To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)

Agn - Nie 22 Lis, 2009 11:48

Pan Darcy też jest niedzisiejszy, a powiedz mi, że cię facet denerwuje. :twisted:
Nie, to raczej nie w tym rzecz. Edward jest po prostu nudny. Nie lubię ideałów.

Admete - Nie 22 Lis, 2009 12:02

Ja tam zachęcam dziewczyny w gimnazjum i szóstoklasistki - niech idą do kina, nastolatkami są w końcu ;) Tłumaczę też, że polska wersja powieści jest straszna pod względem językowym i żeby uważały, bo styl jest zły. Proponuję, żeby czytały po angielsku - przynajmniej pożytek z tego będzie językowy, bo nie ma tam na pewno tak rażących błędów jak w polskiej wersji i poćwiczą angielski. Styl oryginału jest chyba na tyle prosty, że takie zdolniejsze gimnazjalistki mogą przeczytać. Faktem jest, że romantyzm książki może podziałać na młode niedoświadczone umysły, jak te "książki zbójeckie? ;) w Dziadach, o których Gustaw z taką goryczą mówił, ale to już nie moja sprawa - życie zweryfikuje takie romantyczne wyobrażenia na temat miłości ;) Filmy pewnie są lepsze od książki, na pewno bardzo sprawnie zrobione, bo obejrzałam fragment pierwszego - do momentu, gdy na stołówce pojawił się Edward ;) , a potem jakiś fragment z grą w piłkę w trakcie burzy ( w obu przypadkach dostałam ostrych napadów śmiechu i poszłam, żeby nie psuć oglądania Rielli, której się film podobał ). Te fragmenty świadczą o technicznej sprawności i dobrym poziomie filmów.
spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 12:18

Nie jestem zapiszczaną fanką, a już na pewno nie jestem nastolatką, ale powiem, co myślę: Edward jest super. :mrgreen: U mnie ta postać porusza wszystkie właściwe struny, ponieważ lubię i rozumiem osoby, które czują zbyt mocno dla ich własnego dobra, które przywiązują się zbyt mocno i na zawsze. Sama taka jestem. Mam również tendencję do nadmiernego dramatyzowania, więc nie drażni mnie to u Edwarda, ani jego mania ubierania wszstkich uczuć w długie i kwieciste sentencje - to również w moim stylu :mrgreen: Rozumiem nawet jego nadopiekuńczość - miał powody, bo Bella była naprawdę żadką pierdołą i w dodatku miała ogromnego pecha i bez przerwy ściągała sobie na głowę kłopoty.
Zawsze uwielbiałam historie, w których miłość graniczyła z obsesją (ponieważ lubię intensywne uczucia). Bardzo podobają mi się w Eclipse nawiązania do Wichrowych Wzgórz a Heathcliff stanowi jedną z moich ukochanych postaci literackich - obsesja i miłość aż po grób, to rozumiem! :-)
Pamiętam, kiedy jako wczesna nastolatka czytałam Sienkiewiczowską Trylogię i od razu zakochałam się w Bohunie. Na tle spętanego honorem i poczuciem obowiązku Skrzetuskiego, Bohun, który z pasją i fantazją nie wahał się posuwać do zdrady, przekupstwa, szantażu i porwania aby zdobyć ukochaną kobietę, wypadał dla mnie wyjątkowo dobrze i zawsze uważałam, że Helena była głupia, że nie chciała faceta, który udowodnił, że dla niej jest gotów na wszystko i do końca życia wielbił by ziemię pod jej stopami.
Wracając do Zmierzchu, Jacoba, oczywiście, lubię, szczególnie w New Moon kiedy jeszcze nie jest zgorzkniały. Ma mnóstwo fajnych tekstów, jest przystojny, sympatyczny, odważny, zabawny i inteligentny- czego tu nie lubić? Ale Edward to Edward- ideał. Poza tym ta saga to historia Belli i Edwarda, nie Belli i Jacoba, tak jak Romeo i Julia (do których New Moon często nawiązuje) to historia Romea i Julii a nie Julii i Parysa, choćby nawet Parys biegał bez koszulki i był superfajnym Indianinem-wilkołakiem (a mam olbrzymią słabość do Indian, mniam! :slina: ) i jednak, mimo wszystko, mogliby nie skracać już i tak krótkich scen z Edwardem. W moim egzemplarzy książki New Moon mam zaznaczone strony, na których Eward znika a potem wraca. Środkową część czyta mi się dobrze, ale często sprawdzam numer strony i myślę "jeszcze tylko 200 stron do Edwarda...". Call me crazy. :mrgreen:
Jeśli chodzi o muskulaturę, Edward jako facet, który stał się nieśmiertelny nie tylko w wieku 17 lat, ale również w czasach, w których nikt nie słyszał jeszcze o czymś takim jak siłownia, musi być mniej muskularny niż Jacob. Natomiast często w książce opisywana "marmurowa" skóra powinna być jak marmur gładka. Uważam, że Pattinson powinien się poświęcić i wygolić z tej okazji klatę. Owłosiony marmur jest zdecydowanie mniej sexy. :wink:

RaczejRozwazna - Nie 22 Lis, 2009 12:28

Agn napisał/a:
A Taylor Lautner wygląda odpowiednio. Może jest ciut za niski, ale wg mnie najważniejsze w tej postaci jest coś innego - chodzi o ciepło. Nie tyle temperatura ciała, ale chodzi mi o takie ciepło... jak to ująć? Że człowiekowi się robi o wiele fajniej w życiu tylko dzięki temu, że spędza czas z najlepszym przyjacielem. No i uśmiech - dokładnie taki jak ma być. Jakby słońce wychodziło zza chmur.


O to to. Ubrałaś ładnie w słowa to, co jakośc intuicyjnie czułam w stosunku do Jacoba. No i po postu jest ludzki - bardzo ludzki w porównaniu z idealnym Ed.

Edward jest ok w I cz. - gdy widać w nim to napięcie między żądzą krwi Belli i miłością do niej, a w następnych częściach, gdy jet tak idealny do bóu, przestaje być już autentyczny... A ja sztuczności nie lubię, choć - podobnie jak Spin - uwielbiam opowieści o idealnej miłości. Jakoś przecież trafiło się na to forum w zamierzchłych czasach... :wink:

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 12:31

Admete napisał/a:
Styl oryginału jest chyba na tyle prosty, że takie zdolniejsze gimnazjalistki mogą przeczytać.

Nie zgodzę się z tym twierdzeniem. Jako tłumacz, za każdym razem, kiedy czytam tę książkę wysyłam kilka ciepłych myśli w stronę osoby, która musiała to przełożyć na polski. Nie czytałam polskiego tłumaczenia (choć wiem, że nie jest dobre), ale ja uciekłabym z krzykiem, gdyby zlecono mi tłumaczenie sagi. Polski język, niestety, nie obfituje w wyrażenia, w których gustuje Meyer. Już zróżnicowanie śmiechu i uśmiechów bohaterów (grin, smirk, chuckle, chortle, etc.) wychodzi kulawo i kulawo wyjść musi. To samo ze zwierzęcymi odgłosami wampirów i wilkołaków (growl, snarl, hiss, yelp, howl, etc.). Przy "imprinting" każdy tłumacz musi się położyć. Prawie na każdej stronie tekstu są takie kwiatki. to tyle jako tłumacz.
Jako nauczyciel natomiast mogę się tylko uśmiechnąć ze smutkiem. Nie znam takich zdolnych gimnazjalistek. Ani nawet maturzystek. Płci obojga. Cała szkoła średnia to żmudna walka nauczycieli-korepetytorów z syzyfową pracą, jaką jest przygotowanie do matury na poziomie podstawowym. W szkołach dzieci najwyraźniej nie uczą się niczego i już widok zadań w repetytorium Longmana wywołuje u nich popłoch. Daj im prawdziwą, nieuproszczoną wersję książki w oryginale do poczytania i patrz, jak uciekają z krzykiem :mrgreen:

Admete - Nie 22 Lis, 2009 12:37

Cytat:
Nie zgodzę się z tym twierdzeniem. Jako tłumacz, za każdym razem, kiedy czytam tę książkę wysyłam kilka ciepłych myśli w stronę osoby, która musiała to przełożyć na polski


Dobry tłumacz, by sobie poradził, nie mam żadnych ciepłych myśli dla takiej osoby, która to tłumaczenie zrobiła. Sorry, okrutna jestem w tym względzie. Wydawnictwo pewnie dodatkowo na korekcie zaoszczędziło :shock: Takie czasy niestety. Moim zdaniem trzeba znać nie tylko obcy język, ale także swój własny. I nie chodzi mi tylko o słownictwo, ale o źle zbudowane zdania ( po polsku ). Tu już znajomość naszej gramatyki leży.

Cytat:
Prawie na każdej stronie tekstu są takie kwiatki.


Jeśli to aż tak źle napisane, że są tam "kwiatki", to po co czytać?

Cytat:
Nie znam takich zdolnych gimnazjalistek


A ja znam. Mają od najmłodszych klas angielski, jeżdżą za granicę, bo dużo osób wyjechało z ich rodzin. Dlaczego mają nie znać angielskiego? Nie mówię, że jest ich dużo, ale to akurat te, które są dobre ze wszystkich przedmiotów i akurat te czytają książki. Reszta nie czyta nawet po polsku, więc ich to nie dotyczy.

