PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Mapp i Lucia
Autor Wiadomość
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 18 Sie, 2025 20:18   

Sfermentowana zemsta :-P Ja i tak podziwiam Divę, że znosi tę "przyjaźń: z Elżbietą, która ogołociła jej ogródek ze śliwek i wszystkiego co na drzewo nie uciekło...


Lucia była rzeczywiście zajęta organizowaniem lekcji kalisteniki i zimowej wystawy i – ewidentnie – jakimś przyjęciem w Grebe, ale nie pisnęła jej ani słówka o żadnej z tych spraw, ani nie przysłała przepisu na homara à la Riseholme. Ale dziś już nic więcej nie dało się zrobić prócz może podjęcia kroków dotyczących wystawy, do udziału w której nie została zaproszona. W domu było pełno jej szkiców; wybrała kilka najlepszych w jej ocenie i kazała Withers spakować jej i wysłać z jej wizytówką na adres: Komitet Towarzystwa Sztuki, Grebe.
Zimowe przyjęcia brydżowe w Tilling miały swój stały i niezmienny wzorzec. O wpół do piątej serwowano niezwykle obfity podwieczorek, w tym kanapki z mięsem z konserw, a po podwieczorku następowały co najmniej trzy godziny brydża. Po takim posiłku nikt, jak powszechnie było wiadomo, nie marzył nawet o kolacji: i choć koło ósmej towarzystwo się rozchodziło wśród okrzyków zaskoczenia, że to już taka późna pora i uwag, że trzeba szybko do domu żeby przebrać się do kolacji, była to pusta figura retoryczna. Nikt nie potrzebował niczego ponad „tacę” i nikt do tej tacy się nie przebierał. Elizabeth należała do opcji twardo podtrzymującej fikcję o kolacji i przebieraniu się i znana była z tego, że wychodzi z przyjęć brydżowych o ósmej, mówiąc, że Withers skrzyczy ją jeśli się spóźni, a kucharka będzie wściekła.
Tak więc w sobotnie popołudnie ośmioosobowa grupa (bo siedmioro gości przyjęło zaproszenie) zebrała się w Mallards. Wszyscy były nadzwyczajnie serdeczni: wyglądało to zupełnie jakby chcieli wynagrodzić gospodyni coś, co miało się wydarzyć. Tę wprawną obserwatorkę uderzyło też, że zjedzono o wiele mniej niż zwykle. Przygotowała kanapki z kawiorem, o których wiadomo było, że pani Wyse potrafi nieuważnie zjeść ich nawet dziewięć i przygotowała czekoladki nugatowe, których Diva była w stanie zjeść cały talerz, ale choć czekoladki stały przed Divą, a kanapki przed Susan, żadna z nich nie wykazywała śladu zwykłej łapczywości. Dla padre przygotowała szkockie sucharki, bo ten, choć pochodził z Birmingham, był nienasycony tymi narodowymi herbatnikami, oraz whisky z sodą dla majora Benjy, który nie uznawał picia herbaty, ale i oni pozostawali dziwnie wstrzemięźliwi. Może to ta duszna, wilgotna aura położyła się im na wątrobach – rozmyślała Elizabeth, albo może ćwiczenia gimnastyczne odebrały im apetyt. Poza tym, co znamiennie, podczas podwieczorku nikt nie wspomniał o Luci.
Po podwieczorku przeszli do pokoju ogrodowego, w którym rozstawiono dwa stoły do brydża i do wpół do szóstej nic szczególnego się nie wydarzyło. O tej godzinie Elizabeth była partnerką majora Benjy i zauważyła z ciężkim sercem, że kiedy zabezpieczyła grę z ręki (jak się wkrótce miało okazać – kosztem oszałamiającej ofiary), on nie obserwował jak zwykle jej gry, lecz wstał i stojąc przy kominku zaczął wykonywać jakieś dziwne ruchy. Zrobił skłon ewidentnie starając się dotknąć stóp palcami, a tym wysilonym wygięciom towarzyszyła kaskada drobnych trzasków w stawach (kolanowych czy biodrowych, trudno było zgadnąć). Potem obrócił się w lewo i w prawo, jakby próbując, jak papuga, obejrzeć własne plecy. To dziwne i złowieszcze zachowanie wskazywało, że i on został wessany w wir kalisteniki, a co było jeszcze gorsze, kiedy usiadł znów za stołem, szepnął do Jurusia siedzącego obok
- I tak zrobiłem moje dziesięć minut, kolego.
Elizabeth ani trochę się to nie podobało. Wiedziała już, co oznacza dziesięć minut, a poufała forma zwracania się pod fircyka i modnisia” była niepokojąca. Jedyna pociecha w tym, że uwaga Jurusia została rozproszona, przez co przebił najlepszą kartę swojego partnera. Pod koniec rozdania Elizabeth brakowało jeszcze trzech lew do kontraktu i tu czekała ją kolejna zagadkowa niespodzianka, bo major Benjy, zamiast złościć się za jej porażkę, ewidentnie się z niej ucieszył. Co się z nim działo?
- Dobra robota, panno Elizabeth – powiedział. – Obawiałem się, że po mojej idiotycznej licytacji przegramy o wiele więcej.
Elizabeth rozumiała coraz mniej, dlaczego nikt nie ma apetytu i dlaczego wszyscy są dla niej tacy mili. Czy znów gromadzili się wokół niej, czy ich milczenie na temat Luci było taktownym podziękowaniem za jej nieobecność? Czy też między ich wstrzemięźliwością, powściągliwością i nietypowo pojednawczym nastawieniem istniał jakiś ukryty związek? Jeśli tak, to zupełnie jej umknął. A potem, gdy Diva radziła sobie jak mogła na swój nieporządny sposób, imię Luci padło po raz pierwszy tego wieczoru.
- Panie Jurusiu, nie powinien pan wychodzić w piki – powiedziała. – Lucia zawsze powtarza... Ojej, chyba źle rozdałam. A nie, dobrze, wszystko dobrze.
Elizabeth analizowała to tasując karty. Nikt nie zapytał, co mówi Lucia, a gładka zmiana tematu przez Divę, jakby to imię wymknęło jej się przypadkiem, robiła wrażenie, jakby nikt nie chciał ciągnąć tematu. Czyżby z nią skończyli? Ale jeśli tak, co z kalisteniką?
Teraz była dziadkiem i zajęła się obserwacją tragicznie nieudolnego zagrania majora Benjy, który popełnił okropny błąd, na jakie nikt, prócz może Luci, nigdy by sobie nie pozwolił. Withers weszła w trakcie i podała Elizabeth paczkę. Mając oczy i umysł zajęte rozgrywką, odpakowała ją z roztargnieniem i wydobyła zawartość z opakowań akurat kiedy rozgrywano ostatnie zagrania. Był to obraz, który posłała komitetowi artystycznemu dzień wcześniej, a wraz z nim napisany na maszynie formalny list z wyrazami żalu, że z powodu ograniczonego miejsca na ścianach, jakimi dysponuje komitet, obraz panny Mapp nie może zostać przyjęty. Ten list opadł na podłogę, a Juruś schylił się i podał go jej. Wręczyła list, obraz i opakowanie Withers i nakazała włożyć go do kredensu. Następnie pochyliła się przez stół do partnera, buzując zmieszanymi i niekontrolowanymi emocjami.
- Drogi majorze Benjy, co za bałagan! - powiedziała. - Gdybyś wyciągał karty na chybił trafił, nie mógłbyś, poza unieważnieniem, zagrać gorzej. Myślę, że musiałeś wziąć kilka lekcji od drogiej Lulu. Nieważne: żyj i oducz się.
Po tych słowach zapadła straszna cisza. Nawet gracze przy drugim stoliku zamarli i patrzyli po sobie baranim wzrokiem. Potem nastąpiło coś absolutnie nieoczekiwanego.
- Słowo daję, partnerko – powiedział major Benjy. - Zasługuję na każdą burę, jaką mi dasz. Grałem jak dziecko. Zasługuję, żeby za karę pokryć wszystkie nasze straty. Tysięczne przeprosiny.
Elizabeth, choć nie była w nastroju, musiała pokazać, że i ona jest wielkoduszna. Ale dlaczego jej nie odwarknął na swój zwykły sposób?
- Niegrzeczny major! - powiedziała. - Ale cóż to ma za znaczenie? To tylko gra, a w końcu każdy ma wzloty i upadki. Ja też. Już po robrze, prawda? Nawet nie bardzo kosztowny. Zagrajmy jeszcze jednego, a o tym zapomnijmy.
Diva wzięła głęboki wdech jakby podejmując jakąś decyzję i zerknęła na zegarek ozdobiony fałszywymi perłami (Elizabeth była tego pewna) na nadgarstku.
- Jest już raczej za późno na następnego – powiedziała – Jest za dziesięć siódma. Powinnam chyba już iść żeby się przebrać.
- Nonsens, moja droga – powiedziała Elizabeth – Jest o wiele za wcześnie na rozejście się. Rozdawaj pan, majorze.
Wydawało się, że i on zbiera się na odwagę, choć kiepsko mu szło.
- No hm… słowo daję, naprawdę panno Elizabeth – wymamrotał – rober czasami ciągnie się w nieskończoność, a jest już blisko siódmej jeśli… no wie pani… Co pan powie, Pillson?
Przyszła kolej na Jurusia.
- Istne paskudztwo – powiedział – ale obawiam się, że i ja muszę na tym poprzestać. Taki uroczy wieczór. Takie dobre robry….
Wszyscy wstali jednocześnie, jakby sterował nimi jakiś mechanizm. Diva pobiegła do drugiego stolika nie czekając nawet na wypłatę kwoty jednego i trzech pensów, które wygrała od Elizabeth.
- Sprawdzę jak im tu idzie – powiedziała. - W końcu to wszystko to się zsumuje.
Elizabeth siedziała na miejscu i odliczała piętnaście pensów. Dobrze tak Divie za to, że chce wyjść za dziesięć siódma. Potem zobaczyła że inni tez wstają w wielkim pośpiechu, bo Susan powiedziała do pani Bartlett „Później ci wszystko zapłacę,” a jej mąż już trzymał jej sobole w pogotowiu.
- Divo, twoja wygrana – powiedziała Elizabeth, układając w stożek miedziaki.
Diva obróciła się i zamiast narzekać na to ciężkie umorzenie długu, przyjęła to z entuzjazmem.
- Dziękuję się Elizabeth – powiedziała. - Same miedziaki, jak miło! Bardzo się przydają do wydawania. Dobrej nocy, kochana. Jeszcze raz bardzo dziękuję.
Zatrzymała się przy już otwartych drzwiach, przy których stał Juruś.
- Tak więc proszę po mnie wpaść za dwadzieścia ósma – powiedziała do niego donośnym szeptem, a Juruś przytaknął, zerkając nerwowo w stronę Elizabeth.
Diva weszła w nic, w którą zanurkował już wcześniej major Benjy. Elizabeth wstała od opuszczonego stolika.
- Ale państwo jeszcze nie wychodzicie? - powiedziała do pozostałych. - Jest jeszcze tak wcześnie.
Pan Wyse skłonił się głęboko.
- Bardzo żałuję, ale żona i ja musimy wracać do domu żeby się przebrać – powiedział. - Ale był to jeden z najbardziej czarujących wieczorów brydżowych na jakich byłem, panno Mapp. Tysięczne dzięki. Chodźmy już, Susan.
- Urocze przyjęcie – powiedziała Susan. - I te kanapki z kawiorem. Dobranoc, kochana. Musisz wpaść i zagrać z nami któregoś wieczoru.
- Wspaniała gra,panno Mapp – powiedział padre. - Ach… żonka już na mnie macha. Au reservoir.
W następnej chwili Elizabeth była sama. Juruś poszedł w ślady innych, zamykając za sobą drzwi tak ostrożnie, jakby bał się, że ją obudzi. Ale ona nie spała, tylko pospieszyła do okna i zerknęła na ulicę przez szparę w zasłonach. Troje czy czworo stało na schodach gdy Wyse’owie wsiadali do Royce’a i rozpierzchli się we wszystkich kierunkach jak przyłapani konspiratorzy, którymi bez wątpienia byli.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 18 Sie, 2025 21:26   

Trzykrotka napisał/a:
Ja i tak podziwiam Divę, że znosi tę "przyjaźń: z Elżbietą, która ogołociła jej ogródek ze śliwek i wszystkiego co na drzewo nie uciekło...

No ba, dlatego poczęstowała Elżbietę musem warzywnym od niej w ramach dżemu :angeldevil: :rotfl:

O jasny gwint , ale wieczór :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 20 Sie, 2025 21:13   

To jedziemy dalej - grillowania Elizabeth ciąg dalszy :banan:

Dziwne, pozornie niepowiązane z sobą incydenty wieczoru, brak apetytu, ujmujące zachowanie wobec niej samej skumulowane w tej bezprzykładnej rejteradzie na godzinę przed zwyczajową porą, o jakiej zawsze kończyły się proszone brydże, połączyły się teraz w jedno w konstruktywnym umyśle Elizabeth. Wszystko to pasowało do do innych faktów, które do tej pory wydawały się nieistotne, a teraz okazały się znaczące. Juruś na przykład dzwonił do Luci by podać jej dzień i godzinę proszonego brydża u niej, przyjął zaproszenie na coś o za kwadrans ósma: obiecał, że wpadnie po „niego” i „ją.” Nie mogło być uzasadnionych wątpliwości, że Lucia specjalnie zerwała przyjęcie Elizabeth o tak wczesnej porze zapraszając na kolację siedmioro gości, którzy właśnie wymknęli się od niej by się przebrać… I jej obraz został zwrócony przez komitet artystyczny, którego dwoje członków (choć oddała im sprawiedliwość przyznając, że byli tylko pionkami wyższej inteligencji) prawie nie tknęło kanapek z kawiorem ze strachu, że nie starczy im potem miejsca na kolację. Tutaj też było źródło abstynencji Divy od czekoladek nugatowych, majora Benjy od whisky i padre od sucharków. Wszystko było jasne jak na dłoni.
Elizabeth ani trochę nie czuła się nieszczęśliwa, czy opuszczona, daleko jej też było do poczucia klęski. Bunt i nienawiść rozgrzały jej krew bardzo przyjemnie, a ona spędziła pół godziny siedząc przy oknie, bardzo dobrze się bawiąc. Zamierzała czekać tak tutaj do za dwadzieścia ósma, a jeśli do tego czasu nie zobaczy Royce’a wyjeżdżającego zza rogu Porpoise Street i auta Jurusia podjeżdżającego pod drzwi perfidnego majora Benjy, gotowa była pójść boso do Grebe i błagać Lucię o wybaczenie za przypisanie jej tak diabelskiego planu. Ale nie czekała jej tak upokarzająca pielgrzymka, bo wszystko wydarzyło się dokładnie tak jak przewidziała. Wielkie jaskrawe światła Royce’a oświetliły dom naprzeciwko zakrętu z Porpoise Street, rozszedł się jego hałaśliwy klakson i samochód z Porpoise pojawił się w polu widzenia strasząc wszystkich światłami i odrażającym trąbieniem i wciskając przechodniów swoim rozmiarem w ściany budynków. Ledwie zniknął za rogiem High Street, a rozległ się radosny głos trąbki Jurusia i jego samochód przejechał pod oknem pokoju ogrodowego, zatrzymując się przed domem majora. Intelekt Elizabeth nie wspomagany żadną informacją z zewnątrz, prócz tych, które podsłuchała przez telefon, zagłębiał się w zakamarki tego podejrzanego interesu i dzwoniąc po swoją tacę, zjadła większość pozostawionych kanapek z kawiorem i czekoladek i nakarmiła duszę planami odwetu. Nie wymyśliła od ręki żadnego kompletnego planu odpowiednio piorunującego działania i zmęczona pracą umysłową zdrzemnęła się przy kominku i przyśnił jej się szczęśliwy sen, że doktor Dobbie wpadł, żeby jej powiedzieć, że Lucia ma nieomylne objawy trądu.
Podczas wręcz rozkosznego tygodnia, jaki nastał po szybkim przyjęciu brydżowym u Elizabeth, żadne nowe wydarzenie nie dodało się do dramy, którą żyło Tilling, prócz może tego, że Lucia zaprosiła Elizabeth na podwieczorek, a Elizabeth nie przyjęła zaproszenia. Tak więc rywalki się nie spotkały, a każda wydawała się nieświadoma egzystencji drugiej. Ale i Grebe i Mallards były nadzwyczajnie wesołe; w Grebe odbywało się wiele lunchów z brydżem po nich, a przy kilku okazjach goście spieszyli z powrotem na podwieczorek i więcej brydża w Mallards. Zaiste w Tilling jeszcze nigdy nie odbyło się tyle podwieczorków i lunchów, ani nie było aż tak rozrywkowo w sezonie zimowym, bo Diva i Wyse’owie i pani pastorowa poszli w ich ślady z wystawną gościnnością, a Juruś pewnego poranka uświadomił sobie, że od pięciu dni nie jadł w domu ani lunchu ani podwieczorku; był to rekord, który podbił o włos nawet osiągnięcia Riseholme.
Dodatkiem do tych radości były uroczyste zaślubiny Foljambe i Cadmana, które odbyły się w domu panny młodej, a sposób jaki Foljambe dzieliła swój czas między dnie z Jurusiem a noce z Cadmanem działał jak w zegarku: wszyscy byli zadowoleni.
Grebe też miało swoje rozrywki: adepci kalisteniki spotykali się co drugi dzień i Lucia odziana w tunikę na wzór Artemidy, ale z dodatkową spódnicą i szkarłatnymi pończochami przewodziła niezwykłej procesji składającej się z Divy, Wyse’ów i Jurusia i majora Benjy i pastorostwa i dziwacznej Irene wychodzącej na brukowaną ścieżkę ogrodu kuchennego i tam naśladowali jej skłony i rozciąganie i skręty tułowia i wymachy ramionami i skłony z dotykaniem palców u stóp ku wielkiej uciesze chłopców na posyłki którzy przychodzili z paczkami pod drzwi kuchenne i innych, którzy podglądali przez szpary w grabowym żywopłocie. W deszczowe dni gimnastycy spotykali się w kuchni przy szeroko otwartych drzwiach i zadziwiali kucharkę ruchami pływackimi z jedną nogą i jednym ramieniem przy ciele, podczas gdy drugą ręką trzymali się wielkiego stołu kuchennego. Uno, due, tre – liczyła Lucia i wszyscy wykonywali ruchy jak żaby w wodzie. A dziwaczna Irene w swoich pumpach czasami stawała na głowie, ale nikt inny tego nie ryzykował. Gdy odpoczywali potem w bawialni, Lucia grała im coś kojącego; zachęcała majora Benjy do nauki gry na fortepianie, bo z chęcią będzie go uczyła: namówiła Susan, żeby znów zaczęła śpiewać i zagrała dla niej La ci darem, a Susan śpiewała cienkim, przenikliwym głosem, a pan Wyse powiedział:
- Brava! Jaka szkoda, że Amelii tu nie ma.
Czasami Lucia czytała im Iliadę w tłumaczeniu Pope’a podczas gdy oni pili lemoniadę a major Benjy whisky z sodą i wciąż nie dość zadowolona z tych wszystkich zajęć (cudowne stworzenie!) tworzyła wykład o sztuce nowoczesnej który miała wygłosić na otwarciu wystawy na drugi dzień po Boxing Day1 Robiła notatki i dyktowała jej sekretarce (twarz Elizabeth Mapp stanowiła widok wręcz nie do oglądania gdy dowiedziała się, że Lucia ma sekretarkę), która zapisywała jej słowa przy pomocy maszyny do pisania. Naprawdę, twarz Elizabeth nie była nigdy równie straszna jak wtedy kiedy to usłyszała, z wyjątkiem może dnia, w którym Diva poinformowała ją, że jest pewna, że Lucia z chęcią dołączy ją do klasy kalistenicznej.
Ale choć w tych dniach nie doszło do żadnego aktu bezpośredniej agresji, jak wtedy, gdy lucina proszona kolacja zakończyła przedwcześnie przyjęcie brydżowe Elizabeth, od żadnej ze stron konfliktu, to powszechnie uważano, że Elizabeth nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i Tilling chodziło na paluszkach, oczekując jakiegoś „złotego strzału” dla zaznaczenia, że rywalizacja nabiera rozpędu. Odrzuciła zaproszenie Luci na podwieczorek, a gdyby się poddawała lub została rzucona na matę, na pewno by je przyjęła. Zapewne uznała, że zaproszenie było tylko testem sprawdzającym jej kondycję, a jej odmowa pokazała, że ma się świetnie się ma. Nie byłoby w stylu Elizabeth (żeby tak ciągnąć metaforę) rzucenie ręcznika na matę ot tak, bo jeszcze nie zadano jej poważnej rany, a runda z przyjęciem roboczym została bez dwóch zdań wygrana przez Lucię; następna runda musiała być ostrą walką bokserską. Wydawało się, że ten obecny brak agresywnych działań był skutkiem oczekiwania przez antagonistki na zakończenie sezonu pokoju i dobrej woli na dobre się skończy, żeby mogły zacząć starcie od nowa. Elżbieta miała zesłaną z nieba okazję na otwarciu wystawy, gdy Lucia będzie wygłaszać wykład. Mogła usiąść w pierwszym rzędzie i udawać, że zasypia lub tłumi śmiech. Tilling czuło, że musiała pomyśleć o tym i innych aktach odwetu, chyba że nie była już tą Elizabeth, którą wszyscy znali i (w pewnych granicach), szanowali i (miliony razy) nie znosili.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 21 Sie, 2025 14:04   

Ale sezon :serce: :serce: :serce: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: całe Tilling ma uciechę , jakiej jeszcze nigdy nie zaznało, i jestem pewna, że tak jak ja, wszyscy czekają z napięciem na wybuch bomby, po drodze wykorzystując taktyczne przyjęcia ile się da :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 21 Sie, 2025 20:15   

Zobaczysz, największa bomba jeszcze przed nami :excited:
A na razie Boże narodzenie i Elżbieta postanawia znów iść do Canossy :mrgreen:

W Tilling królował bardzo miły zwyczaj wysyłania kart świątecznych i większość tego światka spotykała się w Wigilię w sklepie papierniczym, wybierając odpowiednie życzenia z tac za trzy pensy, sześć pensów i szylinga. Elizabeth zjawiła się tam dość wcześnie i niemal skończyła swoje zakupy kiedy weszło tam kilkoro jej przyjaciół i kręciła się po sklepie pozornie oglądając grzbiety książek do wypożyczenia, a tak naprawdę obserwując, co kupują. Diva, jak zauważyła, nie wybrała z tacy za szylinga więcej niż ona sama: w istocie zakupy Divy w tym roku ograniczyły się wyłącznie do tacy za trzy pensy. Z kolei Susan zignorowała tacę trzypensową i wahała się między sześciopensową i szylingową, wyrażając odrażająco wystawny żal, że nie ma do wyboru żadnych kartek z wyższej półki. Padre i pani Bartlett nabyli wyłącznie trzypensowe kartki, ale tak było zawsze. Jednak i oni, jak wszyscy inni, studiowali wszystkie tace, więc kiedy następnego dnia otrzymali od przyjaciół kolorowe życzenia, każdy musiałby mieć prawdziwie dziurawą pamięć by nie wiedzieć, ile pieniędzy na niego wydano. Tylko Juruś i Lucia, jak powszechnie, choć bez komentarza zauważono, nie pokazali się w ogóle, mimo że widziano ich razem na High Street, jak wchodzili do innych sklepów. Elizabeth uznała więc, że nie zamierzają wysyłać żadnych kart świątecznych i nim zapłaciła za to, co wybrała, odłożyła na trzypensową tacę ładny wizerunek rudzika siedzącego na gałązce jemioły, który wybrała dla Jurusia. Nie musiała odkładać niczego, co wybrała dla Luci, bo niczego takiego nie uczyniła.
Nadeszło Boże Narodzenie, burzliwy poranek z silnym wiatrem z południowego zachodu, a na śniadaniowym stole Elizabeth piętrzyły się koperty, które pootwierała. W większości z nich znalazła trzypensowe karty pocztowe, jedna sześciopensowa, pachnąca piżmem, od Susan i nic od Luci i Jurusia. Spodziewała się tego, dlatego teraz z przyjemnością podziękowała sobie w duchu, że odłożyła na tacę kartkę, która wybrała dla niego.
Resztę poczty stanowiły rachunki, z których część będzie musiała ostro zakwestionować po świętach i Elizabeth odkryła, że trudno jest jej zrozumieć wesołość związaną z tym świętem. Wczorajszego wieczoru różne skrzyknięte naprędce chóry amatorskie kociej muzyki uprzykrzały noc zawodzeniem Dobrego króla Wecleslasa i Pierwszej Gwiazdki, dźwięk kościelnych dzwonów niesiony wiatrem zbudził ją gdy jeszcze było ciemno, a teraz gałązki ostrokrzewu spadały na podłogę zza ram obrazów, za którymi poutykała je Withers. Bekon wprawił ją w nieco lepszy humor i poszła do kościoła chroniąc się płaszczem przeciwdeszczowym przed falami deszczu i nosem niebieskawym od ostrego wiatru. Diva miała przyjść do niej na obiadokolację: była to ich doroczna impreza odbywająca się na zmianę w Wasters i Mallards.
Po nabożeństwie Elizabeth szybko wyszła z kościoła bocznymi drzwiami, nie czując się na siłach by dołączyć do wesołej grupy przyjaciół, którzy z Lucią pośrodku zgromadzili się przy głównym wyjściu. Wiatr był jeszcze mocniejszy, ale deszcz ustał, a ona przedarła się przez plac wokół kościoła nim wróciła do domu. Niedaleko Mallards Cottage spotkała Jurusia, chroniącego kapelusz przed zerwaniem przez wiatr. Życzył jej wesołych świąt, ale zaraz potem kapelusz został zdmuchnięty z jego głowy i coś dziwnego stało się z jego włosami, które jak się wydawało, uwolniły się z czaszki zostawiając po sobie puste miejsce, a on zniknął w szaleńczej pogoni za kapeluszem, z długimi pasmami włosów wyrastającymi z boku głowy powiewającymi na wietrze. Gwałtowny podmuch wiatru tworzącego wir za rogiem pokoju ogrodowego pchnął ją na drzwi Mallards; przytrzymała się kołatki i z wielkim trudem udało jej się zamknąć za sobą drzwi. Na stoliku w holu stała pokaźnych rozmiarów paczka, której z pewnością tam nie było gdy wychodziła. W środku znajdowała się terrina z pâté de foie gras z bardzo wytworną etykietą, a na podłogę spadła karta z życzeniami wesołych świąt od Luci i Jurusia. Elizabeth natychmiast zwalczyła wątłą pokusę by odesłać ten dar tak samo, jak zwróciła kosz pomidorów z własnego ogrodu. Pomidory to nie pâté. Ależ będzie uczta dla Divy!
Diva przybyła i obie od razu zasiadły do bankietu. Terrina została owinięta serwetką i Withers podsunęła ją Divie. Ta nałożyła sobie słuszną porcję trufli i wątróbki.
- Jakie to pyszne! – powiedziała. – I jaki rozmiar!
- Mam nadzieję, że jej dobra - rzekła Elizabeth nie wspominając o darczyńcach. – Powinna być. Paryż.
Diva nagle spostrzegła małą, skromną etykietę ukrytą pod tą wytworną – była to etykieta kupca z Tilling - i nagle doznała oświecenia.
- Lucia i pan Juruś przysłali wszystkim takie piękne prezenty świąteczne – powiedziała. – Wstyd mi za samą siebie, że sama posłałam im tylko trzypensowe karty.
- Co za słodki gest – powiedziała Elizabeth. – Jakie prezenty?
- Ja dostałam piękne pudło twardych czekoladek – powiedziała Diva. – Susan wielką puszkę kawioru, a padre parasol – jego stary parasol porwał wczoraj wiatr - a…
- …a ja ten wspaniały pate – przerwała Elizabeth, chwytając się brzytwy, bo nie było oczywiste, że Diva się domyśliła. – Właśnie miałam ci powiedzieć.
Diva wiedziała, że to było kłamstwo, ale nie było sensu mówić tego Elizabeth, bo i ona wiedziała; taktownie zmieniła temat.
- Po takim wspaniałym lunchu będę musiała ćwiczyć dwa razy dziennie – powiedziała, gdy Elizabeth kroiła indyka. Ale nie był to dobrze wybrany temat do rozmowy, bo wszystko, co związane z Lucią mogłoby łatwo doprowadzić do kłótni, spróbowała więc jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze, odbijając się jak bączek od jednego fiaska do drugiego.
- Major Benjy umie już grać gamę C prawą ręką… (nie, nie tędy droga). Susan ma strasznie dziwny głos; pewnego dnia zaśpiewała włoską piosenkę u… (jeszcze gorzej). Posłałam dwa obrazy na zimową wystawę.. (to już najgorsze ze wszystkiego, zdaje się się nie ma bezpiecznych tematów pod słońcem). Straszny sztorm, prawda? Będą trzy dni wysokich przypływów, bo wiatr je spiętrza. Nie zdziwiłabym się gdyby droga przy Grebe.. (odpuściła, nic by to nie dało) została do jutra zalana.
Elizabeth zachowała się jak idealna dama. Widziała, że Diva robi co może żeby w dzień Bożego Narodzenia nie poruszać niemiłych tematów, ale tak po prawdzie nie było innych. Każdy temat prowadził do Luci.
- Mam nadzieję, że nie – powiedziała – bo spaceruję tamtędy codziennie odkąd wszystkie ścieżki przez pola są nasiąknięte jak gąbka. Ale to raczej mało możliwe, moja droga, bo po ostatnim zatopieniu drogi podwyższyli nasyp naprzeciwko… naprzeciwko tego domu, dość znacznie.
Rozmawiały dość długo o sztormach i przypływach i tamach w całkowitej harmonii. Następny bezpiecznym tematem wydały się być proletariackie rozrywki w Boxing Day.
- Jutro będzie nowy film o kijankach w Picture Palace – powiedziała Elizabeth. – Dziwnie jest pomyśleć, że stają się ropuchami – a może żabami? Chyba pójdę go obejrzeć.
- Wieczorem Lucia urządza choinkę dla chłopców z chóru w tej swojej ogromnej kuchni – powiedziała Diva.
- Jak miło! – zawołała Elizabeth, żeby pokazać, że nie czuje się urażona.
- A po południu w Instytucie organizują spotkanie wistowe – powiedziała Diva. – Pozwoliłam pójść obu moim służącym, a Lucia wysyła wszystkich swoich. Nie wiem, czy chciałabym zostać całkiem sama w tym domu przy samotnej drodze. My tu w mieście możemy krzyczeć z okna na górze gdyby do domu wdarli się włamywacze i podnieść alarm.
- Żaden włamywacz nie będzie tak podły, żeby kraść w Boxing Day – zauważyła Elizabeth sentencjonalnie. – O, jest pudding śliwkowy! Przepiękna polewa, Withers! Jaki ładny!
Diva poczuła się słusznie senna gdy lunch się skończył i pół godzinie ostrożnej rozmowy pożegnała się i wróciła do domu, by uciąć sobie solidną drzemkę, którą tego dnia nazywała słowem „ćwiczenia.” Elizabeth napisała dwa liściki z podziękowaniem dla ofiarodawców pâté i usiadła w spokoju by przemyśleć, co dalej robić. Kilka dni temu odrzuciła zaproszenie Luci na podwieczorek, deklarując tym samym swoje stanowisko, a teraz dotarło do niej, że był to błąd, bo w ten sposób odcięła się od okazji do wzięcia odwetu, które mógł przynieść bliższy kontakt z rywalką. Odcięta od towarzystwa tak jak teraz nie mogła zrobić niczego efektywnego; mogła tylko leżeć w bezsenne noce i nienawidzić Lucię, co było zajęciem raczej jałowym. Lepiej już (choć jakże gorzko) byłoby dołączyć do zajęć z kalisteniki, by postawić stopę na terytorium wroga. Jej podziękowanie za pâté mogłoby utorować drogę do takiego kroku i choć oczywiście trzeba będzie połknąć gorzką pigułkę, prosząc o przyłączenie do zajęć, które otwarcie wyśmiewała; będzie to pigułka z misją. W obecnym stanie rzeczy przez cały tydzień nie miała żadnych możliwości, otaczała się chmurą dymu i nie słyszała o Luci nic, prócz niezdarnych uwag, które wymknęły się Divie. Wiedziała tylko, że Lucia, pracowitsza niż jakakolwiek pszczółka znana nauce, wiodła prym we wszystkich dziełach towarzyskich, którymi to ona zwykła była do tej pory dyrygować, a dąsanie się w namiocie jak Achilles donikąd jej nie doprowadzi. Miała też przeczucie, że Tilling oczekiwało od niej pokazu ducha buntu i opory, a nikt nie pragnął bardziej niż ona sama spełnienia tych oczekiwań w najlepszym stylu. Postanowiła więc, że jutro pójdzie do Grebe i – podziękowawszy osobiście za pâté, poprosi o dołączenie jej do klasy kalisteniki. I Tilling i Lucia bez wątpienia uznają to za znak złożenia broni, ale niech no tylko trochę poczekają, a zobaczą.
- Nie mogę z nią walczyć póki się z nią nie skontaktuję – pomyślała Elizabeth – a przynajmniej nie wiem jak, a z pewnością już dość się namyślałam.


