Z Południa na Północ Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.
Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)
Agn - Sob 26 Wrz, 2009 12:57 Potrzebuję polonisty do pomocy!
Nadziałam się z paroma osobami na zonka. Jak się, do cholery, odmienia imię doktorka ze Zmierzchu przez przypadki?! Konkretnie chodzi mi o miejscownik i wołacz. Jak widzę Carlisle'u to mi to przez zęby nie przechodzi. Moim zdaniem powinno być Carlisle'ie. Help?Admete - Sob 26 Wrz, 2009 13:42 Nie odmieniaj w tych przypadkach.Aragonte - Czw 12 Lis, 2009 17:17 Ulala! Wyszła książka "Zmierzch i filozofia"
"Historia zakazanej miłości młodej dziewczyny i nieśmiertelnego wampira – przedstawiona przez Stephenie Meyer w serii Zmierzch – uwiodła już wielomilionową rzeszę fanów na całym świecie. To nie tylko znakomite połączenie romansu z trzymającym w napięciu horrorem, ale także – jak się okazuje – wspaniały przyczynek do filozoficznych rozważań na temat miłości, śmierci i rozumienia samego siebie. Bohaterowie serii Zmierzch – Bella, Edward i Jacob, ich rodziny i przyjaciele – są lustrem, w którym widzimy nasze największe lęki i marzenia, wszystko, co dla nas ważne, dlatego warto poświęcić im chwilę głębszej refleksji.
Nieważne, czy jesteś fanem Edwarda Cullena, czy Jacoba Blacka, czy uważasz, że Bella jest głupia, czy romantyczna, czy jesteś weganinem, czy mięsożercą – książka to niezbędnik dla miłośników powieści Stefanie Meyer w każdym wieku – żywych i nieumarłych. Wciąga tak samo, a dodatkowo rzuca nowe światło na bohaterów Zmierzchu i ich historię."RaczejRozwazna - Pią 13 Lis, 2009 19:02 A ja właśnie czytm sobie Zmierzch. Wciąga jak nie wiem co Jak na romansidło dla nastolatek jest super Wrócę jak przeczytam do końca ...Agn - Pią 13 Lis, 2009 21:52 No tak, dzisiaj doszedł "Zmierzch i filozofia" do mnie do pracy. Boru... A po co? By udowodnić, że Cullenowie są tacy głębocy?
Koleżanka oglądała, mówiła, że świetny, ale żeby omijać kontynuację szerokim łukiem.Aragonte - Sob 14 Lis, 2009 14:47
Agn napisał/a:
No tak, dzisiaj doszedł "Zmierzch i filozofia" do mnie do pracy. Boru... A po co? By udowodnić, że Cullenowie są tacy głębocy?
Niiiii Zakładam, że raczej będzie chodziło o udowodnienie głębi tych, którzy czytali "Zmierzch" i wychwalali go pod niebiosa Podkreślam z naciskiem, że chodzi bardziej o ten drugi aspekt sprawy, czyli o ślepe uwielbienie
Może w końcu się zmierzę z tym dzieuem? RaczejRozwazna - Sob 14 Lis, 2009 16:08
niezbędnik dla miłośników powieści Stefanie Meyer w każdym wieku – żywych i nieumarłych. Wciąga tak samo, a dodatkowo rzuca nowe światło na bohaterów Zmierzchu i ich historię."
Wow więc to ma jakąś filozofię?? Kurczę chyba nie jestem zbyt głęboka
Ale przeczytałam. 2 tomy w jeden wieczór i 3/4 nocy. Nie wiem co jest w tym "Pamiętniku księżniczki z wampirami", że tak mnie wciągnęło, mimo iż na niektóre dialogi i logikę postępowania bohaterów reagowałam palpittacjami niemal jak Bella na "szelmowsko uśmiechniętego, posągowo pięknego (jak młody bóg) Edwarda".
Cóż, jednak nie lubię wampirów, nawet tych od Pani Meyer. Nie przepadam za perwersją.
