PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Lucia robi postępy
Autor Wiadomość
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 04 Lis, 2025 12:10   

Boję się :boisie: :chowa sie: :boisie2: :omg: ...
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 04 Lis, 2025 20:05   

Pamiętaj, że Trouble for Lucia to dopiero następny tom! (tłumaczenie skończone, btw) :banan:
Kończymy sprawę organową i zaczynamy wakacje w Tilling!

Na rogu stała mała grupka przyjaciółek, Diva i Elizabeth i Evie. Wszystkie go pozdrowiły, wydawało mu się jakby na niego czekały i tak w istocie było.
- Czytał pan, panie Jurusiu? – spytała Diva (nie musiała precyzować co).
- Jej dom rodzinny – przerwała zagniewana Elizabeth. – A to jest mój rodzinny kosz na zakupy. Trafił do mojej rodziny gdy kupiłam go przedwczoraj i jest jedną z moim najcenniejszych pamiątek. Da pan wiarę, panie Jurusiu? To gorsze niż jej artykuł o Forum Romanum w zagonie ziemniaków.
- I prawie żadnej wzmianki o Kennecie – przerwała Evie. – A mnie się zawsze wydawało, że to on jest proboszczem w Tilling…
- Nie, nie, kochanie, stajemy w prawdzie dopiero gdy zderzymy się z „kasztelanką na Mallards” – powiedziała Elizabeth.
- Ale w końcu ty i padre byliście zaproszeni na lunch, Evie – powiedziała Diva, która zawsze pilnowała się, by gniew nie przesłaniał jej poczucia sprawiedliwości. – Ale moim zdaniem to podłe, że nie pisnęła słówka, że to pan Juruś przygrywał jej na pedałach. Podobały mi się o wiele bardziej niż triole.
- A ja nie pojmuję, jak mogła nie wspomnieć prawdziwego pioruna – powiedziała Elizabeth. – Tylko czekałam, żeby powiedziała, że go zamówiła. Bo na pewno zamówiła, prawda? Taki piękny, prawda; mogłaby być z niego bardziej dumna niż z kapelusza.
Grobowy nastrój Jurusia zaczął się ulatniać, zderzony z tą ścianą sarkazmu. Nie było w nich krzty wdzięczności. Zaledwie kilka tygodni temu Lucia poskładała w całość rozbitą tkankę towarzyską w Tilling, zniszczoną głównie z winy pijaństwa Benjy’ego. Nikt prócz niej nie dokonałby tego, sezon truskawkowy minąłby bez tych pysznych, niedrogich podwieczorków, a oto teraz gryźli tę rękę, która ich nakarmiła. Była to czysta, zjadliwa zazdrość, tylko dlatego, że o wyczynach żadnej z nich nie zamieszczono w żadnej gazecie nawet wzmianki, nie mówiąc już o felietonie. I w końcu kto wydał tysiąc funtów na organy dla Tilling, kto ściągnął biskupa żeby je poświęcił, kto zamówił burzę z piorunami, a po niej zaprosił wszystkim na garden party? Spiły całą śmietankę, a potem skarżyły się, że ofiarodawczyni się rządzi. Oczywiście, że jej panoszenie się i kłamstewka mogły czasami doprowadzać do szału, ale nawet jeśli nie prostowała przekonania reportera, że mówi ona po włosku równie płynnie jak po angielsku i że samijską ceramikę wykopała własnoręcznie w ogrodzie, to takie już było jej dziwactwo i musieli się z nim pogodzić. Jego jak najbardziej uzasadnione pretensje co do własnej gry na pedałach rozwiały się całkowicie.
- Cóż, jak dla mnie to był cudowny dzień – powiedział. – Lucia jest bardziej na szczycie niż kiedykolwiek wcześniej. O, właśnie idzie.
I zbliżała się rzeczywiście schodząc wesoło ze wzgórza z telegramem w dłoni.
- Buon giorno a tutti-powiedziała. – Co za utrapienie: mój telefon nie działa i muszę się przejść na pocztę. Ciekawa sytuacja w dolarach i frankach. Mam lekki zamęt w głowie.
Powitały ją kamienne twarze i wymuszone uśmiechy. Połapała się w tym natychmiast – lata praktyki.
- Jak to wspaniale z waszej strony, że zjednoczyliście się wokół mnie - powiedziała – i sprawiliście, że nasza mała festa stała się takim sukcesem. Tak się o wszystko martwiłam, ale niepotrzebnie, bo tylu dobrych, wiernych przyjaciół mnie wspierało. Biskup był oczarowany Mallards Elizabeth, powiedziałam mu oczywiście, że jestem w tym domu tylko intruzem. I ile miłych rzeczy powiedział mi o padre, Evie.
Lucia wytężyła umysł, by wymyślić coś miłego także dla Divy. Tak więc, choć Paddy nie przyszedł na przyjęcie, opowiedziała, jak bardzo biskup podziwiał jej pieska.
- Co powiecie na małego brydża dziś po południu? – spytała. – Ciebie Jurusiu nie zapraszam, to będzie damska czwórka. Tak i tak i tak? Kapitalnie! Jest tak gorąco, że możemy ustawić stolik w cieniu w sekretnym ogrodzie Elizabeth. To o szesnastej. Jurusiu. Chodź ze mną do papierniczego. Pomożesz mi wybrać książkę. Mój drogi, ależ wczoraj grałeś! Organista był pod wrażeniem. Au reservoir wszystkim.
- Jurusiu, muszę sobie sprawić duży album – ciągnęła - i wklejać tam notatki prasowe na mój temat. Mnożą się jak grzyby po deszczu. Ten artykuł ostatnio o moich excavazioni, a dziś cała kolumna i zdjęcie w Daily Mirror. Za parę lat zabawnie będzie może odwrócić jego strony i powspominać przeszłość. Muszę kupić jakąś okazałą księgę, może w oprawie a la Marocco. Tilling, jak mi się zdaje, jest bardzo zadowolone z wczorajszego dnia.


Rozdział jedenasty

Nadszedł sierpień, a z nim sezon wakacyjny i jak zwykle właściciele domów towarzyskiego kółka Tilling wystawili na wynajem własne siedziby, a przenieśli się do mniejszych, zyskując w ten sposób nie tylko zmianę otoczenia, ale zarabiając – zamiast wydawać – na wakacjach, bo większy czynsz dostawali za domy, które opuścili, niż płacili za te, do których się przenieśli. Ruch rozpoczęli Mapp-Flintowie: Elizabeth zamieściła ogłoszenie w Timesie by uniknąć monstrualnych opłat dla biura pośrednictwa i odpowiedziała na nie bardzo atrakcyjna lokatorka, ni mniej ni więcej, tylko wdowa po baronecie. Z racji na jej pozycję, Elizabeth zażyczyła sobie i otrzymała, o wiele większego czynszu niż kiedykolwiek zyskała za Mallards i – tak jak podczas miesiąca miodowego – wynajęła malutki bungalow blisko morza, bez kanalizacji co prawda, ale w zdrowym środowisku i – jak wzruszająco zauważyła – „tak blisko pól golfowych dla mojego Benjy-boy. Będzie szczęśliwy od rana do wieczora.” Ona też była szczęśliwa, bo czynsz jaki dostała za Grebe wynosił pięciokrotność tego, co (po małych targach) płaciła za tę szopę, która była tak dogodna dla jej Benjy-boya.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 05 Lis, 2025 08:44   

Lucia jest po prostu niezatapialna :rotfl: :rotfl: :rotfl: (przynajmniej na razie :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: ) swoją drogą , jaką inteligencję i spryt trzeba mieć, żeby przeżyć w takim plotkarskim małomiasteczkowym środowisku, ja bym nie umiała :szacuneczek:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 05 Lis, 2025 10:58   

Lata praktyki - jak zauważa autor :mrgreen:
Ja też zwariowałabym - przecież to koszmar, uważać na każdy krok i w każdej chwili byc pod bronią na wszelki wypadek. Dziś plotkary mają Życie na gorąco albo jakieś Ukryte prawdy w tv albo Pomponiki w internecie.
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 05 Lis, 2025 11:32   

Ale trzeba mieć do tego predyspozycje. Ja nie posiadam żadnych :-P
Życie na gorąco swoją drogą, ale i tak ciekawsze jest co robi Jadźka spod trójki i dlaczego na piątym piętrze stale okna zasłonięte, tutaj jedno drugiemu nie przeszkadza. Jestem pewna ze i Diva i droga Elżbieta i wszystkie inne pilnie w zaciszu domowym śledziły ploteczki i nowinki z dworu i życia arystokracji, ale zawsze fajniej jest obrabiać tyłek sąsiadom i mam wrażenie, że ten proceder będzie trwać tak długo , póki będą istnieć małe miejscowości, gdzie wszyscy się znają :twisted: w dużych zresztą na osiedlach też tak jest, tyle że może na mniejszą skalę. Przytocze przykład z dosłownie własnego podwórka - moje osiedle to dwa wielkie kaskadowce, pośrodku skwerek, plac zabaw , ławeczki itp. Otóż w jednej z części mojego kaskadowca mieszkało sobie dwóch facetów - gejów, spokojni, bardzo kulturalni, psiarze z dwoma czy trzema psami, z którymi kilka razy dziennie wychodzili, więc wszyscy psiarze i wszystkie osiedlowe kumoszki ich znały. Nie robili nikomu krzywdy, nie epatowali strojami ani zachowaniem, ale baby rozpuszczały o nich tyle plot, wpływających na stosunek innych lokatorów do nich, że sprzedali mieszkanie i wynieśli się gdzieś pod Warszawę.
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 05 Lis, 2025 20:30   

Ech, no niestety... U mnie na szczęście jest w miarę spokojnie, stare osiedle, starsi wiekiem lokatorzy, którzy od wieków się znają i już się chyba sobą nie interesują, ale jakie ploty chodzą na nowym osiedlu, na którym mieszka moja przyjaciółka! Ona już była w ciąży, codziennie przychodził do niej inny facet (fakt, przychodził, ale nie w wiadomych celach :roll: ), a co gadali o nas, kiedy ja u niej pomieszkiwałam czasami całymi tygodniami, kiedy byłam po operacji, albo ratowała mnie z depresji, to już się mogę domyślić :rotfl: Do tego trzeba mieć kupę czasu, żadnych zainteresowań i to coś na dodatek :roll:
Mnie przeraża sama ilość tych przyjątek, na które oni co chwilę do siebie chodzą. Żeby jeszcze tam jakoś ze sobą normalnie rozmawiali, ale to głównie słodzenie albo small talk. Nie do zniesienia na dłuższą metę - co tylko naprowadza nas na smakowity wątek kolejnej lokatorki Elizabeth - tym razem w Grebe :lol:


