PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Lucia robi postępy
Autor Wiadomość
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 23 Paź, 2025 18:35   

Lucia zawsze daje radę, w tym jej urok :mrgreen:

Jedziemy - rzymska świątynia czeka :excited:



Reszta popołudniowych poszukiwań nie została nagrodzona żadnym nowym odkryciem. Gdy słońce zaczynało zachodzić, na zachodzie podniósł się wielki wał chmur i przez całą noc niebo wylewało z siebie strumienie deszczu. Ulewa całkowicie zmyła hałdę ziemi, która spłynęła na świeżo zasadzoną sałatę i dopiero co wysypaną żwirem ścieżkę ogrodową. Z grządki ze szparagami woda spływała do wykopu i następnego dnia nie dało się tam pracować, bo w wykopie stało z trzydzieści centymetrów wody, a deszcz nie przestawał lać. Zmuszona do bardziej przyziemnych zajęć, Lucia spędziła pracowity ranek w biurze, analizując ostanie wskazówki Mammoncasha. Był on głęboko przekonany, że wzrost na rynku przemysłowym zaszedł już wystarczająco daleko: radził jej aby wycofała swoje zyski, których bardzo satysfakcjonującą listę załączał i ponownie zalecał kupno akcji z pozłacanymi brzegami. Ich ceny spadły znacznie od kiedy rozpoczął się boom przemysłowy, a w następnych tygodniach powinny wzrosnąć. Lucia spojrzała na portret damy Catherine Winterglass po inspirację, a potem zadzwoniła do Mammoncasha (międzymiastowa) i wyraziła zgodę. Przy jej entuzjazmie do odkryć archeologicznych wszystko to wydawało się jej strasznie nudne: wymagało wielkiego wysyłki aby skoncentrować się na tak przyziemnej sprawie, jak zarabianie pieniędzy, podczas gdy kolejne kawałki naczynia (lub naczyń) ofiarnych ze świątyni Apolla musiały kryć się między szparagami. Ale deszcz nie przestawał lać i obecnie były one kryte na stopę lub więcej w nieprzejrzystej wodzie wzbogaconej obornikiem, który zebrała ona z sąsiednich posesji.
Musiało minąć kilka ni nim można było wznowić kopanie, a Tilling aż brzęczał doniesieniami o nadzwyczajnych odkryciach Luci. Ona sama była bardzo ostrożna w udzielaniu informacji, bo nim odkopano całą płytkę z napisem „Spencer,” zrobiła na podstawie uszkodzonego kawałka z literami S.P. przypuszczenie, że znalazła szczątki rzymskiej willi lub świątyni pod grządką szparagów i teraz to przypuszczenie nie było tak pewne jak przedtem. Naczynie ofiarne dla Apollina co prawda potwierdziło oryginalne podejrzenia, ale musi poczekać na więcej znalezisk, murów lub mozaikowych chodników, zanim będzie można pozwolić ludziom na oględziny miejsca lub obwieścić kolejne nowiny. Juruś został zobowiązany do dyskrecji, ogrodnik wiedział tylko, że zniszczyła jego szparagi, a co do monety (bo była to moneta, nie guzik), to nawet najskrupulatniejsze oględziny nie ujawniły żadnego wizerunku ani napisu na jego skorodowanej powierzchni: mogła równie dobrze pochodzić z epoki Melchizedeka, jak Hadriana i królowej Wiktorii. Ponieważ Tilling nie mogło niczego się dowiedzieć z oficjalnych źródeł, obrało oczywisty kurs, uświęcony tradycją, wymyślania odkryć: pojawiły się pogłoski o posągu i rzymskim ołtarzu. Wszystko to było bardzo szczęśliwe dla Elizabeth, ponieważ panujące podniecenie, teraz dotyczące starożytnej populacji Tilling, wcześniej - gazu i kanalizacji - całkowicie zatarło poczucie, że jest oszustką, gdy stało się jasne, że nie zamierzała powiększyć jego obecnej populacji, a jej pojawienie się na High Street, zwartej i gotowej zwykle, przestało wywoływać jakiekolwiek komentarze. Tak było najlepiej dla wyrównania sytuacji między dawną, a obecną właścicielką Mallards, jako że Lucia nigdy nigdy nie wierzyła w dziecko Elizabeth, więc teraz Elizabeth obnosiła się z całkowitą niewiarą w świątynię Luci.
Jednego z tych kwietniowych burzowych dni, gdy wstrzymano kopanie, Elizabeth nadeszła od strony Grebe na poranne zakupy w płaszczu przeciwdeszczowym i rosyjskich butach. Zbliżająca się ulewa zmusiła ją do szukana schronienia w domu Divy, która odmówić jej nie mogła, choć bardzo chciała. Odłożyła swój koszyk na zakupy, który z jak najlepszych powodów śmierdział rybą, tam, gdzie Paddy nie mógł go dosięgnąć.
- Cała przeprawa, żeby wydostać się z Grebe przy tym sztormie – powiedziała. – Divo, nie możesz sobie nawet wyobrazić tej potwornej rujnacji, w jaką popadł ogród kuchenny. Ani jednej jarzyny. Smutna to dla mnie odmiana po moim pięknym ogrodzie w Mallards, gdzie nigdy nie musiałam kupować nawet pietruszki. Ale żebracy nie mogą być wybredni, a mnie daleko do tego, żebym miała narzekać.
- No cóż, zabrałaś z ogrodu w Mallards każdy ziemniak nim się wyprowadziłaś – powiedziała Diva. – Miałaś bardzo dobry start.
- Przecież mówię, że nie mogę narzekać, moja droga – powiedziała Elizabeth ostro. – A jak tam Forum Romanum? Jakieś nowe świątynie? Zabójcze! Nie wierzę ani jednemu słowu. Lucia odkryła pewnie stertę śmieci, które wyrzuciłam, gdy opuszczałam na zawsze mój stary, kochany dom.
- Zakopałaś je może w bruzdach po ziemniakach? - spytała Diva, zirytowana do granic tym biadoleniem nad starym domem.
Elizabeth, jak godność nakazała, zignorowała gadaninę o ziemniakach.
- Myślałam o wykopaniu dwóch czy trzech jabłoni w Grebe, które nie owocowały przez ostatnich sto lat – powiedziała - i powiedzeniu wszystkim że znalazłam w ich korzeniach Arkę Przymierza albo kilka tomów Szekspira. Nikomu ich nie pokażę, oczywiście. Lucia nie potrafi starzeć się z godnością, dlatego otacza się tajemnicami, jak mówiłam to Benjy’emu któregoś dnia. Jest w wieku, w którym nikt się już nią nie interesuje, więc wymyśla Forum Romanum, żeby przyciągnąć na nowo ludzi do siebie. Musi być w centrum uwagi. I ta fortuna, jaką rzekomo zarobiła, to biuro, te międzymiastowe do Londynu. Kolejne zagadki. Wątpię, czy zarobiła albo straciła więcej niż pół korony.
- A to już jest czysta zazdrość – powiedziała Diva. - Tylko dlatego, że sama straciłaś mnóstwo pieniędzy, nie możesz znieść, że ona je zyskała. Równie dobrze możesz twierdzić, że i ja nic nie zarobiłam.
- Divo, odpowiadaj. Zarobiłaś? - powiedziała Elizabeth nagle dając wyraz podejrzeniom, które od dawna strasznie ciążyły jej na umyśle.
- Tak. Zarobiłam – powiedziała Diva dobitnie, robiąc się przy tych słowach dosłownie purpurowa. - A jeśli chcesz wiedzieć ile, to powiem, że to nie twoja sprawa.
- Chérie… znaczy: Divo – powiedziała Elizabeth z powagą – Ostrzegam cię dla twego własnego dobra, że ty też robisz się „ciutkę” tajemnicza. Niech ci to nie wejdzie w nawyk. Bądźmy zawsze wobec siebie szczerzy i otwarci. Nikt nie byłby bardziej zachwycony niż ja jeśliby okazało się, że Lucia odnalazła Partenon w agreście, ale dlaczego nikomu z nas nie pozwala niczego obejrzeć? To właśnie te jej napomknienia i sekrety mnie zniechęcają. I to jak mówi o swoich finansach, jakby była milionerką. Do czasu okazania dowodów mówię – bzdura!
Ten pokaz najwyższej bezczelności Elizabeth, akurat jej, potępiającej tajemniczość i podsycanie słabnącego zainteresowania przez podsuwanie domysłów nie mających oparcia w rzeczywistości tak oszołomiło Divę, że siedziała po prostu z otwartymi ustami, gapiąc się na nią. Nie ufała sobie na tyle, by się odezwać, bo bała się, że powie więcej, niż zamierzała powiedzieć. Lepiej było nic nie mówić, niż powiedzieć za mało. Postanowiła zmienić temat.
- Jak tam tygrysia skóra? - spytała. - I kołnierz.
Elizabeth raczej błędnie uznała, że uciszyła Divę w kwestii tajemniczości w średnim wieku. Nie chciała już się w to zagłębiać i uprzejmie podjęła nowy temat.
- Słodko z twojej strony, że pytasz, kochana, o mój nowy mały strój – powiedziała. - Wszyscy mnie za niego komplementowali, prócz ciebie, co mnie – przyznaję – zraniło. Ale uważam – i Benjy także – że to wszystko jest trochę za mądre dla naszego zaściankowego Tilling. Jak ja nienawidzę, jak ktoś wiecznie wpycha się na pierwszy plan.
Diva mogła zaufać sobie, że na ten temat może rozmawiać bez obawy, że powie za mało.
- Dobrze, Elizabeth – powiedziała – prosisz mnie jako przyjaciółkę, żebym była z tobą szczera i otwarta, więc ci powiem, że komplementy były fałszywe. Z twojego małego, nowego stroju – to była twoja stara spódnica, tak swoją drogą – garściami wyłaziła sierść. Cała chmura sierści uniosła się tego dnia, gdy byliśmy na lunchu u Luci i uderzyłaś stopą w reling. Grosvenor musiała zamieść cały dywan. Równie dobrze mogłam ja przybrać spódnicę paskami ze starej wycieraczki i powiedzieć, że jest zbyt elegancka jak na Tilling. Lepiej byś zrobiła gdybyś zakopała to wyleniałe okropieństwo razem z okiem, które mu kiedyś wybiłam wraz z resztą śmieci w zagonie po ziemniakach. Bałabym się że egzemy dostanę gdybym coś takiego założyła, a nie sądzę, żeby do tej pory został na niej choćby jeden włosek. Tak jest!
Teraz przyszła kolej Elizabeth na ogłuszenie gwałtownością tej tyrady. Sapała przez nos i wykrzywiała twarz w niesamowitych grymasach.
- Nigdy bym się nie spodziewała, że usłyszę od ciebie coś takiego – powiedziała.
- A ja nigdy bym nie pomyślała, że ktoś mi powie, że paski z wyłysiałej tygrysiej skóry są za modne, by je nosić w Tilling – odparowała Diva. - I błagam, Elizabeth, nie krzyw mi się tu jakbyś miała się zaraz rozpłakać. Kilka słów prawdy dobrze ci zrobi. Myślisz, że każdy oszukuje i fabrykuje tajemnice, bo sama to robisz. Całymi tygodniami woziłaś się Roycem Susan i jadłaś miód i nikt ci się nie postawił, bo… o rany, sama wiesz, co chcę powiedzieć, więc tak to zostawmy.
Elizabeth porwała swój kosz na zakupy i drzwi za nią zatrzasnęły się z hukiem. Diva otwarła okno by pozbyć się tego okropnego zapachu dorsza.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 24 Paź, 2025 13:37   

O kurczeeeee :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: nnie ma to jak parę słów prawdy w odpowiednim momencie, BOSKIE :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: widzę drogą Elżbietę obszytą liniejącymi paskami starego futra, jak przy każdym ruchu sypie się z niej stara sierść :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 24 Paź, 2025 21:42   

Diva jest jedyna! Może i prosta z niej kobieta, ale jako jedyna ma silne poczucie rzeczywistości i potrafi wygarnąć Elżbiecie z grubej rury.
Ja chichotałam na samą myśl o tych futrzanych paskach poprzyszywanych do spódnicy - komedia! :rotfl:

Auć! Umknęło mi ostatnie zdanie Divy na podsumowanie tej rozmowy :zalamka: A że jest piękne, wkleję je na początku nowego kawałka :kwiatek:


- Tak mi przykro, że aż wcale – powiedziała do siebie. - Mam nadzieję że dobrze jej to zrobi. Bo mnie zrobiło.


Wreszcie się przejaśniło i pewnego wieczoru Lucia odwiedzając zalany rów uznała, że woda już wsiąknęła w ziemię i można wznowić wykopki. W związku z tym posłała po swoich dwóch robotników aby następnego ranka stawili się do pracy. Ale gdy, obudziwszy się o siódmej, zobaczyła, że słońce wlewa się do jej sypialni z bezchmurnego nieba, nie mogła oprzeć się pokusie by samej ją rozpocząć. Dzień był rześki, po trawniku biegały drozdy nasłuchując z przekrzywionymi łebkami podziemnych ruchów robaków i następnie z zachwytem wykopywały sobie śniadanie, wykopaliska wydawały się zaiste pięknym prawem natury, którego wszyscy muszą przestrzegać. Co więcej, chciała jak najszybciej dokonać nowych odkryć, bo musiała sama przed sobą przyznać, że niefortunna sprawa spencerowskiego kafelka podminowała kompletnie wszystkie jej znaleziska i wobec tego, co już powiedziała reporterowi z Hastings Chronicle, lepiej i bezpieczniej byłoby znaleźć coś więcej. Był piątek, Hastings Chronicle ukazywał się w sobotę, ziemia była miękka i łatwa do kopania, jak pokazywał przykład drozdów na trawniku i wobec oszałamiającego toniku kwietniowego dnia nabrała silnego przeczucia, że znajdzie dziś resztę ofiarnej butelki z kompletnym napisem poświęcającym ją Apollinowi, na czas aby zadzwonić do Hastings Chronicle z informacją o tym znakomitym odkryciu zanim gazeta pójdzie do druku.
Lucia z kielnią w ręku lekko wskoczyła do rowu. Kopanie kielnią było powolną pracą, ale znacznie bezpieczniejszą niż kopanie kilofem i łopatą, ponieważ mogła natychmiast przerwać, gdy napotkała jakiś twardy podziemny opór, który mógł okazać się fragmentem tego, czego szukała. Czasami był to kamyk, który powstrzymywał jej uderzenie, czasami kawałek ceramiki, a raz jej niespokojne serce podskoczyło jej do gardła, gdy ostrze jej narzędzia napotkało rozbiło jakąś kruchą substancję. Ale to była tylko muszla ślimaka: okazała się być duża, brązowa; Lucia przypomniała sobie artykuł o jadalnych ślimakach, które Rzymianie sprowadzili do Brytanii, więc ostrożnie ją odłożyła. Zegar wybił dziewiątą i Grosvenor, ostrożnie stąpając po błocie, które deszcz zmiótł na żwirową ścieżkę, wyszła, by dowiedzieć się, kiedy będzie chciała zjeść śniadanie. Lucia sama nie wiedziała, ale da znać, gdy będzie gotowa.
Ledwie Grosvenor zdążyła wrócić do domu, gdy kielnia Lucii ponownie dotknęła czegoś, co wyczuła jako kruche, i powstrzymała ruch, nim nastąpi jakiś trzask i z najwyższą ostrożnością wykopała przeszkodę. Zdrapała z niej trochę ziemi i z zapartym tchem odkryła piękny kawałek szkła, bogatego zielonego koloru, o lekko opalizującej powierzchni. Wyszła z rowu i zaniosła go do kranu ogrodowego. Pod kroplami wody pojawiły się wytłoczone litery tego samego typu co APOL na oryginalnym fragmencie: pierwsze cztery to LINA, a było ich jeszcze kilka, wciąż pokrytych twardszą inkrustacją. Pospieszyła do pokoju ogrodowego i złożyła oba kawałki razem. Pasowały znakomicie, a „Apol” na pierwszym przechodził wprost w „lina” na drugim. - „Apollina” – mruknęła Lucia. Pomimo nauki łaciny i przeszukiwania stron rzymskich inskrypcji, imię „Apollina” (być może żeńska pochodna od imienia Apollo) było jej obce. Mimo to zawierało sugestię jakiegoś imienia, którego nie potrafiła sobie od razu przypomnieć. Apollina... szklane naczynie. Wtedy w jej umyśle zamajaczyła odrażająca hipoteza i z brutalną szorstkością, nie zważając na piękną, opalizującą powierzchnię szkła, starła zaschniętą ziemię z trzech pozostałych liter i oto cała nazwa „Apollinaris”1 stanęła przed jej oczami.
(* Apollinaris to niemiecka butelkowana woda mineralna, a butelki wyglądały tak
https://commons.wikimedia.org/wiki/Category:Apollinaris_stoneware_bottles