Nic na to nie poradzę, że dla mnie taka miłość jest sztuczna i naiwna. W sam raz dla nastolatek i młodych kobiet. W tym względzie ja już młoda nie jestem i chyba nigdy za bardzo nie byłam ;) Taka skaza ;) Nie na tym miłość w prawdziwym życiu polega. Wichrowe wzgórza nigdy mi się nie podobły za bardzo. Chyba ze względu na bohaterów dla mnie dziwacznych. No i fakt, że uczę w szkole nie pozwala mi zachwycać się nastoletnią miłością, to by była pedofilia ;)
Spin nie musisz aż tak bardzo uzasadniać swoich upodobań. Mnie naprawdę cieszy, że inni się cieszą :) Rielli się film podobał i na pewno będę się starać, żeby obejrzała i New Moon - jeśli jej to sprawi radość, będzie mi bardziej niż miło dostarczyć jej trochę tej radości ;)

Agn - Nie 22 Lis, 2009 12:59

spin_girl napisał/a:
Nie jestem zapiszczaną fanką, a już na pewno nie jestem nastolatką,

Toteż właśnie dlatego nie wywracam oczyma.
spin_girl napisał/a:
Uważam, że Pattinson powinien się poświęcić i wygolić z tej okazji klatę. Owłosiony marmur jest zdecydowanie mniej sexy. :wink:

Rzecz gustu. Mnie się właśnie podoba to, że nie zgolił. Golenie klaty? W tamtych czasach? Jezu, a po co? A skoro już zastygł w takim ciele, to się to nie zmieni. Poza tym dla mnie golenie klaty wcale nie jest seksowne. Jak widać - to rzecz gustu.

Poza tym proszę nie pluć na tłumaczkę, czegokolwiek by nie zrobiła, nie była w stanie ani poprawić, ani zniszczyć dialogów pokroju:

- Kocham cię.
- Jesteś całym moim życiem.


Sorry, ale właśnie tego typu dialogi, opisy ślinienia się i takich tam niszczą książkę. Oraz narracja. Oraz imho zły sposób rozwinięcia skądinąd bardzo dobrego pomysłu na powieść.

Miłość granicząca z obsesją? Owszem, tylko że Bronte umiała to napisać, a Meyer - nie. Bella się ślini na widok Edwarda, wszystko skupia wokół niego, choć nie ma przy tym jakichś przeciwności losu, bo to nie te czasy, w których pochodzenie przekreśla szczęście kochanków. Poza tym u Bronte była i obsesja i zło. Jak kocham Heathcliffe'a, tak pozytywnym bohaterem bym go nie nazwała. Catherine zresztą też nie.
W wykonaniu Belli ta obsesja była raczej pchaniem się w inny świat. To było takie... namolne, męczące. Ale skoro Edward to lubi...
Odnośnie czy to historia Belli i Edwarda - oczywiście, że nie Belli i Jacoba, ale Jacob jest w tej historii bardzo ważną, z czasem równorzędną postacią, ponieważ zrobił się trójkąt. A i tak Black dołączył poniekąd do rodziny Cullenów, choć Meyer tu zrobiła naprawdę uproszczenie, byle wilk(ołak) był syty i owca (jagnię) cała. Związek Bella/Edward jest główny, ale Bella/Jacob jest równie ważny. Między nimi w końcu nie było tylko miłości, ale również wielka przyjaźń, która imho o wiele lepiej wygląda niż wątek miłosny, ale to już temat na dłuuuuuugą dyskusję.

Btw Spin, cieszę się, że wróciłaś do wątku. :)

By the way btw w pierwszej klasie liceum (lat 15) czytywałam książki w języku angielskim, choć dopiero zaczynałam uczyć się tego języka. To nie jest takie trudne, a słownictwo Meyer nie jest strasznie rozbudowane, zaś styl nie nastręcza problemów. To nie Tolkien. :)

Aragonte - Nie 22 Lis, 2009 13:05

Tak sobie czytam wasza dyskusję (zamiast uczyć się do zaliczenia - ha, każdy pretekst jest dobry, żeby uciec przed wstępem do językoznawstwa :wink: ) i dochodzę do wniosku, że chociaż filmy okołozmierzchowe powinnam obejrzeć, żeby mniej więcej wiedzieć, o co biega. Ale wolałabym obejrzeć te filmy w dobrym towarzystwie, bo przewiduję sfazowanie jak rzadko... Może namówię Praedzio, żeby się poświęciła? :mysle: Może jeśli obiecam jej kupić wiśniówkę na ten seans, to może się zgodzi :-P

