To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego

Kaziuta - Sob 02 Gru, 2006 00:06

Plusika za psa mu nie dam, bo każdy pies jak to pies kocha swego pana nawet tego nienajlepszego. :wink:
Alison - Sob 02 Gru, 2006 08:28

Kaziuta napisał/a:
Plusika za psa mu nie dam, bo każdy pies jak to pies kocha swego pana nawet tego nienajlepszego. :wink:


Oj wcale niekoniecznie. Takie niby przywiązanie do nienajlepszego pana to najczęściej strach, silniejszy psychicznie pies przy pierwszej okazji odpłaci takiemu panu, słabszy bedzie się bał i z tego strachu lizał po rękach do końca życia, ale w ogień nie skoczy, bo się będzie bał i pana i ognia. Pies, który kocha, skoczy i pokona strach przed ogniem.
O Boże, co ja tu gadam, jak ja mam ciasteczko dla Was od Maryannka! Kursywą - tradycyjnie wtręty z wersji netowej.

Rozdz. 5, cz. II
Pod koniec wieczoru u sędziego Justina Darcy już wiedział, że został kompletnie rozgromiony. Nic nie poszło tak, jak oczekiwał. Wystrzegając się przez cały dzień jakichkolwiek wyskokowych napojów, aby zapewnić sobie jasny umysł, przyszedł gotów zmierzyć się z dowcipem i wdziękiem swojej niepokojącej przeciwniczki. Przy sprzyjających okolicznościach miał również zamiar zaoferować swoje przeprosiny. Nic z tego nie wyszło.
Patrząc wstecz, powinien przewidzieć, że wieczór rozpoczęty tak niefortunnie nie może przynieść nic dobrego. Przyjechali do sędziego Justina bardziej niż stosownie spóźnieni z powodu drobiazgów, które w ostatniej chwili w swojej toalecie zmieniała panna Bingley. Potem z powodu zgubienia podkowy przez konia, byli zmuszeni jechać wolniej niż zwykle. Mocny, słodki zapach perfum pani Hurst, który wypełniał powóz, prawie przyprawił Darcy‘go o ból głowy. Kiedy więc w końcu dotarli do salonu swojego gospodarza, z trudem zachowywał spokój.
Uparł się, że przywita się z gospodarzami jako ostatni. Zatrzymał się na chwilę w drzwiach, aby otrzeźwieć i odzyskać równowagę. Panna Bingley została serdecznie powitana przez sędziego, a jego żona z córkami skłoniły się przed nią z respektem. Widocznie zadowolona z efektu, jaki wywołało jej wejście, panna Bingley raczyła zapytać o ich zdrowie i szybko została wynagrodzona, stając się centrum uwagi, wzbudzając swoim strojem zazdrość większości dam, a podziw części dżentelmenów. Za nią poszli państwo Hurst, a potem przywitał się Bingley. Potrząsając mocno jego ręką sędzia tłumaczył się, że nie cierpiące zwłoki obowiązki nie pozwoliły mu wziąć udziału we wczorajszym polowaniu w Netherfield.
- Musi pan mi opowiedzieć, jak sprawowała się nowa strzelba. Zastanawiam się nad kupnem takiego modelu.
- Będę zaszczycony, mogąc opowiedzieć panu wszystko, ale czyż demonstracja nie wystarczyłaby za tysiąc słów? Musi pan przyjechać do Netherfield przy najbliższej okazji i sam ją wypróbować – zaproponował Bingley wielkodusznie, a to zaproszenie dodatkowo umocniło wśród mieszkańców Hertfordshire aprobatę dla jego osoby. Skłonił się gospodyni, a ona i jej córki odpowiedziały z oczywistą przyjemnością.
Potem Darcy zaprezentował się gospodarzowi.
- Panie Darcy – zaczął sędzia – słyszałem, że ma pan niezwykle uczonego psa. Plotka głosi, że kiedy przedstawił panu swoją zdobycz, zebrał drwa na ognisko, rozpakował pańską torbę myśliwską i przygotował zwierzynę na obiad we włoskim stylu ! – niewielka grupa stojących w pobliżu mężczyzn zaśmiała się z uznaniem – Niech pan poda swoją cenę ! Muszę mieć to cudo.
- Pan wybaczy, ale wprowadzono pana w błąd – odparł Darcy. Dolna warga lekko mu drgnęła, ale nadal zwracał się do gospodarza z powagą i szacunkiem – Pies jest jeszcze młody i ciągle wymaga ćwiczenia. Z przykrością muszę stwierdzić, że włoski styl jest ponad jego możliwości, ale ponieważ ten pies nalega na dodawanie czosnku do wszystkiego, błąd pańskiego informatora jest zrozumiały.
Powściągliwy humor Darcy’ego powitany został najpierw martwą ciszą, po czym sędzia ryknął śmiechem, a pozostali mu zawtórowali.
- Dobrze powiedziane, panie Darcy ! Widzę, że więcej dzieje się w tej tęgiej głowie, niż zdradza pańska twarz. Czy mogę przedstawić moją żonę ?
Sędzia dokonał prezentacji i wkrótce Darcy mógł przyłączyć się do dowolnej grupki gości. Panna Bingley i pani Hurst były zajęte wielbicielami. Pan Hurst dyskutował na temat zalet Dumy Dżentelmena w porównaniu z Szarym Cieniem w ich ostatnim wyścigu. Bingley został schwytany w sidła rozmowy o polowaniu, od której wyraźnie chciał uciec. Darcy widział dokładnie, jak co kilka zdań wyciąga szyję rozglądając się po długim pokoju.
„Tak, a gdzie są siostry Bennet?” Darcy sam zaczął przeszukiwać pokój. „Ona...one nie będą towarzyszyły Caroline”. Opuściwszy grupę otaczającą pannę Bingley, zaczął przechadzać się po pokoju. Właśnie miał wyminąć kilka osób zgromadzonych wokół kanapy, kiedy mężczyzna przed nim cofnął się prawie się z nim zderzając. Robiąc krok w bok, aby uniknąć nadepnięcia, nagle znalazł się twarzą w twarz z panną Elizabeth Bennet.
- Czy mogę życzyć miłego wieczoru, panno Bennet ? – zaczął szybko, skłoniwszy się tak wytwornie, jakby znajdował się przed obliczem królowej londyńskiego towarzystwa. Odpowiedziała stosownym ukłonem.
- Może pan – przerwała i patrząc na niego dodała nieco nieuważnie – chociaż czy będzie miły, zależy od nas samych, nieprawdaż ?
Jej wargi wykrzywiły się w zdawkowym uśmiechu, który pojawił się i za chwilę znikł. Darcy’ego zdążył jednak zauroczyć błysk, który nawet przy tak słabym uśmiechu pojawił się w jej oczach. Jego zakłopotanie wzrosło, gdy przesunęła się na jedną stronę i rozejrzała wokół niego, lekko marszcząc brwi, które był zmuszony uznać za śliczne.
- Zechce mi pan wybaczyć, panie Darcy. Jest coś, co wymaga mojej pilnej uwagi.
- Oczywiście, panno Bennet – powiedział do jej pleców, bo oddaliła się szybko.
Trochę zaskoczony takim traktowaniem Darcy w pierwszej chwili pomyślał, że ona nadal wymierza mu karę za jego nierozważne słowa w czasie obu ich ostatnich spotkań i uznał, że to, co wyglądało na unikanie go, było częścią jej gry. Kiedy jednak zobaczył ją zajętą uspokajaniem rozdygotanej matki i rozmową z młodszą siostrą, widział, że jej nagłe pożegnanie miało pewne usprawiedliwienie, a jego podejrzenia były nieuzasadnione.
W trakcie kolacji Darcy doświadczył pewnego żalu, że nie znalazł się blisko niej, posadzono go bowiem po przeciwnej stronie stołu, o dwa miejsca w bok. Był jednak wystarczająco blisko, aby być świadkiem jej swobodnego i ujmującego zachowania w stosunku do tych szczęśliwców, którzy siedzieli w pobliżu niej. Z niechętnym podziwem musiał zauważyć zachwycający sposób, w jaki z jednej strony przekomarzała się ze starym, szorstkim majorem, a z drugiej zapewniała nieśmiałego wiejskiego eleganta, że węzeł jego halsztuka był na najwyższym poziomie. Widział, jak niezależnie od tego, czy żartuje, czy słucha ze współczuciem, w jej pięknych, ciemnych oczach przejawia się niepospolita inteligencja i dziwił się, że tak bezmyślnie ją zlekceważył na zabawie.
Poproszony przez sąsiada o opinię w jakiejś sprawie, dopiero po kilku chwilach mógł znowu skierować swoją uwagę ku dołowi stołu. Rozmowa wokół panny Bennet przygasła, pozwalając jej na zajęcie się poczęstunkiem. Wyciągnęła smukłe ramię i wzięła kieliszek z winem w delikatne palce. Darcy patrzył, w niewytłumaczalny sposób zafascynowany, jak z nieświadomym wdziękiem wolno podniosła go do ust. Wypiła łyk wina i tak samo łagodnie odstawiła kieliszek na miejsce. Kiedy położyła rękę z powrotem na kolanach, Darcy odzyskał oddech, a nawet nie zauważył, że przez chwilę go wstrzymał. Zanim mogłaby zauważyć jego niewłaściwe zachowanie szybko odwrócił wzrok, zwracając go na swój własny kieliszek. Puls mu odrobinę przyspieszył, a podniósł kieliszek tak niepewnym ruchem, że wino zachlupotało niebezpiecznie. „Co się z tobą dzieje?” zganił sam siebie, po czym przełknął zawartość kieliszka, nie czując smaku.

Alison - Sob 02 Gru, 2006 08:32

"Jego zakłopotanie wzrosło, gdy przesunęła się na jedną stronę i rozejrzała wokół niego, lekko marszcząc brwi, które był zmuszony uznać za śliczne."

To jest to zdanko. A szczególnie "brwi, które był zmuszony uznać za śliczne" mnie zachwyca - jest okrąglutkie jak piłeczka pingpongowa, urocze jak samotna stokrotka na zielonym trawniku i pyszne jak pączek z konfiturą z róży. Jestem wprost zmuszona uznać je za śliczne :wink:

Gitka - Sob 02 Gru, 2006 11:26

Ach Darcy, już jest o c z a r o w a n y!
I jak pięknie przetłumaczony fragment, gdy ogląda podnoszącą kieliszek Lizzy.
Nawet widzę jak przełyka ślinę i dech mu zapiera...

Maryann - Sob 02 Gru, 2006 15:11

Alison napisał/a:
To jest to zdanko. A szczególnie "brwi, które był zmuszony uznać za śliczne" mnie zachwyca - jest okrąglutkie jak piłeczka pingpongowa, urocze jak samotna stokrotka na zielonym trawniku i pyszne jak pączek z konfiturą z róży. Jestem wprost zmuszona uznać je za śliczne :wink:

No, ja miałam na myśli to zdanie:
Alison napisał/a:
Widział, jak niezależnie od tego, czy żartuje, czy słucha ze współczuciem, w jej pięknych, ciemnych oczach przejawia się niepospolita inteligencja i dziwił się, że tak bezmyślnie ją zlekceważył na zabawie.

Pierwszy świadomy odruch wyrzutów sumienia u naszego dżentelmena...

A "moje" drugie zdanko chyba będzie jutro...

Gitka napisał/a:
Ach Darcy, już jest o c z a r o w a n y!

I jak bardzo go to drażni... :smile:

Kaziuta - Nie 03 Gru, 2006 01:38

No cóż, na piesach się widac nie znam i jest to wielce prawdopodobne bo nigdy takowego nie miałam :wink: .
Dzisiaj czułam sie jakbym tez była na tej kolacji i zerkała na nich zza kandelabrów. Widziałam śliczną roześmianą buzię Elizabeth i ukradkowe spojrzenia Darcyego.

Alison - Nie 03 Gru, 2006 11:18

A ja Kaziutko całe dorosłe życie spędzam z psami i też wciąż jeszcze mnie potrafią czymś zaskoczyć i ciągle się o nich czegoś uczę, ale to pasjonujące poznawanie świata oczami psa ;-)

No dobrze, przecie tu nie psi temat, jeno Maryannka stawia niedzielne ciasteczko!

