PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Panna Mapp
Autor Wiadomość
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 28 Kwi, 2025 13:24   

Tylko że ciągle jeszcze o tym nie wie :twisted:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 28 Kwi, 2025 15:15   

Trochę do niej dotarło po dzisiejszej rejteradzie znajomych :banan:
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 29 Kwi, 2025 11:37   

No to ciężkie czasy idą :twisted:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 30 Kwi, 2025 05:52   

Jak to u panny Mapp :twisted:
Ach, jak ona nienawidzi plotek, bidula.... I musi szukać sojuszniczki, choćby najbardziej znienawidzonej.

Dzięki nieomylnemu instynktowi wypracowanemu przez całe lata snucia domysłów, natychmiast zwęszyła najgorsze. Każda ożywiona rozmowa urywała się z jej pojawieniem się, wszystkie te uśmiechy, która na jej widok robiły się jeszcze szersze i weselsze, na pewno dotyczyły jej. Nie mogli przecież nadal rozmawiać o fatalnej eksplozji zawartości kredensu w pokoju ogrodowym, bo pojedynek kompletnie zagłuszył ostatnie echa tamtej sprawy, a ona natychmiast wyczuła, że coś się święci. Ktoś rozpuszczał plotki (jak ona ich nienawidziła….), ktoś głośno mówił o tym, czego tak starannie i z rozmysłem starała się nie powiedzieć. Aż do chwili, w której na jej oczach rozproszyła się gwałtownie grupa jej przyjaciół, promieniejąc uśmiechami, dotarło do niej że ktoś puścił farbę i że wszyscy (pod pieczęcią dyskrecji) znali wyjątkową królewskość jej pozycji, tę niezwykle interesującą rolę, jaką narzuciły jej gwałtowne męskie namiętności. Tak naprawdę w to nie wierzyła, ale opanował ją nieodparty atak kokieterii gdy pochyliła się nad słodkimi chryzantemami; jednak pełna szacunku reakcja padre na tę rewelację wywołała u niej nadzieję, że wszyscy inni też mogą w to uwierzyć. Jednak charakter uśmiechów zdobiących twarze jej przyjaciół nie zdawał się potwierdzać tej nadziei. Są uśmiechy i uśmiechy, uśmiechy pełne szacunku, uśmiechy współczucia, uśmiechy zazdrości i podziwu, ale także uśmiechy świadczące, że osoba pęka od prześmiewczego niedowierzania. Musiała uznać, że miała do czynienia z tą ostatnią odmianą.
- Coś – pomyślała panna Mapp stając samotnie na High Street, z panią Poppit wspinającą się mozolnie pod górę i Divą widoczną jako szkarłatna plamka na horyzoncie – trzeba z tym zrobić.
Pozostawało tylko wymyślić co. Wściekłość na drogiego padre, że bąknął słówko o tym dokładnie, co miała na myśli, zamierzyła i zaplanowała żeby bąknął była chyba najsilniejszą emocją buzującą w jej umyśle; furia na wszystkich innych, że nie uwierzyli w to, w co sama nie wierzyła, stworzyły istny węzeł.
- Co ja mam zrobić? - powiedziała panna Mapp na głos i musiała wyjaśnić panu Hopkinsowi, który dziś był w pełni ubrany, że nie mówiła do niego.
Potem znów uchwyciła kątem oka sylwetkę pani Poppit która niewiele posunęła się w drodze pod górę od chwili, gdy pannę Mapp poraził piorun intuicji i wciąż usiłując otrząsnąć się z szoku przypomniała sobie, że prawie na pewno pani Poppit wpłynęła na pana Wyse aby przysłał jej ten niezwykle wyrafinowany liścik z zaproszeniem na czwartek. Bez wątpienia zatrzymanie fontanny plotek w Tilling było pracą herkulesową, ale nim coś się skończy, trzeba zacząć. Seria krótkich, zwinnych kroków doprowadziła ją do soboli.
- Droga pani Poppit - powiedziała – jeśli idzie pani w stronę mojego domku, poświęci mi pani dwie minuty? I – ależ głupio z mojej strony, że zapomniałam wspomnieć wcześniej – odwiedzi mnie pani w środę wieczorem na małego robra? Tak szybko kończy się światło dzienne; aż chce się wykorzystać go jak najwięcej i sądzę, że to już czas aby zainaugurować nasze małe, zimowe wieczorki.
Była to łapówka i pani Poppit natychmiast wsunęła ją do kieszeni, skutkiem czego dwie minuty później była już w pokoju ogrodowym, kładąc swe sobole na sofie (a pokój zatrząsnął się pod ich ciężarem – pomyślała panna Mapp układając w głowie plan.)
Przez chwilę stała patrząc przez okno, chora z upokorzenia, że musi płaszczyć się przed M.B.E. Usiłowała przypomnieć sobie, jak brzmi imię pani Poppit i była nawet gotowa go użyć, ale ta koronująca hańbę sprawa została jej oszczędzona, bo nie mogła go sobie przypomnieć.
- Stało się coś strasznie irytującego – powiedziała, choć słowa zdawały się szczypać ją w wargi. – A pani, pani Poppit, kobieta światowa, może poradzić mi co zrobić. Fakty są takie, że jakimś cudem, nie wiem naprawdę skąd się to wzięło – ludzie mówią, że pojedynek z zeszłego tygodnia, który szczęśliwie został odwołany, miał coś wspólnego z biedną, małą mną. Co za absurd! Ale wie pani, jak w naszym małym, drogim Tilling kwitną plotki!
Pani Poppit odwróciła do niej z zawiedzioną i rozczarowaną twarz.
- A nie miał? – spytała. – Przecież wszyscy przed chwilą się z tego śmiali („A więc miałam rację” pomyślała panna Mapp. „Co to za nietaktowna kobieta!”) – powiedziałam, że w to wierzę i powiedziałam to też panu Wyse.
Panna Mapp przeklęła się w duchu za nadmierną szczerość. Ale mogła to jeszcze wymazać i nie stracić rzadkiej (tylko Opatrzność wie jak rzadkiej) sojuszniczki.
- Jestem w bardzo trudnej sytuacji – powiedziała. – Wydaje mi się, że powinnam dać do zrozumienia, że w nie ma w tym żadnej prawdy, niezależnie od tego, ile prawdy w tym jest. Czy drogi pan Wyse uwierzył… no tak, musiał uwierzyć, bo przysłał mi ach, jak taktowny, pełen zrozumienia liścik. Om zresztą nie interesuje się szczególnie tym, o czym się mówi lub co sugeruje.
Panna Mapp uświadomiła sobie w jednej chwili, że myślała coś zupełnie przeciwnego. Drogi pan Wyse bardzo się zainteresował, z najwyższym szacunkiem, wszystkim o czym mu się mówiło i sugerowało, całe szczęście! Jednak rzut oka na tłustą, pełną zainteresowania twarz pani Poppit pokazał jej, że ta słowna rozbieżność nie została dostrzeżona, a soczysty posmak romansu zagłuszył czujność na wszystko poza nim. Wyjęła chusteczkę i ukryła w niej na chwilę zamyślone oczy, pocierając je ukradkiem, czego nie zauważyła pani Poppit, a Diva zauważyłaby od razu.
- Moje usta są zamknięte – ciągnęła, otwierając oczy szeroko – i nie powiem nic, prócz tego, że chcę, aby nie dawano wiary tym pogłoskom. Śmiem twierdzić, że ci, którzy je zapoczątkowali, myśleli, że są prawdziwe, ale czy są czy nie, tego nie mogę powiedzieć. Zawsze wiodłam spokojne, ciche życie w moim małym domku, z moimi słodkimi kwiatami jako towarzyszami i jeśli jest coś, czego zdecydowanie sobie nie życzę, to aby moje prywatne sprawy stały się tematem publicznego zainteresowania. Nikogo nie krzywdzę, wszystkim dobrze życzę i nic, ale to nic nie skłoni mnie do mówienia na ten temat. Nie powiem – zawołała – ani słowa by się bronić czy usprawiedliwiać. Prawda zwycięży. Tak mówi Biblia.
Pani Poppit była zbyt zainteresowana tym, co ona powiedziała żeby zwracać uwagę, skąd pochodzi cytat.
- Co mogę dla pani zrobić? – spytała.
- Zaprzeczyć, kochana, plotkom, że miałam cokolwiek wspólnego z tą okropną rzeczą, która mogła była się wydarzyć w zeszłym tygodniu. Powiedzieć z całym autorytetem, że tak jest. Drżę na samą myśl – tu rzeczywiście zadrżała od stóp do głów – co mogłoby się stać, gdyby te wieści dosięgły uszu majora Benjy’ego a on dowiedział się, kto rozpuścił plotki. Żadnych więcej pojedynków w Tilling. Myślałam, że tamten ranek nigdy się nie skończy.
- Pójdę i na natychmiast powiem panu Wyse – powiedziała pani Poppit.
To nie było wskazane. Prawdziwych sojuszników było tak niewielu, że niegodziwością byłoby zachwiać ich wiarą.
- Biedny pan Wyse! – powiedziała panna Mapp z wielkodusznym uśmiechem. – Nie kłopocz się kochana zawracaniem mu głowy tymi naszymi małymi sprawami. On nie bierze udziału w takich ploteczkach. Ale gdybyś dała do zrozumienia drogiej Divie i dziwacznej Irene i słodkiej Evie i dobremu padre, że śmieję się z tych wszystkich głupstw…
- Oni też się z tego śmiali – poprawiła pani Poppit.
To zirytowałoby każdego, kto pozwoliłby sobie na irytację, ale nie pannę Mapp.
- Och, ten gorzki śmiech – powiedziała. – Zabolało mnie, gdy go usłyszałam. To był śmiech zazdrości, kochana, szyderczy, gorzki śmiech. Słyszałam! Nie potrafię znieść myśli, że takie uczucia przepełniają drogich sąsiadów. Powiedz im, że są głupi jeśli w coś takiego uwierzyli. Wiesz mi, mam rację. Umywam ręce od takich bzdur.
Pokazała gestem, że myje ręce, a po osuszeniu ich imaginacyjnym ręcznikiem pozwoliła, aby słoneczny uśmiech wypłynął z potartych oczu.
- Już po wszystkim! – powiedziała – a my urządzimy kochane małe przyjątko w środę żeby pokazać, że znów jesteśmy przyjaciółmi. A następnego dnia spotkamy się na lunchu u drogiego pana Wyse? Mógłby mieć dość widoku mnie biednej przez dwa dni z rzędu, więc go nie zaproszę. Postaram się uzbierać dwa stoły i nikt nie zaprzeczy drogiej Divie, choćby twierdziła, że wygrała nie wiadomo ile szylingów. Wolę wypłacić jej z własnej kieszeni niż mieć udział w jakichś nieszczęsnych podziałach. Porozmawia pani z nimi przed środą, prawda, kochana?

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 30 Kwi, 2025 08:31   

O matko, jaka Canossa , biedna Elisabeth :rotfl: :rotfl: :rotfl: teraz na pewno padre zostanie oskarżony o zbyt bujną wyobraźnię i niewyparzony plotkarski jęzor :-P
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 30 Kwi, 2025 18:38   

A najlepiej, że obaj panowie też mogą się dowiedzieć, o kogo to podobno się o mało nie pozabijali :rotfl:
Tamaro, nadciąga jesień, jak widać było już po szalach, tweedach, swetrach i tadam, tadam! - sobolach Susan Poppit.
Nadchodzi powoli czas zimorodkowej sukienki :excited:

