To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - The Moth (Ćma)

Gitka - Pią 22 Wrz, 2006 16:21

No Moniko, to teraz już będzie bardzo ciekawie...
Wielkie dzięki :lol:

Mag - Pią 22 Wrz, 2006 19:47

Coraz ciekawiej.... Dzięki Moniko :thud:
Monika - Pią 22 Wrz, 2006 22:52

Nie ma za co dziewczynki, toż to dla mnie sama przyjemność :grin:

CZĘŚĆ III
SŁUŻBA

Rozdział I
Podróż była długa i kręta, im bliżej było do majątku, tym droga była coraz bardziej zaniedbana. Przeszedł obok North Lodge. Nie było tu dozorcy i wyglądało na to, że stróżówka nie była używana od wielu lat.
Brama była nieczynna, choć niezamknięta. Zdziwiło go to, aż do chwili, kiedy spróbował dźwignąć klamkę, ale okazała się bardzo mocno osadzona w bramie. Młoda dziewczyna z tej posiadłości musiała zamykać bramę na swój własny sposób, więc pewnie dlatego nie zawracali sobie głowy zamykaniem tego na cztery spusty.
Oczywiste było to, że była to droga używana przez domowników, ponieważ widoczne były głębokie ślady kół oraz odciski końskich kopyt.
Podjazd nagle mocno skręcał i dzielił się na dwie części, olbrzymie stajenne podwórze po lewej stronie, a po prawej położony był dom.
Pomyślał, że dom jest całkiem spory, choć nie zrobił na nim większego wrażenia: widział o wiele ładniejsze posiadłości niż ta tutaj. Spokojnym krokiem zaczął iść stajennym podwórzem, na chwilę zatrzymał się i objął wzrokiem całe to miejsce. W pobliżu nie było żywej duszy, nie było odgłosów zwierząt. Czyżby nie trzymali nawet psów?
I w tym momencie przeszedł obok niego kot i wytarł sierść w jego spodnie, Robert wyciągnął rękę i pogłaskał go mówiąc cicho ‘Dzień dobry panienko. Widziałaś kogoś tu?’.
Jakby w odpowiedzi na to pytanie ukazała się młoda kobieta. Miała pulchną twarz i figurę, a jej wykrochmalony czepek leżał krzywo na jej czarnych, niechlujnych włosach. Przemówiła pierwsza. Postąpiła ku niemu i powiedziała ‘Tak, przyszedłeś tu w jakiejś sprawie?’.
‘Ja… ja przyszedłem zapytać o pracę. Słyszałem, że jest wolne miejsce’.
‘A tak, tak’.
Jej głos wypełniony był śmiechem: cała jej twarz wyrażała wesołość, zauważył, że jej ciało trzęsło się lekko z każdym wypowiadanym słowem, tak jak zawsze, kiedy usłyszy się jakiś dobry dowcip. ‘Och – mówiła dalej – musisz pomówić z wujem Dave’em i oczywiście z panem. Chodź ze mną’.
Podążył za nią wzdłuż podwórza, weszli przez drzwi do sieni, która wiodła do kuchni, pomyślał, że jak na razie to dobry początek. Dziewczyna była wesoła, ale nieładna. Można by rzec, że brzydszej dziewczyny od niej nie widział, Boże miej ją w opiece. Roześmiał się duchu, jego myśli brzmiały niemal jak irlandzkie, jak jej akcent. Jej głos podniósł się teraz ‘Jest tu ktoś ubiegający się o pracę. Gdzie jest wuj Dave?’.
Peggy Waters wyjęła dłonie z miski pełnej mąki, strząsnęła biały pył z rąk i wytarła je o kawałek szorstkiego ręcznika leżącego na stole, spojrzała na Roberta i zapytała ‘Chcesz tu pracować?’.
‘Tak, proszę pani’.
Pomyślał, że lepiej dodać w swojej odpowiedzi słówko „pani”, wyglądało na to, że jest tu kucharkę.
No to chodź i usiądź sobie’. Wskazała na drewnianą ławkę, ułożoną niedaleko pieca. ‘A ty Betty – odwróciła się do dziewczyny stojącej przy zlewie, zmywającej statki, której uwaga nie była w tej chwili skupiona na pracy – idź na zewnątrz i powiedz panu Bloom, że jest tu potrzebny. A ty Maggie, idź do Ruthie, powinna być teraz w jadalni. Powiedz jej żeby poszła na górę i sprawdziła czy jej ojciec skończył już przy naszym panu, nie wchodź do pokoju, po prostu zaczekaj. A kiedy wyjdzie, powiedz mu niech zejdzie na dół, jest tu człowiek pytający o pracę’.
Robert został teraz sam z tą starszą kobietą, przyglądał się jej uważnie. Nie tak wyobrażał sobie kucharkę, zawsze myślał, że kucharki mają naturę odpowiadającą ich znacznej posturze fizycznej. Ale ta kobieta miała smutną aparycję. Może trafił na jej gorszy dzień: każdy miał swój lepszy czy gorszy dzień.
Nic nie powiedziała, więc usiadł i rozejrzał się po kuchni. Było to duże i wysokie miejsce, i zdecydowanie wrzała tu praca. Górna część jednej ze ścian przeznaczona była całkowicie na półki z naczyniami. Dolna część natomiast pełniła rolę kredensu, z półkami położonymi poniżej. Ustawione było też żelazko, przy piekarniku obok paleniska. Wypucowany stół położony był w centralnej części kuchni. Podłoga zrobiona była z wielkich, kamiennych płyt. Jedyną oznaką wygody był bujany fotel i bardzo stare krzesło, zrobione z końskiego włosia, stojące naprzeciw pieca. Na gwoździu przy gzymsie kominka wisiało z tuzin, a może i więcej rondli i misek z miedzi. Niektóre lśniły od polerowania, ale te bliżej sufitu nie były najwidoczniej używane od dłuższego czasu, ponieważ były matowe i pokryte kurzem.
W jednej chwili otworzyły jedne drzwi i jednocześnie drugie w innej części kuchni. Popatrzył najpierw w jedną, później w drugą stronę.
Dziewczyna, do której zwracano się Betty weszła, mówiąc ‘Powiedziałam panu Bloom; zaraz ma tu przyjść’.
Drugimi drzwiami weszła Irlandzka dziewczyna i kobieta znacznie od niej starsza, blisko czterdziestoletnia. Również i ona, pomyślał, nie miała nic, na czym można było zawiesić oko. Ale przynajmniej wyglądała na uprzejmą.
Dziewczyna o imieniu Maggie i druga, Ruthie przystanęły obok stołu, patrzyły na niego. Odezwała się Ruthie ‘Powiedziałam tacie. Przyjdzie tu za chwilę, powiedział jednak, że najpierw powiadomi o tym pana’.
‘Jak się nazywasz?’.
Pytanie zadała kobieta, jak sądził kucharka, odpowiedział jej ‘Robert Bradley, proszę pani’. ‘Bradley?’, powtórzyła, mrużąc oczy. ‘Jesteś stąd?’.
‘Nie. Byłem tu kiedyś przypadkiem, w zeszłym roku. Ja… pracowałem niegdyś w stolarni, w wiosce’.
‘W której?’.
‘Blisko Lamesley’.
‘W takim razie musisz być bratankiem Johna Bradley’a. Tak, czy nie?’.
‘Tak, to ja, proszę pani’.
‘Aha’.

Kobieta odwróciła głowę i popatrzyła teraz na dziewczęta stojące przy stole. Nie zwróciła uwagi na młodą dziewczynę stojącą przy zlewie, przyglądającej się uważnie Robertowi. Kobieta ponownie spojrzała na Roberta, jej głos był szorstki i zimny ‘Już tam nie przebywasz, jak sądzę?’.
‘Dobrze pani rozumie’
. Jego głos był równie oschły. ‘Obecnie zatrzymałem się w „The Bull”’. Podniósł się.
‘Czy to prawda, że próbował cię zabić, twój wuj?’.
‘Bądź cicho, Maggie’.
Kobieta spojrzała na młodą dziewczynę.
‘Przecież nic złego nie powiedziałam, ciociu. Mówi się o tym. Nie da się utrzymać w tajemnicy czegoś takiego, prawda? W takich czasach i w takim miejscu’.
Ostatnie pytanie adresowała do Roberta, odpowiedział jej ‘Nie, niestety nie da się. Masz rację. Zwłaszcza w małej, plotkarskiej wsi’.
‘Och, za wiele nie wiem. Ale wydaje mi się, że w mieście też nie jest z tym dobrze: z ust do ust…’.
‘Maggie! Co ci powiedziałam. Zajmij się lepiej własnymi sprawami’.