Natomiast cieplejszym uczuciem obdarzyłam Jacoba. Jest duży ciepły i puchaty I rozbrajająco chłopięcy. Wolę wilkołaki
mam więc prośbę - może mi ktoś pokrótce streścić co się działo dalej - zwłaszcza z Jacobem, bo rozumiem, że Bella pozostała z "szelmowsko uśmiechniętym etc." - takiej miłości nic nie zabije... Nie mam czasu kolejnego wieczoru poswięcać Pani Meyer, niestetyAragonte - Sob 14 Lis, 2009 16:38 Hmmm, podejrzewam, że odpowiedź jest gdzieś w tym wątku, ale może po prostu poproś o podpowiedź Agn albo Harry? One czytały na pewno Agn - Sob 14 Lis, 2009 17:07 Rozważna, spieszę donieść, że jeśli chodzi o postać Jacoba, to wylałaś na me serduszko miodzik pierwszego gatunku. Też go lubię, choć i jemu zdarzały się tak "powalające" teksty, że szkoda gadać... Ale facet ma poczucie humoru. Książkowy Jacob wszystkie co lepsze gadki zgarnął.
No dobra, poniżej masz w wieeeelkim skrócie, co było dalej...
Spoiler:
Tak więc w Zaćmieniu nasza droga Bella jest kapkę rozdarta, bo tu wampir jej się na poważnie oświadczył, a jej nie pilno przed ołtarz. Z grubsza - Jacob się w dziewczynie nieszczęśliwie kocha, tym nieszczęśliwiej im ona szczęśliwsza w ramionach krwiopijcy. Mniejsza. Pojawiają się pogłoski o morderstwach w Seattle, potem długo długo nic się nie dzieje (ale jest wyjaśniona taka "mała" brednia pt. "wpojenie" - jest to zjawisko wilkołacze, znaczy się wilkołaka strzela piorun z jasnego nieba na widok kobiety, z którą spędzi życie i od tej pory całe jego życie owija się wokół wybranki <--- to tak najoględniej rzecz ujmując), Jake w którymś momencie pocałował Bellę, za co ona dała mu w pysk, łamiąc sobie przy tym rękę. Nieważne. Wreszcie Alice wieszczy, że przybędą inne wampiry, to się Cullenowie wraz z watahą (ach, te małe przymierza!) szkolą w walce, wreszcie do lasów Forks przybywa cała banda wampirów. Na czele Victorii. Bella jest gdzieś w lesie, gdzie pilnuje jej - uwaga, nie zgadniesz! - Edward, a Jake ogrzewa własnym ciałem (dziewoja marzła, a ten ma temperatury aż nadto, więc...). No w każdym razie Ed mentalnie ogląda sobie walkę, która odbywa się w innej części lasu, gdzieśtam na chwilę odchodzi (nie pamiętam, po co, ale to nieistotne, najważniejsze było zrobienie miejsca na osobistą rozmowę Jacoba z Belką). Więc Jake chce iść na wojnę. Belka mu zabrania. Jake chce iść i, och, umrzeć, bo go Bella nie chce. Bella każe się pocałować. Więc Jake to robi z całą ekspresją, na jaką go stać, Bella w końcu ulega i ma wizje alternatywnej przyszłości z dziećmi Jacoba. Rozradowany Jake leci się tłuc. Bella ma wyrzuty sumienia. Walka kończy się, nie wpadniesz na to, zwycięstwem "naszych" przy niemal zerowym ubytku w drużynie (Ed osobiście urywa łeb Victorii). Przybywają Volturi w osobie Jane i przybocznych, robią porządek. Po walce jedynym poważnie rannym jest Jacob, ale spoko, doktor Cullen się nim zajmie (wchodząc na teren La Push, no ale siła wyższa, pozwolili mu). Na koniec (epilog jest pisany z punktu widzenia Jake'a) Jacob dostaje zaproszenie na ślub Belli i Edzia i rzewny list od tego ostatniego, w którym tenże mu bardzo dziękuje za wszystko. Jake zamienia się w wilka i po amerykańsku biegnie przed siebie z dala od wszystkiego (roń łzy, roń, to ten punkt, w którym masz się wzruszyć).