Opadła ciężko na ławkę i spojrzała w twarz katastrofie. Potem wzięła formularz telegraficzny i po krótkim namyśle, zaadresowawszy do go wydawcy Hastings Chronicle, napisała: "Jestem zmuszona do przerwania na jakiś czas moich rzymskich wykopalisk. Stop. Proszę odwołać mój wywiad z waszym korespondentem, gdyż jakiekolwiek obwieszczenie byłoby przedwczesne. Emmeline Lucas, Mallards House, Tilling."
Weszła do domu i zadzwoniła na Grosvenor.
- Chcę to wysłać natychmiast – powiedziała.
Grosvenor z dezaprobatą spojrzała na buty Luci. Były oblepione błotem, które grudami spadało na dywan.
- Tak, proszę pani – powiedziała. - Czy nie lepiej byłoby zdjąć buty na wycieraczce? Jeśli zje pani w nich śniadanie, cały dywan w jadalni będzie zapaskudzony. Przyniosę pani domowe pantofle, a potem znów się pani przebierze gdy pójdzie kopać po śniadaniu.
- Nie będzie już kopania – powiedziała Luci.
- Miło mi to słyszeć, proszę pani.
Lucia zjadła śniadanie pogrążona w głębokich rozmyślaniach. Jej wykopaliska dobiegły końca, a jedynym pragnieniem było, by Tilling zapomniało o nich tak szybko, jak się da, tak jak w podnieceniu nimi wywołanym zapomniało o pozorach stwarzanych przez Elizabeth. Wszelkie ślady po nich należy jak najszybciej zakryć zasłoną niepamięci i zatrzeć po nich wszelkie ślady. Nawet Juruś nie może się dowiedzieć o tej strasznej tragedii, póki nie zostaną usunięte wszelkie ślady po niej, ale że miał przyjść o dziesiątej żeby jej pomóc, trzeba było go dprawić z wszelkimi pozorami wesołości, żeby niczego nie zaczął podejrzewać. Zadzwoniła więc do niego, a jej głos brzmiał równie energicznie i mocno jak zawsze.
- Dzień dobly, Georgino – powiedziała. - Dziś zadnego kopania.
- Oj, szkoda – powiedział Juruś – Nie mogę się doczekać odnalezienia reszty tego naczynia.
- I mnie psiklo – powiedziała Lucia – Oklopnie dziś ziajęta, Julusiu. Pamiętasz, dziś kolacja alla casa dei sapienti. (*w domu mędrców, Wyse fonetycznie można uznać za "mędrzec")
- Gdzie? - zapytał Juruś kompletnie zdezorientowany.
- U Wyse’ów – odpowiedziała Lucia.
Weszła do pokoju ogrodowego. Czekało ją przykre zadanie, ale postanowiła się nie ociągać. Przeniosła jedną po drugiej tace A, B, C i D na miejsce wykopek i wrzuciła ich zawartość do rowu. Dwa kawałki szkła tworzące niemal kompletną butelkę Apollinaris zamigotały spadając, a nie rozszyfrowana moneta brzęknęła uderzając w szło. Następnie wróciła do pokoju ogrodowego i odesłała do Biblioteki Londyńskiej wszystkie tomy zawierające informacje o rzymskiej okupacji Brytanii. O dziesiątej pojawili się jej dwaj robotnicy i na resztę dnia dostali zadanie wrzucenia do wykopu każdego szpadla ziemi poprzednio z niego wydobytego. Następnie mieli wszystko ładnie udeptać.
Lucia przesłała swój zwięzły komunikatu do Hastings Chronicle zbyt późno, by wycofać go z druku i gdy następnego ranka zeszła na śniadanie, znalazła egzemplarz nowego wydania, oznaczony karteczką („Czytaj na stronie 2” napisane ołówkiem kopiowym). Odwróciła ją i krew ścięła jej się w żyłach gdy przeczytała, co ten bystry młody człowiek stworzył z kilku słów, które mu przekazała.

Wszyscy miłośnicy sztuki archeologii będą zachwyceni gdy usłyszą o odkryciach, jakie poczyniła pani Lucas na terenie swej pięknej posiadłości w stylu królowej Anny w Tilling. Pani domu kilka dni temu przyjęła mnie jak najgościnniej w châtelaine (*pałacyku) zwanym Mallards House, w wytwornym salonie z widokiem na malowniczą, staroświecką uliczkę i dała mi nad „kielichem, który rozwesela, ale nie upija”, błyskotliwe krótkie podsumowanie swoich dotychczasowych działań i nadziei na przyszłość. Pani Lucas, jak nie muszę przypominać moim czytelnikom, jest uznaną liderką najbardziej ekskluzywnych kręgów towarzyskich w Tilling, pierwszorzędną pianistką i utalentowaną uczoną w dziedzinie języków, żywych i martwych.
- Od dawna już – powiedziała – studiuję tę ciekawą i niezwykle znaczącą epokę w historii, jaką była rzymska okupacja Brytanii i moim cichym marzeniem było mieć ten przywilej, by dodać do wiedzy o nim coś od siebie. To marzeniem, śmiem twierdzić, ma szansę stać się wkrótce rzeczywistością.
- Co naprowadziło panią na myśl, że w glebie Tilling mogą kryć się jakieś rzymskie pozostałości? – spytałem.
Potrząsnęła na mnie paluszkiem, żartobliwie, ale ostrzegawczo. (Dłonie pani Lucas należą do takich, o których każdy rzeźbiarz marzy, ale rzadko je widuje).
- Teraz nie zdradzę panu jeszcze całej tajemnicy – powiedziała. – Mogę tylko powiedzieć, że kiedy kilka dni temu rozkopano ulicę przed moim domem żeby znaleźć jakąś niegrzeczną, przeciekającą rurę gazową, ja, uważnie się temu przypatrując, ujrzałam w wykopanej ziemi coś, co było bezdyskusyjnym dowodem, że pod moim jardin kryją się fundamenty rzymskiej willi lub świątyni. Już wcześniej to podejrzewałam: mówiłam sobie często, że wzgórze, na którym leży Tilling, dające tak rozległy widok na okolicę, jest idealnym miejscem, które ci cudowni starożytni Rzymianie powinni byli wybrać do zbudowaniu tu jednego z ich castra. Moja intuicja już okazała się niezawodna i pewna jestem, że zostanę nagrodzona jeszcze obfitszymi odkryciami. Więcej nie mogę teraz powiedzieć, bo nie chcę wygłaszać przedwczesnych oświadczeń. Proszę okazać jeszcze trochę cierpliwości, a myślę – tak, myślę – że zostanie panu to wynagrodzone widokiem nadzwyczajnych wyników…


c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 25 Paź, 2025 20:24   

Weszła Grosvenor.
- Międzymiastowa z Londynu – powiedziała. - Centralna Agencja Informacyjna.
Lucia, chora ze stresu, z trudem doczłapała do biura.
- Pani Lucas? – zapytał buczący głos w słuchawce.
- Tak.
- Centralna Agencja Informacyjna. Otrzymaliśmy właśnie telefon z Tilling o odkryciu przez panią rzymskich pozostałości w Tilling – powiedział. – Wysyłamy dziś rano do pani specjalnego wysłannika, bo zbadał pani znaleziska i opisał…
- Nie ma najmniejsze potrzeby – przerwała mu Lucia. – Moje wykopaliska nie osiągnęły jeszcze punktu, w którym mogłabym pozwolić prasie na opublikowanie jakiejkolwiek relacji.
- Ale niedzielne wydania londyńskich gazet pragną zdobyć jutro jakieś materiały na ich temat, a profesor Arbuthnot z British Museum, do którego właśnie zadzwoniliśmy, jest chętny by je dostarczyć. Wsiądzie do samochodu i będzie w Tilling…
Lucia oblała się zimnym potem ze zgrozy.
- Bardzo mi przykro – powiedziała twardo – ale na tym etapie nie mogę pozwolić profesorowi Arbuthnotowi na inspekcję moich wykopalisk, ani na żadne dalsze ogłoszenia ich dotyczące.
Odłożyła słuchawkę, poczekała chwilę i, kompletnie niezdolna do zniesienia ciężaru sytuacji w pojedynkę, zadzwoniła do Jurusia. Dziś nie był czas na gaworzenie i włoską paplaninę.
- Jurusiu, muszę się z tobą natychmiast zobaczyć – powiedziała.
- Moja droga, coś nie tak z wykopaliskami? – spytał Juruś z nieomylną intuicją.
- Tak, coś okropnego. Będę u ciebie za minutę.
- Ledwie zacząłem… - zaczął Juruś i usłyszał dźwięk przerwanego połączenia.
Z koszmarną wizją, że jakiś podejrzliwy archeolog wpadnie z wizytą gdy jej nie będzie i odkryje, że nie ma żadnych wykopalisk, Lucia zobowiązała Grosvenor aby pod żadnym pretekstem nikogo nie wpuszczała do domu i z gołą głową, z egzemplarzem Hastings Chronicle w dłoni pobiegła do Mallards Cottage. Gdy przechodziła przez ulicę, usłyszała od strony domu Irene przedłużający się, hałaśliwy dźwięk dzwonka obiadowego, ale nie było nawet czasu, by nawet zgadywać, co on oznacza.
Juruś siedział przy śniadaniu w swym błękitnym szlafroku. Odświeżył był kolor włosów i brody zawartością butelki, która zawsze stała w zamkniętej szafce w sypialni. Jego włosy jeszcze nie wyschły, dlatego nie podobało mu się, że Lucia musiała się z nim zobaczyć właśnie teraz. Jednak zdenerwowanie w jej telefonicznym głosie było zbyt wyraźne, by stawać okoniem.
- Czysty horror, Jurusiu – powiedziała, nie zauważając niczego. – Pierwsze, co muszę ci powiedzieć, to że znalazłam resztę naczynia dla Apolla i okazało się, że to butelka po Apollinaris
- Moja droga, co za paskudztwo – powiedział Juruś współczująco.
- Tragedia raczej niż paskudztwo – powiedziała Lucia. – Najpierw spencerowska płytka, teraz butelka Apollinaris. Żadnych rzymskich pozostałości, wczoraj kazałam zasypać wykop. Finito! O Jurusiu, jak bardzo chciałabym mieć rzymską świątynię w ogrodzie! Pomyśl tylko, taki prestiż! Archeolodzy, przyjęcia w ogrodzie z malutkimi wykładami! To okrutne. A do tego, jakby fiasko wszystkiego, na co liczyłam nie wystarczyło, nadeszły przerażające komplikacje. Posłuchaj, co ukazało się w Hastings Chronicle dziś rano.
I odczytała mu te monstrualne wymysły głosem tragicznie monotonnym.
- Co za kłamstwa, jakie banialuki! – krzyknęła. – Do głowy by mi nie przyszło, że dziennikarstwo może być tak podłe! Widziałam się z tym młodym człowiekiem w zeszłym tygodniu – nie pamiętam ani jego nazwiska, ani jak wyglądał – przez dwie minuty, nie więcej, i powiedziałam mu to, co tobie przekazałam do powiedzenia w Tilling! Nie było to w pokoju ogrodowym, nie częstowałam go herbatą, bo przyszedł tuź przed lunchem, staliśmy w holu i nigdy nie kiwałam na niego żartobliwie paluszkiem i nie paplałam o snach na jawie i niegrzecznych rurach i w życiu na ogród nie mówiłam „jardin,” choć „giardino” to już może tak. I ledwie zdążyłam przejrzeć ten stek bzdur, kiedy zadzwoniła do mnie Centralna Agencja Informacyjna żeby przysłać mi tu profesora Arbuthnota z British Museum żeby obejrzał moje odkrycia. Jurusiu, byłabym w siódmym niebie, gdybym mogła mu cokolwiek pokazać! Powstrzymałam to – bo londyńskie niedzielne gazety też chciały o tym napisać – ale co mam zrobić z tą przeklętą Chronicle?
Juruś ponownie przejrzał gazetę.
- Nie przejmowałbym się tym zbytnio – powiedział. – Châtelaine, no wiesz, przywódczyni elitarnych kręgów, piękne dłonie, pianistka, uczona: same superlatywy. Elizabeth wpadnie w furię! Chyba pęknie!
- Bardzo możliwe - powiedziała Lucia - Ale czy nie widzisz, że to sprowadza mnie do jej poziomu? To takie okropne. Wszyscy nią gardziliśmy za to, że nas oszukała i próbowała wmówić nam, że ma mieć dziecko, a teraz ja nie jestem od niej lepsza, próbując wmówić wam wszystkim, że odkryłam rzymską świątynię. I wierzyłam w to o wiele bardziej niż ona kiedykolwiek wierzyła w to drugie. Tak, wierzyłam, Jurusiu a teraz wszystko jest wydrukowane i w ten sposób wygląda jeszcze gorzej. Jej dziecko nigdy nie było w druku.
Juruś w roztargnieniu przeczesał palcami brodę by pomóc sobie w myśleniu i dostrzegł na nich świeżą plamę koloru orzechowego. Szybko włożył dłoń pod obrus.
- O tym nie pomyślałem – powiedział. – To rzeczywiście szkoda. Ale znowu pomyśl, jak szybko zapomnieliśmy o wymysłach Elizabeth. Niemal następnego dnia po tym, jak zrezygnowała z macierzyństwa i znów zwęziła starą zieloną spódnicę, a ty natrafiłaś na swoje odkrycia, nikt nie poświęcił jej dziecku już ani jednej myśli. Możemy podrzucić im coś nowego, o czym będą mogli gadać?
Juruś wstał zza stołu ze swą dłonią wciąż pomalowaną na orzechowo podszedł do otwartego okna i wyjrzał.
- Czy to nie Elizabeth stoi u drzwi Mallards? – powiedział. – Trzyma gazetę, założę się że Hastings Chronicle. Grosvenor otwarła drzwi, ale niezbyt szeroko. Elizabeth sprzecza się z nią…
- Jurusiu, nie może wejść do domu! – zawołała przerażona Lucia – Zajrzy do ogrodu i zobaczy, że żadnych wykopalisk nie ma.
- Nadal się sprzecza- powiedział tonem Barngien ostrzegającej Izoldę. – Stoi na górnym stopniu… Och, już w porządku. Grosvenor zatrzasnęła jej drzwi przed nosem. Aż ja to usłyszałem. Stoi na tym górnym stopniu, zastanawia się. O Boże idzie tu, jak wtedy kiedy prowadziła kampanię wyborczą. Ale jest czas, żeby powiedzieć Foljambe, żeby jej nie wpuszczała.
Juruś pospieszył by wypełnić misję, a Lucia przypłaszczyła się do ściany, aby nie było jej widać od ulicy. Dzwonek do jego drzwi właśnie brzęknął i dał się słyszeć głos Foljambe powtarzający stanowczo: nie, proszę pani, nie ma go w domu…. Nie proszę pani, nie ma… Nie, proszę pani, wyszedł i nie potrafię powiedzieć, kiedy wróci.
Drzwi zamknęły się, a w następnej chwili w otwartym oknie pojawiła się ponura twarz Elizabeth. Ktoś podejrzliwy mógłby pomyśleć, że chciała zapuścić żurawia do salonu Jurusia żeby potwierdzić (lub zaprzeczyć) twierdzenie Foljambe, bo Elizabeth, czytająca w podejrzanych umysłach jak w otwartych księgach, musiała czym prędzej rozwiać ohydne podejrzenie. Aż krzyknęła widząc go tak blisko niej i tak elegancko odzianego
- Drogi panie Jurusiu – powiedziała. – Przepraszam, ale pańska poczciwa Foljambe była tak pewna, że pan wyszedł, że ja, widząc otwarte okno, no… chciałam tylko wrzucić przez nie ten egzemplarz Hastings Chronicle. Wie, że bardzo chciałby pan go przeczytać. Śliczne słowa o słodkiej Luci, châtelaine Mallards i królowej Tilling i takiej cudownej archeolożce. Pełna niespodzianek dla nas wszystkich. Jak mało wiemy o sobie nawzajem!