Rozdz. 5, cz. III
Sędzia odsunął swoje krzesło od stołu i z wyraźnym mrugnięciem zaproponował, aby panowie spróbowali odrobinę z tego, co jego agent nabył dla ludzi o wyrobionym smaku. Czeka to na nich w pokoju do gry w karty. Czy zechcą mu towarzyszyć? Darcy podniósł się razem z innymi, w tej samej chwili spragniony i niechętny opuszczaniu pokoju z powodów, nad którymi wolał się nie zastanawiać. Przyjąwszy kieliszek ogromnie nielegalnego francuskiego koniaku odwrócił się i stwierdził, że obserwuje go starszy mężczyzna, na którego twarzy igrał wyraz zainteresowania. Kilka sekund zabrało mu, nim w osądzającym go rozpoznał pana Edwarda Bennet’a, ojca kłopotliwej panny Elizabeth . Darcy mimowolnie zesztywniał, na co nieznajomy – lekko zdeprymowany – uniósł w jego stronę kieliszek. Zdziwiony oddał pozdrowienie i wlał do gardła resztę zawartości kieliszka. Koniak był doskonały. Darcy zamknął na chwilę oczy, aby lepiej odczuć jego cudowne ciepło. Kiedy je otworzył, ujrzał przed sobą, już nie twarz ojca panny Bennet ale promienną twarz gospodarza.
- Panie Darcy, pozwolę sobie stwierdzić, że nawet pan niezbyt często raczy się tak znakomitymi przykładami sztuki produkcji alkoholu – ledwie na moment przerwała mu aprobata Darcy’ego, po czym mówił dalej - Chciałbym tylko, abyśmy równie łatwo jak francuski koniak mogli dostać amerykański tytoń.
- Moglibyśmy, gdyby to znowu był tytoń brytyjski, – ryknął major, kierując się przez pokój w ich kierunku – mówię, że trzeba skończyć z tym zawracaniem głowy. Trzeba im pokazać, że sprawy kończą się naszymi armatami na ulicach ich stolicy i skończyć z tym nonsensem ! Stany Zjednoczone ! Też coś ! Wspomni pan moje słowa, oni pomaszerują na kolonie kanadyjskie, jeśli ktoś w St. James nie pomyśli o czymś innym poza fasonem swojej kamizelki. Kiedy byłem tam w 79 …
Po czym wybuchła zażarta dyskusja o nieuchronnie zbliżającej się wojnie, z której Darcy szczęśliwie się wykręcił.
Znalazł wygodny fotel w zacisznym kącie pokoju i zagłębił się w nim z zamiarem delektowania się rzeczywiście doskonałym koniakiem. Podniósłszy kieliszek pod światło obserwował z przyjemnością jego delikatną, bursztynową barwę i grające się w niej refleksy odbitego światła lampy. Zanim zdołał się powstrzymać, porównał je z tymi, które zaobserwował w oczach panny Bennet. Prędko odstawił kieliszek na stół. „Dureń!” skarcił się pod nosem poruszywszy się nerwowo w fotelu.
Zastanawiając się, co się dzieje z Bingley’em rozejrzał się wokół i znalazł go w pobliżu kominka rozmawiającego z tym samym mężczyzną, który go pozdrawiał Teraz wiedział już, że to pan Bennet. Darcy mógł sobie wyobrazić, jak bardzo Bingley stara się zdobyć dobrą opinię u swojego rozmówcy, bo na żarliwość malującą się na jego twarzy niemal przykro było patrzeć. Chociaż wydawało się, że pan Bennet poświęca Bingley’owi szczerą uwagę, Darcy wychwycił w jego oczach błysk sardonicznego rozbawienia i nie był całkiem zadowolony. Jego poczucie obowiązku wobec przyjaciela kazało iść mu z pomocą. Ze względu jednak na to, co wcześniej zaszło między nim a starszym dżentelmenem, poczuł zdecydowaną niechęć do interwencji. Był bardzo wdzięczny, kiedy gospodarz zaproponował, aby przyłączyli się do pań.
Krótka droga przez hall między pokojem, który opuścili, a tym, do którego weszli wydawała się Darcy’emu zwodnicza, jakby kontrast między nimi wyrażał różnicę między dwoma światami. Pokój karciany emanował znajomą atmosferą męskiego towarzystwa: aromatem brandy i palonej fajki, trzeszczeniem skórzanych foteli i szeregiem trofeów spoglądających ze ścian na męskie królestwo. W słabo oświetlonym, wyłożonym drewnem pokoju rozmowa kręciła się między końmi i polowaniem, a ceną zboża i wojną. Zrozumienie zostało osiągnięte, targi dobite, związki zauważone, co na pewien czas pozwalało zagwarantować pokój i dobrobyt okolicy. Do tej pory doświadczenia Darcy’ego na temat takich zebrań dotyczyły Derbyshire i Londynu, ale w Hertfordshire było w większości tak samo, chociaż na znacznie mniejszą skalę.
Świat, w który weszli, jarzył się milionami świec, kwiecistymi tapetami i słodko pachniał herbatą i sherry. Wszystko świadczyło o kobiecym towarzystwie, którego niewypowiedziane zasady i nieprzewidywalne zachowania nigdy nie przestały wprawiać Darcy’ego w konsternację. Niezmierna życzliwość w małżeństwie jego rodziców oraz zdrowy rozsądek i wybitny rozum tych, z którymi chętnie spędzali czas, nie przygotowały go dobrze do niuansów salonów i sal balowych. Stosowanie uników, którego nie akceptowano w kręgu jego rodziców, a także gładkie, nieszczere rozmowy, nie były częścią jego edukacji. Takie zachowanie było uważane za obraźliwe i niegodne mężczyzny. Po wejściu w szerszy świat swoich rówieśników odkrył, że ich charakterystyczny sposób bycia jest oczekiwany i nawet podziwiany, szczególnie wtedy, gdy obie płci spotykały się w towarzystwie.
Niechętny angażowaniu się w banalność i intrygi, co uznawano za salonową konwersację, Darcy spróbował odzyskać opanowanie przed oczekiwanym starciem z panną Bennet. Spodziewany pojedynek na dowcipy nie nastąpił, co wprawiło go w dziwne przygnębienie. Chcąc złapać Bingley’a zanim wejdą w głąb salonu, skierował się w jego kierunku. Przyjaciel jednak wyglądał na zaabsorbowanego celem, do którego zmierzali i nie zauważył go. Wszedł więc sam i skierował się w stronę stołu z zastawionego słodyczami i sherry. Przyjrzał się im uważnie i wybrał jeden z kieliszków. Kiedy delektował się słodką mieszaniną podniósł wzrok i odnalazł Bingley’a zachęcającego pannę Jane Bennet, aby usiadła na niewielkiej kanapie i wskazującego na stół ze słodyczami. Z wdziękiem skinęła głową i zarumieniła się z przyjemności, a Bingley ruszył zdecydowanie w kierunku Darcy’ego i poczęstunku.

Alison - Pon 04 Gru, 2006 12:11

Kolejne ciasteczko wypieku Maryannka. Mniam, mniam :wink:

Rozdz. 5, cz. IV
- A, Darcy – Bingley uśmiechnął się od ucha do ucha – Odsuń się. Mam zlecenie od uroczej damy i muszę szybko wrócić, bo boję się, że ktoś zajmie moje miejsce.
Darcy spojrzał ponad ramieniem Bingleya, kiedy ten pochylił się nad stołem.
- Nie musisz się obawiać. Matka tej damy przypilnuje twojego miejsca. Jeśli się nie mylę, zadręczy każdego, kto śmiałby spróbować usiąść obok jej córki, zanim wrócisz.
Bingley zatrzymał się na chwilę – wystarczająco długo, aby utwierdzić się w prawdzie słów przyjaciela i zachichotał cicho.
- Pani Bennet czasem bywa użyteczna, Darcy.
- A co z panem Bennet’em ? – zapytał Darcy cicho – Jesteś zadowolony z rozmowy ?
- Ogromnie interesujący człowiek i bardzo przenikliwy ! Zupełnie inny, niż jego żona.
Bingley wyprostował się balansując talerzem z herbatnikami w jednej, a dwoma kieliszkami sherry w drugiej ręce.
- Wierzę, że doszliśmy do porozumienia.
Darcy przewrócił oczami.
- Cynik ! – odparł Bingley – Nie mam czasu, żeby go tracić na ciebie. Panna Bennet czeka, a bez względu na jej matkę nie mam zamiaru stracić swojej szansy teraz, kiedy w końcu przyciągnąłem jej uwagę – mówiąc to, szybko oddalił się w stronę panny Bennet.
„A gdzie jest druga panna Bennet?” Jego oczy przeszukiwały pokój, kiedy sięgnął po ciastko i filiżankę herbaty. Ubiegła go smukła, kobieca ręka. Podniósł wzrok i stwierdził, że należy ona do panny Bingley.
- Panie Darcy, niech pan pozwoli przygotować sobie filiżankę. Jest tylko jedna, nieprawdaż ? Plasterek cytryny?.
Darcy mężnie próbował zmienić grymas wypływający mu na twarz w coś, co przypominałoby wdzięczność.
- Proszę… tak jak pan lubi.
Panna Bingley podała mu herbatę z poufałością, której nie lubił.
- Dziękuję – wziął filiżankę i odsunął się o krok do tyłu – Nie chcę pani zatrzymywać. Tamci dżentelmeni z pewnością niecierpliwie oczekują pani powrotu – skinął ręką w kierunku jednej z grup gości.
Panna Bingley przesunęła się obok niego, złapała go za ramię i szepnęła mu do ucha:
- Czyż to wszystko nie jest nużące, panie Darcy ?
Jej oddech nieprzyjemnie łaskotał go w ucho. Musiał wykorzystać swoją wprawę nabytą przez lata treningu, aby gładko odchylić się od niej. Zamaskował swój ruch sięgając po cukierek.
- Musi pan być znudzony do szaleństwa tak przeciętnym towarzystwem ! – mówiła dalej – Ten sędzia to istna karykatura !
- Przyznaję, że nie jest to rodzaj towarzystwa, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni – zgodził się Darcy – Ale, panno Bingley, musi pani przyznać, że taki wieczór daje pewne korzyści. Pani brat już jest przez tych ludzi ceniony, a do końca tego wieczoru będzie jeszcze bardziej. Pani, jako gospodyni w jego domu, niewątpliwie również zajmie czołowe miejsce w towarzystwie. Zrobiła pani dobry początek. Przyjęto panią dziś tutaj bardzo uprzejmie i wygląda na to, że jest pani powszechnie podziwiana. To może tylko poszerzyć wpływy pani brata.
Oczy panny Bingley zabłysły, a jej usta przybrały nadąsany wyraz.
- Nie całkiem powszechnie podziwiana, panie Darcy.
- Panno Bingley, z pewnością się pani myli! Jestem zdumiony – dodał, chociaż osobiście był prawie pewien powodu jej niezadowolenia
- Domyślam się, że pan jest – panna Bingley potrząsnęła głową dając Darcy’emu możliwość docenienia jej starannie dopracowanej fryzury – jako mężczyzna, nie może pan zrozumieć demonów zawiści, które opętują niektóre kobiety.
- Demonów, panno Bingley? – przerwał i rozejrzał się po pokoju – nie dostrzegam tu żadnych cierpiących dusz.
.
O kim pani mówi ?- zapytał z udawaną powagą.
- O pannie Elizabeth Bennet, – wyznała – wiem, że pana szokuję, ale tak właśnie jest , podejrzewałam jej nieszczerość w Netherfield, a jej zachowanie dzisiejszego wieczoru tylko mnie w tym upewniło.
Panna Bingley ze smutkiem potrząsnęła głową, i spuściwszy ją, zaczęła starannie wygładzać fałdy sukni. Kiedy Darcy wahał się czy nie zapytać jej natychmiast o dowód jej oskarżenia, ona przyglądała mu się przez mgiełkę, opuszczonych rzęs. Ku własnej satysfakcji zobaczyła, że on ze zmarszczonymi brwiami, rozgląda się po pokoju, w poszukiwaniu panny Bennet, po czym, wypuściwszy swoją strzałę, przeprosiła go i uczepiła się młodzieńca ubranego w coś, co uznawano tu za szczyt elegancji. Poprosiła go, aby towarzyszył jej w przejściu przez pokój. Kiedy odchodzili, Darcy słyszał, jak zachwycała się jego halsztukiem i doradzała mu, aby porozmawiał z pokojowcem jej brata o jego stosownym ułożeniu.
Kiedy panna Bingley się odwróciła, Darcy przestał marszczyć brwi. Podniósł filiżankę do ust, niby delektując się aromatem herbaty, ale w rzeczywistości, aby zatuszować drwiący uśmiech, który maskowały wcześniej jego zmarszczone brwi i którego nie umiał dłużej powstrzymać. „Elizabeth Bennet… zazdrosna! Komiczne! – pomyślał – Zdecydowała się znaleźć powód do niezadowolenia z Hertfordshire, na które próbuje szczuć własnego brata. Więc...wymyśliła sobie, że jest obiektem zazdrości... i to w dodatku jedynej kobiety w hrabstwie, której nie obchodzi w najmniejszym nawet stopniu! Darcy potrząsnął głową i doprowadzając swoją mistyfikację do końca, wypił łyk chłodnej teraz herbaty. Nagle pożałował, że to zrobił. ”Fuj! Za dużo cytryny!” Rozejrzawszy się w desperacji za serwetką, a nie znalazłszy żadnej pod ręką, był zmuszony przełknąć paskudztwo. Uznał, że najwyższy czas oddalić się od bufetu. Szybko ugryzł cukierka i zostawił filiżankę na najbliższym stoliku.

