię, można tylko krótko wspomnieć, że wierzyła w Boga mniej więcej tak samo jak wierzyła w Australię, ponieważ nie miała wątpliwości co do istnienia jednego i drugiego i chodziła w niedzielę do kościoła w takim samym duchu w jakim patrzyłaby na kangura w ogrodzie zoologicznym, gdyż kangury pochodziły z Australii.
Niski murek oddzielał odległy koniec ogrodu od łąki poza nim; dalej płynął strumień który wpływał do rzeki Avon i często wydawało jej się cudowne, że jego spieniona woda (chyba że wcześniej wypije ją krowa) wkrótce będzie przepływać obok kościoła w Stratfordzie, gdzie spoczywał Szekspir. Pepino napisał poruszający mały biały wiersz na ten temat, bo po królewsku podzieliła się z nim tą myślą i zasugerowała piękną analogię między ziemską rosą, która zwilża trawę, a potem zabierał ją ogień słońca, a duchową rosą Myśli która odświeżała umysł i potem, raczej niejasno, była wciągana do pełnej sfery duszy świata.
W tej chwili wzrok Luci przyciągnęło zjawisko na drodze, która biegła wzdłuż szczęśliwego strumienia wpadającego do Avonu. Nie było wątpliwości co do tożsamości pulchnej figury pani Quantock z jej drobnymi kroczkami i gestykulacją, ale dlaczego na miłość boską ta wyznawczyni Nauki Chrześcijańskiej spacerowała z czarnobrodym mężczyzną o egzotycznej cerze, w udrapowanej szacie i turbanie? Jego szafranowo żółty szlafrok z jaskrawozielonym paskiem podciągnięty był dla ułatwienia chodzenia, a jeśli nie miał na sobie czekoladowych pończoch, to pani Lucas widziała jego łydki w tym kolorze. W następnej chwili ta dyskusyjna kwestia została rozstrzygnięta, gdyż dało się dostrzec krótkie różowe skarpetki i czerwone pantofle. Gdy tak patrzyła, pani Quantock spostrzegła ją (twierdziła, że dzięki naukom Nauki Chrześcijańskiej odzyskała młodzieńczą ostrość wzroku), pomachała jej i przesłała całusa i ewidentnie wskazała ją swemu towarzyszowi, bo w zaczął saalamować jej w dostojny orientalny sposób. W danej chwili nie dało się zrobić nic prócz odwzajemnieniem pozdrowienia, nie nie mogła przecież odciągnąć pani Quantock na bok i krzyknąć „Kim jest ten Indus?” bo gdyby pani Quantock usłyszała, to Indus także, ale tak szybko jak tylko mogła zawróciła w stronę domu i kiedy krzaki bzu zasłoniły ją przed widokiem z drogi jeszcze przyspieszyła aby dowiedzieć się jak najszybciej od Pepina kim jest ten jej nowy poddany. Wiedziała, że w Londynie mieszkają jacyś indyjscy książęta; może był to jeden z nich, a takim przypadku trzeba było bez zwłoki poszukać Benares i Delhi w encyklopedii.
c.d.n
Tłum Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 18 Wrz, 2024 11:58
|
|
|
OK, mam nadzieję, że już przeczytałyście i nadszedł czas na kolejny kawalek
Rozdział drugi
Kiedy przechodziła przez palarnię, w domu rozległy się wesołe dźwięki janczarów dzwoniących niegdyś na chomącie flamandzkiego konia i jednocześnie uświadomiła sobie, że na obiad będzie zapiekanka makaronowa, co było przemiłym gestem ze strony Peppina. Ale zanim zagłębiła widelec w makaronowej górze spiętrzonej na talerzu zadała mu pytanie, bo jej głód informacji był większy niż apetyt na jedzenie.
– Caro, kim jest ten Indus – zapytała – którego widziałam z Daisy Quantock? Spacerowali po drugiej stronie il piccolo Avon.
Pepino napoczął już swój makaron i musiał zrobić pauzę żeby wciągnąć do ust zwisające nitki. Ale pośpiech z jakim to czynił był dostateczną gwarancją jego dobrych chęci udzielenia odpowiedzi tak szybko, jak to tylko po ludzku możliwe.
– Indus, moja droga? – zapytał z wielkim zainteresowaniem.
– Tak; turban i burnus i gołe łydki i kapcie – powiedziała raczej niecierpliwie, bo jaki był pożytek z tego, że Pepino został w Riseholme jeśli nie mógł dostarczyć jej dokładnych i pewnych informacji o lokalnych wydarzeniach po jej powrocie. Jego białe poematy były bardzo dobre, ale jako książę małżonek miał inne obowiązki stanu, których nie wolno mu było zaniedbywać nawet na rzecz Sztuki.
Odcień szorstkości w jej głosie zdawał się wyostrzać jego dowcip.
– Naprawdę, nie wiem nic pewnego, Luciu – odrzekł. – bo ani razu go nie widziałem. Ale mogę zgadnąć składając dwa do dwóch.
– Dwa dodać dwa daje cztery – powiedziała z ironią z której słynęła i której się bano. – A teraz podziel się domysłami. Mam nadzieję, że okażą się równie trafne.
– No cóż, pisałem ci w jednym z listów – powiedział – Pani Quantock zaczęła wykazywać lekkie oznaki rozczarowania Nauką Chrześcijańską. Złapała katar i choć recytowała Prawdziwe Świadectwo Istnienia tak często jak wcześniej , nie mogła wyzdrowieć. Ale kiedy zobaczyłem ją we wtorek albo może to była środa, nie, to nie mogła być środa, to musiał być wtorek...
– Kiedykolwiek to było – przerwała mu żona błyskotliwie podsumowując jego niezdecydowanie.
– Tak, kiedykolwiek to było, jak zauważyłaś, z tego powodu pani Quantock mówiła ciągle o jakiejś indyjskiej filozofii, która uzdrawia niemal natychmiast, Jakżeż ona ją nazywała? Joga! Tak, tak to się nazywało!
– I co? - naciskała Lucia.
– Cóż, okazuje się, że musisz mieć nauczyciela jogi żeby sobie nie zrobić krzywdy. Musisz głęboko nabrać powietrza i powiedzieć „Om....”
– Co powiedzieć?
– Om. Rozumiem, że aklamacja to „om”. I jest sporo ciekawych ćwiczeń fizycznych; masz trzymać się za ucho jedną dłonią a za palce u stóp drugą i możesz się uszkodzić jeśli nie zrobisz tego dobrze. To jest ogólnie rzecz biorąc esencja sprawy.
– I niedługo przejdziemy do Indusa? - spytała Lucia.
– Carissima, już do niego przeszliśmy. Zasugerowałem, żeby pani Quantock zgłosiła zamówienie na nauczyciela. Ecco!
Po usłyszeniu tych rewelacji czoło pani Lucas zmarszczyło się mocno. Pepino miał niezwykły dar do wyjaśniania niezwykłych okoliczności życia w Riseholme i jego przewidywania były przeważnie trafne. Ale jeśli i tym razem miał rację, Lucię uderzyło jako rzecz niespotykana, że ktoś sprowadził do Riseholme tajemniczego Indusa bez konsultacji z nią. To prawda, że była nieobecna, ale przecież istnieje jeszcze pośrednictwo poczty.