Natomiast w Przed świtem mamy ślub, zjeżdżają się wszyscy, Ed i Bella mówią sobie sakramentalne "tak". Nikt TEORETYCZNIE i OFICJALNIE nie wie, gdzie dokładnie jest Jake, tak daleko sobie pobiegł, ale spoko - przybył na wesele, rozanielając Bellę. Oczywiście musieli się pokłócić, bo Jake (brawo, chłopie!) domyślił się, że po ślubie następuje... co? A, tak. Noc poślubna. Do której dojdzie PRZED przemianą Belli w potwora. Wkurzył się, ale spoko - wataha czuwała i go zgarnęli pod pachy i poszli.
Potem jest wyjazd na wyspę, której nie ma na żadnej mapie (wyspa Esme, dostała ją kiedyś w prezencie od Carlisle'a - fajnie, nie?), gdzie jest hipergorąco, w związku z tym Belli nie jest tak zimno i ona i Ed mogą skonsumować swój związek. Bla bla bla, bla bla bla, miłość trwa. Na końcu księgi pierwszej (Bella) się okazuje, że nasza bohaterka dość poważnie zaciążyła, a ciąża owa rozwija się w takim tempie, że można nie nadążyć. Potem jest druga księga (Jacob - pisana z jego punktu widzenia; i jeśli coś Meyer naprawdę fajnie zrobiła to to, że przedstawia dwa punkty widzenia, ale nie Belli i Edzia, tylko Belli i Jake'a, jej przyjaciela). Oficjalnie Bella jest BAAAAAAARDZO chora, tak chora, że nawet ojciec nie może jej odwiedzać (jakąś egzotyczną chorobę jej wymyślili, coś jak Kwaśniewskiemu, gdy się swojego czasu mocno chwiał na nogach). Tu się robi cały problem, że wilkołaki pozwalają, by Bella została wampirem, bo to jej decyzja, więc nie jest ofiarą, bla bla, Jake ją odwiedza i baaaaaaach! Widzi dziewoję w zaawansowanej ciąży. Ed błaga go (i to na klęczkach!), by mu pomógł przekonać jego własną żonę, by pozbyć się rosnącego w niej potworka, a jeśli tak jej piekielnie zależy na potomstwie, to może mieć nawet szczenięta (coś w tym guście powiedział, że niby może te dzieci mieć z Jacobem, on jej pozwoli, byle przeżyła). Jake obiecuje, że spróbuje, faktycznie próbuje, ale choć Bella wygląda, jakby zaraz miała się przekręcić (dziecię ciągnie z niej siły życiowe na potęgę), to się nie zgadza, bo dziecię kocha. Poleciał do watahy, wataha w szoku, postanawiają uderzyć na Cullenów, bo jakiś potwór się urodzi, gadka o bezpieczeństwie plemienia, jeśli nie całej ludzkości, Jake dochodzi do wniosku, że nie da rady zabić Belli i wymawia Samowi posłuszeństwo (bo jest potomkiem pierwszego alfy z pierwszej sfory). Dochodzi do rozłamu. Do jego watahy dołącza się Seth i Leah (za bratem przybiegła, żeby go pilnować). Ostrzegają Cullenów i generalnie pilnują, czy Sam czegoś nie kombinuje. Nie kombinuje, bo już nie da rady wampirów zaskoczyć. Tralalala, tutaj było o zmianie diety, bo co Bella zje, to zaraz zwraca, ale wpadli na pomysł, że może jak zacznie pić krew, to będzie inaczej, więc Bella pije, pije, pije, robi jej się lepiej, bla bla bla, potem jest poród wśród krwi, jęków i płaczu, dziecię (oczywiście niezwykłej wręcz urody, nie myśl sobie, że to jakiś pierwszy lepszy noworodek) przychodzi na świat, Ed zamienia Bellę w wampira, Jake schodzi na dół, by zabić maleństwo (dziewczynka) i... baaaaaaaaach! Wpaja się w nią. Grom z jasnego nieba, wielka miłość, tylko czekać, aż dziewczynka dorośnie (podtrzymuję teorię o tym, że Jacob kochał komórkę jajową Belli)/