Ponieważ trzeba było porozmawiać tylko z czterema osobami, pani Poppit uznała, że da sobie radę i spędziła bardzo interesujące popołudnie. Pracowała od dwóch lat by ocieplić stosunki z panną Mapp, która tak czy inaczej zajmowała środek kręgu towarzyskiego w Tilling i nawet jeśli próbowano ją stamtąd wypchnąć, zawsze wracała. A oto teraz przy tych niezwykle ważnych obowiązkach została główną ambasadorką panny Mapp i wszystkie te okropne sprawy z otwarciem kredensu i jej odznaczeniem orderem M.B.E zostały zapomniane i wybaczone. Czekało ją tyle chodzenia od domu do domu, że noszenie płaszcza z soboli było niemożliwe, no chyba, że weźmie Royce’a…
Efekt jej działań zaskoczyłby każdego, kto nie znał Tilling. W mniej subtelnej społeczności, gdyby cieszące się autorytetem źródło potwierdziło z pierwszej ręki, że pewne wieści mijają się z prawdą, szczyciłoby się swą przenikliwością i twierdziło, że kiedy tylko o tym słyszało, wyśmiało sam pomysł, jako absolutnie (popatrzcie tylko na pannę Mapp) niedorzeczny. Ale nie Tilling. Już sam fakt, że – ustami ambasadorki – tak bezkompromisowo zaprzeczyła pogłoskom sprawił, że właśnie dlatego Tilling zaczęło się zastanawiać, czy czegoś jednak w tym nie było i od zastanawiania się, czy czegoś w tym nie ma, doszło do wniosku, że na pewno jest. Na przykład Diva, kiedy tylko dowiedziała się, że Elizabeth (bo pani Poppit doskonale pamiętała jej imię) całkowicie i pogardliwie zaprzeczyła pogłoskom, natychmiast popadła w głębokie zamyślenie.
- Mówi, że nic tam nie było? – powiedziała. – Nie rozumiem.
W tej chwili zadzwonił telefon i Diva pospieszyła żeby go odebrać.
- Przyjęcie u Elizabeth w środę – powiedziała. – Widziała jak się śmieję. Czemu mnie zaprasza?
Panią Poppit przepełniała jej święta misja.
- Żeby pokazać że nie zabolał ją twój śmiech – zasugerowała.
- Czyli tak, jakby to nie była prawda. Na to wygląda. Chce, żebyśmy myśleli, że to nieprawda.
- Mówiła bardzo szczerze – powiedziała ambasadorka.
Diva wstała i potknęła się o obszerną połę futra pani Poppit kiedy szła by zadzwonić.
- Przepraszam – powiedziała. - Zdejmij to i pogadajmy. Zaraz będzie herbata. Babeczki!
- O nie, dziękuję – rzekła pani Poppit. – Czeka mnie jeszcze kilka wizyt.
- Co? Podobnych wizyt? – spytała Diva. – Wstrzymaj się dziesięć minut. Herbata, Janet, szybko.
Zakręciła się po pokoju raz czy dwa razy, z brwiami uniesionymi ze zdumienia, zaczynając zdania w telegraficznym stylu i nie kończąc ich:
- Mówi, że to nieprawda… śmieje się na wzmiankę o… A pan Wyse wierzy… Padre uwierzył. I w końcu major… kogucik, kapitan Puffin jak wróbel – a może odwrotnie, jak myślisz?... No wiesz, inaczej wytłumaczyć się nie da… Mogła polać się krew…
Wgryzła się w babeczkę.
- Uważam, że coś w tym jest – podsumowała.
Zauważyła, że gość nie tknął ani herbaty ani babeczki.
- Częstuj się – powiedziała. – Trzeba to jakoś przetrawić.
- Elizabeth stanowczo temu zaprzecza – powiedziała pani Poppit. – Jej oczy były pełne…
- Och, proszę cię – odparła Diva. – Potarła je. Albo pieprz czy co tam było na lunch. To żaden dowód.
- Ale jej solenne zapewnienie… - zaczęła pani Poppit myśląc już, że jako ambasadorka poniosła sromotną klęskę. Nie była ani trochę przekonująca.
- Sacharyna! – powiedziała Diva podając jej malutki słoiczek. – Mam cukru tyle co dla siebie. Założę się, że Elizabeth ma mnóstwo… ale nic, nieważne. Nie rozumiesz? Gdyby to nie była prawda, próbowałaby przekonać nas, że jest. Na pierwszy rzut oka wydawało się to absurdalne, ale jeśli próbuje nas przekonać, że to nieprawda, to… co cóż, coś w tym jest.
Na tym się skończyło, a pani Poppit udawszy się następnie do domu padre, znalazła tam więcej babeczek i niedowierzania. Wydawało się, że nikt nie daje wiary zapewnieniom Elizabeth, że „nic w tym nie było.” Evie biegała po pokoju wśród pełnych ekscytacji pisków, a padre kiwał głową na potwierdzenie opinii, która, gdy ją po raz pierwszy wypowiedział, spotkała się z kpiącym niedowierzaniem nad półmiskiem kraba. Dziwaczna Irene, skupiona na lewym kolanie Hopkinsa pod nieobecność modela, powiedziała: „Dobra stara Mapp, lepiej późno niż wcale.” Ambasadorka natknęła się na mur niedowierzania… a wszyscy niedowiarkowie wybierali się do Elżbiety na jej środowe przyjęcie.
Pani Poppit po ostatniej wizycie odesłała Royce’a do domu i chwiejnym krokiem wspięła się pod górę w stronę domu Elizabeth. O dziwo, kiedy przechodziła obok pokoju ogrodowego, jego okno uchyliło się.
- Filiżanka herbatki, droga Susan? – spytała Elizabeth. Znalazła stary liścik od pani Poppit z pełnym podpisem wśród papierów przeznaczonych na podpałkę.
- Tylko na dwie minutki, Elizabeth – odpowiedziała tamta skwapliwie.
Wiadomość, że nikt w Tilling jej nie wierzy dała pannie Mapp spokój, ale był to pogodny spokój. Z dużą lekkością rzuciła kilka pobłażliwych zdań o kochanych sąsiadach, którzy nie lubią być pozbawiani plotek, ale Susan z pewnością nie odniosła wrażenia, że ta żartobliwa wielkoduszność została wypracowana z wysiłkiem. Elizabeth wydawała się niczym szczególnie nie przejmować, była bardzo wesoła. Potem, zręcznie zmieniając temat, zaczęła opłakiwać przemrożone dalie.
Choć Tilling, mimo całej swej przenikliwości nie mogło tego wiedzieć, to czytelnik dzięki swej intuicji przewidział już, że środowe przyjęcie u panny Mapp miało na celu, można tak rzec, upieczenie kilku pieczeni przy jednym ogniu. Początkowo było pomyślane jako łapówka dla Susan Poppit, by pobudzić ją do rozniesienia wiadomości, że niedorzeczne plotki (ktokolwiek był ich źródłem) zostały natychmiast zaprzeczone przez osobę, której dotyczyły. Służyło to drugiemu celowi, którym było pokazanie, że panna Mapp jest zbyt wysoko ponad bagnem skandalu, choćby i interesującego, by wiedzieć lub przejmować się tym, kto może się w nim pogrążyć, dlatego zaprosiła wszystkich, którzy to robili. Taka wzniosłość duszy przyniosła jej wielkie korzyści, bo skłoniła wszystkich przedtem zasiadających w loży szyderców do jej pospiesznego opuszczenia i dołączenia do wąskiego, ale niewzruszonego grona wyznawców, które do tej pory składało się tylko z Susan i pana Wyse. Szczerze mówiąc, pannie Mapp nie przeszła przez myśl taka konkluzja: była to jedna z tych nieoczekiwanych korzyści, które jak dojrzałe śliwki spadają na kolana porządnych ludzi. Zaprzeczając plotce sprawiła, że wszyscy w nią uwierzyli i kiedy w środowy poranek wyszła żeby nabyć ciastka czekoladowe, które tak skutecznie zapychały gości, nie spotkała się już z urywanymi w pół słowa rozmowami i bardzo radosnymi uśmiechami, a raczej rzucanymi z ukosa spojrzeniami pełnej szacunku zazdrości.


c.d.n
tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 01 Maj, 2025 21:29   

No to zobaczmy, jak wyglądał debiut zimorodkowej sukni w Tilling :banan_czerwony:

Ale czego Tilling nie wiedział i nie mógł wiedzieć to to, że pierwsze z zimowych wieczornych przyjęć brydżowych miało stać się sceną prezentacji sławnej sukni koktajlowej w kolorze błękitu zimorodka, takiej, jak ta zaprojektowana dla pani Trout. Bez wątpienia inne panie również wystąpią w nowych sukniach, lub przynajmniej nieco przerobią stare na cześć dorocznej inauguracji wieczornego brydża, ale panna Mapp nie obawiała się, że zostanie przyćmiona. I jeszcze raz poczuła, że zasłużenie czeka ją nagroda, bo choć kiedy ubierała się tego wieczoru odkryła, że nie przewidziała, że sztuczne światło rzuci cokolwiek bladą (choć nie upiornie bladą) poświatę z intensywnej niebieskości na jej twarz, dając podobny, choć nie tak jaskrawy efekt, jaki mają twarze pochylających się nad płonącą brandy by łowić ustami rodzynki w grze snapdragon. Ta interesująca bladość zdawała się bardzo trafnie świadczyć o wszystkim, przez co przeszła. Nie wyglądała na chorą – bardzo ją to cieszyło – wyglądała pięknie i trochę blado.
Stoliki do brydża ustawiono nie w pokoju ogrodowym, bo wiązałoby się to z koniecznością biegania po wilgotnym żwirze w czarną, wietrzną noc, ale w małym kwadratowym saloniku nad jadalnią, gdzie Withers, w przerwach między wpuszczaniem kolejnych gości, układała talerze kanapek i ciastek czekoladowych, zasilanych kiedy następowała przerwa na pokrzepienie się ciepłą zupą, whisky i syfonem i dzbanem „kubka” przygotowanego zgodnie z rodzinną i oszczędną recepturę, nad którą panna Mapp osobiście sporo się natrudziła. Jedna butelka białego wina z dodatkiem odpowiedniej ilości imbiru, gałki muszkatołowej, ziół i wody sodowej dała galon napoju, który wydawał się płonąć od ognistych i zapewne alkoholowych ingrediencji. Goście spożywali go z wielką ostrożnością, tak pobudzający się wydawał.
Panna Mapp czytała książkę o ogrodnictwie do góry nogami (chwyciła ją dość pospiesznie) kiedy przybyły panie Poppit i zerwała się na równe nogi z pięknym okrzykiem zaskoczenia, że przerwano jej tak nieoczekiwanie, ale uroczo.
- Susan! Isabel! – powiedziała – Dziękuję, że przyszłyście. Czytałam o kwiatach, robię plany na przyszły rok.
Dwie pary oczu przywarły do jej sukni. W porównaniu z nią Susan wyglądała dość pospolicie, a Isabel w ogóle nie wyglądała,
- Moja droga, jest piękna! – powiedziała powoli pani Poppit.
Panna Mapp rozejrzała się z szeroko otwartymi oczami jakby zastanawiając się, co jest tak piękne; w końcu domyśliła się.
- Och, moja nowa sukienka? – powiedziała. – Podoba ci się, kochana? Jak to słodko z twojej strony. To taki drobiazg, który obgadałam z tą miłą panną Greele z High Street. Naradziłyśmy się i wymyśliłyśmy coś taniego i prostego. A oto i Evie i drogi padre. Jak to miło, że zajrzeliście.
Kolejne dwa spojrzenia zlustrowały sukienkę.
- Wyciągnęłam cię z końcu z domu, padre – mówiła panna Mapp. – Jak to słodko, że poświęciłeś mi wieczór. O, jest i major Benjy i kapitan Puffin! Proszę, jak miło.
To było naprawdę niesamowite posunięcie ze strony panny Mapp. Oto spotykała się twarzą w twarz, bez zakłopotania i niezręczności z tymi dwoma, którzy – gdyby nie odwołano pojedynku – byli w stanie ryzykować życiem z powodu jakiegoś sporu związanego z nią. Wszyscy inni byli wyraźnie zaskoczeni, tak głęboko pochłonął ich dramatyzm ostatnich wydarzeń. Gdyby któryś z gladiatorów usłyszał, że to bez wątpienia padre rozpuścił plotkę o ich gospodyni, pani Poppit obawiała się, że nie ochroniłaby go nawet sutanna. Ale nie wydarzyło się żadne tak opłakane nieszczęście i tylko kolejne oczy zaczęły lustrować błękit zimorodka.
- Słowo daję – rzekł major – nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego jak ta suknia, panno Elizabeth. Prosto z Paryża, co? Paryż w każdym ściegu.
- Och, majorze Benjy – powiedziała Elizabeth. – Podśmiewa się pan ze mnie i mojej prostej, zwyczajnej sukieneczki. Aż mi trochę głupio. Miałam po prostu trochę starych materiałów… Ale jak miło że się panu podoba. Ciekawe, co z Divą. Musimy ją skrzyczeć, że się spóźnia. Ach… Nie musimy już krzyczeć. Divo kocha….
Ciepłe słowo zamarło na ustach panny Mapp, a ona stała się kredowo biała. W drzwiach, równie zdumiona i wściekła, stała Diva ubrana w dokładnie ten sam oszałamiająco piękny strój, co gospodyni. Czy Diva i panna Greele również odbyły naradę? Czy Diva także miała trochę starych materiałów…?
Panna Mapp pierwsza wzięła się w garść i oblizała suche usta.
- Jak miło, że przyszłaś, kochanie – powiedziała. – To co, zaczynamy?
Naturalnie złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że panna Mapp i Diva usiadły obok siebie jako przeciwniczki przy tym samym stole, a zdublowany efekt dwóch błękitów zimorodka okazał się wręcz oślepiający. Kompletne milczenia na każdy temat choćby daleko związany z ubiorem był oczywiście jedyną linią właściwego zachowania w tej sytuacji, lecz major Benjy nie był dyplomatą, tylko mężczyzną szarmanckim.
- Nigdyśmy nie widzieli tak obłędnych sukien, co, padre? – powiedział. – A niech mnie, prawda jakie podobne? Jak para wytwornych sióstr.
Trudno nawet powiedzieć, którą z pań ta przemowa rozjuszyła bardziej, bo Diva była o cztery lata młodsza od panny Mapp, a panna Mapp cztery cale wyższa od Divy. Przełożyła „siostrze” karty dłonią tak drżącą, że musiała zrobić to jeszcze raz, bo Diva ledwo mogła rozdać.
Kiedy następnego dnia Elizabeth zadzwoniła do drzwi pana Wyse i odkryła, że przybyła jako pierwsza, gospodarz wyznał, że zachował się bardzo egoistycznie.
- Zrobiłem sobie przyjemność, droga panno Mapp – powiedział. – Zaprosiłem trzy czarujące damy by dzieliły ze mną skromną strawę i nie zapewniłem dla nich – czyż to nie szokujące? – żadnego innego towarzystwa prócz moje. Droga pani, proszę mi wybaczyć tę zachłanność.
Ależ to było zręcznie podane! Elizabeth wiedziała doskonale dlaczego z trzech mężczyzn z Tilling dwóch nie zostało zaproszonych (jakże satysfakcjonujący był ten powód) a pan Wyse, z prawdziwą wytwornością, którą był tak hojnie obdarzony, nie tylko wziął winę na siebie, ale tak pięknie to wszystko przedstawił. Obdarzyła go swoim najszerszym uśmiechem.
- Och, panie Wyse – powiedziała – Będziemy kłócić się o pana.
Dopiero gdy panna Mapp przemówiła, uświadomiła sobie, jak subtelne były jej słowa. Wydawało się, że obejmują ją i pana Wyse. Wszyscy mężczyźni (a przynajmniej dwóch z trzech) spierali się o nią, a teraz pojawiła się miła perspektywa, że panie będą kłócić się o pana Wyse…

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 02 Maj, 2025 20:21   

Z pojedynku panów nici, ale gdyby panie mogłyby sie strzelać, to zimorodkowy błękit zamienił by się w purpurę :twisted: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 02 Maj, 2025 20:37   

Zdecydowanie :lol: Najlepsze, że po włożeniu sukni panna Mapp stwierdzila - po niewczasie - że choć sama w sobie jest piękna, to ten niebieski rzuca siny cień na twarz i wcale jej nie służy. Od razu tak myślałam - trudny kolor, nie każdemu będzie w nim dobrze :lol:
Trochę opisów strojów w dalszym ciągu, tym razem także męskich. Pan Wyse odziewa się fascynująco. I uwaga, Elizabeth planuje, co zrobi z zimorodkową toaletą!

