To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik Tom III

Alison - Pon 18 Cze, 2007 08:40

Dla uspokojenia Maryannka...

Rozdz. II , cz. 37

- Och! - pojedynczy okrzyk wystarczył, by oderwać Darcy'ego od jego studiów nad zniszczeniami dokonanymi na kilku drzewach przez korniki, którymi zajmował się podczas oczekiwania na pojawienie Elizabeth. Drzewa wciąż były wystarczająco silne, ale gdyby niczego nie zrobiono, mogłyby spróchnieć i stać się zagrożeniem dla kogoś kto przechodziłby obok nich. Ledwie zdążył zakończyć swoje obserwacje i zanotować w pamięci by porozumieć się z leśniczym lady Catherine, gdy stanęła przed nim Elizabeth, akurat kiedy okrążał jedno ze zniszczonych drzew.
- Panno Bennet - ukłonił się, nagle ożywiając się odczuciem przyjemności z tego, że ją widzi i że nie minęli się. Co więcej, sądząc z kierunku z jakiego przyszła, była na początku przechadzki, co znaczyło, że będzie mógł jej towarzyszyć prawie przez godzinę. Wspaniale!
- Panie Darcy - Elizabeth ukłoniła się z zakłopotaną uprzejmością. Czyżby na jej twarzy malowało się niezadowolenie? Darcy niecierpliwie czekał aż uniesie twarz, ale kiedy to zrobiła, jej wyraz był taki, jaki powinna mieć twarz dobrze wychowanej panny, w chwili takiego spotkania. Ucisk mięśni zaciśniętych wokół jego brzucha rozluźnił się na tyle, że mógł postąpić do przodu.
- Widzę, że dopiero zaczęła pani swój spacer - zaczął szybko, zbyt niecierpliwy by przerwać i pozwolić jej na potwierdzenie lub zaprzeczenie - Rosings Park jest efektem pracy wielu pokoleń. Jest także miejscem mojej młodości, dlatego też - głos mu się lekko załamał - znam je bardzo dokładnie.
W ostatnich słowach zwrócił się do niej bardzo przejęty - Byłoby dla mnie przyjemnością gdybym mógł zostać pani przewodnikiem i zapoznać panią z jego mniej znanymi urokami.
Elizabeth zamrugała oczami, spoglądając na niego, widocznie oszołomiona jego propozycją - Jest pan niezwykle uprzejmy, sir, ale nie mogłabym prosić o poświęcanie mi takiej ilości czasu. Byłoby to narzucaniem się z mojej strony.
Jej stosowna odpowiedź sprawiła mu przyjemność - Ależ skąd! Jestem do pani dyspozycji, panno Bennet, o ile można tak powiedzieć o obejściu terenu pod moim przewodnictwem.
Podał jej ramię, i jak kiedyś, jej niepewna akceptacja zachwyciła go delikatnością manier i powściągliwością oczekiwań.
- Oczywiście dziś możemy tylko zacząć. Pełne poznanie okolicy nie byłoby możliwe nawet podczas całej pani pierwszej wizyty. Obiecuję pani, minie trochę czasu zanim pozna pani wszystko, co Rosings Park ma do zaoferowania.
Ta uwaga zrobiła na niej wrażenie, mimo, to jej cała odpowiedź była raczej skromna.
- Doprawdy! - powiedziała, kiedy Darcy wskazał jej kierunek, w którym mieli podążyć.

Maryann - Pon 18 Cze, 2007 08:53

Alison napisał/a:
Byłoby dla mnie przyjemnością gdybym mógł zostać pani przewodnikiem i zapoznać panią z jego mniej znanymi urokami.

Panna z kawalerem będą sam na sam łazić po krzakach ?! :shock: Czy to aby wypada ? No i CO POWIE CIOCIA ?