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 25 Paź, 2025 22:09   

No WIEDZIAŁAM :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: !!! co prawda obstawiałam piwo, ale woda mineralna też jest dobra :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: nota bene w podobnych butelkach była wspaniała ziołowa nalewka o nazwie Balsam Ryski, produkowana na Łotwie :mrgreen:
Można teraz za Zorbą powtórzyć "Co za wspaniała katastrofa!..." :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Elżbieta powinna solidnie dostać wreszcie po łbie za swoje wścibstwo.
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 26 Paź, 2025 22:02   

Butelki piękne, chyba rzeczywiście lekko opalizujące, więc domorosła archeolożka z jej tomami z Muzeum Brytyjskiego łatwo się potknęła. Kiedy już odprawiła naukowca i prasę, musi uporać się z Elżbietą, a to o wiele trudniejsze :rotfl:
Tym bardziej, że Elżbieta wywęszyła mały skandalik - obyczajowy tym razem!

Juruś wracając z misji ostrzeżenia Foljambe, zostawił drzwi uchylone, w rezultacie czego Lucia, wciskając się jak duch w ścianę między drzwiami i oknem, znalazła się w strumieniu silnego przeciągu. Nagłe i dokuczliwe pragnienie kichnięcia przebiegło przez jej nos i wybuchnęło.
- Dziękuję bardzo – powiedział skonfudowany Juruś donośnym głosem, mając nadzieję, że zagłuszy w ten sposób to, co rozbrzmiało w pokoju. Elizabeth w jednej chwili zapuściła żurawia głębiej do salonu, podchwytując satysfakcjonujący obraz rąbka sukienki Luci. To jej wystarczyło: Lucia tu była.
- Wszyscy jesteśmy podekscytowani jej odkryciami – powiedziała. – Co za sensacja! Widział je pan oczywiście?
- Ależ tak! – powiedziała Georgie z entuzjazmem. - Piękne rzymskie płytki, szkło i ceramika. Wykwintne!
Twarz Elizabeth opadła: miała nadzieję, że będzie inaczej.
- Muszę uciekać – powiedziała. - Spotykamy się na kolacji, prawda, u Susan Wyse. Jej Wysokość też będzie, jak sądzę.
- Och, nie wiedziałam, że jest w Tilling – powiedział Juruś. – Zatrzymała się u pani?
- Niegrzeczny! Chodziło mi o królową Tilling!
- Ach, rozumiem – odrzekł Juruś. - Au reservoir.
Lucia wyszła ze swej mało skutecznej kryjówki.
- Myślisz, że mnie widziała, Jurusiu? – spytała. – To kichnięcie to mogła być Foljambe.
- Oczywiście, że cię widziała. Nie mam cienia wątpliwości – powiedział Juruś, bardzo zadowolony ze skandalicznej roli, jaka przypadła mu w udziale. – A teraz Elizabeth rozpowie na prawo i lewo, że przyłapała nas przy śniadaniu w szlafroku – wiesz, o co mi chodzi – i że ty się przed nią schowałaś. Doczekać się nie mogę, co za opowieść z tego ukręci.
Lucia myślała o tym przez chwilę, wahając się między własną moralnością, a reputacją archeolożki.
- I bardzo dobrze – powiedziała zdecydowanie. – To odwróci jej okropny umysł od wykopalisk. A słyszałeś kiedy taki jad w judzkim głosie, jak kiedy powiedziała „Królowa Tilling”? Tuzin cytryn dobrze wyciśniętych byłoby jak sacharyna w porównaniu. Ale, mój drogi, byłeś bardzo sprytny i bardzo lojalny kiedy powiedziałeś, że widziałeś moje wykwintne rzymskie płytki i szkło. Bardzo to doceniam.
- Nieźle jej to dało to myślenia – powiedział. – Nie była zadowolona.
- Caro, to było godne podziwu i trzymaj się tego, dobrze? Teraz pierwsze co zrobię, to pójdę do kiosku i wykupię cały zapas Hastings Chronicle. Lepiej będzie odciąć ją od dostaw…. Och, Jurusiu, twoja dłoń. Zraniłeś się? Masz jodynę?
- To tylko lekkie naciągnięcie – powiedział Juruś. - Nie ma się czym martwić.
Lucia wróciła do Mallards, nałożyła kapelusz i pospieszyła w dół High Street. I na widok tablicy ogłoszeniowej przed sklepem papierniczym doznała czegoś jak wstrząs

"RZYMSKIE ODKRYCIE PANI LUCAS W TILLING"
Wyjęte z nowego numeru Hastings Chronicle, a jeszcze bardziej wstrząsnęło nią, że wszystkie egzemplarze zostały wyprzedane.
- Poszły jak świeże bułeczki, proszę pani – powiedział sprzedawca – a ja właśnie dzwoniłem po kolejny nakład.
- To bardzo zadowalające – powiedziała Lucia wyglądając na wszystko, tylko nie zadowoloną…
Diva targowała się przy ladzie u rzeźnika, gdy przechodziła obok i wybiegła na ulicę, zostawiając Paddy’ego żeby pilnował koszyka.
- … dobry – powiedziała. – Widziałaś Elizabeth?
Lucia miała na końcu języka: „Nie, ale ona widziała mnie,” ale to wymagałoby dalszych wyjaśnień, a lepiej było najpierw usłyszeć,, co Diva ma do powiedzenia, bo ewidentnie miała jakieś nowiny.
- Nie, kochana – powiedziała. – Właśnie wyszłam z Mallards. A co?
Diva gwizdnęła na Paddy’ego, który pilnując koszyka warczał z furią na każdego, kto się d niego zbliżał.
- Sina z wściekłości – powiedziała. - Hastings Chronicle. Widziałaś?
Lucia koncentrowała się przez chwilę, usiłując sobie przypomnieć.
- Ach, tych kilka słów o moich wykopkach – powiedziała lekkim tonem. – Tak, rzuciłam okiem. Raczej przesadzone, raczej przesłodzone, ale wiesz, jacy są dziennikarze.
- Nie mam pojęcia – rzekła Diva – ale wiem, że Elizabeth ma. Powiedziała mi, że ma zamiar cię zdemaskować. Powiedziała, że jest pewna, że niczego nie znalazłaś. Rzuca ci wyzwanie. Oczywiście, najbardziej rozwścieczył ją ten kawałek, że jesteś przywódczynią kręgów towarzyskich i tak dalej. Po mnie poszła do Irene, a potem wprost do ciebie, by zapytać, czy twoje kopanie nie jest oszustwem, a potem wybierała się do Jurusia… O, jest Irene.
Diva zwróciła jej uwagę piskliwym okrzykiem, a ona podjechała do nich na rowerze, z którego ramy zwisało pudło z farbami, stołek i gigantyczne płótno na blejtramie.
- Ukochana! – powiedziała do Luci. – Była u mnie Mapp. Powiedziała, że jest niemal pewna, że nie znalazłaś żadnych rzymskich pozostałości. Więc nazwałam ją kłamczuchą. Ot tak. Nie przestała dalej gadać, więc zadzwoniłam jej prostu w ucho moim dzwonkiem obiadowym, aż nie była w stanie tego znieść i uciekła. Takiego dzwonka nikt na dłuższą metę nie zniesie: każdy neurolog ci to powie. Rozstałyśmy się pokłócone.
- Kochanie, prawdziwa z ciebie przyjaciółka – zawołała poruszona Lucia.
- No pewnie. Jaka niby miałabym być? Zabiorę mój dzwonek do Wyse’ów dziś wieczorem, na wypadek, gdyby znowu zaczęła. Do widzenia, moje bóstwo. Jadę na farmę na mokradłach namalować krowę z cielęciem. Jeśli Mapp dalej będzie cię dręczyć, dam krowie jej twarz, choć byłby to pech dla krowy i poślę to na naszą letnią wystawę. To będzie dla niej prawdziwa nauczka.
Diva patrzyła za nią z uznaniem, gdy kolebała się w górę High Street.
- Tak trzeba postępować z Elizabeth, kiedy już wszystko zostanie powiedziane i zrobione – stwierdziła. – Dziwaczna Irene zna ją lepiej niż my wszyscy. Pomyśl, jak mili wszyscy byliśmy dla niej, zwłaszcza ty, kiedy została zdemaskowana. Ty powiedziałaś tylko „wydmuszka” i nigdy więcej o tym nie wspominałaś. Elizabeth jest bardzo niewdzięczna. Tak sobie myślę: co zamierzasz z tym zrobić? Dlaczego nie pokażesz jej kilku znalezisk, żeby jej udowodnić, jaka z niej kłamczucha?
Lucia przez moment rozmyślała gorączkowo, a potem ciepły, współczujący uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Moja droga, to naprawdę poniżej mojej godności – powiedziała – żeby zwracać uwagę na wszystko, co powiedziała tobie i Irene i bez wątpienia innym też. Przykro mi tylko z powodu jej nieszczęsnej, zazdrosnej natury. To nieuleczalne, obawiam się, raczej chroniczne i pewna jestem, że w lepszych chwilach cierpi dotkliwie z tego powodu. Co do moich małych wykopalisk, to porzucam je na jakiś czas.
- To szkoda! - powiedziała Diva. – Wydawało mi się, że to właśnie dobry moment, żeby kopać dalej. Dlaczego?
- Za dużo rozgłosu – powiedziała Lucia z całą szczerością. – Wiesz, jak tego nienawidzę. Miała być to tylko mała, amatorska próba, ale z całą tą réclame w Hastings Chronicle, a i dzwonili dziś rano z Centralnej Agencji Informacyjnej z wiadomością, że profesor Arbuthnot z British Museum, który – jak rozumiem – jest wielkim autorytetem od archeologii rzymskiej, pragnie je obejrzeć…
- Nie! Z British Museum? – zawołała Diva. – Powiem to Elizabeth. Kiedy będzie?
- Odmówiłam. Za dużo szumu. Wzbudzanie całej tej zazdrości i złych uczuć w… no, w tej drugiej stronie, jest dla mnie nie do zniesienia. Może będę kontynuować moją pracę, ale po cichutku. Juruś swoją drogą widział moje małe znaleziska tak jak zostały znalezione i uważa, że są wykwintne. Ale ja duszę się w atmosferze tej podejrzliwości i złośliwości. Biedna Elizabeth! Do zobaczenie, kochana, widzimy się dziś u Wyse’ów, prawda?
Lucia wróciła do Mallards pogrążona w myślach i całkiem w siebie zadowolona. Dzwonek Irene i jej własna wyniosłość prawdopodobnie póki co zmroziły Elizabeth, a mając Jurusia jako oddanego wspólnika i Divę – żarliwą sympatyczkę – nie było powodu na razie się powodu by się jej obawiać. Przyszłotygodniowa Hastings Chronicle bez wątpienia ogłosi, że póki co porzuca ona swoje wykopaliska, a Elizabeth niech sobie robi z tą informacją co chce. Lekka nieświadomość jakichkolwiek niskich oszczerstw i machinacji była najlepszą drogą na dziś.
Lucia przyspieszyła kroku. Przypomniała sobie kosz z drobiazgami, który przywiozła z Grebe, a którego jeszcze nie rozpakowała. Było tam między innymi pudełko koralików ze szkła weneckiego, mały słonik z kości słoniowej, srebrna ramka czy dwie na fotografie, kilka wypolerowanych agatów i majaczyło jej w głowie, że z całą pewnością było tak kilka kawałków ceramiki. Nie pamiętała ich zbyt dokładnie, ale kiedy weszła do domu, wykopała (więcej wykopalisk) ten kosz wątpliwych skarbów z szafki pod schodami i znalazła w swoim repozytorium przedmiotów nadających się na kiermasz dobroczynny: pękniętą misę i paterę z czerwonej, tłoczonej ceramiki. Jej intensywne studia nad rzymskimi pozostałościami w Brytanii pozwoliły jej bez trudu rozpoznać je jako „naczynia samijskie”, nierzadko znajdowane na stanowiskach rzymskich osad na tej wyspie. Zamyślona odkurzyła je i wyniosła do pokoju ogrodowego. Były ładne, wyglądały atrakcyjnie, kiedy tak niby niedbale, ale w przemyślany sposób ułożyła je na klapie fortepianu. Należy przypomnieć Jurusiowi jak bardzo je podziwiał, gdy je znalazła...

Koniec rozdziału siódmego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 27 Paź, 2025 08:47   

Lucia jest BOSKA :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: a koncept Irene z krową o twarzy Elżbiety :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ta powieść to po prostu miód na serce :serce: :serce: :serce: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 27 Paź, 2025 17:02   

O tak, Lucia jest jedyna! Jak ona z wszystkiego potrafi wyjść nie tylko z wdziękiem, ale i z twarzą!
Krowa z twarzą Elizabeth :rotfl: :rotfl: :rotfl: Uwielbiam Irene i jej bezpośredniość :mrgreen:
Co my teraz mamy...


