North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Gosia - Wto 22 Sie, 2006 18:12
Rozdz. II, Roses and Thorns (Róże i ciernie), str. 13
Margaret w Helstone cz. 1
Margaret była ponownie w swojej porannej sukni, podróżując spokojnie do domu razem z ojcem, który przybył aby uczestniczyć w ślubie.
Jej matka została w domu z wielu połowicznych powodów, przy czym żadnego, który ktoś mógłby w pełni zrozumieć, poza Panem Hale’em świadomym, że wszystkie jego argumenty na korzyść szarej satynowej sukni, która nie była ani stara ani nowa, były bezskuteczne, i że skoro nie ma pieniędzy, by ubrać żonę od stóp do głów, ona nie mogła pokazać się na ślubie jedynego dziecka jedynej siostry. Gdyby Pani Shaw domyślała się, dlaczego w rzeczywistości Pani Hale nie towarzyszyła mężowi, zasypałaby Panią Hale sukniami, ale minęło blisko 20 lat odkąd Pani Shaw była biedną, śliczną Panną Beresford i naprawdę zapomniała o wszystkich pretensjach poza tą, że nieszczęście wynika z różnicy wieku pomiędzy małżonkami, nad czym mogła się rozwodzić pół godziny. Droga Maria poślubiła przecież człowieka jej serca, tylko 8 lat starszego od siebie, o słodkim charakterze, który miał tak rzadko spotykane niebiesko-czarne włosy. Pan Hale był jednym z najbardziej uroczych pastorów o jakich słyszała i doskonałym przykładem duchownego. Mimo że wniosek wynikający z tych wszystkich przesłanek nie był logiczny, był to jednak charakterystyczny sposób myślenia Pani Shaw na temat losu swojej siostry. Małżeństwo z miłości? Czego droga Maria mogłaby sobie więcej życzyć? Pani Hale, gdyby powiedziała prawdę, mogłaby podać gotową listę życzeń: „srebrnoszary jedwab, biały czepek, och, tuziny rzeczy na ślub, setki przedmiotów dla domu”.
Margaret wiedziała tylko, że jej matka nie uważała za wygodne pojechać, ale nie było dla niej przykrością myśleć, że spotkanie ich obu i powitanie nastąpi na plebanii w Helstone, a nie w czasie zamieszania ostatnich dwóch-trzech dni na Harley Street, gdzie musiała grać rolę Figara i była oczekiwana wszędzie w tym samym czasie.
Jej umysł i ciało cierpiały teraz na wspomnienie tego co musiała robić i mówić w czasie ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Pożegnania tak pośpieszne pośród wszystkich innych pożegnań z tymi, z którymi mieszkała tak długo, przygniatały ją smutnym żalem za czasami, których już nie będzie i nie miało znaczenia jakie te czasy były, ale to że one nigdy nie wrócą. Margaret czuła że jej serce jest cięższe, niż mogła sądzić, skoro jechała do swojego własnego kochanego domu – miejsca i życia za którym tęskniła latami – w tym okresie wszystkich tęsknot i pragnień, zanim zmysły zatraciły swą ostrość.
Oderwała swój umysł z bólem od rozpamiętywania przeszłości i zaczęła pogodnie rozmyślać o swojej obiecującej przyszłości. Jej oczy zaczynały widzieć, nie obraz tego co było, ale widok, który obecnie miała przed sobą.
Jej drogi ojciec siedział w przedziale kolejowym przechylony do tyłu i był pogrążony we śnie, jego niebiesko-szare włosy były obecnie siwe i leżały rzadkie wokół czoła. Kości jego twarzy były mocno zarysowane, zbyt mocno, by można je było uznać za piękne, gdyby jego rysy były mniej wyraziste, miałyby wdzięk, jeśli nie urodę. Twarz trwała w spoczynku, ale to był raczej odpoczynek po znużeniu, a nie łagodne i ciche oblicze kogoś, kto prowadzi spokojne, pełne zadowolenia życie. Margaret boleśnie uderzył ten pełen wyczerpania i niepokoju wyraz twarzy, wracała myślą do znanych sobie warunków życia jej ojca, aby znaleźć przyczynę tych zmarszczek, które wyrażały tak wyraźnie udrękę i przygnębienie.