Alison - Wto 05 Gru, 2006 13:40

Dziewczynki padam na oblicze chmurne i nie wyrabiam się. Sorrki, że taki nieduży okruszek dziś, za to kawał prawdziwej męskiej przyjaźni ;-)

Rozdz. 6. "Poznać ją lepiej"

Kilka dni po obiedzie u sędziego energiczne pukanie do drzwi dopadło Bingley'a miotającego się pomiędzy garderobą a sypialnią. Na przemian usiłował zapinać guziki i wciągać buty, desperacko próbując się ostatecznie ubrać, zanim służący odpowie na pukanie do drzwi. Jednak najpierw upadł mu na podłogę zegarek, zaraz po nim spinki do mankietów, w końcu poddał się i jęknął do służącego:
- Wszystko na nic. Otwórz drzwi, wpuść go i miejmy to za sobą!
Drzwi otworzyły się szeroko, popchnięte czubkiem szpicruty.
- Śmiem mieć nadzieję, że przynajmniej już jadłeś, Bingley? - Darcy zmierzył wzrokiem panujące w pokoju zamieszanie - Czy nie mówiłeś "Punktualnie o dziewiątej w siodle", albo cię źle zrozumiałem?
Bingley skrycie pomyślał o porządnym śniadaniu z szynką, przyrumienionym bekonem, jajkami i wybranymi przysmakami, które czekały na niego na tacy w garderobie. Ich zapach dochodzący z przez drzwi groził mu niemal utratą zmysłów.
- Co mnie naszło żeby umawiać się na spotkanie o tak wczesnej godzinie - gderał Bingley, podczas gdy zegar w pokoju radośnie wybił dziewiątą - wiesz jak nie lubię rannego powietrza. Jest w połowie za wilgotne!
Kontynuował ubieranie się, zerkając w międzyczasie na Darcy'ego, który wciąż stał w drzwiach, ale teraz stukał miarowo szpicrutą w dłoń odzianą w rękawiczkę. Znając niechęć Darcy'ego do przeciągania czegokolwiek, rozum doradzał mu odstąpić od wymyślenia czegoś, co skusiłoby przyjaciela do rezygnacji z planu a jemu pozwoliło skorzystać z wiktuałów, które skromniutko czekały na niego w odległości kilku stóp. Zdesperowany chwycił się jedynej możliwej wymówki.
- Jeśli przyszedłeś mnie poganiać, mówię ci, tracisz czas dlatego, że ja MUSZĘ coś zjeść! - to mówiąc, rzucił się do drzwi garderoby i tacy ze śniadaniem.
Podążając za Bingley'em do drugiego pokoju, Darcy złapał krzesło i przysunął je do małego stolika, który uginał się pod ciężarem srebrnych półmisków. Sam jadł już ponad godzinę temu, potrząsnął więc głową na propozycję Bingley'a skorzystania ze szczodrego poczęstunku i zaczął zdejmować rękawiczki.
- Poganiać cię? Czy ja naprawdę wydaję się taki zawzięty?
Na skinienie Bingley'a Darcy usiadł i położył rękawiczki na kolanie.
- Naprawdę oczekiwałem królewskiej nagany za niepunktualność, gróźb że każę czekać przygotowanym do jazdy koniom, nie dotrzymuję obietnic i wszystkiego co jeszcze tylko miałbyś do wyrzucenia mojemu charakterowi! - zgadywał Bingley pomiędzy kęsem szynki a łykiem herbaty - Jesteś pewien, że nie chcesz czegoś? - zaoferował znowu.
- Nie, nic...- zamruczał Darcy i zaczął przyglądać się rękawiczkom - chociaż wszystko co przed chwilą wymieniłeś JEST prawdą - spojrzał strofująco na Bingley'a spod ściągniętych brwi i został natychmiast nagrodzony uderzeniem w głowę kostką cukru.
- No tak...wiedziałem, że nie darowałbyś sobie lekcji, chociaż ta była, litościwie krótka. Powiedz mi...czy wzrorowałeś się na ojcu we wszystkim czy sam wymyśliłeś sobie tę wyniosłą minę?
- To moja własna twórczość, Bingley, część tej, jak ją nazywasz, zbroi rzeczywiście stworzyłem, a w ogóle jest naprawdę użyteczna. Dobrze, skończyłeś już i możemy już zacząć ten objazd terenów Netherfield, na który tak nalegałeś wczoraj wieczorem?
Bingley skinął żywiołowo, usta miał wypełnione tostem z dżemem. Wycierając lepkie palce w kremową lnianą serwetkę, wstał od stołu.
- Pański uniżona sługa, sir - powiedział, kłaniając się Darcy'emu w najbardziej uniżony sposób.

Alison - Śro 06 Gru, 2006 08:57

No to ja jeszcze raz przepraszaju za mętlik i dziś wracamy jeszcze na chwilkę do dnia obiadu u sędziego. Akcja toczy się dalej po wypiciu obrzydliwej herbaty a'la Miss Bingley

Rozdz. 5, cz. V

Dotknięcie w ramię przywróciło go do rzeczywistości. Zobaczył przed sobą gospodarza z wyciągniętym w jego kierunku kieliszkiem sherry i wyrazem współczucia na twarzy.
- Nie jest pan zwolennikiem herbaty, nieprawdaż, panie Darcy ?
Darcy wziął kieliszek, skłaniając głowę w geście podziękowania i zgody.
- Sam jej nie tykam, chyba, że dodano do niej dużo cukru i mleka. Inaczej… obrzydliwość ! Kiedy usłyszałem o Amerykanach wyrzucających to ze statków do zatoki wiele lat temu, wiedziałem, że straciliśmy kolonie. Nikt tak rozsądny nie zatrzyma się… cokolwiek postanowił zrobić !
Darcy mógł się tylko uśmiechnąć na dobroduszność sędziego. Zrozumiał, że jego protekcjonalna opinia dotycząca takich ludzi i ich roli w imperium może zostać trochę udoskonalona.
- Mówiąc o rozsądnych, jedna właśnie nadchodzi – sędzia skinął ręką z kieliszkiem wina – Czy był pan przedstawiony pannie Bennet…, to znaczy, pannie Elizabeth Bennet ?
Darcy podążył za gestem sedziego w samą porę, aby zobaczyć wspomnianą damę przechodzącą obok nich pod ramię z jedną z najmłodszych córek gospodarza. Towarzyszka panny Bennet ściskała kurczowo coś, co wyglądało na robótkę ręczną, prawdopodobnie haft. Zwiesiła nieśmiało głowę, gdy panna Bennet łagodnie ją posadziła, zapewniając ją, że to jest „absolutnie śliczne” i zawołała do stojących w pobliżu:
-Chodźcie i zobaczcie pracę Fannie na wystawę prac ręcznych w Meryton.
Gdy pokazano haft, rozległy się stosowne pochwały i głosy podziwu. Darcy patrzył, jak panna Bennet zwraca uwagę oglądających na delikatność wzoru, a potem cicho wycofuje się, gdy dziewczyna stojąca w środku grupy rumieni się i uśmiecha promiennie. Zatrzymała się niedaleko i Darcy mógł zobaczyć, jak ocenia własne dzieło. Z lekkim uśmiechem satysfakcji odwróciła się i razem z panną Lucas odeszła na drugą stronę pokoju.
Obraz, jaki nieświadomie zaprezentowała pochylając się nad córką sedziego, dodając jej otuchy i udzielając wsparcia, był sam w sobie uroczy, a Darcy z zachwytu wstrzymał oddech. Naturalny wdzięk jej sylwetki, pochylonej z troską nad nieśmiałym dzieckiem poruszał wewnątrz niego coś, co z łatwością opierało się gorliwym względom i misternym pochlebstwom ludzi czterokrotnie bardziej znaczniejszych. Nie przyjmowała żadnej pozy, co było tak nużące w modzie wśród londyńskich dam. Jej dalsze, ujmujące uczynki pokazały, że jej jedyną intencją było sprawienie przyjemności dziewczynce i – być może – jej rodzicom.
- Panie Darcy ? Przepraszam - głos sędziego, uprzejmy, choć rozbawiony, wdarł się do świadomości Darcy’ego. Zamrugał kilka razy i odetchnął w sposób, który można było z łatwością uznać za westchnienie ulgi – Może odrobinę sherry ? A, tak – przerwał, gdy Darcy niemal opróżnił kieliszek – Lizzy Bennet jest tak szczera, jak się wydaje. Żadnej sztuczności i, jak już powiedziałem, niepospolity rozsądek… wszystko ukryte w tak zgrabnym, małym opakowaniu, jak można zapragnąć, hm ?
Kiedy sędzia mówił, Darcy poczuł zażenowanie tym, co działo się w jego wnętrzu. Uczucie zmieszania z powodu narastającej fascynacji, którą odczuwał wobec panny Bennet, było wystarczającym ciężarem, ale fakt, że było to tak widoczne dla wszystkich, był nie do zniesienia. Kiedy pierwszy raz pojawił się w towarzystwie, jego naturalna rezerwa wyrobiła mu reputację dumnego. Wtedy używał jej jak obronnej tarczy. Tarcza, czy pancerz, nie służyła mu teraz dobrze. Z wielkim wysiłkiem wykorzystał swój dawny zwyczaj i odpowiedział sedziemu chłodnym, stłumionym głosem:
- Nie mam zdania na ten temat. Wybaczy mi pan, sir ?
Pytanie było retoryczne więc Darcy skłoniwszy się szybko odszedł, zostawiając sędziego patrzącego za nim z brwiami uniesionym ze zdziwienia.
Kamienny wyraz twarzy Darcy’ego odwodził każdego, kogo mijał, od zamiaru nawiązania z nim rozmowy. Znalazł samotny fotel z niczym nie przesłoniętym widokiem na większą część pokoju i usiadł, usiłując odzyskać równowagę. Rozum MUSI być jego najlepszym sprzymierzeńcem. Podobał jej się, to nie ulegało kwestii. Było to oczywiste, chociaż panna Bennet nie skorzystała z okazji, aby po kolacji raz jeszcze znaleźć się na jego drodze. Przez kilka kłopotliwych chwil rozważał niepokojącą możliwość, że on jej po prostu nie interesuje. Jeżeli tak, to byłoby to wyjątkowe doświadczenie. Odkąd wuj przedstawił go w uświęconych salach Almacka, zaw-sze był kokietowany przez wyniosłe, swatające matki i ulegających mu ich mężów w nadziei, że zainteresuje się ich córką. Doprawdy, do czasu tej wyprawy do Hertfordshire nie mógł sobie przypomnieć choćby jednej panny w wieku stosownym do zamążpójścia, która nie wypowiadałaby się w sposób mający zyskać jego aprobatę lub złapać go na męża. Niesamowita myśl o braku zainteresowania ze strony panny Bennet została szybko porzucona. Jej krótka i niezadowalająca rozmowa z nim przed kolacją utwierdziła go w przekonaniu, że uniknął zakwalifikowania do tej samej kategorii, co panna Bingley. To, że przestał być obiektem żartów, przyjął ze spokojem, chociaż to, że najwyraźniej zajął miejsce wśród mebli, drażniło jego dumę.
Kilku oficerów zgromadzonych wokół kanapy w pobliżu Darcy’ego, zaangażowanych w narastający, głośny spór, nagle głośno poprosiło damy o rozsądzenie najbardziej irytujących kwestii. Spod opuszczonych powiek Darcy patrzył, jak salon poszukując najbardziej odpowiedniego arbitra zawahał się, po czym chórem wymieniono pannę Elizabeth Bennet.
Z subtelną mieszaniną rozbawionej tolerancji i skromności panna Bennet przeszła obok Darcy’ego na miejsce, które oficerowie dla niej zwolnili. Gdy przechodziła, doleciał go zapach jej perfum i pochłonął delikatny szelest jej sukni. W tej chwili, nie będąc w pełni świadomym, czy jej szacunek dla niego powinien mieć znaczenie, ani jaki jest jego ostateczny cel, zabrał się do układania planu zwrócenia jej uwagi. Rozum przez chwilę protestował, ale drzwi zostały otwarte, droga kusiła nieprzeparcie, a wyobraźnia Darcy’ego prześlizgiwała się po tajemnicach kobiety, której urok w coraz bardziej niepokojący sposób wpływał na jego spokój.

Maryann - Śro 06 Gru, 2006 09:30

Alison napisał/a:
Obraz, jaki nieświadomie zaprezentowała pochylając się nad córką sedziego, dodając jej otuchy i udzielając wsparcia, był sam w sobie uroczy, a Darcy z zachwytu wstrzymał oddech. Naturalny wdzięk jej sylwetki, pochylonej z troską nad nieśmiałym dzieckiem poruszał wewnątrz niego coś, co z łatwością opierało się gorliwym względom i misternym pochlebstwom ludzi czterokrotnie bardziej znaczniejszych. Nie przyjmowała żadnej pozy, co było tak nużące w modzie wśród londyńskich dam.

No proszę - niby taka sobie wieśniaczka, niby wcale nie pasuje do kanonów klasycznego piękna, a jednak robi na nim o wiele większe wrażenie, niż eleganckie damy z najlepszego towarzystwa...

Alison - Czw 07 Gru, 2006 08:50

No to dziewuszki, ja się z Wami żegnam na troszkę tym oto ciasteczkiem. Od jutra wypieka Caroline.
Darsik coraz bardziej skołowan Jelizawietką, nawet z tego wszystkiego z koniem po stajni kołuje "Cóżeś mi uczyniła moja droga Elżbieto tym zjawieniem swoim?"... :wink:
Ciąg dalszy, już po garderobianym śniadaniu Bingley'a.