A co do miłości romantycznych do bólu (vide Heatcliff i Cathy, Romeo i Julia etc.) - czyta mi się o takowych dobrze, wzruszam się itepede, ale zawsze zastanawiam się trzeźwo po zakończeniu: czy byłoby dalej tak romantycznie, gdyby te pary mogły ze sobą naprawdę być? Szczerze wątpię, żeby Bohun zamiatał pył przed Heleną, gdyby przeżyli ze sobą dwadzieścia lat :wink: Może jestem zgryźliwa i cyniczna, ale nie wierzę. Zakochanie to stan przejściowy. Hormony i takie tam :wink:

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 13:06

Admete napisał/a:
Jeśli to aż tak źle napisane, że są tam "kwiatki", to po co czytać?

to nie są "kwiatki' w postaci błędów, tylko "kwiatki" w postaci słów, które brzmią bardzo dobrze w oryginale a o wiele gorzej w tłumaczeniu. Będę bronić stylu Meyer - może to nie Shakespeare, ale też i nie grafomania. Styl jest prosty, ale gładko się to czyta i książki są jak najbardziej językowo i gramatycznie poprawne. Nie czytałam polskiego tłumaczenia i nie wiem, kto je wykonał, ale skoro są błędy gramatyczne to nie ma wybacz :wink:
Admete napisał/a:
Nie na tym miłość w prawdziwym życiu polega

owszem, ale to nie jest życie tylko fikcja. W dodatku jedna z zakochanych stron jest wampirem, co, moim zdaniem, wiele usprawiedliwia. Nie wiadomo jak to wygląda w prawdziwym życiu u wampirów :wink:
Admete napisał/a:
Spin nie musisz aż tak bardzo uzasadnaić swoich upodobań

Czy to jest prośba o krótsze posty? :wink: Wiem, że nie muszę. W ogóle nic nie muszę. Uzasadniam, bo lubię. Uważam, że dobre uzasadnienie jest podstawą zrozumienia poglądów innej osoby. Nigdy nie mówię, że coś lubię, albo nie "bo tak i już". Zawsze staram się uzasadnić swoją opinię. Żeby nie było niedomówień- ja się nie bronię. Lubię Edwarda i mam do tego prawo. Tak samo, jak inni mają prawo go nie lubić. Ale to właśnie argumenty uzasadnienia naszych opinii są podstawą dyskusji.

Admete - Nie 22 Lis, 2009 13:07

Cytat:
To nie jest takie trudne, a słownictwo Meyer nie jest strasznie rozbudowane, zaś styl nie nastręcza problemów. To nie Tolkien


O to mi właśnie chodziło.

Dla mnie emocjonalne uzasadnienie - "lubię, bo lubię" jest całkiem sensowne. Niektórych rzeczy nie da się wytłumaczyć.

O grafomaństwie się nie wypowiem, bo nie znam angielskiej wersji. Wierzę Ci na słowo, że jest lepsza. Choć z drugiej strony sądzę też, ze nawet najlepsza znajomośc obcego języka nie jest równa znajomości rodzimego i łatwiej w obcym odpuścić zły tyl niż we własnym ;)

Fikcja fikcją, ale jakieś prawdopodobieństwo psychologiczne musi być. Za daleko odeszłam od nastolatkowości, żeby uczucia opisane przez pania M. były dla mnie atrakcyjne. Proszę nie brać tego do siebie. Ja nie byłam nigdy nastolatką w takich współczesnych, dzisiejszych kategoriach, nie podpadałam pod taką emocjonalnośc. Nie neguję jej w żaden sposób, zwyczajnie nie przechodziłam nigdy takiego etapu. Jeśli się nastoletnio buntowałam, to nie miało to nic wspólnego z nastoletnią miłością czy romantyzmem.

I ostatnie - jak sie uczy już długo w szkole, to do pewnych spraw trzeba mieć dystans, bo inaczej sie zwariuje ;) Tak więc mam dystans do nastoletnich uczuciowych zawirowań. To domena rodziców, nie moja.

Aragonte - Nie 22 Lis, 2009 13:10

spin_girl napisał/a:
Admete napisał/a:
Spin nie musisz aż tak bardzo uzasadnaić swoich upodobań

Czy to jest prośba o krótsze posty? :wink: Wiem, że nie muszę. W ogóle nic nie muszę. Uzasadniam, bo lubię. Uważam, że dobre uzasadnienie jest podstawą zrozumienia poglądów innej osoby. Nigdy nie mówię, że coś lubię, albo nie "bo tak i już". Zawsze staram się uzasadnić swoją opinię. Żeby nie było niedomówień- ja się nie bronię. Lubię Edwarda i mam do tego prawo. Tak samo, jak inni mają prawo go nie lubić. Ale to właśnie argumenty uzasadnienia naszych opinii są podstawą dyskusji.