- Biedny Frederick – pomyślała wzdychając. - Och, gdyby Frederick został duchownym, zamiast wstąpić do marynarki i być straconym dla nas wszystkich! Chciałabym wiedzieć wszystko. Od ciotki Shaw niczego nie można się było dowiedzieć. Wiem tylko, że on nie może wrócić do Anglii z powodu jakiejś strasznej sprawy. Biedny drogi papa! Jak on smutno wygląda! Tak się cieszę, że wracam do domu i będę blisko nich, żeby dodawać otuchy jemu i mamie.
Była przygotowana, aby jasnym uśmiechem, w którym nie było śladu zmęczenia, powitać ojca, kiedy się obudzi. Odwzajemnił uśmiech, ale blado, jakby był to niezwykły wysiłek. Jego twarz powróciła do zwykłego teraz wyglądu niepokoju. Miał zwyczaj otwierać do połowy usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, co stale zakłócało kształt jego ust i nadawało twarzy wyrazu niezdecydowania. Ale miał te same duże, łagodne oczy jak jego córka - oczy, które poruszały się wolno i prawie dostojnie i były dobrze okryte przez przejrzyste białe powieki.
Margaret była bardziej podobna do niego, niż do swojej matki. Czasami ludzie zastanawiali się, jak tak przystojni rodzice mogli mieć córkę, która była tak daleka od klasycznej urody; wcale nie była piękna, jak czasami mówiono. Jej usta były szerokie, nie jak pączek róży, który mógł otwierać się jedynie na tyle, by wypowiedzieć „tak” i „nie”, oraz "będzie pan łaskaw”. Ale szerokie usta tworzyły miękkie wygięcie pełnych, czerwonych warg, a jej skóra, choć nie była ani biała ani jasna, miała gładkość i delikatność kości słoniowej.
Jeśli jej spojrzenie było, ogólnie rzecz biorąc, zbyt dostojne i pełne rezerwy, jak na tak młodą osobę, gdy mówiła do ojca, było jasne jak poranek – pełne dołeczków i blasków, które mówiły o dziecięcej radości i bezgranicznej wierze w przyszłość.
Mag - Wto 22 Sie, 2006 21:31
Gosieńko ślicznie!
Margerytka była taka młodziutka.....
Dlaczego po ślubie nie mogła zostać z ciotką i np towarzyszyć jej do Włoch? (młodym mogłaby zawadzać ) ale ciotka była sama?
a niepiękny Henryś i tak mnie drażni z tym swoim poczuciem wyższości : " moje sprawy, moja praca..."ble -- Jasiek nie marudził tylko pracował!
I zapracował na Margerytke
PS Dziewczyny ale mi brakowało tego forum!
Gosia - Wto 22 Sie, 2006 21:36
Jakos tak wydaje mi sie, ze Margaret w sumie chciala juz wrocic do domu.
Dobrze sie czula na plebanii w Helstone. Byla juz dorosla kobieta.
Tyle ze zapomniala/nie wiedziala, jak naprawde wyglada zycie jej rodzicow, i ze nie jest tam tak sielsko, jak to sobie wyobrazala, co okaze sie w dalszej czesci ..
Trzykrotka - Wto 22 Sie, 2006 23:29
Gosiu, jak to dobrze, że dzięki Tobie nie jesteśmy skazane na odwyk!
Wielki finał był po prostu jak wspanialy piętrowy ślubny tort, ale teraz co dalej? Czułabym się jak osierocona bez dalszych ciasteczek, choćby jakichś krakersów.
Z opóźnieniem, ale i ja - dziękuję Alison, Caroline, Alraune - jesteście piękne, utalentowane i wspaniałe!
Gitka - Śro 23 Sie, 2006 09:51
Ale jestem zdziwona Panią Hale. Nie poszła, bo nie miała nowej sukienki.
