|
|
Królowa Lucia |
| Autor |
Wiadomość |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Nie 01 Gru, 2024 20:35
|
|
|
Uhuhu, coraz lepiej |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 01 Gru, 2024 20:37
|
|
|
Juruś wchodzi w paszczę smoka
Juruś nie uznawał swojej misji za łatwą i tylko myśl, że było to dzieło miłości, czy czegoś podobnego, pozwoliło mu wytrwać. Przez kilka pierwszych chwil myślał nawet, że dzieło to podejmuje nadaremno, tak pogodna i oderwana od życia była Lucia.
Był w połowie ogrodu szekspirowskiego i widział wyraźnie, że stoi ona przy oknie pokoju muzycznego gdy się odwróciła i w następnej chwili nuty czegoś wolnego, granego bardzo głośno zagłuszyły ogon syreny tak zupełnie, że zastanawiał się, czy w ogóle zadzwonił. Prawdę powiedziawszy, Lucia i Pepino byli w trakcie bardzo poważnej rozmowy, gdy Juruś wszedł przez furtkę, a dotyczyła ona tego, co tu robić. Przyjęcie z okazji Bożego Narodzenia w Domku przy Zagajniku w któryś z dni tygodnia świątecznego było do tej pory tak oczywiste jak same święta, ale ten rok nie należał do zwykłych. Kogo należałoby zaprosić, oto główny problem. Na pewno nie panią Weston, bo mówiła do Luci po włosku w sposób, którego nie dało się źle zinterpretować i pewnie, jak zjadliwie orzekła Lucia, będzie grać w dziecinne gry ze swoim promesso. Równie niemożliwe było zaproszenie panny Bracely i jej męża, bo po incydentach z Hiszpańskim Kwartetem i signorem Corese stosunki już były sztywne, a co do Quantocków, to czy Pepino oczekuje, że Lucia kiedykolwiek jeszcze zaprosi Daisy? No i był Juruś, taki zmieniony, dziwny i obcy…. A oto i Juruś. Pospiesznie siadła do fortepianu, a Pepino zamknął oczy szykując się na powolną partię.
Luci umknęło, że drzwi zostały otwarte, a Pepino miał zamknięte oczy. W związku z tym Juruś usiadł na najbliższym krześle i czekał. Na koniec Pepino westchnął i on też westchnął.
- Kto tu jest? – spytała Lucia ostro. – Ach, to ty, Jurusiu? Co za nieznajomy, prawda? Jakieś wieści?
Powiedziane to zostało bardzo zimnym tonem, a Lucia strząsnęła grudkę wosku z e-moll.
- Żadnych – powiedział Juruś czując się ogromnie niezręcznie. – Tak tylko wpadłem.
Lucia spojrzała na Pepina bardzo znacząco. Gdyby krzyknęła na cały głos, nie dałaby znać wyraźniej, że sama poradzi sobie z tą sytuacją.
- Och, jak miło – powiedziała. – Pepino i ja jesteśmy ostatnio tak zajęci, że z nikim się nie widujemy. Tacy z nas wieśniacy, że miejski bywalec musi nam rzucić jakieś okruszki. Jak się ma droga panna Bracely?
- Bardzo dobrze – odpowiedział Juruś. – Widziałem ją dziś rano.
Lucia wydała westchnienie ulgi.
- To dobrze – powiedziała. - Pepino, słyszysz? Panna Bracely ma się dobrze. Nie przepracowała się ćwicząc nową operę? Lucy Grecian, dobrze pamiętam? O ja głupia, Lukrecja; taki ma tytuł, autorstwo tego niezwykłego Neapolitańczyka. Tak. I co dalej? A, nasza miła pani Weston! Nadal myśli o swoim miłym narzeczonym? Wije wianki z kwiatu pomarańczy i wybiera druhny? Ależ jestem niegrzeczna! Tak. A droga Daisy? Co tam u niej? Nadal zabawia księżnę? Codziennie zaglądam do okólnika dworskiego aby sprawdzić, czy księżna Pop… Pop… Popow, tak się nazywa, czyż nie? Czy księżna Popow nie wyskoczyła w odwiedziny do kuzyna cara. Ojej!
Porcja jadu, zazdrości i złości jaką Lucia zdołała wtłoczyć w tę zupełnie nie przygotowaną wcześniej wypowiedź była po prosty niezwykła. Nie przemyślała jej z góry ani przez moment; wypłynęła ona z niej z dostojną spontanicznością jak piorun uderza z chmury. Aż do tej pory Juruś nie miał pojęcia nawet o dziesiątej części tego wszystkiego, czego Olga była tak pewna i ogarnęła go fala podwójnych emocji. Było mu bardzo przykro z powodu Luci i że nie domyślił się jak bardzo musiała cierpieć żeby dotrzeć do takich pokładów goryczy, a jednocześnie wielbił intuicję, która to cierpienie odgadła i zapragnęła je osłodzić.
Wybuch jeszcze nie ucichł, choć Lucia już poczuła się znacznie lepiej.
- A ty, Jurusiu – powiedziała – choć jestem pewna, że jesteśmy teraz tak sobie obcy, że powinnam zwracać się do ciebie panie Pillson, co porabiałeś? Przygrywałeś pannie Bracely, po całych dniach szyłeś ślubne suknie, a szukałeś duchów nocami? Tak.
Lucia podchwyciła to „tak” od lady Ambermere, jako że uważała je za szczególnie wstrętne. Składałeś propozycję, zadawałeś pytanie, a potem sam je potwierdzałeś.
- A czy pan Cortese – powiedziała – czy nadal ryczy w swym cudownym angielskim i włoskim? Tak. Co za bogate masz życie, Jurusiu. Pewnie teraz nie masz czasu na malowanie.
Nie był to strzał w ciemno, bo widziała, jak Juruś wychodzi ze Starego Domu ze sztalugami i pudełkiem farb, ale bezpośredni atak na niego nie osłabił siły „słodkiej dobroczynności” która go tu przysłała. Sprężył się aby okazać tyle dobrej woli, ile tylko w tej chwili mógł.
- Nie, malowałem ostatnio – rzekł – a przynajmniej próbowałem. Tworzę mały szkic panny Bracely przy jej fortepianie, który chcę jej podarować na Boże Narodzenie. Ale to takie trudne. Chciałem nawet przynieść go ze sobą i prosić cię o radę, ale tylko pokładałbyś się nad nim ze śmiechu. To okropny bohomaz, o wiele gorszy niż te, które dawałem ci na urodziny. Pomyśleć tylko, że nadal trzymasz je w swoim ślicznym saloniku muzycznym. Zawieś je w spiżarni, a ja namaluję ci coś lepszego.
Lucia, choć bardzo się starała, nie mogła poczuć się mile połechtana Wszystkie tam były: Zagajnik w złotej jesieni, Ponury grudzień, Żółte żonkile i Róże lata.
- Albo niech pucybut je wypastuje – powiedziała. – Zdejmij je, Jurusiu, poślę je do pastowania.
To już brzmiało o wiele lepiej: spod sarkazmu wyłaniała się żartobliwość. Wykorzystał to na ile tylko się dało.
– Zrobimy to od za chwilę - powiedział. – Teraz chciałbym zaprosić ciebie i Pepina na kolację do mnie w Boże Narodzenie. Nie bądź nudna i nie mów, że masz inne plany. Z tobą nigdy nie wiadomo.
– Przyjęcie? Spytała Lucia podejrzliwie.
– No cóż, pomyślałem, że możemy znów urządzić sobie jeden z tych naszych wspólnych wieczorów – powiedział Juruś, czując dumę z własnego sprytu. – Byliby pewnie Quantockowie, prawda , pułkownik z pułkownikową i ty z Pepinem i ja i pani Rumbolt? To byłoby osiem osób, trochę więcej niż lubi Foljambe, ale musi to dzierżyć. Pan Rumbold zawsze przez cały wieczór śpiewa kolędy w chórze, więc ona przyszłaby sama.
– Ach, te kolędy – skrzywiła się Lucia.
– No wiem: zaopatrzę cię w kłębki waty do zatkania uszu. Przyjdźcie proszę i poświętujemy w ósemkę. Jeszcze nikogo nie prosiłem i pewnie nikt nie przyjdzie. Zależy mi na tobie i Pepino, reszta może przyjść albo nie. No powiedz, że się zgadzasz.