Jej nowa lokatorka okazała się ciekawą personą: miała czterdzieści siedem kanarków, każdego w osobnej klatce i głos ich pięknego świergotania przy dobrych wiatrach słychać było na trzy czwarte mili od domu. Ustalono, że klatki czyściła osobiście, co tłumaczyło, dlaczego nie widziano jej w Tilling aż do popołudnia. Następnie jechała do miasta na trójkołowym rowerze i kupowała ogromne ilości nasion rzepaku i prosa. Nie wstępowała nigdy do rzeźnika, więc szybko rozeszła się wieść, że prawdopodobnie jest wegetarianką: a Diva, kręcąc się wokół Grebe któregoś piątkowego poranka, zobaczyła ją odzianą w burnus, klęczącą na dywaniku w ogrodzie i rozciągającą się w kierunku wschodnim. Można było stąd wnioskować, że jest też muzułmanką. To wszystko było bardzo obiecujące, utytułowana dama z takimi jaskrawymi dziwactwami z pewnością była obiecującym dodatkiem do towarzystwa w Tilling i Diva, nie chcąc przerywać jej modłów, pod bardzo dużym wrażeniem oddaliła się na paluszkach i przyszła znów następnego dnia chcąc dopełnić formalności oficjalnym zaproszeniem na wegetariański lunch. Ale kiedy jeszcze stała pod drzwiami, bezpośrednio nad jej głową otwarło się okienko i skrzekliwy głos wrzasnął: „Nie ma mnie w domu. Nigdy dla nikogo.” Tak więc Diva pojechała tramwajem na pola golfowe żeby powiedzieć Elizabeth, że jej lokatorka to bez wątpienia wariatka. Elizabeth przestraszyła się nie na żarty i przed następne trzy dni przez godzinę chowała się za grabowym żywopłotem w Grebe, szpiegując tę damę. Z kolei Lucia pomyślała, że to może dziwaczny wygląd Divy był powodem chłodnego przyjęcia i sama przyszła z wizytą. Na nią nikt nie wrzeszczał, ale też nikt nie zareagował na dzwonek do drzwi, a po chwili posypały się na nią łupiny, prawdopodobnie z tego samego okna na górze… Padre wynajął plebanię na sierpień i wrzesień i wyprowadził się z żoną do domku niedaleko Mapp-Flintów. On i major Benjy w ciągu dnia grali w golfa, a wieczorami cała czwórka - w chaotycznego brydża.
Divie póki co nie udało się znaleźć lokatora do swojego domu, choć opłata była bardzo skromna, więc pozostała na High Street. Pewnego wieczoru do jej łazienki, gdzie odświeżała się przed kolacją, wdarły się straszne kłęby dymu wymieszanego z sadzą i odkryła, że pochodzą one z komina kuchennego sąsiedniego domu. Zlokalizowano nieszczelność w przewodzie kominowym i odkryto, że odpowiada za nią Diva, bo z oszczędności, która w tamtej chwili wydała się całkiem uzasadniona, nie dokonała na czas naprawy i rura od spłuczki przebiła go w końcu. Właściciel sąsiedniego domu uprzejmie obiecał nie używać kuchenki póki Diva nie naprawi przewodu, i to samo zrobił z palnikiem gazowym, bo szczerze zależało mu, żeby jej nie udusić kiedy będzie w kąpieli. Ale Diva nie mogła jakoś zmusić się do wydania dziewięciu funtów (suma budząca grozę) na niezbędne prace w kominie i przez kolejnych dziesięć dni nie podjęła żadnych kroków.
Potem Irene udało się znaleźć lokatora do swojego domu i wprowadziła się do tego obok Divy. Właściciel wyjaśnił jej, że chwilowo, do czasu aż pani Plaistow nie zleci naprawy uszkodzonego przewodu kominowego, nie będzie można korzystać z piecyka kuchennego i zasugerował, żeby może Irene wywarła na nią lekką presję, ponieważ ten stan rzeczy trwa już dwa tygodnie, a jego wielokrotne przypomnienia trafiają jak grochem o ścianę. A więc Irene wywarła presję i już tego samego dnia, w którym się wprowadziła ona i Lucy rozpaliły w piecu wielki ogień, choć wieczór był bardzo gorący i czekały z uciechą na efekt. Diva siedziała akurat w wannie, rozmyślając melancholijnie nad tym strasznym wydatkiem, który ją czekał: dziewięć funtów oznaczało, że przez większą część roku będzie musiała oszczędzić pięć szylingów tygodniowo. Te ponure medytacje przerwały jej gwałtownie chmury gryzącego dymu wpływające do łazienki przez szparę w oknie. Wyskoczyła z wanny pewna, że dom się pali i nie wycierając się nawet zarzuciła na siebie szlafrok. Zostawiła drzwi łazienki otwarte na oścież: gęste opary podążały za nią gdy zbiegała na dół. Ubrała się w pośpiechu i ze służącą i Paddym szczekającym jak oszalały u jej pięt wypadła na High Street i załomotała w drzwi Irene.
Irene, zarumieniona z emocji, zeszła do niej.
- No to cię wykurzyłyśmy – powiedziała. – Dobrze ci tak.
- Myślałam, że dom stanął w płomieniach – krzyknęła Diva. – W życiu nie widziałam takiego dymu.
- To dzwoń po straż pożarną – powiedziała Irene. – Do widzenia; muszę dorzucić mokrego drewna. Tylko pamiętaj, będę tak palić dzień i noc, nawet gdybym miała nie kłaść się spać, póki nie naprawisz tego przewodu.
- Proszę, proszę – krzyknęła Diva w rozpaczy. – Nigdy więcej mokrego drewna. Obiecuję, jutro wezwę ludzi.
- I jeszcze przeproś, że takie z ciebie cholerne utrapienie – powiedziała Irene. – Wędzimy się przez ciebie z Lucy, nie mówiąc już o kosztach opalania latem.
- Tak. Przepraszam. Co tylko chcesz – jęknęła Diva. – Będę musiała od nowa wytapetować łazienkę. Cała w sadzy.
- Samaś sobie winna. Myślałaś, że będę gotować na palniku gazowym, bo ty nie chcesz naprawić komina?
Diva znalazła jednak lokatora mimo osmolonej łazienki i wyprowadziła się do podupadłej rudery tuż obok linii kolejowej, którą dostała za połowę czynszu, jaki uzyskała za jej dom. Przejeżdżające pociągi wprawiały jej ściany we wściekły dygot, a ich gwizd budził ją o piątej nad ranem, ale taniość przybytku ozłacała te niedogodności i Diva twierdziła, że przyjemnie jest budzić się o świcie w te sierpniowe dni. Wyse’owie wyjechali na Capri żeby spędzić miesiąc z Faraglionami i tym sposobem całe kółko towarzyskie Tilling prócz Luci i Jurusia miało i odmianę i wakacje, oraz przyjemne sumki w portfelach. Tylko oni sami pozostali w sąsiadujących ze sobą domach i widywali się niemal tak często jak wtedy gdy Juruś miał półpasiec i zapuścił brodę w ukryciu Grebe. Lucia poranki poświęciła na finanse i arcydzieła greckich tragików, a podczas panujących upałów regenerowała siły podczas sjesty po lunchu. Potem, podczas wieczornych chłodów jeździli razem na przejażdżki, rysowali, albo spacerowali polnymi ścieżkami na mokradłach, jedli razem kolacje i wygrywali bez końca Mozartina. Przez cały ten czas (nawet podczas sjesty) głowa Luci buzowała od planów, którymi po małym kawałku dzieliła się z Jurusiem.
Jednego z takich wieczorów zbliżali się do miasta od południa. Nowa droga, już ukończona, wiła się u podnóża wzniesienia, na którym stało miasto; ponad nią wznosił się goły brzeg z kępami sztywnej trawy sięgającej linii starożytnego muru.
Lucia przyglądała się temu z przechyloną głową.
- Paskudna plama – powiedziała. – Aż oczy bolą, Jurusiu. Nijak się ma do łagodnego koloru kamieni muru. Powinno się ją obsadzić. Widzę ją wśród migdałowców, tych późno kwitnących. Różowe kwiaty, piana różowych kwiatów gdy nastanie la bella Primavera.Na oko potrzebnych byłoby z pięćdziesiąt drzewek. Zaoferuję miastu że je kupię i zobaczę jak je posadzą.
- To byłby piękny widok – powiedział Juruś.
- Będzie to pięknie wyglądało. Następna rzecz. Na razie zawieszam moją karierę finansową. Sprzedam wszystkie moje akcje tytoniowe – zrealizuję je, tak się to nazywa w naszym żargonie – na których mnóstwo zarobiłam. Zwróciłam uwagę mojemu maklerowi, że moim zdaniem tytoń osiągnął już swój najwyższy punkt, a on się ze mną zgadza.
Juruś w myślach zinterpretował to eleganckie stwierdzenie. Oznaczało tak naprawdę, że Mammoncash doradził Luci sprzedaż, ale nie miało sensu mówić tego głośno. Zamruczał tylko z aprobatą.
- Muszę poza tym uwolnić się od tego ciągłego napięcia – ciągnęła Lucia. – Wstyd mi przed samą sobą, ale odkryłam, że za bardzo mnie to wszystko absorbuje: śledzenie rynków i ocena skutków politycznych zawirowań wymaga nieustającego napięcia uwagi. Korytarz polski, Hitler, Genewa, nowy amerykański prezydent. Zamykam moje księgi rachunkowe.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 06 Lis, 2025 15:32   

Kocham Irene :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Bardzo intrygująca ta nowa lokatorka, mam nadzieję że dzięki niej wydarzenia znowu ruszą z kopyta, kończąc letni marazm :twisted:
I mamy nareszcie dokładny czas - rok 1933, kiedy prezydentem został Roosevelt, a w Niemczech wiadomo co się stało.
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 07 Lis, 2025 08:08   

Korytarz polski i zawirowania na rynkach światowych. Ten czas już się trochę czuło, dużo jest mówione o bezrobociu wśród klasy pracującej i ubożeniu rentierow. W tej części chyba najwięcej takich delikatnych aluzji się pojawia. Dlatego tak miło się wraca do dawnego klimatu i wyskoków Irene :rotfl: Te wakacje jeszcze okażą się całkiem nietypowe!
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 07 Lis, 2025 15:52   

Ale już po Wielkim Kryzysie, dlatego nie trzeba w kredensie gromadzić puszek z wołowiną ani węgla :twisted: :rotfl:
Trzykrotka napisał/a:
Te wakacje jeszcze okażą się całkiem nietypowe!

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 07 Lis, 2025 21:24   

A Lucia inwestując mogła zarobić ówczesne krocie i teraz je wydawać, jako zaraz będzie opowiedziane.