– Ecco, rzeczywiście – powiedziała. – Stawia mnie to w dość niezręcznej sytuacji, bo muszę rozesłać dziś zaproszenia na moje garden-party i naprawdę nie wiem czy powinnam być oficjalnie świadoma istnienia tego człowieka czy nie. Nie mogę napisać do Daisy Quantock „Proszę, przyprowadź swojego czarnego przyjaciela Oma, czy jak tam brzmi jego imię,” a z drugiej strony, jeśli to taki człowiek, którego żal byłoby nie poznać, to nie powinnam z niego rezygnować.
– W końcu, moja droga, jesteś w Riseholme dopiero od pół godziny – powiedział jej mąż – Raczej trudno byłoby pani Quantock cokolwiek ci powiedzieć.
Jej twarz się rozjaśniła.
– Może Daisy napisała mi o nim – odrzekła. – Pewnie znajdę pełną relację na ten temat kiedy otworzę moje listy.
– Możesz być tego pewna. Nie byłaby aż tak pozbawiona zdrowego rozsądku żeby ci nie powiedzieć. Myślę też, że jej gość dopiero co przybył, bo inaczej na pewno byłbym go gdzieś zobaczył.
Wstała z miejsca.
– Cóż, zobaczymy – powiedziała. – Teraz będę bardzo zajęta przez całe popołudnie, ale w porze podwieczorku będę gotowa do spotkania z każdym, kto zechce wpaść. Daj mi moje listy, caro, a ja sprawdzę, czy Daisy do mnie pisała.
c.d.n
tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 18 Wrz, 2024 13:09
|
|
|
Robi się ciekawie
Trochę przypomina mi sie cykl o Korfu Geralda Durrela i historie o starszych Durrelach , zapraszających do domu matki najdziwniejsze przygodnie poznane figury |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 18 Wrz, 2024 15:30
|
|
|
Poznajemy kolejne postaci; Daisy Quantock to właśnie taka osoba, która wiecznie poszukuje nowej duchowości i dzięki temu w Riseholme nigdy woda rzęsą nie zarasta - że się tak wyrażę |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 18 Wrz, 2024 18:38
|
|
|
Lecimy z listem Daisy:
Przejrzała je kiedy tylko weszła do pokoju, a wśród nich była pękata koperta zaadresowana zamaszystym pismem pani Quantock, której zawartość na pierwszy rzut oka wyglądała na dużą i czytelną, ale przy drugim spojrzeniu okazywała się zdumiewająca. Trzeba było trzymać list w pewnej odległości żeby cokolwiek z niego wyczytać, a patrzeć na niego w całościowy, abstrakcyjny sposób, tak jak podziwia się widok. Potraktowane w ten sposób rozproszone słowa zaczynały wskakiwać na swoje miejsca, a kiedy zebrało się wystarczająco dużo, jak ułamki widoku okolicy oświetlanej przez błyskawicę, można było mieć nadzieję na wypracowanie sobie jakiegoś pojęcia. Procedura ta przyniosła jak najbardziej obiecujące rezultaty gdy pani Lucas usiadła trzymając kartkę na długość ramienia, od czasu do czasu zmieniając odległość aby wypróbować efekt innej ogniskowej. Wpadło jej w oko „Benares,” a także „bramin” i „najwyższa kasta, nadzwyczajna świętość” i „guru.” A kiedy znaczenie tego ostatniego zostało ustalone na podstawie hasła „joga” w jej encyklopedii, bardzo szybko zrobiła postępy w kierunku pełnego zrozumienia tego listu.
Kiedy wszystkie kawałki poskładały się w całość, wystarczyła ona, by przykuć jej całą uwagę i resztę korespondencji zostawić na później, bo takie preludium do przygody pojawiało się w Riseholme nader rzadko. Okazało się, tak jak mąż powiedział jej w trakcie obiadu, że pani Quantock uznała swoje przeziębienie za zbyt uporczywe by traktować jej nadal wedle wskazówek pani Eddy; Prawdziwe Świadectwo Istnienia, jakkolwiek często recytowane, wydawało się go tylko podsycać i pewnego dnia, kiedy siedziała uziemiona w domu, zdjęła z półki w bibliotece książkę, „zupełnym przypadkiem,” jakby – jak przypuszczała – pod wpływem jakiegoś wewnętrznego impulsu. Było to więc „przewodnictwo.”
Pani Lucas zatrzymała się na chwilę składając w całość te pierwsze zdania. Majaczyło jej w pamięci, że pani Quantock doświadczyła podobnego przewodnictwa kiedy zainteresowała się Nauką Chrześcijańską. Prowadzenie było skutkiem widoku nowego kościoła na Sloane Street tego dnia; pani Quantock weszła (nie wiedząc czemu) i znalazła się na Spotkaniu Dawania Świadectwa, podczas którego świadek po świadku deklarował, że został cudownie uzdrowiony. Jeden miał kaszel, inny raka, kolejny złamaną kość, ale każdy został uzdrowiony poprzez błogosławione prawdy zawarte w Ewangelii według pani Eddy. Jednak mniejsza teraz o jej wspomnienia; paliła się z ciekawości historii nowego prowadzenia.
Otóż, książka którą pani Quantock wzięła do ręki posłuszna ostatniemu prowadzeniu okazała się być małym podręcznikiem Filozofii Orientalnej, który otwierał się „sam z siebie” na rozdziale pod tytułem „Joga.” Natychmiast dostrzegła, jakby otwierając wewnętrzne oko, że joga jest tym, czego potrzebowała i natychmiast napisała na adres wydawcy znaleziony w książce prosząc o wskazówki na ten temat. Czytała w „Filozofiach Orientu”, że dla udanej praktyki jogi konieczny jest nauczyciel, a czy znali jakiegokolwiek nauczyciela, który mógłby udzielić jej wskazówek? Nadeszła na to cudowna odpowiedź, bo dwa dni później jej służąca przyszła do niej i powiedziała, że jakiś indyjski dżentelmen chciałby się z nią zobaczyć. Wprowadzono go, a on z głębokim ukłonem powiedział: „Ukochana pani, jestem nauczycielem, o którego prosiłaś; jestem twoim guru. Pokój temu domowi! Om!”
Pani Lucas zdążyła już wyostrzyć uwagę na liście pani Quantock i czytała dalej nie tracąc ani słowa.
Czy to nie cudowne, droga Luciu – pisała – że moje pragnienie oświecenia zyskało tak szybki odzew? Jednak mój guru powiedział i, że tak dzieje się zawsze. Zostałam pod niego posłana, a on został posłany do mnie, ot tak! Oczekiwał na wezwanie kiedy nadszedł mój list z prośbą o przewodnictwo, a on rozpoczął od razu bo wiedział, że został posłany. Dasz wiarę? Nie wiem nawet jak ma na imię, bo religia zabrania mu podania mi go. Jest moim guru, moim przewodnikiem i będzie ze mną dopóki będzie wiedział, że potrzebuję go, by pokazał mi Prawdziwą Ścieżkę. Dostał wolną sypialnię i pokój obok, w którym medytuje, robi ćwiczenia i pranamy oddechowe. Jeśli robisz je zgodnie z instrukcją, zachowujesz doskonałe zdrowie i młodość, a mój katar wreszcie minął. Jest braminem z bardzo wysokiej kasty, choć kasty nic już dla niego nie znaczą, to coś jak baronet albo wielmożny wobec króla. Pochodzi z Benares, gdzie medytował po całych dniach nad Gangesem i sama widzę, że jest to człowiek niesamowicie świątobliwy. Ale medytować może równie dobrze w moim pokoiku, bo mówi, że nie był jeszcze w domu o tak wspaniałej atmosferze. Nie ma żadnych pieniędzy, co jest takie piękne, a wyglądał na szczerze zbolałego i rozczarowanego kiedy mu je zaoferowałam. Nie wie nawet jak tu przyjechać z Londynu; nie sądzi, że przybył tu pociągiem, więc może został przyniesiony w jakiś astralny sposób. Wyglądał na tak zdumionego kiedy wypowiedziałam słowo „pieniądze,” ewidentnie musiał się zastanowić co to takiego, bo od dawna nic one dla niego nie znaczą. Powiedziałam więc, że gdyby czegoś potrzebował, niech idzie do sklepu i powie, żeby zapisali to na moje konto. Często przez całe dnie obywa się bez jedzenia i snu kiedy medytuje. Dasz wiarę?