Koniec rozdziału dziewiątego

c.d.n
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 22 Sie, 2025 13:48   

Ale się droga Elżbieta sama własnymi rękami załatwiła :-P :rotfl: :rotfl: :rotfl: klasa kalisteniki :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 22 Sie, 2025 21:10   

Dopiero francuski pasztet ją zmiękczył do nie-odsyłania... No i izolacja społeczna. Ale zauważyłaś, czemu się chce pojednać? Żeby znaleźć punkt zaczepienia do dalszej walki... No po prostu nie dobijesz... :rotfl:


Rozdział dziesiąty

Zgodnie z tą polityką Elizabeth wyruszyła wczesnym popołudniem następnego dnia w kierunku Grebe, aby połknąć swą pigułkę z misją. Ulice pełne były świętujących, a przy barierkach na końcu High Street, gdzie strome schody prowadziły na niższe poziomy, tłumek ludzi obserwował ogromną połać wody rozlewającą się po mokradłach. Południowo zachodni wiatr spiętrzył wiosenne przypływy, nieustanne deszcze sprawiły, że rzeka wezbrała powodzią, a spotkanie tych dwóch i przypływ będący u szczytu uformował ogromne jezioro szerokie na milę, a może i jeszcze więcej, które rozciągało się w stronę morza. Sztorm już całkiem ustał, słońce świeciło jasno na czystym błękicie zimowego nieba, a to ogromne ujście lśniło w jego blasku. Daleko na południu bardzo gęsty obłok pary rozciągał się nad horyzontem świadcząc, że nad Kanałem zalegała gęsta mgła, ale nad Tilling i zatopionymi mokradłami niebo lśniło oślepiającym blaskiem.
Stało tam wielu przyjaciół Elizabeth, padre i jego żona (która nieustannie wydawała z siebie piski „ojej, jaka wielka woda!”), Wyse’owie którzy wysiedli ze stojącego obok Royce’a by zobaczyć niezwykły widok, zanim wyruszą w popołudniową przechadzkę. Major Benjy opowiadał, że to nic wobec wylewów Jamuny, ale on zawsze uważał, że Indie stoją daleko przed Anglią pod każdym względem (raz w wyjątkowo mroźny poranek powiedział nawet że to nic z goryczą Bombaju): Juruś tam był i Diva. Elizabeth wymieniła z nimi wszystkimi jak najbardziej przyjacielskie pozdrowienia i potem, kiedy nastąpiła ogromna katastrofa, wszyscy zgodzili się, że nigdy wcześniej nie była, biedactwo, tak serdeczna i miła. Nie powiedziała im oczywiście, co ma do załatwienia, bo nie chciała działać pochopnie póki nie przekona się, jak Lucia ją przyjmie, lecz powiedziała po prostu, że wybiera się na swój zwykły szybki spacer w to piękne popołudnie i zajrzy pewnie do Picture Palace, by dowiedzieć się czegoś o kijankach. Wśród niezliczonych machnięć dłonią z taką ilością au reservoirs, że mogłyby zapewnić wodę dla połowy świata, zeszła w dół wzgórza przez Landgate i na drogę, która prowadziła do Grebe i nigdzie w szczególności.
Zbliżając się do Grebe minęła czworo domowej służby Luci i Cadmana idących do miasta i - pamiętając, że szli na imprezę wistową do Instytutu, życzyła im wesołych świąt i wyraziła nadzieję, że wszyscy wygrają (takie drobne miłe uwagi zawsze cieszą służbę, myślała Elizabeth; okazują ludzką sympatię dla ich przyjemności i nic nie kosztują; to o wiele lepsze niż pudełka z świątecznymi prezentami). Szybkim krokiem pokonała dystans i po kilku minutach od opuszczenia przyjaciół dotarła do gęstego grabowego żywopłotu osłaniającego Grebe od drogi. Zatrzymała się przy nim na chwilę; ta olśniewająca tafla wody była tak blisko brzegu nasypu ochronnego by ją podziwiać: ona sama musiała zebrać całe pokłady pokory potrzebnej był poprosić Lucię o dołączenie do jej głupich zajęć kalistenicznych. W końcu, nie wiadomo skąd, w jej umyśle pojawiła się myśl o homarze à la Riseholme, przepisu na którego Lucia tak podle jej odmówiła. Na samą myśl w Elizabeth zapłonął ogień pożądania.
Rzuciła szybkie spojrzenie na grabowy żywopłot by upewnić się, że nie jest widoczna z okien Grebe (Lucia widywana była często w oknie pokoju ogrodowego w czasie gdy była lokatorką Mallards, tutaj mogła robić to samo). Ale żywopłot był nieprzenikniony dla ludzkiego oka, co Elizabeth już z żalem zauważyła i teraz, zamiast wejść przez wysoką drewnianą furtkę prowadzącą do drzwi frontowych, przeszła szybko obok niej i dalej, aż dotarła do najdalszego rogu żywopłotu, tego przy ogrodzie kuchennym. Myśl konstruktywnego – jak jej – umysłu użądlonego pożądaniem była tak błyskawiczna, że choć Elizabeth poruszała się bardzo szybko, to myśl ją wyprzedzała i nim dotarła do tego rogu, plan już miała ułożony.
Cała służba miała wychodne – kilka minut wcześniej uzyskała naoczny dowód – i kuchnia na pewno będzie pusta. Obejdzie więc dom do furtki na końcu ogrodu kuchennego i wejdzie na teren od tej strony. Brukowana ścieżka używana do wykonywania podskoków podczas zajęć z kalisteniki przy ładnej pogodzie prowadziła wprost do wielkich drzwi wozowni, czyli obecnej kuchni, a ona prostą metodą naciśnięcia klamki sprawdzi, czy drzwi są otwarte. Jeśli będą zamknięte, jej plan na tym się zakończy, ale jeśli będą otwarte, cichutko zajrzy do środka i sprawdzi, czy gdzieś na widoku nie leży książka z przepisami. Jeśli tak, to bez wątpienia będzie w niej przepis na homara . Wystarczy kilka minut aby go skopiować i na paluszkach opuścić kuchnię z kluczem do zagadki w kieszeni, jak gdyby nigdy nic wrócić wokół żywopłotu do drzwi wejściowych i zadzwonić. Jeśli Lucia (sama w domu i pewnie ćwicząca do kolejnego po-di-mu) nie usłyszy dzwonka, to po prostu odłoży wędrówkę do Canossy na następny dzień. Gdyby jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności Lucia była w ogrodzie i zobaczyła, że wchodzi ona do niego tą niezwykłą drogą, nie było nic łatwiejszego niż wyjaśnić, że wracając ze spaceru pomyślała sobie, że zajrzy żeby osobiście podziękować na pyszny pâté i poprosić o przyłączenie jej do grupy ćwiczącej kalistenikę. Wiedząc, że służba ma wychodne (może to śmiało powiedzieć) była pewna, że główna furtka będzie zamknięta, stąd weszła kuchenną… Cały misterny plan pojawił się w jej głowie w jednej chwili; było to tak, jakby włączając światło w długiej galerii zobaczyła, że zostaje ona oświetlona do samego końca.
Bez pośpiechu przeszła ścieżką i sprawdziła kuchenne drzwi. Były otwarte, więc wśliznęła się do środka, zamykając je cicho za sobą. Na środku kuchni, udekorowana i czekająca na oświetlenie, stała choinka dla chłopców z chóru, którzy mieli się nią cieszyć tego wieczoru, a wielki kuchenny stół z szeroką deską sięgającą do połowy wysokości nóg został odsunięty na bok i ustawiony na boku przy komodzie, żeby zrobić miejsce dla drzewka. Elizabeth poświęciła ledwie małą chwilkę na podziwianie lampek, szklanych bombek odbijające światło, kolorowych ozdób z bibuły, bo w oko wpadła jej mała półka z książkami na przeciwległej ścianie i rzuciła się na nią jak krogulec. Było tam kilka tandetnych powieści, był śpiewnik kościelny i modlitewnik i gruby tom bez tytułu na grzbiecie oprawiony w solidne amerykańskie płótno. Otworzyła go i od razu wiedziała, że jej szpony chwyciły zdobycz, bo jedna strona zawierała wycinek z gazety dotyczący oeufs à l'aurore,a druga odręcznie zapisany przepis na słomki serowe. Szybko przewertowała strony i jej oczom ukazała się w końcu bezcenna perła, przepis na homara à la Riseholme.Zaczynał się od smakowitych słów: Weź dwie dorodne homarzyce…

Wyciągnęła ołówek; potrzebowała tylko jego i kawałka papieru, w który miał być zapakowany prezent dla chórzysty. W kilka minut przepisała magiczne zaklęcie, odłożyła świętą księgę na miejsce i włożyła do kieszeni informację, której od tak dawna pożądała.
- Jakie to dziwne – pomyślała cynicznie – że dopiero wczoraj mówiłam Divie, że podły musiałby to być włamywacz, który kradnie w Boxing Day. Teraz pójdę do drzwi wejściowych.
W chwili, w której ta diabelska myśl przemknęła jej przez głowę, serce nagle jej stanęło, bo usłyszała kroki na ścieżce i ktoś nacisnął klamkę drzwi kuchennych. Elizabeth zrobiła jeden krok w bok, schowała się za zdobnym drzewkiem i zerkając miedzy jego gałęziami zobaczyła Lucię stojącą na progu. Lucia podeszła wprost do niej, nie przeczuwając, że we własnej kuchni ma włamywaczkę z Boxing Day i stanęła podziwiając choinkę. Następnie z przerażeniem zawołała: Kto tam? a Elizabeth już wiedziała, że została odkryta. Dalsze chowanie się za jodełką byłoby i mało godne i nieskuteczne, jakkolwiek szybkie miałaby nogi.
- To ja, droga Luciu – powiedziała. – Przyszłam podziękować ci osobiście za ten pyszny pasztet i zapytać, czy….
Gdzieś niedaleko rozległ się w tej chwili przerażający ryk i szum, jakby uwolniły się wielkie masy wody. Zjednoczone przez moment w ciekawości podbiegły razem do otwartych drzwi i ujrzały, już przepływającą przez drogę i grabowy żywopłot, ogromną falę.
- Nasyp się zerwał! – krzyknęła Lucia. – Szybko, do domu przez drzwi kuchenne i w górę po schodach.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 23 Sie, 2025 22:43   

No ba, droga Elżbieta jest prawdziwą żmiją - będzie kąsać póki da radę :rotfl: :rotfl: :rotfl:


O retyyy :omg: :omg: :omg: :omg: :omg: :omg: :omg: :omg: :omg: ależ suspens ! chociaż najbardziej mnie interesuje, czy kradzież przepisu zostanie wykryta :excited: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 25 Sie, 2025 08:48   

Żmija i małpa do potęgi, nawet kradzieży się nie wystraszyła.
Wieczorem następny etap :excited:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 25 Sie, 2025 10:07   

:excited: :excited: :excited: :excited: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki:
Obawiam się, że fala zabierze książkę kucharska z przepisem, a jeżeli panie doznają podtopienia, to i kradziony przepis na kartce rozmoknie :-P
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 25 Sie, 2025 20:51   

Tamaro, to będzie pamiętny Boxing Day w Tilling :boisie:

Przemknęły obok choinki i spróbowały otworzyć drzwi do domu. Były zamknięte; służba ewidentnie podjęła środki zaradcze nim wyszła się bawić.
- Utoniemy – jęknęła Elizabeth, gdy spieniona fala powodziowa wpłynęła do kuchni.
- Bzdura – zawołała Lucia. – Stół kuchenny! Musimy odwrócić go do góry nogami i wejść do niego.
Zajęło to krótką chwilę, bo stół już stał na boku i obie przekroczyły wysokie obrzeże z desek, które go otaczało. Czy nie okażą się zbyt ciężkie, by dać się unieść spienionej wodzie, która raptownie wypełniała kuchnię? Ten niepokój nie trwał długo, bo stół podniósł się z podłogi i uderzył lekko o choinkę.
- Musimy się stąd wydostać – krzyknęła Lucia. – Nie wiadomo, jak bardzo woda się jeszcze podniesie. Możemy utonąć jeśli nogi stołu uderzą w sufit. Złap za komodę i ciągnij!
Nie musiały jednak aż tak się wysilać, bo fala powodziowa wirując wściekle wokół zalanej kuchni wyniosła je przez drzwi, które wcześniej rozwarła na oścież i po kilku minutach przepłynęły nad ogrodem i grabowym żywopłotem. Przypływ zaczął ewidentnie opadać nim brzeg rzeki się poddał, i teraz stół kuchenny, obracając się od czasu do czasu w wirze, odpłynął w stronę Tilling i morza. Na szczęście nie dostał się w główny nurt rzeki, lecz płynął gładko i szybko, niesiony przez odpływ i wartki nurt powodzi. Jego dwie pasażerki oczywiście nie miały żadnej kontroli nad kierunkiem ruchu, ale wkrótce, z uczuciem nadziei zobaczyły, że prąd niesie je wprost w kierunku stromego zbocza ponad Landgate, gdzie ponad kwadrans wcześniej Elizabeth wymieniała uśmiechy i au reservuary z przyjaciółmi, który wyszli podziwiać szeroko rozlane wody. Nigdy by wtedy nie pomyślała, że wkrótce będzie uwięziona w dosłownym zbiorniku największego rodzaju – ale nie był to odpowiedni moment na błahe dywagacje.
Gromadka Tillingnian nadal tam stała, gdy brzeg na wprost Grebe się osunął. Wszyscy prócz Jurusia usłyszeli ryk i łoskot uwolnionych mas wody, ale on miał oczy bystrzejsze niż inni i to on pierwszy zobaczył, jaka katastrofa się wydarzyła.
- Patrzcie, tama przy Grebe puściła! – krzyknął. – Droga jest pod wodą, jej ogród jest pod wodą, pokoje na parterze muszą być zalane. Mam nadzieję, że Lucia była na górze, inaczej okropnie ją zmoczy.
- A ta droga to ulubiona trasa Elizabeth – zawołała Diva. – Pewnie już na niej jest.
- Ale ona tak szybko chodzi – powiedział padre zapominając o szkockim. – Do tej pory minęła już Grebe i jest nad miejscem gdzie brzeg się zarwał.
- Ojej, ojej, i to w Boxing Day – zawodziła pani Bartlett.
Potężna powódź szybko zbliżała się do miasta, ale że miała ujście na polach, jasnym było, że nie zatopi Grebe, a skoro Lucia była na górze, a Elizabeth chodzi tak szybko jak zawsze, nikt tak naprawdę nie zaczął się jeszcze martwić. Wszystkie oczy śledziły postępy wody. Rosła niczym fala na skałach kiedy doszła do linii kolejowej przecinającej mokradła i już po kilku minutach pieniła się na polach tuż pod miastem.
I znów Juruś, jak Kasandra, stał się wieszczkiem nieszczęścia.
- Coś się zbliża! – krzyknął. – Wygląda jak tratwa z nogami w powietrzu. I siedzą w niej dwie osoby. Kręci się teraz w kółko i w kółko; teraz płynie prosto na nas, bardzo szybko. To dwie kobiety, jedna bez kapelusza. To one! To Lucia i panna Mapp! Co się na miłość boską stało?