Lucia nie mogła ulec od razu. Musiała najpierw przycisnąć palce do czoła.
– To bardzo miłe z twojej strony, Jurusiu – powiedziała – ale muszę pomyśleć. Czy my mamy coś zaplanowane na wieczór bożonarodzeniowy, carrissimo? Gdzie jest nasz kalendarz? Idź i sprawdź.
To był doskonały manewr, bo ledwie Pepino wyszedł z pokoju, zerwała się z cichym okrzykiem i pobiegła za nim.
– Głupia ja – krzyknęła – położyłam go w palarni, a biedny caro będzie go szukał w nieskończoność. Wracam za minutkę, Georgino.
Oczywiście Juruś przyjrzał ją na wylot. Chciała naradzić się szybko z Pepinem, a on czekał na ich powrót pełen dobrych myśli, bo był pewien, że Pepino ma już dość achillesowej postawy dąsania się w namiocie.
Wrócili cali w uśmiechach i natychmiast podniesiono kwestię, co robić po kolacji. Żadnych wygłupów, to na pewno, ale może znowu żywe obrazy? Idąc na lunch ciągle jeszcze nad tym debatowali. Przy makaronie rzecz została postanowiona i Lucia oznajmiła, że wszyscy chcą zamęczyć ją na śmierć i tak się jej pozbyć. Rozważali – ona i Pepino – krótki urlop na Riwierze, ale tak czy inaczej odłożyli go na po Bożym Narodzeniu. Ponieważ Juruś miał usta pełne tosta, mógł tylko potrząsać głową. Ale kiedy tylko go przełknął, odpowiedział jak zwykle z wielkim zapałem.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n |
| Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Pon 02 Gru, 2024 12:42, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Nie 01 Gru, 2024 20:47
|
|
|
CHciałabym tak nie mieć nic do roboty i żadnych poważnych zmartwień jak oni |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 02 Gru, 2024 12:42
|
|
|
Dokładnie! To z bezczynności te wszystkie plotki i intrygi. Nie wiem, czy im zazdroszczę, ale latem - na pewno. Akwarele, fortepian i haftowanie |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 03 Gru, 2024 10:37
|
|
|
A właściwie - tak sobie pomyślałam - z czego oni wszyscy żyją ? służba to wiadomo, z pracy, tak samo kupcy itp, ale oni ? rentierzy od urodzenia czy co ? Majątków ziemskich nie mają, nic nie wiadomo o tym, żeby ktokolwiek zawodowo pracował - oprócz Olgi , ale ona nie jest "stąd", no i guru i księżnej , stanowiących osobna kategorię.
| Trzykrotka napisał/a: | | Nie wiem, czy im zazdroszczę, ale latem - na pewno. Akwarele, fortepian i haftowanie |
Ja zdecydowanie przez cały rok im zazdroszczę zimą też można mieć mnóstwo ciekawych zajęć, zwłaszcza, że ichnie zimy to nie zimy w naszym pojęciu. |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 04 Gru, 2024 15:03
|
|
|
| Tamara napisał/a: | | A właściwie - tak sobie pomyślałam - z czego oni wszyscy żyją ? służba to wiadomo, z pracy, tak samo kupcy itp, ale oni ? rentierzy od urodzenia czy co ? |
żadne nie chodziło do pracy i żyli z odsetek od akcji. Pamiętasz wzmiankę o rumuńskiej ropie Roberta Quantocka przy okazji księżnej, albo o tym, że Pepino z Lucią zamieszkali w Riseholme bo się wzbogacili na dobrze ulokowanych pieniądzach - jakoś tak to leciało. Moje wrażenie z powieści osadzonych w XIX i pierwszej połowie XX wieku jest takie, że panowie wciąż sprawdzają, jak stoją ich akcje
Zostało nam już malutko do końca. Będę wrzucać nowe odcinki od piątku, bom poza domem aktualnie |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 05 Gru, 2024 10:36
|
|
|
Całe Riseholme to akcjonariusze ? nawet samotne wdowy ? chciałabym tak
Poczekam |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 06 Gru, 2024 11:20
|
|
|
Tak mi się wydaje... To lata 20, już po I wojnie światowej, ale pod względem majątkowym chyba niewiele się zmieniło od czasów Jane Austen. Każdy coś tam miał, jakiś majątek - posag, czy to, co zostało po mężu czy odziedziczyło się po przodkach, czy i z tego żył.
W tej powieści nie wychodzi to jeszcze tak bardzo, ale w kolejnych tomach widać to wyraźniej. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 06 Gru, 2024 20:30
|
|
|
Dobrze, zobaczmy co dalej
Juruś wcale nie był z siebie zadowolony kiedy wracał potem do domu i rozważał, jak bardzo wiele dobrej woli okazał, bo nie mógł nie czuć, że ta cała wspaniała wyrozumiałość była dla niego czymś w rodzaju wyrastającej z niego gałązki jemioły, a nie wynikała z głębi jego natury. Nigdy wcześniej Lucia nie pokazała tak złej i pełnej jadu strony swej natury; nie pomyślałby, że jest w ogóle do tego zdolna. Łaskawą królową zastąpiła groźna czarna mamba, ale kiedy Juruś wystąpił z łagodną misją pocieszenia, na którą posłała go Olga, zmarszczki mamby się wygładziły, jadowe zęby się schowały.
Gdyby wyobraźnia choć raz ukazała mu Lucię mówiącą mu takie rzeczy, nie byłoby żadnego dalszego ciągu, tylko natychmiastowe zerwanie stosunków między nimi. A tymczasem on się jej radził i płaszczył się przed nią: płaszczył się, tak, owszem, płaszczył się i był sam sobą zaskoczony. Czemu się płaszczył? A piękne usta Olgi i jej pełne ciepła oczy dały odpowiedź. Musi jak najszybciej wpaść do niej i zdać relację z wyników misji. Może nagrodzi go nazywając znowu „kochaniem.” Naprawdę zasłużył żeby powiedziała mu coś miłego.
Naprawdę, dla Jurusia był to dzień niespodzianek. Zastał Olgę w domu i zdał jej relację nie pomijając żadnego detalu, sarkazmu Luci i własnego nadzwyczajnego taktu i wyrozumiałości. Niczego nie komentował, po prostu zdał sprawę z faktów ze zwykłą dla Riseholme żywością – i czekał na nagrodę. Olga patrzyła na niego przez chwilę, po czym starannie otarła oczy.
- Och, biedna pani Lucas – powiedziała. – Musiała być naprawdę nieszczęśliwa że tak się zachowała! Tak mi przykro. Jurusiu, pomyśl, co jeszcze mógłbyś zrobić żeby ją rozweselić?
- Myślę, że zrobiłem już wszystko, czego ode mnie zażądałaś – rzekł Juruś. – Na głowie stanąłem, żeby nie wybuchnąć. Wydam przyjęcie bożonarodzeniowe bo ci obiecałem.
- No tak, ale do świąt jest jeszcze dziesięć dni – powiedziała Olga. – Czy nie mógłbyś na przykład namalować jej portretu i podarować jej? O tak, jak gra Sonatę Księżycową.
Juruś miał okropną ochotę obrazić się i powiedzieć Oldze, że ona z pewnością ma go dość lub też unieść się godnością i oznajmić, że jest ostatnio bardzo zajęty. Nigdy w życiu nie puścił płazem tak otwartego grubiaństwa jak to, które okazała mu Lucia, a choć zrobił to wyłącznie ze względu na Olgę, ona zamiast okazać mu choć krztę wdzięczności, nadal zasypywała go żądaniami.
- Namaluj dla niej miniaturkę – powtórzyła. – Będzie zachwycona; niech wygląda na niej młodo i interesująco. Zresztą sam się nad tym zastanów, pewnie wymyślisz coś lepszego. A teraz: czy nie powinieneś już iść i zaprosić wszystkich gości od razu?
Juruś odwrócił się do wyjścia, ale kiedy doszedł do drzwi, odezwała się znowu.
- Uważam, że świetny z ciebie kompan.