Rozdział ósmy

Przy tak wysokim ciśnieniu towarzyskim, wobec obfitości mrocznych zarodków spisków i kontr spisków i generalnie atmosfery naładowanej elektrycznością, oczekiwano powszechnie, że wieczorne przyjęcie u Susan Wyse może stać się potencjalnie (i metaforycznie) sceną rzezi. Te podniecające oczekiwania w pełni się potwierdziły.
Od samego początku nie sprzyjały im liczby. Nigdy nie wyjaśniło się do końca, czy Susan zaprosiła padre i Evie na kolację na ten wieczór, bo choć po fakcie zarzekała się, że mieli oni zjeść z nimi następnego wieczoru, to padre był równie chętny do zarzekania się po szkocku irlandzku i angielsku, że zaproszono ich właśnie na dziś. Tak więc, gdy zebrało się już osiem osób, goście i gospodarze byli pewni że krąg towarzyski się zamknął i że po kolacji bezpiecznie zasiądą do dwóch stolików do brydża. Wtem, gdy otwarły się drzwi, by – jak oczekiwano – zaanonsować, że kolacja gotowa, okazało się, że wchodzi przez nie ta dwójka gości i Bóg jedyny wie, co teraz będzie z brydżem. Susan przywitała się z nimi ewidentnie przerażona i rozkojarzona i wymknęła się z pokoju, by – jak można się było domyślić – odbyć gorączkową naradę z kucharką i lokajem Figgisem, który powiedział, że zrobił co mógł, by ich przekonać, że się ich dziś nie spodziewano, ale bez powodzenia. Tym sposobem oczekiwanie na ucztę zostało spełnione raczej w wymiarze wielkopostnym, bo porcje zmniejszono do minimum, a zupa ledwie przykrywała dno talerza. Biedna Susan była bardzo upokorzona, a wśród gości panowało milczące porozumienie, żeby nie wygłaszać sarkastycznych uwag odnośnie tego, jak nosi ona Order Imperium Brytyjskiego, niemądrze przypięty do obfitej piersi, ani mówić, że nie mieli dotąd pojęcia, że tak się go nosi. W ciągu tych dziesięciu minut oczekiwania zniesiono kilka jaj niezgody (a gdybyż to były tylko wydmuszki!) i realna była groźba, że niektóre się wyklują… To Elizabeth w głównej mierze była odpowiedzialna za ten wylęg, bo od wejścia zabrała się do ich składania. Powzięła silne podejrzenie, że plamy na palcach Jurusia, których biedak nie mógł wywabić, nie pochodzą od jodyny, ale od farby do włosów i spytała, jakim sposobem skręcił był sobie te palce: co za pech. Potem zwróciła się do Luci i spytała z niepokojem, jak tam jej przeziębienie: miała nadzieję, że nie ma ona już ataków kaszlu, bo potrafią one być takie męczące. Zauważyła, że Lucia i Juruś wymieniają spojrzenia pełne poczucia winy i zwróciła się znów do niego:
- Musimy zawiązać spisek, panie Jurusiu – powiedziała – by zmusić kochaną Lucię, żeby lepiej o siebie dbała. Nic, tylko stoi w zimnie i deszczu nad swoimi cudownymi wykopaliskami.
W tym momencie Irene wyczuła, że te niby to pokojowe krople rosy to w istocie kulki żrącego kwasu, choć nie znała ich dokładnego kontekstu – i dołączyła do grupy.
- Jaki piękny poranek spędziłam, Mapp – powiedziała z intonacją, którą Elizabeth uznała za bardzo podobną do jej własnej. – Malowałam krowę i jej kochane, małe cielątko. Prawda, że to dla krowy cudowne, mieć takie słodkie, małe dzieciątko?
W czasie oczekiwania na kolację, major Benjy zasłonięty przed żoną przez padre i Divę, zdołał wychylić trzy kieliszki sherry i dwa koktajle. Następnie wróciła Susan, a za nią Figgis, mając w pamięci wskazówki, żeby ani jej, ani mężowi nie podawać na przystawkę ostryg, które uwielbiała, bo ostryg było mało i aby był ostrożny z dokładkami. Ale by pokryć te poważne niedobory, wino należy serwować w obfitości, więc szampana zastąpiła winem reńskim i podała brandy z lodami orzechowymi a la Capri. Przeszli na kolację: Lucia usiadła po prawicy pana Wyse, a Elizabeth po lewicy w obsługiwanej na końcu części stołu. Po drugiej stronie miała Jurusia, a Benjy siedział przy Susan po tej samej stronie stołu co jego żona i całkowicie poza zasięgiem jej wzroku.
Elizabeth, nieco utemperowana grubiańską opowieścią Irene, nie miała na co narzekać w swoim głodowym kącie: istotnie, Figgis tak oszczędnie racjonował zupę na początku stołu, że gdy dotarł do niej, dostała jej aż nadto. Była zadowolona, że po obu swoich bokach ma panów, gospodarza po prawej, Jurusia po lewej stronie, podczas gdy Lucia miała dziwaczną Irene po prawej. Następnie podano turbota; tutaj nie można już było winić Figgisa, bo ludzie sami sobie nakładali, a byli tak niefrasobliwi, że gdy przyszło do Elizabeth, zostało jej niewiele poza kręgosłupem i obfitością czarnych, lśniących łusek, a pierwsza lampka szampana zawierała głównie pianę. Poza tym po pewnym czasie zaczęła czuć niepokój z powodu Benjy’ego. Przemawiał niskim, pełnym zadowolenia głosem, który rzadko słyszała w domu i ani wychylając się w tył ani w przód nie mogła przyjrzeć się ani jemu ani zawartości jego kieliszkowa. Usłyszała jego ochrypły śmiech jakim zakończył jakąś swoją opowieść i słowa Susan: „a fe, majorze, tyle panu powiem.” To jej nie uspokoiło.
Elizabeth stłumiła niepokój i zwróciła się do gospodarza.
- Pyszny turbot, panie Wyse – powiedziała. – Taki smaczny. A czy czytał pan dziś rano w Hastings Chronicle o wspaniałych rzymskich odkryciach w châtelaine Mallards? Poczułam się wręcz jak hrabina wdowa.
Pan Wyse ewidentnie przewidział mordercze uczucia, jakie mógł wzbudzić ten artykuł i postanowił, że choćby nie wiem co, będzie uprzejmy dla każdego, bez względu na to, jak jeden gość będzie odnosił się do drugiego. Podniósł rękę z dezaprobatą.
- Nie przekona pani swoich przyjaciół co do tego – powiedział. – Protestuję przeciwko słowy „wdowa” użytym na opisanie samej siebie. Jest w nim jakaś sugestia sędziwości. Panie z Tilling pozostają zawsze młode, o czym nieustannie przypomina i w listach moja sistra Amelia.
Elizabeth uniosła swą lampkę szampana, tak, że nie mogła znowu nie stwierdzić, że prawie nic w niej nie ma.
- Jak to słodko ze strony contessy – powiedziała. – Ale w moim skromnym, małym Grebe czuję się dosłownie jak wiejska mysz, tak daleko od wszystkiego, co się tutaj dzieje. Ledwie można uznać, że mieszkam w Tilling: mój Benjy-boy mówi, że musimy nazwać dom „Pułapka na myszy.”
Uwagę Irene natychmiast pobudziła groźba ataku na Lucię.
- A co powiesz na nazwę „Zabawa w kotka i myszkę,” Mapp? – spytała przez stół.
- A czemu, kochanie? - zapytała Elizabeth z przerażającą łagodnością.
Lucia natychmiast postarała się przyciągnąć uwagę dziwacznej Irene, żeby nie stało się coś jeszcze bardziej dziwacznego, a pan Wyse dał dyskretnie znak Figgisowi i wskazał mu kieliszek Elizabeth. Figgis uznał, że chodzi mu o zwrócenie uwagi na kieliszki w ogóle i napełnił kieliszek majora Benjy, który akurat był pusty i przystąpił do krojenia kurczaka. Służąca rozniosła talerze i Luci dostało się kilka ładnych kawałków piersi. Elizabeth nie doczekawszy się odpowiedzi od Irene, obróciła się ku Jurusiowi.
- Co to będzie za dzień kiedy dostaniemy pozwolenie na obejrzenie tych rzymskich zabytków – powiedziała.
- Prawda? – odparł Juruś.
Przy stole zapadła martwa cisza i słychać było tylko radosny głos Benjy’ego.
- Ale była z niej mała, ostra klientka. Nazywali ją Dumą Puny. Wciąż mam gdzieś jej zdjęcie, na Jowisza.
Fajerwerki konwersacji, dosłownie cały bukiet, wystrzeliły wokół stołu.
- I to właśnie w Punie zabił pan te śliczne tygrysy, majorze? – zapytała Susan. – Co za piękny strój zrobiła Elizabeth ze skrawków. Bardzo pomysłowy. Figgis, szampan.
- Irene kochana – powiedziała Lucia swoim najmilszym tonem – myślę, że w tym roku to ty musisz zorganizować naszą wystawę obrazów. Ja mam tyle na głowie. Proszę ją namówić, panie Wyse.
Pan Wyse skłonił się w prawo i w lewo, szczególnie w stronę Elizabeth.
- Widzę wokół tyle znakomitych artystów i kompetentnych managerów… - zaczął.
- Och, proszę, tylko nie ja! – powiedziała Elizabeth. – Nie mam pojęcia o sztuce współczesnej.
- Cóż, znajdzie się miejsce i dla starych wyjadaczy i dla młodych i i jurnych, Mapp - powiedziała Irene zachęcająco. – Nigdy nie mów „nigdy.”
Lucia właśnie skończyła swój ładny kawałek piersi z kurczaka, gdy przed Elizabeth położono dorodną pałkę, prawdopodobnie z nogi, na której kurczak zwykle siadał. W żółtawej skórze tkwiły nie wyskubane czarne korzenie piór.
- Och, zdecydowanie za dużo dla mnie” – powiedziała. - Tylko malutki kawałek po moim ślicznym turbocie.
Jej talerz został zabrany razem z całym kawałkiem pałki. Następne były lody orzechowe z brandy, potem sławny pikantny ostrygowy przysmak, oraz deser w formie compote z fig w miodzie.
- Mały prezent wielkanocny od mojej siostry Amelii – wyjaśnił pan Wyse Elizabeth. – Wyrób domowy, na który przepis jest dziedzictwem pań na Castello Faraglione. Zdaje mi się, że Amelia miała przywilej przysłania pani paru łyżek miodu Faraglione nie tak dawno temu.
Najbardziej złośliwy umysł nie mógłby wymyślić dwóch bardziej żenujących gaf niż te, które zawierała ta ładna przemowa. Ponownie padło to nieszczęsne słowo „przepis” i wszyscy pomyśleli o homarze, a kto mógłby nie pamiętać powodu, dla którego contessa Amelia wysłała Elizabeth słoik pożywnego miodu? Po chwili oszołomienia nastąpiła świeża paplanina i wybuch niepohamowanego śmiechu dziwacznej Irene.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 28 Paź, 2025 08:38   

Oj rzeeeeeźnia na całego :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: kocham Irene, jak słowo daję, jest przewspaniała :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: w ogóle impreza rozwija się fantastycznie, mam nadzieję że kulminacja dopiero nadejdzie i będzie wspaniała :excited: :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 29 Paź, 2025 18:59   

Ta impreza będzie EPICKA :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Obiad dobiegł końca: Susan zrozumiała spojrzenia pań i wyprowadziła je z pokoju, podczas gdy padre przytrzymał drzwi i wygłosił do każdej z nich jakąś pogodną i szarmancką uwagę w trzech językach. Pomimo jej nakazu wobec męża, żeby panowie nie zasiedzieli się za długo, bo nie będzie czasu na brydża, nie można było się do niej zastosować, bo major Benjy miał wiele zabawnych historii do opowiedzenia, a każda z nich prowadziła do następnej. Zapomniał przy niektórych, po co je opowiadał, a równie dobrze mógłby nie opowiadać wielu innych, ale wszyscy jesteśmy mężczyznami, powiedział, i że smutne jest serce, które nigdy się nie radowało. Zapomniał też raz czy dwa podać dalej porto, gdy już do niego dotarło, i znów napełniał kieliszek, gdy kończył swoją opowieść.
- Bardzo zabawne – powiedział pan Wyse sztywno, gdy zegar wybił dziesiątą. – Już dawno się tak nie ubawiłem. Jest pan kopalnią zajmujących anegdotek, majorze. Ale jeśli zaraz nie dołączymy do pań, Susan nas skrzyczy.
- Nigdy nie każ małym wróżkom czekać – powiedział Benjy. – Cóż, dzięki, tylko kapka sherry. Kapitalnie dobra kolacja. Żonaty mężczyzna rzadko dostaje w domu porządną kolację, na Jowisza, przynajmniej ja, ale dość o tym. Ha! ha! Dyskrecja.
Potem pojawiła się bardzo delikatna kwestia składu stołów brydżowych. Na próżno pan Wyse (wtórowała mu Susan) tłumaczył, że oboje o wiele bardziej wolą patrzeć, bo wszyscy inni, z tym samym dziwnym brakiem przekonania w głosie, mówili, że nieskończenie bardziej woleliby zrobić to samo. Był to tak ewidentny fałsz, że bez dalszych ceregieli pociągnięto karty, a ci, którzy wyciągną dwie najwyższe mieli przesiedzieć na kanapie pierwszą rundę. Lucia wyciągnęła króla, a Elżbieta waleta i przez chwilę wydawało się, że będą musiały spędzić rundę razem, co byłoby dość przerażające, ale potem na szczęście Benjy wyciągnął damę. Mały salonik, otwarty teraz na duży salon, pozwoliłby im pogawędzić bez przeszkadzania graczom, a major Benjy szarmancko oświadczył Luci, że woli rozmawiać z nią, niż wygrać dwa wielkie szlemy.
Poczucie kwitnącego zdrowia i szczęścia zaczynało u Benjego już się zaciemniać, jakby krawędź nadchodzącego zaćmienia zaczęła przesłaniać światło słońca – zapewne ostatnia szklaneczka czy dwie porto podczas pod innymi względami rozsądniej kolacji były błędem – ale nadal był bystry, gadatliwy i wylewny.
- Słowo daję, pyszna, lekka kolacyjka – powiedział zamykając drzwi małego saloniku. - Dobra rozmowa, dobrzy przyjaciele, szklaneczka dobrego winka i roberek potem. Czy człowiekowi trzeba czegoś więcej, zapytam, a echo odpowie: Pewnie, że nie. Dawno nie miałem z panią panią żadnego pow-wow, signora, jak powiedziałaby stara Camelia Fanfarone.
Lucia przekonała się, że wypił on już aż nadto wina, ale jak tu się dziwić, po tylu wieczorach z Elizabeth?
- Nie, to ja ostatnio stałam się pustelnicą – powiedziała. - Taka byłam zajęta moimi różnymi obowiązkami… Och, proszę uważać na cygaro, majorze Benjy, przypala brzeg stołu.
- Ojej, tak, kolosalna głupota z mojej strony: nie ma dymu bez ognia! My też byliśmy zajęci, urządzaliśmy się. Jak pani zdaniem wygląda Liz?
- Bardzo dobrze, zachwycająco – powiedziała Lucia z entuzjazmem. - Cała jej dawna energia, ta wspaniała aktywność zdaje się wróciła. W pewnej chwili…
Major Benjy rozejrzał się żeby sprawdzić czy drzwi są zamknięte i pokiwał głową z nadzwyczajną powagą.
- Właśnie, właśnie. Gałązki oliwne, bardzo prawdziwe – powiedział. - Cudowna kobieta, nieprawdaż, tak zostawić wszystko za sobą. Czasami mocno zdołowana, bo wrażliwa jesss. Napięta jak struna przed koncertem. Wzloty i upadki. Na przykład dziś rano w tej gazecie z Hastings napisali coś takiego, co tak rozdrażniło Liz, że wirowała po domu jak bączek i obijała się o stoły i krzesła. „Na spokojnie, Lisbeth Mapp-Flint” mówię jej. Wzniesiesz się ponad to, czy mam iść do wydawcy i walnąć go po łbie?
- Mówi pan może o tym kawałku o mnie i moich małych wykopaliskach? - spytała Lucia.
- Boże broń, żebym miał zapomnieć, o czym to było – zawołał Benjy. - Racja, racja paii Lucas, trafione od pierwszego razu. O tym tam stało, jeśli mogę tak powiedzieć bez uprzedzeń. Pamiętam, że było tam coś, co rozdrażniło Lisbeth Mapp-Flint i dla majora B, emerytowanego członka sił zbrojnych Jego Królewskiej mości, niech go Bóg błogosławi, też to było za dużo. Jeśli coś drażni moją żonę, mnie też denerwuje, oto co powiem. Obowiązkiem męża, paiii Lucas, jesss zawsze stać między żoną, a tym, co ją drażni, co? Ostatnio nic, tylko przykrości, a moje serce krwawi tak mi jej żal. Jeszcze to smutne rozstanie z jej starym domem, który znała od kiedy jej ciotka była małą dziewczynką, albo obie były małymi dziewczynkami, czy jakoś tak, a może jeszcze dawniej. No i ta zła sprawa z radą miasta i dzwonkami obiadowymi. Powiedziałbym, że brudna to sprawa, gdyby nie obecność damy, dalej już nic nie powiem. Ani krykieta, ani nic. To wszystko się sumuje, wie pani, w umyśle wrażliwej kobiety. Dwa razy dwa i cztery, jeśli wie pani, o czym mówię.
Benjy zsunął się głębiej na krześle, a po dwóch próbach zapalenia cygara zrezygnował i zaćmienie się pogłębiło.
- Nie jestem spokojny jak chodzi o Lisbeth – powiedział – i dlatego to taki zaszczyt tak sobie z panią na osobności pogadać. Nie ma bardziej współczującej kobiety w Tilling, mówię mojej pani, niż paiii Lucas. Żal mi jak diabli, że pani i ona nie zawsze zgadzacie się w tej czy tamtej sprawie, czy to dzwonki na obiad, czy rzymskie starożytności czy zamiana domów. Najpierw jedno, potem drugie, potem znowuż coś. Męcząca robota.
- Nie sądzę, żeby miał pan najmniejszy powód do niepokoju, majorze Benjy – powiedziała Lucia.
Benjy walnął dłonią w stół, potem przysunął sobie krzesło do jej krzesła i położył jej dłoń na kolanie.
- To mi przypomina, o czym to chciałem z panią rozmawiać – powiedział. - Grebe, wie pani, nasz mały domek Grebe. O wiele lepszy dom moim zdaniem niż ta rudera po biednej starej ciotce. Daję ci na to słowo, a słowo majora Benjy jest lepsze niż złoto, jeśli nie lepsze. Próchnem jechał, ten dom po cioci, a farba łuszczyła się ze ścian jak skórka z pomarańczy. Ale Lisbeth się tam podobało, paiii Lucas. Pasował do Lisbeth od stóp do głów. Daj starszej pani zasłonę, za którą będzie mogła usiąść, a na ulicy zadzieje się coś ciekawego, a będzie szczęśliwa, jakby jej kto w kieszeń napluł, jeśli nie bardziej. Tęskni za tym w naszym małym Grebe, a mnie serce boli paiii Lucas.
Był raczej bardziej podchmielony, pomyślała Lucia, niż przypuszczała, ale tutaj czuł się o wiele lepiej, bełkocząc cicho, niż gdyby miał siedzieć pod czujnym okiem Elizabeth, zarówno dla jej dobra, jak i dla jego, gdyż ona przeżyła okropny wieczór, z kieliszkiem piany, łuskami i muskularnym udkiem kurczaka do jedzenia przy akompaniamencie wszystkich tych przerażających gaf o pułapkach na myszy, przepisach, pożywnym miodzie i aluzjach do wspomnień Benjy'ego o dumie Puny, biedna kobieta. Lucia szczerze miała nadzieję, że rozgrywany teraz rober będzie długi, tak aby mógł nabrać trochę pewności siebie, zanim będzie musiał znów pojawić się publicznie.
- Co strasznie dołuje Lisbeth, to Grebe – mówił dalej melancholijnym tonem. - Nic ciekawego za oknem. Nic, tylko owce i mewy do oglądania zza zasłony w naszym małym domku. W ogóle nie warto mieć firanki i nie mamy jej, a dla niej to straszny smutek. Po nocach nie śpię myśląc o tym i powiem co coś, pani Lucas, myślę, że tak dalej nie powinno być. Wierzę, choć nie wiem na pewno, że byłaby chętna oddać ci Grebe i dopłacić tysiąc funtów i samej wrócić do cioci. Warto się zastanowić, albo może sprawdzę sam, czy dałaby ci tysiąc funtów? Podziel różnicę. O, jest i sama Lisbeth! Ciekawa rzecz!
Elizabeth stanęła w drzwiach i jednym spojrzeniem od stóp do głów objęła go całego, kiedy zdjął rękę z kolana Luci jakby to był rozżarzony węgiel i dźwigając się z niemałym trudem z miejsca, strzepnął calowy słupek popiołu z cygara z kamizelki.
- Wracamy do domu, Benjy – powiedziała. - Zbieraj się.
- Ale ja chciałem zagrać robra, Liz – powiedział. - Paiilucas i ja siedzimy tu i czekamy na naszego roberka.
Elizabeth nadal nie dostrzegała obecności Luci, jakby obie znów stały pod budynkiem Rady Miejskiej.
- Miałeś dość przyjemności na jeden wieczór, Benjy – powiedziała. - I dość…
Lucia, tłumiąc naturalne, wręcz chwalebne pragnienie usłyszenia, co będzie dalej, cicho wymknęła się z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Na zewnątrz przy jednym stole wciąż trwał rober, a przy drugim padre, Juruś i Diva pochylali się do przodu, rozmawiając o czymś półgłosem.
- Ale ona pominęła kartę - powiedziała Diva. Cała gra kosztowała tylko dziewięć pensów, a ona mi nie zapłaciła. Te jej obelżywe maniery...
- Divo droga - powiedziała Lucia siadając na pustym krześle. – Anulujmy poprzednią grę od razu i grajmy dalej, jakby nic się nie stało. Ty i ja. Chłopacy przeciwko dziewuszkom, padre.
Wciąż rozważali swoje posunięcia, gdy drzwi do wewnętrznego pokoju znów się otworzyły i do pokoju wpadła Elizabeth, a za nią Benjy.
- Proszę, niech nikt nie wstaje - powiedziała. - Jaki uroczy wieczór, droga Susan! Jakie cudowne przyjęcie! Nie, panie Wyse, nalegam. Mój Benjy mówi mi, że czas, żebym poszła do domu. Tak późno. Przejdziemy się i nacieszymy pięknem gwiazd. Dobrze nam obojgu to zrobi. Kalosze na zewnątrz, na korytarzu. Wszystko.
Pan Wyse wstał i nacisnął dzwonek.
- Ale droga pani, nie ma pośpiechu, wieczór jest jeszcze młody – powiedział. – Z pewnością jeszcze kanapka, kanapka z tuńczykiem, odrobina lemoniady, kropelka whisky. Figgis: whisky, kanapki, kalosze!
Benjy znienacka podniósł czerwony sztandar rewolty. Stanął całkiem pewnie na środku pokoju, z ręką na oparciu krzesła padre.
- Zaszaa jakaś maa pomyłka – powiedział. – Chcę mojego roberka. Gra fair to czysty klejnot. Chcę kanapkę z tuńczykiem i kapkę whisky z sodą. Chcę…
- Benjy, czekam na ciebie – powiedziała Elizabeth.
Rozejrzał się na boki, ale nie napotkał ani jednego spojrzenia poparcia. Tak więc wykonał elegancki wojskowy salut w stronę kompanii i wymaszerował z pokoju stąpając ostrożnie, ale nienagannie jakby szedł to linie rozpiętej nad przepaścią i zamknął drzwi do holu szybkim ruchem.
- Biedaczysko – powiedział padre – Trzy bez pików, pani Plaistow.
- Pominęła kartę – powiedziała Diva, której złość jeszcze nie przeszła. – Widziałam światło między nią a jej palcami. O, moja kolej? Trzy trefle, znaczy cztery.