No cóż, kiebieta nigdy nie ma co na siebie włożyć Ale w tym przypadku to chyba lekka przesada.
Zobaczymy co będzie dalej.
Dzięki Gosiu.
Trzykrotka - Śro 23 Sie, 2006 14:14
Pani Hale w całej krasie. Nie potrafię jej polubić, istna Edith kilkadziesiąt lat później. Naprawdę, to aż dziwne, że tak silna i twarda (przy całej swojej delikatności) córka przytrafiła się takim nieprzystosowanym rodzicom.
GosiaJ - Śro 23 Sie, 2006 15:30
Dzięki, Gosiu :grin:
Ja do pani Hale przekonywałam się w trudnością, ale w końcu ją polubiłam, m.in. dzięki rozmowom na forum. Ale teraz mam wrażenie, że znów zaczyna mnie męczyć. Z powodu sukienki, też coś!
Harry_the_Cat - Śro 23 Sie, 2006 16:07
Ja nie jestem chyba w stanie jej polubić...
Gosia - Śro 23 Sie, 2006 18:03
Rozdz. II, Roses and Thorns (Róże i ciernie), str. 15
Margaret w Helstone cz. 2
Był późny lipiec, kiedy Margaret wróciła do domu. Drzewa w lesie były ciemne, pełne liści, mrocznie zielone, paproć poniżej nich chwytała wszystkie promienie słońca, powietrze było parne i złowieszczo nieruchome. Margaret zwykła spacerować przy ojcu, depcząc po paprociach z okrutną radością, czując jak uginają się pod jej lekką stopą, i jak wysyłają charakterystyczny zapach – na szerokie błonia w ciepłe pachnące światło – przyglądając się wielu dzikim, wolnym, żywym stworzeniom, rozkoszującym się światłem słonecznym, które przyciągało także zioła i kwiaty.
To życie – przynajmniej te spacery – spełniały wszystkie oczekiwania Margaret.
Była dumna ze swego lasu. Ci ludzie byli jej ludźmi. Uczyniła z nich serdecznych przyjaciół, uczyła się ich specyficznych słów i znajdowała upodobanie w używaniu ich, przebywała wśród nich, pielęgnowała ich dzieci, rozmawiała ze starszymi ludźmi lub czytała im wolno i wyraźnie, nosiła smakowite posiłki chorym, wkrótce zdecydowała się uczyć w szkole, gdzie jej ojciec chodził każdego dnia wypełniać wyznaczone sobie zadania. Mimo to była wciąż nakłaniana, żeby odwiedzić któregoś ze swoich przyjaciół – mężczyznę, kobietę lub dziecko - w jakiejś chatce w zielonym cieniu lasu.
Jej życie poza domem było doskonałe. Jej życie domowe miało wady. Ze zdrowym wstydem dziecka, obwiniała siebie o zbytnią przenikliwość, bo widziała, że wszystko było nie tak jak dotąd. Jej matka – jej matka zawsze tak dobra i czuła w stosunku do niej – wydawała się czasami tak bardzo niezadowolona z ich sytuacji; uważała, że biskup w dziwny sposób zaniedbuje swoje obowiązki, nie dając Panu Hale lepszej prebendy, i prawie robiła wyrzuty mężowi, ponieważ on nie potrafił się przemóc, by powiedzieć, że życzy sobie opuścić parafię i podjąć większe obowiązki. Mógł tylko westchnąć głośno odpowiadając, że skoro robi to co powinien robić - w małym Helstone, powinien być za to wdzięczny; ale z każdym dniem był bardziej przytłoczony, coraz bardziej zakłopotany.
Na każde powtarzające się naleganie żony, że mógłby ułatwić sobie uzyskanie jakiegoś awansu, Margaret zauważała, że jej ojciec wzdraga się coraz bardziej, i usiłowała pogodzić matkę z Helstone. Pani Hale mówiła, że bliskie sąsiedztwo tak wielu drzew źle wpływa na jej zdrowie; i Margaret próbowała namówić ją do wyjścia na piękne, szerokie, osłonecznione, ocienione łąki, gdyż była pewna, że jej matka przyzwyczaiła się za bardzo do życia w domu, rzadko rozszerzając spacery poza kościół, szkołę i sąsiednie domy.