I potem jest znowu księga Belli, pierwsze polowania i takie tam stożki. No ale pech chciał, dziecko rośnie w oczach (dosłownie) i któraś z klanu Denali ją zobaczyła. A dzieci-wampiry są tabu, jej się zdaje, że Cullenowie zrobili dziecko-wampira i poleciała do Volturi, by o tym donieść. Alice wieszczy, że przybędą Volturi. No to Cullenowie się szykują. Zwołują wszystkich wampirów, jakich tylko się da, nawet z Egiptu czy skądś tam, z Rumunii też byli. No i niech patrzą sobie na dziecko i niech widzą, że rośnie i rośnie. Czyli nie wampir. Bella się ćwiczy w swoich umiejętnościach (jest tarczą, może ochronić kogo chce przed mentalnymi sztuczkami złych). Bla bla bla, bla bla bla, się schodzą, gadają, gadają. Bella kombinuje fałszywe papiery dla dziecka (o imieniu Renesmee po dwóch babciach, słowo daję, dobrze, że babcie nie mają imion Kunegunda i Brunhilda, bo potomkini Edzia i Belli mogłaby mieć naprawdę przerąbane przy kombinacji imion, nawiasem pisząc dziadkowie też zostali uhonorowani, bo drugie imię dziecka to Carlie) i dla Jacoba, w razie gdyby coś nie wyszło. Aha, Alice i Jasper sobie gdzieś poszli, wszyscy myślą, że to ze strachu czy coś, ale spoko - na odpowiednią chwilę wrócą. I to z niespodzianką.
Dobra, przybyli Volturi. Nie, źle pomyślałaś, żadnej bitwy nie było. Skończyło się na baaaaaaaaaardzo długim i baaaaaaaaaaaaaardzo nudnym gadaniu. Kiedy już, już mają się wszyscy rzucić sobie do gardeł (wataha też tam jest) przybywają - tadaaaam! - Alice i Jasper i jakiś koleś o dziwnym imieniu, który też jest półwampirem. No i tu wychodzi, że dziecię przestanie się gwałtownie starzeć w wieku siedemnastu lat, osiągnie rozwój na wieki wieków i będzie sobie żyła wiecznie.
W końcu Volturi sobie poszli, wszyscy są szczęśliwi, Ed i Bella idą świętować osobno, gdzie Bella odsłania mu swoje myśli (to też sekretnie ćwiczyła). I w ogóle happy end.
Uff, się napisałam...RaczejRozwazna - Sob 14 Lis, 2009 17:40 KWIK Ómarłam DZIĘKI STOKROTNE!!!
Agn jesteś wielka!! Ten ostatni tom to jakiś wampirzy kosmos. I to całe wpojenie
No dobra, przygodę z Panią Meyer uważam za zamkniętą. Chyba że obejrzę film...
W przerwie poczytałam sobie trochę wątku wstecz, i komentarze do Zmierzchu sprawiły, że poplułam sobie monitor z radosnego rechotu. Dziewczyny jeteście wielkie Agn - Sob 14 Lis, 2009 17:42 Aczkolwiek polecam ci przeczytanie The host. Jest lepszy. I też ma być ekranizowany. A w tej książce Meyer miała ciekawą wizję ludzkości. Szczerze powiedziawszy nabrałam po lekturze nieco nadziei, że ludzie nie są tacy do końca źli. Choć wiem, że to tylko książka, ale... mimo wszystko...
Są tam kwiatki różnej maści, ale ogólnie, treściowo książka nie jest zła.Aragonte - Sob 14 Lis, 2009 19:26 Praedzio, weź pod uwagę, że ja znam tylko pierwszy sezon, a w nim to takie jednoznaczne nie było
Harry chyba zjechała VD, o ile pamiętam.
Agn napisał/a:
PS A w ogóle to... A, co mi tam, najwyżej mnie zjecie. Wszyscy się śmieją, to i wy możecie.
http://forum.mirriel.net/...hp?f=15&t=11463
Dosyć istotny jest, khem, tego, wstęp odautorski, by wiedzieć, jak na tę parodię spojrzeć...
Agn, czytam i rechoczę Admete - Sob 14 Lis, 2009 19:39 Też czytam i chichram się strasznie:
Zawsze się zastanawiałam, co robił Edward, kiedy Bella miała okres i krwią pachniała... jakby bardziej.
Reklama... może być, w sumie.