Koniec rozdziału ósmego

c.d.n
tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 30 Paź, 2025 13:48   

No po prostu nektar i ambrozja :serce: :serce: :serce: :serce: :excited: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: to jest porostu genialne :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 30 Paź, 2025 21:23   

Najpierw "duma Puny," potem ręka na kolanie Luci. I zaniedbana przy podawaniu do stołu Elżbieta - to się nie mogło dobrze skończyć :mrgreen:

Teraz Lucia i jej nowe przedsięwzięcia.


Rozdział dziewiąty

Lucia i Juruś siedzieli ramię w ramię na ławeczce przed organami kościoła w Tilling. Majowe słońce wylewało się na nich przez witraż południowego okna, barwiąc ich żywymi kolorami w najpiękniejszych odcieniach, tak, że wyglądali jak obiekty śmiało zakamuflowane w czasie wojny przed nalotami wrogich samolotów, bo nikt nawet nie śniłby, że te olśniewające świetlne płaszcze Józefa okrywają istoty ludzkie. Światło padające na twarz i białą suknię Luci sączyło się na nią poprzez witraż Eliasza wstępującego do nieba w ognistym rydwanie. Zapewne ognistość pojazdu chroniła proroka przed zamarznięciem w przestrzeni międzygwiezdnej, bo miał na sobie tylko szmaragdową szatę, która odsłaniała jego niezwykle męskie ramiona i łydki, a jego śnieżnobiałe włosy powiewały na wietrze. Konie miały kolor płomieni, rydwan był rozgrzany do czerwoności, a wysoko nad nimi na ultramarynowym niebie wisiało pomarańczowe słońce, które wydawało się być celem jego wyprawy. Juruś z kolei dostał się pod wpływ wiedźmy z Endor. Owinięta była szatą w kolorze eau de nil, co wściekle gryzło się z jego kasztanową brodą. Saul w purpurowym płaszczu i Samuel odziany na czarno rzucali ponure plamy na jego płowy garnitur.
Organy były w trakcie przebudowy. Dodawano do nich sporo nowych głosów i zainstalowano elektryczny aparat dęty. Lucia kliknęła przełącznik, który uruchomił miechy i otworzyła nuty Sonaty księżycowej.
- Na organach brzmi dosłownie cudownie, Jurusiu - powiedziała. - Wczoraj zrobiłam małą próbę. Chcę, żebyś ty grał na pedałach. Tylko te wolne nuty bazowe: pom, pom. Całkiem łatwe.
Juruś położył stopę na pedałach. Nic się nie wydarzyło.
- Och, nie wybrałam żadnego rejestru na pedały – powiedziała Lucia.
Przez pomyłkę uruchomiła tubę, a że pedały połączone były z pojedynczymi rejestrami, przez kościół przetoczyła się eksplozja barytonowej wściekłości.
- Moja wina – powiedziała. – To całkowicie moja wina, ale co za fantastyczny hałas! To jeden z moich nowych głosów.
Odłączyła pedały i zastąpiła je basem: Eliasz i wiedźma z Endor zatrzęśli się w swych ołowianych ramkach.
- Wprost doskonałe! – powiedziała. – Teraz jedną ręką zagram triole przy pomocy pedału głośności, a drugą ręką pojedynczy dźwięk na vox humana! Och, znów ta tuba! Myślałam, że ją wyłączyłam.
Gardłowe, żałosne beczenie vox humana było irytująco piękne, a oczy Luci, jak z amerykańskiego sukna, zasnuły się mgłą wzruszenia.
- Serce rozdziera – zaintonowała tak, by sylaby podążały za muzyką. – Przepiękny kontraltowy ton. Zupełnie jak Clara Butt, prawda? Namiętna rozpacz. Przypływ odwagi. Jakie to szlachetne. Nie, Jurusiu, musisz uważać, żeby nie stawiać stopy na dwóch pedałach jednocześnie. Posłuchaj teraz! Słyszysz to piękne crescendo? To ja to zrobiłam bardzo powoli zwalniając pedał. Czyż to nie wspaniały efekt?... Jestem zaskoczona, że nikt nigdy nie pomyślał o opracowaniu tej Sonaty na organy… Utrzymuj dalej rejestry na wielkich organach – tak, po twojej lewej stronie – na wypadek, gdybym ich potrzebowała. Zawsze trzeba wybiegać myślą naprzód w grze na organach. To tak jakby porządkować paletę. Nie, nie będę ich jednak potrzebowała . . . Dźwięk zanika powoli, coraz łagodniej i ciszej… Przytrzymaj to basowe cis, aż powiem „teraz” . . . Teraz.
Obydwoje wydali zwyczajowe westchnienie przy wolnym fragmencie. Wtem nuty Beethovena zsunęły się wielkich organów, które Juruś utrzymywał w gotowości, a otwarte diapazony przyjęły go z okrzykiem zachwytu. Lucia zsunęła się z ławki, by je podnieść. Na podłodze wokół leżał zbiór małych piszczałek.
- Wydaje mi się, że ten zestaw to rożek angielski - powiedziała. – Będziemy mieć piękny głos - rożek angielski.
Podniosła jedną z piszczałek i dmuchnęła w nią.
- Piękny ton – powiedziała. – Od razu przypomina się ostatni akt Tristana, prawda, w którym mały pastuszek gra na rożku w nieskończoność.
Juruś podniósł piszczałkę z głosu flet. Tak się złożyło, że było to o wielką tercję od lucinego rożka angielskiego i zadęli w nie razem z czarującym efektem. Spróbowali jeszcze dwóch innych, ale te były oddalone o pół tonu i efekt nie okazał się już tak harmonijny. Potem pospiesznie odłożyli je na miejsce, bo grupa turystów oprowadzanych przez padre weszła do kościoła przez północne drzwi. Dziś rano przemawiał bardzo wyraźnie po szkocku, wplatając w opisy architektury fragmenty wczesnej angielszczyzny.
- Organy, patrzajcie, są właśnie odnawiane – powiedział. – Będzie to nadobny instrument, powiadam wam. Ukłony w ten piękny ranek, pani Lucas.
Potem, gdy Lucia i Juruś przeszli obok niego wychodząc ze świątyni dopowiedział jeszcze:
- To zacna dama, która swą szczodrobliwość zwróciła ku kościołowi. Ech, wielka to dobrodziejka. Tysiąc funtów jak nic, do tego lutnie, trąby i piszczałki.
- Często chodzę i gram na moich organach gdy robotnicy mają przerwę obiadową – powiedziała Lucia gdy wyszli w światło upalnego dnia. – Odkryłam Jurusiu, że organy są o wiele prostszym instrumentem niż fortepian i można na nim łatwiej osiągnąć spektakularne efekty. Głosy dają wielką ekspresję, a musisz tylko je wyciągać i na powrót wpychać. Ten vox humana na przykład, z taką łatwością osiąga się śpiewny ton, o który tak trudno na fortepianie.
- Uchwyciłaś to cudownie szybko – powiedział Juruś. – Uważam, że masz wspaniałą rękę. A kiedy organy będą gotowe?
- Za miesiąc, a może szybciej, mam nadzieję. Musimy urządzić nabożeństwo z poświęceniem i recital: wiem, że padre podziela moje życzenia w tym względzie. Jurusiu, myślę, że sama powinnam otworzyć recital. Jestem pewna, że Tilling tego by sobie życzyło. Powinnam zagrać jakiś mały kawałek, a potem oddać pole organiście. Nie byłby to najgorszy pomysł, zagrać im wstęp do Sonaty Księżycowej.
- Z pewnością Tilling byłoby rozczarowane, gdybyś tego nie zrobiła – powiedział Juruś ciepło. – Mogę ci pomagać przy pedałach?
- Miałam ci zaproponować, żebyś pomógł mi z pedałami. Zrobiłam postępy, wiem, i cieszę się, że moje uderzenie ci się podoba, ale nie sądzę, żebym sama poradziła sobie jeszcze z całą tą skomplikowaną maszynerią. Festina lente. Ćwiczmy codziennie w przerwie obiadowej. Jeśli zdecyduję się zagrać Sonatę księżycową, wykonanie musi być perfekcyjne. Muszę im pokazać, co można osiągnąć, gdy doda się orkiestrowy ton organów.
- Obiecuję, że się przyłożę – powiedział Juruś. – I uważam, że – jak padre powiedział turystom – to wspaniały dar.
- Och, naprawdę tak powiedział? – spytała Lucia, która doskonale to słyszała. – To pewnie dlatego wszyscy się odwrócili i spojrzeli na mnie. Ale jak wiesz, zawsze moją intencją było oddanie dużej części tego, co zarobiłam na giełdzie, na potrzeby naszego kochanego Tilling.
- Tak czy inaczej, to wielka hojność – odparł Juruś.
- Nie, mój drogi, to prosta powinność. Tak ja to widzę… No dobrze, co ja mam dziś zaplanowane na popołudnie? Podwieczorek dla dzieci szkolnych: sto dwadzieścioro ma przyjść. Herbatka w cieniu pod drzewami, a potem gry i wyścigi. Będziesz mi cały czas pomagał, prawda? Tylko od szesnastej do dziewiętnastej.
- Ojej… nie radzę sobie najlepiej z dziećmi – powiedział Juruś. – Dzieci się lepią, zwłaszcza po podwieczorku i z nikim nie będę się ścigał.
- Nie będziesz biegał w wyścigu, ale pomożesz go wystartować, dobrze? I zaprowadzać dzieci do matek i takiego typu zadania. Wiem, że mogę na tobie polegać, a dzieci cię zawsze uwielbiały. Zobaczmy: czy to ja jem dziś z tobą kolację, czy ty ze mną?
- Ty ze mną. A jutro wielkie przyjęcie u ciebie. Przyznam ci się, że jestem dość zdenerwowany, bo jest tyle tematów, których nie wolno poruszać, że ledwie w ogóle jest o czym bezpiecznie rozmawiać. To będzie pierwsze duże zgromadzenie od czasu tego strasznego wieczoru u Wyse’ów.
- Moim obowiązkiem było odpowiedzieć na apel Divy – powiedziała Lucia – i wszyscy musimy zrobić wiele dobrego dla biednej Elizabeth. Przeżywa koszmarny czas, została tak upokorzona, Jurusiu, a najgorsze, że sama to na siebie sprowadziła. No więc o czwartej, mój drogi, dziś po południu, a może przyjdź trochę wcześniej.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 31 Paź, 2025 14:16   