Pan Wyse wyglądał dziś jak współczesny trubadur, nie będąc przy tym ani trochę zniewieściałym. Miał na sobie welurową marynarkę, puszysty, miękki, aksamitny fular, który wyglądał jak uszyty z makowych płatków, bardzo schludne pantalony, brązowe pończochy z plamkami jak owoce platanu najeżone uroczymi kolcami i buty z kaskadą skórzanych falbanek przykrywających sznurowadła. Mógł równie dobrze udawać się właśnie na pole golfowe na własnym trawniku, jak wyciągać rękę po gitarę. Wykonał gest wyszukanego, uprzejmego zaprzeczenia, nie sprzeciwiając się, a raczej jakby przyjmując na moment daninę i zwracając ją, na wzór króla, który przed wkroczeniem do Londynu dotyka miecza Lorda Burmistrza i mówi, aby ten go zatrzymał…
- Jak miło jest być znów w Tilling – powiedział. – Mam wielką nadzieję na miłą, pełną zajęć zimę. Wiem, że pani, panno Mapp, zawsze ma dużo zajęć.
- Dla mnie dzień nigdy nie jest zbyt długi – powiedziała Elizabeth z zapałem. – Co z moimi porannymi obowiązkami w domu, moim ogrodem, naszymi milutkimi małymi spotkankami, zawsze pora spania przychodzi za szybko. Tej zimy chciałabym też dużo czytać.
Weszły Diva (na widok której Elizabeth musiała się mocno opanować) z panią Poppit i towarzystwo było już w komplecie. Elizabeth mogłaby się założyć, że mimo, że dzień był bardzo ciepły, Susan będzie mieć na sobie futro z soboli i choć technicznie zakład przegrałaby, to wygrałaby z nawiązką moralnie, bo ledwie pan Wyse zdążył powtórzyć przemówienie o własnej zachłanności, kiedy Susan odkryła, że zostawiła chusteczkę w kieszeni futra, które powiesiła na oparciu krzesła w korytarzu. W tej chwili jednak wszedł Figgis by obwieścić że podano do stołu, a ona zatrzymała wszystkich na bardzo długie i bezowocne poszukiwania, podczas których Figgis z ewidentnym wysiłkiem podniósł sobolowe futro tak, że każdy mógł je obejrzeć w najkorzystniejszy sposób. A wtedy, pomyśleć tylko, Susan odkryła, że chusteczka przez cały czas spoczywała w jej mufce!
Wszystkie trzy panie umierały z niepokoju, co do tego, którą z nich pan Wyse posadzi po swojej prawej, którą po lewej stronie, a która zostanie usadzona ledwie między dwiema. Jego takt okazał się jednak niezrównany.
- Panno Mapp – powiedział – czy czyni mi pani zaszczyt i zasiądzie u szczytu stołu i będzie dziś dla mnie gospodynią? Musimy tylko zabrać stąd ten wazon; Figgis, mogę patrzeć na moje kwiaty gdy panny Mapp nie ma przy stole. A teraz, co tam mamy na śniadanie – a raczej lunch?
Makaron, który pan Wyse przywiózł z Neapolu naturalnie naprowadził towarzystwo na tematy włoskie, a ogólny sceptycyzm co do contessy di Faraglione został mocno zachwiany.
- Moja siostra – zaczął pan Wyse (Diva szybkim ruchem ssącym wciągnęła do ust kilka sprężyn makaronu by móc słuchać bez tego irytującego rozproszenia) – moja siostra, mam nadzieję, zjedzie do Anglii tej zimy i spędzi ze mną kilka tygodni (Sensacja).
- A hrabia? – spytała Diva przełknąwszy serpentyny.
- Obawiam się, że nie; Cecco… to znaczy Francesco – jest wielkim domatorem. Amelia natomiast bardzo chciałaby zobaczyć Tilling. Będę nalegał żeby została tu dłużej zanim pojedzie odwiedzić naszych krewnych w Whitchurch.
Elizabeth postanowiła wstrzymać się z osądem. Uwierzy w contessę Faraglione – bardziej niż inni – kiedy ją zobaczy i zdobędzie dowody jej istnienia.
- Cudownie! – powiedziała porzucając z żalem daremne próby przyszpilenia widelcem ostatnich kilku węży makaronu wijących się na talerzu. – Co za dodatek do naszego towarzystwa! Zrobimy co w naszej mocy aby ją rozpieszczać, panie Wyse. Kiedy się pan jej spodziewa?
- Z początkiem grudnia. Musicie być dla niej bardzo miłe, drogie panie. Jest zajadłą brydżystką. Już słyszała, jakich świetnych graczy tu mamy.
Pani Poppit podjęła decyzję. Dołączy do korespondencyjne klasy prowadzonej przez Little Slam w „Cosy Corner.” Little Slam, za kwotę dwóch gwinei płatnych z góry obiecywał zamienić każdego z odrobiną inteligencji w gracza pierwszej klasy. Myśl Divy poszybowała ku strojom i wspomnienie koszmarnej tragedii związanej z suknią koktajlową w kolorze błękitu zimorodka w połączeniu z sałatką z endywii sprawiła, że wykrzywiła na chwilę usta.
- Ja, jak wiecie, nie mam ręki do brydża – kontynuował pan Wyse.
- Och, panie Wyse, przecież pan pięknie gra! – zaoponowała Elizabeth.
- Pochlebia mi pani, panno Mapp. Ale Amelia i Cecco nie zgodziliby się z panią. Kiedy jestem w Villa Faraglione, nie wolno mi grać, chyba że potrzebny jest ktokolwiek do dopełnienia stołu. Ale czekam niecierpliwie na wiele świetnie rozegranych robrów.
Przepiórki i figi przybyły z Capri, a panna Mapp, łapczywie pochłaniając jedne i drugie tak była rozwścieczona informacją o ich pochodzeniu, że – choć dołączyła do powszechnego Lobgesang – miała ochotę zapytać, czy lód został przywieziony z Bieguna Południowego przez jakąś antarktyczną ekspedycję. Jej głowa, w przeciwieństwie do głowy biednej Divy, nie była wypełniona myślami, co począć w sprawie błękitnej sukni, bo już zdecydowała, jak postąpić. Naturalnie nie można było dopuścić, aby powtórzyły się spotkania takie jak wczorajsze, ale była inna suknia, szkarłatna, w kolorze toalety pani Trout z drugiego wieczoru wizyty u księcia Hampshire, która – jak informował Vogue – powaliła swym splendorem Newport na kolana. Rozmawiała już o tym z panną Greele, która powiedziała, że jeśli błękit zimorodka najpierw się wybieli, to szkarłatny powinien wyjść czysty i wspaniały… Myśl o tym oraz fakt, że usta panny Greele były profesjonalnie zamknięte, pozwoliły jej na podanie Divie ramienia gdy szły po przyjęciu razem przez ogród. Sposób, w jaki Diva i Susan podlizywały się panu Wyse podczas lunchu był wręcz szokujący, choć panny Mapp nie zdziwił, bo podejrzewała, że już z nadzieją wyczekują perspektywy zagrania w brydża z contessą. Na szczęście niczego lepszego się po nich nie spodziewała, więc takie zachowanie nie było dla niej przykrym rozczarowaniem.

c.d.n

tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 03 Maj, 2025 10:05   

Kroi się nowa sensacja towarzyska :excited:

Towarzystwo Divy przedłużyło się cokolwiek, bo namolna Susan chwiejąc się w swych sobolach przylgnęła do gospodarza i nieudolnie udawała zainteresowanie chryzantemami; cokolwiek robiły pozostałe dwie, manewrowała tak, aby zająć mocną pozycję między nimi a panem Wyse, z której, działając od wewnątrz, mogła odciąć dostęp do niego każdej napastniczce. Co gorsze i bardziej przygnębiające (i rzucające nowy cień na jego charakter) pan Wyse wydawał się raczej doceniać niż gorszyć tym zawłaszczeniem jego osoby i nie mieć o to pretensji. Zamiast dokonać wypadu zza górujących przy nim soboli, poprosił on Elizabeth i Divę, które tak kochały fuksje i wiele o nich wiedziały, by naradziły się nad marną rabatą tych kwiatów w oddalonej części ogrodu i powiedziały mu, jak najskuteczniej polepszyć ich anemiczny stan. Choć każdej z nich wydało się to miłe i stosowne, że pan Wyse tak mało uwagi poświęca tej drugiej, to obie czuły gorycz podobną do tej z sałatki z endywii, że tolerował, a wręcz delektował się towarzystwem narzuconym mu przez tupet Susan i kiedy niewidzącym wzrokiem wpatrywały się w fuksje, ogień rozgorzał, a język Elizabeth przemówił.
- Susan wyglądała dziś bardzo nieciekawie – rzekła. – Ten kolor, choć przypisałabym to bardziej temu co jadła i piła niż czemukolwiek innemu. Szkarłat. Och, te biedne fuksje! Na jego miejscu po prostu wyrzuciłabym je.
Diva poczuła, że wspólny antagonizm wciągnął ją i Elizabeth w najbardziej serdeczne porozumienie. W tej chwilę nie czuła nic poza serdeczną sympatią do Elizabeth, mimo jej sukni w kolorze błękitu zimorodka…. Nawiasem mówiąc, co na miłość boską miała zrobić ze swoją? Nie mogła dać jej Janet: nawet myśl o Janet paradujące High Street w błękitnej sukni koktajlowej tylko po to, by pokrzyżować plany Elizabeth była niemożliwa…
- Pan Wyse wydaje się być nią zauroczony – powiedziała Diva. – Jak on może? Raczej snob. M.B.E. Ona zawsze tu wpada. Widziałam ją wczoraj jak wychodziła zza rogu.
- O której, kochanie? – spytała Elizabeth węsząc trop.
- Około południa.
- A ja widziałam ją po południu. Ta wielka landara, Rolls-Royce wpadł w poślizg i narobił hałasu pod moim oknem od ogrodu.
- Siedziała w środku?
To już była obraza dla wiarygodności zmysłu obserwacji Elizabeth.
- Nie, skarbie, na dachu – powiedziała, łagodząc lekkim śmiechem sarkazm, na wypadek gdyby Diva nie miała niczego złego na myśli. Diva wyciągnęła z tego wniosek, że Elizabeth rzeczywiście widziała wczoraj Susan w Rollsie.
- Wygląda, że to coś poważnego. Myślisz, że się z nią ożeni?
Oczywiście, ten pomysł, ohydny i odrażający, przyszedł też Elizabeth do głowy, więc natychmiast mu zaprzeczyła.
- Och, ty gorliwa mała swatko – powiedziała pogodnie – Taki pomysł nawet przez myśl mi nie przeszedł. Nie wyśmiewaj biednej Susan. Chodź, moja droga, nie mogę już patrzeć na fuksje. Muszę iść do domu, więc trzeba powiedzieć do widzenia, a raczej au reservoir panu Wyse, jeśli Susan pozwoli mi wtrącić słówko z boku.
Susan wydawała się zachwycona mogąc pozwolić pannie Mapp na to akurat słówko z boku, a po krótkiej przemowie pana Wyse, w której oświadczył, że nawet mu się nie śni pozwolić im odejść tak szybko, a następnie podał im obu ręce na pożegnanie wyrażając nadzieję, że reservoir nie będzie zbyt wielki, obie panie musiały zostawić pole przebiegłej Susan…
Perspektywa była raczej mroczna. Nawet żywa wyobraźnia panny Mapp nie mogła przywołać obrazu jaki przedstawiałoby Tilling gdyby Susan udało się zostać panią Wyse i bratową contessy i aż usiadła w pokoju ogrodowym i zamknęła na chwilę oczy by skoncentrować myśli na przedstawieniu sobie całej sytuacji. Co za straszni ludzie, ci nuworysze! Wspinają się zręcznie po drabinie społecznej ze swymi Rolls – Royce’ami i swoimi foolami z czerwonej porzeczki i swoimi sobolami! Kilka tygodni tego nigdy nie zaprosiłaby Susan do domu, a kiedy zrobiła to po raz pierwszy, Susan uwolniła śluzy magazynu z zapasami w kredensie, a teraz, z uwagi na konieczność zyskania jej pomocy w zatrzymaniu złośliwej plotki, którą ona sama tak starannie rozpuściła odnośnie powodów pojedynku, panna Mapp była wręcz zobowiązana schlebiać jej i nazywać „Susan.” A jeśli straszne przypuszczenie Divy okaże się trafne, Susan będzie mogła patrzeć na wszystkich z góry, opowiadać o contessach i hrabiach z tą samą obojętnością co pan Wyse. Zostanie zaproszona do Villa Faraglione, zagra w brydża z Cecco i Amelią, odwiedzi Wyse’ów z Whitchurch…
Co można w tej sprawie zrobić? Mogła stanąć na czele kolejnego ruchu, by utemperować pana Wyse; to, jeśli by się powiodło, będzie miało dodatkowy przyjemny skutek w postaci obniżenia statusu Susan o szczebel lub dwa. Ale porażka ostatniej takiej próby i znakomitość pana Wyse nie wróżyła dobrze podobnym podchodom. A może powinna zatruć umysł pana Wyse odnośnie Susan? Albo może sama bezpodstawnie się przejmowała?
Albo…
Ciekawość przetoczyła się przez umysł panny Mapp jak niszczycielskie tornado, usuwając z niego wszystkie inne sprawy, narzucając jej konieczność sprawdzenia, co robi teraz tych dwoje, których była zmuszona pozostawić w ogrodzie i chwytając swą teatralną lornetkę poszybowała po schodach do góry, otwierając klapę na dachu. Nie pamiętała, czy z jej wieży obserwacyjnej można dostrzec ogród pana Wyse czy jakąś jego część, ale istniała szansa…
Nie było widać ani kawałka. Leżał ukryty za murem z czerwonej cegły, który go otaczał i nie wyzierała stamtąd nawet jedna fuksja czy chryzantema. Ale krew ścięła jej się w żyłach gdy nie odejmując lornetki od oczu skierowała je na część domu widoczną ponad murem. W oknie bawialni na pierwszym piętrze widać było dwie postaci. Susan zdjęła swe sobole: wyglądało to, jakby miała pozostać tam na zawsze, a przynajmniej na herbatę…

Koniec rozdziału siódmego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 05 Maj, 2025 11:30   

No nieeeeeeeee :opad_szczeny: koniec świata nadciąga czy jak ???? :rotfl: :rotfl: :rotfl:
bardzo jestem ciekawa co biedna Diva zrobi ze swoim zimorodkiem :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 05 Maj, 2025 19:31   

Diva, jak wiadomo, jest mistrzynią projektowania :banan:
I widziałaś? Po cichutku, niby nic, a tu romans się kroi w Tilling!

Dla ochłody - znów trochę rozrywek męskich.