Dione - Pon 18 Cze, 2007 12:34

Tak... CO POWIE CIOCIA! :lol:
Darsik coś się strasznie garnie do podawania Elżuni ramienia, do oprowadzania i wogóle :twisted:
A ona sobie idzie obok i myśli: "co ten "Bałwan" sobie wykombinował :mysle: i po co za mną łazi :wsciekla: ?" A jemu się zdaje, ze taka nim zauroczona i onieśmielona :serduszkate:
Faceci to mają wyobraźnię :paddotylu:
Kochane ABT już się nie mogę jutra doczekać :slina:

asiek - Pon 18 Cze, 2007 17:53

Alison napisał/a:
- Panie Darcy - Elizabeth ukłoniła się z zakłopotaną uprzejmością. Czyżby na jej twarzy malowało się niezadowolenie? Darcy niecierpliwie czekał aż uniesie twarz, ale kiedy to zrobiła, jej wyraz był taki, jaki powinna mieć twarz dobrze wychowanej panny

Bidulka, musiała stoczyć ze sobą ostrą walkę, by wypracować "twarz dobrze wychowanej panny". :roll:
Na jej miejscu byłabym nieźle wkurzona, :bejsbol: ...No tak, ale Lizzy była DAMĄ. :cool:

Alison - Pon 18 Cze, 2007 18:00

asiek napisał/a:
No tak, ale Lizzy była DAMĄ. :cool:


Niestety, to czasem bywa niewygodne. Człowiek ma na końcu języka coś w rodzaju - Spłyń z falami, obleśny karpiu :evil: , a robi uśmiech nr 7 i mówi: Ależ będzie mi bardzo miło... :mrgreen:

MiMi - Pon 18 Cze, 2007 21:26

Pamelka chyba przesadza z tymi spacerami... Przecież w książce Lizzy kilka razy go spotkała, co nie znaczyło, że spacerowali razem. A on tu taki uprzejmy i miły. Przecież by się zorientowała, że on coś do niej czuje, a miała nic nie wiedzieć!
Maryann - Pon 18 Cze, 2007 22:11

MiMi napisał/a:
w książce Lizzy kilka razy go spotkała, co nie znaczyło, że spacerowali razem.

Spacerowali, spacerowali. :wink:
JA pisze, że Lizzy powiedziała mu raz, że ta ścieżka należy do jej ulubionych miejsc spacerów. Chciała mu w ten sposób dać do zrozumienia, żeby poszukał sobie innej trasy.
Nie pomogło. Nie tylko spotykała go nadal, ale zamiast przywitać się i póść w swoją stronę, zawracał i spacerował razem z nią. I zadawał dziwne pytania o Collinsów i ich szczęście małżeńskie...

Maryann - Pon 18 Cze, 2007 22:17

MiMi napisał/a:
w książce Lizzy kilka razy go spotkała, co nie znaczyło, że spacerowali razem.

Spacerowali, spacerowali. :wink:
JA pisze, że Lizzy powiedziała mu raz, że ta ścieżka należy do jej ulubionych miejsc spacerów. Chciała mu w ten sposób dać do zrozumienia, żeby poszukał sobie innej trasy.
Nie pomogło. Nie tylko spotykała go nadal, ale zamiast przywitać się i pójść w swoją stronę, zawracał i spacerował razem z nią. I zadawał dziwne pytania o Collinsów i ich szczęście małżeńskie...

A że Lizzy niczego się nie domyśliła... Cóż, jak się nie ma nawet cienia podejrzeń, to trudno wyciągać wnioski. A ona chyba podczas tych spacerów przede wszystkim zastanawiała się, jak się go pozbyć. :wink:

Maryann - Pon 18 Cze, 2007 22:18

MiMi napisał/a:
w książce Lizzy kilka razy go spotkała, co nie znaczyło, że spacerowali razem.

Spacerowali, spacerowali. :wink:
JA pisze, że Lizzy powiedziała mu raz, że ta ścieżka należy do jej ulubionych miejsc spacerów. Chciała mu w ten sposób dać do zrozumienia, żeby poszukał sobie innej trasy.
Nie pomogło. Nie tylko spotykała go nadal, ale zamiast przywitać się i pójść w swoją stronę, zawracał i spacerował razem z nią. I zadawał dziwne pytania o Collinsów i ich szczęście małżeńskie...