Rozdz. 6 cz. II
- Niechże ten dzień już się zacznie, nicponiu! Bierz rzeczy...ranek jest taki śliczny, a ja aż się palę do galopu - mówiąc to Darcy zostawił Bingley'a, który miał iść zaraz za nim.
Stajenny przyprowadził Nelson'a gdy tylko Darcy pojawił się w stajni, ale miał trudne zadanie z utrzymaniem go, kiedy tylko wspaniały gniadosz uświadomił sobie obecność swojego pana. Koń strzygł uszami i kołysał swoją masywną głową w stronę wejścia, ciągnąc stajennego w kierunku dźwięku butów stukających na kostce brukowej.
- Nelson, ty bestio! Przestań wlec tego biedaka! - Darcy daremnie próbował patrzeć surowo na konia, który był zbyt zajęty okazywaniem wylewnego powitania, by kierować się dobrem stajennego. Darcy wyciągnął rękę po wodze.
- Dobrze, daj mi je. Boję się, że już nigdy nie uda ci się go zawrócić.
Aż nazbyt szczęśliwy, że mógł się ich pozbyć, stajenny podał je Darcy'emu i cofnął się żeby popatrzeć.
Po kierunkiem własnego pana Nelson pozwolił się zawrócić do podestu, Darcy dosiadł go spokojnie, trzymając wodze w swoich doświadczonych dłoniach. Był niemal gotów jechać sam i zostawić Bingley'a żeby go dogonił. Zamiast tego, wprowadził Nelsona w kłus, potem w lekki cwał, kierując go po ósemce dookoła stajni, czym wymógł na zwierzęciu pełne skupienie na jego komendach.
- Rozkojarzenie - powtórzył sam do siebie, sygnalizując Nelsonowi zmianę tempa w trakcie kolejnej ósemki. Tak by się opisał Bingley'owi i doskonale by to oddawało jego stan. Od czasu wieczoru u sędziego całe jego jestestwo, ciało i dusza, wydawały się być owładnięte jakimś rodzajem rozkojarzenia. Przyczyna tego niepokoju nie była sekretem...przynajmniej jego źródło. Nie sam obiekt ale otaczająca go tajemnica miała taki urok, który trudno mu było ignorować.
Dwa ostatnie wieczory spędził w obecności panny Bennet, choć nie bezpośrednio w jej towarzystwie. Bingley miał rację a Darcy przywoływał to nieoczekiwane uczucie radości jaka wypełniała go w jej obecności przy obu okazjach. Wymagało to od niego kolosalnej koncentracji, trzymanie się wystarczająco blisko niej by słyszeć jej rozmowy, a zarazem wypełniać swoje własne towarzyskie obowiązki, nie zwracając jej uwagi lub nie wzbudzając ciekawości innych. Jego wysiłki nie były daremne.
Darcy czuł napięcie Nelsona, czekającego na jego sygnał kiedy znowu mają wykonać kolejną figurę. Wychylił się delikatnie na lewo naciskając kolanem a wtedy Nelson rzucił łbem, pokazując swoje niezadowolenie z takich dyscyplinujących go ćwiczeń. Kiedyś, niedługo po tym jak koń został przymuszony do wędzidła i uzdy, zabrał go w dzikie ostępy posiadłości Pemberley, żądny dowiedzieć się, do czego zwierzę jest zdolne. Otaczająca przestrzeń ekscytowała zarówno konia, jak i jeźdźca i zanim się zorientował, Nelson miał wędzidło między zębami i obaj pędzili przez pola, parowy i płoty w tak dziki sposób, że obydwaj drżeli a koń był nieco przerażony. Obaj przeżyli tą jazdę na złamanie karku tylko z kilkoma stłuczeniami a Darcy zadbał o trening Nelsona tak, by nic podobnego więcej im się nie przytrafiło, ale nigdy nie zapomniał emocji, które wtedy nim zawładnęły.
"Drżący, a do tego przerażony" dumał Darcy kiedy zatrzymał silną bestię, na której siedział, precyzyjnie w środku ósemki. Te dawne silne emocje zdawało się, że odżyły ostatnio w jego piersi, ale tym razem ich przyczyna nie była tak przerażająco niebezpieczna dla jego ciała. Pochylił się nad karkiem Nelsona i poklepał jego dobrze umięśnioną szyję z pochwałą i uczuciem. "Nie, to twoje serce jest w niebezpieczeństwie...twoja dusza" przyznał się sam przed sobą "Nie mniej przyprawiające o drżenie"- przerwał i spojrzał ciężko w stronę Longbourn - "...i oczywiście nie mniej przerażające. Panno Elizabeth Bennet, co pani uczyniła?"
"Haloo" Bingley'a przerwało rozmyślania Darcy'ego, więc odwrócił się i pomachał szpicrutą na powitanie.
- Już dawno powinieneś się był zjawić, Bingley! Dopadło cię podstępnie nieświeże jajko?
- Gorzej, dopadła mnie natrętna siostra! Caroline chciała się upewnić, że mamy zamiar zjeść obiad z pułkownikiem Forster'em i jego oficerami w poniedziałek. Powiedziała, że jest zmuszona zaprosić jeszcze kogoś i chciała oszczędzić nam niedogodności zabawiania ich.
Darcy odpowiedział Bingley'owi wzruszającemu ramionami takim samym gestem i kazał mu wsiadać szybko na konia oraz dołączyć do niego na podjeździe.
Popchnął Nelsona do żywego kłusa pozostawiając stajnię za sobą, po czym ściągnął wodze kiedy znaleźli się na podjeździe.
"Nie pora już na wymówki - powiedział sobie - życzę sobie żebyś uczynił wysiłek i porozmawiał z nią dziś wieczór u sir Williama."
Darcy uniósł ramiona, ale wtedy przygryzł dolną wargę i spojrzał w jasne poranne niebo - "i niech Bóg ci dopomoże, sir..."

:hello: :hello: :hello:

Caroline - Pią 08 Gru, 2006 17:07

Z cyklu :colinweloveu: kolejne fanfikołkowe ciasteczko :)

Rozdział 6, cz. III
Naprawdę drżały mu ręce! Darcy wziął głęboki oddech i podjął jeszcze jedną próbę zawiązania krawata w skomplikowany węzeł zgodny z towarzyskimi wymogami. Rezultaty dwóch poprzednich prób leżały zmięte w rękach lokaja, który przyglądał się tylko bezradnie, skoro pan odrzucił jego pomoc. „Do trzech razy sztuka... weź się w garść!” zamruczał Darcy pod nosem. Gdy się uspokoił, węzły i supły poszły mu gładko i widok w lustrze zyskał jego uznanie.
- Surdut, proszę pana – lokaj podszedł z tyłu i starannie ułożył doskonale dopasowane ubranie na jego ramionach, obciągnął i wyrównał przody. Potem wycofał się i krytycznym okiem przestudiował wygląd swojego pana. Darcy czekał na werdykt z mieszaniną niecierpliwości i obawy. Może nie przywiózł na wieś swoich najmodniejszych strojów – myślał podczas gdy lokaj obchodził go niczym dzieło sztuki – ale w tym co miał, chciał się nieco wyróżniać.
- Bardzo dobrze, proszę pana – padł osąd. Darcy skinął, wziął rękawiczki i kapelusz.
Bingley spotkał go w hallu – oczy błyszczały mu z niecierpliwości.
- Dobrze, że już zszedłeś i jesteś gotów! Ostrzegłem moje siostry, że mogą ociągać się ile chcą, ale MY wyjeżdżamy za dziesięć minut – machnął lekceważąco rękę w stronę schodów. – Mogą jechać powozem Hursta, jeśli chcą przyjechać spóźnione!
Wysłał lokaja po płaszcze i zaczął nakładać rękawiczki. Darcy podszedł do drzwi, gdy narastający początkowo dźwięk kopyt trzeszczących na żwirze i brzęk uprzęży ustał.
- Twój powóz Bingley. Chcesz jechać...
- Natychmiast, Darcy. Cóż za szczęśliwy traf, ani jednej siostry w zasięgu wzroku. Pospiesz się, człowieku!
Z porozumiewawczym uśmiechem Darcy włożył płaszcz, chwycił kapelusz i rękawiczki. Bingley zbiegł po schodach z Darcy’m depczącym mu po piętach i wskoczył do powozu.
- Jedź! – krzyknął Bingley wyrywając z rąk służącego drzwi powozu. Zamknął je z trzaskiem i opadł na siedzenie na wprost swego przyjaciela.
- Panna Bingley nie podziękuje ci za zostawienie jej, by jechała z Hurstami – zauważył Darcy, gdy powóz oddalił się od rezydencji.
- To prawda – odpowiedział Bingley usadowiwszy się na poduszkach, - tak jak ja nie podziękuję jej za zaproszenie panny Bennet na kolację w ten wieczór, kiedy mnie z pewnością miało nie być! Pamiętasz dlaczego spóźniłem się do stajni tego ranka? Nie chciała mnie „kłopotać” zabawianiem gościa, panny Bennet! Dowiedziałem się prawdy przez przypadek, w przeciwnym razie panna Bennet przyjechałaby i odjechała, a ja bym nic o tym nie wiedział!
- Może twoja siostra chce zacieśnić przyjaźń z panną Bennet niezależnie od twojego uznania – zasugerował Darcy panując nad mimiką, by nie zdradzała powątpiewania co do takich zamiarów. Bingley tylko spojrzał na niego sceptycznie.
Reszta drogi do Sir Williama upłynęła im na przyjemnej pogawędce o porannej wycieczce po Netherfield. Pola były obsiane, plony zebrane, rowy oczyszczone, stawy zarybione, płoty naprawione, stada uzupełnione – zanim dojechali do Lucas Lodge Netherfield stało się prawdziwym rajem. Gdy powóz przemknął obok kamiennych słupów rozmowa urwała się, obaj poczuli jak zapada krępująca cisza, która pogłębia się im bardziej zbliżali się do celu. Zamyślony uśmiech błąkający się po obliczu Bingleya nie pozostawiał Darcy’emu wątpliwości, że jego przyjaciel spodziewa się możliwie najprzyjemniejszego popołudnia. Jego, z drugiej strony, prześladowała mieszanina tak sprzecznych emocji na myśl o przebywaniu w towarzystwie panny Elizabeth Bennet, że z trudem zdołałby zebrać jedną sensowną myśl.
Wylewne powitanie Sir Williama zostało przyjęte przez obu dżentelmenów z zimną krwią. Darcy pozwolił, by Bingley powiedział w imieniu ich obu to, co trzeba, podczas gdy sam dyskretnie obserwował salon. Twarze obecnych stawały się mu coraz bardziej znajome, ale to wcale nie zmniejszało niepokoju, który zawsze ogarniał go w licznym towarzystwie. Obowiązek pomówienia z panną Elizabeth, który sam na siebie nałożył, zasznurował mu całkowicie usta ze strachu.
Towarzyszył Bingleyowi przy wejściu do salonu, ale natychmiast zmienił kierunek, gdy zauważył, że przyjaciel zmierza do wnęki przyklejonej do salonu. Tam, dwie starsze panny Bennet i kilka innych młodych dam zgromadziło się wokół panny Lucas demonstrującej techniki malowania porcelany, modę, która przetoczyła się przez towarzyskie elity w zeszłym roku, jak przypomniał sobie Darcy, ale w tej chwili w Londynie była uważana za całkowicie passé. Zanim Bingley zdążył złożyć ukłon otoczyła go tęcza muślinu. Darcy odwrócił wzrok odsuwając się od tłumu kobiet domagających się od Bingleya opinii o dziełach panny Lucas. Zajął się na kilka minut wspaniałym widokiem z pobliskiego okna obejmującym park w Lodge, po chwili przywołał się do porządku, zerknął na swego oblężonego przyjaciela tylko po to, by stwierdzić, że Bingley uśmiecha się błogo i całkowicie panuje nad sytuacją.
:smile:

Kaziuta - Pią 08 Gru, 2006 21:08

Towarzyszył Bingleyowi przy wejściu do salonu, ale natychmiast zmienił kierunek, gdy zauważył, że przyjaciel zmierza do alkowy przyklejonej do salonu.

Wg słownika wyrazów obcych Kopalińskiego:
alkowa archit. wyodrębniona część większego pomieszczenia: komnata, izdebka, bez okna, przeznaczona na łoże; od XIX w. wnęka, nisza sypialniana.
Czy to napewno była alkowa, i czy mężczyźni mogliby tam wchodzić.

Caroline - Pią 08 Gru, 2006 21:31

W oryginale było "alcove", podparłam się definicją z encyklopedii PWN online:
alkowa [arab. al-kubba ‘sklepiona komnata’, ‘namiot’], wnęka, izdebka, wyodrębniona z większego pomieszczenia;

i wikipedią angielską:
Alcove (through the Spanish, alcova, from the Arabic, al-, the, and quobbah, a vault) is an architectural term for a recess in a room, usually screened off by pillars, balustrade or drapery. (architektoniczny termin oznaczający niszę/wnękę/wgłębienie w pomieszczeniu, zazwyczaj oddzieloną filarami, balustradą lub draperią).