Rozdział ósmy

Gigantyczna kłótnia o whisky między majorem Flintem i kapitanem Puffinem, która miała swój szczyt w wyzwaniu na pojedynek i dalszym ekscytującym ciągu, przyniosła doskonały efekt w postaci większego niż kiedykolwiek sojuszu zjednoczonych armii. Obaj wiedzieli, że gdyby nie uciekli przed spotkaniem i opatrznościowo nie spotkali się na dworcu, skutki mogłyby być bardzo poważne. Gdyby nie obaj, a tylko jeden z nich bał się ryzykować życiem, drugi z pewnością pozostałby w Tilling i rozsiewał katastrofalne plotki o odwadze uciekiniera; a gdyby żaden nie miał skrupułów co do świętości ludzkiego życia, wśród lśniących wydm leżałoby jedno, a może nawet dwa martwe ciała. Oczywiście, fakt, że obaj skorzystali z pierwszej sposobności żeby uniknąć pojedynku dawał nadzieję, że żadna z ewentualnych kolejnych kłótni nie osiągnie aż takiej gwałtowności, ale bezpieczniej było unikać ryzyka i nie pozwolić aby jakaś słowna utarczka urosła do rozmiarów Mount Everestu. W rezultacie, gdy nadchodziło realne niebezpieczeństwo takiej dzikości, że zaczynało się wysyłać wyzwania, spieszyli obaj drogą wzajemnych ustępstw aby zejść natychmiast z tych niebezpiecznych rejonów gdzie każde zachwianie równowagi może skutkować śmiercią. No bo który z nich mógł być absolutnie pewien, że następnym razem ten drugi nie okaże się dzielniejszy?... Pewnego listopadowego dnia nadchodzili od stacji tramwaju parowego sapiąc i dysząc, a major bardzo kulał, o wiele bardziej niż kapitan Puffin. Grzechotanie tramwaju nie pozwalało im na dyskusję w trakcie jazdy, ale w tej chwili wymuszonego milczenia obaj obmyślali błyskotliwe riposty oczekując, że ten drugi wygłosi jakieś uwagi, na które się one przydadzą, a po przybyciu do stacji w Tilling zaczęli dokładnie w tym samym punkcie w którym przerwali na stacji przy polach golfowych.
- Cóż, mam nadzieję, że zniosę lanie w tak angielskim duchu jak nikt inny – powiedział major.
To była woda na młyn dla kapitana Puffina: spodziewał się, że major powie coś takiego i miał już na niego żądło.
- I martwisz się, że ta nadzieja przeniesie rozczarowanie – powiedział szybko.
Majora wmurowało w kałuży, która co prawda ostudziła jego stopę, ale nie temperament.
- To było bardzo obelżywe – zauważył. – Nie na darmo byłem nazywany w regimencie Honorowym Benjym. Ale nieważne. Zdechła dżdżownica…
- To nie była zdechła dżdżownica – powiedział Puffin. To było owcze łajno!
Teraz szczęście uśmiechnęło się do niego: major był pewien, że Puffin wypowie to całkowicie nieprawdziwe zdanie.
- Nie będę udawał, że jestem w tych sprawach takim specjalistą jak ty – powiedział – ale przyznaj mi choć na tyle zmysłu obserwacji, żebym rozpoznał dżdżownicę kiedy ją zobaczę. To była dżdżownica, sir, dżdżownica i nie miałeś prawa jej usuwać. Zrób mi proszę tę przyjemność i zajrzyj do zasad golfa.
- Och, gwarantuję ci majorze, że specjalistów od zasad jest więcej niż praktyków – odparł Puffin pogodnie.
Nagle Honorowego Benjyego uderzyło, że przed jego oczami tańczą czerwone znaki niebezpieczeństwa i choć ten paskudny Puffin miał dwa punkty na jego jeden, major przywołał na pomoc całą siłę samokontroli, bo gdyby jego przyjaciel był zirytowany w takim samy stopniu jak on, powiew niezgody mógłby osiągnąć rozmiar huraganu. Przechodził w tej chwili przez bramkę obrotową, która prowadziła na drogę skrótem do miasta, lecz nim zdążył się opanować, wyładował wściekłość odbijając ją z powrotem, uderzając idącego za nim Puffina w kolano. Potem przypomniał sobie, że jest sportowcem i chrześcijańskim dżentelmenem, a nie pojedynkowiczem.
- Najmocniej cię przepraszam, kolego – powiedział z troską. – Głupio mi jak nie wiem. Bramka wyśliznęła mi się z ręki. Mam nadzieję, że cię nie uszkodziłem.
Puffin doszedł do tego samego wniosku co major Flint: wielkoduszność była lepsza niż pociągi o świcie, a jeszcze lepsza niż kulka. Żadnego porównania.
- Nic się nie stało, nie ma sprawy majorze – powiedział krzywiąc się z bólu po paskudnym uderzeniu, przeklinając w duchu przyjaciela, bo czuł przez skórę, że to nie był przypadek i utykając już na obie nogi. – Ledwo mnie drasnęła. Ha! Jaki piękny zachód słońca. Miasto wygląda malowniczo jak diabli.
- Faktycznie – rzekł major. – Temat w sam raz dla panny Mapp.
Puffin szedł obok.
- W mieście ciągle się gada – powiedział – o tym naszym pojedynku. Te twoje wróżki ze skóry wychodzą żeby się dowiedzieć, o co poszło. Pewien jestem, że wszyscy myślą, że o jakąś damę. Oto próżność płci pięknej. Jeśli dwóch mężczyzn się pokłóci, od razu myślą, że to o ich głupie miny.
W normalnych warunkach major z galanterią odrzuciłby ten punkt widzenia, ale zawarcie zgody z Puffinem było zbyt świeże by już ryzykować jego zawieszeniem.
- Biedne małe diablice – powiedział. – Mają trochę ekscytacji. Ciekawe, na którą stawiają. Długo musiałbym myśleć, żeby wskazać jakąś kobietę z Tilling wartą, żeby dla niej łapać pierwszy pociąg.
- Jest kilka, które byłyby zaskoczone tym, co mówisz, majorze – powiedział Puffin łobuzersko.
- No, no… - powiedział ten drugi, krocząc pewnie, puchnąc z dumy i stawiając kroki bez śladu utykania…
Dotarli do miejsca, w którym naprzeciwko siebie stały ich domy, przy brukowanej stromej uliczce, której front stanowiła ściana pokoju ogrodowego panny Mapp. Ona sama stała w oknie, a major pokłonił jej się zamiatając czapką i położył dłoń na sercu.
- Oto i jedna z nich – powiedział Puffin, kiedy panna Mapp zareagowała na te kwieciste pozdrowienia machnięciem ręki i wycofała się od okna.
- Nabijasz się ze mnie – powiedział major. – Niby ona miała być powodem naszej zwady, co? No dobra, to wpadam do ciebie około wpół do dziewiątej i przynoszę ze sobą moje pamiętniki?
- Będę czekał. Znajdziesz mnie przy rzymskich drogach.
Ten dowcip nigdy im się nie znudził i rozstali się wśród chichotów i pohukiwań.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 06 Maj, 2025 11:39   

Ależ piękne przymierze wynikło z pojedynku :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
No właśnie, romans starych pieniędzy z nowymi :twisted:
O ile to rzeczywiście będzie romans :mysle:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 06 Maj, 2025 23:40   

Panowie tak samych siebie wystraszyli poprzednim razem, że teraz już żaden nie odważy się rozpętać piekła od nowa. No bo jakże to tak - żyją w Tilling jak pączki w maśle, chodzą od brydża do brydża, golf i wieczorne "rzymskie drogi" bez większych zmartwień to chyba niezły pomysł na wojskową emeryturę.
Co nie znaczy, że znów nie narozrabiają, kiedy przyjdzie pora :twisted:

Nie sądźmy, że pojedynek, zagadka kufra czy machinacje Susan usunęły z głowy panny Mapp jej miłe zainteresowanie godziną, o której major Benjy kładł się spać. Przez jakiś czas chętnie wierzyła, na podstawie jego własnych słów, że idzie on do łóżka wcześnie i co drugi wieczór pracuje nad pamiętnikami, ale dojrzały namysł skłonił ją do rozważań, czy jest on tak prawdomówny, jak prawdziwy żołnierz powinien być. Bo chociaż (co drugi wieczór) w jego domu o wpół do dziewiątej było ciemno, to w dwanaście godzin później lub trochę więcej zz jego domu dobiegało głośnie qui-hanie na śniadanie i jeśli nie był w jakiejś początkowej fazie śpiączki, tyle godzin snu odpowiednie było dla rosnącego dziecka, ale w przypadku mężczyzny w średnim wieku było grubą przesadą. Miała na podorędziu masę dowodów, że w drugim komplecie co drugich dni, jego dzienniki (które musiały swoją drogą musiały być obszerne) zajmowały go do późnych godzin i to, że jednego wieczoru kładł się spać o wpół do dziesiątej, a drugiej – po pierwszej w nocy wskazywało na jakąś skomplikowaną regularność, która aż się prosiła o wyjaśnienie. Gdyby jadał śniadanie wcześnie gdy położył się spać wcześnie, mogłaby pozwolić sobie na lekką naiwność, ale on nigdy nie qui-hihował wcześniej niż wpół do dziesiątej, a ona nie mogła nie pomyśleć, że ślepa wiara w takie nawyki byłaby oznaką nie wiary, lecz głupoty.
- Ludzie - mówiła sobie panna Mapp, gdy jej uwagi nie zaprzątała wieczorna gazeta - tak nie robią. Nigdy o czymś podobnym nie słyszałam.
Spędzała wieczór samotnie i nawet przekonanie, że jej tarta jabłkowa na zimno nie doznała uszczuplenia ani o kawałek, bo tak bardzo smakowała jej na ciepło na lunch, nie pozostała w jej głowie na długo, bo tamta sprawa zagłuszała wszystkie inne myśli. Kiedy po kolacji wróciła do pokoju ogrodowego, próbowała zagłębić się w książce, kwestii kufra, układance, pasjansie, ale nic z tych zajęć nie zdołało odciągnąć jej myśli od wieczorów majora Banjy’ego, nie dało antidotum, które stępiłoby w niej pragnienie rozwiązania problemu, który szybko stawał się jedną z największych tajemnic.
Dzięki grzejnikowi siedzenie przy oknie było przyjemnie ciepłe, a szparka w zasłonach dawała pełny widok na oświetlone okna majora. Kiedy obserwowała dom, światła zostały zgaszone. Spodziewała się tego, jako że poprzedniego wieczoru siedział nad dziennikami późna – bardzo niegrzecznego późna – ta noc miała być więc nocą niemowlęcego snu przez dwanaście godzin lub więcej. Patrzyła na dom, a wtedy pod frontowymi drzwiami utworzyła się szczelina światła i natychmiast powiększyła się do pełnego prostokąta. Potem całkowicie zgasła.
- Otworzył drzwi, zaświecił światło w hallu… – wyszeptała panna Mapp do siebie – Wyszedł i zamknął drzwi… (pewnie idzie wrzucić list do skrzynki)….Wszedł do domu kapitana Puffina bez pukania. Czyli go oczekiwano.
Panna Mapp nie od razu domyśliła się, że oto trzyma w ręku klucz do tajemnicy. Noc należała do tych, kiedy to major Benjy kładł się wcześnie spać…. Nagle jej umysł doznał raptownego olśnienia. Gdyby akurat – opatrznościowo – nie patrzyła, jak major przechodzi przez ulicę, oświetlony światłem latarni i nie do pomylenia z nikim i gdyby wyjrzała przez okno dopiero wtedy, gdy u niego zgasło już światło, powiedziałaby sobie z całą pewnością, że dobry major Benjy poszedł do łóżka. Ale widziała na własne oczy, że dobry major Benjy niczego takiego nie zrobił: poszedł na drugą stronę ulicy do kapitana Puffina. Nie był ani trochę dobry.
Ogarnęła myślą całą tę ohydną sytuację. Została oszukana i wystrychnięta na dudka. Major Benjy w ogóle nie kładł się wcześnie spać: co drugą noc wychodził z domu i urzędował z kapitanem Puffinem. A kapitan Puffin, mogła się tego domyślić, również co drugą nic spędzał z majorem, bo nie umknęło to jej uważnemu oku. Że kiedy major zdawał się zarywać noc, kapitan zdawał się kłaść wcześnie spać. Natychmiast, z silnym przekonaniem, zaczęła podejrzewać jakieś orgie. Pozostawało zobaczyć (i ona musiała zostać by zobaczyć) do której godziny one się ciągną.
Około dwudziestej trzeciej nad ulicą zaczęła kłębić się lekka mgła, zamazując nieco widok, ale nadal przez mgłę przeświecało światło zza czerwonych żaluzji kapitana Puffina i mgła nie była tak gęsta aby przesłonić postać majora Flinta gdy będzie wracał do domu pod światłem lampy gazowej. Ale postać się nie pojawiała. Czyżby co wieczór pracował jednak nad swoimi dziennikami? I co u licha – mówiąc ordynarnie – z rzymskimi drogami?
Z każdą chwilą poczucie, że została oszukana, rosło w niej coraz czarniejsze i z każdą chwilą jej ciekawość odnośnie tego, co oni tam robią stawała się coraz bardziej nieznośna. Po chwili taktycznych rozważań wśliznęła się z powrotem do domu z pokoju gościnnego i – biorąc do ręki kopertę, żeby na wypadek zdemaskowania mogła powiedzieć, że idzie do skrzynki pocztowej na rogu, by nadać list na poranną pocztę, odsunęła rygiel i wyszła. Przeszła na paluszkach przez ulicę i przeszła chodnikiem do miejsca, gdzie czerwona poświata z okna kapitana Puffina lśniła poprzez mgłę jak sygnał ostrzegawczy.
Ze środka dobiegał głośny duet znajomych głosów; czasami mówili razem, czasami jeden po drugim. Ale nie mogła wyłapać słów; brzmiały dziwnie niewyraźnie i bełkotliwie i powiedziała sobie, że bardzo się cieszy, że nie słyszy, co mówią, bo to już byłoby podsłuchiwaniem. Głosy nagle zabrzmiały gniewnie. Planowali kolejny pojedynek? I o co tym razem?
Całkiem nagle i tak gwałtownie, że zeskoczyła z chodnika na ulicę, drzwi otwarły się na oścież i duet, głośniejszy niż przedtem, wytoczył się na zewnątrz. Major Benjy wyskoczył na próg i potknął się na stopniach prowadzących do domu.
- Mówię ci, że to był robak – ryknął – Myślisz, że nie poznam robaka kiedy go zobaczę?
Nagle jego ton się zmienił; to już było jak wstęp do kłótni.
- No nic, dobranoc, mój stary – powiedział. – Wesoły wieczór.
Odwrócił się i zobaczył stojącą na ulicy kobiecą postać, spowitą delikatną mgłą. Przebudziła się w nim nieposkromiona galanteria, jak zgrabnie zauważył pan Stevenson, bo tematem poprzedzającym robaka był seks.
- Boże broń – zawołał – żebym zostawił w ciemnościach kobietę bez opieki, zagubioną we mgle. Pzzwól, opprowazę cię do domu, madam. Pzzzwol że nas pszsstawię – major Flint, to ja , a to mój szyjaciel, kapitan Puffin.
Podniósł dłoń i wyszeptał konspiracyjnie:
- Zrewolucjonizował teorię nawigacji.
Major Benjy był raczej wesolutki i zawiany, ale jego grzecznej rycerskości naprawdę trudno było się oprzeć. Nieładnie z jego strony, że kłamał odnośnie wczesnego chodzenia spać co drugą noc, ale naprawdę… mimo to może lepiej byłoby nie dać się rozpoznać, ale myśląc, że dobrze będzie prześliznąć się obok niego u zniknąć jak duch we mgle, popełniła w tym prześlizgiwaniu się błąd taktyczny, bo wśliznęła się wprost w iluminację z otwartych drzwi gdzie stał kapitan Puffin.
Ten roześmiał się piskliwie.
- Ale ale, to panna Mapp – powiedział swym skrzekliwym falsetem. – Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli to nie nasza przyjaciółeczka, panna Mapp. Co za przypadek.
Panna Mapp przybrała najbardziej słodki uśmiech. W tej sytuacji najlepszą taktyką było zachować się godnie, ale i miło. Panowie często fundowali sobie szklaneczkę grogu, gdy panie szły już na górę. Przez chwilę tak właśnie o nich myślała.
- Dobry wieczór – powiedziała. – Szłam właśnie do skrzynki, żeby nadać list.
I pokazała kopertę. Ale ta wypadła z jej dłoni i major rzucił się by ją podnieść.
- Ja ją dla pani nadam – powiedział uprzejmie. – Oszczędzę pani kłopotu. Nalegam. Zaraz, ale tu nie ma znaczka! Zaraz, tu nie ma adresu! Patrz no, Puffin, list bez adresu. Zapomniało się o adresie, panno Mapp? Myślałaś, że ci go dopiszą na poczcie? Rany, to najśmieszniejsza rzecz jaką ostatnio słyszałem. Anonim, co?
Nocne powietrze miało bardzo niefortunny wpływ na Puffina. Nie fair byłoby określać go jako pijanego kiedy wyszedł z domu. Był po prostu rozweselony i chętny do spania. Teraz stał się złowieszczo poważny, a zimna mgła zaczęła dokonywać zabójczego dzieła.
- List bez adresu – powiedział z impetem – to niesamowicie groźna rzecz. Ha! Kto wie, w jakie ręce może wpaść. Wolałbym już się zmagać z naładowanym pistoletem niż listem bez adresu. Wyślijcie go do banku dla bezpieczeństwa. Wyślijcie po policję. Posłuchajcie mojej rady, wezwijcie policję! Policja!
Przenikliwy umysł panny Mapp natychmiast pojął, że ten okropny kapitan Puffin jest pijany i obiecała sobie, że jutro całe Tilling będzie aż huczeć od opowieści o jego wybrykach. Ale major Benjy, którego – jeśli się nie myliła – kapitan Puffin próbował, choć pewnie bez wielkiego sukcesu, zwieść na manowce – był nadal dżentelmenem bez skazy, wpadła więc na błyskotliwy, choć zupełnie poroniony pomysł, by oddać się pod jego opiekę.
- Majorze Benjy – powiedziała. – Proszę z łaski swojej odprowadzić mnie do domu. Kapitan Puffin wypił za dużo…
- Aaee że sso? – spytał Puffin z wyrazem wielkiego zainteresowania.
Panna Mapp porzuciła pozory godności i uprzejmości i wybuchnęła.
- Mówię, że jest pan pijany – powiedziała dobitnie – Majorze Benjy, czy mogę…
Kapitan Puffin zszedł ostrożnie z dwóch schodków prowadzących do domu na chodnik.
- Słuchaj no – powiedział. – To trze-a wyjaśnić. Niby że ja jestem pijany, powia-asz? No to ja powiadam, że ty jesteś pijana, że łazisz w środku nocy żeby wysłać list bez adresu. Wstydziłabyś się, starsza kobita łazi w środku nocy po Tilling. Jezdem zgorszony, a ty majorze?
Major Benjy wyprostował się na całą wysokość i nałożył kapelusz, by móc go zdjąć przed panną Mapp.
- Mój szyjaciel kapitan Puffin – powiedział – to szłowiek twardych złych zasad. Chłopaki szymają się razem. To nie było co, powiedzieć, że człowiek jak mój szyjaciel jest pijany. Pani mówi, że jest pijany, to czemu on nie może powiedzieć, że pani jest pijana? Męszyzną się nie pomiata.
- Abso…- zaczął kapitan Puffin.
Potem przerwał, żeby wziąć się w garść.
- Absolutnie – powiedział bez zająknienia.
- Jutro całe Tilling się o tym dowie – powiedziała panna Mapp, drżąc z wściekłości i nocnej mgły od morza.
Kapitan Puffin zrobił w jej stronę jeszcze jeden krok.
- Już ci mówię jak będzie, panno Mapp – powiedział. – Jeśli ważysz się pisnąć, że byłem pijany, major i ja, mój szylaciel major i ja powiemy, że ty byłaś pijana. Pewnie myślisz, że mój kolega też jess pijany. Ale póki żyję będę mówił, żebyśmy sobie obaj spacerowali przy księżycu i spotkaliśmy cię, jak próbowałaś wysłać list bez adresu i se nie mogłaś trafić do szpary. Ale jak ty nie piśniesz, to i ja nie pisnę. Jasno i uszciwie. Libelarne zasady. Towarzystwo Wzajemnej Ochrony. Ściśle prywatne. Intruzi będą ukarani zgodnie z prawem. Ha!
Panna Mapp czuła, że major Benjy powinien wyzwać swego bezwstydnego przyjaciela na kolejny pojedynek za te niegodziwe sugestie, ale on nic takiego nie zrobił, a jego milczenie, które miało milczący posmak zgody na jego słowa zmroziło jej umysł, tak jak morska mgła, teraz już gesta i zimna, upewniła ją, że nos zrobił jej się czerwony. Nadal gotowała się z wściekłości, ale jej umysł był chłodny i pełen wstrętnych obaw. Była jak lodowy pudding z gorącym sosem… Stali tak wszyscy spowici welonem mgły i czerwonym poblaskiem pijącym od wciąż otwartych drzwi domu kapitana Puffina, marznąc coraz bardziej.
- Ta-szy-nie – spytał Puffin z zaciśniętą szczęką.
Choć przyjęcie tych odrażających warunków było gorzkie, to bez wsparcia majora naprawdę nie było innego wyjścia.
- Tak – odrzekła panna Mapp.
Puffin wydał okrzyk tryumfu.
- No i mamy to, majorze – powiedział. – Znowuśmy szyjaciółmi. Dobranos państwu.