Tratwa, która na zmianę szaleńczo walcowała, to znów płynęło gładko w przód, zbliżała się szybko do podnóża klifu, pod którym rozlewała się powódź. Padre uzbrojony w nowy parasol, zbiegł po stopniach prowadzących na drogę poniżej, by jego rączką o nią zahaczyć jeśli zbliży się w zasięg parasola. Była coraz bliżej, teraz już rozpoznawalna jako wielki stół kuchenny Luci obrócony do góry nogami, póki nie znalazł się o jard czy dwa od brzegu. Wszelkie próby dostania się do niej w jakimkolwiek celu były bezcelowe: nawet najsilniejszy ratownik zostałby zbity z nóg przez tak gwałtowny prąd, a nawet gdyby dotarł do tratwy, byłoby na niej już troje bezradnych ludzi i tratwa pewnie zatonęłaby. Jedyną szansą było zahaczenie jej parasolem, bo nie było czasu na szukanie bosaka czy liny, by ją rzucić pasażerkom. Padre wyciągnął się rozpaczliwie, pośliznął się i wpadł na płasko w wodę i przed porwaniem przez wodę uchroniło go tylko chwycenie się poręczy przy najniższym ze stopni. Wtem nowy prąd zakołysał stołem i – poruszając się nadal w generalnym kierunku wód powodziowych - gwałtownie przeciął pola. Gdy to się stało, Lucia pokazała swoją prawdziwą wartość. Pomachała dłonią, a jej czysty głos poniósł się wesoło ponad wód bezmiarem.
- Au reservoir wszystkim – zawołała. – Wrócimy, czekajcie na nas, wrócimy! – i zobaczyli, jak otacza ramieniem skuloną Mapp i pociesza ją.
Stół kuchenny, jak zauważyli obserwatorzy, dostał się w główny nurt rzeki, gdzie woda była jeszcze szybsza. Zakręcił się raz czy dwa jakby machając na pożegnanie, a potem pożeglował w stronę otwartego morza i wielkiego obłoku gęstej mgły wiszącego nad horyzontem.
Nie było jeszcze powodu do rozpaczy. Natychmiast posłano telegraf do rybaków w porcie, drugi do straży przybrzeżnej, trzeci do łodzi ratunkowej, że stół kuchenny z ładunkiem dwóch dam spływa bardzo szybko do ujścia rzeki i że nie wolno szczędzić sił i środków by powstrzymać jego wypłynięcie na pełne morze. Lecz w miarę jak gasło krótkie zimowe popołudnie, z wybrzeża nadchodziły mało optymistyczne wieści. Powódź zerwała z cum wszystkie łodzie rybackie zakotwiczone w porcie lub wyciągnięte na brzeg powyżej znaku wysokiej wody, a strażnik przybrzeżny widział niezidentyfikowany obiekt płynący szybko do ujścia rzeki nim dotarła do niego wiadomość. Nie potrafił określić, co to było, bo mgła znad Kanału rozpełzła się wzdłuż linii brzegowej, lecz wydawało mu się, że przypominało to bardziej coś jak głowy i szyje czterech bawiących się ze sobą węży morskich niż cokolwiek innego. Ale spytany, czy mogły to być nogi odwróconego do góry nogami stołu kuchennego przyznał, że krótki rzut oka jaki zdołał na to coś rzucić nim rozpłynęło się we mgle mógł wskazywać, że był to równie dobrze stół jak węże morskie. Powiedział „węże morskie” bo było to na morzu, ale fakt, podobne było do nóg stołu kuchennego, co nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy. Jego małżonka ma taki właśnie stół--- lecz jako, że temat zdawał się skręcać w stronę domowych reminiscencji, burmistrz Tilling, który prowadził przesłuchanie zamiast otwierać imprezę wistową w Instytucie krótką mową o grzechy hazardu, przerwał mu. Było aż nadto jasne, że ów obdarzony bujną wyobraźnią przyrodnik – amator widział – o wiele za późno – kuchenny stół spływający na pełne morze.
Załoga łodzi ratunkowej natychmiast odpowiedziała na wezwanie S.O.S, a że największy prąd powodziowy już przepłynął, mogli oni zwodować łódź i wyruszyć w gęstej mgle na wody Kanału La Manche na poszukiwanie stołu. Przypływ opadał na zachód wzdłuż wybrzeża, powódź wylewająca się z ujścia rzeki przesunęła się na wschód, ale oni wiosłowali w każdym kierunku, a jaki mogło znieść stół. Ze stacji ratownictwa wystrzelono race na wypadek gdyby panie nie widziały, gdzie są. To, jak w duchu uznał burmistrz, mogło pokazać paniom, gdzie są, ale nie dawało im możliwości przeniesienia się gdzie indziej.
Zapadł zmrok i przyjaciele zaginionych wrócili każdy do swojego domu, bo nic dobrego nie wyniknęłoby ze stania w tej okropnej zimnej mgle, która przypełzła teraz znad mokradeł. Zapalenie płuc w niczym nie pomoże. Czworo z nich: Juruś i major Benjy i Diva i dziwaczna Irene żyli pojedynczo i w celibacie, a perspektywa samotnego wieczoru karmionego tylko oczekiwaniem i słabą nadzieją wydała się im upiorna. W rezultacie, gdy do każdego z nich zadzwonił pan Wyse, który miał nadzieję, wyrażoną załamanym głosem, że może nie są zajęci i przyjdą do nich na kolację, wszyscy z chęcią się zgodzili. Pan Wyse poprosił, żeby nie przebierali się jak do kolacji i uznano to za objaw wielkiej delikatności: nie przebieranie się byłoby czymś w stylu symbolu i wspólnego niepokoju. Kolacja miała być o wpół do dziewiątej, a pan Wyse ufał, że do tej pory otrzymają jakieś optymistyczne wieści.
Padre i pani Bartlett również byli zaproszeni, tak więc do kolacji zasiadło osiem osób. Zaczęła się ona od najpyszniejszego kawioru, a na kominku z czarnego dębu stały dwie trzypensowe kartki. Susan nałożyła sobie obficie - przecież szkoda, żeby się kawior zmarnował.
- Świąteczny prezent drogiej Luci dla mnie – powiedziała. Jej i pański, panie Jurusiu.
- Mnie Lucia przysłała wspaniałe pudło czekoladek nugatowych – powiedziała Diva. To znaczy – ona i pan, panie Jurusiu.
Major głośno przełknął ślinę.
- Pani Lucia – powiedział – jeśli wolno mi ją tak nazwać, przysłała mi tuzin butelek przedwojennej whisky.
Padre otrząsnął się do tego czasu i zaczął mówić po szkocku.
- Miałem ci ja wypadek z parasolem dwa dni nazad – powiedział – a mistress Lucia, taka rozumna kobieta, nowy mi podarowała A teraz popłynął on sobie gdzieś na morza.
- Nie bądź takim pesymistą, Kenneth – rzekła pani Bartlett. – Parasol szybko nasiąknie wodą i utonie, mówię ci. Jest nadzieja, że jutro ktoś go znajdzie na mokradłach i parasol do ciebie wróci, bo na rączce ma taką śliczną opaskę z wygrawerowanym twoim nazwiskiem.
- Ech, cudnie byłoby go odzyskać – odparł jej mąż.
Pan Wyse uznał, że rozmowa zmierza za bardzo w stronę spraw drugorzędnych; utratę parasola, choćby nowego, można było opłakać później. Poza tym nie wspomniano jeszcze o drugiej z zaginionych dam. Wskazał na dwie trzypensowe kartki na kominku.
- Nasza przyjaciółka Elizabeth Mapp przysłała je wczoraj żonie i mnie – powiedział. – Zachowamy je jako nasze najcenniejsze pamiątek na wypadek... to znaczy – na wszelki wypadek. Piękny wzór. Dach pokryty śniegiem. Ostrokrzew. Rudziki. Miała wyrobiony gust artystyczny. Jej obrazy miały w sobie zawsze coś uderzającego i oryginalnego.
Wszyscy zaczęli łamać sobie głowy nad czymś odpowiednim do powiedzenia o związku Elizabeth ze sztuką. Wysiłki były raczej beznadziejne, bo jej haniebny podstęp polegający na odesłaniu obrazów Luci i Jurusia przysłanych na ostatnią wystawę i odrzuceniu przez nowy komitet jej własnych obrazów przysłanych na nadchodzącą wystawę to było wszystko, co przychodziło do głowy nawet najbystrzejszym umysłom, a skoro artystka w stanie najwyższego zagrożenia wypłynęła właśnie na morze, a może już w nim spoczywała, wspominanie takich incydentów świadczyłoby o bardzo złym guście. Nastąpiła długa chwila ciszy, przerywanej tylko chrupaniem tostów w ustach tych, którzy jeszcze nie dokończyli kawioru.
Irene nie jadła kawioru, nie wniosła też dotąd nic do ogólnej rozmowy. Nagle wybuchnęła histerycznym śmiechem i szlochem.
- Co za bzdety opowiadacie – krzyknęła ocierając oczy. - Jak możecie być tacy głupi? Przepraszam, ale tak jest. Pójdę już do domu, proszę.
Wypadła z pokoju i trzasnęła drzwiami tak głośno, że dom się zatrząsnął, a jedna z trzypensowych kartek panny Mapp wpadła do ognia.
- Biedactwo. Bardzo pobudliwa i bez samokontroli – powiedziała Susan. – Ale chyba lepiej jej będzie samej.
Wszyscy poczuli ulgę gdy Irene wyszła, a w miarę, jak postępowała znakomita kolacja pani Wyse, z jej indykiem na zimno, kawałkami puddingu śliwkowego na gorąco, grillowanym serem i figami nadziewanymi migdałami, które Amelia przysłała z Capri, poczucie ogólnego odrętwienia wywołanego katastrofą zaczęło słabnąć.
Wyczerpani niepokojem, jak wszyscy, o te dwie (a szczególnie jedną), które zaginęły w mgłach Kanału w tak niezwykłym pojeździe, nie mogli nie zauważyć, jak skomplikowane problemy i interesy mogły wiązać się z tym, co – jak wszyscy mieli nadzieję – nie okaże się tragedią. Ale czy tak będzie, czy nie, cały przebieg wypadków, powody, warunki, okoliczności, które doprowadziły te dwie nieszczęsne damy do porwania przez falę powodziową musiały zostać omówione i to major Benjy przerwał dotychczasową nienaturalną powściągliwość.
- Widziałem wiele powodzi na Jamunie – powiedział, dolewając sobie po raz kolejny porto – ale żadna nie była tak nagła i tak… tak zagadkowa. Musiały być w kuchni. Teraz wszyscy wiemy, że stała tam choinka…
Te słowa uwolniły powódź słów równą największym widzianym na Jamunie; potoki domysłów, rekonstrukcja po rekonstrukcji tego, co musiało się wydarzyć by doprowadzić do tego, co wszyscy widzieli, zostały jeden po drugim zbadane i odrzucone jako zawierające w sobie jakąś niemożliwość. I co w takim razie oznaczały ostatnie słowa dzielnej Luci: Poczekajcie aż wrócimy? W tej chwili dyskusja zerwała wszelkie tamy konwenansu, otwarcie zaczęto mówić o rywalizacji między nimi, o sztuczkach i bezpodstawnych podłościach panny Mapp, nie pominięto też pogardliwym odgrywaniu się Luci i jej dominującym sposobie bycia.
- Ale mówimy teraz o „poczekajcie, aż wrócimy” majorze Benjy – zawołała Diva. – Trzymajmy się tematu. Uważam, że chciała po prostu powiedzieć: „nie porzucajcie nadziei, na pewno wrócimy.” I jestem pewna, że wrócą.
- Nie, jest w tym coś więcej – przerwał jej Juruś. – Znam Lucię lepiej niż ktokolwiek z was. Miała na myśli, że kiedy wróci będzie miała nam do opowiedzenia coś potwornie interesującego, jeśli oczywiście wróci i założę się, że chodzi o Elizabeth. Odkryła coś nowego na jej temat.
- Ale trudno mi uwierzyć – powiedział padre, znów zapominając o swoich pseudo szkockich korzeniach – że w tak poważnej chwili, kiedy wirowały prosto w odmęty morza, a śmierć zaglądała im w oczy, takie błahostki jak te, nad którymi wszyscy ubolewaliśmy, które bez wątpienia wcześniej powodowały tarcia między drogimi paniami…
- Nonsens, Kenneth – powiedziała jego żona ku jego uldze, bo zaplątał się w to zdanie i nie wiedział, jak z niego wybrnąć – cieszyłeś się tymi kłótniami tak samo jak wszyscy inni.
- Nie zgadzam się z panem, padre – powiedział Juruś. – Zacznijmy od tego, że – jestem pewien – Lucia nie uważała że stoi w obliczu śmierci, a nawet gdyby uważała, nadal, do ostatniego tchnienia, strasznie interesowałoby ją życie.
- Dzięki Bogu, że mieszkamy na wzgórzu – wygłosił major Benjy, jak zwykle myślący tylko o sobie.
Pan Wyse podniósł rękę. Jako gospodarzowi wypadało dać mu szansę zabrania głosu, której dotąd nie miał.
- Za pozwoleniem – powiedział – jeśli wolno mi odważyć się na sugestię która może połączyć wizje naszego wielebnego przyjaciela oraz pana Pillsona – tu skłonił się obu. – Sądzę, że pani Lucas wiedziała, że ociera się o śmierć – kto nie wiedziałby? – ale jako, że jej witalność jest tego rodzaju, że nigdy nie przestaje ciekawić ją życie, póki faktycznie (co, jak ufamy, nie ma obecnie miejsca) wszystko się nie kończy. Lecz jak prawdziwa chrześcijanka, była, czego byliśmy świadkami, zajęta pocieszaniem słabszych. Nie mogła lepiej wykorzystać swoich ostatnich chwil, choć mamy nadzieję, że ostatnimi nie były. A jeśli między paniami istotnie były jakieś tarcia, to wynikały one jedynie ze starcia się dwu pełnych życia…
- Nawet pocałowała Elizabeth – zawołała pani Bartlett. – Widziałam. Od wieków tego nie robiła. Pomyśleć tylko!
- Chciałabym wrócić do kuchni – powiedziała Diva. – Czemu Elizabeth zaniosło do kuchni? Mam świetny domysł, choć nie wiem, co na to powiecie. Wiedziała, że Lucia urządza choinkę dla chłopców z chóru, bo jej wczoraj powiedziałam...
- Ciekawe, co się z nią stało – wtrącił padre. - Jeśli powódź jej nie zabrała, a pewnie to zobaczylibyśmy, to można by ją wysuszyć.
Diva, jak zawsze gdy jej przerwano, czekała z otwartymi ustami i ruszyła dalej.
- …. i wiedziała, że służba wyszła, bo to też jej powiedziałam, a ona na pewno bardzo chciała zobaczyć choinkę. Sugeruję więc, że podeszła do domu tylnym wejściem od kuchni – to byłoby absolutnie w jej stylu, sami wiecie – aby rzucić na nią okiem bez proszenia o jej pokazanie…
- No cóż, bardzo dobrze pomyślane – przerwał jej Juruś z podziwem. – Proszę mówić. Co było dalej?
Diva jeszcze nie pomyślała o dalszym ciągu, ale teraz nagle spłynęło na nią olśnienie i aż klasnęła w dłonie.
- Już wiem, już wiem - zawołała. – Weszła do kuchni, a kiedy się po niej rozglądała, weszła też Lucia, a potem nadeszła fala powodziowa. Wszystkie trzy na raz. To wyjaśniałoby słowa „czekajcie aż wrócimy.” Chodziło jej o to, że chce nam powiedzieć, że zastała Elizabeth w swojej kuchni.
Dla wszystkich stało się jasne, że Diva trafiła w sedno i po takim objawieniu rekonstrukcyjnego geniuszu każda dalsza dyskusja musiała być jałowa. Natychmiast nastąpiła pełna smutku reakcja i wszyscy popatrzyli po sobie gdy dotarło do nich, jak głęboko zajęli się trywialnymi aferkami podczas gdy te ich dwie przyjaciółki tkwiły, w najbardziej optymistycznej wersji, na stole kuchennym gdzieś na wodach Kanału La Manche. Mimo wszystko – Lucia powiedziała, że ona i jej towarzyszka wrócą i choć o powodziankach nie było żadnych wieści, każdy z ich przyjaciół w głębi serca czuł, że nie były to czcze słowa i że muszą podtrzymywać w sobie zaufanie do Luci. Sama panna Mapp z pewnością już dawno utonęłaby, ale Lucia, której – jak już się przekonali – wewnętrzne siły były niespożyte – była z nią. Nikt co prawda nie wiedział, co miałaby niby zrobić w tak trudnej sytuacji, ale jeszcze się nie zdarzyło, by została pokonana i nie wyszła tryumfalnie nawet z najgorszej sytuacji.
Kukułka w zegarze pani Wyse wykukała złowieszczą godzinę 1;00 w nocy. Towarzystwo wstało, wszyscy westchnęli, życzyli sobie dobrego snu z melancholią na twarzach i rozeszli się do domów niemal po omacku brnąc w zimnej mgle. Gdy Juruś skręcił za róg Mallards, zamajaczył mu szczyt pokoju ogrodowego, gdzie niegdyś tak często zza zasłon przeświecała smużka światła i dobiegały dźwięki Mozartina. Choć chwila obecna była mroczna i pełna napięcia, to bez poczucia, że coś na zawsze odeszło z jego życia, potrafił sobie wyobrazić, że znów siedzi z Lucią przy fortepianie, czekając na jej „uno, due, TRE” gdy próbują po raz pierwszy zagrać sekretnie znajome duety.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 26 Sie, 2025 09:33   