Zastanawiałam się nad wykuszem, bo rzeczywiście alkowa ma sypialniane konotacje, ale wykusz jest związany z oknem a tutaj to jest taki po prostu przyklejony mini-pokoik, skoro akcja dzieje się w salonie o wtargnięciu na teren stricte prywatny nie ma mowy. Nie znam się na architekturze, jeśli więc macie dziewczyny lepszy pomysł na nazwę oddającą naturę tego pomieszczonka a nie wywołującą piżamowych skojarzeń rzucajcie śmiało.
:wink:

Maryann - Pią 08 Gru, 2006 21:45

Zgodnie z tym, co podaje oxfordzki słownik wyrazów bliskoznacznych, ja bym chyba "obstawiała" raczej wnękę:
alcove = RECESS (wnęka), niche (nisza, wnęka), nook (wnęka), inglenook (nisza kominkowa), bay (wykusz).

Wg słownika Cambridge "alcove":
"a small space in a room, formed by one part of a wall being further back than the parts on each side"

To słowo oznacza również altankę, ale wziąwszy pod uwagę porę roku (październik-listopad), nie wydaje mi się, aby przyjęcie u Lucasów odbywało się - nawet częściowo - w altanie.

Caroline - Sob 09 Gru, 2006 15:33

Ciąg dalszy...

Rozdział 6, cz. IV
Szelest muślinu pań przy stoliku położył kres jego rozmyślaniom nad niezwykłymi talentami Bingleya i przykuł jego uwagę po raz kolejny do jednej, konkretnej damy. Zmrużyła oczy w zabawny, dobroduszny sposób. Panna Elizabeth zajmowała miejsce tuż przy boku przyjaciółki. Urzeczony, Darcy przyglądał się jak wybrała jakiś porcelanowy drobiazg... „czyżby podstawek na łyżeczkę?”... uniosła go uważnie po czym z psotnym uśmiechem szybko zanurzyła pędzel w farbie i nałożyła kilka śmiałych pociągnięć. Za chwilkę pierwszy pędzel został porzucony na rzecz kolejnego, zanurzony w innym kolorze nałożonym następnie równie śmiało jak poprzedni. Salwy śmiechu wybuchły, gdy poddała porcelanę pod ocenę zgromadzonych.
- Charlotte, wyczerpałam mój talent w malowaniu porcelany. Możesz to spalić albo wykorzystać wedle uznania. Kto następny? – Elizabeth przekazała pędzel chętnemu młodemu dżentelmenowi, zwolniła krzesło i dygnęła szybko przed grupką. – Proszę mi wybaczyć – uśmiechnęła się do nich i zwróciła się w stronę Darcy’ego. Natychmiast odwrócił głowię udając obojętność, gdy się zbliżała.
Darcy wyczuł raczej niż spostrzegł, że go minęła. Przeszło go dziwne acz przyjemne mrowienie w odpowiedzi na jej bliskość, jej ciepło, które zdawało się unosić wokół i otulać go. Jak zahipnotyzowany spojrzał za nią, żołądek zamienił mu się w supeł, gdy zatrzymała się ledwie kilka stóp od niego przyglądając się towarzystwu rozproszonemu przed nią po całym salonie.
Najwyraźniej się poruszył – choć bezwolnie – ponieważ Elizabeth niespodziewanie odwróciła się do niego, jej oblicze wyrażało zaskoczenie, które dało mu do zrozumienia, że go nie zauważyła.
- Panie Darcy! Proszę mi wybaczyć.
„Powiedz coś!” jego postanowienie wyraziło się w rozkazie. Mięśnie szczęk zacisnęły się.
- Panno Bennet – zaszczycił ją sztywnym ukłonem i pospiesznie oddalił się, nieudane postanowienie i niegrzeczne zachowanie wobec niej spowodowały, że zarumienił się ze wstydu. Tak upokarzające były jego myśli, że ledwie wiedział gdzie idzie i prawie zderzył się z panną Bingley, która właśnie w tej chwili weszła do salonu.
- Panie Darcy – zamruczała – chyba pan nie wychodzi. Polegam na panu, mam nadzieję, że uratuje mnie pan przed obezwładniającą nudą, która zapanuje tu za chwilę, jeśli jeszcze nie zapanowała. – Ujęła jego ramię, którego jej nie zaproponował i zażądała przechadzki wokół salonu. – Jakże niegodnie z pana strony i mojego brata, że uciekliście tak sami! Byłam ogromnie niepocieszona – nadąsała się uroczo, gdy spacerowali.
Panna Bingley nadała niespieszne tempo, ale i tak zbyt szybko zbliżyli się do grupy we wnęce.
- Och, spójrz, Darcy! Malują porcelanę! Jak niezręcznie! – zachichotała nie starając się obniżyć głosu. – Nikt już nie maluje porcelany. Nikt w Londynie nie pozwoliłby na coś takiego!
Darcy odkrył, że choć był zmuszony przyznać rację jej spostrzeżeniu, nie mógł dzielić z nią uciechy i wolałby, żeby jego towarzyszka nie wyrażała swojej pogardy tak otwarcie.
Wdzięczny, że wreszcie obeszli pokój, Darcy pomyślnie przekazał pannę Bingley pod opiekę gospodarza. Zobaczywszy, że na stół postawiono dzbanek mocnej, gorącej kawy przyjął filiżankę i podszedł do kominka, którego wykwintnie rzeźbiony gzyms zdominował pokój. Wspierając się na nim usiłował zmniejszyć napięcie, które odczuwał, przypisując nazwiska do otaczających go twarzy, ale okazało się, że nie był w stanie powstrzymać wzroku przed poszukiwaniem panny Elizabeth Bennet. „Tam, otoczona przez grupę oficerów.” Darcy poczuł, że ucisk w piersi wzmógł się. „Teraz wydostała się i idzie w poszukiwaniu... ach tak, nieocenionej panny Lucas” Miał powód, by myśleć dobrze o pannie Lucas. Jako przyjaciółki i powiernicy Elizabeth, jej rozmowa z panną Bennet najwięcej powiedziałaby o jej charakterze i zainteresowaniach, jako taka byłaby warta wysłuchania. Pochwycił każdy jej urywek z rosnącym zainteresowaniem jako jeszcze jeden fragment tajemnicy jego rosnącej fascynacji.
Obie panie były pochłonięte żywą konwersacją z pułkownikiem Forsterem, który zdawał się pozostawać z nimi w zażyłości. Darcy odłożył filiżankę i dyskretnie, tak mu się przynajmniej zdawało, stanął tak by pochwycić ich rozmowę. Jej przedmiot tym razem był rozczarowujący... batalia o bal oficerski, którą każda kobieta w salonie zdolna byłaby rozpocząć. Pułkownik łaskawie skapitulował, panie złożyły podziękowanie ukłonem i oddaliły się trzymając głowy blisko siebie i dzieląc się tajemnicami.
Nagle Elizabeth położyła rękę na ramieniu przyjaciółki i zadowolona skierowała jej uwagę na drugi koniec pokoju. Darcy podążył za ich spojrzeniami i z dużo mniejszym zadowoleniem zobaczył Bingleya i starszą pannę Bennet rozmawiających cicho w odosobnionej części pokoju. Nie umknęło to uwadze innych. Darcy zobaczył, że panna Bingley obserwuje brata z wyjątkową irytacją, a potem pochwycił znaczące spojrzenie skierowane do niego domagające się by coś zrobił. Z wielkim oporem ruszył w ich kierunku.
- Nie sądzi pan, panie Darcy, że wyraziłam się wyjątkowe trafnie, gdy naprzykrzałam się pułkownikowi Forsterowi, aby wydał bal w Meryton? – Darcy zatrzymał się natychmiast zdziwiony, gdy Elizabeth Bennet odwróciła się i rzuciła mu zuchwały uśmiech i impertynenckie pytanie.

:razz:

Caroline - Nie 10 Gru, 2006 14:24

Ciacho niedzielne - poobiednie :wink:

Rozdział 6 cz.V
Przez kilka trwających wieczność sekund, Darcy zwątpił w odzyskanie kontroli nad swymi władzami umysłowymi. Stał sparaliżowany, jego umysł usilnie poszukiwał riposty, której wymagało tak śmiałe, wyzywające pytanie – zawiódł go jednak całkowicie.
Nie może przecież stać tak dalej, gapiąc się jak idiota! Ponownie skrył się za pancerzem swojej rezerwy.
- Z wielkim zapałem, ale to przedmiot, który zawsze dodaje damom zapału – odpowiedział z chłodem będącym całkowitym przeciwieństwem burzy emocji szalejącej w jego piersi.
Elizabeth zamrugała oczami na tę odpowiedź, jej podbródek nieco się uniósł
- Surowo nas pan ocenia.
Oskarżenie zawisło w powietrzu wypełniając napięciem niewielką przestrzeń między nimi w sposób tyleż niepokojący co oszałamiający. Darcy zrozumiał natychmiast, że ona odnosi się nie tylko do tej niewinnej uwagi. Jego słowa przy pierwszym spotkaniu nie poszły w zapomnienie. Nadszedł czas na przeprosiny. Wziął głęboki uspokajający wdech.
- Teraz pora by to jej się ponaprzykrzać – przerwała panna Lucas obawiając się wrogości przyjaciółki wobec dystyngowanego gościa swojego ojca – zamierzam otworzyć instrument, Elizo, i wiesz co będzie dalej.
Błysk wyzwania w oczach Elizabeth przygasł i zmienił się w głęboki żal, którym zdawała się zachęcać Darcy’ego, aby także przyjął niewypowiedziane ostrzeżenie Charlotte.
- Jesteś doprawdy niezwykłą przyjaciółką, zawsze chcesz bym grała i śpiewała przed wszystkimi i wszędzie. Gdyby moja próżność skupiała się na muzykalności, byłabyś nieoceniona, – przerwała i zwróciła się do Darcy’ego – jednak w tej chwili, wolałabym nie zasiadać przed tymi, którzy zwykli słuchać tylko najlepszych wykonawców.
- Lizzy! – zawołała panna Lucas, głosem pełnym niepokoju – wyświadcz mi tę przysługę!
- Zgoda – Elizabeth westchnęła z uroczą powściągliwością – skoro tak być musi, niech tak będzie. – Odpowiedziała Darcy’emu poważną postawą na jego pełne napięcia spojrzenie. – Jest takie stare przysłowie, które my wszyscy tutaj dobrze znamy „Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa.” Ja także nic więcej nie powiem, zachowam dech na me pieśni.
Odwróciła się towarzysząc swojej znacznie spokojniejszej już przyjaciółce, która tak jak groziła, otworzyła pianoforte stojące pod wielkim oknem. Instrument błyszczał w popołudniowym słońcu, gdy Elizabeth zajęła przy nim miejsce. Snopy światła odbijały się od jego wypolerowanej powierzchni zatrzymując się na chwilę, by zaigrać w gęstych lokach artystki zanim pofrunęły w zakątki salonu. Gdy goście gromadzili się wokół pianoforte, Dary wycofał się szukając odosobnienia, w którym mógłby opanować się i przemyśleć to, co między nimi zaszło.
Niewątpliwie było między nimi napięcie, ale jej ostatnie słowa były... prowokacyjne? Domagała się przeprosin, to pewne, ale czy mylił się sądząc, że oczekiwałaby więcej, gdyby raz z nimi wystąpił?
Pierwsze dźwięki popularnej melodii przerwały jego rozmyślania wypełniając salon delikatnymi wibracjami. Darcy rozpoznał od razu jeden z utworów, nad którymi pracowała jego siostra zanim nastąpiły fatalne wydarzenia zeszłego lata. Znajomość melodii wznieciła jego ciekawość i skłoniła go do poszukania miejsca, z którego mógłby obserwować damę nie będąc zauważonym. Znalazłszy dogodne miejsce zapewniające niezakłócony widok jej profilu, cicho usiadł.
Pod względem technicznym jej wykonanie nie było doskonałe, jednak lekkość i emocjonalność uderzeń były frapujące. Gdy do muzyki dołączyła głos, Darcy popadł w zachwyt. Z rosnącą przyjemnością poddawał się głębokiemu tembrowi, który opływał jego zmysły. Melancholijny błaganie zawarte w pieśni i łagodna ekspresja, która uszlachetniła rysy Elizabeth wywołała w nieodkrytych głębiach jego uczuć rezonans, który rozszedł się po całym ciele. Darcy wychylił się nie chcąc stracić choćby urywka jej wykonania, mocno uchwycił się podpórki krzesła. Tylko to mógł zrobić, by zostać na swoim miejscu, tak silne było pragnienie by podejść bliżej. Wyobraził sobie jak pochyla się nad nią, by sięgnąć do nut i przewrócić strony... jej ciepło, zapach lawendy.
Nie wiedział, kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki melodii zauroczony jej pieśnią i swoimi wyobrażeniami, które splotły się w jedno. Aplauz wypełnił salon przywołując go do rzeczywistości, ale ucichł zanim on mógł dodać coś od siebie. Wołania „Jeszcze jedna, panno Elizo!” były wystarczająco uporczywe, by zatrzymać pannę, gdy wstała od instrumentu. Zniewalający uśmiech ujawnił słodkie dołeczki w policzkach, gdy łaskawie poddała się ogólnej prośbie i ponownie zajęła swoje miejsce. Darcy nie powstrzymał się przed pełnym satysfakcji westchnieniem, gdy jeszcze raz dotknęła palcami klawiatury.
Jej drugi wybór, był tak jak i poprzedni – elegancki w swej prostocie, ale pełen radości życia i miłości, czym wesoło kontrastował z poprzednim. Darcy poczuł jak na twarzy pojawia mu się uśmiech, z którego wolałby się nie tłumaczyć, gdyby ktoś go zobaczył, jego źródło było tak osobiste, że nawet on sam nie był pewien jego znaczenia. Tym razem zachował przytomność umysłu i dołączył się do pełnego uznania aplauzu na końcu. Elizabeth ponownie powstała od pianoforte i nie pozwoliła skłonić się do powrotu. Szybko utorowała następczyni drogę do instrumentu i lekko przeszła między publicznością przyjmując pochwały od przyjaciół i sąsiadów z czymś co wydało się Dary’emu najbardziej stosownym brakiem próżności.
Długi koncert nastąpił po wykonaniu Elizabeth, grany bezbłędnie przez kolejną z dziewcząt Bennetów, brakowało mu jednak swobody i polotu, jaką miał prostszy utwór jej siostry. Darcy wstał ze swojego miejsca w jego połowie w nadziei zobaczenia panny Bennet lub złapania Bingleya zanim jego siostry go odnajdą. Zanim zdołał osiągnąć którykolwiek z tych celów koncert się skończył i szkocka melodia skłoniła kilka młodszych osób do tańca w jednym z końców salonu. Hałaśliwość muzyki i tupot nóg uniemożliwiał podtrzymanie konwersacji. Darcy stał pełen cichego wzburzenia, jego nadzieje na dalszą rozmowę z panną Bennet lub kimkolwiek innym zostały zdeptane pod stopami wiejskiego reela.
- Cóż za urocza rozrywka dla młodych ludzi, panie Darcy! – Darcy odwrócił się do gospodarza, który niespodziewanie pojawił się przy jego boku i zmierzył Sir Williama spojrzeniem pełnym znużenia. Sir William rozwodził się elokwentnie nad tematem nie zauważając, że jego gość się z nim nie zgadza.
- Nie ma jak taniec! Uważam, że to jedna z najwytworniejszych rozrywek eleganckiego towarzystwie.
- Z pewnością, sir – odpowiedział Darcy sprowokowany do sarkazmu – ma ona również tę zaletę, że jest popularna także wśród mniej eleganckiego towarzystwa. Każdy dzikus potrafi tańczyć.
Nawet jeśli zwrócił uwagę na ton Darcy’ego, Sir William nie żywił urazy, po prostu się uśmiechnął.
- Pański przyjaciel, pan Bingley, tańczy doskonale i nie wątpię, że i pan jest biegły w tej sztuce, panie Darcy.
- Widział pan jak tańczę w Meryton, jak sądzę, sir – odpowiedział mu Darcy, niechętny by komentować swą sprawność w zajęciu, które niewiele go pociągało.
- Owszem, w rzeczy samej, i czerpałem niewypowiedzianą przyjemność z tego widoku.
Zachwyt nad jego tańcem skłonił Darcy’ego do zastanowienia się, czy temu człowiekowi brakowało tak samo okularów jak zdrowego rozsądku.
- Czy często tańczą państwo w St. James?
Darcy niemal zadygotał na samą myśl.
- Nigdy, sir.
- Czy nie uważa pan, że byłby to właściwy wyraz uznania dla tego miejsca – dociekał Sir William z całkowitą powagą. Tylko wieloletni trening pozwolił Darcy’emu zachować spokój, podczas gdy każdą cząstką swej osoby pragnął być zwolniony z udziału w najbardziej niedorzecznej rozmowie, jaka kiedykolwiek mu się przydarzyła.
- To taki wyraz uznania, którego nie składam żadnemu miejscu, jeśli tylko mogę tego uniknąć.
„Tak” – pomyślał Darcy – „jaśniej już się nie da!”

