Fantastyka - Babylon 5
Admete - Czw 11 Mar, 2010 13:56
Ciekawa jestem opinii tego twojego znajomego, ale wiem, że nie nalezy się spodizewac wiele. W grupie niszowych seriali tej jest najbardziej niszowy
Aragonte - Czw 11 Mar, 2010 14:47
Nie spodziewam się jakichś zachwytów, bo to nie ten styl, ale podejrzewam, że obejrzy, chociażby z rozpędu - pisałam już, że to trekker
Calipso - Pią 12 Mar, 2010 17:51
| Aragonte napisał/a: | | Dogorywałam po powrocie z pracy i usiłowałam usnąć. A co? |
Niby nic,pora jak pora
Aragonte - Pon 15 Mar, 2010 14:36
Po małej przerwie, korzystając z wolnego dnia, wróciłam do powtórki II sezonu. Odcinek The Long, Twillight Struggle jak zwykle sprawił, że się wzruszyłam niemożliwie
Muszę chyba jakieś screeny porobić z niego. A teraz przybył inkwizytor - brrrr.
Idę dalej oglądać.
Aragonte - Pon 15 Mar, 2010 23:37
Leci ostatni odcinek II sezonu - strasznie dużo mi z niego się pozapominało
Nie pamiętałam na przykład, że to tutaj pojawi się ten ostatni ocalały narneński krążownik.
A! Admete, wiesz, że ten przedstawiciel Nocnej Straży wydawał mi grany przez agenta Coopera z Twin Peaks? Aż do telewizora musiałam podejść, żeby upewnić się co do pomyłki
W sumie to na razie mam wrażenie, że bardziej emocjonujące były dwa poprzednie odcinki, zwłaszcza The Long, Twilight Struggle (ta scena z bombardowaniem Narnu i wpatrzonym w to Londo, ech), ale ten też jest niezły. Idę dalej oglądać.
Edit: W sumie to dobrze mieć sklerozę - przynajmniej dalej się emocjonuję Dobra ta akcja ze zniszczeniem centuriańskiego statku.
Ubawił mnie widok G'Kara ukrywającego się w krzaczorach, chociaż w sumie nie ma powodów do śmiechu.
Naturalnie przy tym powtórnym oglądaniu wyłapuję wszystkie sytuacje, kiedy pojawiają się Strażnicy i obliczam w myślach, co w tym czasie robił Marcus
Edit: Czy "Valeria", której zakon był na Minbarze, nie była przypadkiem boginią? Jeśli tak, to przynajmniej Lennierowi Kosh objawił się jako kobieta Ale pozostałym też się upodabniał do ich wyobrażeń. I już wiadomo, skąd na Ziemi wizje aniołów - jasne, że to byli Vorloni
I czy Londo faktycznie nic nie zobaczył? Nadal nie umiem tego rozstrzygnąć
Admete - Wto 16 Mar, 2010 13:34
| Cytat: | | I już wiadomo, skąd na Ziemi wizje aniołów - jasne, że to byli Vorloni |
No jasne
A Londo moim zdaniem zobaczył coć, co go przeraziło.
Aragonte - Wto 16 Mar, 2010 23:19
No tak, jedna z zagadek pana Straczynskiego
BTW - zaczęłam tłumaczyć 21. rozdział książki pani Drennan. Czasu mam niewiele, ale zżera mnie od środka świadomość, że nic tfurczego ani pseudo-tfurczego nie robię, więc postanowiłam zająć się chociaż tym
Prawie stronę już mam, ale wkleję coś, jak skończę całą scenę.
Będzie o kontaktach Marcusa z Minbari, jego spotkaniu z Sinclairem i o tym, jak wyglądało przyjęcie do Strażników.