Ten dyskretny objaw aprobaty jakimś sposobem zajaśniał w sercu Jurusia kiedy szedł on do domu. Ona najwyraźniej z góry założyła, że on zachowa się z całym tym doskonałym taktem i łagodnością, z jakich słynął. Ani trochę jej to nie zaskoczyło, niemal nie okazała, że w ogóle to zauważyła. A to, gdy się zastanowił, wydało mi się o wiele większym komplementem niż gdyby powiedziała mu, jaki jest cudowny. Przyjęła za pewnik, ni mniej ni więcej, że on będzie uprzejmy i miły, cokolwiek Lucia mu nagada. I sprostał jej oczekiwaniom…
Koniec rozdziału czternastego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 07 Gru, 2024 22:53
|
|
|
Rozdział piętnasty
Goście zaproszeni na bożonarodzeniowe przyjęcie u Jurusia zasiedli wokół okrągłego stołu z palisandru nie nakrytego obrusem, a on zaczął się modlić, żeby Foljambe pospieszyła się z szampanem, bo na kolację wszyscy musieli dość długo czekać za powodu spóźnienia Luci i Pepina, a rozmowa była nieco dziwaczna. Lucia jak zwykle wpłynęła do pokoju bez słowa przeprosin, bo kiedy była zapraszana na kolację lubiła się spóźniać, a po jej przybyciu natychmiast zasiadano do stołu. Kilka minut pomiędzy jej wejściem a kolacją poświęciła by powiedzieć każdemu choć jedno miłe słowo. Dziś jednak te wdzięczne wypowiedzi nie spotkały się z równie wdzięcznym przyjęciem do którego była przyzwyczajona: panowała dziwna atmosfera, dosłownie jakby Lucia była zaledwie jedną z ośmiorga zaproszonych gości… Ale nie warto było poganiać Foljambe, która już teraz była lekko zdenerwowana faktem, że gości jest ośmioro, a więc o dwoje więcej niż była w stanie zaaprobować.
Lucia siedziała na prawo od Jurusia, pani pułkownikowa, jak postanowiła się nazywać, po lewej. Obok niej siedział Pepino, dalej pani Quantock, pułkownik, potem pastorowa Rumbold (która przypominała głodną mysz) i pan Quantock dopełniali koła. Na serwetce każdy miał bukiecik fiołków, ale Lucia miała największy. Dostała też podnóżek.
– Kapitalnie smaczna zupa – powiedział pan Quantock. – W domu nie mogę się takiej doprosić.
Zapadła martwa cisza. Dlaczego w towarzystwie Olgi nigdy nie ma takiej ciszy, zastanawiał się Juruś. Nie było, bo ona sama mówiła i jakoś skłaniała ludzi do rozmowy.
–Tommy Luton nie ma odry – powiedziała pani Weston. - Zawsze mówiłam, że nie ma, choć odra szaleje o tej porze roku. Przyszedł rano do pracy jak zawsze, a wieczorem będzie śpiewał kolędy.
Nagle urwała.
Juruś rzucił Foljambe błagalne spojrzenie i wskazał jej wzrokiem kieliszki do szampana. Nie zwróciła na niego uwagi. Lucia odwróciła się do Jurusia, trzymając łokieć na stole między sobą i panią Quantock.
– Jakie nowiny, Jurusiu? - spytała. - Pepino i ja byliśmy tacy zajęci, że cały dzień żywego ducha nie widzieliśmy. Co porabiałeś? Jakaś planszetka?
Spojrzała wprost na panią Quantock.
– Tak, droga Daisy, nie muszę pytać, co ty robiłaś. Pewnie wirujący stolik. Wiem, jak cię pasjonują sprawy paranormalne. Mnie też ciekawiłyby, gdybym tylko była pewna, że nie natknę się na jakiegoś naciągacza.
Juruś zapragnął wydać z siebie jęk i schować się pod stołem kiedy od nowa zaczęła się ta okropna zaczepka do dyskusji. Ku jego niekłamanemu zdumieniu pani Quantock odpowiedziała z całą serdecznością.
– Masz całkowitą rację, droga Luciu – powiedziała. – Przecież to byłoby okropne odkryć, że medium, może nawet jakaś dobra przyjaciółka której się bezgranicznie ufało, została zdemaskowana jako oszustka. Czasami można o takich sprawach przeczytać w gazetach. Byłabym bardzo nieszczęśliwa gdybym się dowiedziała, że kiedykolwiek siadałam do stołu z oszukańczym medium. Na szczęście dla tych, których złapią, kary są surowe. Zasługują na to.
Juruś zauważył nagły dziwny wyraz przebiegający przez twarz Roberta, którego nie potrafił zinterpretować. Przez moment wyglądał, jakby umarł i został pięknie wypchany. Ale nie miał czasu się nad tym szerzej zastanawiać, bo ogarnęło go zadziwiające przypuszczenie, że Lucia w ogóle nie polemizuje, bo zakopała topór, zamiast nim wymachiwać. Co zaraz się potwierdziło, że Lucia zdjęła łokieć ze stołu i zwróciła się do Roberta.
– Pan i Daisy mieliście szczęście w waszych duchowych doświadczeniach – powiedziała. - Ze wszystkich stron słyszę tylko, jakie mieliście czarujące medium. Juruś niemal serce dla niej stracił.
– Słowo daję, pyszna była – powiedział Robert. – Oczywiście, była drogą przyjaciółką Daisy, ale trzeba być ostrożnym, kiedy słyszy się o tych okropnych demaskacjach, jak mówi moja żona, trzeba być ostrożnym. Pomyśleć tylko, że odkrywa się, że medium, w którego szczerość się wierzyło, miało gdzieś schowane kłęby muślinu, fałszywy nos albo dwa. To by mnie zupełnie zniesmaczyło.
Głośne pyknięcie oznajmiło, że Foljambe pozwoli im w końcu napić się szampana, ale Juruś ledwie je usłyszał, bo patrząc na Daisy Quantock zauważył u niej to samo martwe spojrzenie które przebiegło przez jej twarz i wrażenie wypchania, jakie dopiero co widział na obliczu jej męża. Rzucili sobie które wydało mu się nabrzmiałe znaczeniem. Jakby oboje przechodzili jakieś skrajne przesłuchanie i błagali jedno drugie, by trzymało buzię na kłódkę; jakby każde z nich nieświadomie popełniło jakieś okropne faux pas. Potem natychmiast oboje odwrócili wzrok; wydawało się, że skręcą sobie szyje, tak szybko jedno obróciło ją w prawo, a drugie w lewo i wybuchając potokiem słów do sąsiadów, pułkownika i głodnej myszy.
Juruś był zaskoczony w najwyższym stopniu: jego riseholmski instynkt podpowiadał mu, że coś się tu kryje, ale nawet riseholmski instynkt nie mógł dostarczyć najmniejszej wskazówki, co to było. Ewidentnie oboje Quantockowie wiedzieli coś niebezpiecznego o księżnej, ale z całą pewnością gdyby Daisy przeczytała w gazecie, że księżna została zdemaskowana i ukarana grzywną, nie tknęłaby nawet tak niebezpiecznego tematu. Potem na myśl nasunął mu się dziwny incydent z „Todd’s News,” ale nie pasował on do sytuacji, bo to Robert, nie Daisy, kupił tę niewyobrażalną ilość żółtego druku. Ale znów Robert wspomniał o odkryciu fałd muślinu i sztucznym nosie. Czemu miałby o tym mówić gdyby sam je znalazł, chyba że… oczy Jurusia zrobiły się okrągłe pod wpływem nagłego olśnienia… chyba że Robert miał inne powody by powątpiewać w uczciwość drogiej przyjaciółki i zaryzykował taką uwagę. Jeśli tak, to jakie powody do podejrzeń miał Robert? Czy to on, nie Daisy przeczytał w gazecie jakąś katastrofalną demaskację i czy Daisy (również mająca powody do podejrzeń) poczyniła uwagę o gazetowych ujawnieniach przez czysty przypadek? Tak czy inaczej, każde z nich wyglądało jak żywa mumia, gdy drugie wspominało o mediumicznych oszustwach i oboje podkreślali, jakie szczęście przyniosły im ich własne doświadczenia. „Och!” – Juruś niemal wykrzyknął to na głos – a co jeśli Robert przeczytał coś demaskującego w „Todd’s News” i dlatego wykupił każdy egzemplarz jaki mieli? Wtedy naprawdę mogło go zatkać z przerażenia, gdy Daisy wspomniała o takich wiadomościach. Czyżby jakiś egzemplarz mu umknął i Daisy się dowiedziała? Co widział Robert? Czy każde z nich ma przed drugim jakiś wspaniały sekret?