To było skuteczne przez jakiś czas, ale kiedy nadeszła jesień i pogoda stała się bardziej zmienna, pogląd matki dotyczący niekorzystnego działania tego miejsca na zdrowie wzmocnił się; i skarżyła się nawet częściej, że jej mąż, który był bardziej wykształcony niż Pan Hume i był lepszym pastorem niż Pan Houldsworth, może nie dostać awansu, który ci dwaj ich byli sąsiedzi otrzymali.
Utrata spokoju w domu, w ciągu długich godzin rozgoryczenia była tym, na co Margaret nie była przygotowana. Wiedziała i raczej była ucieszona pomysłem, że musi zrezygnować z wielu zbytków, które były tylko kłopotami i przeszkadzały w jej życiu na Harley Street. Gorącą radość z każdej zmysłowej przyjemności równoważyła, jeśli nie przeważała świadoma duma, że potrafi się bez nich obejść, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Ale chmura nigdy nie przychodzi z tej strony, z której jej się oczekuje.
Wcześniej, kiedy Margaret spędzała święta w domu, pojawiały się drobne narzekania i przejściowe żale ze strony matki, wywołane drobiazgami związanymi z Helstone i pozycją jej ojca, ale ogólnie Margaret czerpała radość z wspominania tych czasów, zapominała o drobiazgach, które nie były przyjemne.
W drugiej połowie września, nadeszły jesienne deszcze i burze, i Margaret musiała pozostawać więcej w domu, niż dotychczas. Helstone było oddalone od sąsiedztwa odpowiadającego Hale’om pozycją.
- To niewątpliwie jedno z najbardziej pozostających na uboczu miejsc w Anglii – powiedziała pani Hale, będąc w jednym ze swych melancholijnych nastrojów. - Nie mogę odżałować, że papa nie ma naprawdę nikogo z kim mógłby przebywać, jest tak bardzo wyobcowany, ponieważ całe tygodnie nie widzi nikogo poza rolnikami i robotnikami rolnymi. Gdybyśmy żyli tylko w innej części parafii, to mogłoby być coś innego, bylibyśmy wtedy nieomal w bliskiej odległości od Stansfields, z pewnością Gormanowie znajdowaliby się w odległości umożliwiającej odwiedziny.
- Gormanowie – powiedziała Margaret. – To ci Gormanowie, którzy trudnią się handlem w Southampton? Och! Cieszę się, że ich nie odwiedzamy. Nie lubię kupców. To dobrze, że mieszkamy w takim oddaleniu, znając tylko wieśniaków i robotników rolnych, oraz ludzi bez pretensji.
- Nie możesz być tak wybredna, Margaret, kochanie! – powiedziała jej matka, myśląc w głębi serca o młodym i przystojnym Panu Gorman, którego spotkała kiedyś u Pana Hume.
- Nie! Uważam, że nie mam wybrednego gustu. Lubię wszystkich ludzi, których zajęcia mają związek z ziemią, lubię żołnierzy i marynarzy, i trzy wolne zawody*, jak je nazywają. Jestem pewna, że nie chcesz bym podziwiała rzeźników i piekarzy oraz tych, którzy wyrabiają świeczniki, prawda mamo?
- Ale Gormanowie nie są ani rzeźnikami ani piekarzami, lecz bardzo poważanymi stelmachami.
- Bardzo dobrze. Stelmach** to zawód taki jak wszystkie, i sądzę że dużo bardziej nieużyteczny niż zawód rzeźnika czy piekarza. Och! Jak bardzo byłam zmęczona, kiedy codziennie musiałam jeździć w powozie ciotki Shaw i jak tęskniłam za spacerami!
* Teolog, doktor i prawnik.
** Chodzi o rzemieślnika, który zajmuje się wyrobem powozów
Gitka - Śro 23 Sie, 2006 20:00
Gosiu, pięknie tłumaczenie.