Admete - Śro 17 Mar, 2010 05:07
To będę czekać
Aragonte - Śro 17 Mar, 2010 22:30
Mimo że życie skrzeczy (a może właśnie dlatego), kusi mnie świat wykreowany przez pana Straczyńskiego i panią Drennan, więc kto wie, może niedługo wrzuce jakiś kawałek tłumaczenia. Wspomagam się translatorem ale z wyczuciem
A tak w ogóle, Admete, to welcome Widzę, że wróciłaś na pokład Babylon 5
Admete - Śro 17 Mar, 2010 22:32
Nigdy nie opuściłam stacji Jest ze mną na zawsze
Aragonte - Śro 17 Mar, 2010 22:33
No fakt, "shadows and stars" masz tytularnie przypisane od dawna
No dobra, wracam do Marcusa
Admete - Śro 17 Mar, 2010 22:40
| Aragonte napisał/a: | No fakt, "shadows and stars" masz tytularnie przypisane od dawna
No dobra, wracam do Marcusa |
Jesteś chyba jedyną osobą, która właściwie kojarzy ten napis Oczywiście ma on również znaczenie metaforyczne, ale pochodzenie bardzo konkretne.
Aragonte - Śro 17 Mar, 2010 22:47
Ej, jedyną? Myślę, że Riella też dobrze to kojarzy Te motywy są tu wplecione w mnóstwo odcinków. No i przypomina mi się mowa pogrzebowa Sheridana, kiedy żegnał swych poległych żołnierzy bodajże w "Ceremoniach światła i ciemności".
"Z gwiazd pochodzimy..." itd.
A, co mi tam, wrzucę Ci ten pierwszy fragment 21. rozdziału
---------
ROZDZIAŁ XXI
Jestem tutaj, Will — pomyślał Marcus Cole. — Jak przyrzekłem. Jeśli jednak ten Sinclair i Strażnicy okażą się kimś innym, niż tobie się wydawali, to zrozum, braciszku…
Pozwolił, by ta myśl odpłynęła, i rozejrzał się po niedużym, pozbawionym okien pomieszczeniu. Na kamiennych ławkach siedziało tutaj trzech innych mężczyzn oraz dwie kobiety, podczas gdy para ubranych w mundury Strażników, Minbari i jakaś kobieta, stało w pobliżu jedynych drzwi. Ona od czasu do czasu wychodziła, a po powrocie mówiła coś przyciszonym głosem do minbarskiego towarzysza. Wszyscy czekali już około czterdziestu minut. W pokoju zaczynało się robić nie do zniesienia gorąco i duszno. Zniecierpliwiony Marcus przesunął się na ławce i po raz kolejny zadał sobie pytanie, czy nie popełnił życiowego błędu. Cóż on robił na Minbarze, macierzystej planecie dawnych wrogów Ziemi?
Przybył tu dwa dni wcześniej, przeświadczony, że będzie czuł się więcej niż niepewnie otoczony zewsząd przez Minbari. Ogromną niespodziankę stanowiło dla niego to, że został urzeczony pięknem tego miejsca. Ujęła go też uprzejmość Minbari, których spotykał, mimo że szybko nauczył się, że lepiej omijać członków kasty wojowników.
Natychmiast po przybyciu wyruszył na poszukiwania położonej w mieście Tuzanor ambasady Ziemi. Pomógł mu ją odnaleźć wśród kamiennych ulic pewien Minbari, który wydawał się uszczęśliwiony, że może doprowadzić obcego do biura ambasady. Marcus podał tam swoje nazwisko i poprosił o możliwość spotkania z ambasadorem Sinclairem. Powiedział, że chce porozmawiać o Strażnikach. Kazano mu wrócić następnego dnia. Uświadomiło to Marcusowi, że nie miał pojęcia, gdzie mógłby zatrzymać się na noc. Kiedy spytał o hotele, asystent Sinclaira napisał mu na kartce jakiś adres.
Kartka doprowadziła Marcusa do niedużej prywatnej rezydencji. Był pewien, że się pomylił, więc zapukał do frontowych drzwi jedynie po to, żeby kolejny raz zapytać o hotel. Został jednak zaproszony do środka przez mieszkającą tutaj minbarską rodzinę i dowiedział się, że może przenocować w małym gościnnym pokoju.
Nie spał dobrze, a poranek nadszedł niespodziewanie prędko. Śniadanie, jakie mu zaoferowano, okazało się zasadniczo niejadalne, ale i tak był głęboko wdzięczny za okazaną mu gościnność. Chciał zapłacić tym Minbari za nocleg, ale oni nie przystali na to.
A teraz siedział tutaj, w poczekalni ambasady – zgrzany, zmęczony i coraz bardziej rozdrażniony.