Lucia rozmawiała zza niego z panią Weston, a ta rozmowa przykuwała również uwagę Pepina po jej drugiej stronie. Dokładnie w tej chwili strumień konwersacji Daisy z pułkownikiem wysechł i Robert nie miał już nic do powiedzenia głodnej myszy. Juruś zatopiony we własnych myślach musiał wrócić w nurt ogólnej konwersacji. Ale zanim to zrobił, pochwycił spojrzenie pani Quantock i zadał pytanie wypływające wprost z jego rozważań:
– Miałaś ostatnio jakieś wieści o księżnej? – zapytał.
Głowa Roberta odwróciła się w jego stronę z tą samą skwapliwością, z jaką wcześniej zwrócił ją w inną.
– O tak – odpowiedziała. – Dwa dni temu, dobrze mówię Robercie?
– Ja miałem wczoraj – powiedział stanowczo Robert.
Pani Quantock spojrzała na męża z zachęcającą powagą.
– Ach tak! – powiedziała. – Robię się zazdrosna. Coś ciekawego, kochanie?
– Tak, moja droga, ho ho – powiedział Robert i ich oczy znów się spotkały.
Tym razem Juruś już nie wątpił. Teraz grali w tę samą grę: posyłali sobie krzywe uśmieszki i porozumiewawcze spojrzenia. Wcześniej nie grali do jednej bramki. Teraz zrozumieli, że spiskują razem…. Ale że był gospodarzem, jego powinnością było zrobić wszystko, żeby goście poczuli się dobrze, a nie wdzieranie się w ich najtajniejsze sekrety. Zanim więc pani Weston zorientowała się, że skupia na sobie uwagę wszystkich gości, powiedział:
– Wyciągnę to z Roberta po kolacji. I wszystko opowiem pani Quantock.
– Zanim Atkinson nastał u pułkownika – powiedziała pani Weston, zaczynając dokładnie w tym punkcie, w którym przedtem przerwała – a było to pięć lat nim Elizabeth nastała u mnie – zaraz – pięć lat czy cztery i pół? – powiedzmy, że cztery i pół, miał od innego służącego, który nazywał się Ahab Crowe.
– Nie! – powiedział Juruś.
– Tak! – odrzekła pani Weston, pospiesznie dopijając szampana, bo Foljambe się zbliżała. – Tak, Ahab Crowe. On też się ożenił tak jak teraz zamierza Atkinson, co samo w sobie jest dziwnym zbiegiem okoliczności. Mówię pułkownikowi, że gdyby Ahab Crowe się nie ożenił, byłby z nim do dziś i kto to wie, czy Elizabeth by mu się spodobała? Bo jeśli nie, to nie sądzę, żebyśmy z pułkownikiem kiedykolwiek….ech, już nic nie mówię, zaoszczędzę wam moich rumieńców. Ale nie o tym chciałam. Jak myślicie, z kim ożenił się Ahab Crowe? Każdy może spróbować zgadnąć dziesięć razy, ale i tak nikomu się nie uda, bo jej imię było niezwykłe: z panną Jackdaw. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam, a jeśli spytacie pułkownika, potwierdzi każde moje słowo. Boucher i Weston w porównaniu brzmią pospolicie, ale jak dla mnie to wystarczy.
Lucia roześmiała się srebrzyście.
– Droga pani Weston – powiedziała – musi mi pani w końcu zdradzić datę tego szczęśliwego wydarzenia. Pepino i ja wybieramy się na Riwierę….
Juruś się wtrącił.
– Niczego podobnego nie zrobicie – powiedział. – Co wtedy będzie z nami? Aleś ty samolubna, Luciu.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 08 Gru, 2024 20:33
|
|
|
Ciąg dalszy świątecznego przyjęcia
Rozmowa rozbiła się znów na duety i tria, a Lucia mogła porozmawiać ze swym gospodarzem. Ale jeszcze pół godziny wcześniej, pomyślał Juruś, krążyli wokół siebie na paluszkach jak dwa psy z podkulonymi ogonami i delikatnie na siebie powarkiwali świadomi, ze nagłe hapnięcie lub próba najmniejszego odejścia od etykiety może doprowadzić do wybuchu wielkiej kłótni. Ale teraz ta lodowata uprzejmość procentowała: lodu już nie było, chyba że ten na deserowym talerzu, a uprzejmość nie wynikała już z zasad etykiety. Obecnie mogli uznać się za republikę, ale kto wie, co wydarzy się po kolacji. Na razie nie padło ani słowo o żywych obrazach.
Lucia ściszyła głos rozmawiając z Jurusiem i przerzuciła się w dużej mierze na włoski, na wypadek gdyby ktoś coś usłyszał.
– Non cognosce nikogo? – zapytała. – O i tablieri pytam. I czy mamy wszyscy siedzieć w aula, gdy będą szykować il salone?
– Si – odrzekł Juruś. – W kominku jest napalone. Kiedy tam przejdziecie, zatrzymaj ich tam. I domestichi będą przygotowywać il salone.
– Molto bene. Potem Pepino ty i ja po prostu się wymkniemy. La lampa działa cudownie. Robiliśmy próby po wiele razy.
– Wszyscy się kręcą – powiedział Juruś zmieniając szyfr.
– Jestem strasznie nervosa! – powiedziała Lucia. – Pomyśl, że zagram Brunhildę przed śpiewającą Brunhildą. Nie wiem czy wytrzymam.
Juruś wiedział, że Lucia była w siódmym niebie na wieść, że Olga chce przyjść po kolacji i obejrzeć żywe obrazy, więc łatwo było mu ją nakłonić, by przełamała nerwy i podjęła tak wyczekiwaną próbę. On sam był ledwie przytomny z przejęcia na myśl o zagraniu króla Cophetui.
W tym momencie, zaraz po tym kiedy rozdano świąteczne petardy, zza okien dobiegł śpiew kolędników i Lucia musiała się skrzywić, kiedy pojawił się przed nimi „dobry król Wenceslas.” Kiedy król i Paź wyśpiewywali swoje teksty, reszta głosów się uciszyła, więc właściwie słyszeli partię solo. Kiedy zaśpiewał Paź, Lucia się wzdrygnęła.
– To ten mały rudy chłopak, który prawie ogłuszył mnie w kościele – szepnęła do Jurusia. – Ty też masz nadzieję, że niedługo ochrypnie?
Zrobiła tę uwagę bardzo dyskretnie, żeby nie ranić uczuć pani Rumbold, bo to ona przygotowywała chór. Wszyscy wiedzieli, że Królem jest pastor Rumbold, który powtórzył każdemu że „bardzo mu miło” kiedy skończył śpiew.
– Ten chłopiec ma też bardzo ładny głos – powiedziała pani Weston. – Tommy Luton też ładnie śpiewał, ale ten głos wydaje mi się o wiele lepiej ustawiony niż Tommy’ego Lutona. To wielka pani zasługa, pani Rumbold.
Szara głodna Mysz nagle wybuchnęła piskliwym śmiechem, całkiem znienacka. Wtedy Jurusia olśniło.
Wstał.
– Nikt stąd nie wychodzi – powiedział – bo jeszcze nie wypiliśmy za zdrowie nieobecnych przyjaciół. Wyjdę sprawdzić w kuchni, czy dostaną poczęstunek zanim ruszą dalej.
Na drżących nogach doszedł do drzwi i puścił się biegiem. Na zewnątrz stało z pół tuzina chłopców z chóru i wysoka kobieta otulona futrem.
– Bosko! – rzekł do Olgi. – Ciocia Jane uznała, że masz wyćwiczony głos. Przyjdziesz niedługo, prawda?
– Tak. Wszystko idzie gładko?
– Wręcz idealnie – powiedział Juruś. – Lucia wyraziła nadzieję, że ochrypniesz. Ale wszystko jest pięknie.
Upewnił się w kuchni co do jedzenia i pospieszył znów do gości. Trzeba było wszak rozwiązać zagadkę Quantocków, wkrótce miały rozpocząć się żywe obrazy: niedługo miał też przyjść rudowłosy chłopiec. Co za noc Bożego Narodzenia!
Wkrótce potem hol Jurusia wypełnił się gośćmi, a nie padło jeszcze ani słowo o żywych obrazach. Zrobiło się tak tłoczno, że nikt nie był w stanie zauważyć że Lucia i Pepino są nieobecni. Olga z pewnością była: tego nie dało się nie dostrzec. A potem Foljambe otworzyła drzwi do salonu i rozległ się gong.