:cool:

Narya - Pon 11 Gru, 2006 12:56

Fanfik jest super! Jak miło zjrzeć w głąb duszy Darcy'ego... To takie ekscytujące :serduszkate:
Z niecierpliwością czekam na kolejne fragmenty. Dzięki Dziewczyny :przytul:

Caroline - Pon 11 Gru, 2006 18:26

Cześć Ali! (czy też raczej Ahoj! Jak se máš?) Witamy z powrotem :)

Ostatnia z mojej serii drożdżóweczka:

Rozdział 6 cz. VI
Sir William wyczerpał temat tańca, ale postanowił zmienić taktykę w swej próbie zacieśnienia znajomości z dostojnym gościem w jego najdłuższej jak dotąd publicznej prezentacji.
- Zapewne ma pan dom w mieście?
Darcy przyznał skinieniem głowy, że posiada dom w Londynie, mając nadzieję, że jego milczenie zachęci Sir Williama do zabawiania innych gości swoimi refleksjami.
- Sam kiedyś myślałem o osiedleniu się w mieście, wprost uwielbiam wyższe sfery – zwierzył się Sir William – nie byłem jednak pewien, czy londyńskie powietrze będzie służyło lady Lucas.
Darcy postanowił nie wyrażać swojego zdania o londyńskim powietrzu ani jego wpływie na lady Lucas, licząc że w ten sposób utnie tę niekończącą się rozmowę. Mimo to na ustach sir Williama pojawił się dobrotliwy uśmiech.
- Moja droga panno Elizo, dlaczego pani nie tańczy?
Darcy odwrócił się gwałtownie, dość szybko by dostrzec wyraz zakłopotania i niewielkiego zaniepokojenia na twarzy damy. Jedno i drugie szybko zniknęło zastąpione – gdy już śmiało spojrzała mu w twarz – chłodną uprzejmością.
- Panie Darcy, proszę pozwolić mi przedstawić sobie tę damę jako doskonałą partnerkę. Z pewnością nie odmówi pan tańca, kiedy stoi przed panem taka piękność.
Ze swobodą na jaką pozwalała długa znajomość Sir William ujął rękę Elżbiety i odwrócił się by podać ją szarmancko Darcy’emu. Okazja by wziąć ją za rękę i powtarzać ten gest przy każdej figurze była dla Darcy’ego wielką pokusą, więc choć zaskoczył go ten nieoczekiwany uśmiech losu, skłonny był się jej poddać. Zrobił krok do przodu, ale zanim zdążył zapewnić damę o swoich chęciach, ona cofnęła się
- Doprawdy, sir, nie miałam najmniejszego zamiaru tańczyć – pospiesznie oświadczyła Sir Williamowi. – Proszę by nie przypuszczał pan, że szłam w tym kierunku aby znaleźć partnera.
Darcy natychmiast wyczuł jej obawę, która ponownie pojawiła się tylko po to, by za chwilę zniknąć.
- Panno Bennet – przerwał z powagą przywołując każdą cząstkę uprzejmości, jaką posiadał – byłbym niezmiernie zaszczycony, gdyby zechciała pani uhonorować mnie tym tańcem.
Wyraz jej twarzy powiedział mu wyraźnie, że nie wierzy w ani jedno słowo i nie da się przekonać.
- Doskonale pani tańczy, panno Elizo, okrucieństwem jest odmawiać mi przyjemności patrzenia na panią – nakłaniał Sir William – i choć ten dżentelmen nie przepada za tą rozrywką, z pewnością nie będzie miał nic przeciwko by poświęcić nam pół godziny.
„Nic przeciwko, zupełnie nic”, pomyślał Darcy, nagle bardziej wdzięczny Sir Williamowi niż mógłby przypuszczać jeszcze kilka chwil wcześniej.
- Pan Darcy to wcielona uprzejmość – powiedziała Elizabeth uśmiechając się na myśl o zwycięskim wyjściu z tej potyczki.
- W rzeczy samej, ale zważywszy na pokusę, moja droga Elizo, nie możemy się dziwić jego grzeczności, kto oparłby się takiej partnerce?
Było to pytanie, na które nikt z obecnych nie podjąłby się odpowiedzieć. Elizabeth spojrzała na Darcy’ego szelmowsko, oczy błyszczały jej triumfująco, cicho wyraziła żal i odwróciła się. Choć rozczarowany, Darcy nie mógł nie podziwiać jej opanowania i rozbawienia w dziwnej sytuacji, w jaką zostali oboje wciągnięci. Panna Elżbieta była czymś znacznie więcej niż spodziewał się znaleźć w głębinach Hertfordshire. Jego podziw jeszcze wzrósł, gdy wspomnienia o niej przy pianoforte przemykały przez jego umysł. Dotknięcie w ramię obudziło go z tych przyjemnych rozmyślań.
- Domyślam się jaki jest powód pana zadumy – kwaśny uśmiech panny Bingley i ton pełen znużenia upewnił Darcy’ego, że nie mogła odczytać z jego twarzy, o czym myślał.
- Nie sądzę – odpowiedział, w duchu życząc sobie, by zostawiła go sam na sam z jego myślami.
- Myśli pan jak nieznośne byłoby spędzenie jeszcze wielu wieczorów w taki sposób, w takim towarzystwie – westchnęła współczująco – jestem dokładnie tego samego zdania. Nigdy jeszcze tak się nie wynudziłam! Bezguście, zgiełk, pośledniość a zarazem zarozumialstwo tych ludzi! Wiele bym dała by usłyszeć, jak ostro ich pan krytykuje.
Wsunęła rękę pod jego ramię a drugą wygładziła nieistniejące załamania na rękawie jego surduta.
- Całkowicie myli się pani w swoich przypuszczeniach, zapewniam panią. Mój umysł był zajęta zgoła przyjemniejszymi myślami. – Darcy przerwał na chwilę i grzecznie acz stanowczo wyjął jej rękę spod swego ramienia. – Zastanawiałem się nad tym, jak wielką przyjemność może sprawić para pięknych oczu w twarzy ładnej kobiety.
Przez moment pannę Bingley opanowała zimna furia, ale ponieważ nie przyniosłaby jej ona żadnej korzyści, postanowiła dać upust swym uczuciom dokuczając Darcy’emu, by wyznał, która dama miała zaszczyt nakłonić do takich refleksji kogoś tak nieskłonnego do flirtu.
- Panna Elizabeth Bennet – padła bezpośrednia odpowiedź Darcy’ego wypowiedziana tak otwarcie, że nie pozostawiła wątpliwości co do powagi jego oświadczenia.
- Panna Elizabeth Bennet! Jestem doprawdy zdziwiona. Od kiedy jest pana ulubienicą? I kiedy, zechce pan powiedzieć, mogę wam powinszować?
Jego obojętna odpowiedź i niechęć do bycia przedmiotem jej żartów przekonały ją, że nic straconego i może nie czuć się zagrożona.
Natomiast Darcy, życzył sobie by spotkanie dobiegło już końca. Pragnienie szklaneczki brandy, trzaskającego ognia na kominku i wygodnego krzesła, w którym mógłby rozkoszować się jednym i drugim kontemplując nowe fragmenty zagadki, jaką była Elizabeth Bennet, tak go zaabsorbowały, że nawet Bingley nie wydobył z niego więcej niż kilka sylab. Czy to z wdzięczności dla Darcy’ego za jego wyrozumiałość dla zainteresowania panną Jane Bennet tego wieczoru, czy też szóstym zmysłem wyczuł, że Darcy potrzebuje samotności – zorganizował wszystko tak, by całym towarzystwem wrócili do Netherfield tak jak przyjechali.
Gdy usadowili się do powrotu, Bingley nie wiedział co, jeśli cokolwiek, powiedzieć swemu przyjacielowi. Kilka razy odkaszlnął, ale został zignorowany.
- Darcy, czy coś się stało? Nigdy cię takim nie widziałem – zaśmiał się nerwowo.
- Coś się stało? Nie, Charles, nic się nie stało. Przynajmniej tak mi się zdaje. – Jego głos zamarł, gdy spojrzał przez okno w powozie w rześką, gwiaździstą noc. Po kilku chwilach zebrał się w sobie i odwrócił do Bingleya.
- Muszę powiedzieć, że twój mały wypad na wieś przyniósł więcej niż się spodziewaliśmy. To wszystko.”