Ojejujeju :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: to STRASZNE , Lucia i droga Elżbieta przymusowo uwięzione na jednym stole na pełnym morzu :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: mistrzowsko absurdalna sytuacja :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 26 Sie, 2025 12:18   

Wyobrażasz je sobie w tym stole z nogami w powietrzu? :mrgreen: Sytuacja i tragiczna i komiczna zarazem. A jeszcze one skłócone, a Elżbieta z wiadomym owocem kradzieży w kieszeni...

Jesteśmy już w miarę blisko finału tej części historii Luci i panny Mapp - i dzieje się aż miło!
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 26 Sie, 2025 22:30   

Panie popłynęły w siną dal, a my przyglądamy się, co dzieje się w tym czasie w Tilling.

Przez cały następny dzień gęsta mgła nie przestawała zalegać nad wodą i lądem, ale ze straży przybrzeżnej nie nadchodziły żadne wieści prócz ponurego pohukiwania syren mgielnych, a w miarę upływu godzin, niepokój stawał się coraz bardziej dotkliwy. Wystawę w imieniu Lici otworzyła pani Wyse, bo uważano powszechnie, że Lucia tego by sobie życzyła, ale ze względu na ekstremalnie trudną pogodę ceremonię otwarcia zaszczycili tylko Juruś i pan Wyse. Pani Wyse, w opłakanym stanie pod nieobecność autorki, odczytała wykład Luci o sztuce współczesnej, który ta przesłała Jurusiowi do oceny. Trwał godzinę i dwadzieścia minut i gdy na koniec ucichły oklaski Jurusia, z kolei pan Wyse odczytał mowę, którą ułożył by podziękować Luci za jej porywający wykład. Również ta mowa była raczej długa, lecz napisana w najbardziej klasycznym i wytwornym stylu. Juruś odwzajemnił się krótszą przemową, a pani Wyse, w zastępstwie Luci, odczytała jej kolejną długą przemowę dołączoną w manuskrypcie do wykładu, w której dziękowała ona za ich podziękowania i wyjaśniała, jak czuje się onieśmielona stając przed nimi. Nastąpiło więcej oklasków, a potem cała trójka obeszła salę oglądając nawzajem swoje obrazy poprzez gęstą mgłę. Nadszedł kolejny wieczór bez wieści i Tilling zaczęło obawiać się najgorszego.
Następnego dnia samo morze przysłało straszną wiadomość bez słów. Mgła w końcu się przerzedziła, nastał krystalicznie jasny dzień, a ponieważ po nie ruszaniu się z domu i piciu przedwojennej whisky przez cały wczorajszy dzień jakieś ćwiczenia fizyczne były bardzo pożądane, major Benjy wyruszył o jedenastej by złapać tramwaj i zagrać rundkę golfa z padre. Choć nadzieja umiera ostatnia, żaden z nich nie powiedział niczego, co sugerowałoby, że nie spodziewają się już nigdy nie ujrzeć drogich przyjaciółek, ale rozmowy toczyły się wokół katastrofy; major zapytał od niechcenia, czy Mallards jest domem wynajmowanym, a padre odrzekł, że zarówno Mallards jak Grebe są własnością ich lokatorek i nie są na wynajem, zrobił także niejasną aluzję do nabożeństw pogrzebowych mówiąc, że na jednym, bardzo wzruszającym, ostatnio był. Wtedy major Benjy wyładował frustrację na chłopcu do noszenia kijów i gra wróciła do normy.
Przeszli właśnie do ósmego dołka, którego wypłaszczenie było jak pulpit wysoko na wydmach z widokiem na morze. Mecz był bardzo ekscytujący; wygrywali na zmianę dołek po dołku w błyskotliwych szóstkach i siódemkach, obaj gracze prezentowali szczytową formę i w zapale wygnali z serca pierwotny niepokój. Wtem major posłał piłkę wprost w zagięcie terenu tuż przez tee1 i gdy skończył przeklinać chłopca od kijów za to że ruszył się podczas uderzenia, padre posłał żelazny strzał prosto na green.
- Wspaniały dzień – wykrzyknął i odwracając się by podnieść kije spojrzał na morze. Trwał odpływ, a przed nimi rozpościerała się ogromna płaszczyzna „błyszczących piasków,” jak z poematu Charlesa Kingsleya.
- A to co? – powiedział do majora Benjy’ego wyciągając drżący palec.
- Dobry Boże! – zawołał major Benjy. – Przynieś moją piłkę, chłopcze.
Zbiegli w dół stromych wydm i przeszli przez piaski do miejsca, w którym leżał obiekt ściągający uwagę padre. Był to leżący na blacie nogami do góry ogromny stół kuchenny, przesiąknięty słoną wodą, ale wciąż w doskonałym stanie. Bez żadnej wątpliwość był to ten, który dwa dni wcześniej na ich oczach wirował odpływając ku morzu. Ale teraz leżał porzucony i nie siedziały w nim żadne panie. Padre zdjął kapelusz.
- Przerywamy chyba grę, majorze? – powiedział. – Lepiej zadzwońmy do burmistrza z budynku Klubu Golfowego. I trzeba będzie załatwić jakichś ludzi żeby go stąd zabrali. Jest za ciężki, żebyśmy my mogli po ruszyć.
Wieść, że morze wyrzuciło stół na brzeg szybko rozeszła się po Tilling, a Juruś, słysząc, że padre nakazał, aby po przejściu przez urząd celny przywieźć go na plebanię, natychmiast tam poszedł. Wydawało się, że to gruboskórność, w pierwszym szoku żałoby myśleć o stołach, ale jeśli zajmie się tym teraz, zaoszczędzi potem wszystkim wiele kłopotów. Ten stół przynależał do Grebe.
- Rozumiem pański punkt widzenia – powiedział do padre – i oczywiście generalnie wszystko, co zostało znalezione na wybrzeżu należy do znalazcy jeśli to są pomarańcze w koszyku, bo nikt nie zna ich właściciela. Ale tutaj wszyscy wiemy, kto jest właścicielem. I wszyscy wiemy i obawiamy się, skąd on się wziął.
Padre wykazał się rozsądkiem.
- Mówi pan, że powinien wrócić do Grebe – powiedział. – Tak, zgadzam się. Ach, już jest.
Wyszli na ulicę, na którą właśnie dotarł wózek wiozący stół. Potem zaczęły piętrzyć się trudności. Było późno, a tragarze wahali się, czy jeszcze tego wieczoru wieźć go do Grebe i przenosić przez ogród.
- Wwzieźcie go tutaj na noc – powiedział padre. – Możecie wjechać na podwórko i obok wychodka.
Juruś poczuł się w obowiązku zaprotestować; stół był częścią Grebe i wyglądało na to, że Grebe należy do niego.
- Myślę że lepiej będzie zawieść go do Mallards Cottage – powiedział twardo. – To zaraz za rogiem i może stać na moim podwórku.
Padre uznawał, że stół powinien wrócić do Grebe, ale czemu Juruś rościł sobie prawa do tego mebla, z którym wiązały się bolesne wspomnienia? W końcu to ona go znalazł.
- Nie bardzo rozumiem, czemu miałby stać u pana – powiedział nieco sztywno.
Juruś odciągnął go na bok.
- Strasznie jest mówić o tym tak szybko – powiedział – chciałbym, żeby właśnie tam stał. Widzi pan, Lucia zapisała mi Grebe z całym umeblowaniem. Wciąż kurczowo trzymam się… nie mogę nic na to poradzić – nadziei, że nic z tego nie jest i nie będzie moje, ale w czasie, który może upłynąć…
- Nie! Naprawdę! – wykrzyknął padre z nagłym dreszczem zainteresowania prawdziwego mieszkańca Tilling, którego nie było sensu tłumić. – Gratu…no, no. Oczywiście, stół jest pański. Tak powinno być.
Wózek ponownie ruszył w drogę i za pomocą pochlebstw i podstępnych namów smutny obiekt został nakłoniony do wjazdu na tyły Mallards Cottage. Tutaj miał póki co pozostać, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo zamarynowała go morska woda, uznano, że wystawienie na czynniki atmosferyczne mu nie zaszkodzi, a jeśli przyjdzie deszcz, zmyje z niego sól.
Juruś, wyczerpany i zmęczony tymi niemiłymi sprawami, odpoczął trochę na sofie, aż nakryto dla niego stół do kolacji. Kucharka przyrządziła mu treściwą i bardzo odżywczą strawę okazując w ten sposób współczucie, a Foljambe usługiwała mu ze szczególną starannością, ciągle trzymając chusteczkę przy nosie, co wyrażało jej własny żal. Po kolacji przeszedł do salonu i zajął się robótką ręczną, tym „smutnym narkotycznym zajęciem,” i spojrzał swej stracie w twarz.
Rzeczywiście, trudno było sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez Luci, ale nie było potrzeby tego sobie wyobrażać, ponieważ już tego doświadczał. Nie było na co czekać i zdał sobie sprawę, jak bardzo Lucia i jej manewry, jej niezłomna witalność, jej oszustwa i jej wielkość były solą jego życia. Nigdy nie był w niej w najmniejszym stopniu zakochany, ale w jakiś sposób była dla niego tak absorbująca jak każda kapryśna i czarująca kochanka.
- Będzie za nudno na cokolwiek – pomyślał - i nie będzie ani jednego dnia, w którym nie będę za nią strasznie tęsknił. Zawsze tak było: kiedy była z dala od Riseholme, nigdy nie wydawałem się mieć ochoty malować ani grać, chyba żeby pokazać jej, co zrobiłem, kiedy wróci, a teraz ona nigdy nie wróci.
Przez długi czas oddawał się rozpaczy, co do tego, co życie mu przyniesie. Nikt inny, nawet Foljambe, nie wydawał się mieć dla niego znaczenia. Ale potem, przez czarne, głębokie wody jego udręki, na powierzchnię zaczęły przebijać się małe bąbelki. To było jakby postawić wątłą latarenkę świetlika wśród czarnej, ogromnej nocą, i jej wszechogarniającej ciemności, ale tam, gdzie na chwilę każdy z tych bąbelkównich ukłuł powierzchnię, tam była, bezcelowe było zaprzeczać, maleńka iskra, która na chwilę wyróżniała się na tle czerni. Na przykład ten stół: kazałby umieścić na nim tabliczkę z odpowiednim napisem, aby zapisać tragiczną rolę, jaką odegrała, tekst, że tak powiem, jak na grobowcu. Może ostatnie słowa Luci? „Poczekajcie tylko, aż wrócimy”. Ale jeśli to była tablica pamiątkowa, musiałaby napisać, że Lucia jednak nie wróciła.
Przyniósł sobie notes i zaczął od nowa: „Na tym to stole…” ale to mu zgrzytnęło. Nasuwało na myśl: „Pod tą tu gruszką…” Następnie: „W Boxing Day roku pańskiego 1930 po południu, pani Emmeline Lucas z Grebe oraz panna Elizabeth Mapp z Mallards…” – to znów było zbyt rozwlekłe. Z kolei „Pamięci Emmeline Lucas i Elizabeth Mapp. Wypłynęły na morze…” brzmiało jak początek szanty i mogło sugerować przyszłym pokoleniom, że panie wybrały się na żeglugę. Potem zaczął przetrząsać pamięć w poszukiwaniu wierszy o rozstaniu i przypomniał sobie:
Wieczorny głosi dzwon
Ostatni rozbłysk zórz,
Lecz niechaj nie brzmi żałobliwy ton,
Choć pora już.

Ale i to nie miało sensu: ludzie będą zachodzić w głowę czemu wybrały się gdzieś na kuchennym stole, bo nawet teraz, gdy wydarzenie było tak przeraźliwie świeże, nikt tak naprawdę nie wiedział.
- Nie miałem pojęcia – pomyślał Juruś – jak trudno jest napisać kilka trafnych i z serca płynących słów. Pójdę jutro na cmentarz i pooglądam nagrobki. Lucia z miejsca wymyśliłaby coś idealnie pasującego do okoliczności.
Choć te bąbelki (i inne, trochę większe), na które Juruś nie pozwalał sobie patrzeć wprost, były maleńkie, to przyniosły mu chwilową, przelotną ulgę. Niektóre przy pękaniu wydawały dość głośne trzaski, inne stwarzały problemy. Ta tragedia była poważnym ostrzeżeniem przed osiedleniem się w zbyt nisko położonym domu, co wyraził już major Benjy wygłaszając to egocentryczne cri du coeur: Dzięki Bogu, mieszkamy na wzgórzu!, ale dla Jurusia niedługo sprawa ta stanie się żywotna, choć nie próbował nawet podjąć decyzji. Utrzymywanie dwóch domów w Tilling byłoby absurdem, głupio byłoby być i lokatorem Mallards Cottage i właścicielem Grebe. A może powinien mieszkać w Grebe latem, kiedy nie obawiano się powodzi, a w Mallards Cottage zimą?
Położył się do łóżka: pełna współczucia Foljambe przed powrotem do domu dołożyła hojnie do pieców i termofor miał taką temperaturę, że nie dało się go nawet dotknąć stopami… Gdyby zamieszkał w Grebe, musiałaby tylko przejść przez ogród do swojego Cadmana, gdyby rzecz jasna Cadman pozostał u niego na służbie. Był też ten wielki samochód Luci. Prawdopodobnie zostanie zaliczony w masę spadkową wraz z Grebe. Trzeba pamiętać, aby na obrazie autorstwa Luci na Wystawie Towarzystwa Sztuki powiesić czarną wstążkę. Potem zapadł w sen...