W milczeniu wspięli się po stromych schodach do romańskiej wieży. Wołały one o naprawę i Lucia, kontemplując front szarego bastionu potknęła się paskudnie na nierównym bruku.
- Fachowiec powinien je ocenić – powiedziała. - Muszę sobie to zanotować.
- Zamierzasz kazać je naprawić? – zapytał Juruś żartobliwie.
- Całkiem możliwe. Widzisz, zarobiłam sporo pieniędzy, Jurusiu. Akcje przyniosły osiem tysięcy funtów…
- Moja droga, co za suma. Nie miałem pojęcia.
- Oczywiście to tylko do twojej wiadomości – powiedziała Lucia wyniośle. – Ale tak, taka to suma i z całą pewnością wydam jej lwią część, zachowując trochę dla siebie – wart jest robotnik swojej zapłaty – na Tilling. Chciałabym – jakby to ująć – być dobrą wróżką dla tego kochanego miasteczka. Na przykład za dzień lub dwa powinnam dostać plany mojej nowej sali operacyjnej dla szpitala. Uważam to za konieczność. Powiedziałam burmistrzowi, że ją ufunduję, a on ogłosi mój dar radzie na posiedzeniu w przyszłym tygodniu. Jest strasznie chętny, żeby przydzielić mi stołek w radzie; naprawdę dosłownie mnie o to nagabuje. Myślę, że powinnam dać mu się nominować. Mój wybór, jak mówi, będzie czystą formalnością i sprawi wszystkim wielką przyjemność.
Juruś się zgodził. Miał wrażenie, że zaczyna rozumieć intrygi Luci, bo nie dało się nie pamiętać, że po tym jak podarowała kościołowi organy przyjęła z ociąganiem członkostwo w radzie kościelnej.
- I wiesz, Jurusiu – ciągnęła – że właśnie dziś wybrali mnie na prezeskę klubu krykieta w Tilling! Tylko pomyśl! Wystarczyło dwadzieścia funtów… znaczy – nie miałam nic przeciwko sprawieniu im tego ciężkiego wałka do trawy, na który zbierali i nigdy w życiu nie byłam bardziej zdziwiona jak kiedy ci dwaj młodzi ludzie, brygadzista z gazowni i geodeta miejski…
- Ach, Juruś i Per – odpowiedział – którzy tyle mieli uciechy ze smrodu gazu w pokoju ogrodowym i natchnęli cię do rzymskich…
- Tak, tak mieli na imię – powiedziała Lucia. – Odwiedzili mnie onegdaj i błagali bym pozwoliła się nominować na stanowisko ich prezeski i dziś zostałam jednogłośnie wybrana. Obiecałam, że przyjdę ma mecz krykietowy, który grają jutro przeciw drużynie którą nazywają Zingari. Mam nadzieję, że nie widzieli jak się wzdrygam, bo jak wiesz, powinno to być „I Zingari,” czyli Cyganie po włosku. A całe ich boisko do krykieta wymaga renowacji i walcowania. Przejdę się po nim z nimi i sama to sprawdzę.
- Nie wiedziałem, że ciebie w ogóle interesuje sport – powiedział Juruś.
- Georgino, jak ty mnie nie znasz! Zawsze, ale to zawsze uważałam, że wszelkie gry i sport mają jedne najmocniejszych i najbardziej inspirujących wpływów na angielskie życie. Pomyśl o Lord’s (*wielki stadion krykietowy w Westminsterze) Juruś się zgodził. Miał wrażenie, że zaczyna rozumieć intrygi Luci, bo nie dało się nie pamiętać, że po tym jak podarowała kościołowi organy przyjęła z ociąganiem członkostwo w radzie kościelnej.
- I wiesz, Jurusiu – ciągnęła – że właśnie dziś wybrali mnie na prezeskę klubu krykieta w Tilling! Tylko pomyśl! Wystarczyło dwadzieścia funtów… znaczy – nie miałam nic przeciwko sprawieniu im tego ciężkiego wałka do trawy, na który zbierali i nigdy w życiu nie byłam bardziej zdziwiona jak kiedy ci dwaj młodzi ludzie, brygadzista z gazowni i geodeta miejski…
- Ach, Juruś i Per – odpowiedział – którzy tyle mieli uciechy ze smrodu gazu w pokoju ogrodowym i natchnęli cię do rzymskich…
- Tak, tak mieli na imię – powiedziała Lucia. – Odwiedzili mnie onegdaj i błagali bym pozwoliła się nominować na stanowisko ich prezeski i dziś zostałam jednogłośnie wybrana. Obiecałam, że przyjdę ma mecz krykietowy, który grają jutro przeciw drużynie którą nazywają Zingari. Mam nadzieję, że nie widzieli jak się wzdrygam, bo jak wiesz, powinno to być „I Zingari,” czyli Cyganie po włosku. A całe ich boisko do krykieta wymaga renowacji i walcowania. Przejdę się po nim z nimi i sama to sprawdzę.
- Nie wiedziałem, że ciebie w ogóle interesuje sport – powiedział Juruś.
- Georgino, jak ty mnie nie znasz! Zawsze, ale to zawsze uważałam, że wszelkie gry i sport mają jedne najmocniejszych i najbardziej inspirujących wpływów na angielskie życie. Pomyśl o Lord’s (*wielki stadion krykietowy w Westminsterze) i wszystkich tych miejscach, gdzie gra się w football i o pasie Lonsdale w boksie (*Lonsdale Belt - najwyższe odznaczenie i nagroda w angielskim boksie) i o Wimbledonie. Pomyśl choćby o tych tłumach tutaj na meczach krykietowych i futbolowych w dni kiedy mecze kończą się wcześniej. Połowa populacji Tilling chodzi je oglądać: Tilling dosłownie żyje sportem. Zapewnili mnie, ze ludzie ucieszą się, gdy zostanę prezeską. Musisz iść jutro ze mną na mecz.
- Ale ja nie odróżniam kija od pałki – zaoponował Juruś.
- Ani ja, ale się szybko nauczymy. Chcę poznać każdy aspekt tutejszego życia. Mamy za wąskie zainteresowania. Musimy spojrzeć szerzej, Jurusiu, z większą dozą odczuwania. Rozumiem, że zimą grają w football na polach do krykieta.
- Football to dla mnie czarna magia – powiedział Juruś – i nie mam ochoty się z nią zapoznawać.
Dotarli już do Mallards i Lucia stojąc na progu rzuciła spojrzenie na brukowaną ulicę i stojące przy niej domy z cegły.
- Bella piccolo città! – wykrzyknęła – Kolacja o ósmej tutaj, prawda i przynieś trochę musica. Tak lubię te wieczory w zaciszu domowym.
Utkwiło to w umyśle Jurusia gdy lekko poprawiał farbą brodę i trochę haftował gdy schła, nim zaczął przebierać się do kolacji. Zagnieździło się w jego głowie jak dzięcioł i dawało o sobie znać seriami głośnych stuknięć w równych odstępach czasu. Lucia zapewne odnosiła się tylko do ich zwykłej praktyki jedzenia kolacji razem i grania na fortepianie potem, lub – jak często robili (jak bardzo domowo) – siedzenia i czytania każde swojej książki, w przytulnej ciszy i wymianą uwag od czasu do czasu. Taki sposób spędzania czasu był o niebo przyjemniejszy i rozsądniejszy niż gdyby mieli siedzieć jedno w Mallards, drugie w Mallards Cottage, każde nad posiłkiem dla jednej osoby i grać solo na fortepianach zamiast tych awanturniczych duetów. Na pewno o nic więcej jej nie chodziło.
Towarzystwo z bungalowów, Mapp-Flintowie i padre z żoną, przyszli następnego dnia do Tilling na mecz krykietowy. Wmieszali się w tłum i zasiedli na ławkach dla publiczności, a Elizabeth z dużym niepokojem obserwowała jak Lucia i Juruś zostali poprowadzeni przez miejskiego geodetę do zarezerwowanych leżaków przy pawilonie: obawiała się, że szykuje się coś złowrogiego. Lucia nałożyła na twarz trochę podkładu w opalonym odcieniu, by stworzyć wrażenie, że często letnie dni spędza na świeżym powietrzu oglądając krykieta, a wkrótce poznała różnicę miedzy kijem a piłką… ale jednak powinna była bardziej wgłębić się w zasady gry nim spytała Pera, gdy rzucono trzy overy i nie było żadnego wicketa, kto ma przewagę. Kilka minut później Tilling zdobyło wicket i Per wszedł do gry. Natychmiast posłał piłkę w długą, a Lucia z zapałem zaczęła klaskać.
- Och, popatrz Jurusiu – powiedziała – jaki piękny łuk zatacza piłka! I jaki wysoki. Pięknie… Co? Już skończył?
Tilling stracił osiemdziesiąt siedem punktów, a między inningami Lucia, w kapeluszu już opisanym w Hastings Chronicle została wprowadzona na boisko przez wesołych braci. Podczas ostatniej godziny nauczyła się już tyle o krykiecie, że doświadczonym okiem dostrzegła od razu, że większą część boiska trzeba wyrównać, a murawę położyć od nowa. Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na Jurusia, więc gdy Lucia lustrowała boisko, on wymknął się na lunch do domu. Ona, jako prezeska klubu z Tilling, jadła o obiema drużynami w pawilonie i znalazła kilka okazji, by prawidłowo wymówić Zingari.
Towarzystwo z bungalowów rozłożyło piknik z kanapkami i pozwoliło sobie na ponure przypuszczenia, co oznacza pojawienie się Luci w kręgach sportowych. Potem Benjy jako członek klubu poszedł sprawdzić, czy nie ma dla niego jakiejś poczty, a tak naprawdę – spłukać czymś płynnym spragnione gardło po słonych produktach przygotowanych na lunch przez Elizabeth i wrócił z dobijającą wiadomością, że Lucia została właśnie wybrana prezeską klubu krykieta.
- Nie jestem w najmniejszym stopniu zdziwiona – rzekła Elizabeth. – Czegoś podobnego się spodziewałam. Nie będę też zdziwiona, gdy w zimie zagra w futbol w drużynie Tilling. Szorty, koszulka, kolory Tilling. I pewnie ten kapelusz.
Tym sposobem satyra miała ostatnie słowo.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Nie 09 Lis, 2025 17:57   

Ojej, że też Elżbieta nie mogła się od złośliwości powstrzymać :rotfl: ale Lucia naprawdę na szerokiego wypłynęła przestwór oceanu i może ją nagły sztorm zaskoczyć, burząc takie piękne plany :mysle:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 09 Lis, 2025 22:24   

No biedna już widzi, że Luci w żaden sposób nie przegoni. Cóż jej pozostało poza wyzłośliwianiem się. Tutaj wakacje, a tu taki cios, rywalka podbija nowe tereny - sportowe :-D


Wydanie niedzielne Hastings Chronicle było bolesnym dokumentem. W samym środku numeru znajdował się artykuł wydrukowany dużą czcionką, zatytułowany: „Hojny dar pani Lucas z Mallards House, Tilling.” Ci, którzy czuli się na siłach by go przeczytać, mogli dowiedzieć się, że zgodziła się ona łaskawie zostać prezeską Klubu Krykietowego z Tilling i na dorocznym walnym zgromadzeniu klubu, które odbyło się po meczu z drużyną Zingari, zadeklarowała sfinansowanie wyrównania boiska i położenia na nowo murawy. Osobiście dokonała inspekcji (jak powiedziała w swoim inauguracyjnym przemówieniu) i była przekonana, ze Tilling nigdy nie odda sprawiedliwości Królowi Gier póki się tego nie zrobi. Dlatego też uważała za zaszczyt, jako prezeska klubu, którym zawsze głęboko się interesowała, możliwość zajęcia się tym dziełem (długie i nie milknące brawa)… Ten hojny dar posłuży nie tylko krykiecistom, ale i futbolistom, gdyż korzystali oni z tego samego boiska, a komitet klubu futbolowego, poznawszy poglądy pani Lucas na tę sprawę, jednogłośnie również obwołał ją ich prezeską.
W następnym tygodniu pojawiło się więcej takich przerażających rewelacji. Znów pojawił się nagłówek „Hojny dar…” itd., Tym razem chodziło i szpital w Tilling. Na posiedzeniu rady miejskiej burmistrz ogłosił, że pani Lucas (już znana jako „Przyjaciółka ubogich”) zaoferowała, że ufunduje nowy blok operacyjny i wyposaży go w najnowocześniejszy sprzęt, według planu i harmonogramu, który im przedłożyła…
Elizabeth odczytała to na głos Benjy’emu gdy jedli lunch na werandzie ich bungalowu, tonem pełnym oburzenia, W tym miejscu zakryła dłonią pozostałą część akapitu.
- Pomnij moje słowa, Benjy – powiedziała. – Przewiduję, że teraz radni przyjmą ten dar z najwyższą wdzięcznością i uznają za swój honor zaproponowanie jej członkostwa w radzie miejskiej.
To było aż nadto prawdziwe i Elizabeth w ponurym milczeniu dokończyła nadziewane śliwki. Wstała żeby zrobić kawę.
- Hastings Chronicle powinno na stałe mieć złożone czcionki w słowa „Hojny dar pani Lucas z Mallards House” – zauważyła. – Ten „house” to nowość. Za moich dni, a wcześniej cioci Caroline „Mallards” brzmiało wystarczająco dostojnie. Nim z tym skończy, będzie to Mallards Palace.
Ale po tym ostatnim akcie okrucieństwa plaga hojności na razie ustała. Sierpień schłodził się do września, a wrzesień skompromitował się w porze własnych wiosennych przypływów, pichcąc potworny południowo zachodni sztorm. Morze spiętrzone przez nieustanny napór wiatru, przedarło się przez żwirowy brzeg na wybrzeżu i wylało się szeroko za nim na nizinę, na której stały niektóre z bungalowów. Ten zamieszkany przez padre i Evie wybudowano na małym wzniesieniu, więc uniknął powodzi, ale Mapp-Flintowie zostali zalani. Pokoje na parterze zalane były do wysokości prawie pół metra i póki woda nie opadła, dom nie nadawał się do zamieszkania, chyba, że traktowało się go jak palazzo w Wenecji i miało gondolę przycumowaną do balustrady przy drzwiach. Wieści o nieszczęściu przywiózł do Tilling padre, gdy przyjechał do miasta na rowerze na niedzielną modlitwę poranną. Przy drzwiach do kościoła spotkał Lucię i w barwnych obrazach opisał, jak nieszczęsna para wyszła na brzeg. Śniadanie zjedli z nim i Evie, obiad i kolację również mieli u nich spędzić, ale potem musieli brodzić w wodzie do własnych łóżek, bo u padre nie było wolnego pokoju. Smutne wakacyjne doświadczenie – i pospieszył do zakrystii żeby się przebrać.
Piękno jej organów znów olśniło Lucię, bo poprosiła organistę, bo po nabożeństwie dodatkowo zagrał „Burzę na morzu” i gdy jej słuchała, znów poczuła w pełni nieokiełznaną potęgę natury, której ofiarami stali się Mapp-Flintowie. Co więcej, naprawdę lubiła hojną ręką rozdawać na prawo i lewo godnym, czy niegodnym i gdy muzyczna burza już ucichła, Lucia podjęła decyzję, że zapewni uchodźcom kwaterę i wikt, póki słona woda nie odpłynie z ich pokoi na parterze. Grebe jeszcze było wynajęte i brzmiało głosami czterdziestu siedmiu kanarków, więc to ona musi dać im dach nad głową, jak Noe zabrał z powrotem na pokład gołębicę wysłaną nad pustkowie wód z arki ich dawnego domu… Cicho przyłączyła się do chóru pasażerów i marynarzy i wyszła z kościoła z Jurusiem.
- Zadzwonię do nich od razu, Jurusiu – powiedziała – i zaoferuję im nocleg w Mallards.
– Nie radzę – powiedział Juruś. – Czemu nie pójdą do hotelu?
- Caro, po prostu dlatego, że nie – odpowiedziała Lucia. – Dalej będą brodzić do łóżek i wisieć na padre. Poza tym jeśli ich bungalow się zawali – zrobiony jest głównie ze sklejki powiązanej sznurkiem i kamyków z nabrzeża – i pogrzebie ich pod ruinami, będę miała wyrzuty sumienia. No i mam dobrą okazję bo okazać uprzejmość biednej Elizabeth. Mallards House zawsze będzie do dyspozycji potrzebujących. Myślę, że to tylko na dzień czy dwa. Musisz obiecać, że przyjedziesz na lunch kolację, bo nie wiem, czy zniosę ich w pojedynkę.