Lampa zadziałała doskonale i godzinę później jedna Brunhilda była przemiła dla drugiej, kiedy siedziały obok siebie.
– Jeśli naprawdę chce pani znać moje zdanie, droga panno Bracely – powiedziała Lucia – oto ono. Po prostu trzeba stać się Brunhildą. Śpiew, oczywiście, jak pani zauważyła, bardzo pomaga: śpiewem można tak wiele wyrazić. Ma pani to wielkie szczęście. Muszę przyznać, że miałam wątpliwości gdy Pepino – a może to był Juruś – zaproponował, żebyśmy zrobili scenę Brunhilda – Zygfryd. Powiedziałam, że to będzie tak strasznie trudne. Powoli: to musi iść bardzo powolne, a kiedy musisz robić wolne ruchy, a nie mogą one być tylko ilustracją tego, co śpiewasz – no, to bardzo miłe że pani tak mnie komplementuje, ale bardzo trudno jest to wykonać.
– I sama je pani opracowała? – powiedziała Olga. – Coś wspaniałego!
– Ach, gdybym była mogła zobaczyć, jak pani to zrobiła – powiedziała Lucia – na pewno podchwyciłabym kilka wskazówek! A król Cophetua! Powie pani jakieś miłe słowo naszemu królowi? Bardzo byłam zadowolona, że po całym tym wysiłku Brunhildy stałam odwrócona plecami do widowni. Nawet w takiej pozie trudno było stać spokojnie, ale pani z pewnością wie o tym równie dobrze jak ja, sama grała pani Brunhildę. Juruś był pod ogromnym wrażeniem pani występu. A znów Maria królowa Szkotów! Ten skurcz ciała, ten upadek ducha! To właśnie chciałam wyrazić. Następnym razem kiedy podejmę się takiego zadania, musi pani przyjść i mi doradzić. Ale szybko to nie nastąpi, obawiam się, bo Pepino i ja myślimy o małym odpoczynku na Riwierze.
– Och, jakie to samolubne! Nie wolno pani!
Lucia roześmiała się srebrzyście.
– Jak wy mnie wszyscy męczycie o ten wyjazd na Riwierę! – powiedziała. – Ale jeszcze nie obiecuję, że z niego zrezygnuję. Zobaczymy! Wielkie nieba! Ależ późno się zrobiło. Chyba bardzo późno zasiedliśmy do kolacji. Nie rozumiem, czemu nie została pani zaproszona na kolację! Skrzyczę za to Jurusia. Ach, oto i droga pani Weston zbiera się do wyjścia. Muszę życzyć jej dobrej nocy. Uznałaby to za dziwne, gdybym tego nie zrobiła. I pułkownik Boucher! Och, idą w naszą stronę aby nam zaoszczędzić trudu!
Rzeczywiście wśród gości dało się zauważyć ogólny ruch, ale nie w stronę drzwi, tylko miejsca, w którym siedziały Olga i Lucia.
– Śnieg sypie – powiedziała do Olgi podekscytowana Świnka. – Czy odnajdziesz ślady moich stóp, mój paziu?
– Świnko, ty…. Ty gąsko – powiedziała Olga pospiesznie. – Gąsiu, czyż żywe obrazy nie były cudowne?
– A kolędy! – rzekła Gąsia. – Byłam zachwycona kolędami. Zgadłam. Pani też, pani Lucas?
Olga uciekła się po podłej sztuki, stanęła Gąsi na stopie i przeprosiła. Posunięcie było tchórzliwe, bo sprawa kolęd na pewno kiedyś wyjdzie na jaw. A Gąsia i tak wdepnęła znów na niebezpieczny grunt mówiąc, że jeśli paź jest taką niezdarą to nie ma potrzeby zostawiania mu żadnych śladów.
c.d.n
Tlum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 09 Gru, 2024 20:51
|
|
|
Małżonkowie dzielą się tajemnicą, którą chętnie odkryłby Juruś
Śnieg sypał bardzo gęsty, koła wózka pani Weston zostawiły w nim głęboki ślad, ale Daisy i Robert mimo tego nie odeszli nawet pięćdziesięciu jardów od domu Jurusia gdy się zatrzymali.
– No dobrze, o co chodzi? – spytała Daisy. – Mów. Dlaczego wspomniałeś o odkryciu muślinu?
– Ja tylko powiedziałem, że mieliśmy szczęście do medium, które spotkałaś w końcu w wegetariańskiej restauracji. – odpowiedział. – Chyba mogę wziąć udział w ogólnej rozmowie? A jak już o tym mowa, to czemu wspomniałaś o demaskacji w gazetach?
– Ogólna rozmowa – odpowiedziała krótko. – Więc to wszystko, tak?
– Tak – powiedział Robert – ale może coś wiesz i…
– Nie zwalaj wszystkiego na mnie – rzekła Daisy. – Jeśli chcesz wiedzieć, to myślę, że masz jakiś sekret.
– A jeśli ty chcesz wiedzieć, co ja myślę – odparł – to wiem, że to ty masz jakiś sekret.
Daisy zawahała się przez chwilę, śnieg okrył bielą jej ramiona i strząsnęła go z płaszcza.
– Nienawidzę podchodów – powiedziała. – Znalazłam całe jardy muślinu i brwi Amadeo w sypialni tej kobiety zaraz po jej wyjeździe.
– A w zeszły czwartek ukarano ją grzywną za urządzenie seansu, w którym brał udział detektyw – powiedział Robert. – Na Gerard Street pod piętnastką. Capnął Amadeo czy kardynała Newmana za gardło, a to była ta kobieta.
Rozejrzała się pospiesznie.
– Kiedy myślałeś że komin się pali, to ja paliłam muślin – powiedziała.
– Kiedy ty myślałaś że komin się pali, to ja paliłem cały zapas „Todd’s News”- odpowiedział. – I jeszcze egzemplarz Daily Mirror, gdzie opisywali sprawę. Należał do pułkownika Bouchera. Ukradłem go.
Położyła dłoń na jego ramieniu.
– Chodźmy do domu – powiedziała. Musimy się naradzić. Nikt nie wie prócz ciebie i mnie?
– Nikt, moja droga – odrzekł Rober serdecznie. – Ale są podejrzenia. Juruś na przykład coś zwęszył. Widział, że wykupiłem wszystkie egzemplarze „Todd’s News,” a przynajmniej kręcił się w pobliżu. Dziś ewidentnie trafił na jakiś trop, choć podał bardzo przyzwoitą kolację.
Weszli do gabinetu Roberta: był nie ogrzany, ale żadne tego nie czuło, tak byli rozemocjonowani i pełni chęci działania.
– Miałeś cudowny pomysł, Robercie – powiedziała. – To było mistrzowskie, uratowałeś sytuację. I ten „Daily Mirror”: całe szczęście że go ukradłeś. Okropny szmatławiec, zawsze tak uważałam. Tak, Juruś coś podejrzewa, ale na szczęście sam nie wie co.
– Dlatego oboje powiedzieliśmy, że ostatnio mieliśmy o niej wieści. Nie masz ani sztuki „Todd’s News,” prawda?
– Nie; spaliłem w każdym razie każdą kartę z kroniką kryminalną. Dla bezpieczeństwa.
– Właśnie. Ja nie mogę pokazać ci brwi Amadea z tego samego powodu. Ani muślinu. Przepiękny muślin, mój drogi, całe jardy. Musimy teraz zrobić tak: udawać dalej, że interesujemy się parapsychologią, nie wolno nam ani ich porzucać, ale okazywać, że nas od nich odrzuca. Szkoda, że od razu nie dopuściłam cię do sekretu i nie powiedziałam o brwiach Amadeo
– Moja droga, świetnie postąpiłaś – odpowiedział. – Tak samo ja, kiedy nie pisnąłem słówka o Todd’s News. Zachowanie tajemnicy nawet przed sobą nawzajem było rozsądniejsze, aż do chwili gdy stało się niemożliwe. I myślę też, że mądrzej będzie przyjąć do wiadomości, że od czasu do czasu będziemy mieć kontakt z księżną. Może na kilka miesięcy znowu nas odwiedzi. To – ależ to byłoby komiczne, żeby tak – zza kulis powiedzmy – obserwować łatwowierność innych.