--- CDN----
Edit: skorygowałam, bo pomyliłam numer rozdziału
Admete - Śro 17 Mar, 2010 23:00
| Cytat: | Ej, jedyną? Myślę, że Riella też dobrze to kojarzy Te motywy są tu wplecione w mnóstwo odcinków. No i przypomina mi się mowa pogrzebowa Sheridana, kiedy żegnał swych poległych żołnierzy bodajże w "Ceremoniach światła i ciemności".
"Z gwiazd pochodzimy..." itd. |
Riella owszem Cienie skojarzy, ale tej przemowy już nie Ma pamięć doskonałą, ale zapomina o szczegółach
Ciekawy początek rozdziału
Aragonte - Śro 17 Mar, 2010 23:09
Dalej będzie ciekawiej
Tłumaczę dialogi i nawet mnie to bawi
Aragonte - Czw 18 Mar, 2010 22:21
Admete - pamiętasz może, jak w serialu tłumaczono worker caste?
Nie mogę sobie przypomnieć
Admete - Czw 18 Mar, 2010 22:22
Wiesz, że ogladałąm z angielskimi napisami, a lektora nie pamiętam. Dla mnie to robotnicy. Raczej nie można tego inaczej przetłumaczyć.
Aragonte - Czw 18 Mar, 2010 22:25
No niby dokładnie to znaczy to worker, ale skojarzenia mam z Waryńskim i jego następcami, więc najchętniej znalazłabym jakieś pokrewne słowo.
Ale o ludzie pracującym miast i wsi nie będę pisać
Admete - Czw 18 Mar, 2010 23:17
Moze klasa budowniczych?
Aragonte - Czw 18 Mar, 2010 23:58
Hmm, może to i niezły trop, Admete. Na razie wstawiłam tych robotników, ale jeszcze się będę zastanawiać. Bo z drugiej strony "robotnicy" są czytelniejszym nawiązaniem do znanego trójpodziału na te kasty...
Tak czy siak dzięki
Aragonte - Sob 20 Mar, 2010 15:52
Zasadniczo mam przerwę w tłumaczeniu (chociaż kilka dialogów jeszcze przełożyłam), ale wkleję produkt translatora, tak ku osobistej uciesze Poddałam eksperymentowi jeden akapit
"Potem nie jest aż tak odmienne. Tak więc sędzia dla siebie, jakiego rodzaju osoby naszej Anla'Shok Na to. Mówisz, że nie spotkała się z członkami naszej kasty wojowników. Czy można powiedzieć, że wydaje się straszne grupy?"
Aragonte - Sob 20 Mar, 2010 17:56
No dobra, wklejam następny kawałek scalony z pierwszym - to dość surowa wersja, będę w niej na pewno coś poprawiać. Zostały mi jeszcze jakieś dwie strony książkowe do końca tego rozdziału...
-----------------
ROZDZIAŁ XXI
Jestem tutaj, Will — pomyślał Marcus Cole. — Jak przyrzekłem. Jeśli jednak ten Sinclair i Strażnicy okażą się kimś innym, niż tobie się wydawali, to zrozum, braciszku…
Pozwolił, by ta myśl odpłynęła, i rozejrzał się po niedużym, pozbawionym okien pomieszczeniu. Na kamiennych ławkach siedziało tutaj trzech innych mężczyzn oraz dwie kobiety, podczas gdy para ubranych w mundury Strażników, Minbari i jakaś kobieta, stało w pobliżu jedynych drzwi. Ona od czasu do czasu wychodziła, a po powrocie mówiła coś przyciszonym głosem do minbarskiego towarzysza. Wszyscy czekali już około czterdziestu minut. W pokoju zaczynało się robić nie do zniesienia gorąco i duszno. Zniecierpliwiony Marcus przesunął się na ławce i po raz kolejny zadał sobie pytanie, czy nie popełnił życiowego błędu. Cóż on robił na Minbarze, macierzystej planecie dawnych wrogów Ziemi?
Przybył tu dwa dni wcześniej, przeświadczony, że będzie czuł się więcej niż niepewnie otoczony zewsząd przez Minbari. Ogromną niespodziankę stanowiło dla niego to, że został urzeczony pięknem tego miejsca. Ujęła go też uprzejmość Minbari, których spotykał, mimo że szybko nauczył się, że lepiej omijać członków kasty wojowników.