Czy mogę przyprowadzić go do ciebie, lub czy ty przyjdziesz tutaj? Bardzo chce cię poznać, bo czuje, że masz piękną duszę i możesz mu bardzo pomóc, a on pomoże tobie. Ja też mu pomagam, tak mówi, co wydaje mi się aż zbyt cudowne do uwierzenia. Odpisz jak tylko wrócisz,
Tante salute
Twoja
Daisy
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 19 Wrz, 2024 13:41
|
|
|
Uuuuu, szykuje się w okolicy afera dziesięciolecia |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 19 Wrz, 2024 13:55
|
|
|
Jeszcze jak! |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 19 Wrz, 2024 17:15
|
|
|
Czekam zacierając rączki |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 20 Wrz, 2024 07:27
|
|
|
Jedziemy!
Lucia opracowuje strategię.
Przeczytanie obszernych arkuszy zajęło sporo czasu i pani Lucas złożyła je powoli i z namysłem. Czuła, że musi podjąć szybką decyzję, która wymagała przywołania wszystkich jej władz umysłowych. Z jednej strony „należało do niej” wysłać lodowatą odpowiedź przekazującą bez ogródek, że nie interesują jej żadni bezimienni guru, którzy mogą być braminami z Benares i pojawiali się u drzwi Daisy bez grosza przy duszy i bez choćby niejasnego pojęcia czy przyjechali pociągiem, czy nie. Za takimi rozważnymi środkami przemawiał iście ateński charakter Daisy, która zawsze goniła za czymś nowym, które – kiedy okryte – było sekretem życia, ale szybko pokrywało się kurzem zapomnienia. Nie ulegało jednak wątpliwości, że Daisy od czasu do czasu trafiała na kogoś, kto okazywał się wielce interesujący, a Lucia do końca życia nie mogła zapomnieć dnia, w którym w Riseholme pojawił się mały walijski adwokat, w którym Daisy dopatrzyła się wspaniałej osobowości. Lucia odmówiła udzielenia mu skarbów swojej gościnności czy uznania jego obecności w trakcie jego dwutygodniowego pobytu u Daisy, a potem była bardzo zirytowana, bo w kilka lat później zajął prominentne stanowisko w rządzie. Tak bardzo zlekceważyła go podczas pierwszego pobytu w Riseholme, że nie przyszedł nigdy więcej z wizytą, choć odwiedzał jeszcze panią kilkakrotnie Quantock (tak przynajmniej twierdziła) i dzielił się z nią wszelkimi politycznymi plotkami, których nie mogła powtórzyć nikomu na świecie. Nie mogła popełnić znowu tak fatalnej pomyłki.
Jeszcze jedna rzecz przeważyła chwiejną równowagę. Wyraźnie potrzebowała na swym dworze nowego elementu, który pokazałby Riseholme, że znów osiadła w rezydencji. Wkrótce nadejdzie sierpień ze swą ospałością i brakiem bodźców, kiedy to przy sennej, bezwietrznej pogodzie raczej trudno było sprawić, by sztandar kultury powiewał dumnie nad jej domem. Guru już powiedział że jest pewien, że ona ma piękną duszę i... Przed jej oczami przewinął się zarys planu. W upalne sierpniowe dni będzie urządzała wieczory z jogą, podczas których, gdy upał nieco osłabnie, pewne wdzięku grupy będą gromadzić się między cytatami w jej ogrodzie i słuchać wzniosłych słów na tematy duchowe. Będą raczyć się pysznymi kolacyjkami w pergoli w świetle księżyca lub, gdy księżyc nie dopisze – nie można od niej wszak oczekiwać, że sprawami księżyca będzie zarządzać tak dobrze jak Riseholme – będą odbywać seanse przy świecach i kanapkach w palarni. Sprzęty wnoszące humor trzeba będzie pochować w szafkach, a podczas gdy będą sunęli znowu przez hol frontowy, a zegar wybije nieoczekiwanie późną godzinę, dadzą się słyszeć szeptane rozmowo o tym „jak cudownie dziś było” i będą pożegnalne spojrzenia i westchnienia oraz notowanie tytułów książek, które prowadzą strudzonych pielgrzymów w Drodze. A może, kiedy będą zbierać się do wyjścia, ktoś zasugeruje odrobinę muzyki na zakończenie wieczoru i zobaczyła siebie jak - podczas gdy ludzie z szelestem zajmują wolne miejsca – wciska miękki pedał, by zagrać pierwsze tony Sonaty Księżycowej. Na koniec zapada cisza, a ona wstaje z westchnieniem i ktoś mówi „Lucia mia!” a ktoś inny „niebiańska muzyka,” a guru być może powie „ukochana pani,” jak – podobno – powiedział do biednej Daisy Quantock. Kwiaty, muzyka, słowa guru, miłe pożegnania, uczucie odświeżenia... Przez wzgląd na walijskiego prawnika mądrzej było anektować niż ekskomunikować guru. Sięgnęła po pióro i przyciągnęła bliżej stos kart, na których u góry wydrukowano jej nazwisko i adres.
Cudownie – napisała, – proszę przyprowadź go na moje malutkie garden-party w piątek. Będzie tylko kilka osób. Daj mi znać, czy przygotować mu cichy pokój na osobności.
Wszystko to zabrało trochę czasu, a ona nabazgrała tylko tuzin kart do przyjaciół zapraszając ich na garden party na piątek, kiedy zaanonsowano herbatę. Na zaproszeniach w dolnym lewym rogu widniało tajemnicze słowo „hightum”, które oświeconemu odbiorcy przekazywało, jaki rodzaj przyjęcia ma to być i oznaczał standard ubioru. Jednym z osobliwych pomysłów Luci było podzielenie strojów na trzy klasy: „hightum,” „tightum” i „scrub.””Hightum” było najlepszym strojem, najelegantszą i najnowszą kreacją ze wszystkich i kiedy na karcie zaproszenia napisane było „hightum,” oznaczało to, że przyjęcie będzie naprawdę olśniewające. „Tightum” wskazywało na przeciętnie szykowną imprezę, „scrub” miało swoje własne oznaczenie na karcie. Te pojęcia stosowały się też do strojów męskich i przyjęć wieczornych: wieczorne przyjęcie „hightum” oznaczało biały krawat i frak, „tightum” czarny krawat i krótką marynarkę, a kolacja „scrub” - stroje codzienne.