Maggie wróciła do pracy, do kuchni natomiast wkroczył Dave Waters. Na pierwszy rzut oka było widać, że rozpoznał Roberta. Stał przed nim i patrzył na niego przez chwilę, po czym rzekł ‘Ty? Ty przyszedłeś w sprawie pracy?’.
‘Tak’.
‘Wiesz, jakie są tu obowiązki?
‘Wiem’.
‘Pewnie ze słyszenia?’.
‘Tak, tylko z rozmów z ludźmi’.
‘No cóż, najpierw musisz porozmawiać z panem. Wszystko zależy od niego’
. Ale ton w jego głosie wskazywał, że gdyby to on decydował, Robert w mgnieniu oka znalazłby się za bramą, szybciej niż tu przyszedł. Myślał o tym i słuchał wyjaśnień dotyczących obowiązków. Z tego, co zrozumiał musiałby zająć się ogrodem, pomagać przy koniach, zwozić gnój i poza tym zajmować się wszelkimi sprawami, które będą potrzebne w domu. Robert przerwał mu w tym momencie ‘Jeśli miał pan zamiar mnie przestraszyć, traci pan czas. Nic trudnego dla mnie. No, może oprócz ogrodu, ale szybko się uczę. I czy może mi pan powiedzieć, jaka pensja jest przewidziana za tą herkulesową pracę?’. Z przyjemnością zauważył, że mężczyzna lekko się obruszył, kiedy Robert posłużył się określeniem „herkulesową”, ale właściwie w niczym mu to nie pomogło, mężczyzna w ostrym tonie odpowiedział ‘Pensja to dziesięć szylingów za tydzień, wyżywienie i mieszkanie. Zobaczymy jeszcze czy będziesz odpowiednim człowiekiem do tej roboty’.
Prawie roześmiał się temu człowiekowi w twarz. Dziesięć szylingów za tydzień! Przez te wszystkie lata za tydzień pracy dostawał dwa funty albo i więcej, a tutaj mógł jedynie liczyć na dziesięć szylingów. Słyszał, że kiepsko płacili, ale to, co usłyszał teraz było urągające. Miał dwadzieścia pięć lat, był rok 1913, a nie sto lat wcześniej. Zamierzał powiedzieć: do diabła z tobą i twoją pracą, powstrzymał się jednak, kiedy zielone, rypsowe drzwi ponownie otworzyły się i do kuchni weszła młoda kobieta...

Monika - Sob 23 Wrz, 2006 18:52

...

Ubrana była na szaro. Jej suknia uszyta była z jakiegoś delikatnego materiału, przyozdobiona bielą na kołnierzyku i przy mankietach.
Jej włosy miały odcień ciemnego kasztanu, ułożone były w gęsty zwój fal na głowie. Jej oczy były wielkie i zdawały się mieć odcień o tej samej barwie, co jej suknia. Była średniego wzrostu. Szła bardzo szybkim krokiem, zwolniła, kiedy zbliżyła się do stołu. Przesuwała wzrok z Roberta na starszego mężczyznę, stojącego naprzeciw niego. Zatrzymała się w rogu stołu, tam gdzie nadal stała Ruthie.
Spojrzała znów na Roberta, wysunęła nieznacznie głowę do przodu, mrugając oczami. Wyraz jej twarzy powiedział mu, że próbuje sobie przypomnieć jakieś wydarzenie. Rychło odpowiedź podpowiedział jej starszy mężczyzna, mówiąc ‘Ten tutaj stara się o pracę, panienko Agnes. On… pewnie panienka pamięta jak przekroczył naszą ziemię pewnej nocy’.
Wargi Agnes rozchyliły się. Przestała mrugać, jej oczy szeroko otworzyły się, ciągle patrzyła na mężczyznę. Tak, tak, teraz pamiętała. Widziała jego twarz, jak wtedy, tamtej nocy, rozjarzoną z wściekłości.
Pomyślała też o tym, że Millie długo po tym zdarzeniu często o nim mówiła. I oto był tutaj, chciał się zatrudnić. To nie był dobry pomysł. W żadnym razie. Ale przecież jeszcze rano mówiła ojcu ‘Musimy zatrudnić więcej pomocy; dłużej tak się nie da. A Hubbard też pewnie niedługo odejdzie, jeśli nie będzie miał więcej pomocników. Za dużo się od niego oczekuje’.
Mężczyzna przyglądał się jej, bardzo uważnie wpatrywał się wprost na nią, niezwykle śmiało i odważnie. Nie był jak wszyscy pozostali, którzy tu przychodzili i odchodzili. Usłyszała własne słowa ‘Mój ojciec musi z tobą porozmawiać; jest w gabinecie – powiedziała – Dave wskaże ci drogę’.
Po tym jak Dave, bardzo niechętnie poprowadził go do właściciela, Peggy Waters powiedziała ‘To nie jest typ, który na dłużej zagrzeje tu miejsca. Wygląda mi na kogoś, kto chce się szybko dorobić. Tak uważam. Zauważyliście, w jaki sposób mówi? A tylko spójrzcie na jego ubranie. Wiesz, kim jest?’.
‘Tak. To mężczyzna, z którym Millie rozmawiała tamtej nocy nad jeziorem’.
‘Och, mniejsza o to. Jest bratankiem starego Bradley’a. Pewnie nie wiesz, ale John Bradley jest stolarzem, w wiosce niedaleko Lamesley. I jeśli plotki są prawdziwe, był bliski morderstwa. Ma córkę, teraz ciężarną, o co ewidentnie był posądzony kuzyn, ten tutaj’. Pokiwała głową w kierunku drzwi. ‘Zaprzeczył wszystkiemu, a ojciec tej dziewczyny chciał go zabić. Możesz dostrzec bliznę biegnącą od oka aż do włosów. Zauważyłaś?’.
‘Nie. Czy nadal tam mieszka?’.
‘Nie, z tego, co mówi, zatrzymał się w „The Bull”, i jeśli mogę coś powiedzieć, on nie jest człowiekiem, który powinien się tu kręcić’.
‘No cóż, jego moralność nie ma z nami nic wspólnego, potrzebujemy pracownika, to wszystko’.
‘Och’
. Peggy Waters starła mąkę z rąk i rzucając spojrzenie w stronę zlewu, gdzie Betty Trollop zajęta była szorowaniem naczyń, powiedziała ‘Niczego nie można być pewnym, a już na pewno z takim mężczyzną jak ten’. Jej głos przypominał zaledwie szept, kiedy dodała ‘A poza tym pamiętam jak panienka Millie była nim zachwycona, czyż nie? Rozprawiała o nim przez cały czas. Poza tym wszystkim, jeśli panienki ojciec wie, co zmalował w wiosce, nie widzę dla niego większych szans’.
Na te słowa Agnes odwróciła się i wyszła. Moralność tego mężczyzny nie powinna za bardzo obchodzić jej ojca, ponieważ jego własna nie była lepsza. Ale wolałaby już wiedzieć, że źle się prowadzi w Newcastle niż to, że siedzi tu niemal każdego wieczoru pijąc na umór’.
Robert stał naprzeciw biurka, za którym siedział Reginald Thorman i kiedy tak wsłuchiwał się w słowa tego mężczyzny czuł wielką potrzebę wybuchnięcia śmiechem. Gdyby przeprowadzał rozmowę kwalifikacyjną na wyższego komisarza chyba nie mógłby być bardziej przesłuchiwany niż teraz. Inna część jego natury nie miała powodu do śmiechu. Ten człowiek był fałszywy i wielokrotnie już wcześniej widywał skutki pijaństwa żeby wiedzieć, że ten człowiek bardzo nadużywał alkoholu.
W głosie mężczyzny pobrzmiewało drżenie, kiedy zapytał ‘Czy masz jakiś uniform’. Czy miał uniform? ‘Nie, proszę pana. Nigdy wcześniej nie byłem na służbie’. ‘Aha, więc musisz jeszcze dużo się nauczyć. Żyjemy tu inaczej, my, ludzie na wsi, w przeciwieństwie do tamtych, miastowych. Co to mówiłeś? Aha, tak, tak. Zajmowałeś się stolarką. No, no, jest tu mnóstwo pracy, naprawianiem i stolarką mógłbyś zająć się w między czasie. Mówisz, że nie masz żadnego uniformu?’.
Robert nie odpowiedział, ale stał spoglądając z góry na mężczyznę, który, gdyby jaśniej myślał dostrzegłby pogardę w jego spojrzeniu.
To była prawda, pomyślał Robert, to, co wtedy powiedział tamten facet w Newcastle. Spotkał go w księgarni. Był górnikiem i szukając książki na tej samej półce zaczęli rozmawiać. Przy szklaneczce czegoś mocnego mówili o książkach.
Mężczyzna był zdania, że wykształcenie nie ma nic wspólnego z inteligencją i połowa z tych wyedukowanych ludzi była najczęściej głupia jak but. Mężczyzna opowiedział, że kiedyś był kamieniarzem w Boldon Colliery, w kopalni węgla. Robert pamiętał swoje zdumienie słysząc ile ten człowiek wie i ile przeczytał książek, o których on nawet nie słyszał.
Nazywał się Lawson, Jack Lawson. Umówili się, że jeszcze kiedyś się spotkają, ale jak na razie do tego nie doszło. Tamten facet mógłby tego wielkiego pana wbić w siedzenie wiedzą, jaką posiadał. Jak to się stało, że człowiek taki jak on posiadał ten wielki dom i zarządzał innymi ludźmi? Oto siedział tu, służba czekała na każde jego słowo, grał lorda na włościach aż do samego końca.
‘Waters wyjaśnił ci wszystko?’.
‘Tak’.
‘Co powiedziałeś?’.
‘Powiedziałem, że tak’.
‘Chyba o czymś zapominasz człowieku’.