Koniec rozdziału dziesiątego

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 27 Sie, 2025 08:49   

Trzykrotka napisał/a:
Wyobrażasz je sobie w tym stole z nogami w powietrzu? :mrgreen: Sytuacja i tragiczna i komiczna zarazem. A jeszcze one skłócone, a Elżbieta z wiadomym owocem kradzieży w kieszeni...

No dokładnie :rotfl: ale co za stół, że je obie uniósł i nie zatonął :serce: :serce2:

Czyżby obie panie wysiadły gdzieś na płyciźnie a stół podryfował dalej :-P ?ale jak świetnie ujęta rozpacz Jurusiaw połączeniu z automatycznie nasuwającymi się sprawami spadkowo-dziedzicznymi, to jest wyjęte żywcem z życia :oklaski:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 28 Sie, 2025 07:02   

Nie bardzo znam się na fizyce, ale wydaje mi się, że stół mógł się unosić na wodzie dzięki dużej, płaskiej powierzchni. No i póki woda nie dostała się do środka. A Juruś ma rzeczywiście bardzo ludzkie myślenie. Tak to w życiu jest,każda utrata budzi nie tylko żal, ale i potrzebę działania.
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 28 Sie, 2025 12:32   

Trzykrotka napisał/a:
stół mógł się unosić na wodzie dzięki dużej, płaskiej powierzchni. No i póki woda nie dostała się do środka

Dokładnie tak - pod warunkiem , że blat był z mocno spojonych desek i miał wysoką tę listwę łączącą nogi bezpośrednio pod blatem. I to , że został wyrzucony na mieliznę może oznaczać, że panie gdzie wysiadły, bo gdyby na jego pokład - obciążony dwoma pokaźnymi damami - dostała się woda , zwyczajnie poszedłby na dno, zwłaszcza, że był ciężki, solidny i dębowy.
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 28 Sie, 2025 20:26   

Póki co panie rozpłynęły się na wodach Kanału Angielskiego, zwanego też La Manche, a my popatrzmy, jak z ich stratą radzi sobie Tilling :kwiatek:


Rozdział jedenasty

Choć Juruś był przekonany, że wraz z odejściem Luci w jego życiu nie pozostało już nic ciekawego i choć Tilling w ogóle było świadome, że zakończenie ostatniej rywalizacji pozbawi codzienność każdego z nich dreszczu emocji i w najokropniejszy sposób przyćmi jej radości to pewnego ranka, gdy smutne dni zaczęły przechodzić w tygodnie, okazało się, że jest jeszcze sporo do zrobienia dla niego i obgadania dla Tilling. Lucia zatrudniła miejscowego prawnika do sporządzenia testamentu i dziś pan Causton (w imieniu pani Emmeline Lucas) odwiedził Jurusia, by go o tym powiadomić. Zręcznie przeplatając współczucie z gratulacjami wyjaśnił mu, że mała sumka, o której wspominała Lucia to ni mniej ni więcej tylko 80.000 funtów. Prócz małych zapisów Juruś był jej spadkobiercą. Bardzo go to poruszyło.
- Jak to miło z jej strony – powiedział. - Nie miałem pojęcia…
Pan Causton podjął temat z wielką delikatnością.
- Upłynie kilka miesięcy – powiedział – nim przy braku świeżych dowodów śmierć mojej klientki będzie można domniemywać zgodnie z prawem…
- Och, im dłużej tym lepiej – powiedział Juruś niejasno, ocierając oczy. - ale jakie świeże dowody ma pan na myśli?
- Odnalezienie wyrzuconych na brzeg lub zidentyfikowanych w inny sposób doczesnych szczątków – powiedział pan Causton. - W międzyczasie zmarła pani Lucas nie zostawiła żadnych środków na wypadek, z którym przyjdzie nam się mierzyć. Jeśli i kiedy jej śmierć zostanie potwierdzona, jej służba otrzyma wynagrodzenia za okres do tej chwili i miesięczne wypowiedzenie. Do tej pory, jak sądzę, koszty utrzymania Grebe będzie się pokrywać z majątku. Mogę się tym wszystkim zająć, ale uznałem, że najpierw muszę uzyskać pańską zgodę.
- Oczywiście, naturalnie – zgodził się Juruś.
- Ale tu pojawiają się kolejne trudności – rzekła pan Causton. - Nie mam prawa wglądu w w konto bankowe zmarłej… czy raczej, jak mamy nadzieję, zaginionej pani Lucas. Widzi pan, nie ma funduszu, z którego można by pokryć bieżące domowe wydatki. Koszty wyżywienia i pensji dla służby nie są od miesiąca uregulowane.
Juruś zmienił się na twarzy. Nieznacznie.
- Lepiej sam im zapłacę – powiedział. - Tak chyba będzie właściwie?
- Sądzę że wobec obecnych okoliczności, tak – powiedział pan Causton. - W istocie nie wiem, co jeszcze można zrobić, chyba, że zwolnić całą służbę, a dom zamknąć.
- O nie, nigdy w życiu – powiedział Juruś. - Muszę tam pójść i wszystko zorganizować. Jeśli pani Lucas wróci, będzie zdruzgotana na wieść, że służba, która była z nią od tylu lat została zwolniona. Wszystko trzeba zorganizować tak, jakby wyjechała gdzieś z wizytą i zapomniała zostawić czek na pokrycie bieżących wydatków.
Tutaj przynajmniej było coś do zrobienia i Juruś, uznając, że w rześki poranek wolałby się raczej przespacerować i czując, że będzie mu miło zamienić kilka słów z przyjaciółmi na High Street, założył swą cieńszą pelerynkę, bo wiosnę już czuć było w powietrzu, a w jego małym ogródku przebiśniegi zakwitły na rabatce. Pamiętał, że Lucia nigdy nie lubiła przebiśniegów: zwieszały głowy i były wątłe; były dla niej uosobieniem ospałej, choć miłej nieudolności. Aby przejść wzdłuż całej High Street i odbyć tyle rozmów ile się da, przeszedł obok Mallards w stronę domu majora Benjy’ego. Ten ostatni zobaczył go z okna gabinetu, w którym tak często odpoczywał i popijał przed lub po golfie i gestem zaprosił go do środka.
- Dzień dobry, mój stary – powiedział. - Miałem kawał fenomenalnego szczęścia; choć trudno tak o tym mówić, ale chodzi mi o to, że… No cóż, odwiedził mnie prawnik naszej nieodżałowanej panny Elizabeth Mapp, niech jej Bóg błogosławi, i przekazał mi najbardziej zaskakujące wieści. Jestem kolosalnie wzruszony; nie spodziewałem się, przysięgam…
- Chcesz mi powiedzieć… - zaczął Juruś.
- Owszem, chcę. Powiadomił mnie o postanowieniach testamentu tej drogiej kobiety. Na pamiątkę naszej długoletniej przyjaźni - to jej słowa, mówię ci, nie wstydziłem się odwrócić się i wytrzeć oczy kiedy mi powiedział – na pamiątkę naszej długoletniej przyjaźni zostawiła mi przepiękne Mallards i sumę dziesięć tysięcy funtów, które, jak rozumiem, stanowią lwią część jej majątku. Co o tym myślisz? - zapytał pozwalając by na chwilę radość wzięła w nim górę.
- Nie! - powiedział Juruś – Gratuluję… przynajmniej na wypadek…
- No wiem- powiedział major Benjy. – Jeśli okaże się, że nasze przyjaciółki naprawdę odeszły na zawsze, będziesz uprzejmy cieszyć się, że to, co ci powiedziałem, jest prawdą, hę?
- Owszem – i mnie też odwiedził pan Causton - powiedział Juruś, nie mogąc się dłużej powstrzymać – i Lucia zostawiła mi Grebe i osiemdziesiąt tysięcy funtów.
- O Boże! Co za gigantyczny majątek- krzyknął major z z grymasem złości. – Gratu…No – i nawzajem. Kupię sobie samochód zamiast jeździć na golfa tym nędznym tramwajem. Potem zajmę się Mallards. Zamierzam wynajmować go z umeblowaniem, służbą i wszystkim. Policzę po dziesięć gwinei za tydzień. No co, przecież zeszłego lata brała piętnaście od tej drugiej biednej nieboszczki.
- Nie robiłbym tego – powiedział Juruś. – Co będzie jak wróci i zobaczy, że nie może wejść do własnego domu przez miesiąc, bo go wynająłeś?
- Dałby Bóg żeby wróciła – powiedział major, nie padając trupem na miejscu. – Ale rozumiem, o co ci chodzi: byłoby łyso, jeszcze to przemyślę. Póki co oczywiście po stosownym czasie, kiedy tragedia się potwierdzi, sam tam zamieszkam. Do tego czasu będę oczywiście płacił służbie i ponosił opłaty za dom. Dość kosztowne, ale nie poradzisz. Dwanaście szylingów na tydzień, tyle im dam, będą za to żyć jak królowe. Na Jowisza, jak sobie przypomnę ten okropny widok stołu kuchennego na plaży, mam zimne dreszcze. Napij się, wspaniała przedwojenna whisky.
Juruś jeszcze nie był w Grebe i teraz poczuł ekscytujące, choć melancholijne zainteresowanie miejscem, w którym rozpoczęła się katastrofa. Choinka, jak się przekonał, utknęła w kuchennych drzwiach i padre już tu był by ją obejrzeć, ale stwierdził, że szkody są nieodwracalne. Leżała teraz w ogrodzie, którego ziemię i rośliny zmyła powódź, ale Juruś nie mógł znieść tego widoku i nakazał, aby jako pamiątka została ona postawiona w pustej szopie. Może i na niej i na stole umieści się tabliczkę. Potem odbył rozmowę z Grosvenor by ustalić harmonogram wypłat dla personelu – ich wysokość wprawiła go w osłupienie. Zobaczył się też z kucharką i powiadomił ją, że stół kuchenny jest na jego podwórku, ale ona ubłagała, by go nie odsyłał, bo zawsze był straszną zawalidrogą. Pni Lucas – ciągnęła - zawsze go lubiła i miała przeczucie, że przyniesie jej szczęście. Potem wybuchnęła płaczem i orzekła, że wiele szczęścia to on jej pani nie przyniósł. Wszystko to było strasznie wzruszające i Juruś powiedział jej, że w tym okresie oczekiwania, podczas którego nie wolno im tracić nadziei, wszystkie wynagrodzenia będą wypłacane jak zwykle, a oni muszą pracować jak dawniej i dbać o dom. Potem zajął się kilkoma jeszcze nie zapłaconymi rachunkami Luci, dość przerażająca suma, bo niedługo upływały terminy płatności, a kuchnię trzeba było odnowić ze skutków powodzi. Było już ciemno gdy wrócił do Mallards Cottage.
Ponieważ nadal brakowało tego, co pan Causton nazwał twardymi dowodami w postaci albo zwłok, albo żywych osób, padre zdecydował się na odprawienie w najbliższym tygodniu nabożeństwa żałobnego, bo jeśli nie odbędzie się ono wkrótce, wszyscy przywykną do żałoby i taka uroczystość straci i na znaczeniu i na wzruszeniu. Oczywiście major Benjy i Juruś, jako prawowici spadkobiercy opłakiwanych pań powinni siedzieć obok siebie w osobnej ławce z samego przodu jako główni żałobnicy, a major Benjy obstalował uszycie na cito czarnego garnituru, by w nim wystąpić przy tej smutnej okazji. Dzwon kościelny zabrzmiał pogrzebowym tonem, a obaj panowie weszli ramię w ramię po tym, jak reszta żałobników już się zebrała i zajęli swoje miejsca w ławce, bezpośrednio przed pulpitem do czytania.
Nabożeństwo miało zwyczajowy przebieg, a padre wygłosił wzruszające kazanie oparte na słowach:
„kochani i pełni uroku,
Za życia i w śmierci nie są rozdzieleni” (2Sm 1:23)
Przypomniał słuchaczom, że te, które opłakiwali były jak siostry wiodące prym w działalności społecznej i udzielające wszystkim, którzy je znali, ich bezgranicznej gościnności. Życie każdej z nich pełne było ciepłej, ujmującej energii. Przodowały w każdej działalności literackiej i artystycznej: naprawdę, mógłby wykorzystać cały werset, z którego wziął tylko połowę i dodać, że były „bystrzejsze od orłów, dzielniejsze od lwów. Jedną z nich znali od wielu lat i imię Elizabeth Mapp wyryte jest w ich sercach. Druga niedawno tu przybyła, ale już zdążyła bardzo się do wszystkich zbliżyć, a jakże typowym dla jej pięknej natury było, że w dniu katastrofy przygotowywała choinkę dla chórzystów, których śpiewem tak bardzo się interesowała.
Co do ostatniej sceny, to nie musiał wiele o niej mówić, bo nigdy żadne z nich nie zapomni tego wzruszającego, tego uszlachetniającego, tego pouczającego widoku tych dwu, tak dzielnych w obliczu śmierci, jak były w obliczu życia, wirujących w przestwory morza. Pani Lucas w obliczu próby, przed którą wszyscy staną któregoś dnia, pozdrowiła żartobliwym i dobrze znanym „au reservoir” wszystkim przyjaciołom stojącym bezpiecznie na brzegu, a potem wróciła do swego kobiecego zadania pocieszania i dodawania otuchy swej słabszej siostrze.
- Obyśmy wszyscy – powiedział padre głosem drżącym ze wzruszenia – wszyscy stanęli na progu śmierci z tak pogodnym i niezłomnym duchu, wypełniając do końca swoje obowiązki. A teraz...
To kazanie, na żądanie kilku z przyjaciół, zostało zamieszczone w Gościu Niedzielnym w następnym tygodniu, a egzemplarze rozesłano wszystkim.
Zupełnie naturalną koleją rzeczy Tilling powinnno poczuć ulgę gdy nabożeństwo się skończyło, bo tygodnie od czasu wyrzucenia stołu kuchennego na brzeg był jak okres między śmiercią a pogrzebem. Znów podciągnięto żaluzje, a życie powoli zaczęło nabierać bardziej normalnego kolorytu. Styczeń ustąpił miejsca lutemu, luty marcowi i w miarę jak dnie wydłużały się wraz z powracającym słońcem, radości i kłótnie Tilling robiły się dłuższe i pogodniejsze.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 29 Sie, 2025 14:56   

No nieee, czyżby panie zadryfowały aż do Francji lub Hiszpanii i tam przechodziły długotrwałą rekonwalescencję po podtopieniu ??? może podjął je statek zmierzający do Indii albo Stanów Zjednoczonych ??? Ale wyobrażam sobie, jak strasznie nudne zrobiło się Tilling po ich zniknięciu i jak wszyscy z tego powodu cierpią :lol:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 29 Sie, 2025 23:10   