Nie no, normalnie Lucia staje się wróżką chrzestną Tilling :serce: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: mam nadzieję że na kolejnym przyjęciu będzie równie interesująco jak na poprzednim :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:

Chociaż niestety oczekuję jakiejś dramatycznej katastrofy z organami, bo za dobrze to wygląda, żeby miało się dobrze skończyć :boisie2: :boisie: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 31 Paź, 2025 21:45   

Teraz mamy jeszcze rozkoszne zakończenie wieczoru u Wyse'ów. Benjy pokazuje na co go stać :rotfl: Podobnie contessa Faraglione :mrgreen:

Lucia weszła do domu, rozmyślając dość długo o przerażających sprawach, które wydarzyły się od tamtej nocy u Wyse’ów, o których wspomniał Juruś, kiedy to Elizabeth i Benjy wyruszyli w swych kaloszach, by wrócić pieszo do Grebe. To był nierozsądny krok, ponieważ świeże nocne powietrze pogorszyło stan Benjy'ego, a wikary wracający do domu po drugiej stronie High Street po spotkaniu Anonimowych Alkoholików (co za kontrast) był świadkiem strasznych wydarzeń. Benjy stanął na środku drogi, zmuszając przejeżdżający samochód do zatrzymania się z piskiem hamulców i poprosił o okazanie prawa jazdy, twierdząc, że jest policjantem w cywilu na służbie. Gdy prawdziwy policjant załatwił sprawę w najbardziej taktowny sposób, Benjy poinformował go, że Msslucas jest istną boginią i zaczął śpiewać „Jesteś Królową mojego serca dziś wieczorem”. Na tym etapie wikary, wyczerpany, choć żywo zainteresowany, niechętnie wszedł do własnego domu i nie miał już więcej informacji na temat przebiegu ich dalszej drogi do Grebe. Smutna opowieść została jednak podjęta, bo Withers powiedziała Foljambe (która powiedziała Jurusiowi, który powiedział Luci), że major Flint-Mapp po powrocie do domu, niewątpliwie w ramach żartu, zasugerował że weźmie strzelbę i zastrzeli wszystkie tygrysie skóry w hallu, ale pani Mapp-Flint nie chciała o tym słyszeć i nie była wcale ubawiona. „Wręcz przeciwnie” – powiedziała Withers…. Łóżko.
Wikary poczuł, że jego obowiązkiem jest opowiedzieć o scenie na High Street swemu duchowemu przełożonemu, a Evie opowiedziała Divie, tak więc kiedy następnego ranka Elizabeth zjawiła się ze swym koszem na zakupy w dłoni, ten smutny ciąg dalszy do proszonej kolacji u Wyse’ów znany był już wszystkim. Przekupiła Divę dając jej dziewięć pensów, które były przedmiotem sporu i posunęła się tak daleko, że przeprosiła ją za jej rzekomą wczorajszą oschłość przy stole brydżowym. Zapewniwszy sobie w ten sposób życzliwą słuchaczkę, powiedziała Divie, że zastała wczoraj Benjy’ego siedzącego bardzo blisko Luci z ręką na jej kolanie.
- Owszem, wypił więcej niż powinien – powiedziała – ale tego w życiu by nie zrobił gdyby go nie zachęcała. Taką już ma naturę, obawiam się: nie przepuści żadnym spodniom. Nie jest ani trochę lepsza niż Duma Puny!
Tak więc, gdy pół godziny później Diva spotkała Lucię, nie mogła się oprzeć różnym „łobuzerskim” uwagom odnośnie jej tête-à-têtez Benjym podczas pierwszego robra. Lucia ani trochę nie doceniając łobuzerstwa, nie odpowiedziała ani słowem, ale obróciła się na pięcie i weszła do sklepu Twistevanta. Diva nie miała złych intencji, ale to agresywne zachowanie (w połączeniu z wpadnięciem dziewięciopensówki do kratki ściekowej) ją rozwścieczyło, że natychmiast powiedziała Irene, że Lucia flirtowała z Benjym. Irene zaś skomentowała:
- Ty podła stara wdowo!
Gdy plotki zaczęły zataczać kręgi, Susan Wyse została obwiniona, że pozwoliła Benjy’emy (choć znała jego słabość) wypić aż tyle szampana, a pan Wyse został obwiniony o zbyt hojne częstowanie go porto. Oskarżenie było zupełnie bezpodstawne: to Benjy hojnie częstował się porto pana Wyse. Wyse’owie przyjęli wyniosłą postawę: po prostu nie przywykli do tego, że ich goście piją bez umiaru i muszą tę ewentualność mieć na uwadze na przyszłość: Figgis musi zostać poinstruowany. Towarzystwo jeszcze raz, jak podczas wyborów do rady miejskiej, było rozdarte. Wyse’owie się odsunęli, Elizabeth i Diva nie rozmawiały z Lucią, a Diva z Irene, a Benjy nie rozmawiał w ogóle z nikim, bo leżał w łóżku z ciężkim atakiem żółciowym.
To składowisko łatwopalnego materiału w normalnych warunkach szybko zostałoby zutylizowane, rozwiane przez wiatr, polane wodą lub wdeptane w ziemię zgodnie z charakterystycznym dla Tilling trendem pozbywania się dawnych perturbacji by szybko zrobić miejsce dla nowych, ale w paradę weszła niespodziewana wizyta contessy Faraglione, która wpadła na dwa dni do brata. On i Susan jeszcze nie otrząsnęli się ze stanu wyniosłej obojętności, zupełnie nie-tillingowskiej, i nie opowiedzieli jej żadnych ploteczek, ani o pijaństwie Benjy’ego, ani o wykopaliskach Luci, rozczarowaniu stanem Elizabeth i innych paląco ważnych sprawach, i uznali, że w obecnym stanie napięcia lepiej nie zwoływać żadnego dużego zgromadzenia dla uhonorowania Amelii. Ale ona sama spotkała na High Street Elizabeth, bardzo wymowną w kwestii rzymskich odkryć i poznała Lucię, która ze strachu, że contessa zacznie mówić po włosku, nauczyła się więcej słówek, i poszła na podwieczorek do Divy, która była chyba najlepszą kronikarką życia towarzyskiego Tilling i wlała w jej chętne ucho gładkie résumé wszystkich ostatnich zajść i właśnie zaczęła ją wprowadzać w ostanie zawiłości, gdy wpadł padre i on i Diva zaczęli przerzucać się zdaniami naprzemiennie, na wzór greckiej tragedii. Gdy to się działo, Fanfarone siedziała jak zahipnotyzowana, napięta i z szeroko otwartymi oczami, ale gdy powiedziano jej o podejrzeniu Elizabeth, że to Lucia kusiła Benjy’’ego do romansu z nią, wybuchnęła salwami śmiechu w sposób zupełnie niekontrolowany. Muffiny poszły w złą dziurkę, zakrztusiła się, klasnęła w dłonie, jej oczy wypełniły się łzami i minęło sporo czasu nim mogła wrócić do jako tako stabilnego stanu i spójnej mowy.
- Jesteście wszyscy do schrupania – zawołała. – Nie ma miejsca jak Tilling i zjadę i osiedlę się tutaj gdy Cecco umrze i zostanę bogatą wdową. Mój biedny brat (co za sztywniak!) i gruba Susan milczeli jak grób: nie powiedzieli mi nic ponadto, że wasz wielki Benjy – flirtowałam z nim poprzednio, prawda, mężczyzna jak wielki różowy mors – ma atak kamicy żółciowej, ale ani słówka że się zawiał, ani tych gaffes podczas kolacji, ani o namiętnej scenie w saloniku. Drrreszcze! Wyobraźcie to sobie. Zawiany mors. Dumna Lucia w rzymskich niebieskich pończochach. Ona jest jak Eleonora Duse, cała z zimnego alabastru, a w środku wulkan namiętności. Za drzwiami – Mapp spierająca się o dziewięciopensówkę. Co robią niewierni? Nie wiem co dym dała, żeby być tam wtedy za zasłoną. Całowali się? Padli sobie w objęcia? Wyobrażacie ich sobie? I wtem wielkie wejście Mapp z dziewięciopensówką wciąż tkwiącą w kieszeni.
- Gwoli sprawiedliwości - zapłaciła mi dziewięć pensów następnego ranka – powiedziała Diva skrupulatnie.
- Och, pęknę ze śmiechu – zawołała Fanfarone – Mapp wkracza. „Do domu, Benjy” a potem „Królową mego serca…” na całą High Street. Furia Mapp! Nie może mieć dziecka, więc wymyśla kochankę mężowi. Kto mi powie, że to nieprawda? Kiedy jego atak żółciowy minie, czy spotkają się w ogrodzie w Mallards? On jak Lothario w tygrysich skórach. Dlaczego nie miałoby to być prawdą? Mój Cecco ma kochankę od lat – taką dobroduszną, śliczną kobietę – czemu wasz major nie może?? Basta! Muszę się uspokoić.
To lekkomyślne i szokująco niemoralne podejście do kryzysu tylko rozpaliło emocje, zamiast je studzić. Jeśli Tilling było jakieś, to z pewnością niezwykle poważne, a fakt, że ta rozwiązła contessa poważnie go nie traktowała, sprawił, że spoważniało jeszcze bardziej. Tak więc po kilku dniach, podczas których kontakty towarzyskie Tilling praktycznie ustały, Lucia postanowiła zmienić bieg myśli dając mu po prostu nowy kanał. Długo rozważała, które z tych dobrodziejstw dla Tilling, które miało wynieść ją na wyżyny publicznej chwały i wymazać pamięć o tej małej porażce podczas ostatnich wyborów do rady miasta powinno być pierwsze i teraz postanowiła, że będzie to renowacja i modernizacja organów, na których z Jurusiem grali tego ranka. Czas był starannie wybrany, bo bez wątpienia te bolesne pęknięcia w tkaninie życia społecznego zostaną naprawione przez powszechny hołd złożony jej za wyjątkową hojność i nie będzie już wzmianek o rzymskich pozostałościach i dzwonkach obiadowych i pijaństwie i tych naprawdę odrażających i bezpodstawnych oszczerstwach na temat naprawdę nieskalanej czystości jej charakteru. Wszystko pójdzie w niepamięć. Tak więc następnej niedzieli padre głosem drżącym ze wzruszenia ogłosił z ambony, że dzięki hojności darczyńcy, który woli pozostać anonimowy, psalmom i hymnom chwały wyśpiewywanym przez tę kongregację będzie towarzyszyła nowa, wspaniała sztafeta trąb i szałamaj. Następnie, gdy nikt nie mógł odgadnąć (jak Lucia miała nadzieję) kim jest anonimowy darczyńca, dała się namówić na zdjęcie z całej sprawy cienkiego woalu anonimowości. Ale nawet wtedy nie nastąpił na tyle burzliwy wylew wdzięczności i podziwu, by spłukać do morza wszystkie te topory, które nadal niebezpiecznie wisiały w powietrzu; wręcz przeciwnie, Elizabeth która przyniosła wieści Divie, uznała ten dar za zbyt ostentacyjny i pełen matactwa.
- Sypie nam wszystkim piaskiem w oczy – powiedziała z niezwykłym jadem. - Próbuje w ten sposób zatrzeć pamięć o jej rzymskich wykopaliskach i ohydnej bezczelności wobec Benjy’ego tego strasznego wieczoru. A co do samego daru, to moim zdaniem wcale nie jest taki hojny. Przy tym, jaką fortunę zarobiła na kopalniach złota i pociągach i całej reszcie, nie poczuła nawet takiego wydatku. To co ja nazywam hojnością byłoby odjęciem sobie…
- A teraz to nie jesteś konsekwentna, Elizabeth – powiedziała Diva. – Sama mi powiedziałaś, że nie wierzysz, że zarobiła więcej niż pół korony.
- Nie, ja tak nie mówiłam, moja droga- oświadczyła Elizabeth. – Musisz mnie mylić z kimś innym, z kim plotkowałaś na ten temat.
- Nie, nie muszę – odparła Diva. - Ty to powiedziałaś. A nawet gdyby nie, to i tak to bardzo niskie z twojej strony, tak umniejszać wartości jej daru tylko dlatego, że jest bogata. Ale ty zawsze szukasz dziury w całym, kopiesz dołki i siejesz niezgodę.
- Ja? – zapytała Elizabeth uszom nie wierząc.
- Tak. Ty. Wróćmy choćby do tego strasznego wieczoru, jak go nazywasz. Od tamtego czasu o niczym innym nie mówisz: cały czas otwierasz ranę. Nie wątpię, że poczułaś się bardzo upokorzona widząc majora Benjy’ego tak przekraczającego granicę i oczywiście żadna kobieta nie chciałaby, żeby jej mąż w drodze do domu wydzierał się „królowo mego serca” do innej kobiety. Ale od nowa to wszystko przemyślałam. Nie wierzę, żeby Lucia robiła mu większe awanse niż ja bym zrobiła. Gdyby nie twoje jątrzenie, wszyscy już dawno szczęśliwie o tym zapomnielibyśmy, zamiast na siebie warczeć. W następnym tygodniu dojrzeją truskawki, a nikt z nas nie odważy się rozpocząć sezonu naszych zwykłych letnich przyjęć brydżowych ze strachu, że narobi się więcej zamieszania.
- Bzdura, moja droga – powiedziała Elizabeth. – Jeśli o mnie chodzi, odwagi mi nie brak, choć oczywiście z grzeczności nie zaprzeczę twojemu moralnemu tchórzostwu. Ja po prostu wolę nie widywać się z ludźmi jak Lucia i Susan, która tamtego wieczoru nie była niczym więcej niż barmanką zachęcającą Benjy’ego do picia, póki nie wyrażą żalu z powodu swojego postępowania.
- Co do żalu z powodu postępowania – odparła Diva – to uważam, że powinien wyrazić go major, a ty po nim. W głowie mi się nie mieści, że ty śmiesz nazywać się chrześcijanką.
- Benjy zachował się moim zdaniem bardzo właściwie – powiedziała Elizabeth – więc skończmy ten temat. Co do mojej skruchy, to nie umiem wymyślić, za co według ciebie miałabym przepraszać. Bolesne to dla mnie, kochana, że jestem przez ciebie ekskomunikowana, ale zniosę i to. A może żądasz ode mnie, żebym przeprosiła Irene za wszystkie to okropieństwa, które do mnie wygadywała tamtego wieczoru?
- Cóż, ja nie ośmielę się zaprosić naszego zwykłego towarzystwa – powiedziała Diva – choćbyś ty była nie wiem jak odważna. Możesz sobie nazywać to moralnym tchórzostwem, ale to po prostu rozsądek. Lucia wymówi się czymś, co będzie obrazą dla mojej inteligencji, a pan Juruś bez wątpienia pójdzie w jej ślady. To samo zrobi Irene; poza tym już nazwała mnie podłą starą wdową. Wyse’owie nie zaczną, a przyznaję, że ty nawet nie powinnaś próbować. Jedyną osobą, która ma moc i pozycję, czy jak ci się podoba to nazwać, by zebrać nas z powrotem, jest właśnie Lucia. Nie krzyw się Elizabeth, bo to prawda. Jestem zdecydowana pójść do niej i przeprosić za głupie żarty o majorze Benjym i błagać, żeby coś dla nas zrobiła.
- Mam nadzieję, moja droga – powiedziała Elizabeth wstając z miejsca – że nie zachęcisz jej do myślenia, że Benjy albo ja kiedykolwiek do niej przyjdziemy. Tylko by się rozczarowała.
- A właśnie, jak on się czuje? – spytała Diva. – Zapomniałam zapytać.
- Zauważyłam, kochanie. Lepiej, dziękuję. Pojechał dziś na golfa.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 01 Lis, 2025 16:44   

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ty podła stara wdowo :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: !
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 01 Lis, 2025 20:56   

I Królową mego serca na cały regulator :rotfl: Nie upilnowany Benjy gorszy niż brak przepisu na homara a la Riseholme :rotfl: :rotfl: :rotfl:


Diva schowała dumę do kieszeni, poszła do Mallards tego samego popołudnia i powiedziała, że bardzo jej przykro, że jej słowo wypowiedziane naprawdę w żartach mogło obrazić Lucię. Lucia, jak można było się spodziewać po jej wyniosłym i irytującym zachowaniu, spojrzała na nią uśmiechnięta i trochę zdziwiona, z głową przechyloną na bok.
- Droga Divo, o czym ty mówisz? – powiedziała. – Jak ty niby mnie obraziłaś?
- Tym co powiedziałam o tobie i Benjym – powiedziała Diva – Przed sklepem Twistevanta. Bardzo głupio z mojej strony, chlapnęłam bez zastanowienia.
- Moja dziurawa pamięć – powiedziała Lucia. – W ogóle tego nie pamiętam. Pewnie coś ci się pomyliło. Ale miło mi cię widzieć, opowiedz mi wszystkie nowinki. Pewnie mnóstwo małych przyjątek? Tak byłam zajęta moimi organami i tym wszystkim, że trochę zostałam z boku.
- Od czasu tamtej kolacji u Susan nie było ani jednego przyjęcia – powiedziała Diva.
- Nie mów! A jak się ma major Benjy? Zdaje się, że ktoś mi mówił, że się zaziębił tamtej nocy kiedy wracał do domu. Ludzie, którzy część życia spędzili w tropikach są podatni na przeziębienia; musi bardziej na siebie uważać.
Spacerowały po ogrodzie w oczekiwaniu na herbatę i zajrzały do szklarni, w której drzewka brzoskwiniowe obsypane były zawiązkami owoców. Lucia spoglądała z tęsknotą na grządki ziemniaków i szparagów.
- Mam nadzieję, że kiedyś wykopię stąd jeszcze więcej skarbów –powiedziała z zaiste niewiarygodnym tupetem. – Ale w tej chwili mam ręce pełne roboty: moje organy, moje małe inwestycje, ciche obiadki z Jurusiem u mnie lub u niego. Szczęśliwe, pracowite dni!
Mogła naprawdę doprowadzić do szału – pomyślała Diva – udając, że nic nie wie o trzęsieniu ziemi, które zupełnie zrujnowało życie towarzyskie Tilling. I ciągnęła dalej.
- W rezultacie nie widywałam się z nikim prócz Irene i tylko przelotnie widziałam drogą contessę Faraglione i ucięłyśmy sobie małą pogawędkę po włosku. Okropnie zardzewiałam z włoskim. Mówiła, że jest tu tylko przejazdem.
- Tak, już pojechała – odrzekła Diva.
- Jaka szkoda, chętnie urządziłabym dla niej jakiś wieczorek z un po’di’musica – rzekła Lucia, która już słyszała od Jurusia, któremu opowiedział padre, o jej szokująco niemoralnych poglądach i maniackim śmiechu. – Ach, herbata gotowa, Grosvenor? Opowiadaj jeszcze o Tilling, Divo.
- Ale nie ma o czym opowiadać – rzekła Diva – i nie będzie, póki czegoś dla nas nie zrobisz.
- Ja? – spytała Lucia. – Taka mała pustelnica jak ja?
Diva miała ochotę ją trzepnąć za tę jej wyniosłą nieświadomość, ale ze względu na swą misję powstrzymała ten genialny impuls.
- Tak, pewnie że ty – powiedziała. – Reszta jest skłócona. Nigdy jeszcze nie szło tak na noże. Nigdy w życiu się nie dogadamy jeśli nie przyjdziesz nam z pomocą.
Lucia westchnęła.
- Droga Divo, jak wy wszyscy mną dyrygujecie i do mnie przychodzicie gdy są kłopoty. Ale ja jestem bardzo posłuszna. Powiedz mi, co mam zrobić. Wydać jedno z moich zwykłych małych przyjątek, al fresco, tutaj któregoś wieczoru?
- Och, wydaj! – zawołała Diva.
- Bułka z masłem. Obawiam się, że was zaniedbałam, myśląc tylko o moim wypełnionym zajęciami, przyjemnym życiu. Bardzo nieładnie. A jeśli, jak mówisz, będę mogła pomóc załagodzić któreś z waszych małych nieporozumień, o których nic nie wiem, to tym lepiej. Ustalmy od razu datę. Grosvenor, mój terminarz.
Grosvenor przyniosła terminarz. Lucia nie miała w najbliższym czasie żadnych wieczornych zajęć, ale odwróciła go tak, żeby Diva nie widziała białych stron i odwróciła kartkę czy dwie.
- W tym tygodni to niemożliwe, obawiam się – powiedziała z szlachetnym lekceważeniem własnego twierdzenia, że ona i Juruś codziennie razem jadają kolację. – Ale co powiesz na przyszłą środę? Niech pomyślę – tak, to dobry termin. I kogo mam zaprosić? Całe nasze małe kółko?
- O tak! – powiedziała Diva. – Zacznijmy od nowa. Przełammy lody. Ugaśmy ogień. Przyjdą wszyscy.
Diva miała rację: nawet Elizabeth, która ostrzegała, że nie przyjmie zaproszenia, zgodziła się z przyjemnością, a Lucia postarała się poczynić jak najbardziej taktowne przygotowania do tej agapé. Grosvenor otrzymała instrukcje, aby każdy posiłek serwować najpierw pani Mapp-Flint, a gościom prócz wina proponować też słód jęczmienny. Przed kolacją zebrali się wszyscy w pokoju ogrodowym, gdzie na klapie fortepianu, pięknie ułożone, leżały samijska waza i misa. Pan Wyse, z jego wyczuciem piękna natychmiast o nie zapytał.
- Kilka fragmentów rzymskiej ceramiki – powiedział Lucia od niechcenia. – Tak się cieszę, że się panu podobają. Piękne są, ale niestety, jak pan widzi, misa jest niekompletna.
Evie wydała pisk satysfakcji; ona zawsze wierzyła w znaleziska Luci.
- Och, Kenneth, spójrz –powiedziała do męża – Pomyśl tylko, takie piękne rzeczy można znaleźć w kapuście.
- Wciórności, mistress Lucia – odpowiedział – warto byłoby przekopać nawet cały ogród.
Elizabeth rzuciła tylko spłoszone spojrzenie na te przekonujące dowody i udała się na zapowiedzianą kolację.
Rozmowa początkowo szła jak po grudzie, bo było tyle tematów do unikania, że przypominało to poruszanie się po trzęsawisku, na którym przeskakiwało się z jednej twardej kępy a drugą ponad zdradliwie mokrymi i omszonymi miejscami. Jednak początkowy chłód Elizabeth stopniał gdy odkryła, że nie tylko posadzono ją po prawej stronie Jurusia, który pełnił rolę gospodarza, ale też obnoszenie potraw zaczynano od niej i posunęła się nawet do tego, że spytała Irene, czy malowała ostatnio jeden ze swoich słodkich obrazów. Jak ognia unikano tematów groźnych i im pokrewnych, a w rezultacie gdyby przed końcem kolacji Lucia zaproponowała zbiorowe odśpiewanie "Auld Lang Syne," nie byłoby ani jednego protestu. Po kolacji nastąpił brydż, znów tak uprzejmy i przyjacielski, że prawie mdły i ani się goście obejrzeli, było już po północy, a nie wpół do jedenastej, jak myśleli. Potem w holu doszło do serii bardzo serdecznych pożegnań: Susan spowiła się w swoje sobole, Diva upuściła szylinga i była bardzo rozproszona, Benjy jakimś cudem zdołał napić się mocnej whisky z sodą, Irene przylgnęła do Luci, jakby miała nigdy nie skończyć się żegnać, a Royce piłował w tę i z powrotem nim mógł zawrócić i wyruszyć w drogę długości stu jardów, a spokojne ciała niebieskie pogodnie wirowały nad cichym Tilling. Ten szczęśliwy rezultat (oprócz gwiazd) był osiągnięciem Luci: wspięła się na tak wysoki szczyt społecznej wyższości, aż sama znalazła się niemal wśród gwiazd.

Koniec rozdziału dziewiątego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 01 Lis, 2025 21:39   

No boskie :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Lucia jak bogini pokoju spływająca błogosławieństwem nad Tilling, podczas gdy właściwie o niczym nie można mówić, bo każdy temat jest punktem zapalnym :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: i te skorupy na fortepianie , biedna Elżbieta :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 02 Lis, 2025 16:09   

UPS!
Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Nie 02 Lis, 2025 21:16, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 02 Lis, 2025 21:26   

No to teraz czas, żeby Lucia, zupełnie jak Hiacynta Bucket, pokazała jak bardzo nie lubi pompy, zamieszania i przesady :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Rozdział dziesiąty

Oczywiście nikt nie był na tyle głupi by spodziewać się, że taka idylla potrwa długo bo w tym niezwykle czujnym i krytycznym towarzystwie, w którym Elżbieta nie ustawała w obserwacji tego, co się dzieje, a Lucia, jak wkrótce się okazało, była nieznośnie świadoma wyjątkowej przysługi, jaką oddała Tilling, gasząc wszystkie te „śmieszne małe kłótnie”, o których udawała, że nie ma pojęcia, niezgoda musiała pojawić się wkrótce; w każdym razie gdy truskawki naprawdę stały się tanie, brydżowe herbatki były w pełnym rozkwicie, a zanim się skończyły, odbyła się ceremonia poświęcenia organów Luci.
Od samego początku Lucia mówiła, że cała jej funkcja (i przywilej) leży w chęci wniesienia małego wkładu w ubogacenie nabożeństw kościelnych, to wszystko, od tego zaczęła i na tym skończyła. Ale w rozmowie sam na sam z padre zasugerowała, że dzień poświęcenia mógłby zbiec się w czasie z bierzmowaniem młodych parafian. I być może biskup, gdy już skończy z obrzędem nakładania rąk, dałby się zaprosić do Mallards i wziął udział w tej drugiej, popołudniowej ceremonii. Padre uznał to za doskonały pomysł i po jego akcji biskup odpowiedział że przyjmuje zaproszenie Luci i z przyjemnością (D.V) (*czyli jak Bóg pozwoli) poświęci również organy i wygłosi krótkie kazanie.
Lucia miała swój początek: teraz jak wielki liniowiec mogła odesłać swoje holowniki i wyruszyć na szerokie wody o własnych siłach. W jej pokoju ogrodowym odbywała się kolejna cicha narada.
- Wie pan, jak nie znoszę zamieszania, drogi padre – mówiła – ale tak myślę, jak pan sądzi, że Tilling może chciałoby trochę pompy i ceremonii. Przyszedł mi do głowy taki pomysł: a może burmistrz i rada miejska chcieliby odprowadzić biskupa w procesji stąd do kościoła po obiedzie. Gdyby takie było ich pragnienie, nie śmiałabym oponować. Buławy, purpurowe togi; byłaby w tym malowniczość stosowna do takiej okazji. Oczywiście, sama nie mogę czegoś takiego sugerować, ale pan, jako proboszcz, mógłby się dowiedzieć, co oni na to.
- Wielce wspaniały prospekt – powiedział padre, ewidentnie już siebie widząc wśród członków procesji.
- Myślę, że Tilling doceniłoby to – powiedziała Lucia z namysłem. – Teraz co do ceremonii: nikt chyba nie chce, żeby była zbyt długa. Kilka modlitw, psalm, może ten „Uradowałem się gdy mi powiedziano,” czytanie. A potem, jak pan myśli: gdy będzie odbywało się poświęcenie: może jakiś hymn dla docenienia muzyki? Myślałam o tym ostatnim refrenie w opracowaniu Parry'ego Miltona Ody na Dzień św. Cecylii, „Blest Pair of Syrens”. Oczywiście moje organy będą towarzyszyć psalmowi i hymnowi, ale raczej, nieoficjalnie incognito. Potem przemówienie biskupa: jak miło z jego strony, że to zasugerował.
- Umny człek – rzekł padre.
- Następnie – powiedziała Lucia, obracając samijską misę – nastąpi poświęcenie moich organów i ich oficjalne okazanie kongregacji. Recital organowy – niedługi – naszego podziwu godnego organisty, aby pokazać tempo, moc nowego instrumentu. Jego zakres. Tuba, vox humana i rożek angielski: tylko kilka nowych rejestrów. Potem urządzę przyjęcie w ogrodzie. Może sprawić przyjemność tym, którzy nigdy go nie widzieli. Nasza droga Elizabeth, jak pan wie, nie bawiła się zbyt dobrze.
Burmistrz i rada miejska z zadowoleniem przyjęli pomysł uczestniczenia w uroczystości poświęcenia nowych organów oraz przybycia do Mallards tuż przed nabożeństwem i odprowadzenia biskupa w procesji do kościoła. Tak więc to zostało ustalone i Lucia, teraz pod pełną parą naprzód, poszła urabiać organistę. Z wielką nieśmiałością powiedziała mu, że jej przyjaciele uważają, że byłoby to bardzo na miejscu, gdyby przed oficjalnym recitalem (ach, jak ona na niego czeka!) ona, jako darczyńczyni, przyłożyła – że tak powiem – dłonie do klawiatury. Pan Juruś Pillson, doskonale operujący pedałami, pomoże jej, a tak się składa, że ona właśnie dokończyła aranżację beethovenowskiej „Sonaty Księżycowej” na organy. Ona sama nie zamierzała wcale grać, mimo wszystkich tych nacisków, nie obiecała że to zrobi. Ale teraz, gdy i on dodał swój głos do chóru powszechnego nalegania, uznała, że musi się przełamać. Nie wolno o tym pisnąć ani słówka, ma to być niespodzianka dla wszystkich. Dopiero potem nastąpi jego występ - prawdziwy, profesjonalny recital. Miała nadzieję, że uraczy ich wtedy słynną „Burzą na morzu” Falberga, tym cudownym poematem symfonicznym z grzmotem na pedałach i błyskawicą na dioctonie, a chórem głosów śpiewających dzięki vox humana, gdy burza ucichła. Strasznie trudne, oczywiście, ale wiedziała, że on zagra to znakomicie, i wysłała mu nuty tej niezwykłej kompozycji.
Nadszedł ten dzień, upalny i wspaniały poranek, jak Lucia zarządziła. Lunch w Mallards miał być bardzo intime: tylko padre, jego żona, biskup i jego kapelan. Nie został zaproszony nawet Juruś, który, prawdę mówiąc, był w stanie takiego zdenerwowania przed zbliżającym się występem i pedałowym wykonaniem „Sonaty księżycowej,” że nie mógł przełknąć nawet kęsa i zamiast śniadania połknął kilka tabletek aspiryny. Lecz Lucia rozesłała zaproszenia na przyjęcie w ogrodzie po uroczystości, dla chóru kościelnego, burmistrza i radnych i wszystkich przyjaciół, aby mogli spotkać się z biskupem. R.S.V.P i nikt nie odmówił. Podwieczorek na sześćdziesiąt osób.
Procesja do kościoła była wspaniała, słońce zalewało blaskiem buławy i togi i biskupa, spoconego jak mysz w kapie i mitrze. Lucia rozważała, czy sama też powinna w niej pójść, ale jej wrodzona niechęć do jakiegokolwiek wysuwania się na pierwszy plan nakazała jej porzucić pomysł choćby pójścia za plecami biskupa i ruszyła za nimi w takiej odległości, że nawet ci najbardziej krytyczni wobec jej zachowania nie mogliby zarzucić jej podpinania się pod tę paradę. Sama była mocno zdenerwowana i wygrywała triole w powietrzu by rozruszać palce. Usiadła wraz z Jurusiem blisko organów, by łatwo wśliznąć się na miejsca na ławce organowej gdy biskup wracał od ambony po kazaniu. Na północy wzniósł się wspaniały wał chmur zwiastujących burzę; dobrze, że wytrzymała do tej pory, bo parasole z pewnością popsułyby efekt procesji.
Chór pięknie wykonał ostatnią partię chóralną z „Blest Pair of Sirens,” a biskup wygłosił piękną mowę. Uczynił czarującą aluzję do patronki muzyki kościelnej, świętej Cecylii i natychmiast potem odniósł się do darczyńczyni jako „waszej wybitnej obywatelki,” niemal tak, jakby Lucia i tamta święta śpiewaczka były jednym. Przez ławy, w których siedzieli jej najbliżsi przyjaciele przeszedł lekki szmer, bo nie myśleli o niej w tych kategoriach, a Elizabeth wymruczała do siebie „święta Lucecylia” do wykorzystania kiedyś. Podczas przemówienia w kościele zrobiło się niezwykle ciemno, a mrok został rozproszony na moment przez kilka jaskrawych błysków, po których nastąpił pomruk grzmotu. Następnie, stojąc naprzeciwko organów, z pastorałem w ręku, biskup uroczyście je poświęcił, a gdy wracał na swoje miejsce w prezbiterium, Lucia i Juruś, niczym kolejna błogosławiona para syren, wślizgnęli się na miejsce przy organach, niezauważeni w narastającym mroku, a zasłona zakryła ich przez wzrokiem innych. Nastąpiła chwilowa przerwa, światło elektryczne w kościele zostało wyłączone i rozbrzmiał pierwszy punkt recitalu. Choć przyjaciele Luci nie słyszeli tego utworu od jakiegoś czasu, to wydał się im znajomy, a Diva i Elizabeth spojrzały po sobie, początkowo niepewne, ale szybko podchwyciły trop dawnych skojarzeń. Trop robił się coraz gorętszy, a każda z nich niezależnie od siebie ujrzała oczyma duszy obraz Luci siedzącej przy swoim fortepianie z profilem na tle ciemnej zasłony, z palcami wygrywającymi powolne triole; z całą pewnością był to ten sam utwór. Święte miejsce czy nie, te okropne podejrzenia musiały zostać sprawdzone i Elizabeth cicho wstała i stanęła na placach. Ujrzała całkiem wyraźnie czubek głowy Jurusia i niezwykłego nowego kapelusza Luci. Usiadła znowu i syczącym szeptem powiedziała do Divy: „A więc poproszono nas do kościoła żebyśmy posłuchali wprawek Luci i pan Jurusia…” Diva tylko smutno potrząsnęła głową. Wolna część toczyła się dalej, a jej monotonny przebieg został zakłócony tylko raz przez przeraźliwy pisk z głównego rejestru, gdy Juruś odwracając się położył niechcący palec na jednej z najwyższych nut i ją uruchomił. Błogosławiona para syren znów obeszła na paluszkach zasłonę, tym razem pokazując się wszystkim i zasiadła na swojej ławce.
Następnie, aby pokazać możliwości organów, nastąpiło wykonanie słynnego poematu symfonicznego Falberga, „Burza na morzu.” Statek ewidentnie odbywał spokojny, piękny rejs, ale wtem wiatr zaczął gwizdać na wznoszących się szybko skalach chromatycznych, grzmoty zabrzmiały na pedałach, a diokton przyczynił się do kilku błysków rozwidlonych błyskawic. Grzmot stawał się głośniejszy, błyskawice bardziej jaskrawe, gdy burza stawała się coraz gwałtowniejsza. Potem nastąpił okropnie przerażający huk, a biskup, który być może zdrzemnął się nieco po swoich trudach i lunchu, podskoczył na krześle i poprawił mitrę. Diva wczepiła się w Elizabeth, Evie wydała mysi pisk przerażenia i podziwu, bo jeszcze nikt i nigdy nie słyszał instrumentu o takich mocach. Bum! Rozbrzmiało jeszcze raz i wtedy co bardziej spostrzegawczy dostrzegli, że to sama natura wzięła udział w poświęceniu organów Luci posyłając dwa gromy burzy w bardzo precyzyjnym momencie artystycznym. Sama Lucia siedziała ze swoją muzyczną miną wpatrując się w rozmarzeniu w sklepienie kościoła, jakby wszystkie te efekty były sprawą samych tylko organów. Potem burza na morzu (organy solo, bez udziału natury) ucichła, a chór – prawdopodobnie pasażerów i marynarzy (vox humana) zaintonował słodki chorał dziękczynienia. Diva rzuciła ludzkiemu chórowi szybkie, podejrzliwe spojrzenie, by upewnić się, że to nie kolejna sztuczka, ale tym razem to naprawdę były tylko organy. Spokojne, szerokie akordy, niczym słońce na morzu, następowały po chorale, a Elizabeth, wijąc się w bezsilnej zazdrości, zwróciła uwagę Divy na spokojne promienie prawdziwego słońca, które teraz spływały przez Eliasza idącego do nieba i wiedźmę z Endor. I rzeczywiście, tak było sprawiedliwie. Nie zadowalając się dostarczeniem tego zdumiewającego obbligato burzy na morzu, natura posłała teraz słonce, by znów pięknie zabłysnęło i zapewniło, że przyjęcie ogrodowe Luci Luci będzie równie wielkim sukcesem jak poświęcenie organów, no chyba, że niestety trawa będzie zbyt mokra by po niej stąpać. Ale podczas uroczystej melodii na zakończenie, która nastąpiła teraz słońce nadal jasno świeciło i trawniki Mallards były w rezultacie ledwie wilgotne. Tam też Lucia witała gości i przyjmowała komplementy: burmistrz w swej szkarłatnej todze i łańcuchu rozmawiał z nią, gdy Elizabeth weszła do tego, co wciąż w duchu uważała za swój ogród.
- Wspaniały instrument, pani Lucas – mówił. – Burza na morzu w jego wykonaniu była przepotężna.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 03 Lis, 2025 08:54   