Boże, dlaczego nadal tu stał słuchając tego faceta? Poprzedni służący długo tu nie pracował, a jeszcze okaże się, że on pójdzie sobie zanim nawet zacznie. Przemógł się w końcu i dodał ‘Sir’.
‘No, teraz lepiej. Jak już mówiłem żyjemy tu inaczej. Ludzie znają tu swoje miejsce. Sądzę, że inaczej było w stoczni. No więc, zaczniesz od jutra i zobaczymy czy będziesz się nadawał. Masz, powiedzmy miesiąc próbny. To wszystko’.

Robert bez słowa odwrócił się, ale kiedy otwierał drzwi zauważył, że mężczyzna stał teraz za biurkiem, jego twarz mieniła się purpurową wręcz barwą, wyglądał jakby miał zaraz zaprotestować. Robert mając nadzieję, że tak będzie zatrzymał się na chwilę, ale jego nowy pracodawca zajął z powrotem swoje miejsce.
Zszedł na dół korytarzem w kierunku hallu. Zatrzymał się przed przejściem, spojrzał na siebie i wziął głęboki oddech, który wyrwał jeden z guzików kamizelki. Spadł na ziemię, podniósł go i resztkę nitki z kamizelki i schował do kieszeni.
Zamierzał iść dalej, kiedy usłyszał płacz, dochodzący z klatki schodowej z lewej strony. Spojrzał w górę, ujrzał dziewczynę, a właściwie dwie, była tam również druga siostra, która próbowała okiełznać młodszą, trzymając ją za ramiona. Dziewczyna zawołała do niego bardzo podekscytowana ‘Witaj. Och, tak się cieszę, że wróciłeś’.
Dreszcze przeszły jego ciało, kiedy ujrzał ją ponownie, a właściwie przez to, co powiedziała. To były te same słowa, które wypowiedziała w jego majakach ‘Och, tak się cieszę, że wróciłeś’. Dlaczego tu przyszedł? Bóg jeden wie… oby wiedział.
Odwrócił się i poszedł przed siebie, Agnes zaczęła ciągnąć siostrę na półpiętro, dziewczyna natomiast protestowała głośno, ‘Chciałam tylko z nim porozmawiać. Jest taki miły’.

...

Gitka - Nie 24 Wrz, 2006 00:19

Moniczko, takie duże fragmenty - bardzo dziękuję.
A ten nasz Robert to coś lubi patrzeć na ładne buzie dziewcząt :wink:

Anonymous - Nie 24 Wrz, 2006 00:36

patrzyć to sobie może... :d
Caroline - Nie 24 Wrz, 2006 11:34

Moni, dzieki za obszerne fragmenty.
Ja nie lubie przerywac sobie w ciekawych miejscach, wiec zbieram kilka kawalkow i czytam "hurtem" :D
Dzieki za tlumaczenia! :)

Mag - Wto 26 Wrz, 2006 21:11

No no co go tam ciągnie jeśli nie pieniądze? kolejny wątek inteligencji, wykształcenia i predestynacji- szlachta zawsze miała wysokie mniemanie o sobie i swojej pozycji...

dzięki Moniko!

Monika - Sob 30 Wrz, 2006 14:46

...
Dwa dni później wprowadził się do pokoju nad stajnią. Wszelkie polecenia odnośnie doglądania ogrodu dostawał od Arthur’a Bloom’a; pozostałe dotyczące oporządzania koni pochodziły od Greg’a Hubbard’a. Ale obydwaj dostawali zarządzenia od Dave’a Waters’a, który był człowiekiem, z tego, co Robert zdążył zauważyć, który zajmował tu ważne miejsce, służąc od wielu lat.
Szef, mówił Hubbard, rzadko, kiedy wydaje im jakieś instrukcje, ale kiedy synowie przyjeżdżają do domu, to zazwyczaj młody panicz Stanley mówi, co należy zrobić. Ale nawet wtedy, również i on liczy się ze zdaniem Waters’a. Greg Hubbard ostrzegł go, żeby trzymał się z daleka od panienki Millie, a jeśli ona podejdzie do niego, nie powinien się spoufalać. Gdyby Waters znalazł ją w ustronnym miejscu z mężczyzną pewnie nie odpowiadałby za siebie. Czasem ma się wrażenie, mówił Hubbard, że uważa sam siebie za jej ojca. A co do panienki Agnes, według Greg’a, była może trochę sztywna, ale ogólnie w porządku. Nikt nie zazdrościł jej sytuacji, w jakiej była, ponieważ oprócz Waters’a oddała temu domowi całą duszę. Była niemal niczym zwykła kuchta, musiała wykonywać tyle rzeczy, niekiedy o wiele gorsze od prac służących, jak mówiła Maggie, a przecież nie płacono jej za to. Cóż poczną, kiedy wyjdzie za mąż, jeden Bóg wiedział.
Pokój nad stajniami był dosyć ciasny. Nie miał wcale ogrzewania, oprócz ciepła płynącego podłogą, od stajni. Pokój miał jedno małe okno, całe to miejsce cuchnęło. Ktokolwiek tu mieszkał poprzednio, najwidoczniej całkiem zapomniał, do czego służyło mydło i woda. Swoim zwyczajem wstawał o szóstej rano, pomagał Hubbard’owi napoić konie i osiodłać je. Te wszystkie zajęcia były dla niego czymś nowym. Nigdy nie zastanawiał się nad tym ile opieki i uwagi potrzebują konie, nie tylko wędzidła i uprzęży, zanim będą gotowe do drogi, ale i cała uprząż, opowiadał Hubbard, wymaga plucia i polerowania. No i oczywiście, usuwanie gnoju. Myśląc o tym, spojrzał na boiler, z którego łapczywie piły świnie i spora gromada kur. Było sześć świń, z jednego pomiotu i cztery tuziny kur.
O siódmej razem z Hubbard’em szedł do kuchni, gdzie wraz z Arthur’em Bloom’em wypijali kubek herbaty. Siedząc w kuchni widział świnie, kury chodziły swobodnie, zebrano jajka, wymieciono podwórze i następowało– czego się nie spodziewał, o czym Dave Waters nie wspomniał w liście obowiązków Roberta – opróżnianie rzędów wiader pomyj, które Maggie i Ruthie składowały na zewnątrz drzwi. Trzeba było je znosić na dół, na tyły ogrodu, do szamba. Kiedy pierwszy raz to zrobił zwymiotował i nie mógł uczestniczyć we wspólnym śniadaniu. Kończąc posiłek szedł do ogrodu, jeśli pogoda pozwalała, pielić w różnych częściach działki. W deszczową pogodę natomiast pracował w szklarni.
Pod koniec pierwszego tygodnia zreperował drzwi na podwórzu i odświeżył drewnianą podłogę. Kiedy o szóstej wieczorem szedł do kuchni na ostatni posiłek, był tak zmęczony że nie miał nawet siły przebrać się. Wiedział, że któregoś dnia musi iść do „The Bull”, przynajmniej powiedzieć Taggart’om, co u niego słychać, lecz przede wszystkim podziękować im ponownie za życzliwość, którą mu okazali.
Przez ostatni tydzień tylko jeden jedyny raz spotkał panią domu, kiedy przyszła do stajni, powiedzieć Hubbard’owi żeby przygotował konia do podróży dla jej ojca, który chciał udać się do miasta.
Przerwała wtedy na moment i zwróciła się ku niemu, z lekką niepewnością w głosie ‘Jak sobie radzisz?’. Na co on odpowiedział ‘Na razie powoli, panienko’.
Zauważył, że miała zwyczaj mrugać powiekami, co wg niego wskazywało na emocjonalny chaos w jej duszy, a kiedy powiedziała ‘Nie jest to praca, do której jesteś przyzwyczajony’, odpowiedział jej ‘To prawda, jest całkiem inna panienko’.
‘No tak, oczywiście’
. Odwróciła się i odeszła nic więcej nie mówiąc, obserwował jak wychodzi ze stajni, pomyślał, że jest strasznie sztywna, zdecydowanie dama z wyższych sfer, która nie da o tym zapomnieć. A jednak były różne typy takich kobiet. Była taka jedna, która często zachodziła do „The Bull”. Siadywała w kącie w kuchni u Taggart’ów i piła razem z nimi. Córka lorda, tak mówili, która poślubiła farmera. Ale to był kulturalny człowiek. O tak, uśmiechnął się przypomniawszy sobie, z jakim naciskiem Taggart’owie mówili o tym, był farmerem dżentelmenem, z prawie dwoma tysiącami akrów ziemi.
Była jedna rzecz, z której zdał sobie sprawę od samego początku, nie był akceptowany w kuchni, a przynajmniej nie przez pana i panią Waters. Ich córka Ruthie była w stosunku do niego grzeczna, Betty Trollop była jak pełne życia dziecko. A co do Maggie. Och, Maggie byłaby uprzejma dla samego diabła. Nigdy dotąd nie spotkał kogoś o tak radosnej naturze. Nawet atmosfera w kuchni nie mogła jej przytłumić. Mówiła bardzo szczerze o sprawach, o których inni milczeli, wszyscy oprócz jej wuja, wszystkich traktowała jednakowo. Ciotka miała jej trochę za złe, że odpowiada panience Agnes bez należytego szacunku. Odpowiedziała, że owszem, szanuje panienkę, szanuje ją tak jak wszystkie ludzkie istoty, dodała jeszcze, że wobec zwierząt nie czuje żadnego respektu, bo przecież nie mają duszy. Nie potrafił powstrzymać śmiechu, wyciągnęła dłoń w jego kierunku i zawołała ‘On. On rozumie, o czym mówię, wie, że nie mogę znieść koni. Powiedziałam ci o tym, prawda? Rzeczy, które nie mają duszy mogą pozbawić cię twojego wewnętrznego światła'.
Mógł słuchać Maggie godzinami. Była z natury, urodzoną komediantką, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. To był jej dar, o którym nie miała pojęcia.
...