Wraz z herbatą zapowiedziano również pojawienie się Jurusia Pilsona, który był jej dżentelmenem dworu kiedy była w domu i jej psem stróżującym kiedy jej nie było. By oszczędzić czytelnikom dalszych rozczarowań od razu należy stwierdzić, że nigdy nie miało być, nie było i nigdy nie będzie nawet najmniejszej próby flirtu między nimi. Żadne z nich, ani ona z jej szacowną czterdziestką ani on z nienaganną czterdziestką piątką, nigdy w życiu nie flirtowali z nikim. Ale jedną z grzecznych i miłych legend Riseholme była ta, że Juruś do niej namiętnie przywiązany i że dla niej osiedlił się w Riseholme siedem lat temu i że to przez nią pozostał kawalerem. Trzeba oddać sprawiedliwość Luci, że nigdy nie potwierdziła czegokolwiek w tym rodzaju, ale faktem jest, że kiedy imię Jurusia padało w rozmowie jej oczy przybierały ten „odległy” wyraz jaki w innych przypadkach wywoływały tylko arcydzieła sztuki, wzdychała i mruczała „drogi Juruś!” i zmieniała temat, z charakterystycznym dla niej taktem. W rzeczywistości ich wzajemne relacje należały do najcenniejszych Pięknych Rzeczy w Riseholme, a równie piękny był stosunek Pepina do tego wszystkiego. Ten człowiek o wielkim sercu ufał im obojgu i jego zaufanie było w pełni usprawiedliwione. Juruś przez cały dzień przebywał w domu i poza domem, głównie w; a skandal nie tylko nigdy nie podniósł swojej syczącej głowy, ale dosłownie nie miał głowy którą mógłby podnieść, ani nóg by na nich stanąć. Znów ze swej strony Juruś nigdy nie powiedział, że jest w niej zakochany (ani nie byłoby to prawdą gdyby powiedział), ale jego całkowite milczenie na ten temat połączone z jego stałością wydawało się potwierdzać prawdziwość tej bezkrwawej idylli. Rozmawiali, spacerowali i czytali arcydzieła literatury i grali razem duety na fortepianie. Czasami (bo on był o wiele bardziej błyskotliwym wykonawcą, choć jak sam mówił „okropnie nieskorym do ćwiczeń” za co go karciła) dawał jej lekkiego klapsa w wierzch dłoni gdy sfałszowała i mówił „Niegrzeczna!” A ona odpowiadała dziecięcą gwarą „Psieplasiam! Ty niegziećny żeby bić Lucię!” Na tym kończyła się ich cielesna zażyłość i z jasnym wzrokiem utkwionym w nutach wybuchali perlistym dziecięcym śmiechem póki piękno muzyki na nowo ich nie otrzeźwiło.
tłum. Trzykrotka
c.d.n |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pią 20 Wrz, 2024 16:29
|
|
|
Ojjjj, czuję w powietrzu nadciągającą serię nader niefortunnych zdarzeń |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 21 Wrz, 2024 09:56
|
|
|
Tamara, w punkt!
Zaraz idziemy dalej i odsłonimy nieco tajemnic, oraz poznamy bliżej Jurusia. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 21 Wrz, 2024 10:03
|
|
|
Juruś (dla całego Riseholme zawsze był Jurusiem lub panem Jurusiem, nigdy Pilsonem) nie był przesadnie samczym typem. Jego męskość była raczej chłopięca niż dojrzała, a najistotniejsze elementy jego natury były kobiece. Miał, podobnie jak reszta Riseholme, silne upodobania artystyczne i prócz grania na fortepianie malował urocze akwarelowe szkice, z których wiele oprawiał własnym sumptem i rozdawał przyjaciołom, nadając im lekko sentymentalne tytuły starannie wydrukowane złotymi literami na oprawie. Królestwo złotej jesieni, Ponury grudzień, Żonkile i Róże lata były chyba jego najbardziej znanymi seriami, które podarował Luci na cztery kolejne urodziny. Malował także pastelowe portrety; były one dwojakiego rodzaju – starsze panie w koronkowych czepkach i perłach na szyi i chłopcy w koszulach do krykieta z podwiniętymi rękawami. Oczy niezbyt mu wychodziły, więc jego modele zwykle patrzyli w dół, ale świetnie malował uśmiechy i starsze panie uśmiechały się słodko i cierpliwie, a chłopcy wesoło. Ale jego największym osiągnięciem były robótki ręczne i jego dom był pełen dzieł wychodzących spod jego igły, włóczkowych zasłon, wyszywanych pokrowców na krzesła, jedwabnych haftów oprawionych w ramy z szybą. Był najciężej po Luci pracującym mieszkańcem Riselolme, a że nie był tak silny jak Królowa, często wyjeżdżał na mały odpoczynek nad morze. Podróż koleją bardzo go frustrowała, bo mógł wszak nie dostać miejsca w rogu lub do jego przedziału mógł wsiąść ktoś z dzieckiem lub fajką, lub tragarz mógł obejść się szorstko z jego bagażem, więc zawsze udawał się własnym samochodem do najbliższych kąpielisk gdzie dobrze go znali. Prowadził Dicky, jego przystojny młody szofer, a obok Dicky'ego siedziała Foljambe, jego piękna pokojówka, która była też lokajem. Jeśli Dicky źle skręcił, jego pan wołał przez tubę „Niegrzeczny chłopiec!” a Foljambe uśmiechała się z szacunkiem. Na sierpień zawsze przyjeżdżały do niego jego dwie nieładne, silne siostry (niestety, Hermiona i Ursula). Lubiły świnie i psy i polowanie na wydry i baranie kotlety i w Riseholme były raczej dysonansem. Ale Juruś miał miękkie serce i nigdy nawet nie pomyślał, żeby ich nie zaprosić, choć po ich wyjeździe miał zawsze dużo sprzątania.
W spotkaniach tych dwojga pojawiał się zawsze żartobliwy akcent kiedy jedno z nich wyjeżdżało z Riseholme, który pięknie skrywał głębię rzekomego oddania i kiedy Lucia weszła do ogrodu, w którym jej kawaler i mąż czekali pod pergolą, Juruś poderwał się zwinnie i podbiegł kilka kroków w jej stronę szeroko rozkładając ramiona na powitanie. Wyłapała dowcip, wykonała lekki dyg i po chwili improwizowali małego menueta z dłońmi na wysokości pasa i obciągniętymi palcami stóp. Juruś miał bardzo drobne stopy i obciągał naprawdę eleganckie palce u nóg, odziane w buty z płócienną cholewką. Ubrany był w garnitur z jasnej flaneli, a na ramiona, z obawy że po gorącym dniu wieczór będzie rześki, narzucił małą pelerynkę wojskowego kroju, rodzaju tych, które w music-hallach nakładały młode damy grające pułkowników. Miał słomkowy kapelusz z niebieską wstążką, różową koszulę i czerwony krawat, luźny i wydęty. Jego twarz była różowa i okrągła, z niebieskimi oczami, krótkim nosem i bardzo czerwonymi ustami. Niemal zupełny brak brwi rekompensował gęsty brązowy wąski przystrzyżony bardzo krótko i zaczesany do góry na końcach. Wbrew oczekiwaniom był dość wysoki i ładnie wpasowywał się w ubrania.
Taniec zakończył się niskim dygiem Luci i zamachaniem kapeluszem trzymanym w dłoni Jurusia (jego zdjęcie ukazało kępkę włosów rosnących po jednej stronie głowy i zaczesanych gładko na drugą, gdzie łączyły się z włosami tam rosnącymi) i oklaskami Pepina.