Lucia przyjęła postawę godną ofiarodawczyni organów i bloku operacyjnego. Poleciła Grosvenor, by ta w najserdeczniejszym tonie zadzwoniła do pani Mapp-Flint, a także zapisała jej, co ma powiedzieć. Pani Lucas nie może w tej chwili podejść do telefonu, ale posyła wyrazy współczucia i nalega, aby uznali Mallards House za swój dom póki bungalow znów nie będzie nadawał się do zamieszkania: sądzi, że pomieszczą się całkiem wygodnie w jej małym domku. Elizabeth oczywiście przyjęła zaproszenie, choć wydało jej się dziwne, że Lucia nie zadzwoniła osobiście. Tak więc Lucia poczyniła przygotowania do przyjęcia gości. Nie zamierzała oddawać im własnej sypialni i salonu, który zajmowali wcześniej, bo trzeba by było wnieść tam drugie łóżko i trudno byłoby się pomieścić. Poza tym szczęśliwie przyszło jej do głowy, że gdyby znów znaleźli się z dawnej komnacie małżeńskiej, wzbudziłoby to w nich silne emocje. Elizabeth dostanie ładny pokój z widokiem na ogród, Benjy taki na końcu korytarza, a mała bawialnie naprzeciwko pokoju Elizabeth będzie do ich wyłącznego użytku. To będzie iście królewska gościnność, a i pokój ogrodowy, w którym ona sama zawsze siadywała, nie będzie najeżdżany w ciągu dnia. Po podwieczorku mogą tam grać w brydża, a po kolacji zasiąść do słuchania muzyki i jeszcze więcej brydża. Potem nastała pora, by wysłać Cadmana w samochodzie żeby ich przywiózł i Lucia wyścieliła auto grubym futrzanym dywanem i włożyła termofory na wypadek gdyby się przeziębili brodząc w wodzie. W saloniku zostawiła niedzielną gazetę i kilka książek by stworzyć przytulną atmosferę i poszła, jak miała w zwyczaju, na spacer, byłoby to bowiem bardziej w szlacheckim stylu gdyby to Grosvenor ich przyjęła i rozmieściła, a ona wróciłaby około podwieczorku, pewna, że dobrze się nimi zajęto.
Ta wystawna beztroska nie do końca się powiodła, bo choć Grosvenor zgodnie z poleceniem zaprowadziła gości do ich własnego saloniku na wyłączność, to kiedy ona rozpakowywała ich rzeczy, oni odbyli cichą pielgrzymkę po domu i gdy Lucia wróciła, zastała ich w pokoju ogrodowym.
- Przepraszam, że was osobiście nie przywitałam, droga Elizabeth – powiedziała, ale wiedziałam, że Grosvenor się wami zajmie.
Elizabeth zerwała się ze swego starego miejsca przy oknie (Śledzić stąd ruchy na ulicy – cóż za gorzka przyjemność).
- Droga Luciu – zawołała. – Jakaś ty dobra, że przyjęłaś nas, biednych bezdomnych. To straszny kłopot dla ciebie, obawiam się.
- Ani trochę. Tutto molto facile. Na górze jest przygotowany dla was salonik, jestem pewna, że Grosvenor wam pokazała.
- O tak, pokazała- powiedziała Elizabeth wylewnie. – Bardzo przytulny. Jakaś ty miła.
- I co za straszne rzeczy przeżyliście – powiedziała Lucia. – Herbata zaraz będzie gotowa, chodźmy.
- Potoki wody – powiedziała Elizabeth obrazowo – i na pół metra w jadalni. Musieliśmy wziąć łódź by wywieźć nasz bagaż. Benjy przypomniał sobie najgorsze powodzie na Jamunie.
- Daję słowo, przypomniałem – powiedział Benjy – i nie ma się co zastanawiać, czy nie będzie tego więcej. Wiatr nie ustaje, a dziś ma być najwyższy przypływ. Kto wie, czy nie całkowite zanurzenie dla padre. Ha! Ha! Chrzest na stare lata.
- Niegrzeczny! – powiedziała Elizabeth.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 10 Lis, 2025 20:51   

Ciąg dalszy bardzo nietypowych wakacji :lol:

Padre z pewnością wygrywał w brydża przez cały ten tydzień, ale to nie usprawiedliwiało lekkomyślności w kwestiach sakramentalnych, a poza tym przecież dał im lunch i śniadanie. Lucia również uważała jego żart za niesmaczny i zwróciła im uwagę na swoje dalie. Urządziła nową rabatkę kwiatową w miejscu, w którym rósł kiedyś okropny jesion płaczący zasadzony przez ciotkę Caroline, który – jak fantazjowała Elizabeth - wydawał się ją wiecznie opłakiwać. Nagle jego usunięcie ukłuło ją w samo serce i nie ufając sobie, że da radę o tym spokojnie rozmawiać, zwróciła uwagę na pięknego rusałkę admirała schowanego w budlei. Poszli na herbatę zręcznie zmieniając temat. Juruś i brydż i kolacja i po niej znowu brydż, a Lucia z dużą obawą zauważyła, że Elizabeth zostawiła torebkę, a Benjy pudełko z cygarami gdy poszli do łózek. To mogło oznaczać ich powrót o poranku, więc zwróciła im uwagę na zapominalstwo. Na górze Elizabeth znów miała mały zanik pamięci, bo wmaszerowała do sypialni Luci, którą bardzo chciała zobaczyć, nim się zorientowała, że to już nie jest jej pokój.
Przy śniadaniu Lucię odwołano do telefonu. Dzwonił padre. Z wybrzeża napływały kolejne powodziowe wieści, a emocje sprawiły, że mówił on czystą angielszczyzną, bez śladu szkockiego czy irlandzkiego. Przypływ wyższy niż poprzednie spowodował kolejny wylew morza na brzeg i teraz jego bungalow stal na wyspie, a burza zerwała połowę dachówek z dachu. Juruś, jak mówił, bardzo uprzejmie zgodził się go przyjąć, bo plebania miała wciąż lokatora, i czekał w milczeniu aż Lucia spyta go, gdzie się podzieje Evie. Nie wiedział, a sugestię Luci, że powinna przyjechać do Mallards House, przyjął z prawdziwą wdzięcznością. Obiecała posłać po nich samochód i dołączyła do gości.
- Kolejna fala powodzi – powiedziała – dokładnie jak pan przewidział, majorze. Tak więc Evie zamieszka tu, a Juruś weźmie padre. Jestem pewna, ze nie będzie pan miał nic przeciwko przeniesieniu się na poddasze i zwolnieniu dla niej pokoju?
Mina Benjy'ego się wydłużyła.
- Och, nie, no pewnie że nie – powiedział serdecznie. – Już wcześniej w nim łobuzowałem.
- Niezła będzie na nas kompania – powiedziała Elizabeth bez większego entuzjazmu, bo podejrzewała, że Evie będzie dzielić z nimi salonik.
Lucia poszła wydać dyspozycje do do posiłków, a jej goście - do swoich pokojów, zabierając z sobą poranne gazety.
- Diva mogła przyjąć Evie, albo Evie mogła pójść do King’s Arms – powiedziała Elizabeth w zamyślaniu – Ale droga Lucia rozkoszuje się byciem Łaskawą Damą. Daje jej to prawdziwą przyjemność.
- Nie lubię pokoi na tych dziurawych strychach – powiedział Benjy. - Jeśli dobrze pamiętam, to skosy i przeciągi.
Duma Elizabeth z rodzinnego domu nagle się rozpaliła.
- Są lepsze niż każdy z pokoi w domu, w którym mieszkałeś przed naszym ślubem, kochanie – powiedziała. - I niezbyt to taktowne, opowiadać, w jakim kiepskim stanie byłeś… Czy twój dorsz na śniadanie był taki jak trzeba?
- Doskonale przepyszny – powiedział Benjy w odwecie. - Co za cud, dostać w końcu porządne jedzenie po tym czymś, co mi serwowałaś.
- Bardzo dziękuję, kochanie – odpowiedziała Elizabeth.
Podniosła gazetę, poczytała ją przez chwilę i postanowiła się jednak z nim dogadać.
- Jak się zastanowić – powiedziała – to Lucia wcale nie musiała windować cię aż na strych. Ty i ja mogliśmy dostać naszą dawną sypialnię i garderobę, a pozostałe dwa pokoje zostałyby dla niej i Evie. Ale musimy brać co dają i być wdzięcznymi. Chciałabym wiedzieć, czy możemy korzystać z pokoju ogrodowego, czy tylko kiedy ona nas zaprosi. Wydawało mi się, że wczoraj wieczorem podała ci twoją cygarniczką, a mnie torebkę dość ostentacyjnie. Nie żeby to był jakiś zły pokój.
- Po południu zrobi się tu dość duszno – odpowiedział – bo ma padać cały dzień, a przypuszczam, że będziemy tu siedzieć we troje.
Elizabeth westchnęła.
- Przypuszczam, że nie wpadnie jej do głowy, żeby samej wziąć ten pokój, a gościom oddać pokój ogrodowy – powiedziała. - To wcale nie egoizm, nie o to mi chodzi, po prostu mały niedostatek wyobraźni. Zejdę teraz do pokoju ogrodowego i sprawdzę, jak wygląda ziemia…. O znów telefon dzwoni. To już trzeci raz od śniadania. Pewnie organizuje mecze futbolowe. Och, w Daily Mirror piszą o jej darze dla szpitala. „Najbardziej hojny...”: jak ja mam dość tego słowa. Oczywiście, to głupia pora roku.


Gdyby Elizabeth wiedziała, skąd był trzeci telefon, nazwałaby porę roku innym określeniem niż „głupia.” Dzwonił burmistrz, który pytał Lucię czy mogłaby się spotkać prywatnie na kilka minut. Odpowiedziała, że o oczywiście, to dla niej bardzo odpowiednie i mogłaby dodać, że również ekscytujące. Czyżby jakaś kolejna rada chciała zaproponować jej członkostwo? Instytut Literacki? Przytułek? A może… Wróciła do pokoju ogrodowego, opadła w pośpiechu na krzesło muzyczne i zaczęła rozmawiać z Beethovenem. Była tak pochłonięta muzyką, że wydała cichy okrzyk przestrachu gdy Grosvenor, podnosząc głos ponad zwykłą wysokość zaanonsowała po raz drugi: „pana burmistrza Tilling.” Zerwała się z miejsca.
- Ach, dzień dobry, pani burmistrzu – zawołała. - Tak się cieszę. Grosvenor, nie ma mnie dla nikogo. Poświęciłam tylko kilka minut, jak zawsze po śniadaniu, na moją muzykę. Nastraja mnie do… jak to nazywają – pracy całego dnia. Proszę, czym mogę panu służyć?
Sprawa, z którą przyszedł, przesłoniła swym splendorem wszelką imaginację Luci. Jeden z członków Rady Miasta właśnie zgłosił rezygnację ze względu na stan zdrowia, a burmistrz spieszył właśnie na nadzwyczajne posiedzenie. Wyjaśnił jej, że zgodnie ze zwyczajem gdy taki wakat przytrafi się w ciągu roku, nie urządza się nowych wyborów, tylko pozostali radni dokooptowują nowego członka tymczasowego, który służy do czasów, aż przychodzi pora na wybory. Czy ona da mu pozwolenie, by zaproponować radzie jej kandydaturę?

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 11 Lis, 2025 19:32   

O kurcze, Elżbieta padnie :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: wszystkie jej koszmarne sny ziszczają się po kolei, i nawet nie może odzyskać swojej dawnej sypialni :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 11 Lis, 2025 20:51   

Zwłaszcza ta sypialnia jest bolesna :rotfl: I miejsce do szpiegowania całego miasta przy oknie w pokoju ogrodowym! A swoją drogą - zaproś tu takich do domu, będą wdzięczni że ho ho!