Gitka - Nie 01 Paź, 2006 09:22

Dziękuję Moniko za następny fragment.
Ależ wciągające są te Twoje tłumaczenia, czekam na następne :lol:


Monika - Nie 01 Paź, 2006 15:23

Dzięki Giteczko za te miłe słowa, z tym większą chęcią ruszam z dalszym tłumaczeniem :grin:

...
Był początek lipca, Robert pracował od kilku tygodni w Foreshaw. Tego dnia naprawiał okna w bibliotece, był zajęty robotą, kiedy usłyszał podniesione głosy dochodzące zza drzwi, prowadzących do salonu. Rozpoznał pana domu i panienkę Agnes i chociaż był pewien, że to jej głos, z trudem wierzył własnym uszom, słysząc jak krzyczy na ojca. Gdyby nie to, że jej ton był kulturalny, tak wrzeszczeć mogłaby każda kobieta w Foxglove Road, na swojego mężczyznę, czy na sąsiada. Krzyczała ‘Musisz mnie wysłuchać. Niedługo sklepikarze przestaną przywozić cokolwiek. Mamy stertę rachunków, do których nie zaglądałeś od miesięcy. Jedyne, co jeszcze ciebie interesuje to wino. I jeszcze ustanowiono zabezpieczenie na meblach w domu. Wszystko jest zaniedbane…’.
‘Zamknij się kobieto!’.
‘Nie zamknę się, ojcze, mówię poważnie. Musisz spojrzeć prawdzie w oczy, faktem jest to że niedługo nie będziemy co mieli włożyć do ust, chyba że zabijemy świnie i kury. A co więcej, Dave i Peggy od niemal pół roku nie otrzymali zapłaty za pracę. Pogodzili się z tym, ale inni pewnie odejdą. A co będzie, kiedy chłopcy wrócą do domu. Arnold pewnie byłby już teraz, gdyby nie egzaminy. Roland i Stanley mają dużo szczęścia, że zostali zaproszeni do przyjaciół, ale przecież tylko na kolejne dwa tygodnie. A kiedy w końcu tu przyjadą i na wakacje, co wtedy?’.
‘W ciągu kolejnych dwóch tygodni, proszę pani, sprawy będą wyglądały inaczej, mam dla ciebie nowiny i lepiej słuchaj uważnie ‘Zamierzam powtórnie się ożenić’.

Zaległa martwa cisza. Robert spoglądał w kierunku drzwi i oczami wyobraźni widział wyraz jej twarzy, trzepotanie powiek i uchylone wargi.
I dokładnie tak wyglądała, patrzyła się na ojca, widziała jego nadętą twarz, jego nos noszący już ślady przeróżnych słabostek. Zastanawiała się, kto, kto na Boga chciałby go poślubić? Jego głos podniósł się do jej tonu ‘Jesteś zaskoczona, co? Zaczynam nabierać wiatru w żagle’. Przez chwilę nie odpowiadała. A kiedy zaczęła, mówiła z wielką powściągliwością, ważąc każde słowo: ‘Cieszy mnie to – mówiła – ‘I życzę twojej przyszłej żonie szczęścia w nowej roli, ponieważ wreszcie będę wolna, wolna żeby odejść i rozpocząć nowe życie, wolna żeby wyjść za mąż. Mam tylko nadzieję, że przyniesie wraz z sobą wystarczająco dużo pieniędzy żeby zatrudnić pielęgniarkę dla Millie’.
‘Pielęgniarkę dla Millie?’. Wrzeszczał teraz. ‘Musisz wiedzieć coś jeszcze. Ona stąd odejdzie. Już pierwsze kroki przedsięwziąłem. Nie wprowadzę tu żadnej kobiety, żeby miała przechodzić takie męki, co ja, na Boga, nigdy!’.
‘Nie możesz’
. Agnes ścisnęła mocno dłonie, paznokcie wbiły się w skórę. To był jedyny sposób żeby powstrzymać się przed uderzeniem go, w tym momencie była oślepiona nienawiścią do niego. To uczucie wzrastało przez te wszystkie lata, a teraz przez tą jedną chwilę czuła się jak obłąkana, czując intensywność, z jaką zawładnęło nią to uczucie. Wiedziała aż za dobrze, że spełni to, co powiedział. I wiedziała, że niedługo może do tego dojść, zwłaszcza, kiedy wezwie któregoś z lekarzy do Millie, która często miała teraz nawroty ataków. Na ogół trwało to kilka dni, ale teraz przez kolejne trzy noce będzie musiała spać w jej pokoju, żeby zapobiec następnym ucieczkom i spróbować uciszyć jej ustawiczne gadanie.
‘Nie możesz tego zrobić. Nie zrobisz tego’.
‘Nie mogę? Ależ mogę i zrobię to. Ale jest jedno wyjście, panienko. Gadasz ciągle o tym swoim ślubie, prawda? Więc, idź do swojego James’a i zapytaj czy przyjmie jeszcze jedną osobę pod swój dach. Jestem pewien, że jego matka przyjmie ją z otwartymi ramionami’.

Patrzyła na niego, rzucając piorunujące spojrzenia, nie będąc w stanie nic powiedzieć, ale jego pełne kpiny słowa dały jej do myślenia. Posiadłość Haughton Manor, w której mieszkali Crockford’owie była niewielka, ale na terenie majątku był domek myśliwski. Nie był używany od wielu lat. Millie mogłaby tam mieszkać z pielęgniarką. Ale czy James wyrazi na to zgodę? Tak, tak, przekona go. I porozmawia z Grace i Marie; to były bardzo sympatyczne dziewczęta i naprawdę lubiły Millie… Jego matka?... Och, James na pewno ją nakłoni. Musi. I zrobi to. Nigdy wcześniej o nic go nie prosiła.
Wzięła głęboki oddech. Zrobi tak jak on chce. Zadowoli go, tego człowieka, który nigdy nie okazał jej miłości i czułości, i niemal tyle samo obojętności okazał jej matce. Powiedziała teraz ‘Mam nadzieję, że twoją żonę będzie stać na utrzymanie twoich kochanek’.
Poruszył gwałtownie ustami, górna warga zadrżała, kiedy szyderczo odpowiedział ‘Nie będzie musiała tego robić, nie jest tego typu kochanką. Może cię to zadziwi, ale była niegdyś jedną z najbliższych przyjaciółek twojej matki… Och, ale pewnie już o tym wiesz, prawda, madame? Była młodą wdową, ale dobrze zabezpieczoną i zostanie tu przyjęta jako moja żona, a wtedy nie będzie już tego całego gadania o biedzie – akcentował każde słowo – jedynym powodem, dla którego nie ma jej tu jeszcze jest ta chora niedołęga, która, wiesz lub nie, nie jest z mojej krwi, nigdy nie mógłbym spłodzić wariatki’.
‘Nienawidzę cię. Wiesz o tym? Nienawidzę cię. I w tej chwili ja również żałuję, że jestem twoją córką, z twojej krwi, która jest najpaskudniejszą…’.

Kiedy jego dłoń wystrzeliła do góry i uderzyła ją w twarz, krzyknęła i cofnęła się chwytając się krzesła, opadała na nie; usłyszała jego głos, wrzeszczał na nią ‘Przez resztę tego czasu jesteś pod moim dachem i z pewnością nie raz mnie jeszcze znienawidzisz. Postaram się o to, panienko’. Po tych słowach majestatycznie wyszedł z pokoju, trzaskając głośno drzwiami…
Kiedy Robert usłyszał odgłos uderzenia i płacz zszedł z parapetu i podszedł w kierunku drzwi. Zatrzymał się nagle, pomyślał, że jeśli teraz tam wejdzie, będzie musiał pożegnać się z pracą tutaj. Niemniej jednak, kiedy usłyszał z oddali odgłos innych zamykanych drzwi i ciche łkanie, ujął za klamkę i pociągnął, otwierając delikatnie drzwi. I taką ją ujrzał, skuloną w fotelu, całe jej ciało drżało, wstrząsane płaczem. Niepewnie wkroczył do pokoju, a kiedy stanął naprzeciw niej cicho zapytał ‘Czy mogę panience jakoś pomóc?’.
...