Natychmiast po przybyciu wyruszył na poszukiwania położonej w mieście Tuzanor ambasady Ziemi. Pomógł mu ją odnaleźć wśród kamiennych ulic pewien Minbari, który wydawał się uszczęśliwiony, że może doprowadzić obcego do biura ambasady. Marcus podał tam swoje nazwisko i poprosił o możliwość spotkania z ambasadorem Sinclairem. Powiedział, że chce porozmawiać o Strażnikach. Kazano mu wrócić następnego dnia. Uświadomiło to Marcusowi, że nie miał pojęcia, gdzie mógłby zatrzymać się na noc. Kiedy spytał o hotele, asystent Sinclaira napisał mu na kartce jakiś adres.
Kartka doprowadziła Marcusa do niedużej prywatnej rezydencji. Był pewien, że się pomylił, więc zapukał do frontowych drzwi jedynie po to, żeby kolejny raz zapytać o hotel. Został jednak zaproszony do środka przez mieszkającą tutaj minbarską rodzinę i dowiedział się, że może przenocować w małym gościnnym pokoju.
Nie spał dobrze, a poranek nadszedł niespodziewanie prędko. Śniadanie, jakie mu zaoferowano, okazało się zasadniczo niejadalne, ale i tak był głęboko wdzięczny za okazaną mu gościnność. Chciał zapłacić tym Minbari za nocleg, ale oni nie przystali na to.
A teraz siedział tutaj, w poczekalni ambasady – zgrzany, zmęczony i coraz bardziej rozdrażniony.
— Czy długo przyjdzie nam czekać? — spytał nagle. Jego głos zabrzmiał zaskakująco donośnie w przytłaczającej ciszy, jaka panowała w poczekalni ambasady.
Kobieta obdarzyła go tylko uprzejmym spojrzeniem. Minbari wydawał się niemal rozbawiony. Żadne z nich nie odpowiedziało.
Po chwili Marcus spróbował kolejny raz.
— No to spytam o coś innego — kiedy się odezwał, jego sąsiedzi poruszyli się odrobinę nerwowo, a kobieta Strażnik szepnęła coś swemu towarzyszowi i wyszła. — Czy wiadomo wam, w jakiej kolejności będziemy przyjmowani przez ambasadora? Pytam, bo jeśli jestem na końcu kolejki, to przespaceruję się i wrócę później.
— Nie będzie odrębnych audiencji — Minbari mówił po angielsku bez śladu akcentu.
Ta wiadomość zirytowała Marcusa bardziej, niż przewidywał.
— Powiedziano mi, że mogę się spodziewać takiego spotkania, a nie jakiegoś spędu.
— Kto ci to powiedział?
Marcus zawahał się na moment. Jaka odpowiedź była właściwa?
— Mój brat — odparł w końcu.
Minbari przyjrzał mu się z uwagą.
— Jak się nazywasz?
— Marcus Cole.
W spojrzeniu Strażnika błysnęło zaskoczenie.
— Brat Williama?
— Tak.
Minbari zaczął coś mówić. Jakaś myśl sprawiła, że urwał i zmienił temat rozmowy.
— Ambasador miał zwyczaj odbywać indywidualne spotkania, ale niestety zabrakło mu na nie czasu. Jeśli poczekasz z nami dłużej, to może zostaniesz uhonorowany taką audiencją.
Marcus miał na końcu języka jakąś sarkastyczną uwagę, ale zanim zdążył ją wypowiedzieć, wróciła kobieta Strażnik.
— Ambasador Sinclair przeprasza za spóźnienie — powiedziała. — Jeśli chcecie, możecie przespacerować się po mieście. Wróćcie, proszę, za godzinę, kiedy odezwą się dzwony na głównej wieży.
Marcus wstał z ławki. Kiedy zamierzał wyjść razem z innymi, zatrzymał go minbarski Strażnik.
— Jestem Inesval — przedstawił się. — Ogromnie się cieszę, że mam okazję cię poznać. Głęboko ci współczuję z powodu utraty brata. William był dobrym przyjacielem. Wszystkim nam go bardzo brakuje.