Spin, myślę, że wszystkie czytamy z dużym zainteresowaniem Twoje posty o Zmierzchu. Nie czuj się ograniczana w swoich wypowiedziach. Dla mnie jest to ciekawe, bo przecież piszczącą nastolatką nie jesteś. Skoro Ciebie wzięło, to znaczy, że pewnie coś w tych książkach jest (na co z kolei jest odporna Admete i póki co ja).

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 13:13

Agn napisał/a:
Poza tym proszę nie pluć na tłumaczkę, czegokolwiek by nie zrobiła, nie była w stanie ani poprawić, ani zniszczyć dialogów pokroju:

- Kocham cię.
- Jesteś całym moim życiem.

a co jest złego w tym dialogu? :shock: Miał odpowiedzieć jak Han Solo w Gwiezdnych Wojnach "Wiem"? :mrgreen: to ja już wolę "Jesteś całym moim życiem" :mrgreen:
Agn napisał/a:
Btw Spin, cieszę się, że wróciłaś do wątku.

Dziękuję bardzo. Też się cieszę. :hug_grupowy:
Agn napisał/a:
By the way btw w pierwszej klasie liceum (lat 15) czytywałam książki w języku angielskim, choć dopiero zaczynałam uczyć się tego języka. To nie jest takie trudne, a słownictwo Meyer nie jest strasznie rozbudowane, zaś styl nie nastręcza problemów. To nie Tolkien.

Serio :shock: Ja zaczęłam dopiero na pierwszym roku filologii.
Aragonte napisał/a:
Tak sobie czytam wasza dyskusję (zamiast uczyć się do zaliczenia - ha, każdy pretekst jest dobry, żeby uciec przed wstępem do językoznawstwa )

a ja właśnie piszę pracę magisterską. Po polsku zamiast po angielsku i o Zmierzchu zamiast o Jane Austen. I już drugą godzinę tak piszę :mrgreen:

Admete - Nie 22 Lis, 2009 13:18

Cytat:
Agn napisał/a:
By the way btw w pierwszej klasie liceum (lat 15) czytywałam książki w języku angielskim, choć dopiero zaczynałam uczyć się tego języka. To nie jest takie trudne, a słownictwo Meyer nie jest strasznie rozbudowane, zaś styl nie nastręcza problemów. To nie Tolkien.

Serio Ja zaczęłam dopiero na pierwszym roku filologii.


Znam takie, co to całego Pottera czytały na bieżąco po angielsku,a teraz wcale angielskiego nie studiują tylko psychologię i teologię ;)

Fibula - Nie 22 Lis, 2009 13:22

spin_girl napisał/a:
W szkołach dzieci najwyraźniej nie uczą się niczego i już widok zadań w repetytorium Longmana wywołuje u nich popłoch.

Ano nie uczą się i nie zawsze jest to ich wina. Co prawda w programie obowiązkowy angielski jest od zerówki, ale o jego poziomie merytorycznym szkoda mówić. Syn jest w III klasie podstawówki i od początku roku przerobili 6 stron z podręcznika i 4 strony z ćwiczeń, a mają dwie godziny angielskiego tygodniowo. Żeby było śmieszniej, dwa lata uczyli się z Bugsa (cz. 1 i 2), a w tym roku, mimo iż jest Bugs 3, korzystają z New Friends, podręcznika przeznaczonego dla klasy IV. I będą go wałkować przez dwa lata. Dodajmy do tego kłopoty kadrowe (w ubiegłym roku byle jakie zastępstwo udało się znaleźć w połowie roku szkolnego) i brak przygotowania anglistów do pracy z dziećmi. Nie każdego stać na prywatne lekcje i nie każdy rodzic na tyle zna język, by pomóc dziecku w domu.

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 13:23

Nie ma przecież obowiązku studiowania filologii :mrgreen: Można znać język i studiować coś innego.
Zazdroszczę Wam jednak znajomych. W moim otoczeniu wyłącznie ludzie ze studiów filologicznych czytają po angielsku. Reszta nawet nie chce spróbować. Jestem na V roku studiów a obcy ludzie i znajomi ciągle pytają mnie z niedowierzaniem "czytasz ksiązki po angielsku? CAŁE książki?" Co z kolei u mnie powoduje przerwacanie oczami, bo zawsze mi się wydawało, że to się samo przez się rozumie, że na filologii się czyta książki w danym języku.