Caitriona - Nie 01 Paź, 2006 15:25


Caroline - Nie 01 Paź, 2006 19:29

Fajnie się czyta i strasznie wciąga :D
Dzięki.
:mrgreen:

Gitka - Nie 01 Paź, 2006 23:46

No Moniczko, zakończyłaś w takim momencie :wink:
Weszłam tu tylko na chwilkę, zobaczyć czy jest coś dla mnie na dobranoc i nie zawiodłam się :lol:

Balbina - Pon 02 Paź, 2006 09:56

Dzięki :thud: Moniko
Monika - Pon 02 Paź, 2006 14:23

Dziewczyny, jest mi naprawdę miło że, to czytacie

Kolejna porcja (tym razem troszkę większa niż poprzednio) :wink:

...
Agnes opuściła ręce, którymi zakrywała twarz i odwróciła się od niego mówiąc ‘Odejdź. Proszę cię, odejdź’.
Wyszedł z pokoju, przeszedł przez hall i wszedł do kuchni. Podszedł prosto do Peggy, która wyjmowała z piekarnika blachę z upieczonymi bochenkami chleba i rzekł ‘Ja… ja uważam, że powinnaś iść do panienki Agnes. Coś się stało w salonie. Uderzył ją’.
Bochen chleba zsunął się z blachy nim ta dotknęła stołu, Peggy wciąż trzymając dłonie na niej odwróciła się w stronę Roberta i zapytała ‘Co takiego? Co powiedziałeś?’.
‘Pan i panienka Agnes, pracowałem w bibliotece i słyszałem ich, kłócili się. Uderzył ją, a teraz ona płacze’.

Bez słowa pospiesznie opuściła kuchnię. Spoglądał teraz na Maggie, która przekładała chleb z blachy i lekko stukała kciukiem w spód bochenków, mówiąc do niego ‘Nie mam nic przeciwko piciu mężczyzn, sama nie odmówię sobie kieliszka porto, ale on nie przestaje pić od kilku tygodni. Na Boga! Pieniądze, które wylał za kołnierz ostatniej nocy wystarczyłyby dla jednego pracującego górnika’. Patrząc na Roberta dodała ‘Słyszałeś o tej awanturze na podwórzu? Dostawca nie zamierzał zostawiać ładunku. Gdyby nie to, że wuj obiecał, że rachunek zostanie uregulowany w przeciągu tygodnia, zawróciłby i zostalibyśmy bez niczego. Pewnie trzeba by palić drewno. Pełno go tu, ale to wstyd ścinać drzewa. Za co ją uderzył? Mocno?’.
‘Chyba spoliczkował ją’.
‘Och’
– odwróciła się i podeszła do piekarnika, mówiąc dalej – ‘chciałabym być mężczyzną. Są chwile, kiedy bardzo tego pragnę. Czasem myślę, że mam w sobie dwie osobowości, pomimo całego dobrego humoru czasem mam ochotę zaprotestować przeciw temu, kim jestem’. Obróciła się i spojrzała na niego ‘Uwierzyłbyś w to teraz?’.
Uśmiechnął się i odrzekł ‘Uwierzę w cokolwiek powiesz, Maggie, we wszystko’.
‘Jesteś miłym człowiekiem. Od początku tak mówiłam. Nie ważne, co myślą inni, masz moją sympatię’.

Uśmiech zniknął z jego twarzy, ale był poruszony, kiedy mówił ‘Dziękuję Maggie’, po chwili dodał ‘Lepiej wrócę do pracy’.
‘Na twoim miejscu wróciłabym inną drogą niż przyszedłeś teraz’.
‘Oczywiście, nigdy nie proszę się o kłopoty’.
‘Ja również, ale w moim przypadku one nie pytają mnie o zdanie, wychodzą mi naprzeciw’
. Odszedł słysząc za sobą jej śmiech. Nic nie mogło wytrącić Maggie z dobrego humoru. Była dobrym duchem. Jedyna wnosiła jakiś promyk radości do tego udręczonego domu, może oprócz tamtej biednej istoty, będącej w centrum tych problemów. Spotkał Millie tylko dwukrotnie odkąd tu był, ale za pierwszym razem towarzyszyła jej panienka Agnes, a kolejnym razem pan Waters. Dziwne było oddanie, z jakim ten stary człowiek traktował tą młodą dziewczynę. Całe jego zachowanie zmieniało się w chwili, kiedy na nią patrzył: wydawało się jakby naprawdę czuł się jej ojcem, oddanym i kochającym. W jakiś sposób przypominał mu wuja, miał tylko nadzieję, że nie był tak zaślepiony jak tamten…
Dokończył pracę przy jednym z okien, pozbierał narzędzia i ruszył ku następnemu, kiedy drzwi biblioteki otworzyły się i oto weszła młodziutka istota, o której niedawno myślał. Ubrana była w niebieską, wytłaczaną suknię; jej włosy opadały niedbale na plecy, związane luźno granatową wstążką. Przez krótką chwilę zdawała się być zaskoczona jego widokiem, podeszła bliżej mówiąc ‘Pracujesz?’.
‘Tak, panienko. Wstawiam szarfy w okna’.
‘Nazywasz je szarfami?’
‘Tak, panienko’.
‘Myślałam, że tylko sukienki mają szarfy’.
‘No cóż, te są całkiem inne, proszę panienki’.
‘Jaki piękny dzień, nieprawdaż Bradley?’.
‘Tak, panienko’.
‘Powiedzieli mi, że powinnam się do ciebie zwracać Bradley, ale lubię cię nazywać Robertem. W końcu to twoje imię, czy nie tak… Bradley?’.
‘Tak, panienko. Tak się właśnie nazywam’.
‘Czy będziesz miał coś, przeciwko jeśli usiądę i poobserwuję twoją pracę?’.
‘Oczywiście, że nie panienko’.

I kiedy domontował kolejną starą ramę okienną zastanawiał się czy jakikolwiek lekarz odważy się zdiagnozować tą dziewczynę, mówiącą tak spokojnie jak teraz. Jedyną niezwykłością, jaką w niej teraz dostrzegł było to, że chciała usiąść i przyglądać się jego pracy.
Ładny dziś dzień, prawda?’.
‘O tak, panienko, to prawda’.
‘To dziwne, prawda Bradley? Ale nie mam ochoty spacerować w dzień. Oczywiście wychodzę na przechadzki, najczęściej z Agnes lub Maggie albo z kimś innym. Ale najbardziej kocham wychodzić wieczorami, ponieważ wtedy cały świat jest uśpiony w ciszy. Ptaki zapadają w sen, oprócz sowy i nietoperzy, one również lubią noc. Znam opowieść o tym, dlaczego sowy i nietoperze wychodzą w nocy. Lubisz opowieści, Bradley?’.
‘Niektóre, panienko’.
Zdjął część obudowy na dół i położył wzdłuż gołych desek wystających zza dywanu.
‘Nie umiem czytać ani pisać, Bradley. Uważasz, że to dziwne? Mam siedemnaście lat. Nie, Aggie mówi… osiemnaście… teraz, a jednak nie umiem pisać ani czytać. Aggie pięknie potrafi czytać. A ty umiesz, Bradley?’.
‘Tak, dużo czytam, staram się, kiedy tylko mogę’.
‘Och, to niezwykłe’.
‘Dlaczego tak panienka uważa?’.
‘Dave mówi, że nie powinna mnie martwić moja nieznajomość czytania i pisania, ponieważ większość ludzi tego nie umie, na przykład służący. A przecież ty jesteś służącym, tak czy nie Bradley?’.