c.d.n
Tłum Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 07 Maj, 2025 08:29   

O rrrany :shock: :paddotylu: :opad_szczeny: no czegoś takiego to się nie spodziewałam :paddotylu:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 07 Maj, 2025 10:11   

Prawda? :boisie2: To jak jawne wypowiedzenie wojny.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 07 Maj, 2025 20:56   

Dobrze, nie będę trzymać w niepewności. Przekonamy się jak upokorzenie podziałało na umysł panny Mapp :banan:

Panna Mapp weszła do domu skręcając się z upokorzenia. Ledwie mogła ogarnąć rozumem, jak jej mała ekspedycja podjęta z powodu wielkiej i uporczywej ciekawości zaledwie kwadrans temu, mogła zakończyć się tak godnym ubolewania nadmiarem wrażeń. Wyszła z domu gnana niewinną i w gruncie rzeczy godną pochwały chęcią odkrycia, jak major Benjy spędza te wieczory, co do których zwiódł ją, by myślała, że pod jej wpływem kładzie się wcześnie spać, gdy tymczasem okazało się, że przesiaduje codziennie do późnej nocy i że ona zastała spętana obietnicą, że ani jednej duszyczce nie szepnie słówka o deprawacji kapitana Puffina z obawy, że sama zostanie oskarżona ustami dwóch świadków o deprawację. Jeszcze boleśniejsza była rola, jaką major Benjy odegrał w tej ohydnej transakcji i jedyny wniosek jaki dało się z tego wyciągnąć to ten, że bardziej ceni on sobie koleżeństwo ze zdeprawowanym przyjacielem niż rycerskość wobec dam… A o czym świadczyło jego milczenie? Zapewne była to taktyka obronna; wyobraził sobie, że on też zostanie włączony w historię, którą panna Mapp obiecała rozgłosić na płodnych niwach Tilling i rzeczywiście, kiedy przypomniała sobie jego wrzaski z powodu robaka, chwiejność postawy i bełkotliwość mowy, powiedziała sobie, że ma pełne podstawy do takiego przypuszczenia. Kiedy u niego się nie świeciło, podżegał, pomagał, towarzyszył Puffinowi. Kiedy z kolei u niego paliło się światło, Puffin odgrywał podobną rolę w jego domu. Działo się tak od tygodni pod jej nosem, a ona niczego nie podejrzewała.
Upokorzona tym, co się stało i ze sponiewieraną godnością z powodu własnej ślepoty przeszła do kuchni i zapaliła gaz by zrobić sobie gorące kakao, które ukoi przynajmniej jej fizyczny dygot. Na kuchennym blacie leżał list do Withers, wsunięty bokiem do koperty, a ona otworzyła go machinalnie i przeczytała przy niebieskawym płomieniu palnika. Zawsze podejrzewała, że Withers ma kawalera, a teraz miała dowód. Ale że też to musiał być pan Hopkins ze sklepu rybnego!
W medycynie istnieje coś takiego jak terapia wstrząsowa. Jeśli pacjent cierpi na reumatyzm stawów, zaleca mu się piekące maści na skórę, które działają tak dotkliwie że zapomina się o bólu. Metaforycznie pan Hopkins był taką maścią na wzburzoną i obolałą świadomość panny Mapp, a spryt wynikający ze świadomości, że Withers musiała zachęcać pana Hopkinsa (w innym wypadku nie napisałby czegoś tak intymnego i miłosnego) i teraz rozważa wyjście za niego osłabił nieco upokorzenie związane z wydarzeniami we mgle. Rzuciło to nowe, ponure światło na Withers, sprawiło, że jej pani poczuła, jakby wyhodowała węża na swym łonie, skoro Withers rozpatruje tak samolubny czyn jak wyjście za mąż Trzeba będzie poszukać nowej służącej i wszystkie kłopoty z tym związane ledwie kompensowała myśl, że teraz będzie mogła kupować ryby z rabatem. Tyle przynajmniej mogła Withers dla niej zrobić, obiecać, że pan Hopkins będzie sprzedawał jej płotki i makrele za bezcen. I czy powinna powiedzieć Withers, że widziała pana Hopkinsa . . . nie, to było niemożliwe: jeśli (dla dobra Withers) zdecyduje się ją o tym powiadomić, będzie musiała to napisać.
Panna Mapp wierciła się i przewracała w łóżku w tę bezsenną noc, a jej myśli pobiegły znów do fiaska z kapitanem i majorem we mgle. Oczywiście miała zupełną swobodę (jako że została zmuszona do przysięgi) by powiedzieć wszystkim w Tilling co się stało ufając, że rycerskość męska nie pozwoli im spełnić swojej groźby, ale rozważając tę kwestię już raczej na chłodno, uznała, że nie ma co pokładać zaufania w rycerskości. Nawet gdyby spełnili swą niemęską groźbę, nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby, że była pijana. Mogli jednak straszyć ją choćby żartem że to zrobią i sama ta perspektywa ją przerażała. W cokolwiek Tilling uwierzy czy nie uwierzy, przylgnie do niej jakaś resztka szyderstwa, a jej reputacja jako przyczyny kłótni, która szczęśliwie nie skończyła się pojedynkiem przepadnie na zawsze. Evie będzie gadać, a Irene wybuchnie swoim schrypniętym śmiechem kiedy usłyszy tę historię. To bardzo niewygodne, że uczciwość musi być najlepszą polityką.
Jej gwałtownie pobudzony umysł zwrócił się na chwilę do odwiecznego problemu kufra. Czemu, spytała siebie po raz setny, jeśli kufer zawierał śmiertelne narzędzia do pojedynku, walczący nie towarzyszyli mu? A jeśli (jedyna możliwa opcja) nie…?
Myśl tak jasna, że prawie uznała, że w pokoju zapłonęło światło, olśniła jej umysł. W wyzwaniu jasno stało, że sekundanci majora Benjy będą czekać na kapitana Puffina o poranku. Z jakiego powodu mógł ten ostatni udać się na stację by złapać wczesny pociąg? Powód mógł być tylko jeden, a mianowicie ucieczka najszybciej jak się da z niebezpiecznej bliskości wyzwanego kapitana. A dlaczego kapitan zostawił na stole notatkę z informacją, że został nagle wezwany, jeśli nie żeby uciec z groźnego sąsiedztwa tego, który go wyzwał?
- Tchórze! – wykrzyknęła panna Mapp. – Uciekali jeden przed drugim! Ależ byłam ślepa!
Zasłona opadła. Teraz widziała jasno, jak Tilling – urzeczone myślą, że wśród wydm ma się odbyć pojedynek – zupełnie przeoczyło znaczenie porannego pociągu. Była pewna, że wszystko rozwikłała więc oddała się zachwycającym rozważaniom, jaki użytek zrobi z tego bezcennego odkrycia. Cały żal, że nie może zrujnować wizerunku kapitana Puffina przy pomocy używek zniknął, bo miała teraz w ręku jeszcze straszniejsze czernidło. Najmniejsze wahanie co do zrujnowania także reputacji majora Benjy nawet nie przeszło jej przez myśl, bo nie tylko pozwolił jej łudzić się co do wczesnego kładzenia się do łóżka w co drugą noc, ale przez niesławne zdecydowanie by poprzeć kapitana Puffina z jego umową, okazał, że jest absolutnie nieczuły na wszelkie przejawy rycerskości. Od tygodni ta żałosna para cieszyła się fałszywym splendorem męskości z krwi i kości, podczas gdy przez cały czas wiedzieli, że narażali się na niedogodności łapania wczesnych pociągów i pakowania kufrów przy świecach tylko po to, by umknąć przed gorącymi skutkami kłótni, która – jak teraz uznała – brała się najprawdopodobniej z opróżnionych butelek whisky. Te tajemnicze krzyki na temat dżdżownicy były kolejną taką kłótnią. I – co było z tego wszystkiego najbardziej zachwycające – jej własna pozycja jako powodu planowanego pojedynku pozostała nienaruszona. Ponieważ musiała milczeć jak grób na temat whisky, nikt nie podejrzewałby pijackiej burdy: mogła nadal uchodzić za heroinę, choć herosi byli okropnie oskubani. Rzecz jasna byłoby lepiej gdyby przejawiali taki ogień względem niej, że przynajmniej jeden byłby gotów się za nią strzelać, ale i bez tego miała za co być wdzięczna.
- Już ja im popędzę… – powiedziała panna Mapp i kichnęła, bo siedziała na łóżku już od dłuższego czasu – kota!

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 08 Maj, 2025 14:53   

:kwiatki_wyciaga: :kwiatek:
Noooo :szacuneczek: droga Elżbieta jest lepsza od panny Marple i Herkulesa razem wziętych :twisted: ależ będzie zadyma :twisted: chłopcy będą musieli siedzieć cichutko jak myszy pod miotłą :twisted:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 08 Maj, 2025 23:15   

O to to! Już ona się nie da zastraszyć dwóm moczymordom :rotfl:
Inna rzecz, że należała się jej nauczka (no, może nie taka przykra, będę dla niej miła) za to jej koszmarne wścibstwo...