Aragonte - Nie 22 Lis, 2009 13:23

spin_girl napisał/a:
Agn napisał/a:
Poza tym proszę nie pluć na tłumaczkę, czegokolwiek by nie zrobiła, nie była w stanie ani poprawić, ani zniszczyć dialogów pokroju:

- Kocham cię.
- Jesteś całym moim życiem.

a co jest złego w tym dialogu? :shock: Miał odpowiedzieć jak Han Solo w Gwiezdnych Wojnach "Wiem"? :mrgreen: to ja już wolę "Jesteś całym moim życiem" :mrgreen:

A ja uwielbiam Hana Solo właśnie za to odrzucenie konwencji :mrgreen: Tzn. z tego, co wiem, zmodyfikował ten dialog Harrison Ford, o okolicznościach chyba ktoś pisał w wątku Star Wars. Zresztą te okoliczności były takie... no, mało ciekawe, że powiem eufemistycznie :roll: I dalekie od romantyzmu.

A co do czytania książek po angielsku - też bym chciała :wink: Na razie ograniczam się do czytania fanfików do Babylon 5, ale do książek też się zabiorę. Howgh :wink:

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 13:25

Fibula napisał/a:
spin_girl napisał/a:
W szkołach dzieci najwyraźniej nie uczą się niczego i już widok zadań w repetytorium Longmana wywołuje u nich popłoch.

Ano nie uczą się i nie zawsze jest to ich wina. Co prawda w programie obowiązkowy angielski jest od zerówki, ale o jego poziomie merytorycznym szkoda mówić. Syn jest w III klasie podstawówki i od początku roku przerobili 6 stron z podręcznika i 4 strony z ćwiczeń, a mają dwie godziny angielskiego tygodniowo. Żeby było śmieszniej, dwa lata uczyli się z Bugsa (cz. 1 i 2), a w tym roku, mimo iż jest Bugs 3, korzystają z New Friends, podręcznika przeznaczonego dla klasy IV. I będą go wałkować przez dwa lata. Dodajmy do tego kłopoty kadrowe (w ubiegłym roku byle jakie zastępstwo udało się znaleźć w połowie roku szkolnego) i brak przygotowania anglistów do pracy z dziećmi. Nie każdego stać na prywatne lekcje i nie każdy rodzic na tyle zna język, by pomóc dziecku w domu.

i to jest mniej więcej to, co słyszę na każdym kroku od rodziców uczniów i samych uczniów. Przygotowuję obecnie do matury chłopaka, któremu w ciągu 3 lat 4 razy zmieniały się nauczycielki angielskiego. Musiałam narzucić straszne tempo pracy, żeby zdążyć przerobić z nim cały materiał a i tak mam obawy, czy sobie poradzi.

Agn - Nie 22 Lis, 2009 13:31

spin_girl napisał/a:
Agn napisał/a:
- Kocham cię.
- Jesteś całym moim życiem.

a co jest złego w tym dialogu? :shock: Miał odpowiedzieć jak Han Solo w Gwiezdnych Wojnach "Wiem"? :mrgreen: to ja już wolę "Jesteś całym moim życiem" :mrgreen:

To, że przez wszystkie tomy nic więcej ze związku Belli i Edwarda nie wynika poza tym, że się tak baaaaardzo kochają i w zasadzie nie rozmawiają o niczym innym. Nawet się nigdy nie kłócą, a miłość kapie ze wszystkiego, co robią i robi mi się obrzydliwie od tego słodko. I tak przez cztery tomy.
Dla mnie to jednak grafomania. W dialogach też powinno być coś prawdopodobnego, a nie tylko czysta fantazja. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by Stefania i jej mąż tak do siebie gadali. Oraz że ona bałwochwalczo wielbi go, ponieważ on z nią wytrzymuje. Pff!Proszę cię, kto tak gada? Ponadstuletni wampir powinien mieć coś ciekawszego do powiedzenia niż tylko deklaracje miłości, chwalenie się totalną niewiedzą względem pochodzenia własnego gatunku (oraz brakiem logiki w postrzeganiu go przy całej swojej "filozofii") i postępowania jak, przepraszam, idiota (vide rozstanie w NM).
Po lekturze czterech tomów nic więcej poza wyznaniami miłości w pamięci nie zostaje. I to jest drażniące. A jak czytam np. Anne Rice (albo Yarbro) to pamiętam, co się wydarzyło, filozofię i przemyślenia bohaterów, nastrój zbudowanego świata.

Edycja: odnośnie tego, czy Ed miał odpowiedzieć Belli jak Han Solo, to powiem tak - a choćby! Przynajmniej w tym wszystkim byłaby ikra.