Ściągnął brwi i zacisnął usta, uniósł dłuto i podszedł do okna zanim odpowiedział ‘Tak, panienko, można tak powiedzieć, jestem służącym’.
‘I potrafisz czytać i pisać?’.
‘Umiem. I nie jest prawdą, że większość ludzi nie potrafi czytać ani pisać’
. Natychmiast zdał sobie sprawę z błędu, jaki popełnił, to była najgłupsza rzecz, jaką mógł powiedzieć. Szybko dodał ‘To znaczy, chodzi mi o to, że nie każdy musi czytać i pisać’.
‘Bradley’.
‘Tak, panienko?’.
‘Nie jestem tu szczęśliwa’.
‘Nie jest, panienka?’
. Przerwał pracę, odwrócił się i spojrzał w jej kierunku.
Nie, Bradley, nie jestem. Choć przeważnie czuję się szczęśliwa. Kiedyś często śpiewałam, zwłaszcza w księżycowe noce, ale teraz nie mam na to ochoty. Czuję się dziwnie i zaczynam się bać’.
‘Och
– zrobił krok ku niej – niech się panienka nie boi. Nie ma się, czego bać’. Tak mało wiedziała, ta biedna istota, a przecież miała jak największe powody do obaw. Na swój dziwny sposób była wżyta w atmosferę, jaka panowała w tym domu i mogła się w nią zagłębić.
‘Ja… ja wiem, że umrę, jeśli Aggie odejdzie. Nie mogłabym żyć bez Aggie’.
Nic nie odpowiedział, tylko stał i spoglądał na nią. Odwrócił się, kiedy usłyszał pukanie w okno, stał tam Dave Waters gapiąc się na niego. Chwycił kawałek drewna z podłogi i szybko wcisnął je pod ramę dolnej części okna, mocno zaczepił haki do okna i wciągnął je do góry i usłyszał opryskliwy szept ‘Co ty znowu knujesz?’.
I tak samo szorstko Robert odpowiedział ‘Proszę spojrzeć, panie Waters, wykonuję swoją robotę. Panienka przyszła, usiadła i zaczęła ze mną rozmawiać. Jest bardzo nieszczęśliwa. Niech pan nie pogarsza tego jeszcze bardziej’.
Mężczyzna patrzył na niego; każdy mięsień na jego twarzy był spięty, odpowiedział ‘Ach, tak’. Próbował wejść do pokoju, robiąc krok na parapet, wtedy Robert wyciągnął rękę i powstrzymał go mówiąc ‘Nie wiem, czy wiesz lub nie, ale w domu były pewne problemy między panem a panienką Agnes. Ona… dziewczyna, to wyczuwa’.
Ich twarze były blisko siebie, patrzyli sobie prosto w oczy i Robert ujrzał cień zrozumienia na twarzy starego mężczyzny. Przesunął się na bok, pozwolił mu wejść do pokoju i z zainteresowaniem przysłuchiwał się jak tamten mówi do dziewczyny, w niemal ojcowskim tonie ‘Tutaj jesteś, moja droga. Szukałem cię wszędzie’.
‘Naprawdę, Dave? No cóż, a ja sobie siedziałam tu rozmawiając z Bradley’em. On dużo czyta, wiedziałeś o tym? Musimy zapytać Agnes czy pozwoli mu czytać książki stąd – rozpostarła ramiona wokoło siebie – przecież i tak nikt ich nie czyta’.
‘To nie są książki, po które ludzie najczęściej sięgają, kochanie. Wszystkie są o kopalniach węgla, o maszynerii i okrętach. Ale chodź już, pójdziemy do kuchni, Peggy coś dobrego dziś upiekła’.
‘Tak?’.
‘Pewnie masz ochotę na ciepłą bułeczkę z rodzynkami?’.
‘O tak, Dave, bardzo’.

Kiedy podniosła się, Dave Waters odwrócił się do Roberta mówiąc ‘Szukałem cię. Weź furmankę i jedź do Birtley do kilku sprzedawców po towar. Zapytaj o człowieka o nazwisku Eddie Palmer, on dostarczy ci wszystkiego bez problemów. Staraj się unikać pana Taylor’a … on jest tam szefem. Wejdź tylnymi drzwiami; zastaniesz tam Eddie’go. On będzie wiedział, co ci dać. A robotę tutaj zostaw, możesz dokończyć jutro’. Zniżył głos dodając ‘Ale nie jedź dopóki pan nie wyjedzie. Zamierza wziąć dwukołówkę. W między czasie możesz zaprząc konia’.
Robert zaczął uprzątać swoje rzeczy, Dave ujął pod ramię Millie, kiedy byli przy drzwiach odwróciła się w stronę Roberta i powiedziała ‘Dziękuję, Bradley. Miło się z tobą rozmawiało’. W salonie rzekła do Dave’a ‘On jest miłym człowiekiem, ten Bradley, prawda? Jest dobry i potrafi czytać. Myślę, że jest bardzo mądry, przecież umie czytać, też tak myślisz, Dave?’. Dave Waters wymamrotał coś pod nosem, otworzył przed nią drzwi, przeszli korytarzem i weszli do kuchni. Ale kiedy zobaczyła Agnes przy ogniu, z Peggy pochylającą się nad nią, zatrzymała się na moment, czując, że coś jest nie tak. Dave delikatnie popchnął ją dalej, a kiedy usiadła w bujanym fotelu, Peggy powiedziała nie patrząc na niego ‘Nie jest dobrze, jeśli zaczyna używać swoich rąk. Uderzył ją’.
‘Dlaczego?’
. Teraz i Dave pochylał się nad Agnes, ale zanim udzieliła jakieś odpowiedzi, Peggy prostując plecy odwróciła się w stronę nadchodzącej Maggie, niosącej miskę pełną jaj, powiedziała do niej ‘Potrzebuję trochę owoców do puddingu. Weź ze sobą panienkę Millie, pomoże ci zbierać. Potrzebuję czarnych porzeczek’.
Wystarczyło jedno spojrzenie w kierunku pochylonej głowy Agnes, Maggie szybko rozeznała się w sytuacji, podeszła do dziewczyny, ujęła ją za rękę mówiąc ‘Chodźmy panienko. Pójdziemy ogołocić ogród. Dobry pomysł?’.
‘Jeśli chcesz, Maggie’
. W jej głosie wyczuwało się nutę niechęci, niemniej jednak podniosła się z krzesła, a wtedy Maggie odpowiedziała ‘Bardzo chcę, ponieważ niczego tak bardzo nie cenię jak towarzystwo, zwłaszcza tak miłe jak twoje’. Słysząc to głos Millie rozbrzmiał delikatnym śmiechem, popatrzyła po wszystkich i powiedziała ‘Jaka ta Maggie jest zabawna’.
‘Taka jestem, taka jestem. I chyba nikt o tym nie wie lepiej niż ja sama. Kiedy dobry Bóg zamyślił moje istnienie powiedział „Może nie będzie na co popatrzeć, ale przynajmniej miło będzie jej posłuchać”. Chodźmy teraz, to coś jeszcze opowiem’
.
Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły Agnes podniosła głowę. Jedna strona jej twarzy była cała czerwona, druga natomiast bardzo blada. Spoglądając na Dave’a rzekła ‘Zamierza się ożenić… Ojciec, i zamierza Millie stąd odesłać’.
‘Nie! Nie!’
. Dave odwrócił się do niej tyłem. ‘Nie może tego zrobić’.
‘Ależ zrobi. Na pewno tak zrobi. Lekceważy doktora Miller’a, nie lubi go. Dostanie dwie inne opinie. Łatwo podkupić lekarzy’.
‘Na miłość boską!’
. Dave podniósł rękę do czoła, odwrócił się ponownie ku niej, pytając ‘Kto to jest? Kogo zamierza tu sprowadzić?’.
Agnes odwróciła głowę, zamierzała odpowiedzieć, kiedy ze złością wtrąciła się Peggy ‘Swoją ladacznicę, kogóżby innego. Ale myślałam, że coś poszło między nimi nie tak i dlatego wrócił do butelki i przecież przez ostatnie tygodnie dużo czasu spędzał w domu, a wcześniej to się nie zdarzało. Nigdy na tak długo się z nią nie rozstawał’.
‘Była przyjaciółką mamy? Znałaś ją?’
. Agnes zadała pytanie bardzo miękko, na co Peggy zareagowała głośnym ‘Też coś! Czy ją znałam? Tak. Znałam ją dobrze. Nie opuszczała tego domu przez jakiś czas, niedługo po tym, kiedy twoi rodzice się pobrali. Była podobno najlepszą przyjaciółką twojej matki. Przyjaciółka, zaiste. Najwyraźniej to jej nie wystarczało, mimo że jej mąż jeszcze wtedy żył. Nie wiem jak pan z nią wytrzymywał przez te wszystkie lata. A właściwie, wiem, pieniądze. Z tego, co mówił Greg, którą ją widział, jest obwieszona biżuterią. Zawsze była kosztowną zabawką’.
‘Czy… czy chłopcy wiedzą?’.

Pytanie to skierowała do Dave’a, jego odpowiedź była bardzo lakoniczna ‘Są mężczyznami, byliby ślepi gdyby tego nie dostrzegli’.
Agnes usiadła i spojrzała na herbatę, którą Peggy postawiła przed nią, potrząsała lekko głową ‘Co można zrobić?’.
Nie padła żadna odpowiedź, panowała cisza, kiedy zza umywalni naczyń wysunęła się Betty Trollop. Najwidoczniej usłyszała każde wypowiedziane tu słowo. Ale zdawali się tym zupełnie nie przejmować, nie zwrócili na to uwagi, ponieważ Betty była jedną z nich, traktowana jak ktoś najbliższy. Pracowała w kuchni odkąd skończyła osiem lat. Ułożyła na stole zrazy polędwicy, Peggy patrząc na nią powiedziała ‘Rozdziel je i włóż do piekarnika’. Z szuflady wyjęła tasak i ułożyła ją na olbrzymiej desce i zaczęła ćwiartować mięso.
Za każdym razem, kiedy tasak uderzał w kość, ten dźwięk zdawał się wibrować w głowie Agnes. Jej nerwy były napięte do granic wytrzymałości, myśli kłębiły się w jej głowie, wciąż zadając sobie to samo pytanie. Co można zrobić? Co ona może zrobić? Jest tylko jedna uchylona furtka, James i domek myśliwski. Zapyta go dziś wieczorem, kiedy przyjdzie. Powstrzymała na chwilę potok myśli: pytanie tylko czy na pewno dziś tu będzie. Nie widziała go przez ostatnie cztery wieczory. Kiedy rozmawiali po raz ostatni, mówił jej jak bardzo zajęty jest ostatnio. Zajmował się sklepami, sprawdzając kierowników, podobno miała miejsce malwersacja w jednym z tych miejsc, takie sprawy na pewno zajmowały mu dużo czasu. To niedobrze. Jeśli nie przyjdzie dziś, jutro może być za późno. Ojciec może spełnić w każdej chwili swoje groźby, sprowadzi lekarzy i będzie to koniec Millie, koniec dla nich wszystkich, może to dziwnie brzmi, ale to właśnie Millie trzymała ich wszystkich razem. Podniosła się bardzo szybko, czym zaskoczyła Peggy, i kiedy powiedziała ‘Pojadę. Pojadę natychmiast’, Dave Waters przyglądał się jej bacznie pytając ‘Gdzie chcesz jechać?’.
‘Do Haughton. Muszę… muszę zobaczyć się z James’em’.
‘Ale… ale cóż on może poradzić, moja droga?’.