Aż widzę Margaret spacerującą z ojcem i koszykiem w ręku :grin:
A pani Hale, no cóż to za osoba wiecznie narzekająca...
przecinek - Czw 24 Sie, 2006 15:52
Wyjaśniła się sprawa, która mnie od jakiegoś czasu zajmowała. Zastanawiałam się, czym się chciała zając Margaret w przyszłości, gdy zabraknie jej rodziców. Wciąż odmawiała oświadczającym się, mówiła, że nie zamierza wyjść za mąż, to co więc chciała robić? Biegać z koszykami do biednych przez całe życie? Wreszcie wiem, że chciała zostać nauczycielką, wprawdzie w szkole jej ojca, pewnie bez wynagrodzenia, ale to zawsze jakieś plany na przyszłość. A pani Hale, wcale nie wygląda na tak wielką damę jak jest przedstawiona w filmie. Stale narzeka, zarobki i pozycja męża są jej niewystarczające, wciąż nie jest sympatyczną postacią. Trochę przerażają mnie poglądy Margaret na osoby pracujące – ale może to wpływ ciotki i minie z czasem? A czy Henryk, przynajmniej na razie nie jest wspaniały? I kolejna sprawa, która dla mnie jest dość dziwna – Margaret tak swobodnie rozmawia z Henrykiem o ślubie, zwyczajach, zaprasza go wręcz do siebie, a parę miesięcy później jest oburzona gdy Thornton chce jej podać rękę. Dziwne czasy, dziwne zwyczaje.
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 16:41
Pamietaj, ze Henryka znala, byl prawie jej krewnym, wiec spokojnie mogla mu podac reke.
Thorntona widziala po raz pierwszy czy drugi w zyciu, nie znala go, uwazala, ze sie nagle z nia spoufala.
Dlaczego sadzisz, ze Margaret chciala uczyc w szkole, ja uwazam, ze to byla raczej pomoc dorazna.
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 16:53
Rozdz. II, Roses and Thorns (Róże i ciernie), str. 18
Margaret w Helstone cz. 3
I Margaret spacerowała niezależnie od pogody. Była tak bardzo szczęśliwa poza domem, przy boku ojca, że mogła prawie tańczyć, czując delikatną siłę zachodniego wiatru za sobą, kiedy przemierzała wrzosowiska, zdawało jej się, że posuwa się naprzód tak lekko i łatwo jak spadający listek unoszony przez jesienny podmuch. Ale trudniej było spędzić przyjemnie czas wieczorami. Zaraz po herbacie ojciec wycofywał się do swojej małej biblioteki, a ona i matka pozostawały same. Pani Hale nigdy nie lubiła i zniechęcała swojego męża, od wczesnych lat ich małżeńskiego życia, do czytania jej głośno, kiedy pracowała. Kiedyś próbowali grać w trick-tracka*, ale kiedy pan Hale zwiększył swoje zajęcia w szkole i wśród parafian, zauważył, że przerwy, jakie wynikały ze spełniania tych obowiązków były odbierane przez żonę jako niewygody. Nie przyjmowała ich jako naturalne dla jego profesji, ale wyrażała ubolewanie, sprzeciwiała się im, gdy się zdarzały.
Tak więc on wycofał się, kiedy dzieci były jeszcze małe, do swojej biblioteki, gdzie spędzał wieczory (jeśli był w domu), czytając książki spekulatywne i metafizyczne, które były jego radością.