A że Lizzy niczego się nie domyśliła... Cóż, jak się nie ma nawet cienia podejrzeń, to trudno wyciągać wnioski.
Darcy do ekstrawertyków z pewnością nie należał. A ona chyba podczas tych spacerów przede wszystkim zastanawiała się, jak się go pozbyć. :wink:

Caroline - Wto 19 Cze, 2007 08:58

Rozdział II, cz.38

Szli żwawo i w ciszy, Darcy był w rozterce, jaki temat powinien zacząć teraz, gdy zapewnił sobie jej towarzystwo. Tak naprawdę był całkiem zadowolony z samej jej obecności, z bliskości i przyjemnego dotyku jej ręki na swoim ramieniu, ale konwenanse i rozsądek domagały się podjęcia konwersacji. Po namyśle stwierdził, że byłby szczęśliwy mogąc usłyszeć z bliska, jakie są jej obserwacje i opinie na jakikolwiek temat, który by jej się spodobał. Dowiedzenie się czegoś więcej o niej było w końcu powodem, dla którego porzucił sumienie na rzecz tych, niemal sekretnych, spotkań.
- Czy sprawia pani przyjemność pobyt w Hunsford, panno Bennet? – przełamał w końcu ciszę bezpiecznym, przyziemnym pytaniem.
- Tak, bardzo – odpowiedziała Elizabeth żywo. – Charlotte… pani Collins to moja droga przyjaciółka, z którą znamy się od dawna, zna bardzo dobrze moje usposobienie i nie przeszkadza jej zostawienie mnie samej z moimi sprawami.
„Dokładnie tak!” Darcy rozkoszował się zapewnieniem Elizabeth, że ich przyszłe spotkania nie będą zagrożone przez niespodziewane nadejście pani Collins .Co więcej, jak podejrzewał, żona pastora miała przeczucie co do tego, jak się sprawy mają i zasygnalizowała Elizabeth swoją współpracę. Spojrzał w dół na słomkową budkę, która poruszyła się przy jego ramieniu, ogarnęło go uczucie zadowolenia. Czy kiedyś nie będzie właśnie tak, ta słodycz, uczucie pełni pochodzące z jej obecności tuż obok, wzajemne wsparcie, wspólne pasje we wspólnie dzielonym życiu! Gdyby tylko głos obowiązku można było zagłuszyć.
Dotarli do bocznej ścieżki, ledwie widocznej nawet dla niego, łagodnie skierował Elizabeth na nią uśmiechając się uspokajająco na jej pytające spojrzenie.
- Cierpliwości! – było jedynym wyjaśnieniem, jakie jej dał. Pilnie odsuwając na bok gałęzie, które powyrastały od czasu ostatniej wizyty pięć lat temu, prowadził Elizabeth wzdłuż ledwie widocznej ścieżki. Przez większą część biegła prosto, nie omijając z bezpiecznej odległości dziwnych, wielkich skał albo drzewa sterczącego z ziemi, to on i Richard ją wyznaczyli po to, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce, a nie czerpać przyjemność ze spaceru. W kilka minut dotarli do polany, która w chłopięcych latach była dla niego tyloma miejscami: bezludną wyspą Robinsona, odludną fortecą dowodzoną przez dzielnego Wolfe’a w Ameryce, zamkiem, który trzeba było bronić ramię w ramię z Arturem. Odwrócił się, by zobaczyć, jakie wrażenie wywarło na niej to miejsce. Okrzyk zachwytu był tym, na co liczył.
- Fitzwilliam i ja znaleźliśmy to miejsce pewnego lata, mimo silnych perswazji leśniczego lady Catherine, miałem wtedy 10 lat.
Odwróciła się od niego, przyglądał się w ciszy, jak odkrywała – pewien, że to zrozumie – pierwszy jego prezent dla niej.
Pewnego dnia opowie jej resztę, jak pewnej wiosny leśnik lady Catherine próbował powstrzymać ich przed włóczeniem się po lesie opowieściami o przerażającym, wściekłym dziku, który go zamieszkiwał. Oczywiście taka historia była dokładnie tym, czego chcieli, wystrzelili jak z procy, by go odnaleźć. Gdy dotarli do głównej ścieżki w zagajniku, tak się nawzajem przestraszyli wyobrażonymi odgłosami z zarośli, że rzucili się do ucieczki w dół małego wzgórza nie wiedząc dokąd biegną i tak, wpadli na tę ukrytą polanę. Pewnego dnia jej o tym opowie, ale nie dziś. Dzisiaj chciał tylko dzielić z nią tę tajemniczą, magiczną aurę, którą zawsze wyczuwał w tym zakątku lasu.

Admete - Wto 19 Cze, 2007 09:21

To wydanie dvd Dumy to na pewno cały serial? Jakos nie pisza nic o tym, a okładki brak...Bo cena przystepna. Ja bym sobie nawet Pamelkę kupiła...Pierwszą i trzecia część. Za drugą podziekuję.