Rozdrażnienie, które wcześniej odczuwał Marcus, znikło.
— Dziękuję — mruknął.
— William często o tobie opowiadał — ciągnął Inesval. — Zaproponował twoją firmę jako dostawcę Q-40, ale wiem, że równie ważne było dla niego coś innego. Chciał mieć szansę cię poprosić, abyś do nas dołączył. Bardzo się cieszę, że tu przybyłeś.
Jak długo Marcus koncentrował się na podróży na Minbar, tłumił w sobie uczucia żalu i smutku. Nie był przygotowany na to, że zaleją go teraz i nie zdoła ich przezwyciężyć. Nie wziął w swych rachubach tego, jak trudne okażą się dla niego spotkania z przyjaciółmi Willa. I tego, że brat prowadził tyle rozmów na jego temat.
— Może mógłbym pospacerować z tobą po mieście — powiedział łagodnie Inesval. — skoro i tak musimy czekać.
— Czemu nie? — to była jedyna odpowiedź, na jaką Marcus się zdobył.
Świeże powietrze pomogło Marcusowi zapanować nad chwiejnym nastrojem. Zdał sobie sprawę, że Inesval czeka, aż to on zainicjuje rozmowę.
— Wiesz co? Nie przypominasz mi tych przedstawicieli kasty wojowników, których spotkałem… Bez urazy — dorzucił pośpiesznie Marcus.
— Nie obraziłeś mnie — odpowiedział ze śmiechem Inesval. — Należę do kasty robotników. Albo należałem. Teraz jestem Strażnikiem.
— Wybacz, zakładałem, że ty…
— Wśród Strażników spotkasz bardzo niewielu Minbari z kasty wojowników. Głównie tych z kasty religijnej i robotników. Ogół wojskowych nie życzy sobie związków z Ziemianami.
— A ty?
— Ja lubię Ziemian. Część twoich po przybyciu na Minbar sprawia takie wrażenia, jakby chcieli odrzucić wszystkie ziemskie obyczaje, i naśladują Minbari. Nie rozumiem tego. Wiele waszych sposobów działania jest godnych podziwu. Jednak muszę cię ostrzec: ja nie jestem typowym Minbari. Może mam ludzką duszę, która się zabłąkała i ostatecznie wylądowała na Minbarze?
Marcus nie potrafił ocenić, czy ta ostatnia wzmianka była żartem, czy też nie.
— Jak dołączyłeś do Strażników?
— Miałem zaszczyt spotkać ambasadora Sinclaira wkrótce po jego przybyciu. Natychmiast dostrzegłem, że to, co o nim szeptano, jest prawdą – on naprawdę ma nadzwyczajną duszę.
— Więc wy, Minbari, potraficie to ocenić tak po prostu, po jednym spojrzeniu na jakiegoś człowieka? — rzekł sceptycznie Marcus.
— Wy nie?
— Nie wierzę w coś takiego jak dusza.
— A co pozwala ci ocenić jakąś osobę?
— Jej czyny.
— Zatem nie jesteśmy aż tak odmienni — Inesval skinął głową. — Osądź więc sam, jakiego rodzaju osobą jest nasz Anla’Shok Na. Powiedziałeś, że spotykałeś wcześniej członków kasty wojowników. Czy sprawiają wrażenie strachliwych?
— Odniosłem wrażenie, że nie boją się niczego.
— Boją się Jeffreya Sinclaira — powiedział Inesval. — Opowiada się, że jest jedynym człowiekiem, który wywołuje w nich lęk.
— Dlaczego?
— Z wielu powodów. Podczas wojny pokonał wielu Minbari jako pilot myśliwca. Kiedy wojna się rozpoczynała, wierzono, że to w ogóle jest niemożliwe. A kiedy się kończyła, wojskowi nie potrafili wyjaśnić tych przegranych inaczej jak tylko zdradzieckimi sztuczkami Ziemian lub łutem szczęścia.
— Ale było kilku innych pilotów myśliwców, którzy też odnieśli wiele takich zwycięstw — zauważył Marcus. — Czemu właśnie Sinclair?
— Jest coś jeszcze. Minbari są znacznie silniejsi od Ziemian. Żaden minbarski wojownik nie został pokonany podczas wojny w bezpośrednim starciu. Nie mówię tego po to, by się chwalić. To zwykły fizjologiczny fakt.