Panna Mapp miała bogate doświadczenie, więc pierwszy krok jej nowej, rozkosznej kampanii był oczywisty i następnego ranka po śniadaniu nie usiadła w oknie swego pokoju w ogrodzie, ale wyruszyła na zakupy ze swoim koszem o nadzwyczajnie wczesnej porze. Wzdrygnęła się mijając frontowe drzwi niegodziwych sąsiadów, bo wciąż czaiło się tu widmo wczorajszej mgły i okropnych wspomnień, ale jej obecne zadanie ogrzewało jej duszę, podczas gdy całkiem ciepły listopadowy dzień otulał jej ciało. W tych jaskiniach pijaństwa nie widać było żadnych oznak życia, żadne qui-hi nie wskazywało na przygotowania do śniadania, a ona z najwyższą ironią pomyślała, że Zjednoczone Siły Zbrojne zaspały dziś po przedłużającej się wczoraj pracy nad pamiętnikami i rzymskimi drogami.
Z naturalną odrazą, proporcjonalną do wcześniejszej estymy do majora Benjy’ego, jeszcze mocniej upoiła się perspektywą zdemaskowania jego, niż tego drugiego. Marzyła skrycie o majorze Benjym a zamiana marzeń w koszmar przemieniło jej miękką łagodność w coś na kształt rozpalonego węgla, dodając zemście tak skoncentrowanej słodyczy, jaką ma sacharyna w porównaniu z zwykłą kostką cukru. Ta słodycz była tak potężna, że panna Mapp na chwilę zapomniała o treści listu do Withers na kuchennym stole i przeszła przez ulicę w stronę sklepu pana Hopkinsa z przyjaznym uśmiechem.
- Dzień dobry, panie Hopkins – powiedziała. – Czy miałby pan dla mnie może jakąś zgrabną niedużą flądrę na obiad? Tak? Będzie pan uprzejmy ją do mnie posłać? Co za miły, ciepły dzień, jak w maju!
Pierwszym krokiem oczywiście było zdradzenie Divie rewelacji, która olśniła ją nocą. Nie było lepszej osoby do rozgłaszania nowin: chodziła tak szybko, a jej telegraficzny styl był zwięzły i konkretny. Jej ostry język, jej obrotowe stopy! Co za plotkara!
- Divo kochana, musiałam wpaść na chwilę – powiedziała Elizabeth, całując ją w oba policzki – Ależ mam nowiny!
- Ach, contessa di Fanfarone – odparła Diva sarkastycznie. – Słyszałam wczoraj. Przyjazd odwołany.
Panna Mapp zdołała zdusić podekscytowanie które mogłoby zdradzić, że była to dla niej nowina.
- Nie, moja droga – powiedziała – nie o to chodzi. Nie podejrzewałabym, że tego nie wiesz. Jakie to jednak niefortunne, prawda, właśnie wtedy, gdy wszyscy zaczęliśmy wierzyć w istnienie contessy di Fanfarone! Co za urocze przezwisko! Co do mnie, to uwierzę gdy ją zobaczę. Biedny pan Wyse!
- Jakie to więc nowiny? – spytała Diva.
- Moja droga, dotarło to do mnie w mgnieniu oka – powiedziała Elizabeth. – To wyjaśnia kufer, poranny pociąg i pojedynek.
Na twarzy Divy odbiło się rozczarowanie. Myślała, że otrzyma smakowite nowiny, a nie jakieś pomysły Elizabeth.
- Jedź dalej – powiedziała.
- Oni uciekli przed sobą nawzajem – odrzekła Elizabeth, wymawiając słowa jakby mówiła do osoby głuchej, czytającej z ruchu warg. – Nieważny powód pojedynku, to inna sprawa. Ale cokolwiek go wywołało – tu spuściła oczy – major, który rzucił wyzwanie, spakował kufer. Uciekł, droga Divo, a na stacji spotkał kapitana Puffina, który też uciekał.
- Ale przecież… - zaczęła Diva.
- Tak, moja droga, list zostawiony przez kapitana Puffina dla gospodyni mówił, że został on nagle wezwany. Co go tak wzywało? Własne tchórzostwo, kochana! Ależ to wszystko jest niskie. A my wszyscy myśleliśmy, jacy to oni są dzielni i wspaniali. Uciekli jeden przed drugim, potem się zeszli i pojechali na golfa. Zawsze uważałam, że to nie gra dla mężczyzn. I wydmy, wśród których mieli się strzelać!Mogli co najwyżej stracić tam zabłąkaną piłkę. Na pewno nie życie. Biedny padre! Popędził tam by wstrzymać pojedynek, a trafił na partię golfa. Lepiej rozumiem teraz męską naturę. Ależ mi to otworzyło oczy!
Diva w tym czasie truchtała po pokoju marząc, by móc już wyjść i wszystkim opowiedzieć. Nie znalazła żadnej luki w argumentacji Elizabeth, wszystko było solidne jak reguła Euklidesa.
- Przeszło ci kiedyś do głowy, że oni piją? – spytała. – Wierzysz w rzymskie drogi i pamiętniki? Bo ja nie.
Panna Mapp podskoczyła na krześle. Przed oczami załopotały jej czerwone flagi. Co jeśli Diva zacznie biegać po Tilling i sugerować, że ci dwaj prócz tego, że nie grzeszą odwagą, są jeszcze pijakami? Gdyby cień takiej pogłoski do nich dotarł, od razu doszliby do wniosku, że to ona ją rozpuściła, a wtedy…
- Nie, Divo kochana – powiedziała – nawet sobie nie wyobrażaj takich rzeczy. Niebezpiecznie byłoby coś takiego sugerować. Mogą być tchórzami i nimi są, ale nigdy nie widziałam niczego, co nasuwałoby myśl, że piją. Musimy im to oddać i trzymać się tego, co wiemy, nie możemy rozsiewać plotek na inne tematy tylko dlatego, że nakryłyśmy ich na tchórzostwie. Tchórz nie musi być pijakiem, dzięki Bogu! Już i tak to wszystko jest żałosne.
Odwróciwszy niebezpieczeństwo, panna Mapp ze swą promienną, podekscytowaną twarzą wydawała się tę żałość znosić bardzo dzielnie, a że nie można było dłużej zatrzymywać Divy, która zamierzała rozpocząć swój poranny obchód, zanurzyły się razem w nurtach High Street niosąc rozwiązanie zagadki kufra i porannego pociągu jak koło ratunkowe. Tego dnia zrobiono niewiele zakupów, bo każda możliwa kombinacja tillingowskiego towarzystwa (z wyjątkiem tchórzy oczywiście) musiała zostać zatrzymana na chodniku w celu jak najszerszego rozwinięcia tematu. Diva, jak można się było spodziewać, wkrótce dała dowód swej wyjątkowej perfidii, bo dała padre wyraźnie do zrozumienia, że łańcuch logicznych wniosków był jej własnego autorstwa i Elizabeth musiała pospieszyć za nim, by skorygować to wrażenie, ale odkrycie samo w sobie było tak wielkie, że takie małe fałszywe nuty nie mogły zepsuć wspaniałej harmonii. Nawet pan Wyse porzucił swą zwykłą neutralność co do polityki społecznej i zostawił swą długą laskę z malakki w aptece, tak bardzo chciał, ujrzawszy pannę Mapp na chodniku przed sklepem, zebrać każdy detal jej wywodu. Około jedenastej dwaj pojedynkowicze znani byli już powszechnie jako „tchórze” i tylko padre sprzeciwił się przezwisku, ale został przegłosowany. Utrzymywał (przez męską solidarność) że major wykazał się odwagą skoro rzucił wyzwanie (nieważne z jakiego powodu) swemu przyjacielowi i choć nie udało mu się utrzymać tego wysokiego poziomu, wykazał się prawdziwą odwagą, bo wszak z tego, co wiadomo, kapitan Puffin mógł przecież przyjąć wyzwanie. Panna Mapp była rzeczniczką reszty Tilling, uważając, że jest zbyt pobłażliwy.
- Drogi padre – powiedziała – jesteś naprawdę zbyt łaskawy. Obaj czmychnęli: temu nie da się zaprzeczyć. Poza tym trzeba pamiętać, że kiedy major rzucił wyzwanie, znał kapitana Puffina bardzo dobrze i mógł oczekiwać, że ten ucieknie…
- Ale dlaczego sam też uciekł? – spytał padre.
Tutaj nastąpiła mała pauza, ale panna Mapp wkrótce znalazła wyjaśnienie.
- Och, po prostu żeby się upewnić – powiedziała, a Tilling przyklasnęło jej sarkazmowi.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 09 Maj, 2025 20:54   

Panna Mapp się mści, a panowie dyskutują.


A potem nastąpił punkt kulminacyjny całej sensacji, kiedy to około dziesięć po jedenastej obaj tchórze pojawili się na High Street spiesząc do tramwaju o 11:20 na pola golfowe. Pogoda groziła deszczem, więc obaj nieśli torby ze zmianą odzieży. Tuż za rogiem High Street natknęli się na grupę oklaskującą szybką ripostę panny Mapp, a obaj tchórze znaleźli się nagle w grupie prześmiewców. Spojrzeli jeden na drugiego widząc, że panna Mapp zajmowała pozycję centralną w grupie, ale że za późno już było by się wycofać, wymieniono zwyczajowe przywitania.
- Dzień dobry – odpowiedziała Diva drżącym głosem. – Razem do wczesnego pociągu… chciałam powiedzieć: tramwaju.
- Dzień dobry, kapitanie – powiedziała panna Mapp słodkim głosem. – Jaka ładna torba podróżna! O, major też taką ma! Hmmm…
W oczach majora dało się dostrzec konsternację, a usta kapitana otwarły się i już nie zamykały.
- Tak, ubrania na zmianę – rzekł major. – Wygląda, że potem postraszy deszczem.
- O tak, może postraszyć – rzekła panna Mapp. – Mam nadzieję, że nie planujecie niczego nagłego i groźnego.
Nastąpiła chwila ciszy, a ci dwaj przesuwali wzrokiem od twarzy do twarzy. Wszyscy mieli na twarzach nieprzeniknione, sztuczne uśmiechy.
- Między wydmami będzie przyjemnie – rzekł padre, a jego żona głośno pisnęła
- Chodźmy bo tramwaj ucieknie – powiedział major. – Au reservoir, miłe panie.
Nikt nie odpowiedział, więc pospieszyli w dół ulicy, a ich torby wciąż się ze sobą zderzały.
- Coś się święci, majorze – rzekł Puffin z prawdziwą tillingowską przenikliwością kiedy tylko wyszli z zasięgu słuchu.
Dokładnie w tej samej chwili panna Mapp zaśmiała się lekko.
- Muszę ruszać na moje maciupkie zakupy, padre – powiedziała i rozesłała wszystkim całusy….
W tej dramatycznej chwili kurtyna musiała na chwilę opaść, bowiem dalsza dyskusja zepsułaby kulminację.


Rozdział dziewiąty

Kiedy kapitan Puffin przyszedł do majora Flinta tego wieczoru, by studiować rzymskie drogi, zastał jedynie ponurego pamiętnikarza, a sam był równie ponurym historykiem. W ciągu dnia w kółko rozważali dziwne poranne powitanie na High Street i przewrotne aluzje do toreb podróżnych, wydm i wczesnych pociągów i im więcej rozważali, tym bardziej prawdopodobne wydawało się, że nie tylko coś jest na rzeczy, ale że w sprawie pojedynku wszystko się wydało. Od tygodni panie z Tilling traktowały ich z czymś bliskim czci, ale w ich komentarzach dzisiejszego ranka czci było wyjątkowo mało. To podejście, tak bliskie w czasie spotkaniu z panną Mapp ostatniej nocy sugerowało, że to ona maczała w tym palce. Tak przynajmniej uważał major, a kiedy miał już swoje zdanie, to go wyrażał, jak to Honorowy Benjy.
- Tobie to zawdzięczany, Puffin – powiedział. – Na moją duszę, wstyd mi było za ciebie, żeś jej powiedział co powiedziałeś. Kompletny brak galanterii. Powiedziała, że jesteś pijany a ty na to, że to ona jest. Była wczoraj trzeźwiutka i przytomna tak samo jak dziś rano. A według mnie dziś rano była diabelsko przytomna.
- Szkoda, że wczoraj się za nią nie ująłeś. Uznałeś, że to było pomysłowe, żeby kazać jej trzymać język za zębami.
- Są na świecie piękniejsze rzeczy niż pomysłowość, sir – powiedział major. – Twoja pomysłowość dała nam tylko publiczne ośmieszenie. Może tobie to nie przeszkadza – możesz być przyzwyczajony – ale mężczyzna powinien zważać na konsekwencje swojego postępowania wobec innych…. Mój status w Tilling zmienił się kompletnie. I to na gorsze, sir.
Puffin zaśmiał się swoim urywanym, nieprzyjemnym śmiechem.
- Jeśli twój status opierał się na reputacji krwiożerczej odwagi – powiedział – to im szybciej się zmieni, tym lepiej. Jedziemy na tym samym wózku. Nie powiem, że mi się to podoba, ale tak jest. Napij się, to ci się poprawi. Co tam jakiś status.
- Mam postanowienie nigdy więcej nie pić – powiedział major, nalewając sobie do jednej ze swych małych szklaneczek – jeśli ma to prowadzić do takich rzeczy.
- Ale nie doprowadziło – rzekł Puffin. – Nie mam pojęcia jak to się stało, ani ty nie masz. Wczoraj w nocy gdyby nie ja, całe Tilling dziś huczałoby od gadania, że byliśmy obaj zawiani. Coś mi się widzi, że nie poprawiłoby to twojego statusu.
- To był skutek tego, coś powiedział Mapp – zaczął major.
- Dobry Boże, jaki jedno z drugim ma związek? – spytał Puffin. – Pokaż mi związek! Przyjrzyjmy się temu! Nie ma żadnego związku! Wczoraj wcale nie rozmawialiśmy o pojedynkach.
Major Flint rozważał to w ponurym milczeniu, pociągając ze szklanki.
- Pojutrze mamy brydża u pani Poppit – powiedział. – Nie czuję się na siłach temu sprostać. Powiedzmy, że wszyscy będą robić aluzje do pojedynków, wczesnych pociągów i tak dalej? Nie będę mógł skupić się na kartach z obawy przed tym. Nie można tego wymagać od wrażliwego człowieka.
Puffin wydał dźwięk, który brzmiał jak „bzdura.”
- Że co? – spytał groźnie major.
- Masz swoją rację – odrzekł Puffin. – Ale dalej nie rozumiem, o co ci idzie. Nie jesteśmy gorsi niż byliśmy zanim uznali nas za takich połykaczy ognia. Już nie jesteśmy połykaczami ognia. Miło było, ale się skończyło i jesteśmy jacy byliśmy.
- Wcale nie – powiedział major. – Nakryli nas na oszustwie! To nie to samo co bycie oszustem, wcale nie to samo. A kto będzie nam to wytykał, przyjacielu? Kto życie poświęci, żeby świecić nam tym w oczy? Panna Mapp, wobec której, powiem to bez obrazy, zachowałeś się wczoraj jak kundel.
- A drugi kundel stał obok i merdał ogonem – odparował Puffin.
Jeszcze jeden krok groził katastrofą, więc Puffin czym prędzej powiedział coś miłego o dywaniku przed kominkiem, na co jego przyjaciel miał równie miłą odpowiedź. Jednak po wczorajszej aferze i przykrych porannych aluzjach na High Street, wieczorne spotkanie nie było ani kojące ani przyjemne. Bezczelny optymizm Puffina był tylko brzęczącym cymbałem, a major nie miał w ogóle ochoty brzęczeć. Parskał tylko i rzucał gniewne spojrzenia rozmyślając w kółko, jak ugłaskać pannę Mapp. Gdyby tylko zdołał ją zdobyć, a ona stała się jego sojuszniczką, mógłby śmiało stawić czoła reszcie Tilling, gdyż to jej strzały były najcelniejsze, jej uprzejmości najbardziej kłujące. Doszedł też do wniosku, że miał do stracenia więcej niż Puffin, bo aż do pojedynku tamtemu nigdy nie przypisywano czynów krwiożerczej waleczności, podczas gdy on cieszył się niekończącą się sławą w sprawach miłości i honoru. Bez wątpienia małżeństwo załatwiłoby sprawę od ręki, ale trudno było mu pomyśleć o wymianie kawalerskiego życia pełne golfa i pamiętników na nieznane wody. Co najmniej…
Nagle przyszło olśnienie, a on zerwał się na równe nogi idąc za światłem i koślawo uchodząc od poczucia dyskomfortu.
- Powiem ci coś, Puffin – powiedział. – Ty i ja, a zwłaszcza ty, winniśmy tej szanowanej damie głębokie przeprosimy na to, co stało się wczoraj w nocy. Powinieneś odwołać każde słowo które powiedziałeś, a ja – którego nie powiedziałem.
- Nie da rady – rzekł Puffin. – To oznaczałoby utratę kontroli nad twoją „damą.” Nim zdążysz mrugnąć, będziemy znani w całym mieście jako zdeklarowani pijacy. Z deszczu pod rynnę.
- Wcale nie. Jeśli to panna Mapp, a pewien jestem że tak jest, rozsiewa te… te szkodliwe plotki o naszym pojedynku, to dlatego, że jest oburzona i słusznie urażona twoim wczorajszym podejściem. Moim też, jeśli wolisz. Epickie przeprosiny, sir, oto bilet.
- Wilczy bilet – powiedział Puffin. – Nie, dziękuję.
- Bardzo niestosowne wyrażenie – powiedział major Flint. – Ale zrobisz, co zechcesz. A z twoim pozwoleniem, ja też zrobię co zechcę. Przeproszę za swój udział w tym żałosnym przedstawieniu, w którym, dzięki Bogu, odegrałem epizodyczną rolę. Takie jest moje zdanie, a jeśli ci się nie podoba, to trudno.
Puffin ziewnął.
- Ta Mapp to kocica – powiedział. – Pogłaskaj kota, a cię podrapie. Rzuć w niego kapciem, a rzuci się na ciebie z pazurami. Kiepski dziś z ciebie kompan, majorze, z tymi wszystkimi skrupułami.
- W takim razie, sir, uwolnij się od mojego towarzystwa – rzekł major. – Nie zatrzymuję.
- Tak właśnie miałem zrobić. Dobranoc, mój stary. Jutro na tramwaj o tej samej porze, jeśli się czujesz na siłach.
Panna Mapp siedząc przy grzejniku w oknie pokoju ogrodowego niedługo potem wyjrzała przez nie, bo sprawdzić, jak wygląda noc. Choć dochodziło dopiero wpół do dziesiątej, okna salonów obu tchórzy były ciemne, a ona rozważała, co to może oznaczać. Nigdzie tego wieczoru nie wydawano przyjęcia, nie było tez ewidentnie pracy nad rzymskimi drogami i pamiętnikami. Sąd brała się ta dziwna, trzeźwa ciemność…?
Następnego ranka major qui-hichał na śniadanie o niezwykle wczesnej porze, bo odwaga jakiej nabrał, by ułagodzić, jeśli to możliwe, wrogość panny Mapp nie wywietrzała, jak wyzwanie na pojedynek, przez noc. Odział się w surdut, który miał na sobie po raz ostatni gdy książę Walii raczył nie przybyć pociągiem o 18:45, a żadna kobieca pierś, choćby bardzo rozwścieczona, nie mogła nie uznać takiej formalności za komplement. Tak wystrojonego, w cylindrze i lakierkach, zauważono go wyraźnie z okna pokoju ogrodowego gdy wychodził na ulicę w chwili, gdy dłoń kapitana Puffina wpychała gąbkę pod skrzydło okna w łazience. Prawdopodobnie i on dostrzegł to zjawisko, gdyż jego palce przedwcześnie uwolniły gąbkę, która wypadła na ulicę. Przez żywy umysł panny Mapp przebiegły najdziksze przypuszczenia, z których najprawdopodobniejszym było, że major zamierza oświadczyć się pani Poppit, bo gdyby wybierał się na jakąś uroczystość do Londynu, szedłby w dół, nie w górę ulicy. A potem zobaczyła, że jego niecierpliwy palec naciska przycisk dzwonka w jej własnych drzwiach. A więc nie szedł oświadczyć się pani Poppit…