Czytam właśnie Zmierzch i filozofia. Interesujące, nie powiem, choć zastanawiam się, czy pani Meyer choć raz w głowie postał Platon, kiedy tworzyła swoją powieść.
I co na to sam Platon. Tudzież Nietzsche. I jeszcze paru innych. lizzzi - Sob 21 Lis, 2009 20:47
Agn napisał/a:
Zawsze się zastanawiałam, co robił Edward, kiedy Bella miała okres i krwią pachniała... jakby bardziej.
Może wtedy się nie spotykali, żeby nie kusić losu. A może tak ją kochał, że nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby ją ugryźć Agn - Sob 21 Lis, 2009 21:08 Ed, z tego co można wywnioskować, co noc był u niej w pokoju i pilnował, by spała pod kołderką. Nie sądzę, by się nie spotykali. Jestem za to skłonna uwierzyć, że Meyer zapomniała o takim drobiazgu. W końcu sama powiedziała: "It's not that I think when I'm writing".RaczejRozwazna - Sob 21 Lis, 2009 21:39 Mimo iż nie oglądałm filmu to natknęłam się na muzykę, dokładnie "Kołysankę" Edwarda, no i cóż, cytując panią Meyer... wpoiłam się Cudowna jest... Właśnie od pół dnia nękam rodzinę próbując wbić ją w palce na fortepianie.Aragonte - Sob 21 Lis, 2009 21:42
Agn napisał/a:
Ed, z tego co można wywnioskować, co noc był u niej w pokoju i pilnował, by spała pod kołderką.
Żeby było przyzwoicie czy po to, żeby było jej ciepło?
Ja bym w życiu o takim "drobiazgu" nie zapomniała - za dokuczliwy jest
A co do Platona i Nietzsche'go, to na swoje szczęście nie żyją spin_girl - Sob 21 Lis, 2009 22:06 No proszę, widzę, że dyskusja akurat się toczy na temat właściwych wampirów i bardzo dobrze, bo właśnie wróciłam z kina po obejrzeniu New Moon i aż mnie rozsadza, żeby napisać recenzję
Jako zdeterminowana fanka sagi (już widzę to przewracanie oczami ) czekałam na ten film od stycznia 2009, kiedy to po raz pierwszy przeczytałam wszystkie cztery tomy. Choć film Twilight jest niezły, zawsze uważałam, że wypada zdecydowanie gorzej niż książkowy oryginał- głównie z powodu nieuzasadnionych, moim zdaniem, zmian w scenariuszu, które zaburzały logikę powieściową (owszem, uważam, że powieść jest logiczna, mimo że w kilku miejscach naciągana), oraz drętwej i jąkającej się Kristen Stewart. Tym razem w tych punktach jest zdecydowanie lepiej.
Nowy reżyser przestał się wygłupiać i udawać, że kręci thriller. New Moon to historia o miłości, samotności i rozpaczy. Kristen Stewart, moim zdaniem, lepiej rozpacza niż kocha. Jej apatyczna mina, kiedy miesiącami siedzi przed oknem (nie spodziewałam się, że da się tak ładnie odtworzyć ten klimatyczny moment z książki z pustymi stronami) jest bardzo przekonywująca, podobnie jak jej rozpaczliwe krzyki przez sen i obejmowanie ramionami klatki piersiowej.Naprawdę widzę poprawę w jej grze.
New Moon wierniej trzyma się książki, a niewielkie zmiany w scenariuszu, o dziwo, nie burzą logiki i za to brawa dla twórców. Kilka wątków trzeba było, oczywiście, skrócić, ale nic się nie stało.
Największym pozytywnym zaskoczeniem jest Taylor Lautner jako Jacob. Muszę przyznać, że choć zawsze lubiłm Jacoba nie mogłam sobie wyobrazić, dlaczego powstał Team Jacob- dla mnie Zmierzch to zawsze była jest i będzie historia Belli i Edwarda. Tymczasem w filmie New Moon główna część historii dzieje się wokół Jacoba i jego problemów. I nagle się okazuje, że Jacob jest nie tylko inteligentny, dowcipny i sympatyczny, ale również szalenie seksowny. Scenę zdejmowania koszulki, aby wytrzeć Belli krew należy już zaliczyć do kultowych, na całym świecie w kinie z żeńskich gardeł wydobywa się na ten widok zgodny jęk. Seksowność Jacoba jest jakby osobną postacią w filmie, postacią, której nie da się zignorować.