Kiedy Margaret była tu wcześniej, znosiła wielkie pudło z książkami, zalecanymi przez nauczycieli i guwernantki, i stwierdzała, że letni dzień jest za krótki, aby spędzić go na czytaniu, zanim będzie musiała wrócić do domu. Teraz była tam tylko ładnie oprawiona mało czytana angielska klasyka, która została wybrana z biblioteki ojca, aby zapełnić małe półki w salonie. „Sezony” Jamesa Thomsona, „Życia Cowpera” Williama Hayley`a, „Życie Cycerona” Middletona nie były lekką, modną i zajmującą lekturą. Półki z książkami nie dostarczały więc rozrywki. Margaret opowiadała matce o każdym szczególe jej życia w Londynie, o wszystkim o czym pani Hale słuchała z zainteresowaniem, czasami rozbawiona, i zadawała pytania, kiedy indziej skłonna była porównywać komfortowe warunki życia swojej siostry i jej dobrobyt do skromnych środków finansowych, jakimi dysponowała, mieszkając na plebanii w Helstone. W takie wieczory Margaret wolała przerwać nagle rozmowę i słuchać kapania kropli deszczu spadających na ołowiany okienny parapet. Raz czy dwa razy Margaret zauważyła, że machinalnie liczy powtarzające się dźwięki, podczas gdy zastanawiała się, czy może zaryzykować i zadać pytanie na temat bliski jej sercu – gdzie jest Frederick, co robi, jak dużo minęło czasu, odkąd mieli wiadomości do niego.
Ale porzucała ten temat (który wydawał się skazany na smutne zapomnienie) za każdym razem, kiedy się do niego zbliżała, gdyż powstrzymywała ją świadomość tego, że delikatne zdrowie matki i jej stanowcza niechęć wobec Helstone datują się od czasu buntu, w którym Frederick wziął udział, a o którym Margaret nigdy nie usłyszała pełnej relacji. Kiedy była z matką, ojciec wydawał się najodpowiedniejszą osobą, aby zwrócić się do niego po wyjaśnienia, ale kiedy była z nim, myślała, że łatwiej rozmawiałoby się jej z matką. Prawdopodobnie nic więcej by się nie dowiedziała. W jednym z listów, które otrzymała przed opuszczeniem Harley Street, ojciec pisał jej, że mieli wiadomości od Fredericka: był wciąż w Rio, w dobrym zdrowiu, i posyłał jej najlepsze pozdrowienia, był uratowany, ale mimo tej wiadomości tęskniła za nim. (to były suche wiadomości, pozbawione jego żywej, namacalnej obecności, za którą tęskniła).
*trick-track, zwany też backgammonem. Gra logiczno-losowa przy użyciu warcabów i kości.
przecinek - Czw 24 Sie, 2006 20:14
| Gosia napisał/a: | | Dlaczego sadzisz, ze Margaret chciala uczyc w szkole, ja uwazam, ze to byla raczej pomoc dorazna. |
To znaczy ja mam nadzieję, że miała taki zamiar. Nie potrafię myśleć o tym że Margaret, z jej możliwościami i zapałem, w swoim przyszłym życiu nic nie będzie robić. Feministka ze mnie wychodzi.
Maryann - Czw 24 Sie, 2006 20:26
| Gitka napisał/a: | Gosiu, pięknie tłumaczenie.
Aż widzę Margaret spacerującą z ojcem i koszykiem w ręku :grin:
A pani Hale, no cóż to za osoba wiecznie narzekająca... |
Pani Hale kojarzy mi się nieodparcie z Barbarą Niechcicową - ze wszystkiego niezadowolona, we wszystkim szukająca ciemnych stron, zawsze na "nie". Tylko bez tego samozaparcia i pogodzenia z losem, jakie - mimo wszystko - cechowały Barbarę. Pani Hale nie była w stanie zaakceptować ograniczeń, do jakich zmusiło ją życie - najlepszy symbol to decyzja, że nie pojedzie na wesele jedynej siostrzenicy, bo... nie ma nowej sukni ! Drażni ją ciasny dom, praca męża, nieliczne i mało dystyngowane sąsiedztwo... itd.
Ta postawa jest dla mnie o tyle dziwna, że - podobno - to ona była tą, która wyszła za mąż z miłości. Chyba jednak nie było to uczucie zbyt dużego kalibru...
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 20:28
Trudno powiedziec, w koncu wyszla za niezamoznego pastora ... moze i milosc w tym byla.
Czyms ja ten pan Hale zauroczyl, moze dobrym sercem...