No co ty, w Tilling się dzieje...! Teraz to dopiero będzie się działo, zanim znów o paniach usłyszymy! :excited: Owszem, brakuje im energii Luci, ale zaraz ktoś inny wysunie się na prowadzenie jak chodzi o mącenie spokojnej małomiasteczkowej wody :mrgreen:

Ale jednak brakowało wszystkim pewnego bodźca, który ożywiał ich wszystkich od kiedy Lucia przybyła tu z Riseholme. Nie chodziło nawet o to, że nie było Luci, ani o to, że nie było Elizabeth, to tych intensywnych emocji, które wywoływały gdy były razem tak wszystkim brakowało. Ci, którzy pozostali, dzień po dniu spotykali się i rozmawiali na High Street, ale wiadomości nigdy nie były już takie jak tego lata, gdy to ich życie wzniosło się na nowy, ekscytujący poziom. Ale ciekawie było oglądać majora Benjy w nowym aucie, które prowadził sam i obserwować, jak o włos unika kolizji na ciasnych zakrętach i słuchać przerażających eksplozji wojskowego języka jeśli jakiś inny pojazd znalazł się na jard od jego zielonych zderzaków.
- Chyba mu się wydaje – powiedziała Diva do pani Bartlett kiedy spotkały się rano podczas zakupów – że od kiedy ma samochód, droga jest zarezerwowana tylko dla niego.
- Mały, tandetny samochodzik – rzekła pani Bartlett. - Można by pomyśleć, że mając dziesięć tysięcy w kieszeni szarpnie się na coś lepszego.
Stali na rogu patrząc w stronę Mallards i Divie nagle rzuciła się w oczy tabliczka na domu majora Benjy, obwieszczająca, że dom jest na sprzedaż.
- Co, co to ma być? - krzyknęła. - Musieli chyba wywiesić ją dzisiaj. Dzień dobry, panie Jurusiu. O co chodzi z domem majora?
Juruś nadal nosił na rękawie szeroką czarną opaskę.
- Tak, powiedział mi wczoraj, że w przyszłym tygodniu zamierza przenieść się do Mallards – powiedział. - I chce jak najszybciej wystawić na sprzedaż swoje meble.
- Wiele do wystawiania nie będzie – powiedziała Diva pogardliwie. - Kilka nadgryzionych przez mole skór tygrysów, które podobno zastrzelił w Indiach.
- Myślę, że pilnie potrzebuje pieniędzy – powiedziała Juruś. - Widzicie, kupił samochód, a ma na utrzymaniu Mallards i własny dom.
- Trochę to pochopne moim zdaniem – powiedziała pani Bartlett. - Coś jak dzielenie skóry na niedźwiedziu, który jeszcze żyje. Ojej, co ja za straszną rzecz powiedziałam! Okropność!
Juruś taktownie pominął tę kwestię zmieniając gładko temat.
- Przemyślałem sprawę – powiedział – i zamierzam uczcić pamięć drogiej Luci i Elizabeth postawieniem obelisku na dziedzińcu kościelnym.
- Co? Dla nich obu? - spytała Diva.
Tak. Przemyślałem to starannie i będzie dla obu.
- Major Benjy powinien się dołożyć – powiedziała Diva.
- Cóż, powiedziałem mu, że mam zamiar to zrobić – powiedział Juruś – a on nie podjął tematu. Powiedział tylko „kapitalny pomysł” i napił się whisky z sodą. Więc już nic więcej nie powiedziałem. Naprawdę wolę zrobić to sam.
- I tak uważam, że to podłe z jego strony – powiedziała Diva. - Biorąc pod uwagę sytuację, powinien wziąć na siebie część kosztów. Zamiast tego kupił samochód, którego nie potrafi prowadzić. Proszę opowiedzieć o obelisku.
- Zobaczyłem go na podwórku u kamieniarza – powiedział Juruś – i stąd przyszedł mi pomysł. Piękny biały żyłkowany marmur, podobny, choć mniejszy, od tego w Londynie. Dowiedziałem się, że został zamówiony jako nagrobek, ale potem człowiek, który go zamówił zbankrutował i kamień został w rękach kamieniarza.
- Słyszałam o tym – powiedziała pani Bartlett raczej wyniosłym tonem. - Kenneth mi powiedział, że pan mu powiedział i uważamy oboje, że to uroczy pomysł.
- Kamieniarz powinien wypuścić go taniej – orzekła Diva.
- Tani to on nie był – odrzekł Juruś – ale kupiłem go i dziś ustawią go na miejscu, tuż za południowym transeptem, a padre go poświęcić. Jest na nim napis, o zachowaniu ich we wdzięcznej pamięci, wymyślony przeze mnie i częściowo padre, bo jest tam kawałek z jego kazania, ten, że „po śmierci nie są rozdzielone.”
- Bardzo dobrze. Tylko proszę ani słowa o orłach i lwach – powiedziała Diva.
- Nie, tę część opuszczam. Choć bardzo mi się podobała – powiedział Juruś, by pani Barlett nie było przykro.
- A a propos whisky – powiedziała Diva, wracając, jak to miała w zwyczaju, do jakiejś przypadkowej aluzji – to major Benjy osuszył już wszystkie butelki przedwojennej whisky, które dostał od Luci. Przynajmniej słyszałam, jak wczoraj zamawiał kolejną. O, jest informacja o wyprzedaży. Stare angielskie meble – tak, to może oznaczać dwie opcje i wiecie, którą obstawiam. Wartościowe dzieła sztuki. No wiecie co! Oleodruk „Władcy na Glen” i fotografia „Przebudzenia duszy.” Śmiecie! Piękne tygrysie skóry! Skóry może i są piękne, tylko całkiem wyłysiałe.
- Moja droga, aleś ty surowa – powiedział Juruś. – Muszę już iść by sprawdzić jak tam idzie z inskrypcją. Au reservoir.
Diva skinęła do Evie Bartlett
- Jak miło znów to usłyszeć – powiedziała. – Nie słyszałam tego… no, już od dawna.
Obelisk z inskrypcją wykonaną pogrubionymi ołowianymi literami, który głosił, że Juruś ufundował go dla uczczenia pamięci dwu nierozłącznych dam, wzbudził wielki podziw i zyskał reprodukcję na całą stronę w kwietniowym numerze Magazynu Parafialnego, który ukazał się drukiem pod koniec marca. Kamieniarz nieco przeszacował przestrzeń, jaką miał na inskrypcję i słowa „Elizabeth Mapp” musiały być o wiele mniejsze niż słowa „Emmeline Lucas” aby pomieścić je w wierszu. Choć Tilling tego nie skomentowało, powszechne odczucie było takie, że ów błąd dawał bardzo konkretny efekt, gdy traktowało się go symbolicznie. Uważano, że Juruś zachował się bardzo przyzwoicie, a jego zachowanie działało na jego korzyść w zestawieniu z postępkami majora Beny’ego, bo podczas gdy Juruś utrzymywał Grebe za naprawdę duże pieniądze i usuwał na własny koszt spustoszenie, jakie powódź spowodowała w ogrodzie, to major Benjy po nieudanej próbie wynajęcia Mallards za dziesięć gwinei tygodniowo wprowadził się tam i z pośpiechem równie nierozważnym co niedelikatnym już negocjował sprzedaż swoich rzeczy i ogłosił na pierwszego kwietnia wyprzedaż mebli. Kupił samochód i zapełnił piwnice Mallards skrzynkami mocnego wina i kolejną partią przedwojennej whisky, wydawał pieniądze jak wodę i wieczorem ostatniego dnia marca wydał przyjęcie brydżowe w pokoju ogrodowym.
Juruś, Diva i pastorowa byli gośćmi: najpierw podano kolację, obfitą kolację na bogato, a potem do północy grano w brydża. Goście czuli się niezwykle niezręcznie i przed zakończeniem przyjęcia żałowali, że przyszli, bo major Benjy zasugerował, że to jest parapetówka, co pokazało, że albo ma kiepską pamięć albo że jest wyjątkowo bezduszny, bo nikt o jakiej takiej wrażliwości nie użyłby tego słowa tak wcześnie. O swojej dobrodziejce mówił niezwykle ciepło, ale wszyscy jasno widzieli, skąd wzięło się to pośmiertne uczucie. Myślał o przemeblowaniu pokoju ogrodowego, dom wymagał odświeżenia i nawet każdemu z gości zaoferował jeden z akwarelowych szkiców panny Mapp, którymi zawieszone były ściany, jako pamiątkę po drogiej przyjaciółce, niech jej ziemia lekką będzie…. Stał w drzwiach okrakiem z miną wulgarnego nuworysza, który posiadł rodową posiadłość i kiedy ruszyli przez noc do własnych domów słyszeli, jak rygluje i zamyka drzwi na łańcuch, który podczas swojego wynajmu Lucia zainstalowała, by skończyć z niechcianymi wizytami panny Mapp.
- Już on miałby za swoje – pomyślał Juruś – gdyby wróciła.

Koniec rozdziału jedenastego

c.d.n
Tłum. trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 30 Sie, 2025 18:38   

O jeżu kolczasty, a tu :excited: droga Elżbieta wróci, zastanie majora we własnym domu i będzie musiał się z nią ożenić :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: !
Mam nadzieję, że dostanie za swoje :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil: tutaj będę kibicować drogiej Elżbiecie w zemście na majorze :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 30 Sie, 2025 21:05   

O tak... mam tak samo, trzymam kciuki za Elizabeth i jej piękny odwet na majorze. Jak się już porządził jej majątkiem truteń jeden! Juruś to jednak szlachetna dusza i wierna. No to nacieszmy się
:twisted:

Rozdział dwunasty

Była piękna, spokojna noc z wysokim przypływem, który wylał się z koryta rzeki. Na zatopionych łąkach na brzegu rozpościerała się gładka tafla wody oświetlonej światłem księżyca sięgająca podnóża odbudowanego brzegu naprzeciwko Grebe. Między czwartą a piątą nad ranem pierwszego kwietnia w ujście rzeki wpłynął trawler i dokładnie wtedy gdy gwiazdy zaczynały blednąć, a niebo czerwienieć od nadchodzącego świtu, podpłynął on do małego nabrzeża na wschód od miasta i zacumował. Wyszły z niego dwie osoby ubrane w kombinezony i brezentowe kurtki.
- Najlepiej chodźmy od razu do Mallards, kochana – powiedziała Elizabeth - bo to tak blisko i napijmy się dobrej herbaty na rozgrzewkę. Stamtąd zadzwonisz do Grebe i powiesz, żeby przysłali po ciebie samochód.
- Zdzwonię też do Jurusia – powiedziała Lucia. – Nie zniosę myśli, że jego napięcie potrwa choć minutę dłużej niż powinno.
Elizabeth wskazała w górę.
- Widzisz, słońce jest już prawie na wieży kościelnej – powiedziała. – Naprawdę, nie sądziłam, że jeszcze kiedyś zobaczę kochane Tilling.
- A ja nigdy w to nie zwątpiłam – powiedziała Lucia. – Patrz, to te pola nad którymi przepłynęłyśmy w kuchennym stole. Ciekawe, co się z nim stało.
Wspięły się po stopniach w południowo – wschodniej części miasta i po zboczu na ścieżkę prowadzącą przez cmentarz. Ścieżka poprowadzona była przy południowej ścianie kościoła, gdzie biały marmur obelisku jaśniał w promieniach wschodzącego słońca.
- Jaki piękny nagrobek – powiedziała Elżbieta. – I jaki nowy. Ale czemu tutaj? Od stu lat nikogo nie chowano na dziedzińcu kościelnym.
Luci zaparło dech, gdy jej oczy spoczęły na literach wyciętych w marmurze.
- Ależ to o nas! – krzyknęła.
Stały ramię w ramię w swoich brezentach i recytowały śpiewnie inskrypcję:
OBELISK WZNIESIONY
PRZEZ JERZEGO PILLSONA
DLA UCZCZENIA WDZIĘCZNEJ PAMIĘCI
EMMELINE LUCAS I ELIZABETH MAPP
ZAGINIONYCH NA MORZU
W BOXING DAY 1930
---------------------------------
„PRZEZ ŚMIERĆ NIE ROZDZIELONE”