Daisy uśmiechnęła się szeroko.
– Z pewnością zaproszę wtedy kochaną Lucię na seans – powiedziała. – Wielkie nieba, jak późno się zrobiło; między obrazami były strasznie długie przerwy. Ale musimy uważać na Jurusia i pilnować się przy odpowiedziach na jego impertynenckie pytania. Na pewno będzie się dopytywał. Co do sprowadzenia tu znowu tej kobiety, Robercie. To mogłaby być zbyt ryzykowne, bo ledwie nam się udało i nie powinniśmy wkładać głowy w tę samą pętlę. Z drugiej strony to na zawsze uciszyłoby podejrzenia gdybym powiedzmy za kilka miesięcy zaprosiła ją tutaj na krótki odpoczynek. Mówiłeś, że to była tylko grzywna, nie areszt?
Ten tydzień był bardzo pracowity; zwłaszcza Juruś nie miał ani chwili dla siebie. Domek przy Zagajniku, jeszcze niedawno tak izolowany, nagle zaczął się radować i śpiewać i wręcz eksplodował wszelkimi budującymi rozrywkami. Lucia, kapryśna królowa, która całkiem już zapomniała o całym jadzie, który na niego wylała, dała mu do zrozumienia, że jest w jej łaskach równie wysoko jak kiedyś i był w związku z tym tak zajęty swymi obowiązkami jak przedtem. Pytanie, czy wróciłby na stare miejsce tak ochoczo nigdy nie powstało, bo choć to Lucia go angażowała, to Olga go tam doprowadziła. Lecz miał swoją pociechę, bo lucine szlachetne wybaczenie wszelkiej nielojalności wobec niej objęło też Olgę i nie została ona pominięta w zaproszeniach na żadną z kolacji i przyjęć muzycznych i prezentację nowego tomu poematów prozą Pepina, które były już po korekcie i został odczytany przed wybraną publicznością od deski do deski – i żadnego zaproszenia nie odrzuciła. Lucia przymknęła nawet oko na fakt, że śpiewała ona kolędy w noc Bożego Narodzenia, choć sama twierdziła, że głos rudowłosego chłopca był dla niej tak wyjątkowo przykry. Jej portret pędzla Jurusia (nie wiedziała, że to Olga go obstalowała) wisiał obok fortepianu w saloniku muzycznym tam, gdzie wcześniej wisiała grafika z Beethovenem i był dla niej źródłem najwyższej satysfakcji. Przedstawiał ją siedzącą za fortepianem, ze wzrokiem opuszczonym na klawiaturę i mniej więcej przypominał szkic portretu Olgi porzuconego na jego rzecz, ale Juruś nie miał czasu zastanawiać się nad inną pozą, a perspektywę fortepianu potrafił oddać bez wysiłku. Wisiał więc teraz z tytułem Sonata Księżycowa wypisanym na ramie złoconymi literami, a Lucia, choć nie przestawała twierdzić, że uczynił ją o wiele, wiele za młodą, nie mogła w duchu nie uznać, że bardzo udatnie uchwycił jej rysy…
Zatem Riseholme zbiegło się znów w Domku przy Zagajniku jak stado zagubionych owiec, bo było pewne, że zawsze zastaną tam Olgę, nawet gdyby miało się okazać, że wylądują, głęboko oddychając, na zajęciach z guru. Trzeba było wysiedzieć na poematach Pepina, wysłuchać starych melodii i westchnąć na końcu, ale Olga mieszała swe westchnienia z ich westchnieniami i często po należytej pauzie Lucia mawiała do Olgi zwycięskim tonem:
– Jedną malutką pieśń, panno Bracely, może zwrotkę? Czy za bardzo nadużywam pani dobrej woli? Gdzie pani akompaniator? Słowo daję, zazdroszczę mu: muszę któregoś dnia go podsiąść! Georgino, panna Bracely nam zaśpiewa. Czyż to nie uczta? Ciiii… proszę, panie i panowie!
I nadużywszy dobrej woli panny Bracely spieszyła na swoje miejsce i zasiadała z wyrazem twarzy tak uduchowionym, że większego nie widziano na twarzy śmiertelnika.
Potem Juruś miał do dokończenia drugi obraz, który miał nadzieję dać w prezencie na Nowy Rok, bo Olga nalegała, żeby najpierw wykończył portret Luci. Udało mu się stworzyć jej podziwu godną podobiznę i było w niej wszystko, czego brakowało sztywnemu, wymuskanemu wizerunkowi Luci. Ponuremu grudniowi i Żonkilom i reszcie z tej serii też go brakowało: po raz pierwszy stworzył coś, przy czym zapomniał o sobie. Nie było to żadną miarą dzieło genialne, bo Juruś nie miał w sobie nawet grama geniuszu, a jego talent nie był bynajmniej wysokiego rzędu, ale miał w sobie coś z naturalności kwiatu, który wyrósł na glebie, która go wykarmiła.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 10 Gru, 2024 11:42
|
|
|
Nooo, wspaniale wszystko sie rozwiązało, wilk syty, koza cała, Daisy i Robert załatwili sprawę księżnej po mistrzowsku |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 11 Gru, 2024 07:00
|
|
|
Tak, Daisy i Robert wyszli z tego wygrani na całego - prócz może wydatków na całą imprezę Ale cóż, utarcie nosa Luci było tego warte. |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 11 Gru, 2024 08:53
|
|
|
No ba, i na dodatek ujawnienie prawdziwego jej charakteru - bezcenne |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 12 Gru, 2024 12:30
|
|
|
Dziś wrzucę coś niecoś |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 12 Gru, 2024 14:11
|
|
|
|
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 12 Gru, 2024 19:12
|
|
|
Dziś niedużo, ale mocno - dla Jurusia zwłaszcza.
Ostatniego dnia roku kładł jeszcze ostatnie szlify, małe mocno odbite światła na czarnych klawiszach, drobne czarne cienie na listwie panelu za swą ręką. Tak czy inaczej skończył już jej portret, a ona siedziała na ławie przy oknie wyglądając na zewnątrz i bawiąc się frędzlem zasłony. Był tak zaabsorbowany pracą że ledwie zauważył, że ona jest niezwykle milcząca.
– Mam dla ciebie nowinę – powiedziała w końcu.
Juruś wstrzymał oddech malując cienką jak włos linię wzdłuż jednego z klawiszy.
– Nie! Jaką? – spytał. – Coś o księżnej?
Olga najwyraźniej uznała to za próbę zmiany tematu.
– Dobrze, porozmawiajmy o tym przez chwilę. Powinieneś był wtedy od razu zamówić jeszcze jeden egzemplarz „Todd’s News.”
– Tak, powinienem, wiem, ale nie mogłam już żadnego dostać kiedy o tym później pomyślałem. Nie było łatwo. Ale jestem pewien, że było tam coś o niej.
– Z Quantocków nic nie uda ci się wyciągnąć?
- Nie, choć zastawiłem na nich masę pułapek. Dogadali się. Oboje coś wiedzą. Kiedy zastawiam pułapkę, nic z tego nie wychodzi: patrzą na nią, potem na siebie, potem w drugą stronę.
– Jakie to pułapki?
– Och, jakiekolwiek. Mówię nagle: „Zadziwiające, że wśród mediów jest tylu oszustów, zwłaszcza za pieniądze.” Bo widzisz, nie wierzę nawet na pół palca, że te seanse urządzane były w czynie społecznym, choć nam za nie płacić nie kazano. A potem Robert mówi, że nigdy nie zaufałby medium za pieniądze, a ona patrzy na niego z aprobatą i mówi: „Droga księżna!” Innego dnia – to była dobra przynęta – powiedziałem: „Czy to prawda, że księżna przyjeżdża do lady Ambermere?” Nie kłamałem, to było tylko pytanie.
– I co? – spytała Olga.
– Robert mocno drgnął – nie podskoczył, ale wyraźnie drgnął. Ale ona była na miejscu i powiedziała: „Ach, to byłoby miłe. Ciekawe, czy to prawda. Księżna nie pisała o tym w ostatnim liście.” A on popatrzył na nią z aprobatą. Coś w tym wszystkim jest, nikt mi nie powie, że nie.
Olga nagle wybuchnęła śmiechem.
– O co chodzi? - spytał Juruś.