Lucia siedziała z brodą wspartą na dłoni w swej muzycznej pozie. Bez wątpienia był to gigantyczny krok w górę z poziomu zrównania z Elizabeth na samym dole listy kandydatów… Zaczęła mówić bardzo szybko, bo wydało jej się, że słyszy kroki na schodach do pokoju ogrodowego. To pewnie Elizabeth udało jakoś ominąć Grosvenor.
- Doceniam w pełni ten zaszczyt – powiedziała. – Ale… Ale nie chciałabym za nic mieć poczucia, że drodzy współmieszkańcy nie aprobują tej kandydatury. Wie pan, ostatnie wybory… Oho, widzę, o czym pan myśli. Uważa pan, że od tamtej pory zdali sobie bardziej sprawę, jak szczere jest moje pragnienie poprawy dobrostanu wszystkich mieszkańców Tilling (pukanie do drzwi). Widzę, że będę musiała ustąpić i – jeśli pańscy koledzy tego sobie życzą – z radością przyjmuję ten wielki zaszczyt.
Drzwi lekko się uchyliły; uszy Elizabeth podchwyciły słowa „wielki zaszczyt” a usta (tak, zmyliła czujność Grosvenor) wyrzekły:
- Mogę wejść, kochana?
- Entrate - powiedziała Lucia. – Panie burmistrzu, zna pan panią Mapp-Flint? Na pewno! To taka stara mieszkanka drogiego Tilling. Okropna powódź zalała pola golfowe i kilkoro naszych przyjaciół, major i pani Mapp-Flint oraz padre i pani Bartlett, zostali poszkodowani. Ale to taka przyjemność dla mnie, bo wzięłam ich do siebie i mamy tu niezłą kompanię. Mallards House i ja zawsze jesteśmy do dyspozycji naszych obywateli. Ale nie mogę pana zatrzymywać. Da mi pan łaskawie znać, czy rada przyjmie pańską sugestię? Będę czekać z niecierpliwością.
Lucia nalegała że odprowadzi burmistrza do drzwi wyjściowych, ale wróciła na jednej nodze do pokoju ogrodowego, wciąż skażonego obecnością Elizabeth.
- Mam nadzieję, że wasz salonik jest wygodny, Elizabeth – powiedziała. – Macie tam wszystko, czego wam trzeba. Prawda?
Pragnienie, bo dowiedzieć się, co mogą oznaczać złowieszcze słowa „wielki zaszczyt” ogarnęło Elizabeth jak pożar prerię, więc stała się całkowicie głucha na tak dobitnie przekazaną aluzję.
- Jest rozkosznie, kochana – odpowiedziała z entuzjazmem. – Tak przytulnie, a Benjy szczęśliwy z cygarem i gazetą. Ale czy ja nie słyszałam przed chwilą fortepianu? Tak pięknie to brzmiało. Mogę usiąść cicho jak mysz pod miotłą i posłuchać?
Lucia nie mogła jakoś zmusić się, bo powiedzieć: „Nie, idź sobie,” ale czuła, że będzie musiała tupnąć nogą. Oddała wszak gościom salon do wyłącznej dyspozycji i nie zamierzała zastawać ich tutaj co rano. Być może gdyby puściła w ruch to, co zawsze nazywała pedałem sostenuto i wygrywała głośne skale i ćwiczenia, mogłaby sprawić, że nikt nie wytrzymałby siedzenia tutaj.
- Ależ oczywiście – powiedziała. – Muszę pilnie ćwiczyć każdego ranka, by rozruszać moje biedne palce, inaczej Juruś krzyczy na mnie przy naszych duetach.
Elizabeth wśliznęła się na swoje dawno ulubione miejsce przy oknie, skąd mogła obserwować ruchy Tilling, odbywające się tego dnia pod przykrywką parasoli, a Lucia zaczęła. C-dur przez całą klawiaturę, aż palce zaczęły ją boleć od nietypowego ćwiczenia: potem kilka mocnych akordów w tej wesołej tonacji.
- Piękne akordy! Jakie harmonijne – powiedziała Elizabeth, obserwując, jak samochód Luci podjeżdża do Mallards Cottage i zostawia tam padre i jego walizkę.
C -mol. To było trudniejsze. Lucia odkryła, że ​skala w górę nie jest taka sama jak w dół i przeszła ją pół tuzina razy, najpierw dudniąc na dole fortepianu, a potem wrzeszcząc na górze i z powrotem, zanim zrobiła to dobrze. Potem nastąpiło kilka prostych akordów molowych.
- Ten cudowny marsz żałobny – powiedziała Elizabeth roztargnionym głosem.
Evie wychyliła głowę z okna samochodu i całkiem wyraźnie dla każdego, kto miał choć ziarenko intuicji, opowiadała Jurusiowi, który podszedł do drzwi, o powodzi, bo podnosiła i zniżała pulchną drobną łapkę ewidentnie pokazując jak bardzo woda podniosła się przez noc.
Podczas gdy ona obserwowała, Lucia zaczęła ćwiczyć tryle, łącznie z tymi bardzo trudnymi na trzeci i czwarty palec.
- Jak słodkie ptaszki w moim ogrodzie – powiedziała Elizabeth, nadal roztargnionym głosem (choć daleko jej było do roztargnienia) – drozdy i szpaki i… - jej głos ucichł gdy samochód ruszył w kierunku Mallards, lżejszy o padre i jego walizkę.
- A oto i Evie nadjeżdża – powiedziała, mając nadzieję, że Lucia przerwie te koszmarne dźwięki i pójdzie przywitać gościa. Nic podobnego: przyszła kolej na skalę D-dur, a tempo zmalało wyraźnie, bo palce miała już strasznie zmęczone. W tej chwili weszła Grosvenor. Zostawiła uchylone drzwi i kostki Elizabeth owiał silny przeciąg.
- Tak, Grosvenor?- powiedziała Lucia z dłońmi wciąż zawieszonymi nad klawiaturą.
- Dzwonił burmistrz, proszę pani – powiedziała Grosvenor – i chciałby z panią rozmawiać, jeśli nie jest pani zajęta.
Burmistrzowi się nie odmawia, więc Lucia poszła do telefonu w biurze. Chora z ciekawości Elizabeth poszła za nią i natychmiast z dziko zainteresowała się biblioteczką w holu, skąd miała nadzieję usłyszeć przynajmniej połowę rozmowy. Po dwóch lub trzech bełkotliwych, kwaczących dźwiękach ze słuchawki, rozbrzmiał i jej radosny głos.
- Naprawdę, jestem w najwyższym stopniu zaszczycona, panie burmistrzu – zaczęła.
Potem, w chwili pechowej dla sprawy rozpowszechniania użytecznej wiedzy, dostrzegła kątem oka Elizabeth w hallu tuż przy drzwiach, z otwartą książką w dłoni i bardzo rozsądnie zamknęła za sobą drzwi biura. Podjąwszy sensowne środki ochrony kontynuowała:
- Proszę zapewnić moich kolegów – bo, jak rozumiem, rada miejska właśnie obraduje –że zdecydowanie wezmę odpowiedzialność za moją pozycję.
- Jeśli nie jest pani zajęta, pani Lucas – powiedział burmistrz – to może zechciałby pani przybyć i wziąć udział w obradach o sprawach, które dziś przed nami stoją, jako że jest już pani członkinią rady.
- Ależ oczywiście! – zawołała Lucia. – Będę z wami za kilka minut.
Elizabeth odłożyła na półkę czwarty tom Dzienników Pepysa do góry nogami i podkradła się do drzwi biura, a jej kroki były tłumiło linoleum. Równocześnie do holu weszła Grosvenor by otworzyć drzwi frontowe przed Evie, a Lucia wybiegła z biura, niemal wpadając na Elizabeth.
- Podziwiam twoją piękną podłogę z linoleum – powiedziała zręcznie Elizabeth. – Jaka miękka i kroki robią się ciche jak u kota.
Lucia ledwie zwróciła na nią uwagę.
- Grosvenor: mój kapelusz, mój płaszcz przeciwdeszczowy, moja parasolka, natychmiast – zawołała. – Muszę wyjść. Cieszę się bardzo że cię widzę, Evie. Przepraszam, ale mnie wzywają. Talerz zupy, czy kanapka po podróży? Elizabeth zaprowadzi cię do bawialni na górze. Lunch o wpół do drugiej: zacznijcie nawet beze mnie. Nie, Grosvenor, mój nowy kapelusz…
- Ale pada, proszę pani – powiedziała Grosvenor.
- Wiem, inaczej nie brałabym parasola.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 11 Lis, 2025 21:16   

Ojojoooj, naprawdę Elżbieta znowu ma pecha :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 12 Lis, 2025 20:08   

Jeszcze kilka ważnych wydarzeń - i powoli kończymy...

Jej stopy migotały niemal tak szybko jak stopy Divy, gdy spieszyła poprzez deszcz do Sali posiedzeń rady miejskiej w ratuszu. Zgromadzeni tam radni wstali gdy weszła, a burmistrz formalnie przedstawił ich nowej członkini, którą dopiero co dokooptowali: Pera z gazowni i Jurusia od kanalizacji i Twistevanta z warzywniaka. Twistevant miał ponurą minę, bo otrzymał raport geodety miejskiego o zagrzybionych domkach będących jego własnością; ten przerażający dokument obwieszczał, że osiem z tych przybytków uznano za nie spełniające standardów sanitarnych i nakazano zburzyć. Następnym punktem obrad była oferta Luci podarowania pięćdziesięciu (lub więcej, jeśli trzeba) drzewek migdałowych dla upiększenia wiosną trawiastego stoku na południe od miasta. Powiedziała też kilka nieśmiałych słów o tym, jak wielkim dla niej przywilejem jest oferta założenia tam małego ogródka i zasugerowała, że zapłaci też za użyźnienie gleby, zasadzenie drzewek i wszelkie późniejsze utrzymanie tak, aby nawet pens z tego nie spadł na barki podatników. Oferta została przyjęta wdzięcznym sercem przy akompaniamencie stukania knykciami o stół, a że póki co już zarobiła dość punktów popularności, odroczyła obwieszczenie zamiaru renowacji schodów przy normańskiej wieży. Na omówienie reszty spraw miejskich wystarczyło pół godziny.
Cała w skowronkach, Lucia wpadła do Mallards Cottage, żeby przekazać nowiny Jurusiowi. Padre poszedł właśnie naprzeciwko do Mallards, bo Evie i on popadli w taki zamęt pakując w pośpiechu bagaże tego ranka, że on musiał odzyskać z jej walizki swoje przybory do golenia i odnieść jej kilka elementów damskiego stroju.
- Myślę, że lepiej będzie, jeśli powiem im od razu o moim mianowaniu, Jurusiu – powiedziała – bo i tak wkrótce się dowiedzą, a jeśli Elizabeth dostanie ataku kamieni żółciowych ze zgryzoty, to im szybciej tym lepiej. Mój drogi, ona od razu zrobiła się nieznośna! Przyszła i zasiadła w pokoju ogrodowym, czego nikomu nie proponowałam w porannych godzinach, więc zaczęłam grać gamy i tryle żeby ją wykurzyć. Potem próbowała podsłuchać moją rozmowę z biura z burmistrzem..
- I podsłuchała? – spytał Juruś zachłannie.
- Chyba nie. Zatrzasnęłam drzwi kiedy zobaczyłam ją w holu. Ty i padre będziecie jadać u mnie, dobrze, póki się nie wyprowadzą, ale jeśli deszcze nie ustaną, to wygląda na to, że będą tu mieszkać, póki ich domy się nie zwolnią. Pozwól mi posiedzieć z sobą cichutko do lunchu, bo przez resztę dnia będziemy mieć ich wszystkich na głowie.
- Uważam, że za bardzo byliśmy gościnni – powiedział Juruś. – Z tym też można przesadzić. Jeśli padre ma zamiar siedzieć i mówić do mnie przez cały ranek, wolę się zamknąć w sypialni. Foljambe też nie jest zadowolona. Już mówi do niej „moja dziewuszko.”
- Nie! – powiedziała Lucia. - Nie ścierpi tego. Och, a Benjy zrobił się ponury jak noc kiedy powiedziałam mu, że będzie musiał oddać pokój Evie. Ale musimy się radować, Jurusiu, że możemy zrobić coś dla tych bidnych duszyczek.
- Radować się to za mało powiedziane – powiedział Juruś stanowczo.

Lucia wróciła do Mallards chwilę po wpół do drugiej i poszła do pokoju dziennego, który przydzieliła swoim gościom, i zapukała do drzwi, zanim weszła. To mogłoby dać do zrozumienia tępemu umysłowi Elizabeth, że to ich prywatny pokój, i mogłaby wywnioskować, pośrednio, że pokój ogrodowy był prywatnym pokojem Lucii. Ale ta mała lekcja moralna poszła na marne, ponieważ pokój był pusty, z wyjątkiem stęchłego dymu cygarowego. Poszła do jadalni, ponieważ mogliby, jeśli sobie tego życzyli, zacząć lunch. Również pusty. Poszła do pokoju ogrodowego i nawet gdy otworzyła drzwi, rozległ się głos Elizabeth.
- Nie, padre, moja karta nie była ukryta. Odkryta!
- No to wyeksponowana, jak zwał tak zwał, mistress Mapp – powiedział padre.
- Jak już, to Mapp-Flint, padre – powiedział Benjy.
- O, jest nasza najdroższa Lucia – zawołała Elizabeth. – Myślałam, że to Grosvenor przyszła powiedzieć nam, że lunch gotowy. Taki ponury ranek, że pomyśleliśmy, że pogramy w karty dla zabicia czasu. W naszym przytulnym saloniku na górze nie ma karcianego stolika.
- Oczywiście każę wam go wstawić – powiedziała Lucia.
- A ty załatwiłaś swoje drobne sprawy? – spytała Elizabeth.
Luci zrobiło się jej szczerze żal, ale cios musiał zostać zadany.
- Tak, byłam na posiedzeniu rady miasta w ratuszu. Dużo drobnych spraw.
- Powiedziałaś „w ratuszu”? – zapytała wstrząśnięta niewiasta.
- Tak, zrobili mi zaszczyt i dokooptowali mnie do swego grona, bo jeden z radnych zrezygnował z powodu kłopotów zdrowotnych. Uznałam, że moim obowiązkiem jest wypełnić ten wakat. Chodźmy na lunch.