Admete - Nie 22 Lis, 2009 13:32

My mamy stałych nauczycieli angielskiego - dwie starsze trochę nauczycielki, które zrobiły licencjat z angielskiego w ten sposób, że przez trzy lata miały zajęcia codziennie po pracy. W zasadzie więc, były to studia wieczorowe. Wcześniej znały dobrze angielski, ale nie miały uprawnień. Dwie są młodsze i mają magisterium z angielskiego, licencjat na dziennych, magisterium na zaocznych. Moze dlatego, ten kto się chce uczyć, osiąga u nas dobre efekty? Od zeszłego roku gmina wprowadziła też darmowy angielski dla dzieci i rodziców. Od tego roku rusza darmowy niemiecki dla dzieci i rodziców, bo nasi uczniowie w gimnazjum od lat mają dwa języki, nie jeden.
spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 13:34

Aragonte napisał/a:
A ja uwielbiam Hana Solo właśnie za to odrzucenie konwencji Tzn. z tego, co wiem, zmodyfikował ten dialog Harrison Ford, o okolicznościach chyba ktoś pisał w wątku Star Wars. Zresztą te okoliczności były takie... no, mało ciekawe, że powiem eufemistycznie I dalekie od romantyzmu

Czytałam kiedyś o okolicznościach tej modyfikacji :mrgreen:
Tym niemniej, gdyby rozpatrywać dialog w wymiarze fikcyjnym, księżniczce Lei musiało się zrobić bardzo miło po tej odpowiedzi :mrgreen: Mówisz komuś "kocham cię" i słyszysz w zamian "wiem". Nawet nie "ja ciebie też", czy "dziękuję", tylko "wiem". Ekstra. :roll:
Jeszczę trochę pobronię Edwarda (a co! :wink: ), on faktycznie często zapewniał Bellę o swoich uczuciach, ale to było w dużej mieze spowodowane tym, że ona tych zapewnień potrzebowała. Bella była zakompleksiona i choć udało jej się złapać Pana Boga (a raczej wampira-supermana) za nogi, to nie wiedziała, czy zdoła utrzymać, co złapała. Dlatego potrzebowała ciągłych zapewnień o wzajemności swych uczuć. W tym cały jest ambaras w New Moon, że wystarczyło jedno kłamstwo, by zniweczyć dziesiątki wyznań o wiecznej miłości.

Agn - Nie 22 Lis, 2009 13:38

W ogóle to było dla mnie nieznośne, że facet jest z Bellą, zapewnia ją o miłości, a ta dalej swoje, że nie jest go warta. Hmpf. Logika się tej pannie gdzieś zapodziała.
A także pani Meyer, bo z obserwacji wnioskuję, że faceci chronicznie nie znoszą, gdy dziewczyna zasypuje ich swoimi kompleksami na punkcie wszystkiego i związki się przez ich dziamdolenie kończą.
Swoją szosą gdyby Bella miała jakieś hobby albo zwierzaka, to byłaby o wiele ciekawszą, bardziej prawdopodobną postacią.
No i w NM, pamiętam, strasznie śmiać mi się chciało, gdy Bella wyraziła swe zdanie, że jakaś parka na filmie, który oglądała, okazuje sobie uczucia w przeraźliwie przesłodzony sposób. Hehe, przyganiał kocioł garnkowi. ;)

PS Poza tym co to za wielka miłość, którą może przekreślić jedno marne kłamstwo?

Admete - Nie 22 Lis, 2009 13:44

Cytat:
PS Poza tym co to za wielka miłość, którą może przekreślić jedno marne kłamstwo?


Coś jest na rzeczy ;)

Jeszcze mi sie przypomniało - językowcy u nas mają wypasioną salę multimedialną od tego roku. Szmery bajery ;)

Spin mnie by wystarczyło, gdyby mi facet tak powiedział. I w zasadzie to dla mnie jest bardzo romantyczne. Nie lubię dzielenia włosa na czwora - albo coś jest albo tego nie ma ;) Nie słowa, tylko czyny się liczą ;)

spin_girl - Nie 22 Lis, 2009 14:02

Admete napisał/a:
Spin mnie by wystarczyło, gdyby mi facet tak powiedział. I w zasadzie to dla mnie jest bardzo romantyczne. Nie lubię dzielenia włosa na czwora - albo coś jest albo tego nie ma Nie słowa, tylko czyny się liczą

a ja bym się obraziła. Bo co to właściwie znaczy "wiem"? Wiem i co? Wiem i odwzajemniam? Wiem i mam to w nosie? Wiem i w przyszłości zamierzam cię unikać ty napalona wariatko? :mrgreen: Nie widziałam Star Wars, więc nie wiem, jakie czyny tam wchodziły ewentualnie w grę, ale samo "wiem" to dla mnie za mało i po takiej odpowiedzi od razu szlag by mnie trafił.
Agn napisał/a:
faceci chronicznie nie znoszą, gdy dziewczyna zasypuje ich swoimi kompleksami na punkcie wszystkiego i związki się przez ich dziamdolenie kończą.