– Bravo, bravo! – wołał znad stolika. – Kapitalnie!
Pani Lucas posłała mu całusa w podzięce za komplement i uśmiechnęła się do swojego partnera.
– Amico! – powiedziała. – Jak miło znowu cię widzieć. Co słychać?
- Va bene – odparł Juruś aby pokazać, że on też umie po włosku. - Va – bardzo – bene teraz, kiedy wróciłaś.
- Grazie! A teraz opowiedz nam nowiny. Musimy sobie porządnie poplotkować.
Na to słowo twarz Jurusia zajaśniała solenną radością, jak u pijaka na wspomnienie brandy.
– Gdzie by tu zacząć? – powiedział. – Mam ci tyle do powiedzenia. Musimy chyba zacząć od czegoś naprawdę dużego. Czegoś tajemniczego.
Lucia uśmiechnęła się w duchu. Czuła że wie z granitową pewności jakie to były tajemnicze wieści i że wie na ten temat więcej niż Juruś. Ukryła przed nim poczucie wyższości. Nikt by się nie domyślił.
– Presto, presto! - powiedziała. – Zaczynam się ekscytować.
– Wczoraj rano byłem u Rusha – odrzekł Juruś, – żeby dowiedzieć się o creme de menthe (*likier miętoowy) który miał mi przysłać dzień wcześniej. Rush jest czasami bardzo niedbały – właśnie mówiłem mu do słuchu kilka ostrych słów, kiedy nagle zauważyłem, że Rush w ogóle nie słucha, tylko patrzy na coś za moimi plecami, więc się odwróciłem. I zgadnij...!
– Nie dręcz mnie, amico – odpowiedziała. – Jak mam zgadnąć? Stał tam różowy słoń w niebieskie ciapki!
– Nie, próbuj jeszcze raz!
– Indianin w barwach wojennych.
– Ależ skąd! Zgaduj dalej – rzekł Juruś z lekkim westchnieniem ulgi (byłoby okropne gdyby zgadła).
W tej chwili do Pepina dotarło, że Lucia zgadła i planuje jakiegoś psikusa.
– Daj mi rękę, Jurusiu – powiedziała – i spójrz na mnie. Będę czytać ci w myślach. Myśl o tym, co zobaczyłeś kiedy się odwróciłeś.
Ujęła jego dłoń i przyłożyła ją do swego czoła, zamykając oczy.
– Ale to chyba naprawdę jest Indianin – rzekła. - Ach, ale nie Indianin z Ameryki, inny Indianin. I... i ma na nogach kapcie i brązowe pończochy – nie, nie brązowe pończochy, to kolor jego nóg. I widzę brodę i turban.
Westchnęła.
– Tyle zobaczyłam – powiedziała.
– Moja droga, jesteś niezrównana – odpowiedział. – Dobrze zgadłaś.
Z ust Pepina dobyło się coś jak lekki bulgot i Juruś zwęszył podstęp.
– Na pewno nas widziałaś! – powiedział – Aleś ty podstępna....
Kiedy już wszyscy porządnie się wyśmiali, a Jurusia zapewniono, że Lucia naprawdę, słowo honoru, nie ma pojęcia co stało się potem, Juruś podjął opowieść.
– A więc stał tam Indus, kłaniający się i posyłający saalamy jak najuprzejmiej i kiedy Rush przysiągł, że wyśle mój creme de menthe jeszcze tego ranka, zerknąłem jeszcze tylko na kartę win, a Indus z kolejnymi ukłonami podszedł do kontuaru i rzekł: Czy będzie pan tak łaskaw aby dać mi małą butelkę brandy? Więc Rush mu ją podał i zamiast zapłacić za nią, jak myślisz, co powiedział? Zgadnij.
Pani Lucas powstała z miną lady Makbet i wycelowała palcem w Jurusia.
– Powiedział: „proszę ją zapisać na konto pani Quantock,” syknęła.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 21 Wrz, 2024 10:12
|
|
|
Dorzucę od razu resztę drugiego rozdziału, żeby należycie wprowadzić temat guru
Oczywiście teraz nastąpiły wyjaśnienia i Lucia przekazała obu panom treść listu pani Quantock. Wyłożyła tym samym karty na stół, a choć bramin z Benares był dla Jurusia nowiną, to miał on o nim do opowiedzenia wiele ciekawostek, bo jego dom sąsiadował z domem pani Quantock i o wielu rzeczach pani Quantock nie wspomniała w liście, więc wkrótce Juruś znów odnalazł się w roli informatora. Jego okna wychodziły na ogród pani Quantock, a skoro nie mógł przez cały dzień chodzić z zamkniętymi oczami, więc naturalną koleją rzeczy to co się w nim działo było niejako ich wspólną własnością. W Riseholme taka istotnie panowała zasada: każdy sąsiad mógł powiedzieć, „cóż za ekscytującą partię tenisa rozegrałeś po południu!” po tym, jak obejrzał ją z okien własnej sypialni. To był element uroku Riseholme; było tak, jakby zamieszkiwała je jedna szczęśliwa rodzina o wspólnych zainteresowaniach i dążeniach. To co działo się w domu było sprawą bardziej prywatną i na przykład pani Quantock nigdy nie zerkałaby z pagórka na końcu swojego ogrodu od jadalni Jurusia , lub – gdyby to zrobiła – nikomu nie powiedziałaby, ile nakryć położono na stole tego dnia gdy zapytała, czy poczęstowałby ją obiadem, a on odpowiedział, że bardzo mu przykro, ale ma komplet przy stole. Lecz nikt nie mógł poradzić nic na to, że widzi to czy owo z okien na tyłach, „widok” należał do każdego.
A Juruś miał wspaniałe widoki.
– Tego samego dnia – opowiadał – wkrótce po lunchu szukałem listu, który, jak myślałem, zostawiłem w sypialni i przypadkiem zerknąłem w okno i zobaczyłem Indusa siedzącego pod gruszą pani Quantock. Kołysał się lekko w przód i tył.
– Brandy! - powiedziała podekscytowana Lucia. – Jada posiłki we własnym pokoju.
– Nie, amica, to nie była brandy. Właściwie to nie przypuszczam, żeby brandy wtedy trafiła do domu pani Quantock, bo nie wziął jej od Rusha, tylko poprosił żeby wysłać ją... – przerwał na chwilę. – A może jednak ją zabrał? Naprawdę nie pamiętam. Ale tak czy inaczej, kiedy kiwał się w przód i tył nie był pijany, bo w jednej chwili stanął na jednej nodze, a drugą zgiął za nią i stał tak przez dłuższy czas z rękami podniesionymi rękami, nie kołysząc się ani trochę. Nie mógł być zawiany. Potem znów usiadł i zdjął pantofle i złapał się za palce u wyprostowanych nóg, a drugą rękę zarzucił za głowę i chwycił się dłonią za ucho. Próbowałem tego na podłodze w sypialni, ale nie byłem nawet blisko. Potem znów usiadł i zawołał „Czela! Czela! I pani Quantock wybiegła z domu.
– Czemu zawołał „czela”?- spytała Lucia.
– Ja też się nad tym zastanawiałem. Ale wiedziałem, że powinienem mieć jakieś wskazówki więc przejrzałem kilka książek Rudyarda Kiplinga i znalazłem tam, że słowo „czela” oznacza ucznia. A skoro. Jak mówisz, „guru” to nauczyciel, to wszystko zaczyna do siebie pasować.