c.d.n
tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Nie 11 Maj, 2025 14:02   

O rany :shock: :shock: :shock: :shock: jeszcze się drogiej Elżbiecie z rozpędu oświadczy :shock: :shock: :shock: :shock:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 11 Maj, 2025 19:12   

No to się przekonajmy.
Jak dla mnie, ten kawałek o pokucie majora jest boski :mrgreen:

Wysunęła się z pokoju i pognała po schodkach do domu w samą porę by przechwycić Withers, choć nie dlatego, żeby ta oznajmiła, że pani nie ma w domu. Tak więc Withers, zgodnie z instrukcją, poczekała, aż panna Mapp wejdzie na paluszkach na górę i wprowadziła majora do pokoju w ogrodzie zapowiadając, że „uprzedzi” panią. Nie było to konieczne, bo pani wiedziała. Major wsunął półkoronówkę w jej zdumioną dłoń, myśląc, że to floren. Nie potrafił wyjaśnić tego impulsu, ale u jego podstaw leżała chęć ogólnego przebłagania.
W międzyczasie panna Mapp usiadła na łóżku i stanowczo odrzuciła pomysł, że jego wizyta ma coś wspólnego z małżeństwem. Przez lata przyjacielskich stosunków nigdy tak daleko się nie posunął i – cokolwiek mogła przynieść przyszłość – raczej wątpliwe, by miał się posuwać teraz, gdy ona wymierzała mu karę za nierycerskie zachowanie. Ale cóż miał oznaczać ten surdut? (służąca kapitana Puffina podniosła gąbkę w ulicy. Panna Mapp miała nadzieję, że jest unurzana w błocie). Bardzo logiczną kontynuacją kary byłoby powiedzenie Withers, że się z nim nie spotka, ale tym samym nałożyłaby na samą siebie karę nie do zniesienia, bo nie zaznałaby spokoju nie wiedząc, z jaką misją przyszedł. Czyżby wybierał się by wyzwać padre za wczorajszą kąśliwą uwagę o wydmach i zaszedł do niej, by ją ostrzec, aby mogła przerwać pojedynek? Raczej nie. Niezdolna do zniesienia niepewności, przybrała przed lustrem wyraz mroźnej godności i narzuciła na ramiona obszyty błękitną taśmą płaszcz, w którym usiadła na środku ulicy podczas wizyty księcia. Pasował do surdutu majora. Weszła po kilku schodkach nucąc jakąś melodię i zatrzymała się tuż przy drzwiach. Nie podała mu ręki.
- Chciał się pan ze mną widzieć, majorze Flint? – spytała głosem, jakim mogłyby pozdrawiać się lodowce, mijające się nocą na arktycznych morzach.
Major Flint z pewnością nie wydawał się ucieszony jej widokiem, raczej przestraszony, bo cofnął się w róg pokoju i zdjął kapelusz.
- Dzień dobry, panno Mapp – powiedział. – Bardzo miło z pani strony. Ja... ja wpadłem…
Najwyraźniej trudno mu było powiedzieć, co chciał powiedzieć, ale jeśli myślał, że ona mu pomoże, to był w błędzie.
- Tak, wpadł pan – powiedziała. – Proszę usiąść.
Usiadł; ona nie; podniósł się.
- Przyszedłem – powiedział major – przyszedłem, by wyrazić swoje najgłębsze ubolewanie za mój udział, a raczej za brak aktywniejszego udziału… Pozwoliłem w rzeczy samej mówić mojemu przyjacielowi do pani w sposób który zarówno dyskredytuje….
Panna Mapp przechyliła głowę jakby usiłując przypomnieć sobie jakieś błahe i nieistotne wydarzenie.
- Tak? – powiedziała. – Cóż to było?
- Kapitan Puffin – zaczął major.
Wtedy panna Mapp sobie przypomniała.
- Majorze Flint, mam nadzieję, że nie uzna pan za konieczne wymienianie przy mnie imienia kapitana Puffina. Życzę mu jak najlepiej, ale ani on, ani jego sprawy mnie nie interesują. Mam podstawy by przypuszczać, że w chwili, którą wspominasz, był on całkowicie pijany. Tylko odurzenie alkoholowe tłumaczy to, co powiedział. Zostawmy kapitana Puffina poza nawiasem tego, co zamierza mi pan powiedzieć.
To było zręczne posunięcie; zmuszało majora do rozpoczęcia od nowa.
- Przyszedłem wyłącznie we własnej sprawie – zaczął.
- Rozumiem – powiedziała panna Mapp, natychmiast wracając do kapitana Puffina. – Kapitan Puffin, już, jak przypuszczam, trzeźwy, nie wyraził żadnej skruchy za swoje słowa wypowiedziane pod wpływem. Widzę, że nie mogę spodziewać się po nim niczego innego. Ale obawiam się, że panu przerwałam.
Major Flint wyrzucił przyjaciela za burtę, jak balast z przekłutego balonu.
- Mówię wyłącznie we własnym imieniu – powiedział. – Zachowałem się, panno Mapp, jak – cóż – padalec. Bezbronna dama, bezczelny pijak – mówię o kapitanie P – bardzo mi ze swej strony przykro.
Aż do tej chwili panna Mapp nie była zdecydowana, czy ma mu wybaczyć, czy nie; ale oto ujrzała, jak druzgocącą karę może wymierzyć Puffinowi jeśli przebaczy skruszonemu i szczerze żałującemu majorowi. Już teraz wyrażał się w mocnych słowach o zachowaniu przyjaciela, a ona mogła uczynić życie ich obu – a zwłaszcza Puffina - naprawdę paskudnym, gdyby przekonała majora, że jeśli naprawdę mu przykro, nie może utrzymywać z nim dalszych stosunków. Skończyłby się golf, nie byłoby pamiętników. Poza tym, gdyby zauważono, że znów jest w dobrych stosunkach z majorem, a zerwała je z kapitanem Puffinem, naturalną interpretacją byłoby, że dowiedziała się, że w tamtej początkowej kłótni major tak bronił jej przed szkalowaniem jakiegoś jadowitego języka, że posunął się do rzucenia wyzwania, choć potem uciekł. Tilling było dość sprytne żeby wyciągnąć taki wniosek i bez jej sugestii… Ale gdyby żadnemu z nich nie przebaczyła, pewnie nadal razem by pili i grali i wygadywali o niej okropności i w nosie mieli jej przebaczenie. Podjęła decyzję i uśmiechnęła się słabo.
- Och, majorze Flint – rzekła – byłam zraniona do głębi, że stał pan przy tym człowieku – o ile człowiekiem go nazwać można – mówiącym do mnie tak ohydne rzeczy i nie wziął pan mojej strony. Poczułam się taka samotna. Zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi, a tu odwraca się pan nagle do mnie plecami. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Oka w nocy nie zmrużyłam.
To była wzruszająca przemowa, więc major gwałtownie potarł meszek na cylindrze pod włos… Wtem panna Mapp rozbłysnęła najbardziej promiennym z uśmiechów.
- Och, tak się cieszę, że przyszedł pan przeprosić! – powiedziała. – Drogi majorze Benjy, znów jesteśmy przyjaciółmi.
Otarła oczy chusteczką.
- Ależ ze mnie głuptas – powiedziała. – A teraz, proszę się rozgościć i zapalić papierosa.
Major Flint ucałował dłoń, którą do niego wyciągnęła i odchrząknął, by okazać emocje. Poczuł naprawdę ogromną ulgę na myśl, że w czasie przyjęć brydżowych nie usłyszy od nikogo okropnych aluzji do pojedynków.
- A skoro ma pan taką opinię o kapitanie Puffinie – powiedziała – to oczywiście już się pan z nim nie spotka. Pan i ja myślimy tak samo, prawda? Odciął się pan od niego kompletnie. Sam fakt przeprosin o tym świadczy.
Dla majora było jasne, że był to warunek konieczny do uzyskania przebaczenia, choć ta myśl, tak oczywista dla panny Mapp, w jego głowie wcześniej nie postała. Ale cóż, musiał albo się z tym pogodzić albo znów zostać wyrzutkiem. Mógłby wyjaśnić to Puffinowi pod osłoną nocy, lub może alfabetem znaków, przez okno….
- Niewybaczalne, uwłaczające zachowanie – powiedział. – Phi!
- Tak się cieszę, że i pan tak uważa – powiedziała panna Mapp, uśmiechając się tak, że mógł obejrzeć cały komplet jej ładnych zębów. – Och, mogę zrobić jeszcze malutką uwagę? Mam takie poczucie… czuję, że ten straszny szok, jakiego doznałam pod wpływem obrazy, krył w sobie w istocie błogosławieństwo, skoro jego wynikiem będzie położenie kresu pana zażyłości z tym człowiekiem. Nigdy jej nie pochwalałam, a po ostatniej nocy to już w ogóle… To nie jest przyjaciel dla pana. Och, jaka jestem wdzięczna!
Major Flint zobaczył jasno, że w obecnej chwili jest bezwzględnie zobowiązany do przestrzegania tej klauzuli traktatu pokojowego. Nie zniósłby jego zerwania, co nastąpiłoby bez wątpienia, gdyby nie zgodził się zaakceptować go całkowicie, nie był też w stanie wyobrazić sobie, że opuszcza ten pokój w atmosferze wznowienia działań wojennych. Dziś i tak przegrałby partię golfa, nie mówiąc już o tym, że prawie nie miałby czasu na powrót do domu i przebranie się (pomysł grania w golfa w surducie i cylindrze był niedorzeczny) oraz złapanie tramwaju o 11;20, więc i tak nie będzie widziany w towarzystwie Puffina. Dotarło też do niego, że jeśli nie uda się nakłonić Puffina do przeproszenia panny Mapp, to w przyszłości, aby znów grać w golfa z przyjacielem, będzie musiał uciekać się do niekończących się podstępów i oszustw, aby uniknąć wykrycia. Jeden będzie musiał wyruszać dziesięć minut przed drugim i iść do tramwaju jakąś niezwykle okrężną drogą, będą musieli grywać potajemnie i ukradkiem i rozstawać się zanim dojdą do budynku klubu golfowego, może trzeba się będzie przebierać, trudności było co niemiara. Ale o tym mógł pomyśleć później; obecnie musiał się zanurzyć w zachwycie nad otrzymanym wybaczeniem.
- Bardzo pani łaskawa, panno Elizabeth – powiedział – A co do tego… nie, nie będę już wspominał jego imienia.
Panna Mapp roześmiała się radośnie i obmyśliwszy dalszy plan, z chęcią odeszła od tematu kapitanów i obelg.
- Proszę tylko spojrzeć – rzekła. – Odkryłam, że te różyczki znów zakwitły, mimo, że mamy koniec listopada. Dzielne, kochane maleństwa, prawda? Jedna do butonierki, majorze? Muszę zrobić moje malutkie zakupy, bo inaczej Withers mnie skrzyczy – Withers jest dla mnie bardzo surowa, trzyma mnie w karbach! Jeśli idzie pan do miasta, weźmie mnie pan z sobą? Założę tylko kapelusz.
W obecnej sytuacji taka prośba była rozkazem i dwie minuty później wyruszyli.
Szczęście, jak zwykle, pokazało swoje pokrętne oblicze, bo pod drzwiami majora stał kapitan Puffin nie mogąc doczekać się jego powrotu (mogli spóźnić się na tramwaj); a oto w jego stronę szli panna Mapp w płaszczu z niebieską lamówką i major ubrany jak na wesele w surducie, cylindrze i z kwiatem w butonierce. Ona nie spojrzała na Puffina i kompletnie go zignorowała; wydawała się w ogóle go nie zauważyć, tak ożywiona i miła była jej rozmowa z towarzyszem. Major, tak przynajmniej wydawało się Puffinowi, usiłował rzucić mu spłoszone i oszołomione spojrzenie, ale nie był tego całkiem pewien, tak szybko przekształciło się ono w życzliwe zainteresowanie słowami panny Mapp, a Puffin gapił się za nimi z otwartymi ustami, bo straszni byli jak zbrojna armia pod sztandarami. Potem Diva, która wyśliznęła się gładko ze sklepu rybnego, stanęła – na ile potrafiła - jak wryta, przyglądając się temu absolutnie niewytłumaczalnemu zjawisku.
- Dzień dobry, Divo kochana – powiedziała panna Mapp. – Major Benjy i ja razem robimy nasze małe zakupy. Jak to miło z jego strony, prawda? I niegrzecznie z mojej, że zawłaszczam jego czas. Powiedziałam mu, że powinien był teraz grać w golfa. Co za piękny dzień! Au reservoir, kochanie! Ach, jest i padre, majorze Benjy! Jak on szybko chodzi! Tak, widzi nas! A oto i pani Poppit, wszyscy korzystają ze słońca. Co za piękne futro, choć wydaje mi się, że za ciężkie i ciepłe. Dzień dobry, droga Susan! Ty też na zakupach, jak major Benjy i ja? Jak się ma droga Isabel?