Jestem również dumna z magików od komputerów i ich pracy - wilkołaki są dopracowane a sceny z nimi zapierają dech w piersiach. Jednocześnie, choć wielkie i groźne, wyglądają również na inteligentne i w pewnym momencie połowa sali wyrażnie dawała do zrozumienia, że chce takiego "pieska" zabrać do domu Sceny walki wilkołaki-wampiry, wampiry-wampiry i wilkołaki-wilkołaki są świetne.
Trochę przygnębiające jest natomiast to, że mało jest Edwarda (liczyłam na więcej flashbacków) i, że, w porównaniu z Jacobem, wypada momentami blado. Serio. Sama się zdziwiłam. Z drugiej strony New Moon to najtrudniejsza część dla Edwarda- przez większą część akcji w ogóle go nie ma, a kiedy jest, jest nieszczęśliwy. Robert Pattinson ma kilka świetnych kwetsii (jak w scenie pojednania) a w scenie rozstania jest po prostu genialny - widać jego ból, jego walkę, aby skłamać, aby odejść - to rozdziera serce, ale kiedy "wlczy" przez chwilę z Jacobem wygląda jakoś tak płakliwie i apatycznie. również jego goły tors (a New Moon mógłby mieć podtytuł "faceci z gołymi torsami"- jest ich zatrzęsienie!) jakoś tak gorzej wygląda niż i Jacoba...
Na plus należy zaliczyć fantastycznego Billy'ego Burke'a jako Charliego Swana, fajne vampiry Volturi (szczególnie upiorny Aro) i kilka naprawdę śmiesznych scen z kolegami i koleżankami Belli z liceum w Forks.
Na minus można zaliczyć ograniczoną garderobę Edwarda (i chodzenie do szkoły w garniturze! ).
Olbrzymim minusem jest scena wizji Alice- nie było w kinie osoby, która by nie wybuchnęła śmiechem pełnym zażenowania. Musicie to zobaczyć. Nie wiem, jak oni mogli taką scenę nakręcić i puścić w filmie. Obciach.
Minusem jest też, niestety, ścieżka dźwiękowa. Zachwycona klimatem muzycznym pierwszej części (Paramore!!!!) ze zniecierpliwieniem oczekiwałam na drugą, ale soundtrack do New Moon jest po prostu potwornie nudny. Nawet moim ukocanym The Killers udało się na tę cześć stworzyć meganudną balladę.
Rozczarowała mnie też nieco scena skoku z klifu. W książce stanowi punkt kulminacyjny, w filmie jest jakaś taka...mało ważna.
Na końcu dodam, że potwornie żałuję, że w kinie były prawie same nastolatki, które najwyraźniej nie mogły znieść ani romantycznych wyznań Edwarda, ani seksualnego napięcia panującego między półnagim Jacobem a Bellą - przy każdej takiej scenie całe ich rzesze wybuchały histerycznym chichotem, co było szalenie irytujące.
Jest jeszcze jedna taka scena, co do której wstrzymam się na razie z oceną- pierwszy pocałunek Belli i Edwarda w tym filmie. Jest niesamowity, pełen napięcia i wzbogacony akustycznie o swoiste...stękanie. I właśnie to zakłócały mi nerwowe chichoty i już nie wiem, czy z tym stękaniem to była przesada czy nie. Muszę tę scenę obejrzeć sama.
Na łopatki rozkłada natomiast ostatnia kwestia w filmie. Powiem tyle: najpierw zaczęliśmy wszyscy bić brawo a potem, kiedy ekran zrobił się czarny i okazało się, że to koniec filmu publiczność długo nie chciała w to uwierzyć. Dobrze, że do premiery "Elipse" zostało zaledwie 6 miesięcy. Końcowa scena "New Moon" rozpoczyna odliczanie.RaczejRozwazna - Sob 21 Lis, 2009 22:14
spin_girl napisał/a:
Trochę przygnębiające jest natomiast to, że mało jest Edwarda (liczyłam na więcej flashbacków) i, że, w porównaniu z Jacobem, wypada momentami blado. Serio.