Odwróciła się i spojrzała na Peggy, powstrzymała jednak słowa, które cisnęły się na jej wargi ‘Może się ze mną ożenić, jak najszybciej’. Zamiast tego odpowiedziała ‘On… musi nad czymś się zastanowić. Mają tam domek myśliwski, pewnie o tym wiecie. Może… może pozwoli mi zabrać tam Millie. Czy odeszlibyście razem z nami? Chodzi mi o to…’.
‘Dziewczyno, tak, oczywiście, że tak’
. Dave wyciągnął dłonie w jej kierunku i zapytał ‘Ale jak zamierzasz tam dotrzeć? Twój ojciec zabrał dwukołówkę, a Prince nie jest gotowy do jazdy. Bradley jedzie furmanką do Birtley po zapasy żywności’.
‘Odjechał już?’.
‘Kto?’.
‘Bradley’.
‘Nie, chyba jeszcze nie’
. Odwrócił się szybko w stronę okna mówiąc ‘Właśnie wyjeżdża. Ale przecież nie powinnaś razem z nim jechać na wozie, to nie uchodzi’.
‘Jakie to ma znaczenie jak tam dotrę, najważniejsze żebym była tam jak najszybciej’
. Agnes odwróciła się od nich i pospiesznie opuściła kuchnię. A kiedy Dave zwrócił się w kierunku drzwi wychodzących na podwórze Peggy zawołała do niego ‘Co o tym myślisz? To nie jest taki człowiek’.
‘Zobaczymy, jeśli jej pragnie będzie musiał przystać na to, czego ona zażąda’.

...

Gitka - Wto 03 Paź, 2006 00:52

Duży fragment, jest co poczytać :banan:
Dzięki, dzięki :thud:

Monika - Śro 04 Paź, 2006 11:42

Fajnie, że mamy do wklejania zdjęcia z The Moth, to świetne uzupełnienie tłumaczenia :grin:
Postaram się tlumaczyć więcej, dziś wieczorkiem zabiorę się ostro do roboty :wink:

Monika - Sob 07 Paź, 2006 21:54

...
Robert prowadził konia w kierunku bramy, kiedy zawołał go Dave ‘Hej, tam! Zaczekaj chwilę’. A kiedy zbliżył się do furmanki spojrzał na Roberta i powiedział ‘Panienka Agnes pojedzie z tobą. Musi się dostać do Haughton. Będziesz musiał zboczyć z drogi mniej więcej milę. Wskaże ci kierunek’. Po chwili przerwy dodał ‘I nie zapominaj, kim jesteś’.
Twarz Roberta napięła się, popatrzył na starego mężczyznę i odpowiedział ‘Znam swoje miejsce. Nie musi mi pan o nim przypominać’. Nie pierwszy raz Dave był zaskoczony tupetem, z jakim mówił ten młody mężczyzna, patrzył na niego z niemą wrogością. Bardzo drażniło go, że chłopak nie ma względu na niego czy na kogokolwiek. Ale poczekajmy, jego zuchwałość prędzej czy później sprowadzi na niego kłopoty. Niech no tylko tak pogada z młodym paniczem, to szybko będzie wiedział gdzie jest jego miejsce.
Odwrócił się od wozu, kiedy zobaczył idącą podwórzem Agnes, zapinającą lekko zakurzony płaszcz. Kiedy ją ujrzał, przesunął się ustępując jej miejsca, Dave pomógł jej wsiąść. Robert natomiast zamierzał wyciągnąć rękę żeby jej pomóc, ale pomyślał, że nie jest to najlepszy pomysł. Trzymał cugle w dłoniach, gwałtownie szarpnął nimi mówiąc ‘No jazda’. Wóz ruszył brukowanym dziedzińcem w kierunku żwirowanej drogi.
Byli na głównej drodze, kiedy po raz pierwszy przemówiła. Jej głos był niski ‘Czy możesz skręcić w prawo przy rozwidleniu dróg, Bradley? Muszę… muszę się dostać do Haughton. Wiesz gdzie to jest?’.
‘Nie, panienko, nigdy tam nie byłem’.
‘To… jakieś dwie mile drogi od rozwidlenia. Brama znajduje się na głównej drodze. Ja… nie jestem jeszcze pewna czy będę cię potrzebowała w drodze powrotnej. Jeśli pan Crockford jest w domu niewątpliwie to on odwiezie mnie, ale jeśli nie będzie go… ja …. Będę ci bardzo zobowiązana, jeśli w drodze powrotnej wstąpisz po mnie. Ile zabiorą ci sprawy w Birtley?’.
‘Nie jestem pewien, panienko. Tylko jeden raz tam byłem i to z Hubbard’em. Myślę, że powinno mi to zająć kilka godzin, w tą i powrotną drogę. Ale jeśli się pospieszę mogę tu być za godzinę lub trochę później. Poza tym, mogę podprowadzić wóz pod dom i zaczekać’.
‘Nie, nie’
. Słowa te zabrzmiały obcesowo, nie musiała nic więcej dodawać.
Oczywiście, co za głupiec z niego, powinien wiedzieć, że wozy takie jak ten nie są pojazdami, którymi damy składają wizyty. Pan Waters miał całkowitą rację, wiele musiał się jeszcze nauczyć.
Odwróciła głowę i spojrzała na niego mówiąc ‘Będę ci bardzo wdzięczna, jeśli zaczekasz przed bramą’.
‘Tak zrobię, panienko. Postaram się wrócić jak najszybciej’.
‘Och, nie spiesz się. Jeśli to jednak pan Crockford odwiezie mnie do domu, zostawię dla ciebie wiadomość przy bramie, żebyś nie musiał czekać’.
‘Dobrze, panienko’.

Siedzieli teraz w zupełnej ciszy. Koń ciężko poruszał się naprzód, stukot jego kopyt rozbrzmiewał niezwykle głośno w uszach Roberta. Z chęcią zacząłby mówić coś o krajobrazie, rozmawiać z nią, ale oczywiste było to, że była bardzo wzburzona i najwidoczniej jechała do tego mężczyzny prosić o pomoc. Dlaczego do tej pory ten człowiek jej nie poślubił? Starał się o nią od wielu lat, tak słyszał. Takie zaloty musiały trwać jakiś czas, przynajmniej w wyższych sferach tak się działo, musieli zgromadzić potrzebne wiano. Ale wśród takich ludzi powinno być inaczej. Mieli pod dostatkiem mebli i łóżek. Nie – potrząsnął lekko głową – nie mieli tego aż tyle, ale przynajmniej mieli posiadłości. No cóż, najwyraźniej nie chcieli żyć zasadami, którymi żyli ci, którzy byli im podwładni.
Czuł, że szykują się jakieś zmiany i to bardzo szybko. Właściwie nic to go nie obchodziło, nie dotyczyło go w żaden sposób. Dostanie pracę gdzie indziej, tym razem sprzeda meble zrobione przez siebie, były niczym kamień uwieszony u jego szyi. Coraz bardziej przyzwyczajał się do tej myśli, Australia albo Kanada. Poza tym nie będzie mu żal odejść z tej pracy, z nikim tutaj nie czuł się związany, jedna tylko Maggie okazywała mu życzliwość. Ta niepewność zaczynała mu ciążyć, zamierzał wybrać się dziś do Taggartów, wymienić się wieściami...

Mag - Nie 08 Paź, 2006 14:31

Młody mężczyzna zawsze znajdzie prace, bez względu na epoki, oni sobie radzili.
Za to kobiałki miały przechlapane- a Agnes obowiązywały normy arystokracji, tylko nie było za co ich podtrzymywać - zupełnie jak Margarytka, tylko tamta miała oparcie w rodzicach.