— To na razie żaden argument — powiedział Marcus. — Co dalej?
— Jednak mówi się, że Jeffrey Sinclair dwukrotnie pokonał minbarskiego wojownika właśnie w takim starciu, i to tylko dzięki własnej sile, bez użycia broni. Za pierwszym razem zdarzyło się to na stacji Babilon 5, kiedy kasta wojowników próbowała wrobić Sinclaira w atak na ambasadora Vorlonów. Kiedy to zawiodło, minbarski wojownik napadł na Sinclaira. I został pokonany.
— Nie mówiono o tym w żadnych wiadomościach, prawda? — rzekł zaskoczony Marcus. Nigdy nie słyszał o tym wydarzeniu z udziałem ambasadora Vorlonów, a przecież, zafascynowany tą tajemniczą rasą Obcych podobnie jak większość ludzi, zbierał wszystkie wiadomości na ich temat, które zdołał wyszukać. Najwyraźniej za słabo szukał.
— Drugi incydent okazał się jeszcze bardziej kłopotliwy i upokarzający dla przedstawicieli kasty wojowników, ponieważ pokonanym był jeden z ich najświetniejszych wojowników, Neroon. Opowiada się, że Neroon zaatakował Sinclaira od tyłu, w ciemnościach. Z zasadzki. To nie był honorowy postępek, ale powinien dać Neroonowi łatwe zwycięstwo. A jednak Sinclair, jak William z radością to określił, skopał Neroonowi tyłek. Mimo że nie przeszedł żadnego treningu i nie uczył się minbarskich technik walki.
— Z tego, co mówisz, wynika, że kasta wojowników nie potrafi przegrywać.
— Doskonale to ująłeś — zgodził się Inesval. — Możesz więc sobie wyobrazić, jakie poruszenie zapanowało wśród wojskowych, kiedy członkowie kasty religijnej oraz nasz Wybrany zaczęli nalegać, by wojskowi przełamali swoje uprzedzenia, bo to Sinclair, i tylko on, był ich zdaniem godny tego, by kroczyć śladami Valena jako jedyny i prawdziwy przywódca Anla’Shok. Ich gniew jeszcze wzrósł, kiedy okazało się, że pierwszą decyzją Sinclaira było odwołanie zakazu, który dotyczył kasty robotników. Dzięki niemu mogli dołączać do Strażników. Ta organizacja była dla nich zamknięta przez tysiąc lat.
Marcus musiał w duchu przyznać, że ta ostatnia decyzja bardzo dobrze świadczyła o Sinclairze. Nadal jednak nie czuł się do końca przekonany.
— To Valen jako pierwszy wyzwolił moją kastę z poddaństwa i zrównał ją z kastą religijną i wojowników — ciągnął Inesval. — A kiedy Sinclair potwierdził w swej decyzji równość trzech kast, zaczęto jeszcze gorliwiej snuć domysły na temat jego osoby. Są tacy, którzy wierzą, że Sinclair, Ziemianin, może mieć przynajmniej cząstkę duszy Valena! Taka możliwość przeraża wojskowych bardziej niż cokolwiek innego.
Marcus znowu się zmartwił. Postanowił nie pytać o to, jak niby ktoś może dysponować częścią cudzej duszy. Uznał to wszystko za bezsensowne przesądy. Tylko jedno miało tu znaczenie – jeśli Sinclair okaże się zwykłym egocentrycznym człowiekiem, który uznał się za zbawcę, a Strażnicy – kolejnym żałosnym kultem gromadzącym nieudaczników żyjących złudzeniami, to on sam, Marcus, wróci pierwszym statkiem na Ziemię.
----CDN------
Admete - Sob 20 Mar, 2010 18:45
Bardzo ciekawy fragment
Aragonte - Sob 20 Mar, 2010 19:08
W następnym na scenę wjedzie Sinclair
Marcus nie od razu przekonał się do Strażników, jak widać.
A przeczytałaś produkt translatora?
Admete - Sob 20 Mar, 2010 19:17
Marcus jest dość niecierpliwy.
Fragment z translatora jest piękny - na swój sposób
|
|
|