Uffff, organy wytrzymały, obyło się bez katastrofy, bo tego się bałam :cheerleader2: :mrgreen: trzeba przyznać, że uroczystość okazała się imponująca, biedna Elżbieta będzie musiała to jakoś przełknąć :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 03 Lis, 2025 09:23   

Nawet niebiosa sprzyjały, zesłały grzmot akurat w odpowiedniej chwili :mrgreen: Teraz naprawdę Lucia popłynie na fali sukcesu!
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 03 Lis, 2025 09:54   

Ojejujeju nie mogę się doczekać :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Biedna droga Elżbieta jak mniemam :sprytny: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 03 Lis, 2025 19:08   

Elizabeth obawiała się, że myśli on, że to same organy dały ten efekt, ale bardzo miała jak go poprawić.
- Luciu droga – powiedziała. – Jakże podobała mi się ta słodka stara nuta, którą tak często nam grałaś. Niektóre z twoich nowych głosów brzmią nieco szorstko, nie sądzisz? Ale bez wątpienia się dotrą. Och, jak smutno wygląda mój kochany ogród, jak wypalony!
Lucia znów zwróciła się do burmistrza.
- Cieszę się, że uważa pan, że mój mały dar doda urody nabożeństwom – powiedziała. – Musi mi pan powiedzieć, panie burmistrzu co teraz… O, Diva, jak miło cię widzieć. Podobały ci się moje organy?
- Tak, i czy prawdziwy piorun nie był darem z nieba? – powiedziała Diva. – Czy to pan Juruś grał Beethovena na pedałach? Słyszałam jak skusił.
Lucia odwróciła się do kolejnego gościa.
- Miło, że pan wpadł, majorze Benjy – powiedziała. – Pod markizą znajdzie pan herbatę, a inne napoje w giardino segreto.
To było sprytne. Benjy w roztargnieniu ruszył w stronę miejsca z innymi napojami, a Elizabeth, której Lucia chciała się pozbyć, podążyła za nim i pociągnęła go w stronę mniej alkoholowej markizy.
Lucia wróciła do uszlachetniania się przed burmistrzem.
- Bezrobotni – powiedziała. – To ich mam stale na sercu. I szpital. Mówiono mi, że niestety dramatycznie brakuje w nim wyposażenia. Naprawdę, to będzie dla mnie zaszczytem zrobić coś wkrótce dla naszego kochanego Tilling. Musi pan od czasu do czasu poświęcić mi pół godzinki i opowiedzieć o jego potrzebach.
Lucia roześmiała się swoim najbardziej srebrzystym śmiechem.
- Ojej, ależ dostałam prztyczka podczas wyborów do Rady Miasta- powiedziała. – ale mnie niełatwo zrazić, panie burmistrzu… Ale ale, chyba wszyscy goście już się zebrali, chodźmy więc i napijmy się herbaty. Wstyd mi za dzisiejszy stan mojego trawnika, ale niedawno zaprosiłam tu dzieci szkolne na gry, zabawy i wyścigi i zadeptały go do gołej ziemi, kochane szkraby.
Kiedy szli w stronę markizy, wydało się Luci, że burmistrz wydaje się skłaniać (jak cięty kwiat) w stronę giardino segreto, więc taktownie dostosowała się do jego zmiany kierunku. Do wyboru było wiele znakomitych trunków, koktajle i sherry i whisky i likiery. Serwowała Grosvenor, ale miała obecnie kamienne oblicze, bo jeden z radnych uparcie zwracał się do niej per „panienko,” jakby była barmanką. Do grupy wokół Grosvenor dołączył i major Benjy, umknąwszy Elizabeth gdy ta rozmawiała z biskupem i wlał w siebie w wielkim pośpiechu kilka koktajli, nim zauważono jego nieobecność. Lucia szczególną uwagę poświęciła radnym, popełniając przy tym kilka drobnych błędów, tak jak częstowanie właściciela sklepu warzywnego truskawkami, które od niego kupiła, a dostawcę trunków jego własnym sherry, gdyż oznaczało to przenoszenie życia zawodowego na prywatne. Potem w wejściu do giardino segreto pojawiła się Elizabeth z biskupem i z melancholijną twarzą pokazała mu swoje ulubione miejsce w domu swoich przodków, ale że w oko wpadł jej Benjy przy bufecie, jej melancholia zniknęła, bo znów znalazła tu coś swojego. Stanowczo zaprowadziła go do mniej alkoholowego ogrodu, a Lucia przejęła biskupa, którego ciekawiły rzymskie zabytki, aby obejrzał fragmenty samijskiej ceramiki w pokoju ogrodowym oraz scenę jej ostatnich wykopalisk.
- Jakie to smutne – powiedziała – że musiałam zasypać swoje stanowisko, ale wykopki okazały się przerażająco kosztowne; organy były ważniejsze.
Cała grupa pozowała do zdjęć: Lucia stała między burmistrzem a biskupem, a potem była bardziej niż uprzejma dla reportera z Hastings Chronicle którego relacja o jej wykopaliskach zrobiła już tyle szumu w Tilling. Podała mu likier i truskawki i siedząc z nim w kącie ogrodu pozwoliła mu stenografować swoje słowa. Tak, to ona zagrała utwór otwierający recital (pierwsza część sonaty cis-moll Beethovena, zwanej „księżycową”). Zaaranżowała ją na organy („Jeszcze likieru, panie Meriton?”) i ma nadzieję, że adaptacji Mistrza nie uzna on za wandalizm. Zjadła lunch z biskupem, który był zachwycony jej małym domkiem w stylu królowej Anny i był bardzo dobrego zdania o jej rzymskiej ceramice. Jej plany na resztę lata? Och, nic pewnego. Chciałaby wziąć krótki urlop, ale w Tilling wszyscy mocno nią dyrygują. Gawędziła właśnie z burmistrzem na temat pewnych planów na przyszłość, ale jeszcze za wcześnie byłoby o tym mówić… Stojąca w pobliżu i nadstawiająca uszu Elizabeth usłyszała lwią część tej strasznej rozmowy i aż ją sparaliżowało z odrazy. Następny numer Hastings Chronicle będzie jeszcze okropniejszy niż ten o wykopaliskach. Nie mogła tego dłużej znieść i poszła do domu z Benjym, zamawiając po drodze egzemplarz dla siebie.

Numer, kiedy już się pojawił, spełnił najbardziej ponure przewidywania. Mowa biskupa o hojnej obywatelce została przytoczona słowo w słowo, a dodatkowo całą kolumnę poświęcono Luci niemal na wyłączność. Z odruchem wymiotnym Elizabeth czytała o pięknym domu rodzinnym pani Lucas datowanym na panowanie królowej Anny, jego wyłożonych panelami salonach, jego pokoju ogrodowym kryjącym niemal bodlejańską bibliotekę (* głowna biblioteka uniwersytetu oksfordzkiego) i rzadkie okazy samijskiej ceramiki, które wykopała w trakcie poszukiwań archeologicznych we własnym staroświeckim ogrodzie. O trawniku z bliznami odciśniętymi na aksamitnej powierzchni przez szczęśliwe obcasy dzieci w wieku szkolnym, które zabawiała popołudniową herbatą i figlami. O biurze z księgami rachunkowymi i pasem tłumiącego dźwięki linoleum przy drzwiach, za którymi châtelaine (*kasztelanka) na Mallards przeprowadzała swoje operacje finansowe. O sekretnym ogrodzie (pani Lucas, która po włosku mówi z tą samą łatwością i czystością co po angielsku nazywa go "mio giardino segreto") w którym medytuje każdego ranka. O splendorze procesji z Mallards do kościoła z burmistrzem, buławami i biskupem w kapie i mitrze, o biskupie, który wcześniej zjadł lunch z panią Lucas. O mistrzowskiej aranżacji na organy pierwszej części beethovenowskiej Sonaty Księżycowej dokonanej przez panią Lucas i jej pierwszorzędnym wykonaniu tejże. O królewskim przyjęciu dla miejscowych notabli. O kapeluszu i likierach.
- Ciekawe, ile za to zapłaciła – powiedziała Elizabeth, ciskając zmięte kartki Benjy’emu gdy siedzieli przy śniadaniu. Gazeta wylądowała na jego jajku w koszulce, w którym właśnie zrobił spore nacięcie i żółtko rozsmarowało się po obrusie. Wzięła sobie Daily Mirror, a tam zobaczyła zdjęcie Luci stojącej między biskupem a burmistrzem. Wzięła Financial Gazette i dowiedziała się, że Siriami poszło w dół o kolejny szyling.

Nie tylko Elizabeth ta przypochlebcza kolumna zirytowała. Juruś zamówił dla siebie egzemplarz, który najpierw przejrzał szybko szukając nazwiska J.Pillson; dokładniejsza lektura wykazała, że w piśmie nie było nawet najmniejszej aluzji do jego gry na pedałach „Księżycowej.” Bardzo nieładnie ze strony Luci; powinna była z całą pewnością o nim wspomnieć, bo bez pedałów jej występ byłby naprawdę wątpliwej jakości. „Nie chodzi mi o mnie” pomyślał Juruś – bo co to dla mnie za zaszczyt, być wymienionym w obskurnym prowincjonalnym szmatławcu, ale obawiam się, że ona robi się zachłanna. Chce zagarnąć wszystko. Chce być na szczycie z którego nikogo nie ma w zasięgu wzroku. Jej mistrzowska aranżacja Księżycowej! Bzdury! Po prostu grała triole jedną ręką, a partie lekkie drugą, a ja dodałem basy na pedałach. A ten jej dom rodzinny! Pozostaje w jej rodzinie (tyle, że ona nie ma rodziny) od kwietnia. I jej włoski!I ceramika samijska z wykopalisk! To już obraza rozumu. Wszystko, co wydobyła z swojego rowu to trzy czwarte butelki po Apollinaris. Gdyby spytała mnie o radę, to powiedziałbym, że lepiej nie budzić śpiącego licha!”… Tak więc zamiast wpaść do Mallards by pogratulować jej świetnej prasy, Juruś poszedł dalej High Street w nastroju zgoła grobowym. Przechodząc obok okna biura zobaczył tył głowy Luci i prawie zapragnął, żeby odrzuciła rady Mammoncasha i poczyniła jakieś lekkomyślne ruchy finansowe.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 04 Lis, 2025 08:49   

Jest tak dobrze, że aż strach, że zaraz jakiś grom z jasnego nieba strzeli w powodzenie Luci :boisie2: ....
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 04 Lis, 2025 10:54   

Lucia zaczyna grać na nerwach równie dobrze jak na organach :lol: Nieuniknione, po tej powodzi lukru, jaka na nią spłynęła. Skoro nawet Jurusia zirytowała...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.