– I co zrobiła Daisy? – spytała Lucia bez tchu.
– Usiadła również, wyciągnęła przed siebie nogi tak jak guru i usiłowała dotknąć dłońmi palców u stóp i oczywiście nie zbliżała się do nich nawet na centymetr. Mnie poszło lepiej niż jej. A on powiedział: ukochana pani, nie za mocno na początek...
– A więc też ich słyszałeś – rzekła Lucia.
– Oczywiście, moje okno było otwarte, a jak wiesz, grusza pani Quantock rośnie dość blisko domu. Potem powiedział jej, żeby zasłoniła palcem jedną dziurkę od nosa i oddychała przez drugą, a potem wstrzymała oddech licząc do sześciu. Potem wypuściła całe powietrze i powtórzyła to wszystko z drugą stroną. Potem powiedziała: „To cudowne, czuję się lekka i pełna energii.”
– Byłoby naprawdę cudem gdyby droga Daisy poczuła się lekka – zauważyła Lucia. – I co dalej?
– Potem usiedli i znów zaczęli kiwać się w przód i tył mrucząc coś jak „Pom.”
– To musiało być „Om.” I co dalej?
– Dalej już nie patrzyłem, miałem listy do napisania.
Uśmiechnęła się do niego.
– Dam ci jeszcze herbaty w nagrodę za ten raport – powiedziała – To wszystko jest bardzo ciekawe. Opowiedz mi jeszcze raz o oddychaniu i wstrzymywaniu oddechu.
Juruś spełnił prośbę i zademonstrował na sobie jak to się odbywało. W następnej chwili Lucia zaczęła go naśladować, a Pepino podszedł, żeby obserwować, co robi Juruś. Potem wszyscy usiedli oddychając przez nos, wstrzymując dech i wydychając powietrze.
– Bardzo ciekawe! – powiedziała w końcu Lucia. – Słowo daję, przynosi to poczucie jakiejś energii, wigoru i lekkości. Myślę, że coś musi w tym być.
Koniec rozdziału drugiego
tłum. Trzykrotka
c.d.n |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Nie 22 Wrz, 2024 15:38
|
|
|
Zapowiada się świetnie |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 22 Wrz, 2024 21:54
|
|
|
Guruizm w Riseholme się rozpowszechnia - zapraszam na dalszy ciąg
Rozdział trzeci
Choć Domek Przy Zagajniku, jak przystało na jego Kasztelankę, był najbardziej elżbietańską siedzibą w Riseholme, reszta wioski w równym stopniu niewiele odbiegała od doskonałości. Miała ona tylko jedną ulicę o długości około pół mili, ale ta ulica była perłą średniowiecznej zabudowy mieszkalnej. Domy, które stały wzdłuż niej szeregiem, były w większości blokami kilku przylegających do siebie budynków, które zostały połączone po dwa lub trzy i przekształcone w mieszkania wyposażone w komfort należny wiekowi XX, ale zewnętrznie zachowały starożytny wygląd, choć uzupełniony łazienkami i innymi udogodnieniami, który tworzył doskonale elżbietański klimat. Były oczywiście naleciałości takie jak szyldy starych zajazdów nad drzwiami wejściowymi i dzwonki z sercem z boku drzwi, ale drzwi były jednakowo niewygodnie niskie, dachy zbudowano z kamiennych łupków i starej cegły, w których zakotwiczyły się podejrzanie bujne wyżliny i rozchodniki i prawie nie było ogrodu, w którym nie byłoby ścieżki ze starych kamiennych płyt, morwy i kilku strzyżonych cisów.
Nie było jednak w wiosce miejsca bardziej otwarcie średniowiecznego niż wiejskie błonia, przez które Juruś podążał właśnie swym drobnym kroczkiem po pożegnaniu swojej królowej. Wokół nich rósł rząd wspaniałych wiązów, a pośrodku, zgodnie z Riseholmską tradycją, była sadzawka z kaczkami, choć pewnie w mniej stylowych miejscach uznano by go ledwie za bajoro dla kaczek. Ale w Riseholme nie było do pomyślenia, nawet w najbardziej pesymistycznych chwilach, że obiekt ten jest jakimś bajorem. Obok stawu stały dyby, co do których nie było ani cienia wątpliwości, bo pan Lucas kupił je w sąsiedniej obrazoburczej wiosce, gdzie miały pójść na podpałkę i, po reperacji, przekazał je wiejskim błoniom, wybrawszy miejsce obok sadzawki. Wokół błoń zgrupowano sklepy, w pewnym oddaleniu od części mieszkalnej, a na samym końcu stał niewątpliwie elżbietański zajazd, Ambermere Arms, pełen po brzegi starożytnych stołów i skrzynek na Biblię i rusztów i palenisk i butelek i puzderek i stołków. Hurtowo kupowali je amerykańscy turyści tłoczący się tutaj w miesiącach letnich, przynosząc duży zysk obrotnemu właścicielowi, który natychmiast nabywał świeże antyki w miejsce tych sprzedanych. Ambermere Arms było w istocie miejscowym sklepem z zabytkowymi meblami, ale prowadzono tam też handel detaliczny, bo ciekawiej było kupować ciekawe przedmioty w prawdziwej elżbietańskiej gospodzie niż w sklepie.
Podczas marszu Juruś przerzucił sobie przez ramię swą elegancką wojskową pelerynkę, a w przerwach przykładał smukły palec wskazujący do jednego nozdrza i oddychał drugim ćwicząc tak, jak podejrzał to w ogrodzie pani Quantock. Choć lekko zakręciło mu się od tego w głowie, to na pewno poczuł też lekkość, ale wkrótce przypomniał sobie list od pani Quantock, który odczytała im Lucia, ostrzegający, że tych ćwiczeń nie wolno robić bez nadzoru, więc ich zaprzestał. Niósł odpowiedź Luci na list pani Quantock, a mając być może w perspektywie spotkanie z guru i prezentację, porzucił głębokie oddechy i powtórzył sobie kilkakrotnie „guru, guru, guru” aby przyzwyczaić się do niezwykłego brzmienia.
Byłoby oczywiście bardzo dziwnie i nie po Riseholmsku podejść do drzwi przyjaciela, choćby z tak bezosobową sprawą jak dostarczenie czyjegoś liściku, nie pytając najpierw, czy przyjaciel jest w domu i będąc natychmiast wpuszczonym jeśli był i prawdę mówiąc Juruś, kiedy na pukanie drzwi zostały otwarte (pani Quantock nie miała dzwonka), pochwycił widok pani Quantock stojącej na środku trawnika na jednej nodze. Wszedł więc do ogrodu bez dalszych formalności. Wyglądała jak mały, okrągły, pulchny bocian, któremu nie urosła noga, ale który zachował zwyczaje swojego gatunku.
– Moja droga, przyniosłem ci liścik – powiedział. – jest od Luci.
Druga noga opadła, a ona zwróciła się ku niemu z szerokim, utrwalonym uśmiechem, którego nauczyła się w minionych dniach Chrześcijańskiej Nauki.
– Om – powiedziała pani Quantock, wydychając resztę powietrza. – Dziękuję, kochany Jurusiu. To nadzwyczajne, co joga już dla mnie uczyniła. Katar niemal zniknął. Gdybyś czuł się przygnębiony, czy zdenerwowany, czy ponury, możesz wyleczyć się w jednej chwili. Mam u siebie pewnego gościa.