- W życiu czegoś takiego nie widziałam! – krzyknęła Lucia. – Uważam, że Juruś wyrwał się przed szereg, skoro uwierzył, że mogłam umrzeć w taki sposób. Tę inskrypcję należy natychmiast usunąć. Mimo wszystko to bardzo miłe z jego strony i musiało kosztować majątek! Na miłość boską, on musiał pomyśleć…. Pospieszmy się, Elizabeth.
Elizabeth nadal wpatrywała się w kamień.
- Jestem zaskoczona zdiwiona, że moje imię i nazwisko jest napisane takimi małymi literami – powiedziała kwaśno. – Ledwo je widać. Dokładnie tak jak powiedziałaś, wyrwał się przed szereg. Powiedziałabym nawet że to impertynencja i cieszę się bardzo, że major Benjy nie miał z tym nic wspólnego. To bardzo niedelikatne.
Szybko minęły Mallards Cottage, którego żaluzje były jeszcze opuszczone i oto było okno pokoju ogrodowego, z którego każda z nich poczyniła tyle fascynujących obserwacji i czerwona, ceglana, lśniąca w promieniach słońca fasada samego Mallards. Gdy przeszły przez brukowaną ulicę do drzwi frontowych, Elizabeth spojrzała w dół High Street i na domu majora Benjy zobaczyła tablicę agencji nieruchomości obwieszczająca, że ta oto rezydencja wystawiona jest na sprzedaż. Na ścianach zaś wisiały plakaty o wyprzedaży mebli, która miała odbyć się w dniu dzisiejszym.
Jej twarz zrobiła się biała jak papier, gdy położyła drżącą dłoń na ramieniu Luci.
- Spójrz, dom majora Benjy’ego jest na sprzedaż – wyjąkała. – O, Luciu, co się mogło stać? Czy kiedy my – jakby nie było – wróciłyśmy do żywych, nasz stary przyjaciel… I pomyśleć…- nie była w stanie dokończyć zdania.
- Moja droga, nie wyciągaj od razu takich strasznych wniosków – powiedziała Lucia. – Przecież mógł się po prostu przeprowadzić…
Elizabeth potrząsnęła głową; była zdecydowana przyjąć najczarniejszy scenariusz, bo rzeczywiście wydawało się niemożliwe, żeby major Benjy, który mieszkał w tym samym domu od ćwierćwiecza, mógł zmienić dom na inny, nie ten niebieski. Tymczasem, chcąc położyć kres niepewności, Elizabeth nieustająco naciskała guzik dzwonka, a Lucia stukała kołatką Mallards.
- Wszyscy śpią na poddaszu – powiedziała Elizabeth – ale myślę, że im bardziej będziemy się dobijały, tym szybciej nas usłyszą. O proszę, kroki na schodach. Ktoś schodzi na dół.
Usłyszały łoskot licznych rygli i zamków i grzechot zdejmowanego łańcucha. Drzwi się otwarły i na progu stanął major Benjy. Na jaegerowską piżamę narzucił smoking, na nogach miał kapcie. Był zaspany, zły i bardzo szorstki.
- O co chodzi, dobrzy ludzie – powiedział, widząc na progu dwie postaci w brezencie. – Czemu u diabła budzicie mnie tym piekielnym…
Niepokój Elizabeth zniknął jak ręką odjął.
- Ty łotrze! – wrzasnęła z furią. – O co chodzi? A co ty robisz w moim domu? Ach, domyślam się! He! He! He! Dowiedziałeś się o testamencie, co? Pomyślałeś, że nie będziesz czekać, aż ziemia pochłonie martwą kobietę, tylko dosłownie usuniesz jej grunt spod nóg? Natychmiast unieważnię mój testament: obiecuję ci, że… A teraz wynocha, ty koszmarny uzurpatorze! Jazda do swojego domu, bo w moim nie spędzisz ani minuty dłużej!
W trakcie tej ognistej przemowy twarz majora Beny’ego przybierała wyraz najgłębszego przerażenia, jakby ujrzał coś o wiele gorszego (i tak w istocie było) niż duch. Usiłował powoli wziąć się w garść.
- Ależ moja droga panno Elizabeth – powiedział. – Pozwoli pani z pewnością, bym się ubrał, a także wyraził słowo mojej najgłębszej wdzięczności, że pani i pani Lucas – to pani Lucas, dobrze widzę?
- Jazda! – krzyknęła Elizabeth tupiąc nogą. – Wdzięczności, rzeczywiście! Cała pańska twarz to jeden wyraz wdzięczności! Wynocha! Sio!
Major Benjy – jak twierdził – stawiał w Indiach czoła rannym tygrysom, ale wtedy miał w ręku karabin. Swojej dobrodziejce sprostać nie był w stanie i boso, bo najpierw jeden, potem drugi kapeć spadły mu z nóg, potruchtał przez kilka jardów chodnika do własnego domu. Panie weszły; Elizabeth trzasnęła drzwiami i założyła łańcuch.
- No więc tak – stwierdziła (i bez wątpienia tak było). O, jest Withers. Withers, wróciłam i choć nie powinnaś była nigdy pozwolić, by stopa majora postała w moim domu, to nie winię cię, bo jestem pewna, że cię zmusił.
- O, proszę pani! – powiedziała Withers. – To naprawdę pani? A to dopiero! A to ci niespodzianka!
- Teraz zrób pani Lucas i mnie herbaty – powiedziała Elizabeth – a potem ona wróci do Grebe. Ten łajdak nie spał w moim pokoju, mam nadzieję?
- Nie, w sypialni dla gości – odrzekła Withers.
- Więc przygotuj mój pokój, bo kładę się na parę godzin do łóżka. Całą noc nie zmrużyłyśmy oka. Potem, Withers, zbierz ubrania majora, te jego okropne fajki i wszystko co ze sobą przyniósł i wystaw to na schody na zewnątrz. Zadzwoń do niego i powiedz mu, gdzie to wszystko znajdzie. Ale jego noga nie postanie już w moim domu.
Lucia poszła do telefonu i zadzwoniła do domku Cadmana po swój samochód. Usłyszała jego okrzyk „Boże Wszechmogący!” usłyszała coś, co, jak przypuszczała, było okrzykiem zdumienia Foljambe, a potem zdzwoniła do Jurusia. I on i domownicy spali, gdy telefon zaczął dzwonić, ale wkrótce jego przenikliwy dźwięk przedarł się do jego świadomości i sprawił, że zaczął on śnić że znów widzi Lucię wirującą w kuchennym stole i dzwoniącą ogromnym dzwonkiem na obiad, gdy przepływa koło schodów. Potem przebudził się i zrozumiał, że to tylko telefon.
- Co za paskudztwo – wymamrotał. – Kto na miłość boską dzwoni o tej porze? A dzwoń sobie aż ci ręka nie odpadnie. Ja idę spać.
Wbrew tym zapowiedziom, nie zrobił niczego podobnego. Dzwonek był tak natarczywy, że po minucie czy dwóch wstał z łóżka, nałożył swój szlafrok w paski (niebiesko - żółte) i zszedł do bawialni.
- Słucham. Kto tam i czego chce? – powiedział ostro.
- Po drugiej stronie słuchawki rozległ się wesoły śmiech, a potem głos, o którym myślał, że zamilkł na wieczność, odezwał się w sposób nie do pomylenia z niczym innym.
- Jurusiu! Gerorgino mio!
Serce Jurusia na chwilę stanęło.
- Co? Co? – krzyknął.
- Tak, tu Lucia – powiedział głos. – Wlóciłam do domciu, Julusiu.
Osiemdziesiąt tysięcy funtów (minus podatek spadkowy) i Grebe przetoczyły się obok jak lawina i wpadły w otchłań tego, co mogło być, a nie jest. Ale to nie zimny podmuch tej katastrofy napełnił jego oczy łzami.
- Och moja droga! – krzyknął. – To naprawdę ty? Luciu, gdzie jesteś? Skąd dzwonisz?
- Mallards. Elizabeth i ja….
- Co, wy obie? – zawołał Juruś. – A... gdzie jest major Benjy?
- Poszedł do domu – powiedziała Lucia taktownie. – Napiję się tylko herbaty i jadę do Grebe.
- Ale ja muszę przyjść i zobaczyć cię natychmiast – powiedział Juruś. – Tylko coś na siebie narzucę.
- Tak, dobrze – powiedziała Lucia. – Presto, presto, Jurusiu.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Nie 31 Sie, 2025 18:54   

:party: :party: :party: :party: :cheerleader2: :cheerleader2: :cheerleader2: :cheerleader2: :love_shower: :love_shower: :love_shower: :love_shower: nareszcie !!!!... Ojjjj, będzie się działo :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:

Ciekawa jestem, dlaczego panie tak długo nie wracały i dokąd je zniosło. Ale major teraz dostanie za swoje, a Juruś okazał się prawdziwym przyjacielem :serce:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 31 Sie, 2025 20:30   

Obie panie to wyjaśnią, a choć historię mają wspólną, to będzie się różniła, oj będzie :mrgreen:

A teraz popatrzmy, jak wyglądał dalszy ciąg dnia majora - uzurpatora :oklaski:

Nie zważając na reputację najlepiej ubranego mężczyzny w Tilling Juruś włożył spodnie od garnituru i pulower, narzucił grubą brązową pelerynkę i nie zatrzymał się by założyć tupecik. Frontowe drzwi Mallards były otwarte, a służące Elizabeth składały na schodach zadziwiającą kolekcję kijów do golfa i szczoteczek do zębów i ubrań. Zwyczajowo – każdy w Tilling miał ten nawyk – przechodząc zerknął w okno pokoju ogrodowego i ze zdumieniem zobaczył w nim dwóch marynarzy w rybackich czapkach przeciwdeszczowych i sztormówkach posyłających mu całusy. Tylko przez chwilkę zastanawiał się, któż to – i zgadł. Wpadł w ramiona Luci i zawahał się, czy Elizabeth też ma pocałować. Ale pewna rezerwa, jaką w niej wyczuł, kazała mu się pohamować. Rano nie był aż tak błyskotliwy by domyślić się, że widziała te malutkie literki, którymi zapisano czułą pamięć o niej.
Czasu wystarczyło na tylko kilka okrzyków i obietnicę Jurusia, że dziś przyjdzie na kolację do Grebe, bo nadjechał samochód Luci i niewzruszony Cadman dotknął czapki mówiąc „ Miło znów panią widzieć, proszę pani” gdy torowała sobie drogę przez sterty skarpetek i bardziej intymnych artykułów męskiego stroju, których góra rosła na schodach. Juruś pospieszył do Mallards Cottage by ubrać się w coś dorastającego do jego reputacji, a Elizabeth poszła na górę do sypialni aby przespać się parę godzin. Pod naoliwionymi skórami wciąż nosiła sfatygowane już ubrania, w których opuściła Tilling w Boxing Day i teraz z kieszeni postrzępionego i poplamionego solą morską żakietu wyjęła pół kartki odbarwionego papieru. Rozłożyła ją i jeszcze raz przeczytawszy mistyczne słowa „Weź dwie dorodne homarzyce” schowała ją bezpiecznie do wykorzystania w przyszłości.
Tymczasem major Benjy po drugiej stronie ulicy był ofiarą najokropniejszych refleksji, bo gdzie by się nie zwrócił, los zadawał mu tak dotkliwy cios, że biedak słaniał się i odbijał w inną stronę. Wychylając się z okna na piętrze własnego domu widział, jak jego ubrania i buty i artykuły toaletowe wyrzucane są jak ziarno dla ptaków na schody Mallards, a próbując zazgrzytać zębami ze złości odkrył, że jego górna proteza nadal musi spoczywać w szklance przy łóżku w najlepszym pokoju gościnnym, który opuścił w tak wielkim pośpiechu. Pierwszym obowiązkiem było odzyskanie własnych dóbr osobistych i gdy ze swego punkty obserwacyjnego zobaczył, że kolekcja urosła do rozmiarów niezłej góry, podkradł się do chodnika, porwał naręcze przypadkowych przedmiotów – tyle ile mógł unieść – i ukradkiem wrócił do siebie gubiąc pilnik do paznokci tu, a podwiązkę do skarpetek tam i wrzucił to wszystko do domu. Musiał zrobić trzy nawroty tego poniżającego zajęcia nim wyczyścił całkowicie śniadanie dla ptaków; sam był dziś jak ptak karmiony robakiem nieszczęścia.
Tilling zaczynało powoli się budzić: ulicą z łoskotem nadjechał mleczarz i patrząc ze zdumieniem na jego rozchełstaną postać zapytał, czy poranną dostawę zostawić ma u niego, czy w Mallards. Major Benjy odwrócił się i pokazał mu tak wściekłą twarz, że mleczarz w ogóle nie zostawił mu mleka i odpłynął gładko na spokojniejsze wody Porpoise Street. Major jeszcze raz musiał przejść swoją Via Dolorosa by pozbierać przedmioty, które wypadły mu poprzednio z przeciążonych ramion, a kiedy wracał, usłyszał za sobą łomot i zobaczył, że jego nowy kufer wyrzucony na zewnątrz przez Withers toczy się po schodach na ulicę. Gdy Withers zamknęła za sobą drzwi, włożył do niego porozrzucane przedmioty i pociągnął go za sobą do domu. Tam zrobił wreszcie szybką i żałosną toaletę, bo była to sprawa wymagająca natychmiastowego załatwienia. Przygotowania do wyprzedaży jego mebli były już na ukończeniu; dywan i dywanik sprzed kominka z salonu zostały związane razem i podpisane „Obiekt 1,” pogrzebacz, wędka i bicz ze skóry nosorożca były „obiektem 2,” taca kuchenna z taliami kart, słoikiem tytoniu, wyszczerbioną emaliowaną miską i rolką papieru toaletowego tworzyła mało pociągający „obiekt 3.” Wyprzedaż trzeba było odwołać i to natychmiast, więc wybrał się do licytatora na High Street i zawiadomił go, że z powodu wydarzeń na które nie miał wpływu jest zmuszony ją unieważnić. Zwrócono mu uwagę, że zostały już poniesione wydatki na druk i rozwieszenie ogłoszeń o wyprzedaży, na reklamę w lokalnej prasie, poświęcono czas i trud na uporządkowanie, skompletowanie i oznaczenie eksponatów, ale major warknął „Do cholery z tym, to moje rzeczy i niczego nie sprzedam. Przyślijcie mi rachunek.” Potem musiał pójść do agentów od nieruchomości i zlecić im usunięcie domu z rynku i usunięcie tablicy, a wychodząc z ich biura wpadł na Irene już spieszącą do Grebe, która wykrzyknęła:
- Wróciły, mój stary Benjy-wenjy. Radość! Radość!
Najbardziej podstawowe potrzeby dachu nad głową i krzesła do siedzenia zostały już zaspokojone, a że odprawił on własną służbę wybierając tych z Mallards, musiał pójść do kolejnej agencji by znaleźć jakąś kucharkę i sprzątaczkę póki nie zorganizuje na nowo gospodarstwa. Obiecali przysłać jutro, jeśli to będzie możliwe, starszą panią, bardzo szanowaną, tylko głuchą i trochę słabującą w nogach. Do domu wrócił z tak słabym pocieszeniem i na schodach Mallards zobaczył pół tuzina butelek wina.
- O Boże, moja piwnica – mruknął major. – W tym domu jest zatrzęsienie mojego wina i whisky!
Podkradł się znowu do obrzydłych drzwi i wracając z butelkami nastawił czajnik na ogniu i zaczął rozcinać sznurki, którymi licytator powiązał rzeczy ze sobą. I waśnie w tej chwili dzwony kościelne rozdzwoniły się radosnym biciem i nietrudno było odgadnąć przyczynę tej niestosownej wesołości. A wszystko to przed śniadaniem ...
Filiżanka mocnej herbaty bez mleka przywróciła mu nie tylko równowagę fizyczną, ale i zdolność umysłu do cierpienia, więc usiadł by pomyśleć. Katastrofa miała swoją stronę finansową, przerażającą do rozważenia. Kupił (i jeszcze nie zapłacił) samochód, kilka tuzinów butelek wina, komplet nowych ubrań łącznie z żałobnym garniturem, w którym uczestniczył w nabożeństwie, zapasy papieru listowego z wizerunkiem Mallards, pudła cygar i inne luksusowe dobra zbyt liczne by je wymieniać. Niewielką pociechą była mu myśl, że nie dołożył się finansowo do marmurowego obelisku; taka mała oszczędność wydawała się jednak nie mieć szczególnego znaczenia. I jaką opinię o nim – rozmyślał – będzie miała jego dobrodziejka, kiedy dowie się już wszystkiego o jego pobycie w Mallards? Mogła odkryć (a będąc kim była dowie się na pewno), że próbował wynająć jej dom za dziesięć gwinei tygodniowo i w związku z tym może przysłać mu rachunek na całą kwotę za dwa tygodnie, jakie tam spędził, razem z pensjami służby, użytkowaniem płodów ogrodowych i fortepianu. Na szczęście zjadł tylko kilka buraków z grządek i kazał nastroić fortepian. A ze wszystkich tych oszałamiających wydatków jedynymi kwotami, jakie mógł odzyskać, były pensje służby w Mallards między Boxing Day a dniem, w którym się wprowadził; te Elizabeth mogła zgodzić się odliczyć z długów. Nie mniej odrażająca niż finansowa katastrofa, która zazierała mu w oczy, była utrata prestiżu w Tilling. W Tilling, jak wiedział, nie pochwalano jego pochopności w objęciu Mallards i Tilling, jak Irene pełne radości z powrotu zaginionych, będzie pękać ze śmiechu z niego. Widział już oczyma duszy te grupki rozprawiające na High Street, które daremnie będą próbowały pohamować uśmieszki gdy będzie się zbliżał. Czasy dobrobytu minęły, teraz musiał przycichnąć i spokornieć i być wdzięczny każdemu, kto potraktuje go z szacunkiem, do jakiego był przywykł.
Rozwinął skórę tygrysa by położyć ją na starym miejscu w przedpokoju; uniosła się z niej chmura kurzu i sierści gryząca w nosie jak tabaka, a pozostałe szklane oko wypadło z oczodołu. Wrzasnął „Quai-hai” nim przypomniał sobie, że co najmniej do jutra będzie w domu sam, a i potem jego służąca będzie głucha. Otworzył frontowe drzwi i znów wyjrzał na ulicę i na schodach Mallards zobaczył kolejny tuzin butelek i laskę. Po raz kolejny zakradł się by zabrać swoje rzeczy z okropnym poczuciem, że Elizabeth obserwuje go z okna pokoju ogrodowego. Jego proteza – dzięki Bogu – była tam też na drugim stopniu, całkiem sama, lśniąc w słońcu i sprawiając wrażenie, że uśmiecha się do niego drwiąco. Potem przez resztę poranka wyglądał na ulicę w przerwach na odpoczynek po męczącej pracy rozkładania dywanów i ścielenia łóżek, a tam zwykle czekało na niego więcej butelek wraz z zapomnianymi kijami do golfa, znacznikami do brydża i paczkami kart. Gdy około pierwszej zbierał to, co musiało być już resztką tego ptasiego śniadania, drzwi Mallards otwarły się i Elizabeth zeszła po schodach lawirując między jego parasolem a pudełkami cygar. Zdawało się, że go nie widzi. Najpewniej szła do adwokata zmienić testament.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 01 Wrz, 2025 12:32   

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: upadek tytanów na oczach całego świata :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ale należało mu się jak nikomu innemu, a i jeszcze jakąś dokładkę powinna droga Elżbieta mu dołożyć :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.