– Och, to wszystko jest tak smakowite! – powiedziała. – Nigdy przedtem nie miałam pojęcia jak niesamowicie ciekawe są drobne sprawy. To wszystko jest szalenie ekscytujące, a zaraz potem następuje pięćdziesiąt innych spraw, równie ekscytujących. Czy to, ze wy tak się nimi niezwykle podniecacie sprawia, że są takie ekscytujące, czy są ekscytujące same w sobie, a zwyczajni tępi ludzie, nie Riseholmczycy, nie widzą po prostu ich blasku? Odra Tommy’ego Lutona, sekret Quantocków, ukochany Elizabeth! I pomyśleć, że uważałam, że trafiłam na stojące wody.
Juruś uniósł obraz i zmrużył oczy.
– Wydaje mi się, że jest skończony – powiedział. – Oprawię go i powieszę w salonie.
Była to pułapka i Olga w nią spadła.
– Tak, tam będzie wyglądał ładnie – powiedziała. – Naprawdę Jurusiu, bardzo mądrze się sprawiłeś.
Zaczął czyścić pędzle.
– A jaka jest twoja nowina? – zapytał.
Wstała ze swojego miejsca.
– Przy tej historii i sekrecie Quantocków zapominałam o tym całkiem – powiedziała.– No sam widzisz: zapomniałam na śmierć, Jurusiu. Przyjęłam właśnie propozycję koncertów w Ameryce, angaż na cztery miesiące, pięćdziesiąt miliardów funtów za występ. Grosik mniej i nie pojechałabym. Ale naprawdę nie mogę odmówić. Wszystko to wypadło bardzo nagle, ale chcą tam wystawić Lukrecję zanim pojawi się w Anglii. Potem wrócę i przez całe lato będę śpiewać w Londynie. Ojej!
Zapadła martwa cisza, a Juruś nadal czyścił swe pędzle.
– Kiedy wyjeżdżasz? - zapytał.
– Za jakieś dwa tygodnie.
– Och – powiedział.
Przeszła przez pokój do fortepianu i zamknęła go bez słowa, podczas gdy on zawijał w papier swój dokończony obraz.
– Pojedź z nami – powiedziała w końcu. - Zrobiłoby ci to nieskończenie dobrze, wyruszenie z tego kochanego miasteczka za dwa grosze, które mieści się w skorupce orzecha. Na świecie są wielkie rzeczy, Jurusiu: morza, kontynenty, ludzie, ruch, emocje. Powiedziałam mojemu Jurusiowi, że chcę cię zaprosić, a on się całkowicie zgodził. Oboje cię lubimy, wiesz przecież. Byłoby cudownie gdybyś pojechał. Pojedź choć na trochę: oczywiście będziesz naszym gościem, proszę.
W tej chwili świat na moment stał się zupełnie czarny, a dzięki temu zrozumiał, kto dla niego był jego światłem. Potrząsnął głową.
– Dlaczego nie chcesz? - spytała.
Popatrzył jej prosto w oczy.
– Bo cię uwielbiam – powiedział.
Koniec rozdziału piętnastego
c.d.n
Tym sposobem doszliśmy niemal do końca - przed nami jeszcze jeden rozdział |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 12 Gru, 2024 20:27
|
|
|
Łoooo, z grubej rury ! |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 13 Gru, 2024 20:14
|
|
|
Ba!
Postanowiłam wrzucić cały rozdział w jednym kawałku, bo kilka dni mnie nie będzie, a nie chcę robić długich przerw przed końcem.
Wiosna przychodzi do Riseholme
Rozdział szesnasty
Pewnego marcowego poranka całe Riseholme obiegła radosna wieść, że w ogródku Perdity pierwsze wiosenne kwiaty są już w pełnym rozkwicie. Był to jeden z tych olśniewających wiosennych dni angielskiej wiosny, kiedy to olbrzymie białe obłoki wędrują przez rozlegle przestrzenie błękitu pchane południowo zachodnim wiatrem, a po zielonych pastwiskach poniżej suną ich ulotne cienie. Parlament na błoniach obradował w pełnym składzie, a w gałęziach wiązów uwijały się gawrony.
Po wyjeździe Olgi zapanowała straszna beznadzieja. Riseholme naturalnie sobie przypisało większą część zasług za nieprawdopodobny sukces, jaki odniosła inscenizacja Lukrecji, bo słusznie uznano, że prawdziwa kolebka tej opery była tu, gdzie artystka próbowała ją po raz pierwszy. Lucia zdawała się pamiętać to lepiej niż ktokolwiek inny, bo pamiętała takie rzeczy, co do których nikt nie miał nawet najbledszego wspomnienia: jak omawiała szczegóły muzyki z signorem Cortese, a on pytał, gdzie ona studiowała muzykę. Co za rozkosz – rozmawiać po włosku z Rzymianinem – lingua Toscana in bocca Romana – i jaki to był wspaniały wieczór.
Biedna pani pułkownikowa niewiele z tego mogła sobie przypomnieć, ale Lucia od dawna była świadoma, że jej pamięć niestety szwankuje. Po zakończeniu spektakli Lukrecji w Nowym Jorku Olga wystąpiła w kilku starszych rolach, między innymi jako Brunhilda, a Lucia długo i szeroko wspominała to urocze przyjęcie bożonarodzeniowe u Jurusia, kiedy to wystawili żywe obrazy. Droga Olga była tak miła i bezpretensjonalna: podeszła potem do Luci i zapytała, jak pracowała nad gestami w scenie przebudzenia, a Lucia była zadowolona, szczęśliwa nawet, mogąc udzielić jej kilku wskazówek. Prawdę powiedziawszy Lucia była znowu sobą: to tylko jej poddanych trudno było rozruszać. Szczególnie Juruś był apatyczny i nudny, a Lucia, przy całej swej bystrości, zupełnie nie umiała znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy.
Ale dziś ciepły, ożywczy powiew wiosny wydawał się osuszać błotniste równiny, ożywać rośliny, które chyliły się bez życia i siły, a teraz, nawodnione, znów unosiły prężnie omdlałe główki. Nikt nie był w stanie oprzeć się czarowi tej pory roki i Juruś, który z czystej uprzejmości zamierzał pójść i obejrzeć głupie wczesne kwiatki Perdity (powiadomiony o ich epifanii przez telefon z Domku przy Zagajniku), odkrył, kiedy tylko wystawił nogę za próg domu w ten ciepły, wietrzny poranek, że miło byłoby przejść się najpierw na błonia i sprawdzić, czy są jakieś nowiny. Jedyne, jakie go obchodziły od dwóch tygodni to były wieści z Ameryki. Miał ich już cały pakiecik zawiązany różową wstążką.
Po pozbyciu się Świnki poszedł do kiosku żeby kupić swojego „Timesa,” który jak na złość nie przyszedł i widok „Todd’s News” z jego żółtymi kartkami pobudził jego senne zainteresowanie. Ani jeden promień światła nie został rzucony na to nadzwyczajne wydarzenie kiedy to Robert wykupił cały nakład i choć Olga nigdy nie zapomniała o to zapytać, on nie był w stanie udzielić jej żadnej nowej informacji. Od czasu do czasu zastawiał jakąś leniwą pułapkę na któreś z Quantocków, ale żadne z nich w nią nie wpadło. Cała ta sprawa musiała zostać zaliczona, podobnie jak pytanie o pochodzenie zła, do niewyjaśnionych tajemnic żywota.
Korespondencję można było odbierać zanim jeszcze listonosz robił swój obchód od domu do domu dzwoniąc wcześniej na pocztę i kiedy Juruś czekał na swego „Timesa,” z budynku poczty z wielkim pośpiechem wyszła pani Quantock z małą paczuszką w dłoniach, którą po drodze zaczęła otwierać. Tak była tym zajęta, że w ogóle nie zauważyła Jurusia, choć minęła go całkiem blisko, a wkrótce upuściła rozdartą kopertę. Na ten widok zaczął ogarniać go „dawny znajomy czar” i Juruś odkrył, że intensywnie zastanawia się, co też ona zawierała.