– Naprawdę? – spytał Juruś, nie puszczając pary z ust na temat ekscytujących wydarzeń, które deptały sobie po piętach od tego ranka kiedy to zobaczył guru w sklepie Rusha.
– Tak, a ponieważ wracasz od Luci, może coś ci o nim mówiła bo jej o nim pisałam. To guru niezwykłej świętości z Benares; uczy mnie Drogi. Powinieneś go poznać, chyba że medytuje. Nie usłyszy nawet zderzających się pociągów gdy medytuje.
Odwróciła się w stronę domu.
– Guru kochany! – krzyknęła.
Nastąpiła chwila przerwy i w oknie pojawiła się indyjska twarz.
– Ukochana pani! – powiedział.
– Drogi guru, chciałabym przedstawić ci mojego przyjaciela – powiedziała. – To jest pan Pillson, a kiedy poznasz go lepiej, będziesz nazywał go Jurusiem.
– Ukochana pani, już znam go bardzo dobrze. Przenikam jego czystą białą duszę. Niech pokój będzie z tobą, przyjacielu.
– Czyż nie jest cudny? Pomyśl tylko! - powiedziała pani Quantock na stronie.
Juruś grzecznie uchylił kapelusza.
– Jak się pan ma? - zapytał (po ćwiczeniach w ciszy mógłby powiedzieć, „Jak się pan ma, guru?” ale miało to dziwaczny rytm i jego czerwone usta nie mogły jakoś sformułować tego słowa.)
– Zawsze mam się dobrze – odrzekł guru. – Zawsze jestem młody i zdrowy, bo podążam za naukami Drogi.
– Mówi, że ma przynajmniej sześćdziesiątkę – syknęła na stronie pani Quantock tak, że słychać ją było pewnie po drugiej stronie Kanału – ale uważa, że ma więcej, ale lata nic dla niego nie znaczą. Jest jak mały chłopiec. Nazywaj go guru.
– Guru... – zaczął Juruś. – Bardzo mnie to cieszy, że dobrze się pan miewa – powiedział dziko.
Był pod wielkim wrażeniem, ale jeszcze bardziej zestresowany. Trudno było rozmawiać przez okno na drugim piętrze z jakimkolwiek uczuciem swobody, zwłaszcza gdy mówiło się do mieszkańca Benares o wielkiej świętości.
Na szczęście pani Quantock przyszła mu na pomoc wybawiając go z zakłopotania.
– Kochany guru, zejdziesz tu do nas? – spytała.
– Ukochana pani, nie! – odpowiedział równy głos. – Teraz muszę czekać tutaj. Jest to czas spokoju i modlitwy kiedy dobrze jest być samemu. Zejdę na dół kiedy przewodnicy mi nakażą. Ale naucz naszego przyjaciela tego, czego na ciebie nauczyłem. Na pewno wkrótce uścisnę jego ziemską dłoń, ale nie teraz. Pokój! Pokój! I Światło!
– Czy ty też masz jakichś przewodników? – zapytał Juruś kiedy guru zniknął z widoku. – Też są Indusami?
– Och, to duchowi przewodnicy – powiedziała pani Quantock. – On ich widzi i rozmawia z nimi, ale nie są cieleśni
Westchnęła radośnie.
– Nigdy tak się nie czułam – powiedziała. – Wniósł do domu taką atmosferę, że nawet Robert to czuje i nie ma nic przeciwko eksmisji z własnej garderoby. Proszę, zamknął okno. Czy to nie wspaniałe?
Juruś nie widział jeszcze niczego szczególnie wspaniałego, prócz niezwykłego widoku pani Quantock stojącej na jednej nodze na środku trawnika, ale prawdopodobnie jej emocje udzieliły mu się same przez subtelne połączenie dusz.
– A co on robi? - zapytał.
– Mój drogi, chodzi o to, kim jest, nie co robi – powiedziała. – Patrz, nawet moja jedna śmiała wzmianka na jego temat do Luci sprawiła, że zaprosiła go na garden party. Nie wiem oczywiście, czy on pójdzie czy nie. Wydaje się być tak bardzo – jak mam to ująć? –posłany do mnie. Ale oczywiście zapytam go, czy się zgodzi. Transe i medytacje przez cały dzień! A w przerwach taka pogodna ducha i serdeczność! Wiesz na przykład, jak drażliwy jest Robert na punkcie jedzenia. Cóż, wczorajsza baranina była, że tak powiem, lekko twardawa i Robert zaczynał już powoli wyrzucać ją po swojemu z talerza. Wtedy mój guru wstał i powiedział: proszę zaprowadzić do kuchni – czasami gubi jakieś słowa, bo nie mają dla niego znaczenia – zabrałam go na dół, a on powiedział „Pokój!” Kazał mi się tam zostawić i za dziesięć minut wrócił z talerzem curry z ryżem i nigdy nie jadłeś czegoś tak pysznego jak to, co było przedtem niedogotowaną baraniną. Robert pożarł większość, ja resztę, a mój guru był tak zadowolony widząc zadowolenie Roberta. Powiedział, że Robert ma czystą białą duszę, tak jak ty, tylko nie mogę mu tego powiedzieć, bo Droga nakazuje mu, aby odkrył to sam. A dziś przed obiadem guru zszedł do kuchni, a moja kucharka powiedziała, że wziął szczyptę pieprzu i pomidora i trochę baraniego sadła i sardynki i trochę sera i zrobił z tego coś tak pysznego, że w życiu takiego nie jadłam. Pyszne! Nie zdziwiłabym się, gdyby Robert wkrótce rozpoczął ćwiczenia oddechowe. Jest takie jedno, które pomaga na wątrobę i sprawia, że jesteś smukły i szczupły.
To brzmiało bardzo kusząco.
– Mogłabyś mnie nauczyć? - spytał Juruś z zapałem.
Był dość zestresowany rosnąca przez ostatni rok pulchnością, starzeniem się od kilku lat, a na wątrobę musiał zawsze uważać.
Potrząsnęła głową.
– Nie możesz tego praktykować bez nadzoru nauczyciela – odrzekła.
c.d.n |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 23 Wrz, 2024 09:19
|
|
|
Ooo i kuchnia indyjska wkracza na scenę |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 23 Wrz, 2024 17:43
|
|
|
Będzie indyjski full serwis.
Juruś wreszcie ma bliskie spotkanie z guru (poza tym w sklepie z alkoholem)
Juruś pomyślał szybko, co powiedziałyby Hermy i Ursy gdyby przyjechawszy jutro zobaczyły jak wykonuje ćwiczenia pod kierownictwem guru. Hermy, kiedy nie polowała na wydry, potrafiła być bardzo sarkastyczna, a on miał w perspektywie miesiąc z Hermy, bez polowania na wydry do pomocy, bo – jak go powiadomiła – w sierpniu jest to niemożliwe. Dla Jurusia zabrzmiało to tajemniczo, bo raczej nie wyglądało na to, że wszystkie wydry wymierały w sierpniu, żeby potem odrodzić się na wzór gąsienic. Gdyby Hermy przyjechała w październiku, polowałaby całe poranki, a chrapała popołudniami i byłaby w wyśmienitym humorze, ale wizyta sierpniowa wymagała ostrożnego kierownictwa. Jednak perspektywa bycia smukłym, młodym i ze zdrowymi organami była cudownie kusząca.