Rozdział dwunasty


Musiały upłynąć dwa tygodnie nim Juruś i Lucia mogli znowu zasiąść w Mallards House do kolacji we dwoje, oboje z poczuciem jakby wracali do zdrowia po jakiejś wyniszczającej chorobie nerwowej połączonej z wysokim ciśnieniem i depresją. Atak – można to tak ująć – dobiegł końca a oni na nowo musieli zebrać siły. Zaledwie wczoraj padre i Evie wrócili do swego bungalowu, a dzisiejszego ranka Mapp-Flintowie do Grebe. Mogli byli wyjechać już dzień wcześniej, bo postrzelona wdowa po baronecie opuściła dom rano, uwożąc siebie i czterdzieści siedem kanarków dwoma cygańskimi furgonetkami. Ale na tygrysich skórach pozostało tyle łupin po prosie, i tyle śladów po ptasiej przemianie materii na firankach, stołach i krzesłach, że sprzątanie musiało zająć cały dzień. Na odjezdne Benjy wcisnął w dłoń Grosvenor półkoronówkę i pensa, jedno od siebie, drugie od Elizabeth. Wyglądało, jakby wyliczył wartość jej usług z drobiazgową dokładnością, a błąd wynikał z tego, że pomieszał w kieszeni miedziaki ze srebrem i tak naprawdę zamierzał dać jej pięć szylingów. Elizabeth zostawiła jej słodki uśmiech i uścisk dłoni. Tak czy inaczej dwa tygodnie minęły, a Lucia do końca zachowywała się jak pani na włościach. Samochód był zawsze do dyspozycji drogich gości, w ich sypialniach płonął suty ogień, opowiadała im, o czym mówiono na posiedzeniach rady miejskiej, dostosowywała menu do ich gustów. Jednego dnia podawano haggis dla padre, który był w szczególnie szkockim nastroju, innego dnia Elizabeth dostała nadziewane śliwki, podano pikantne curry dla majora, gdy ten popadł w indyjski nastrój oraz pasternak dla Evie która miała słabość do tego paskudnego warzywa. Co do jednego Lucia była nieugięta. Mogli sobie zabrać wszystkie poranne gazety do bawialni dla gości, ale aż do lunchu nie mogli czytać ich w pokoju ogrodowym. Verboten; défendu; non permesso. Jeśli Elizabeth wetknęła tam swój nos, major Benjy fajkę, a Evie magazyn parafialny, Lucia dzwoniła po Jurusia i grali duety tak długo, aż intruz nie był w stanie tego znieść...
Nacisnęła pomander, który zabrzęczał dzwonkiem elektrycznym. Grosvenor wniosła kawę i mogli już swobodnie porozmawiać.
- Ten cudowny czwarty krąg piekieł, Jurusiu – powiedziała Lucia marząco. – Goście, którzy jedzą sól gospodarza i plują nią na podłogę. Czekało ich coś bardzo niemiłego, zdaje się, że byli marynowani w solance.
- Na pewno zasługiwali na każdą karę – powiedział Juruś.
- Ona – powiedziała Lucia nie wymieniając nazwisk – poszła do Divy i powiedziała, że Grosvenor nie ma pojęcia o służbie, bo skarpetka Benjy’ego jak poszła do prania z wielką dziurą, tak wróciła. Diva spytała: „Jak mogłaś oddać ją do prania w takim stanie?”
- Otóż to – odrzekł Juruś.
- A Benjy powiedział padre, że Grosvenor skąpi wina. Oczywiście, że powiedziałam jej, żeby nie napełniała jego kieliszka póki nie będzie pusty, bo nie uśmiechało mi się mieć tutaj codziennie wieczoru a’la Wyse.
- Bardzo słusznie, a wina było pod dostatkiem dla każdego, kto nie chciał się upić – powiedział Juruś. – Benjy z kolei nie skąpił sobie mojej whisky. Praktycznie co wieczór zachodził na pogawędkę około dziewiętnastej i wypijał trzy solidne porcje.
- Tak podejrzewałam – zawołała Lucia tryumfalnie uderzając dłonią w stół. Niestety trafiła w pomander i w drzwiach pojawiła się Grosvenor. Lucia przeprosiła za pomyłkę.
- Jurusiu, coś takiego podejrzewałam – powiedziała, kiedy drzwi się za nią zamknęły. – Co wieczór koło dziewiętnastej Benjy mówił, że nie będzie już grał kolejnego robra, bo chce się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza przed kolacją. Co za spryciarz, Jurusiu. Choć przykro mi z powodu twojej whisky, ja zawsze chwalę starannie przeprowadzone akcje, choćby miały alkoholowy motyw. Po wyjściu z pokoju trzaskał drzwiami wyjściowymi na tyle głośno, że ona to słyszała, dzięki czemu wiedziała, że wyszedł i nie przyjdzie na sherry do jadalni. Myślę, że coś podejrzewała, ale nie bardzo wiedziała, co.
- Ona nigdy nie traci okazji by coś podejrzewać – odpowiedział.
Lucia w zamyśleniu chrupała kostkę cukru.
- Ciekawe studium – powiedziała. – Wiesz, jak ciekawią mnie badania psychologiczne, a przez te dwa tygodnie sporo się nauczyłam. Bajor Benjy nie należał do orłów, gdy zalecał się do Elizabeth i ją zdobył, ale małżeństwo zdaje się wyostrzyło mu rozum. Trochę chytrości, trochę podstępów, nic oczywiście bardzo wysokiego rzędu, ale przebłyski pomysłowości i intryg. Jestem w stanie zrozumieć mężczyznę rozwijającego w sobie pewną bystrość, gdy wie, że Elizabeth zawsze czai się za rogiem. Instynkt samozachowawczy. U Teofrasta jest opisany ktoś taki; muszę to sprawdzić. Ojej, przez ostatnie dwa tygodnie prawie nie zajrzałam do książki.
- Wyobrażam sobie – odparł Juruś. – Nawet ja, choć miałem u sobie tylko padre, nie mogłem się do niczego zabrać. Ciągle wchodził i wychodził, prosząc to o atrament do sypialni, to o kawałek sznurka, to o rozmienienie szylinga.
- Pomnóż to przez trzy. A ona przez cały czas traktowała mnie jakbym była właścicielką hotelu, a ona nie była zadowolona ani z pokoju, ani z wyżywienia, ale nie składała formalnej skargi. Elizabeth przybrała na wadze cztery funty przez pierwszy tydzień pobytu. Korzystała z mojej łazienki i wieczorem zawsze brała kąpiel przede mną, a tam jest waga, wiesz. Oczywiście byłam wściekle zainteresowana, ale pewnego dnia poczułam, że po prostu muszę jej przeszkodzić i schowałam ją za wanną. To było jedyne uchybienie gościnności jakie zrobiłam przez cały czas jej pobytu, ale po prostu nie mogłam tego znieść, więc nie wiem, ile przybrała w drugim tygodniu.
- Wydawałoby się, że schudnie po tym, jak dołączyłaś do rady miejskiej – zauważył Juruś. – Ależ to ekscytujące! Musiała ważyć się bez ubrania skoro brała kąpiel. Ile ważyła?
- Zanim schowałam wagę, między jedenastym a dwunastym na podziałce – odrzekła Lucia. – Ale ona ma grube kości, Jurusiu. Musimy być sprawiedliwi.
- Owszem, ale kości już nie rosną – powiedział Juruś. – Nie przytyłyby cztery funty w tydzień. To tłuszcz.
- Pewnie masz rację. Co do mojego przystąpienia do rady, to bałam się o nią. Bałam się. Chodźmy do pokoju ogrodowego. Mój drogi, jak cudownie jest wiedzieć, że nie będzie tam Benjy’ego kopcącego jedno ze swoich aromatycznych cygar, ani małe Evie biegającej jak myszka, jak mi się zawsze wydawało, między krzesłami, nogami i stołami.
- Hurra, w końcu jeden z naszych cichych wieczorów – odpowiedział.
Z poczuciem odzyskanego świętego spokoju zapadli w fotele, zbyt zadowoleni z tego, że zniknęło wieczne napięcie, by grać duety. Juruś przyszywał koronkową bordiurę do nowych serwetek pod miseczki do płukana palców, a Lucia znalazła „Charkatery” Teofrastusa w angielskim tłumaczeniu i czytała mu szkic o prototypie Benjy’ego. Klimat tego wieczoru pracował w obojgu, jak ciepłe drożdże w cieście i oboje zaczynali uświadamiać sobie, nadchodzi chwila o kluczowym znaczeniu dla nich, ale i dla całego Tilling. Zaledwie kilka lat temu każde a z nich wzdragało się na myśl, że to drugie może myśleć o ślubie, ale teraz ta perspektywa straciła już swój przerażający charakter. Bo Juruś mieszkał u niej gdy chorował na półpasiec, a ona mieszkała u Jurusia gdy przeprowadzała się do Mallards, a te dni domowej bliskości przekonały oboje, że żadne z nich nie ma skłonności do płochych igraszek. Kiedy znikał koszmarny niepokój odnośnie tej sprawy, oboje potrafili zrozumieć, że przez większość dnia bardziej cieszyło ich swoje towarzystwo niż własna samotność, że byli szczęśliwsi razem niż osobno. Do Luci zaczynało docierać, że w karierze, która otwierała się przed nią w Tilling, mąż dawałby jej pewną stabilność: książę małżonek, choć zdecydowanie nie w celach dynastycznych, doda jej powagi i równowagi. Juruś snując podobne myśli łatwo wyobrażał sobie, że zajmuje tę pozycję z wdziękiem i efektywnością.
Juruś, błądząc myślami daleko, podczas szycia ukłuł się w palec, Lucia w roztargnieniu przeczytała jeszcze trochę Teofrastusa i przesiadła się do biurka, gdzie sterta listów utrzymywana była na miejscu ładnym przyciskiem do papieru składającego się z małego galwanizowanego kija do krykieta opartego o piłkę nożną, prezent od obu klubów sportowych, których byłą prezeską. Zegar wybił jedenastą: oboje zaskoczyło, że czas zleciał tak szybko, bo zwykle kończyli swoje wieczory o jedenastej. Ale siedzieli dalej, bo wszystko było gotowe na ten decydujący moment, a jeśli nie nastąpi on dziś, to kiedyż u licha będzie bardziej sprzyjająca okazja? Jednak które miało zacząć i jak?
Juruś odłożył robótkę, bo palce miał wilgotne, a jeden zakrwawiony. Powiedział sobie, że to on jest mężczyzną. Dwa razy otwierał usta żeby zacząć i dwa razy znów je zamykał. Popatrzył w jej stronę, pochwycił jej spojrzenie, to świdrujące, które zdawało się nie tylko przewiercać go na wylot, ale i zachęcać. To spojrzenie wbijało się w niego dla jego dobra i komfortu. Otworzył usta po raz trzeci i tym razem owocny.
- Luciu, jest coś, co muszę powiedzieć i mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, że my… cóż, że moglibyśmy się pobrać?
Przez chwilę bawiła się kijem do krykieta i futbolówką, ale kiedy znów podniosła wzrok, nie było wątpliwości co do jej aprobaty.
- Tak, Jurusiu, jakkolwiek mało kobieco to nie brzmiałoby – powiedziała. – Przyszło. Naprawdę uważam, że byłoby to dla nas coś wspaniałego. Ale najpierw trzeba będzie wiele przemyśleć i przegadać. Na razie nic więcej nie mówmy. Odbądźmy tę rozmowę jak najszybciej, najlepiej jutro.
Otwarła swój terminarz. Kiedy została radną kupiła nowy, wielkości bibuły.
- Dio, co za dzień! – wykrzyknęła. – O wpół do jedenastej posiedzenie rady, a o dwunastej mam być na stoku przy normańskiej wieży by zdecydować o sposobie posadzenia drzewek migdałowych. Raczej nie w rzędach, ale rozproszone: mała kępka tu, pojedyncze drzewko tam…. Potem Diva przychodzi na lunch. Słyszałeś? Popiół z przejeżdżającego samochodu wpadł do oka jej kucharki gdy wychylała się przez okno. A znów po lunchu drużyna piłki nożna gra swój pierwszy mecz i obiecałam, że kopnę dla nich pierwszą piłkę.
- Moja droga, ależ ty jesteś odważna! – zawołał Juruś. – Potrafisz?
- To całkiem łatwe, choć też dość trudne. Przysłali mi piłkę i ćwiczyłam w giardino segreto. Gdzie to byliśmy? Przyjdź na podwieczorek, Jurusiu… a nie, burmistrz ma przynieść plany nowych domów kwaterunkowych. W takim razie kolacja, będziemy mieli czas, żeby to wszystko przemyśleć. Idziesz już? Buona notte, caro: tranquilli… mój ty świecie, jak jest po włosku „sen”? Coraz bardziej rdzewieję.
Lucia nie odprowadziła go do drzwi, bo musiała przejrzeć materiały na spotkanie o wpół do jedenastej. Ale kiedy tylko usłyszała, że drzwi wejściowe zamknęły się za nim, przypomniała sobie, jak jest po włosku „sen” i pospiesznie otworzyła okno wychodzące na ulicę.
- Sonni - zawołała. - Sonni tranquill.
Juruś zrozumiał i odpowiedział po włosku.
- I stessi a voi,znaczy, te– odkrzyknął z przebłyskiem geniuszu. (*czyli zamienił formę oficjalną na poufałą, ha!)