HA!
Spin, ja się powoli przekonuję, że jednak obejrzę te filmy. Ksiązka była dla mnie mało strawna, bo czytałam w tłumaczeniu i nie mogłam znieść tych wszyskich powtórek, błędów językowych, i szelmowkich uśmiechów. Ale Jacoba polubiłam jako jedynego w tej sadze.
w każdym razie Zmierzch sobie już czeka na wolną chwilę, a na Księżyc w nowiu pewnie pójdę jak przez kina przewali się (pewnie kilkakrotnie) ten cały tabun nastoletnich fanek...
Twoja recenzja zachęcająca bardzo spin_girl - Sob 21 Lis, 2009 22:18 Dzięki, ale trochę wpadłam, właśnie w tym pogrubionym fragmencie. Właśnie sobie zdałam sprawę, że Edward z wampirzo-białą skórą zawsze wypada blado. Agn - Nie 22 Lis, 2009 11:26 Wiesz, ja myślę, że ta różnica jest dobra. Ostatecznie Edward nie powinien mieć muskułów jak Schwarzenegger, z tego co pamiętam z pierwszej części, coś tam było, że jego mięśnie były, hmm, delikatnie zarysowane (czy coś równie sztampowego). No i miał ciało siedemnastolatka, a ci też rzadko kiedy wyglądają jakby wrócili właśnie z pakerni. Natomiast Jacob musiał - ewidentnie w książce był opisany jego, hmmm, rozrost.
Na film idę we wtorek. Mam chęć. A twoja recenzja, Spinuś, jest bardzo zachęcająca. Tym bardziej, że ja Jacoba lubię. A Taylor Lautner wygląda odpowiednio. Może jest ciut za niski, ale wg mnie najważniejsze w tej postaci jest coś innego - chodzi o ciepło. Nie tyle temperatura ciała, ale chodzi mi o takie ciepło... jak to ująć? Że człowiekowi się robi o wiele fajniej w życiu tylko dzięki temu, że spędza czas z najlepszym przyjacielem. No i uśmiech - dokładnie taki jak ma być. Jakby słońce wychodziło zza chmur.
No a poza tym ja zdecydowanie wolałam film od książki (narracja w książce była koszmarna i żadne tłumaczenie nie było w stanie tego spieprzyć). Więc tym chętniej pójdę na New moon. W końcu to chyba moja "ulubiona" część (bo nie ma Edwarda, jako że nie przepadam za tą postacią).Admete - Nie 22 Lis, 2009 11:28 Dobra to ja przewrócę oczami, bo czuje się przywołana Agn - Nie 22 Lis, 2009 11:44 Ja nie wywracam oczyma dopóki nie mam przed sobą zapiszczanej fanki Zmierzchu.
Tak btw to przesłuchiwałam soundtrack do NM i mnie się podoba. Fakt, że tych najlepszych utworów jest garstka, ale mimo wszystko źle nie jest. Przynajmniej nie ma bezsensownej rockowej rąbanki, gdzie jednego utworu od drugiego nie odróżnisz, bo wszyscy drą się tak samo.
Co nieco o soundtracku napisałam w temacie "Soundtracki" w dziale "Muzyka". I zapodałam kilka najlepszych przykładów, ha! A co!
A tak btw ja jestem z tych, co lubią Roberta Pattinsona. I szykuje się z nim sympatyczny filmik (i jeszcze będzie tam Pierce de Wólczanka), od dwóch dni katuję trailer: http://tengossip.com/2009...tinson-trailer/ Ale ma skutą mordkę, ojoj...lizzzi - Nie 22 Lis, 2009 11:46 Wybieram się dzisiaj do kina. Idę na dość późną godzinę i mam nadzieję, że nie będzie dużo "śliniących" się i piszczących nastolatek New moon to moja ulubiona część, może dlatego, że nie ma w niej za dużo Edwarda, który mnie jakby trochę przygnębia i momentami denerwuje. Może dlatego , że w sumie jest nie dzisiejszy W końcu ma ponad 100 lat