– A czy on nie mógłby być i moim guru? – zapytał.
Jakby za pośrednictwem jakiegoś demonicznego opętania, nagłe pragnienie, do tej pory jedynie sporadycznie obecne w myślach pani Quantock, opanowało ją całkowicie, a czerwony sztandar rewolucji załopotał nad jej głową. Czemu to, mając po swojej stronie tak oszałamiającą nowinkę jak guru, nie mogłaby przejąć korony of Luci? Od dawna zastanawiała się, czemu to droga Lucia miała być królową Riseholme i – w błysku chwilowego olśnienia – zobaczyła siebie o wiele lepiej wyposażoną do sprawowania władzy.
W końcu wszyscy w Riseholme znali już starą śpiewkę Luci i mieli sekretnie pełną świadomość, że nie grywa ona drugiej i trzeciej części Sonaty Księżycowej tylko dlatego, że były one szybsze, bez względu na to, jak starała się to ukryć mówiąc, że przypominają jedenastą przed południem i trzecią w nocy. I pani Quantock zawsze podejrzewała, że Lucia nie przeczytała nawet jednej czwartej książek, o których mówiła i że wyszukiwała wiadomości w encyklopedii, żeby się popisywać, skrywając prawdziwą ignorancję. Z pewnością wydawała sporo pieniędzy na rozrywkę, ale ostatnio Robert zarabiał na rumuńskiej ropie codziennie dwadzieścia razy tyle, ile Lucia wydawała rocznie. A jeśli chodzi o aktorstwo, to czy jako Lady Makbet nie zapomniała słów w środku sceny lunatykowania?
Ale oto Lucia, jak potwierdzał jej list, oraz jej przyboczny Juruś, byli mocno zainteresowani guru. Pani Quantock domyśliła się, że Lucia zamierzała zaprezentować guru na swych sierpniowych przyjęciach jako własne odkrycie. On byłby nowością, a Lucia wydawałaby Om – przyjęcia i oddechowe przyjęcia i przyjęcia ze staniem na jednej nodze, podczas gdy ona, Daisy Quantock, zostanie zesłana do roli skromnego gościa, a Lucia zbierze wszystkie pochwały i prawdopodobnie łaskawie od czasu do czasu zaprosi na nie odkrywczynię. Tym samym guru pani Quantock stałby się guru Luci i całe Riseholme zbiegłoby się tłumnie po oświecenie i przewodnictwo do Domku Przy Zagajniku. Napisała do Luci z całą szczerością, mając nadzieję, że rozszerzy ona gościnność swoich przyjęć w ogrodzie na guru, ale ciepło, z jakim Lucia jej odpowiedziała kazało dopatrywać się w tym ukrytych motywów. Zachowała się zbyt pochopnie, działała zbyt szybko, zbyt niemądrze, jak mawiała Lucia. Powinna była wiedzieć, że Lucia, mając w perspektywie sierpniowe przyjęcia, rzuci się na guru i postanowiła zatrzymać go dla siebie, zabierając wiatr z Lucinych sierpniowych żagli. Lucia już posłała Jurusia żeby przyniósł jej liścik i rozpoczął podkradanie guru. Pani Quantock wszystko to przejrzała i uznała, że jest to nie do zniesienia. Zanim odpowiedziała, zebrała się w sobie wspomnieniem tryumfu, jaki odniosła kiedyś w sprawie walijskiego prawnika.
– Kochany Jurusiu – powiedziała – nikt nie cieszyłby się bardziej ode mnie gdyby mój guru zgodził wziąć cię na ucznia. Ale nigdy nie wiadomo co on zrobi, jak powiedział mi dziś odnośnie mnie: „nie mogę pójść jeśli nie zostanę posłany.” Czy to nie cudowne? Od razu wiedział, że został posłany do mnie.
Ale do tej pory Juruś był już zdecydowany żeby mieć guru. Miarą jego determinacji mógł być fakt, że całkiem zapomniał o garden party Luci.
– Ale nazwał mnie przyjacielem – powiedział. – Powiedział, że mam czystą białą duszę.
– Tak, ale on taki jest w stosunku do wszystkich – powiedziała pani Quantock.– Jego religia zakazuje mu mówić źle o kimkolwiek.
– Ale nie powiedział tego Rushowi – krzyknął Juruś – kiedy prosił go żeby brandy zapisać na twój rachunek.
Twarz pani Quantock zmieniła się na chwilę, ale chwila była za krótka by Juruś to zauważył. W mgnieniu oka znów się rozpromieniła.
– Oczywiście nie może każdemu tak mówić – zauważyła. – Prości ludzie – on jest z najwyższej kasty – nie zrozumieliby go.
Juruś zaatakował bezpośrednio.
– Proszę, spytaj go czy będzie mnie uczył – powiedział.
Przez chwilę pani Quantock nie odpowiadała, ale przechyliła głowę w stronę gruszy na której gwizdał drozd. Wyśpiewał kilka powtarzających się fraz i zamilkł.
Pani Quantock uśmiechnęła się promiennie w stronę gruszy.
– Dziękuję braciszku – powiedziała.
Zwróciła się znów do Jurusia.
– To z świętego Franciszka – powiedziała – ale joga zawiera wszystko co prawdziwe w każdej z religii. Cóż, spytam mojego guru czy weźmie cię na ucznia, ale nie gwarantuję, że się zgodzi.
– Ile on... Ile kosztuje taka lekcja? – spytał Juruś.
Naukowochrześcijański uśmiech znów rozjaśnił jej twarz.
– Słowo „pieniądze” nigdy nie skalało jego ust – powiedziała. – Nie wiem nawet, czy on wie, co ono oznacza. Wymyślił, że usiądzie na błoniach z żebraczą miseczką w dłoni, ale oczywiście nigdy bym się na to nie zgodziła i póki co, daję mu po prostu wszystko, czego chce. Oczywiście kiedy odejdzie, co – jak ufam – nie nastąpi w ciągu najbliższych tygodni, choć kto to wie, kiedy otrzyma kolejne wezwanie, wsunę jakąś hojną sumkę w jego dłoń, ale jeszcze o tym nie myślę. Musisz już iść? Dobranoc, drogi Jurusiu. Pokój! Om!
Ostatnie spojrzenie rzucone przez ramię kiedy wychodził przez frontowe drzwi pokazało mu, że znów stoi na jednej nodze, tak jak wcześniej. Przypomniał sobie fakira z Benares stojącego w tej pozie; a jeśli strumień płynący do Avonu można by zamienić w Ganges, a ogród w rozpalony słońcem ghat, nurkujące jaskółki i latawce, schludną pokojówkę, która odprowadziła go do drzwi na bramina, a chiński gong pyszniący się w hallu na polerowaną mosiężną tacę z Benares, mógłby pomyśleć, że stoi na brzegu tej świętej rzeki. Nagietki w ogrodzie nie wymagały zamiany...
Tłum. Trzykrotka
c.d.n |
|
|
|
 |
Admete
shadows and stars

Dołączyła: 18 Maj 2006 Posty: 58798 Skąd: Babylon 5/Gondor
|
Wysłany: Wto 24 Wrz, 2024 06:26
|
|
|
| Och kłótnia o guru 😆 |
_________________ „But the music is broken, the words half-forgotten, the sunlight has faded, the moon grown old."
"We are star stuff. We are the universe made manifest trying to figure itself out."
Lubię jesień.
 |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron. Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.
|