c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 13 Lis, 2025 17:03   

O rany :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: cudne były wzajemne podjazdy podczas pomagania tym nieszczęsnym istotom ludzkim, ale nie spodziewałam się takiego finału - w każdym razie nie tak szybko :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: ależ będzie się działo :excited: :excited: :excited: :excited:
I te cztery funty w tydzień, Lucia naprawdę musi dawać dobre jedzenie :twisted: :twisted: :twisted: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 14 Lis, 2025 10:12   

O tak! A Elżbieta korzysta choć narzeka (te uwagi o dorszu, phi! :wink: ). Benjy też skorzystał po tym, czym karniła go "dziewuszka" w domku na plaży :banan:

Tak, tak, nasz piąty tom będzie się kończył wielkim bum! - a potem mamy ostatni. I na pociechę po tym, że jest ostatni powiem, że jest o wiele bardziej ucieszny niż obecny i będzie się sporo działo w Tilling i nie tylko w Tilling...
:taniec:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 14 Lis, 2025 12:47   

Nooo, Elżbieta nie może być z niczego zadowolona po detronizacji :rotfl: :rotfl: :rotfl:

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: już się nie mogę doczekać, a swoją drogą nawet nie wyobrażam sobie uroczystości ślubnej i wszystkiego z tym związanego...
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 15 Lis, 2025 09:34   

Jak dojrzała para planuje ślub :excited:

Półślubna para miała cały następny dzień, aby pozwolić sobie na przemyślenie setek ustaleń i zmian, których spełnienie będzie wymagało spełnienia ich romansu. Juruś raz za razem ciskał swoją serwetką, zniechęcony jej wielkością i zawiłością. W kwestii stosunków małżeńskich zamierzał być bardzo stanowczy: musi to być sine qua non ich związku, pierwsza klauzula ich umowy małżeńskiej, powinny być one całkowicie zabronione i nie było sensu tracić czasu nad ich rozważaniem. Ale co zrobić z jego domem, bo pewnie on miałby przenieść się do Mallards? A jeśli tak, to co zrobić z jego meblami, fortepianem, bibelotami? Nie mógł znieść myśli o pozbyciu się ich, a Mallards już pełne było rzeczy Luci. A co z Foljambe? Była jeszcze bardziej niezbywalna niż jego porcelana z Worcester i choć Juruś czuł, że życie może być mniej niemal takie samo z Lucią, to nie będzie takie samo bez Foljambe. Następnie musi zastrzec sobie spory margines niezależności odnośnie czasu, jakiego będzie oczekiwała od niego przyszła żona. Poranki musi mieć dla siebie na wyłączność, a także czas między herbatą a kolacją, który spędzał z nią aż do pory pójścia spać, oddzielał je od siebie. Ponadto dwa samochody to więcej niż dwoje ludzi może chcieć, ale nie wyobrażał sobie siebie bez swojego armauda. A co, jeśli Lucia, oszołomiona ostatnimi sukcesami na giełdzie, zacznie ryzykować i straci pieniądze? Wody, na które zamierzali razem wypłynąć wydawały się być najeżone rafami; na kolację następnego wieczoru poszedł ze ściągniętą i pełną niepokoju twarzą. Był raczej zadowolony, widząc, że Lucia wyglądała na wręcz wyczerpaną, bo to wskazywało, że zdawała sobie sprawę z przerażających zagadek, które trzeba rozwiązać, zanim zostanie podjęty jakikolwiek nieodwracalny krok. Prawdopodobnie miała jeszcze kilka własnych.
Usiedli na krzesłach, na których czuli się ze sobą tak swobodnie jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu, a Lucia z wyrazem determinacji podniosła z biurka kartkę z nabazgranym memorandum.
- Zapisałam tu kilka punktów, które musimy omówić, Jurusiu – powiedziała.
- I ja też, w głowie – odpowiedział.
Lucia wbiła wzrok w róg sufitu, jakby była w nastroju muzycznym, ale jej ściągnięte brwi wskazywały, że nie o to chodzi.
- Pomyślałam, że o pierwszym punkcie do ciebie napiszę, bo to najważniejsze ze wszystkiego – powiedziała – ale okazało się, że nie potrafię. Jaka miałabym najlepiej to ująć? Chodzi o to Jurusiu, że … Mam nadzieję, że wygodnie ci będzie w dębowej sypialni.
- Oczywiście, że tak! – przerwał Juruś z zapałem.
-… i wszystkim, co to oznacza – dokończyła Lucia stanowczo. – Żadnych karesów; nic z tych koszmarnych muśnięć i całusów, którymi zasypywali się Elizabeth i Benjy.
- Nawet nie musisz mi o tym mówić – odpowiedział. – Wszystko tak, jak dawniej.
Wyraz niepokoju zniknął z twarzy Luci.
- Co za ulga – powiedziała. – Dobrze, jaki jest następny punkt? Byłam przez cały dzień w takim wirze i tak szybko je zapisywałam, że sama siebie nie mogę odczytać. Wygląda jak „Frajbijous.”
- Może chodziło ci o Foljambe – powiedział Juruś. – Ja dużo o niej myślałem. Nie mogę się z nią rozstać.
- Ani ja z Grosvenor , jak bez wątpienia sam rozumiesz. Ale jaka teraz będzie pozycja każdej z nich? Obie rządziły w naszych domach przez lata. Która teraz ma być ważniejsza? I czy druga zgodzi się jej słuchać?
- Nie widzę Foljambe w tej roli – powiedział Juruś.
- Gdybym ja zobaczyła, że Grosvenor zgadza się komuś podlegać - powiedziała Lucia – to własnym oczom nie uwierzyłabym.
- A może jakiś rodzaj równości? – zasugerował Juruś. – Coś jak król William III i królowa Maria?
- Och, Jurusiu, to może być jakieś rozwiązanie – powiedziała Lucia. – Przeanalizujmy to. Foljambe będzie tutaj tylko w ciągu dnia, tak jak teraz jest u ciebie i będzie twoją pokojówką i będzie dbała o twoje pokoje, bo musisz mieć własny salon, nalegam. Ty będziesz jej prowincją, Jurusiu, nad którą będzie panowała. Ja będę prowincją Grosvenor. Nie sądzę, żeby któraś z nich chciała nas opuścić, a są przyjaciółkami. Jeśli dogadamy się co do reszty, to jutro im to przedstawimy.
- A jeśli się nie zgodzą? Będzie okropnie – powiedział Juruś. – Co my wtedy zrobimy?
- Nie zakładajmy najgorszego – powiedziała Lucia. – Co dalej… Mój następny punkt to Mallards Cottage. Oczywiście mieszkać będziemy tutaj.
- Okropnie się tym martwię – powiedziała Juruś. – Zgadzam się, mieszkać będziemy tutaj, ale nie mogę wynająć domku ze wszystkimi moimi rzeczami. Nie chcę, żeby obcy ludzie spali w moim łóżku i w ogóle. Ale jeśli wynajmę go bez mebli, to co ja z nimi pocznę? Mój fortepian, moje obrazy i hafty, moja sofa, mój ulubiony fotel, moje łóżko i bibeloty? Mam w salonie sześć stolików, wiem, bo je policzyłem. Tutaj nie ma dla nich miejsca, a rzeczy oddane do przechowalni niszczeją. Poza tym bez wielu z nich nie umiem po prostu funkcjonować. Serce mi pęka.
Zapadła przygnębiająca cisza, bo Lucia wiedziała, ile dla Jurusia znaczą jego domowe dobra. Nagle zerwała się klaszcząc w dłonie i mówiąc tak dziwaczną mieszaniną dziecięcego i włoskiego, że nawet najbardziej zżyta z nią osoba niewiele z tego rozumiała.
- Georgino! – krzyknęła. - "Ale jestem mądrusia. Lucia mamolto bellaidea. Lucia wie, jak Juruś kocha swojebibelotine.Myśl minutecke, oćka zamknij i myśl! Dobzie, dobzie, Lucia jus się nie psekomaza. Georgino będzie miał ślicne gniazdo tutaj, większe niż ma w Domecku. I śliczny salonewiększy niżsalonetam. Teraz rozumiesz?
- Nic a nic – powiedział stanowczo Juruś.
Lucia porzuciła gaworzenie i włoski.
- Umeblowanie z twojej sypialni tutaj i salonu tutaj poślemy do Mallards Cottage, a ty umeblujesz je swoimi własnymi rzeczami. Tu jest więcej niż dość miejsca dla zasłon i obrazków i stolików, które tak kochasz. Nie miałbyś nic przeciwko wynajęciu domku, gdyby nie było tam twoich ulubionych rzeczy?
- Naprawdę mądra jesteś – powiedział Juruś.
Przygnębiającą ciszę zastąpiła pauza pełna uznania, a Lucia znów wróciła do notatek.
- Mój następny punkt to „samotność.” Co ja…. Ach, już wiem. To brzmi trochę, jakbym z góry planowała że kiedy się pobierzemy, powinniśmy spędzać ze sobą jak najmniej czasu, ale nie o to mi idzie. Tylko, biorąc pod uwagę natłok spraw, które wiążą się z moim stanowiskiem w Tilling (a będzie gorzej niż lepiej) po prostu muszę mieć sporo czasu dla siebie. Naturalnie będziemy się dobrze bawić: te osobliwe przyjęcia brydżowe i tak dalej, bo towarzystwo Tilling będzie na nas polegać bardziej niż zwykle. Ale na co dzień, kiedy będziemy we dwoje, Jurusiu, muszę mieć poranki dla siebie i przynajmniej parę godzin przed kolacją. Pora zamknięcia. Oczywiście, nic na siłę i na szybko; całkiem możliwe, że wtedy właśnie będziemy sobie muzykować. Ale nie bierz mnie za nietowarzyską, skoro chcę mieć te godziny dla siebie. Moje obowiązki miejskie, moje rady i komitety już zabierają mnóstwo czasu, a do tego dochodzą wszystkie moje prywatne studia. Codzienny okres samotności jest mi niezbędny. Czyż to nie Goethe powiedział, że dojrzewamy w samotności?
- Jeśli powiedział, to ja się z nim zgadzam – rzekł Juruś. – Gdybyś sama nie poruszyła tego tematu, ja go miałem na liście.
Większość raf, o które mógł rozbić się ich małżeński plan została ominięta, pozostała jedynie sprawa Foljambe – Grosvenor. Była ona najgroźniejsza z wszystkich, bo gdyby te dwie podpory dwóch domów nie zgodziły się wspierać nowego z równą czcią i stałością, cała sprawa mogłaby legnąć w gruzach. Ale na razie można było jedynie starannie zaplanować i taktownie przedstawić sprawę Williamowi i Mary. Trzeba to było uczynić jednocześnie w obu domach, a Lucia uznała, że nie byłoby źle gdyby zasugerowała (choć nie stwierdziła z całą pewnością) Grosvenor, że Foljambe popiera projekt, a jednocześnie chwili Juruś zasugerował to samo Foljambe odnośnie Grosvenor. Im szybciej się to zrobi, tym mniej napięcia i godzina zero została wyznaczona na dziesiątą następnego ranka. Dziś było już późno i Juruś poszedł spać. Przez głowę przebiegła mu nagła idea, żeby Lucię pocałować raz, w czoło, ale po tym, co zostało powiedziane o karesach obawiał się, że mogłaby ten gest uznać za drobną formę gwałtu.
Następnego ranka kwadrans po dziesiątej Juruś właśnie zmierzał do telefonu lekkim krokiem i z rozpromienioną twarzą, gdy zadzwoniła Lucia. Radość w jej głosie upewniła go, że wszystko jest dobrze, jeszcze zanim powiedziała: "La domestica e molto contenta."
- Moja też – powiedział Juruś.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 15 Lis, 2025 10:58   

O Boże , jak cudnie :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: jak to miło czytać, jak dwoje dorosłych ludzi podchodzi dojrzale do decyzji i jak wspaniale potrafią się dogadać, jasno i bez owijania w bawełnę , żebyż każda przedślubna para tak potrafiła :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Ale i tak oczekuję mnóstwa nieoczekiwanych zdarzeń :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: mam nadzieje tylko, ze Grosvenor i Foljambe rzeczywiście potrafią się dogadać :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 16 Lis, 2025 16:26   