Sprawdziłam własnie swoje zasoby - mam do "Chapter 9, part 1 Being the first part of Chapter 9 of These Three Remain - Working Title : "…the Marriage of Two Minds" Więcej sie w sieci nie pojawiło. Czy któras z dam może mi powiedzieć ile mi brakuje? To juz jest po odnalezieniu Wickhama.
I znalazłam tez informacje o takiej serii:

http://austenarium.com/wentworth/index.html

A tu są teksty tej pani, która jest autorką powyższej książki - Susan Kaye.

http://www.crownhillwriters.com/crownhill/

Maryann - Wto 19 Cze, 2007 09:30

Admete napisał/a:
To wydanie dvd Dumy to na pewno cały serial? Jakos nie pisza nic o tym, a okładki brak...Bo cena przystepna.

No właśnie, w opisie jest tylko Simon Langdon i Colin Firth. Tak się domyślam, że to może być element z rozparcelowanego sześciopaka Epelpol-u...

Admete napisał/a:
Sprawdziłam własnie swoje zasoby - mam do "Chapter 9, part 1 Being the first part of Chapter 9 of These Three Remain - Working Title : "…the Marriage of Two Minds" Więcej sie w sieci nie pojawiło. Czy któras z dam może mi powiedzieć ile mi brakuje?

Mówiąc najkrócej: doprowadzenia Wickhama na ślubny kobierzec, powrotu do Netherfield, burzliwej rozmowy z cioteczką, no i... happy endu. :wink: O ile pamiętam - to jakieś trzy rozdziały.

Admete napisał/a:
I znalazłam tez informacje o takiej serii:
http://austenarium.com/wentworth/index.html

Też za mną "chodzi"... :?

Admete - Wto 19 Cze, 2007 09:39

To własnie o te trzy rozdziały mi chodzi...;-) przeczytam w tłumaczeniu, a potem się zastanowię.
Maryann - Wto 19 Cze, 2007 09:46

Caroline napisał/a:
prowadził Elizabeth wzdłuż ledwie widocznej ścieżki.

ani chybi na manowce ją prowadzi... :wink:

Alison - Wto 19 Cze, 2007 10:17

Odwróciła się od niego, przyglądał się w ciszy, jak odkrywała – pewien, że to zrozumie – pierwszy jego prezent dla niej.

Uojeju mój jeju, jakie to ładne... :roll:

Maryann - Wto 19 Cze, 2007 10:28

Ładne, szkoda tylko, że tak mało ma wspólnego z rzeczywistością...
Dione - Wto 19 Cze, 2007 11:13

Cytat:
Dotarli do bocznej ścieżki, ledwie widocznej nawet dla niego, łagodnie skierował Elizabeth na nią uśmiechając się uspokajająco na jej pytające spojrzenie.


Dżentelmen..... :thud: Sekretna schadzka w leśnych ostępach. To już prawie nieprzyzwoite. W tym momencie dziwię się Lizzy, że mając o nim taką złą opinię nie bała się z nim łazić po krzaczkach.

Maryann - Wto 19 Cze, 2007 11:25

Może właśnie dlatego, że miała o nim złą opinię nie bała się, że zdoła ją do czegokolwiek przekonać. :wink: A poza tym ta zła opinia nie dotyczyła jego złego prowadzenia się. Zawsze był taki zimny, wyniosły i nieprzystępny, że trudno go raczej było podejrzewać o jakieś ukryte namiętności... :mrgreen:
Dione - Wto 19 Cze, 2007 12:45

Biedny Darcy, nawet mu temperamentu odmówiła :mrgreen:
To się nam Lizzy po ślubie zdziwi :twisted:

Maryann - Wto 19 Cze, 2007 12:58

Dione napisał/a:
Biedny Darcy, nawet mu temperamentu odmówiła :mrgreen:

Biedny, biedny. I coraz biedniejszy...
Chociaż tak po prawdzie, to ja nie wiem, czy Lizzy jako dobrze wychowana panna w ogóle powinna mieć pojęcie o czymś takim jak temperament... :?