Zgadzam się. I tutaj na pomoc przychodzi nam prosty fakt, że Edward nie jest facetem. Jest wampirem, więc pewnie myśli nieco inaczej. Czekał na Bellę 100 lat i byle dziamdolenie go nie wystraszy :mrgreen:
Agn napisał/a:
Swoją szosą gdyby Bella miała jakieś hobby albo zwierzaka, to byłaby o wiele ciekawszą, bardziej prawdopodobną postacią

Też się zgadzam. U Belli najbardziej denerwuje mnie właśnie to, oraz fakt, że nie wysila się w związkach z innymi ludźmi (oprócz Edwarda i czasami Jacoba) - ani w stosunku do matki, ani do ojca, ani do ludzi ze szkoły. Rzadko kiedy robi coś dla innych, prawie nigdy wtedy, kiedy nie ma na coś ochoty. Alice musi ją praktycznie zmuszać do świętowania różnych okazji, bo Belli nawet nie przychodzi go głowy, że choć ona nie lubi imprez, to może to jest dobra okazja, żeby poświęcić nieco czasu i uwagi innym ludziom (wampirom, wilkołakom...), którzy pragną jej uwagi i zainteresowania?
Agn napisał/a:
W ogóle to było dla mnie nieznośne, że facet jest z Bellą, zapewnia ją o miłości, a ta dalej swoje, że nie jest go warta. Hmpf. Logika się tej pannie gdzieś zapodziała.

A tu się z kolei nie zgadzam. Ja się przy czytaniu/oglądaniu czegokolwiek lubię stawiać na miejscu bohaterów, "wczuwać się" w nich. Próbowałam się wczuć i w Bellę. Dziewczyna jest przeciętna do bólu i zdaje sobie z tego sprawę. Jednocześnie widzi Edwarda jako ucieleśnienie piękna i wszelkiej doskonałości. Zdaje sobie sprawę z jego przerwagi nad nią: jest piękniejszy, inteligentniejszy, starszy, bardziej doświadczony, jest superistotą, potrafi czytać w myślach i do tego, cholera, błyszczy w słońcu jak pierścionek z brylantem. :wink: Gdybym była na jej miejscu wszystkie moje kompleksy śpiewałyby mi w głowie niczym chór z greckiej tragedii i tylko czekałabym aż się przecknie z zaślepienia i mnie zostawi. Ona najwyraźniej też czekała i się doczekała.

Admete - Nie 22 Lis, 2009 14:04

Cytat:
Nie widziałam Star Wars


A ja widziałam wiele razy - między innymi ze względu na Hana Solo :) Zawsze mi sie podobała ta scena.

To "wiem" idealnie pasuje do bohatera i wbrew pozorom, księżniczka w tym momencie usłyszałą tak naprawdę "Kocham cię do szaleństwa" :) I ja też to usłyszałam w ich dialogu.

Aragonte - Nie 22 Lis, 2009 14:24

spin_girl napisał/a:
Admete napisał/a:
Spin mnie by wystarczyło, gdyby mi facet tak powiedział. I w zasadzie to dla mnie jest bardzo romantyczne. Nie lubię dzielenia włosa na czwora - albo coś jest albo tego nie ma Nie słowa, tylko czyny się liczą

a ja bym się obraziła. Bo co to właściwie znaczy "wiem"? Wiem i co? Wiem i odwzajemniam? Wiem i mam to w nosie? Wiem i w przyszłości zamierzam cię unikać ty napalona wariatko? :mrgreen: Nie widziałam Star Wars, więc nie wiem, jakie czyny tam wchodziły ewentualnie w grę, ale samo "wiem" to dla mnie za mało i po takiej odpowiedzi od razu szlag by mnie trafił.

Spin, trudno, będzie spoiler.
Jak niby miał jej unikać, skoro tuż po tym wyznaniu zapakowali go bryłę karbonitu i zamrozili? On nawet nie wiedział, czy przeżyje. I na pewno nie miał czasu na recytowanie wierszy w tym momencie czy górnolotne frazesy. Mnie to "wiem" idealnie pasowało do bohatera. Solo to nie sentymentalny kochanek (i dobrze, za to go lubię).



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group