c.d.n
tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 12 Maj, 2025 11:24   

Napoleon to mały pikuś przy kochanej Elżbiecie :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: drogi Benjy złapany w pułapkę i jak się teraz wykaraskać :angeldevil: ???
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 12 Maj, 2025 21:33   

:rotfl: :rotfl: :rotfl: A major pokutuje za wszystkie grzechy i grzeszki :rotfl:
Uwaga, suknia koloru karmazynowego wjeżdża na tapet!

Panna Mapp wycisnęła z tego poranka co tylko się dało; wielkoduszność przebaczenia wydała wspaniałe owoce. Chodziła w tę i we w tę po High Street z majorem u boku, kupując artykuły spożywcze, papiernicze, rękawiczki, wodę kolońską, sznurówki, „Suplement literacki” Timesa, susz rumiankowy i każdą możliwą rzecz jakiej mogła potrzebować w tym tygodniu, wszystko, by przeciągnąć zakupy tak długo jak tylko się da. Pozwoliła mu (bo tak bardzo go „rozpieszczała”) nieść swój kosz na zakupy, a kiedy był pełen, obwiesiła go jak barana ofiarnego paczuszkami na pętelkach ze sznurka. Czasami zabierała go do sklepu na wypadek, gdyby był tam ktoś, kto nie widział go jeszcze na smyczy, czasami zostawiała go na chodniku w widocznym miejscu przez cały czas odmierzając, jak termometrem lekarskim, rozgorączkowaną ciekawość, która buzowała w żyłach Tilling. Jeszcze wczoraj rozpuściła wieści o jego tchórzostwie, dziś ich zażyłość była rozgadana i pogodna. I proszę, miała go, z jej koszem w ręku, w surducie i cylindrze, obwieszonego paczuszkami jak choinka, cały ranek chodzącego po mieście z nią, zamiast grać w golfa z Puffinem. Panna Mapp dosłownie się wzdrygnęła próbując wyobrazić sobie stan własnego umysłu, gdyby zobaczyła go w takiej komitywie z Divą. Zapewne zaczęłaby (i to słusznie) podejrzewać jakąś ohydną intrygę przeciw sobie. A najlepsze było, że póki sama inaczej nie zdecyduje, nikt się nie dowie, co spowodowało tę metamorfozę tak paraliżującą dla dociekliwych umysłów, bo major Benjy na pewno nigdy nikomu nie powie, że była to pokuta nadana po przeprosinach za grubiaństwo, kiedy to stał z boku i pozwalał pijanemu Puffinowi proponować jej haniebną umowę. Tilling – o biedne Tilling – oszaleje z niepewności co też to wszystko ma znaczyć.
Takich zakupów jeszcze nie buło! Była już prawie pora lunchu, gdy przed jej drzwiami major Flint zdołał w końcu uwolnić się od jej paczek i towarzystwa i powlókł się do domu, spocony i kuśtykający od chodzenia po chodnikach w ciasno dopasowanych lakierkach. Był wymęczony, stopy go piekły; nie zagrał dziś w golfa i – choć mu wybaczono – czuł się jak wrak człowieka. Przez cały ranek robiła z niego pajaca w surducie i cylindrze targającego jej paczki i jeśli warunkiem wybaczenia miałoby być więcej tych koszmarnych oznak przyjaźni, to czuł, że nie zniesie więcej męczących dodatków do odrodzenia do nowego życia. Odwiesił cylinder, wytarł spoconą i pulsującą bólem głowę, kopniakiem zrzucił buty, zdarł z siebie surdut i wściekle rzucił się na whisky z wodą i lunch.
Odzyskiwaniu sił fizycznych towarzyszyło coraz większe przerażenie na myśl o najbliższych perspektywach. Cóż (mówiąc zwięźle) warte było życie, nawet nie niepokojone wspominkami o pojedynkach, bez pociechy w postaci golfa, kłótni i pracy nad pamiętnikami w towarzystwie Puffina? Nie znosił Puffina – nikt nie mógł bardziej go nie znosić – ale nie mógł się bez niego obejść i to wyłącznie wina Puffina, że spędził tak niedorzeczny poranek, bo to Puffin w stanie odurzenia, chcąc uciszyć pannę Mapp jakimś bezsensownym układem, wywołał całą tę niedolę. Nie mógł nawet, ze strachu przed wszystkowidzącym okiem panny Mapp z pokoju ogrodowego, przejść przez ulicę do domu tego kapitańskiego pariasa i przez wyliczanie własnych nieszczęść nakłonić go do natychmiastowego przebłagania panny Mapp. Musiał czekać, aż zapadnie łaskawa noc…
- To po prostu niewolnictwo! – wykrzyknął z pasją.
Pukanie do drzwi bawialni rozerwało łańcuch tych smutnych refleksji a na zaproszenie do wejścia pojawił się nie kto inny, jak sam Puffin. Major zerwał się z krzesła.
- Nie możesz tu zostać! – powiedział cicho, jakby się bał, że ktoś go podsłuchuje. – Panna Mapp może zauważyć, że tu wszedłeś.
Puffin zaśmiał się piskliwie.
- No pewnie, że już widziała – powiedział pogodnie – Stała w oknie jak należy. Odwieczne Światło, tak ją będę nazywał. O co tu u licha chodzi?
- Musisz wracać do siebie – powiedział zdenerwowany major. - ona musi widzieć, że wyszedłeś. Teraz nie mogę wyjaśnić. Przyjdę po kolacji, jak będzie ciemno. Idź, nie ma na co czekać.
Stanowczym ruchem wypchnął osłupiałego Puffina z domu, a twarz panny Mapp, która wyostrzyła się i ściągnęła od podejrzeń i wątpliwości kiedy widziała, jak wchodzi on do domu majora Flinta, zajaśniała słonecznym uśmiechem z dołeczkami, gdy ujrzała, że wraca do siebie.
- Drogi major Benjy – powiedziała – odmówił widzenia się z nim.
I przecięła sznurek dużego kartonowego pudła, które właśnie przysłano od farbowania, z jak najmilszym oczekiwaniem…
Cóż, wyszło naprawdę wspaniale, a panna Greele miała rację, bo nikt by się nie domyślił że tkanina była kiedyś koloru zimorodka. Nie miała dotąd wyobrażenia, jak bogaty był odcień karmazynowy uzyskany w tej sukience; wydawał się niemal rzucać czerwonawą poświatę na sufit, a zafarbowanie pomarańczowego szyfonu, którym ozdobiony był dekolt i rękawy na czarno (zgodnie z wytwornym gustem pani Tytusowej Trout) jeszcze dodało splendoru tej olśniewającej poświacie. W sąsiedztwie tej sukienki błękitna wyglądałaby prawie upiornie i trupio i choć będzie to pewnie przykre dla Divy, to – każdy życzliwy to powie – dostanie ona lekcję nie ulegania pokusom takiego przybierania sukni. Dostanie nauczkę (deja vu) – pomyślała panna Mapp - na brydżu u Susan jutro wieczorem. Kapitan Puffin też dostał nauczkę, bo nigdy nie jesteśmy za starzy ani na naukę, ani na pouczanie.
Choć noc była ciemna i bezksiężycowa, przy drzwiach wejściowych majora stała niedogodnie jasna uliczna lampa gazowa i ten wytrawny strateg, niosąc pod klapą płaszcza zwój pamiętników w kształcie butelki, wyszedł z domu o mniej więcej wpół do dziesiątej aby sprawdzić rynnę, która ciekła na jego podwórko i drzwiami od tyłu wyszedł za róg. Stamtąd zszedł w dół ulicy, minął sklep rybny, przeszedł na tę stronę drogi, przy której mieszkał Puffin i która nie była tak rzęsiście oświetlona i dodał jeszcze środki ostrożności – zgiął kolana by wydać się mniejszym i zaczął utykać. Puffin już rozgrzewał się przy kominku popijając rzymskie drogi i miał szampański humor odnośnie porannych zakupów majora.
- Ale czemu cylinder i surdut, majorze? – spytał. – Kolejna wizyta Księcia Walii, pytałem samego siebie, czy Głos, który tchnął nad Edenem? Napij się – częstuj się moim. Winien ci jestem drinka za dobry ubaw, który mi dziś zapewniłeś.
Gdyby nie ta hojność i potrzeba ugłaskania Puffina, major Fint na pewno nie zniósłby takiej topornej bezmyślności, ale staranny namysł skłonił go do przyjęcia jej z niechętnym humorem. Próba roześmiania się zabrzmiała nieco sztucznie, ale tak to już jest z wymuszoną wesołością.
- Tak, naprawdę musiało to zabawnie wyglądać – powiedział. – Fakt, pomyślałem, że doceni, że w obowiązkowe przeprosiny włożę trochę finezji, a potem ona zaciągnęła mnie na zakupy zanim zdążyłem się przebrać.
- A więc buzi i za rączkę? – spytał Puffin.
Ta te słowa major nieco zesztywniał.
- Do takiej zażyłości nie doszło – powiedział. – Ale przyjęła mój żal z – ha – najuprzejmiejszą łaskawością. Kobieta dobrego serca, sam się przekonasz.
- Pewnie bym się przekonał, gdybym chciał – rzekł Puffin. – Ale po co mam się z nią godzić? Ty to zrobiłeś, a to ją uciszy w sprawie wczesnych pociągów i pojedynków. Nie będzie mi dogryzać dzięki tobie. Jeśli się napiłeś, to oddaj mi butelkę.
Major zrobił to z ociąganiem.
- Musisz iść sam, mój stary – powiedział. – To twój interes, a nikt nigdy nie zarzuci mi, że Benjy Flint wtrącał się w sprawy innych. Ale wierzę, że zrobisz, co trzeba. Mam nadzieję, że cenisz sobie tak samo jak ja nasze wesołe mecze golfowe i przyjemne wieczory.
- Ej, zaraz! Jak to? – spytał Puffin. – Ty też chcesz mnie ignorować?
Major usiadł i oparł duże stopy na kracie kominka. „Takt i dyplomacja, Benjy, mój chłopcze” – powiedział sobie.
- Ha! To właśnie lubię – rzekł. – Porządny ogień i przyjaciel i reszta świata może się bujać. Rzecz nie w ignorowaniu, stary, nie muszę ci tego mówić – ale musimy pogadać. Na przykład, bezceremonialnie wyrzuciłem cię z domu dziś po południu i winien ci jestem wytłumaczenie. Powiem krótko: panna Mapp widziała, że do mnie wchodzisz. Wieczorem nie widziała, jak ja przyszedłem do ciebie – ha! Ha! – dlatego siedzę tu spokojnie. Ale gdyby wiedziała…
Puffina olśniło.
- Oto co się stało, majorze – przedłożyłeś pannę Mapp nad moje towarzystwo.
- Nie, sir, to nie tak – powiedział z naciskiem major. – Siedziałbym tu i pił twoją whisky gdyby tak było? Ale dziś rano, po tym jak ta pani uznała moją skruchę za to, co stało się wczoraj w nocy, uznała, że skoro na całej linii potępiłem swoje zachowanie, to muszę potępić i twoje. To naprawdę było jak jakaś magiczna sztuczka, dokonała się nim zdążyłem cokolwiek z tym zrobić. I zanim miałem czas powiedzieć „wstrzymaj swoje rumaki”, już prowadziła mnie w tę i we wtę po High Street, zawalony paczkami jak stado wielbłądów. Boże, sir, srogo się nacierpiałem, ty chyba nie pojmujesz, jak cierpiałem, nie mógłbym znieść więcej takich poranków, nie mam na to zdrowia.
- Potężna kobieta – powiedział Puffin z namysłem.
- Można tak powiedzieć – odparł major Flint. – Dobrze powiedziane. Naprawdę jest potężna, potężnie wygadana i zdolna do potężnej złośliwości, a jeśli zobaczy, że znów jesteśmy w dobrej komitywie, piekło nam rozpęta, póki się z nią nie pogodzisz.
- Hm, tak. Ale równie dobrze może mi powiedzieć, żebym się udławił moimi przeprosinami.
- Spróbuj stary – powiedział major zachęcająco.
Puffin spojrzał na swoją whisky.
- Częstuj się, majorze – powiedział. – Zdaje mi się, że wiesz – będziesz musiał mi pomóc. Idź, wybadaj ją, sprawdź, czy jest szansa, że mnie łaskawie przyjmie.
- Nie, sir – odpowiedział major twardo. – Nie zaryzykuję kolejnych porannych zakupów na High Street.
- Nie musisz. Poczekaj aż jutro wróci z zakupów.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 13 Maj, 2025 11:35   

Ajajajaaaaaj :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: suknia zapowiada sie imponująco , a kapitan będzie jednak musiał popełznąć do Canossy...
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.