:cool:

Alison - Wto 12 Gru, 2006 09:07



Taki dziś paskudny ranek
Dobrze, że choć Maryannek
Piecze ciasto dla dziewczynek
W którym Darcy jak rodzynek :wink:

Rozdz. 7, cz. I "MANEWR I RIPOSTA"
Wieczór z pułkownikiem Forsterem i jego oficerami był, zdaniem Darcy’ego, całkiem udany. Chociaż wojsko go nie pociągało, to doceniał towarzystwo ludzi, których poglądy na honor i służbę, króla i państwo, były podobne jego własnym. Słuchał z bardziej niż uprzejmą uwagą opowiadań pułkownika Forstera o kampaniach przeciwko „staremu Boney”, a szczególnie gdy pułkownik opisywał spotkanie z admirałem Nelsonem, który dla Darcy’ego był bohaterem z jego chłopięcych czasów. Nawet Charles pozwolił sobie cieszyć się tym wieczorem, kiedy przyjechał i wychylił kieliszek dobrego porto, wznosząc razem z młodszymi oficerami toast za damy z Meryton.
Ich jazda do wynajętych pokoi służących za klub oficerski była przerywana złorzeczeniami na perfidię jego siostry, która zaprosiła do Netherfield pannę Bennet na wieczór, w który, jak dobrze wiedziała on będzie zajęty gdzie indziej. Ponurość wieczoru i wilgotna pogoda odzwierciedlały nastrój Bingleya, kusząc Darcy’ego do potraktowania go trochę obcesowo. Wiedząc jednak, jak rzadko Bingley bywa w złym humorze, powściągnął swój język i tylko unosił brwi na co bardziej gwałtowne zapowiedzi rewanżu.
Wracali teraz do Netherfield w raczej łagodnym nastroju i, zważywszy na późną godzinę, gotowi szukać wygody własnych łóżek. Stąd też hałas i ruchliwość, z jaką służba powitała ich powrót przekraczało wszystko, czego obaj oczekiwali i pragnęli. Złapawszy biegnącego przez hall Stevensona Bingley zażądał wyjaśnienia tej nerwowości w swoim domu.
- Błagam o wybaczenie, sir, ale gość panny Bingley zachorował i…
- Panna Bennet! Czy mówisz o pannie Bennet ? – krzyknął Bingley.
- Właśnie o niej, sir.
- Co się stało ? Co zrobiono ? Dobry Boże, człowieku, nie trzymaj mnie w niepewności !
- Posłano po aptekarza, sir i w każdej chwili oczekujemy jego przyjazdu – w świetle poruszenia swojego chlebodawcy Stevenson odprężył się i mówił dalej współczującym tonem – Nie znam żadnych szczegółów, sir. Gdyby zapytał pan swojej siostry… .
Nie oglądając się za siebie Bingley ruszył na górę po schodach, zostawiając Darcy’ego, aby sam sobie radził. Darcy poszedł za nim, jednak znacznie spokojniejszym krokiem i z zamiarem znalezienia swoich pokoi. Odłożył kapelusz, rękawiczki i laskę na stolik w swoim pokoju, kiedy zauważył powitanie swojego pokojowca.
- Wygląda na to, Fletcher, że dziś w nocy było tu pewne poruszenie.
- Tak, proszę pana. Młoda dama rozchorowała się przy obiedzie.
- Jakiś problem w kuchni ?
- O, nie, sir.
Darcy czekał przez chwilę, po czym uniósł brwi w niemym pytaniu, dając do zrozumienia, że chce się dowiedzieć czegoś więcej. Fletcher, nie zdradzając zdziwienia, że jego pan interesuje się zdrowiem wiejskiej panny, zaspokoił jego ciekawość.
- Słyszałem, że przyjechała do Netherfield cała przemoczona, sir. Jest to bez wątpienia skutek tego, że trzy mile jechała konno w najgorszą ulewę.
- Konno!
Niedowierzanie Darcy’ego ośmieliło Fletchera.
- Dokładnie, sir ! Siostry pana Bingleya też były zdumione. Młoda dama została natychmiast przebrana w suche rzeczy, ale mimo to rozchorowała się w środku kolacji. Rozumiem, że teraz czekają na aptekarza, czy kto tam za niego tutaj uchodzi.
Darcy kiwnął głową z poważną miną.
- Fletcher, nie ma żadnych wątpliwości, że ta dama jest rzeczywiście chora ?
- Nie mógłbym tego wiedzieć, sir.
Darcy parsknął z niedowierzaniem.
- Fletcher !
Pokojowiec zawahał się trochę, po czym wyznał:
- Słyszałem rozmowy między pokojówkami na górze, że należy poważnie się obawiać, że młoda dama ma gorączkę.
Kiedy Fletcher pomagał mu się rozebrać, Darcy zastanawiał się nad dziwnym zachowaniem panny Bennet. Wyruszenie konno w trzymilową drogę w bardzo niepewną pogodę nie wydawało mu się działaniem, które mogłaby przedsięwziąć łagodna panna Bennet. Wiedział, że szansa spędzenia wieczoru w Netherfield musiała być wielką pokusą dla wiejskiej dziewczyny. Jednakże wiejska dziewczyna musiała również zdawać sobie sprawę, że głupotą jest narażanie się na zmoknięcie. Dlaczego nie wzięła powozu ojca ? Z pewnością dałby jej wszystko, co w jego mocy, aby umożliwić jej kontynuowanie znajomości z Bingleyami. Pan Bennet był z pewnością osobliwym człowiekiem, ale nie zlekceważyłby dobra swojej córki. Jaki więc był powód, albo kto wpadł na pomysł, aby przyjechała tutaj w ten sposób ?
Teraz, przebrany w nocny strój, odesłał pokojowca i zaniósł świecę do sypialni. Postawił ją, opadł z wdzięcznością na łóżko i wśliznął się pod puchową narzutę. Zdmuchnął świecę. Kiedy wyciągnął się i poprawił poduszki, uderzyła go inna myśl. Jeśli panna Bennet rozchoruje się tak, że nie będzie można jej ruszyć, czyż jej siostra nie przyjedzie się z nią zobaczyć? Był tego pewien i rozmyślał nad taką ewentualnością z pewnym zadowoleniem, aż zasnął.

Alison - Śro 13 Gru, 2006 09:12

Dzisiaj opowie Maryannka
O przygodach Darcy panka :wink:

Rozdz. 7, cz. II
Następnego ranka słońce świeciło mocno, a silny wiatr zapowiadał burzę. Wiatr osuszył większość wilgoci po wczorajszym deszczu. Mimo to jednak o tej wczesnej porze było nadal zbyt mokro, aby Darcy skusił się na poranną przejażdżkę. Wiedział, że powinien popracować nad wierceniem się, które niewątpliwie Nelson funduje stajennemu. Błoto jednak było straszne i kopyta Nelsona mogły okropnie pokaleczyć darń. Nie, czyszczenie się z błota, którym byłby okryty po powrocie, było tak samo nieprzyjemne, jak miła byłaby godzina konnej jazdy. Nelson i jego opiekun muszą sami popracować nad wzajemnym zrozumieniem.
Kawa czekała na niego na kredensie. Z filiżanką w ręku odnalazł bibliotekę i wymagające jego uwagi listy od zarządcy i gospodyni z Pemberley. Godzinę później odgłosy z hallu powiadomiły go o obecności reszty domowników i złożywszy listy przyłączył się do nich w pokoju śniadaniowym.
- Jak widzę, pan Darcy jak zwykle przed nami – przywitała go z uśmiechem panna Bingley skinąwszy głową w kierunku pustej filiżanki i spodka, które odstawił na kredens.
Kiedy Darcy sięgnął po coś do jedzenia, do pokoju wszedł służący i zgiąwszy się w pół powiedział coś do panny Bingley. Kiedy wyszedł, z westchnieniem odwróciła się do reszty zgromadzonych przy stole.
- Obawiam się, że panna Bennet nie czuje się lepiej. Wygląda na to, że musi trochę dłużej zostać naszym go-ściem.
- Czy można coś jeszcze dla niej zrobić, Caroline ? – w głosie Bingley'a przebijał niepokój – Może trzeba posłać po lekarza do Londynu.
- Z pewnością ta decyzja należy do jej rodziny, Charles! Nie można działać tak gwałtownie. Panie Darcy, zgadza się pan z tym ?
Panna Bingley spojrzała na Darcy’ego, przekonana o jego poparciu. Przez wzgląd na niepokój przyjaciela Darcy nie odpowiedział od razu. Z niechęcią poparł opinię panny Bingley, sformułował jednak swoją odpowiedź w sposób, który miał nadzieję uspokoi obawy Bingley'a.
Na pewien czas przy stole zapadła cisza, którą przerwało nagłe otwarcie drzwi. Oczom zebranych w pokoju ukazał się niezwykły widok.
W drzwiach stała panna Elizabeth Bennet z zarumienionymi policzkami i resztą swojej osoby w wyraźnym nieładzie. Ze stanu jej trzewików i spódnicy można było wnosić że przez jakiś czas była na dworze, najprawdopodobniej wędrując przez pola. Wstążki czepka okropnie się poplątały, włosy miała rozwiane, a brzegi sukni i płaszcza ochlapane błotem. Wargi Darcy’ego drgnęły z zachwytu nad czarującym widokiem, jaki przedstawiała. Jej oczy błyszczały wysiłkiem, ale też powściąganym wyzwaniem wobec potępienia dla jej wyglądu i niezapowiedzianego pojawienia się.
Bingley pierwszy ruszył w jej stronę.
- Panna Elizabeth! Witamy, witamy… proszę wejść i usiąść ! Całą drogę z Longbourn szła pani pieszo ? – zapytał z niedowierzaniem. Na jej skinienie potrząsnął głową – Musi pani być bardzo zmęczona - przysunąwszy krzesło posadził ją na nim – Proszę, niech pani usiądzie. Przyszła pani po wiadomości o siostrze ?
Darcy poczuł przez chwilę niedorzeczną zazdrość, kiedy Elizabeth siadając podniosła z wdzięcznością twarz na Bingley'a.
- Dziękuję. Jest pan bardzo uprzejmy – przerwała na chwilę szarpiąc wstążki czepka – Co może mi pan powiedzieć o Jane, panie Bingley ? Czy jest bardzo chora ?
- Muszę z przykrością powiedzieć, że panna Bennet nie spała dobrze. Moja siostra mówi, że ma gorączkę i nie jest w stanie przyłączyć się do nas, a nawet opuścić swojego pokoju.
Elżbieta szybko podniosła się z krzesła i poprosiła, żeby natychmiast zaprowadzono ją do siostry.
- Spokojnie, panno Elizo – powiedziała panna Bingley uspokajającym tonem – Luiza i ja zaprowadzimy panią na górę. Właśnie miałyśmy odwiedzić pani siostrę, prawda, Luizo ?
Mówiąc to obie panie szybko wyprowadziły pannę Bennet z pokoju i z pola widzenia panów.
Darcy bardzo się pilnował, aby nie patrzeć za wychodzącymi damami. Kończył śniadanie w towarzystwie zamy-ślonego Bingley'a. Wreszcie odłożył serwetkę i popatrzył na przyjaciela ze współczuciem połączonym z pewną irytacją.
- Bingley, nikomu na nic się nie przydamy czuwając pod drzwiami panny Bennet. Mam kilka listów do wysła-nia. Co byś powiedział, gdybyśmy sami zawieźli je do Meryton ? Pojedziemy poboczem drogi, bez żadnych szalonych wyścigów…
Urwał nie kończąc pytania. Podczas, gdy mówił, Bingley poruszył się, a pod koniec wykazał pewne zainteresowanie.
- Skusiłbym się, gdybyś pozwolił...czy mógłbym pojechać na twoim Nelsonie ? – zapytał z szelmowskim uśmiechem.
- Podpisałbym na ciebie wyrok śmierci, gdybym pozwolił na coś tak idiotycznego! Nie jesteś aż tak zrozpaczo-ny, żebym kusił los tylko, żeby cię pocieszyć.
Darcy próbował wyglądać surowo pomimo wysiłków Bingleya próbującego wyglądać na niepocieszonego.
- Zdecyduj, – powiedział porzucając swoją pozę – jedziemy do Meryton, czy będziemy chodzić po hallu w Meryton zatrzymując każdego, kto wychodzi z pokoju panny Bennet ?
- Do Meryton ! – Bingley zaśmiał się razem z nim, po czym dodał już poważniejszym tonem – Cieszę się, że panna Elizabeth tu jest. Prędzej pozna się na stanie swojej siostry niż służba, czy, Boże broń, moje siostry. Myślę, że panna Bennet zechce mieć ją przy sobie bardziej niż obcych – ucichł na moment, po czym dodał, najwyraźniej podjąwszy decyzję – Jeśli stan panny Bennet nie poprawi się do naszego powrotu, poproszę pannę Elizabeth, aby została w Netherfield tak długo, aż jej siostra będzie mogła bezpiecznie być przewieziona do domu. Nie ma w tym nic niewłaściwego, prawda, Darcy ?
- Absolutnie. Wszystko jest w zgodzie z konwenansami. To doskonały pomysł.
- Doskonale ! Więc spotykamy się w stajniach za dwadzieścia minut… nie, za pół godziny i jedziemy do Meryton wysłać twoje bardzo ważne listy.

julianna - Śro 13 Gru, 2006 14:39

Już nie mogę się doczekać! mam nową tradycję - rozpoczynam dzień od kawki i kolejnego pysznego "ciacha" z tej strony :-) ;-)
Dzięki, dziewczyny, za te pyszności!!!