Była teraz jakieś sto jardów od niego, krocząc w stronę Domku przy Zagajniku, nie było wiec wątpliwości, że i ona szła podziwiać pierwsze kwiaty Perdity. Podążył za nią krokiem szybszym niż ona i zaczął ją doganiać. Wkrótce (tym razem przez przypadek, nie tak, jak w zaaferowaniu niechlujnie wyrzuciła kopertę) upuściła niewielki papier, a Juruś podniósł go zamierzając jej go oddać. Była to ewidentnie mała broszura z nadrukiem na okładce. Nic nie mógł poradzić na to, że zobaczył napis zachęcający dużymi literami:
POWIĘKSZ SWÓJ WZROST
Juruś przyspieszył kroku, a wokół niego zajaśniał stary, znajomy czar. Kiedy tylko znalazł się w zasięgu głosu, zawołał ją, a kiedy odwracała się nerwowo jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku, z jej rąk wyleciało małe pudełeczko. Kiedy spadło na ziemię, wieczko się otworzyło i po zielonej trawie rozsypała się masa czerwonych pastylek do ssania. Wydała okrzyk przerażenia.
– Och, Jurusiu, aleś mnie przestraszył – powiedziała. – Pomóż i proszę je pozbierać. Myślisz, że wilgoć im zaszkodzi? Jakieś wieści? Tak byłam pochłonięta swoimi sprawami, że z nikim nie rozmawiałam.
Juruś pomagał zbierać czerwone pastylki.
– Upuściłaś to po drodze – powiedział. – Podniosłem żeby ci oddać.
–O, jak miło. A patrzyłeś co to jest?
– Nie mogłem nie zauważyć nagłówka – rzekł Juruś.
Popatrzyła na niego zastanawiając się nad następnym krokiem. Jeśli nic mu nie powie, to pewnie on rozgada wszystkim…
– No dobrze, dopuszczę cię do tajemnicy – powiedziała. – To najcudowniejszy wynalazek i powiększa twój wzrost, nieważne w jakim jesteś wieku, od dwóch do sześciu cali. Pomyśleć tylko! Trzeba też co rano robić ćwiczenia, podobne do jogi i zażyć trzy tabletki dziennie. Są całkiem nieszkodliwe i wkrótce zaczynasz strzelać w górę. Brzmi jak bajka, prawda? Ale jest tu tyle świadectw, że nie mogę wątpić, że są autentyczne. O proszę, ten człowiek urósł aż sześć cali. Widziałam reklamę w jakiejś gazecie i zamówiłam. Tylko gwinea! Ile będzie śmiechu kiedy Robert odkryje, że jestem wyższa od niego! Ale póki co ani słowa! Za skarby świata nie mów drogiej Luci. Jest wyższa ode mnie o pół głowy, a gdyby każdy urósł dwa do sześciu cali, nie byłoby żadnej zabawy. Możesz do nich napisać, dam ci adres, ale nikomu nie mów.
– Cudownie! – powiedział Juruś. – Na pewno będę ci się przyglądał. Patrz, kwiaty Perdity. Jakie piękne!
Nie musieli naciskać ogona syreny, bo Lucia dostrzegła ich z okna salonu muzycznego i usłyszeli jak jej obcasy stukają w wypolerowaną podłogę w hallu.
– Posłuchaj tylko! Nigdy więcej wysokich obcasów! – powiedziała pani Quantock. – I mam ci coś jeszcze do powiedzenia. Lucia może to usłyszeć. Ach, kochana Luciu, co za ogród Perdity!
– Prawda? – powiedziała Lucia posyłając całusy Jurusiowi i całując Daisy. – Widać, że wiosna już nadeszła. Primavera! A dziś ukazuje się piccolo libro Pepina. Nie zdziwię się jeśli po południu znajdziecie po egzemplarzu w skrzynkach pocztowych. Cudownie! Po prostu cudownie!
Z pewnością nikogo by nie zdziwiło, że krew Jurusia zaczęła znów krążyć w jego żyłach. Czekało go przyjemne, ekscytujące lato, które wymagało od niego tylko tyle paliwa do podtrzymania ognia, ile był w tej chwili w stanie z siebie dać. Pani Quantock stała już na paluszkach (dosłownie i w przenośni) żeby zacząć rosnąć, Pepino wydał drugi z tych welinowych tomików spiętych taśmami z pieczęciami, pani Weston miała zostać pod koniec tygodnia panią pułkownikową, a w tym samym kościele i o tej samej godzinie Elizabeth miała zostać panią Atkinsonową. Gdyby te sprawy nie miały mieć smaku z powodu…
– Jak siemaś? – spytał Juruś w nagłym porywie wiosennego prądu, który go przeszył. – Bo ja baldzio dobzie, sięki, i baldzio baldzio chcę psiecitać ksiązeckę Pepina.
– Do domciu – powiedziała Lucia. – I ty tez wchodź. No to, kto ma jakieś smakowite wieści?
Pani Quantock szła przez hall na palcach, już oczekując na szczęśliwe chwile, kiedy będzie od dwóch do sześciu cali wyższa. Jak stało w bardzo emocjonujące broszurce, świat nabiera zupełnie innej perspektywy kiedy jesteś choć o sal wyższy. Aż nie chciało jej się siadać.
– Czy przyszły tydzień masz bardzo wypełniony, Luciu? – spytała.
Lucia przycisnęła palec do czoła.
– Poniedziałek, wtorek, środa – zaczęła. – Nie, nie wtorek, nic nie robię we wtorek. Czemu pytasz?
– Mam nadzieję, że zatrzyma się u mnie moja droga przyjaciółka, księżna Popowska - powiedziała pani Quantock. – Pozbądź się uprzedzeń do spirytyzmu i daj mu szansę. Przyjdź na seans we wtorek. Ty też oczywiście, Jurusiu: wiem, że nie ma sensu zapraszać Luci bez ciebie.
Lucia przybrała ten nieobecny wyraz twarzy, który rezerwowała tylko dla arcydzieł muzyki i beznadziejnego oddania Jurusia.
– Pięknie! To będzie piękne! - powiedziała. – Pasjonujące! Przyjdę z zupełnie otwartą głową.
Juruś już prawie nie rozpaczał nad unicestwieniem tajemnicy. Pewnie ją sobie wyobraził, bo rozpadła się jak domek z kart, skoro księżna wracała. Seanse też były świetne; będzie musiał odkurzyć swoją planszetkę.
– A co ma by w środę? - spytał Lucię. - Wiem tylko tyle, że nie jestem zaproszony. Obraziłem się.
– Niespodzianka – powiedziała Lucia. - Nie jesteś zajęty w ten wieczór, prawda? Ani ty, droga Daisy? To cudnie. Ósma? Nie, lepiej za piętnaście, to da nam więcej czasu. Nie powiem wam o co chodzi.
Pani Quantock ściskając swoje pastylki zaczęła się zastanawiać, o ile wyższa będzie do tej pory. Kiedy Lucia im grała, wyjęła jedną z pudełka i włożyła do ust, żeby od razu zacząć rosnąć. Smakowała raczej gorzko, ale wcale nieźle.
K o n i e c
Tłum. Trzykrotka
Tamaro dziękuję za wspólne czytanie |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 16 Gru, 2024 08:39
|
|
|
A ja dziękuję za cudną lekturę
Chyba lato zapowiada się równie interesująco jak zima Ciekawa jestem, co się stanie Daisy po tych pigułkach |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 18 Gru, 2024 06:07
|
|
|
Temat wzrostu oraz skutków ssania tabletek nie będzie kontynuowany, a może szkoda Natomiast ciąg dalszy spraw Riseholme opisano w jedynej książce cyklu przetłumaczonej rewelacyjnie na polski - Podbój Londynu. Angielski tytuł - Lucia in London. Tomów całego cyklu jest sześć, tłumaczę sobie właśnie czwarty w ramach nie dania się mgle mózgowej |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 18 Gru, 2024 09:42
|
|
|
Dzięki Trzykrotko
no to musze poszukać
Szkoda że nic o tabletkach więcej nie będzie |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21959 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 18 Gru, 2024 10:20
|
|
|
Jeśli tylko masz ochotę na kontynuację podróży - daj znać, mogę znów uruchomić łańcuszek z następną książką A powiem tak - tam to dopiero Lucia daje czadu Wszyscy starzy znajomi się pojawią z nowymi pomysłami. |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 22164 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 18 Gru, 2024 11:19
|
|
|
Ja z przyjemnością, bo bardzo mi się takie opowieści z prowincji angielskiej podobają
Podbój Londynu kilknięty |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron. Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.
|