Tyle ze moze nie przewidziala, ze bedzie wiesc skromne zycie, na odludziu
Maryann - Czw 24 Sie, 2006 20:38
Może więcej w tym było młodzieńczej egzaltacji, niż prawdziwej miłości ? Romantyczna panienka z dobrego domu poznała inteligentnego, czarującego młodego duchownego. Zadurzyła się w nim i pewnie uporem wywalczyła sobie zgodę rodziny na małżeństwo. Wszystko miało być pięknie i cudownie, jak w powieści... A potem przyszła szara rzeczywistość i kolejne rozczarowania.
Tak przy okazji - pani Hale była córką lorda, a więc arystokratką. Chyba jednak niezbyt bogatą, bo przecież panna z zamożnej rodziny dostałaby posag, który zapewniłby jej dobrobyt nawet bez bogatego męża. Tymczasem po rezygnacji pana Hale rodzina została niemal bez środków do życia...
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 20:45
| Maryann napisał/a: | | Może więcej w tym było młodzieńczej egzaltacji, niż prawdziwej miłości ? Romantyczna panienka z dobrego domu poznała inteligentnego, czarującego młodego duchownego. Zadurzyła się w nim i pewnie uporem wywalczyła sobie zgodę rodziny na małżeństwo. Wszystko miało być pięknie i cudownie, jak w powieści... A potem przyszła szara rzeczywistość i kolejne rozczarowania. ... |
Mysle, ze moglo tak byc jak mowisz. Pan Hale oczarowal ja osobowoscia, tak inna od mlodziencow, ktorych znala, byl jak sadze powazny, oczytany i mogl imponowac wiedza. Jednak jego miloscia byly ksiazki, co nie musialo sie podobac zonie ...
Nie byl dusza towarzystwa i nie musial pewnie "bywac", ona czula sie wiec samotnie.
Brakowalo jej kontaktow towarzyskich. Dlatego chciala zeby awansowal, zeby mogli przeniesc sie do wiekszego miasta - do wiekszego domu.
Gdyby wiedziala gdzie sie ostatecznie przeprowadza. ...
Maryann - Czw 24 Sie, 2006 20:51
| Gosia napisał/a: | | Pan Hale oczarowal ja osobowoscia, tak inna od mlodziencow, ktorych znala, byl jak sadze powazny, oczytany i mogl imponowac wiedza. Jednak jego miloscia byly ksiazki, co nie musialo sie podobac zonie ... |
Zwłaszcza, że ona chyba intelektualnych potrzeb chyba nie miała zbyt rozwiniętych - nie lubiła, żeby mąż czytał jej głośno wieczorami, a i sama chyba nie sięgała po książki.
Trochę jak pan i pani Bennet - on lubił wieś i książki, ona - wizyty i plotki.
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 21:03
Znowu wraca pani Bennet
W watku "Opactwa..." byla mowa o tym, ze Katarzyna bedzie w przyszlosci pania Bennet, nie zgodzilam sie z tym, podobnie bede bronic i w tym watku pani Hale.
Z pewnoscia byla ona zupelnie inna osobowoscia, nie sadze ze pani Hale lubila plotki, na to byla zbyt dumna, pamietasz jak sie oburzyla, ze Thornton opowiada o swoim ojcu i zyciu, uwazala ze to sprawa o ktorej nie mowi sie publicznie.
Byla jednak inaczej wychowana. Ja jednak oceniam ja troche lepiej niz pania Shaw, ktora mnie bardziej irytuje, ale moze patrze przez pryzmat filmu, bo pani Hale budzila tam we mnie opiekuncze uczucia, czego nie mozna powiedziec o pani Shaw
W filmie bardzo zalowalam pani Hale, ksiazka troche rozjasnia jej postac tzn, staje sie bardziej wyrazista, co nie znaczy, ze zyskuje, wrecz przeciwnie... Jednak potepic jej nie umiem... pan Hale tez nie byl aniolem... Byl czlowiekiem jakby z innego swiata... I sprawy jego umyslu i sumienia byly dla niego najwazniejsze...