Prawda! Dobrze, że wszystko sobie ustalili i potrafili wyartykułować, bo przecież i tak pojawi się masa meandrów na ich nowej, wspólnej drodze życia :serduszkate:


Wszelkie przeszkody do zawarcia związku zostały usunięte – chyba, że Elizabeth zdołałaby wymyślić jakąś przeszkodę do ogłoszenia zapowiedzi – i nie było powodu, by wstrzymywać ich ogłoszenie. Jeśli powiedziało się Divie, żadne dalsze powiadomienia nie były konieczne. Tak więc Lucia napisała do niej liścik na ten temat i wpół do dwunastej całe Tilling już wiedziało. Elizabeth, usłyszawszy nowinę od Divy, powiedziała: „Moja droga, jak możesz rozpowszechniać takie głupie historie?” Diva zaprezentowała jej więc list Luci, a Elizabeth bez śladu wstydu powiedziała: „Teraz już mogę mówić. Wiedziałam już tydzień temu. Powiem tylko: najwyższy czas.” Diva z taką zaciekłością naciskała, by wyjaśniła dokładnie, co ma na myśli, że Paddy obnażył zęby, przekonany dzięki nieomylnemu psiemu instynktowi, że Elizabeth jest wrogiem. Wyjaśniła więc, że miała na myśli jedynie to, że są sobie oddani od tak dawna i że żadne z nich nie młodnieje. Irene usłyszawszy nowinę wybuchnęła płaczem, ale we wszystkich innych kręgach wiadomość została przyjęta z wielką serdecznością, tym bardziej, że Lucia podszepnęła Divie, że żadne z nich nie oczekuje żadnych ślubnych prezentów.
Myśli zakochanych zajęły teraz data i sposób zawarcia ślubu. Juruś osobiście wolałby, żeby celebracja odbyła się z jak największą pompą. Bardzo mu się podobała wizja samego siebie w fraku i białych getrach, czekającego przy północnych drzwiach kościoła na przybycie panny młodej. Świadom był, że przez resztę swych dni będzie żył w cieniu pierwszej z mieszkanek Tilling i jego natura domagała się jednej godziny chwały, w której to rola dominująca będzie należeć do niego, a ona będzie przysięgać mu miłość, szacunek i posłuszeństwo, a tej krótkiej apoteozie powinny towarzyszyć najbardziej odświętne okoliczności. Lucia przedstawił tę kwestię nieco inaczej.
- Kochanie – powiedział (bo postanowili, że pozwolą sobie na tę pieszczotę werbalną) – Uważam, nie – jestem pewien – że Tilling będzie strasznie rozczarowane, jeśli nie zgodzimy się, by była to wielka uroczystość. Pamiętaj, kim jesteś i jaką masz pozycję w Tilling.
Luci nie groziło niebezpieczeństwo, że o tym zapomni, ale w głowie miała już inny pomysł. Westchnęła, jakby właśnie zagrała ostatnie akordy pierwszej części Sonaty Księżycowej.
- Jurusiu – powiedziała. – Dopiero co, wczoraj, przeczytałam relację ze ślubu Charlotte Bronte. Ósma rano, tylko dwoje najbliższych przyjaciół w charakterze świadków. Nikt z mieszkańców Haworth nie miał pojęcia, że ona tego dnia wychodzi za mąż. W jakiś sposób to było tak strasznie chic, gdy wspomni się jej ogólnoświatową sławę. Nie porównuję się do Charlotte – nie myśl tak – ale mam odrobinę jej wykwintnej delikatności w unikaniu rozgłosu. Moje życie publiczne, kochanie, musi należeć i należy do Tilling, ale moje życie prywatne – nie.
- Nie mogę się z tym zgodzić – powiedział Juruś. – To nie to samo, bo już całe Tilling wie, że wychodzisz za mąż i nie byłoby to wobec nich fair. Chciałbym nawet, żebyś znów zaprosiła biskupa, w kapie i mitrze…
Lucia przypomniała sobie ten dzień jej największego tryumfu.
- Och, Jurusiu, ciekawe, czy dałby się zaprosić – powiedziała. – Ależ to był radosny dzień dla Tilling!
- Spróbuj chociaż. I pomyśl o twoich organach. Na twoim ślubie powinny wybrzmieć pełną radością. Marsz weselny Mendelssona: tuby.
- Nie, kochanie, nie to – rzekła Lucia. To takie rozwiązłe, nie uważasz?
- To może Chopin – powiedział Juruś.
- Nie, to jest marsz pogrzebowy – powiedziała Lucia. – Bardzo nieodpowiedni.
- No to jakiś inny marsz – powiedział Juruś. – Burmistrz i Rada na pewno chętnie przyjdą. W końcu jesteś jedną z nich.
Przykład Charlotte Bronte zaczął blednąć w głowie Luci, ustępując miejsca większemu blaskowi.
- I Hastings Chronicle - powiedział Juruś wykorzystując swoją przewagę. – To byłby duży wycinek do twojej księgi. Co najmniej felieton.
- Ale nie będzie ślubnych prezentów – powiedziała. – Zwykle takie zdjęcia robi się w otoczeniu prezentów.
- Kolejny punkt dla ciebie – wymyślił Juruś. – Powiesz twojemu panu Meritonowi, że z powodu szerzącego się ubóstwa i bezrobocia ubłagałaś przyjaciół aby nie wydawali pieniędzy na prezenty. I tak pewnie byłyby to jakieś drobiazgi: komplet kart do pasjansa od Elizabeth i bibułka do atramentu od Benjy’ego. Lepiej już nic nie dostawać.
Lucia rozważyła te potężne argumenty.
- Przyznaję, że zachwiałeś moim postanowieniem – powiedziała. – Jeśli naprawdę uważasz, że to mój obowiązek jako…
- Jako radnej i kogoś w rodzaju matki chrzestnej dla Tilling – odpowiedział. – Klub futbolowy, klub krykietowy. Wszyscy. Uważam, że powinnaś poświęcić osobiste uczucia, a ja to w pełni rozumiem.
To zakończyło sprawę.
- W takim razie lepiej od razu napiszę do biskupa – powiedziała – i podam mu kilka dat do wyboru. Biskup z pewnością jest równie zajęty jak ja.
- Nie tak bardzo – rzekł Juruś – ale też mocno.
Lucia kilkakrotnie okrążyła pokój ogrodowy. Machała przy tym rękami jak Brunhilda budząca się na szczycie góry.
- Jurusiu, zaczynam to wszystko widzieć – powiedziała. – Procesja stąd byłaby raczej nie na miejscu. Ale po uroczystości oczywiście przyjęcie w pokoju ogrodowym i zimny bufet w jadalni. Jak myślisz? Ale co do jednego muszę być stanowcza. Po wszystkim musimy się wymknąć. Żadnych konfetti i butów. Postawimy przed drzwiami twój samochód, żeby wszyscy myśleli, że nim pojedziemy, a mój w tym małym wjeździe na Porpoise Street, w środku bagaże.
Usiadła i wyjęła kartkę papieru listowego.
- I musimy obstalować moją suknię – powiedziała. – Jeśli urządzamy ten wielki show aby nie rozczarować Tilling, powinna dorastać do tej okazji. Fioletowy brokat, albo coś podobnego. Uszyję ją oczywiście tutaj, u tej małej zdolnej modystki na High Street. Jej też się przyda reklama… „Drogi lordzie biskupie,” tak będzie dobrze, prawda?
Biskup wybrał najbliższą z proponowanych dat, a burmistrz i rada wyrazili gotowość uczestniczenia w uroczystości i przyjęli zaproszenie na przyjęcie w Mallards. Kolejnym powodem ekscytacji dla Tilling na dwa dni przed ślubem był widok ośmiu mężczyzn, których Lucia nazywała „jej bezrobotnymi” kręcących się w przeciwnych kierunkach pomiędzy Mallards a Mallard Cottage jak pracowite mrówki, z zachowaniem zasad ruchu drogowego. Nosili najróżniejsze ciężary: rozłożone na części łóżko wywędrowało z Mallards, mijając się po drodze drugie łóżko, z Domku: podobnie wymieniono biblioteczki i szafy: mrówka objuczona wesołymi akwarelami ruszyła w stronę Mallards mijając się z drugą, która niosła ryciny przedstawiające Mozarta improwizującego na szpinecie w wieku czterech lat i Beethovena grającego własne kompozycje przed najwyraźniej zmieszaną publicznością. Z Domku wyruszył fortepian, najpierw zatrzymując się w drzwiach, a tym samym blokując drogę innym mrówkom obładowanym naczyniami z ceramiki, dzbanami na wodę, miskami i innymi pospolitszymi przedmiotami, które musiały stać ze swoimi intymnymi ciężarami na ulicy, wyglądając na nieco zawstydzone, dopóki nie zwolniła się droga. Zasłony, dywany, żelazka, stoły i krzesła były zamieniane, a Tilling łamało sobie głowę, próbując domyślić się, co to wszystko znaczy.
Jakby było mało zagadek, nikt nie mógł domyślić się, gdzie szczęśliwa para ma zamiar spędzić swój miesiąc miodowy. Mieli wrócić za tydzień, bo Lucia nie mogła na dłużej zaniedbywać obowiązków miejskich, ale poszła na pewne ustępstwa na rzecz rozgłosu i to utrzymano w głębokiej tajemnicy, gdyż tajemniczość dodawała wydarzeniu rangi. Elizabeth czyniła desperackie wysiłki by się dowiedzieć: zadawała Luci mnóstwo przypadkowych pytań licząc, że zainteresowana sama się wygada. Bo czyż w Paryżu nie działo się dużo w teatrze? Czy klimat Kornwalii nie jest przyjemny w połowie listopada? Czy Lucia kiedykolwiek widziała corridę? Wszystko na próżno: w końcu zrezygnowana wyraziła swoje zdanie, że nigdzie nie pojadą, zamkną się w Mallards jakby mieli odrę.
Wszystko skończyło się w przeddzień ślubu, a Juruś spał po raz ostatni w Domku, otoczony meblami ze swojej nowej sypialni w Mallards a ubrany w surdut i płowe spodnie zjadł wczesny lunch nie mając krzty apetytu, w nieznanym sobie salonie. Od czasu do czasu nerwowo szczotkował kapelusz i pocił się lekko gdy zaczęły bić kościelne dzwony, tęskniąc nagle za wygodną anonimowością urzędu stanu cywilnego i marząc wręcz, że nigdy się nie narodził, lub przynajmniej nie żenił się tak szybko. Z trudem dowlókł się do kościoła.
Ceremonia była wspaniała, z muzyką, radą miejską i mnóstwem zadziwiających dźwięków na tubach. Potem nastąpiło przyjęcie w pokoju ogrodowym i bufetem w jadalni, w trakcie której pan i pani młoda zniknęli i zjawili się znowu w strojach podróżnych; Lucia w brązach i zimowym przybraniem na kapeluszu i musztardowy Juruś. Jednakże fortel z wyjazdem w Porpoise Street via tylne drzwi nie był konieczny, bo na ulicy przed Mallards nie było ani gapiów ani konfetti. Tak więc samochód – przynęta Jurusia wycofał się, a Grosvenor przywołała samochód Luci z Porpoise Street. Było trochę trudności z ominięciem tego niewygodnego zakrętu, ponieważ na drodze stał samochód dostawczy, który musiał piłować tam i z powrotem. Grupa wcisnęła się do holu i na próg, aby ich odprowadzić, a Elizabeth była pewna, że Lucia nie powiedziała ani słowa Cadmanowi, gdy wchodziła. Cadman najwyraźniej wiedział, dokąd jadą, i gdyby tylko o tym pomyślała, mogłaby to z niego wydobyć. Teraz było już za późno: jej przekonanie, że nigdzie nie jadą, również się załamało. Próbowała przekonać Divę, że jadą tylko na przejażdżkę i wrócą na herbatę, ale Diva była bezlitośnie pogardliwa.
- Bzdury! – powiedziała. – A ich bagaże to zasłona dymna? Mylisz się jak zwykle, Elizabeth.
Lucia opuściła okno do połowy; popołudnie było naprawdę ciepłe.
- Kochanie, jak gładko wszystko poszło – powiedziała. – I jak cudownie będzie zobaczyć znów kochane Riseholme. Jak miło ze strony Olgi Bracely, że pożyczyła nam swój dom. Musimy wydać dla wszystkich kilka kolacji.
- Będą zachwyceni – powiedział Juruś. – Podoba ci się mój nowy garnitur?

Koniec rozdziału dwunastego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Pon 17 Lis, 2025 13:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Nie 16 Lis, 2025 17:39   

Tak pomyślałam, Riseholme :cheerleader2: :cheerleader2: :cheerleader2: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :excited: :excited: :excited: !!! Ojjjj chyba też sie będzie działo :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 16 Lis, 2025 18:42   

No niestety, nie teraz. Do Riseholme zajrzymy, ale w szóstym tomie :serduszkate:
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.