Caroline - Śro 20 Cze, 2007 09:26

Rozdział II, cz.39

- Dziękuję, panie Darcy. Tu jest uroczo – Elizabeth dołączyła do niego po kilku minutach, na jej twarzy rysowała się wdzięczność. – Nigdy nie znalazłabym sama tego miejsca.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Bennet – odpowiedział, gdy odchodziła torując sobie drogę w stronę ścieżki, którą przyszli. Darcy przyznał rację zawartą w jej niewypowiedzianej sugestii – nie powinni dłużej zostawać sami na polanie. Skłaniając się z wdzięcznością swej dawnej przystani za to, że tak dobrze mu się przysłużyła, odwrócił się i podążył za nią. Szelest liści pomieszany z odgłosem uderzających o siebie gałęzi ostrzegał, że wiosenny wiatr krążył ponad ich głowami. Dobrze znając okolicę, Darcy wiedział, że podmuch niedługo pojawi się na polanie. Instynktownie chwycił brzeg kapelusza i spojrzał w stronę Elizabeth by ją ostrzec, ale słowa uwięzły mu w gardle, gdy wiatr zawirował wokół niej bawiąc się jej kapeluszem i suknią.
Ten hipnotyzujący widok sprawił, że wszystko nagle pociągnęło go do niej, przekonało go, że to, czego pragnie znalazłby, gdyby tylko w tej chwili wziął ją w objęcia, przytrzymał w ramionach, gdyby mógł dotknąć jej policzka i odszukać miękkiego bogactwa jej ust. Ruszył naprzód, zwykłe zadowolenie gwałtownie przemieniło się w pożądanie, które przeniknęło go do głębi z taką siłą, że dopiero, gdy się do niej zbliżył wrócił mu rozum, dzięki czemu zdołał doprowadzić do ładu kierujące nim pragnienie.
Logiczna część umysłu, która mu jeszcze została, ostrzegała go, że walka o rozsądek stawała się coraz bardziej desperacka we wszystkim co dotyczyło Elizabeth. Ten fakt był tak oczywisty, że nie mógł go dłużej ignorować. Gdy zdał sobie sprawę ze stopniowej utraty kontroli nad sobą, schłodziło to jego żar tak, jak żadna forma oburzenia, jakiej dałaby wyraz Elizabeth - gdyby była świadoma jego intencji - nie zdołałaby tego dokonać. Zwolnił, utrzymując dystans między nimi, gdy szli główną alejką parku. Nie chodziło o to, że pożądanie zniknęło, nadal odczuwał ból, ale był bardziej sobą i mógł myśleć.
- Panie Darcy, myślę, że powinnam wrócić do Hunsford – oświadczyła Elizabeth, gdy dołączył do niej na ścieżce. Darcy mógł tylko podziękować Bogu za te słowa. Jego opanowanie zostało poddane wystarczającej próbie jak na jeden dzień. – Pani Collins wspomniała, że będzie mnie potrzebować, myślę, że o tej właśnie godzinie powinnam jej pomóc.
- Oczywiście musi pani pomóc przyjaciółce – odpowiedział skwapliwie, ale mimo niebezpieczeństwa, które wciąż mu zagrażało, nie mógł powstrzymać się przed dodaniem. – Proszę mi pozwolić, dla spokoju mojego sumienia, odprowadzić panią do drzwi.
Uniosła brwi, ale przyjęła jego wyciągnięte ramię i razem zawrócili do Hunsford.

Marija - Śro 20 Cze, 2007 09:36

No i sprawa jasna: przeniknęło go pożądanie :shock: , samiec jeden .
Maryann - Śro 20 Cze, 2007 09:45

Logiczna część umysłu, która mu jeszcze została
:thud:
Oj, niewielka ta część, niewielka...

Dione - Śro 20 Cze, 2007 10:12

"Romantyczny" się zrobił, $%#^@&* Ale wkońcu obudziło się w nim coś ludzkiego bez udziału "czarów" Sylvanie. I tak sobie myśle, że gdyby teraz go Fletcher zobaczył, to by na pewno się nie ujawnił i nie przeszkodził :rumieniec:
Maryann - Śro 20 Cze, 2007 10:18

Dione napisał/a:
gdyby teraz go Fletcher zobaczył, to by na pewno się nie ujawnił i nie przeszkodził :rumieniec:

Przeszkadzać ? Jak by mógł, to by mu jeszcze pomógł. :wink:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group