Maryann - Czw 24 Sie, 2006 21:11
Nie miałam bynajmniej zamiaru przypisywać pani Hale charakteru i skłonności pani Bennet. Chodziło mi raczej o to podobieństwo ich losów: tu i tam dwoje ludzi, którzy kiedyś się pokochali (albo przynajmniej tak im się wydawało), po wspólnie spędzonych latach oddaliło się od siebie i nie może się porozumieć.
Na pewno pani Hale w porównaniu do pani Bennet była o niebo bardziej dumna i dystyngowana - Margaret nie odziedziczyła tego przecież po ojcu. Na jej usprawiedliwienie trzeba też dodać, że chyba od dłuższego czasu nie czuła się najlepiej - przeprowadzka do Milton mogła przyspieszyć jej chorobę, ale chyba zaczęła się ona znacznie wcześniej.
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 21:19
Poki co o chorobie w moim tlumaczeniu mowy nie ma, ale tlumacze dopiero rozdzial 4 czyli dylematy moralne pana Hala, pani Hale na razie jeszcze nic o przeprowadzce nie wie, ale ciekawa jestem jej reakcji. Bo Margaret oczywiscie przezyla szok (dowiaduje sie o tym pierwsza).
Jednak zrozumiec pana Hale`a jest tu trudno ... pisala zreszta o tym Sandy Welch, scenarzystka N&S, ze nie rozumie istoty problemu pana Hale`a.
Maryann - Czw 24 Sie, 2006 21:28
Pan Hale z jednej strony budzi litość i współczucie - bo taki biedny, niezaradny intelektualista, którego nikt nie rozumie... Ale z drugiej strony chciałoby się nim czasem potrząsnąć i powiedzieć "weź się w garść !". Zadysponował losem rodziny bez pytania o zdanie kogokolwiek, postawił żonę i córkę wobec faktu dokonanego. Więcej - nie starczyło mu nawet cywilnej odwagi, żeby powiedzieć żonie o swojej decyzji. Później, w Milton, jakby nie chciał przyjąć do wiadomości, że ona może być chora, na siłę szukał innych tłumaczeń i usprawiedliwień, obawiając się najwyraźniej, że okaże się, że jej choroba jest konsekwencją trudów przeprowadzki, późniejszego pogorszenia warunków życia i podłego klimatu.
Co do jego dylematów - nie wiem dokładnie, ale chyba chodziło tu o to, że władze kościelne domagały się od duchownych złożenia czegoś w rodzaju przysięgi, z której zapisami pan Hale nie mógł się pogodzić. Jak przystało na prawdziwego idealistę - stwierdził, że nie może przysiąc na coś, czego nie akceptuje. A skoro nie mógł - zostało mu tylko jedno...
Gosia - Czw 24 Sie, 2006 21:53
Mecze sie wlasnie nad tym fragmentem i nie jest to dla mnie jasne, bo w ksiazce nie calkiem chodzi o to przyrzeczenie, chociaz jest o nim mowa.
Pan Hale mowi o sumieniu i watpliwosciach, mowi jednoczesnie ze kocha kosciol i ze nie sa to watpliwosci natury religijnej. Trudno sie w tym polapac ...
On cytuje Margaret fragment jakiejs ksiazki, ale jest ona napisana jezykiem dalekim od obecnego angielskiego ...
Mag - Czw 24 Sie, 2006 22:08
Gosiu wielkie dzięki i ukłony za Twoją pracę.
Podoba mi się Margarytka, że próbuje jakoś pocieszyć i zabawić matkę.
Pani Hale wychodząc za mąż na pewno miała wizję uroczego intelektualisty, awansującego w hierarchii kościelnej i wiodącego prym na parafii. (bogatej) Natomiast Helston traktowała jako początkowy przystanek. Z biegiem czasu postój okazał się za długi i stąd narzekania. Zaś w panu Hale z biegiem czasu narastały wątpliwości i dlatego wolał zamykacx się w bibliotece niż słuchać marudzącej żony.
Margerytka chyba sama nie wiedziała i nie pamiętała jaka naprawdę jest sytuacja w domu, zresztą mogła się ona pogarszac z każdym miesiącem, kiedy rozdrażnienie pani Hale wzmagała rozwijająca się choroba.
|
|
|