Alison - Czw 14 Gru, 2006 09:05

Znów tradycji dzisiaj zadość
Maryann Wam przynosi radość

Rozdz. 7, cz. III
Poprawa humoru przydała sprężystości krokom Bingley'a kiedy ruszył do swoich apartamentów, aby się przebrać. Darcy, który potrzebował na to znacznie mniej czasu, nalał sobie jeszcze jedną filiżankę kawy i podszedł z nią do okna. Oparł się ramieniem o okienną ramę.
Czy obecność Elizabeth w Netherfield rzeczywiście była tak „doskonałym pomysłem”, jak powiedział Bingley'owi ? Być tak często w jej towarzystwie… tutaj, gdzie znalazł pewien spokój, to zagrażało jego dobremu samopoczuciu. Mimo to było to idealne miejsce do pogłębienia tej znajomości. Tutaj to ona będzie gościem, kimś obcym, a on będzie miał tę przewagę, jaką daje poczucie zadomowienia.
Wyprostował się podnosząc filiżankę do ust i zastanawiając się, co mogą przynieść następne dni. Żadnych obcych do zabawiania czy ułagodzenia, żadnej konkurencji do jej uwagi, żadnych lotnych, nic nie znaczących pogaduszek do wymyślania, czy podtrzymywania. Będzie się mógł z nią zmierzyć – że ich wzajemne relacje będą do tego podobne, nie miał żadnych wątpliwości – na spokojnie. Niezależnie od doskonałości pomysłu stanęło przed nim rzeczywiste pytanie. Czego pragnął bardziej: zachowania swojego spokoju, czy podniecającego doświadczenia słownej szermierki z panną Elizabeth ?
- Panie Darcy, może mi pan powiedzieć, gdzie jest mój brat ? Panna Eliza zwróciła się do mnie z pewną prośbą.
Zwyczaj panny Bingley, aby przerywać jego rozmyślania, stawał się coraz bardziej męczący. Odwrócił się jednak do niej z uprzejmą odpowiedzią.
- Poszedł się przebrać. Pomyśleliśmy, że najlepiej zostawić was w spokoju z waszymi pielęgniarskimi obowiązkami, tak abyście mogły się zająć swoją pacjentką, a nie zabawianiem nas – odstawił filiżankę i skłoniwszy się odchodząc, dodał – Niech mu pani nie pozwoli wyjść, zanim z panią nie porozmawia. Wpadł na doskonały pomysł.
***
Panny Elizabeth Bennet nie było na dole po ich powrocie z Meryton. Nie pojawiła się też przez całe popołudnie. Darcy nasłuchiwał dochodzących z salonu dźwięków muzyki lub niskiego, miłego głosu, ale w domu było zupełnie cicho, za wyjątkiem głosów zajmującej się swoimi obowiązkami służby. Podczas kolacji zaczynał odczuwać niezadowolenie i był u kresu wytrzymałości. Z wysiłkiem doszedł do wniosku, że pragnie jej obecności mimo zamętu, jaki może wywołać w jego uczuciach, a jej przewrotny brak kontaktowania się z nim drażnił go w odniesieniu do jego z trudem wywalczonej decyzji.
Dopiero o szóstej trzydzieści, kiedy podano obiad, dołączyła do nich, ubrana w czystą sukienkę, właśnie przy-słaną z Longbourn. Włosy miała zaczesane do tyłu w prosty, ale twarzowy sposób i związane gładką wstążką. Uraza, jaką Darcy odczuwał z powodu jej całodziennej nieobecności, rozpłynęła się gdzieś w przyjemności, jaką odczuwał z faktu, że wreszcie ją tutaj widzi. Jego przyjemność miała krótko żywot.
- Panno Elizo, jak się czuje nasza biedna Jane ? – zawołała panna Bingley podchodząc do niej pośpiesznie i odcinając drogę Darcy’emu, który zmierzał w stronę Elizabeth.
Darcy zatrzymał się i wycofał, nie chcąc stać się częścią farsy odgrywanej przez Karolinę. Panna Bingley wzięła pannę Bennet pod ramię, poklepując je z troską, gdy Elizabeth mówiła wszystkim, że nie może przekazać satysfakcjonującej odpowiedzi na ich uprzejme pytania. Powaga w zachowaniu Elizabeth i niepokój w jej oczach kazały Darcy’emu wstydzić się swojej wcześniejszemu zniecierpliwieniu czymś, co uznał z jej strony za pokaz fałszywej skromności. Ona była wyraźnie zmartwiona, a zatroskanie z powodu siostry odbijało się znużeniem na jej twarzy.
- Jesteśmy doprawdy zrozpaczone, prawda, Luizo ? Jane to taka słodka dziewczyna. Tak bardzo cierpi.
Panna Bingley ostrożnie poprowadziła Elizabeth do stołu i posadziła na jego końcu, naprzeciwko Darcy’ego. Darcy skrzywił się z niezadowolenia na takie rozmieszczenie gości. Może mógłby zająć tego wieczoru miejsce Hursta ?
- To straszne, tak okropnie się przeziębić – mówiła dalej panna Bingley.
- Straszne – wtórowała pani Hurst – Panie Hurst, niech pan siada.
Skierowała męża na miejsce obok Elizabeth. Hurst, ku konsternacji Darcy’ego, umieścił swoją zwalistą figurę na krześle z niezwykłą dla niego szybkością.
- Strasznie nie lubię chorować.
- I ja też, siostro. Wyjątkowo! Dlatego nigdy sobie na to nie pozwalam. Mój organizm nie pozwala. Panno Elizo, mam nadzieję, że się pani zaaklimatyzowała.
Darcy zajął swoje zwykłe miejsce przy stole, po lewej stronie Bingley'a i pogodził się z koniecznością zabawiania panny Bingley i pani Hurst, które w trakcie posiłku nieustannie domagały się jego uwagi lub opinii. Od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenia na koniec stołu, chcąc przekonać się, jak Elizabeth radzi sobie z Hurst'em jako swoim jedynym towarzystwem. Jej konwersacja i zachowanie były, najkrócej mówiąc, naturalnie powścią-gliwe, a z takiej odległości nie mógł usłyszeć nic z tego, co mówiła. Nagle usłyszał lekceważący wybuch Hurst'a, ale jedynymi słowami, jakie mógł rozróżnić, były „… nie to, co ragout”, które nie miały jednak dla niego żadnego sensu.
Natychmiast, gdy sprzątnięto ostatnie danie Elizabeth poprosiła o wybaczenie i wróciła na górę, aby zająć się siostrą. Po jej wyjściu Darcy był aż nadto zadowolony z konieczności towarzyszenia Bingley'owi razem z Hurst'em do pokoju myśliwskiego na kieliszek koniaku. Zanim jednak podniósł się z krzesła, panna Bingley poprosiła wszystkich o uwagę.

Alison - Pią 15 Gru, 2006 08:31

To niepojęte, żeby MOJA CÓRKA była taka porządnicka, chyba mi Cię w szpitalu podmienili ;-)

No dobra, pora wracać do Netherfield, bo tam się dramaty rozgrywają ;-)
Przedstawia Maryann :thud:

Rozdz. 7, cz. IV
- Tak – skrzywiła się dramatycznie – Śmiem powiedzieć, że nigdy w życiu nie spotkałam się z takimi manierami! Doprawdy, jeśli nie mieliśmy w jednej chwili do czynienia z nieznośną dumą, a w drugiej z impertynencją, to ja nic nie wiem na ten temat !
- O kim mówisz, Caroline ? – zapytał Bingley groźnie zmarszczywszy brwi.
Darcy również patrzył na nią nic nie rozumiejąc. Odchylił się w krześle, skrzyżował nogi i w roztargnieniu kręcił swoją serwetkę.
- O tej pannicy, która właśnie wyszła, Bingley – odpowiedź nadeszła z najmniej oczekiwanej strony. Hurst odrzucił serwetkę – Możesz sobie wyobrazić ? Woleć proste potrawy od ragout ! Żadnego stylu, a jeśli o to chodzi, również sztuki konwersacji. Cicha jak mniszka, a jak ją przyciśniesz, to usłyszysz najbardziej zadufane w sobie nonsensy.
- Cóż, panie Hurst – zaśmiała się panna Bingley – czyż jej uroda nie rekompensuje tych braków ? Słyszałam, że jej oczy uznano za piękne.
Jedyną odpowiedzią Hursta było lekceważące mruknięcie, na dźwięk którego Darcy po raz kolejny zmiął serwetkę.
- Ma pan całkowitą rację, panie Hurst – powiedziała jego żona – Krótko mówiąc, nie ma w niej nic godnego uznania, oprócz może tego, że jest świetnym piechurem. Nigdy nie zapomnę jej dzisiejszego wejścia. Wyglądała doprawdy, jak… dzikuska !
- Och, masz zupełną rację, Luizo. Ledwo mogłam zapanować nad sobą – panna Bingley spuściła wzrok n talerz, po czym spojrzała na Darcy’ego spod chytrze opuszczonych powiek – A w ogóle, cóż to za nonsens przychodzić tutaj! Czy naprawdę musiała się włóczyć po polach, tylko dlatego, że siostra się zaziębiła? Włosy miała potargane, w nieładzie.
- A jej spódnica. Chyba zauważyliście. Musiała tonąć w błocie – zaśmiała się pani Hurst.
Chociaż Darcy zdążył się przyzwyczaić do tego, że siostry Bingley'a mają w zwyczaju rozdzierać na strzępy reputację swoich znajomych, to nie mógł dłużej znieść ich wspólnego, niczym nie sprowokowanego ataku na Elizabeth. Wprawiło go to w rozterkę. Czy powinien sprzeciwić się ich złośliwym plotkom? To prawdopodobnie wywołałoby więcej ukradkowych ataków na nią, a niekończący się potok insynuacji pod jego adresem. Czy powinien zachować spokój ? Mimo wszystko był ich gościem. Musi być jakiś sposób…
- Twój opis może być całkowicie zgodny z prawdą, Luizo – odezwał się gwałtownie Bingley – ale przyznam, że nie zauważyłem tych szczegółów. Uważam, że panna Elizabeth wyglądała wyjątkowo ładnie wchodząc tutaj dziś rano. Jej zabłocona spódnica zupełnie uszła mojej uwagi !
"Doskonale", pomyślał Darcy. Może Bingley położy kres nieznośnemu zwyczajowi swoich sióstr bez żadnej interwencji z jego strony.
Niezrażona i z uwagą w dalszym ciągu zwróconą na Darcy’ego, panna Bingley wróciła do przerwanej kwestii.
- Pan na pewno ją zauważył, prawda, panie Darcy? Skłonna też jestem twierdzić, że nie życzyłbyś pan sobie, by pańska siostra robiła z siebie podobne widowisko.
- Oczywiście, że nie – odparł.
Wstrząsnął nim lekki dreszcz na wspomnienie widowiska, przed jakim jego rodzina została z takim trudem uchroniona. Znaczący uśmieszek panny Bingley ostrzegł go, że jego reakcja nie została niezauważona. Pochyliła się ku niemu.
- Obawiam się, panie Darcy – zauważyła szeptem – że ta przygoda zmniejszy pańskie uznanie dla jej pięknych oczu.
Jego przenikliwe, gniewne spojrzenie spoczęło na pannie Bingley, a na wargach pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Ani trochę, – odparł – lśniły jeszcze piękniej po takim wysiłku.
***
Fletcher wyszedł, dokładnie zamykając za sobą drzwi, ale Darcy nadal siedział przed toaletką, patrząc niewidzącym wzrokiem w lustro. To była prawda, kiedy to mówił, rozmyślał cicho, a po dalszej refleksji zachował w pamięci zgodność z prawdą tego stwierdzenia.
„… to musi dość poważnie zmniejszyć ich możliwości poślubienia człowieka o pewnej pozycji w świecie.”
Chodziło o pospolitych londyńskich krewnych ich gości i wpływ takich koneksji rodzinnych na szanse młodych dam z górnego piętra. Bingley okazywał niepokojącą chęć omawiania ich sytuacji ze swoimi siostrami, aż on wtrącił się do rozmowy studząc jego zapędy swoją uwagą. Charles nie był z tego zadowolony i zakończył temat, w którym Darcy miał nadzieję dorównać jego siostrom. Zamiast postąpić zgodnie z jego sugestią, nadal oddawały się żartom na koszt tych, którym niedawno wyrażały swoje współczucie. Darcy nie miał pojęcia, co po takim popisie kazało im udać się do pokoju panny Bennet z pocieszającą wizytą. Tak jednak zrobiły i zostały tam aż do momentu kiedy podano kawę.
Teraz samotnie w swoim pokoju Darcy potrząsnął głową. Wieczorne niepokoje odegnały od niego sen. "Caroline Bingley". Z jej twarzą, figurą i majątkiem poruszała się ze swobodą wśród najlepszej szlachty i mogła nawet aspirować do arystokracji, mimo że rodzinna fortuna pochodziła z handlu. Chociaż Bingley'owie dopiero niedawno zyskali akceptację towarzystwa, to Caroline zachowywała się tak niegrzecznie, jak księżna i tak bezdusznie, jak sekutnica. Darcy wstrząsnął się na myśl o takiej kobiecie jako towarzyszce swojego życia oraz pani jego majątku i wszystkich zależnych od niego ludzi. Jego myśli pobiegły do znacznie bardziej ujmującej, chociaż kłopotliwej osobie Elizabeth Bennet. Była córką dżentelmena, z rodziny o długiej tradycji i mimo swej śmiesznej matki i godnych pożałowania młodszych sióstr odziedziczyła tę dystynkcję w całej mierze. Ponieważ jednak jej rodzina podupadła, jej pozycja, mimo że niezagrożona w Hertfordshire, w większym towarzystwie zmieniła się z mile widzianych na ledwo uznawaną.
- Ona może panować w Meryton – westchnął Darcy – ale w Londynie zostałaby zlekceważona, podczas gdy znacznie mniej warte od niej kobiety są przedmiotem umizgów i wychwala się je pod niebiosa.
Podniósł się i podszedł do łóżka. Sen jednak nadal nie nadchodził, a wieczorna wymiana zdań wciąż brzmiała w jego głowie. "Jak to się zaczęło ? A, tak… od książek. Wolała czytać, niż grać w karty..."
:hello:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group