Dzięki Moniko za tę książkę -naprawde dobrze się czyta:))

Gitka - Pon 09 Paź, 2006 14:58

Moniczko, badzo dziękuję za kolejny odcinek.
Wiesz zauważyłam, że w filmie jest Sarah Thorman, a w książce Agnes Thorman
popatrz
obsada:
http://www.filmweb.pl/Mot...Roles,id=111107
Juliet Aubrey :Sarah Thorman
Nie mam pojęcia dlaczego zmienili imię.
Moniko, a wiesz, że brata Sarah/Agnes gra
Rupert Penry-Jones :Stanley Thorman nowy Captain Wentworth z Perswazji 2007
http://www.imdb.com/name/nm0672303/


Monika - Śro 11 Paź, 2006 14:17

Faktycznie dziwne. Też nie rozumiem dlaczego zmieniają coś tak ważnego jak imiona głównych bohaterów. Dobrze, że przynajmniej nie zmienili Roberta :wink:

...

Z tego, co ostatnio słyszał od Tima Yarrow’a wywnioskował, że wuj całkiem uwiązał do siebie Carrie. Tim’owi najbardziej było żal pani Bradley.
Robert również żałował ciotki. Ale i ona w pewnym stopniu ponosiła winę za to, co się stało, przynajmniej w tym, co się stało później. Pewnie by nadal tam mieszkał, gdyby nie chciała związać go z Carrie i jej nieszczęściem. Biedna Carrie. Nic nie mógł poradzić na to, że naprawdę było mu jej żal. Ale nie oni jedni mieli problemy; w wyższych sferach też nie było ich mniej.
‘Jesteśmy na miejscu. Możesz się zatrzymać?’.
Nie zauważył bramy, znajdowali się w połowie drogi i nie było tu żadnego muru czy płotu prowadzącego do majątku, w każdym razie nie z tej strony. Majątek odgraniczony był aleją drzew, która prowadziła od głównej drogi. Zapewne gdzieś za nimi znajdował się płot, ponieważ nie wyobrażał sobie żeby jakikolwiek ziemski właściciel pozostawiał swoją ziemię otwartą dla przypadkowych przyjezdnych.
Zeskoczył na ziemię i pomógł Agnes zejść z wozu. Kiedy jego dłoń dotknęła jej łokcia, poczuł jej delikatność i chudość, przypominało mu to panienkę Millie. Na swój sposób obie były do siebie bardzo podobne, tyle, że Millie była otwarta na cały świat w swej dziecinnej naiwności, Agnes tymczasem żyła w ściśle określonych ramach, jak za ciemną zasłoną, rzadko pozwalając swej prawdziwej naturze zajrzeć ponad nią.
‘Dziękuję ci, Bradley’.
‘Do widzenia panienko’
. Nie wiedział, dlaczego to powiedział, a ona odwróciła się, zatrzymała na moment nim odpowiedziała ‘Do widzenia, Bradley’.
Zaczęła iść w kierunku bramy, znalazła się na dobrze utrzymanej drodze prowadzącej do posiadłości. Ale zanim do niego dotarła zatrzymała się słysząc śmiech i głosy dobywające się gdzieś niedaleko niej. Tam gdzie znajdował się kort tenisowy. Była tam zaledwie dwukrotnie. Nie potrafiła dobrze trzymać rakietę, za pierwszym i drugim razem czuła irytację James’a, chociaż najczęściej śmiał się z jej starań.
Kort tenisowy umiejscowiony był we wschodniej części majątku, schodki z tarasu schodziły prosto na dół, na wielki zieleniec. Czasami rodzina piła tam popołudniową herbatę, ale to nie była ta pora. Najpewniej dziewczęta grały z gośćmi. James na pewno nie grał, rzadko, kiedy był w domu przed piątą, a przecież dopiero, co wybiła godzina piąta. Zatrzymała się i popatrzyła w kierunku domu, rozpostartego pośród niskich świerków. Nie był nawet w połowie tak duży jak jej dom, ale był tak dobrze utrzymany, że miała wrażenie, że przybyła tu ze slumsów i tak zapewne James postrzegał jej rodzinny dom.
Pani Crockford, jak sądziła, skryła się w salonie pracując nad wiecznie nieskończonym kilimem. Niemożliwe żeby zażywała odpoczynku na powietrzu, nie znosiła słońca; nie było to dobre na cerę, tak mawiała. Mając ponad czterdzieści lat była próżną kobietą, ale przynajmniej nadal dobrze prezentującą się. James był pod tym względem bardzo podobny do matki.
Postanowiła porozmawiać z dziewczętami i dowiedzieć się o James’a, weszła na wąską ścieżkę, która prowadziła z drogi prosto na kort. Na końcu alei zatrzymała się gwałtownie, ponieważ ujrzała James’a. Miał na sobie białe, flanelowe spodnie i kremową, jedwabną koszulę. Zamierzał właśnie zagrać do siostry. Dziewczęta stały po drugiej stronie kortu, partnerką James’a była piękna, wysoka dziewczyna, której twarz jaśniała od śmiechu.
Pierwsza zobaczyła ją Marie Crockford, wykrzyknęła do brata ‘James. James! Spójrz! Obejrzyj się za siebie. To Agnes’.
James, który miał zamiar podnieść piłkę stał bez ruchu, nagle obrócił się w kierunku narzeczonej i w jednej chwili pojęła, że nie był zadowolony z jej widoku. Stawiał powoli krok za krokiem idąc ku niej po trawniku. Nie ruszyła się z miejsca, a kiedy zatrzymał się przed nią powiedział ‘Cóż za niespodzianka’.
‘Tak, niespodzianka’
. Nie potrafiła powstrzymać cierpkości w głosie, ciągnęła dalej ‘Nie spodziewałam się ciebie tutaj o tej porze, z tego, co wiem ostatnio byłeś bardzo zajęty’. Obserwowała jego twarz, poruszającą się szczękę, w końcu odpowiedział ‘Owszem, byłem bardzo zajęty, Agnes. Ale pozwoliłem sobie na małą przerwę tego popołudnia, mamy dziś u siebie gości, przyjaciółkę Grace, Eileen, Eileen Chambers. Ja… sądzę że nie miałaś przyjemności jej poznać’.
‘To prawda, nie miałam okazji’.
‘Więc chodź, przedstawię cię’.
‘Ja… ja wolałabym nie, jeśli nie masz nic przeciwko James, ale chciałabym porozmawiać z tobą w cztery oczy’.
‘No cóż… właściwie miałem teraz grać. Czy to ważna sprawa?’.
‘Bardzo ważna’.
‘Aha’
. Odwrócił się w kierunku gdzie jego siostry i panna Chambers stały i zawołał do nich ‘Zobaczymy się później w domu’. Marie zawołała do niej ‘Nie zechciałabyś zagrać, Agnes?’. Na to Agnes ‘Nie dziękuję, nie teraz’.
‘No to do zobaczenia’
, odrzekła Marie. Po tych słowach Agnes skinęła głową, odwróciła i weszła z powrotem na ścieżkę, z której przyszła. Przeszli kilka kroków ramię w ramię, zanim James powiedział ‘Chciałabyś zobaczyć się z Mamą?’.
‘Nie, nie. Wolałabym nie. Chcę… porozmawiać tylko z tobą’.
Spojrzała na niego, jej twarz złagodniała, jej oczy miały głęboki, pełen oddania wyraz. Westchnął i zapytał ‘Problemy?’.
‘Tak, możesz tak to ująć, problemy’
.
Wewnątrz dom sprawiał identyczne wrażenie jak na zewnątrz, wszystko tu było czyste i wymuskane. Meble, niektóre nowoczesne, ale dobrej jakości, dywan leżący na podłogach był w odcieniu mocnej czerwieni, miało się uczucie że ten żywy kolor rozpościera się niemal wszędzie. Kiedy pierwszy raz przekroczyła próg tego domu pomyślała, jak cudownie. Będę kiedyś panią tego wszystkiego. A teraz nie była już pewna, nie była już niczego tak pewna jak kiedyś.
Poprowadził ją do swojego gabinetu, nie zajął swojego miejsca za biurkiem, lecz usiadł na jego skraju, kiedy spoczęła w fotelu. Kiwnął głową w jej kierunku i powiedział ‘No wiec, o co chodzi? Co się stało?’. Bez żadnych wstępów odpowiedziała mu ‘Ojciec zamierza się ożenić. Ta kobieta… była jego kochanką przez te wszystkie lata. Postanowił odesłać Millie. Nie dopuszczę do tego, James. Po prostu nie pozwolę na to. Nie potrafiłabym mieszkać dalej w domu, z tamtą kobietą, lecz jeszcze bardziej nie mogę znieść myśli, że odeśle Millie. Och’ – uniosła rękę – ‘Wiem, co według ciebie powinno się zrobić z Millie i wiem, co powiesz, słyszałam to już wielokrotnie, to byłoby najlepsze wyjście dla niej. Ale to byłoby tak jakby zamknąć ją w klatce. Czy tego nie rozumiesz?’.
Obserwowała jak podnosi się, minął ją i podszedł do pustego kominka i stojąc bokiem położył łokcie na gzymsie kominka zanim odpowiedział ‘Tak, rozumiem, ale to jedyna najlepsza rzecz, jaka może ją spotkać. Trzeba patrzeć na to perspektywicznie. Pomyśl, Agnes. Jeśli coś się jutro tobie stanie, ona i tak zostanie odesłana. Wprawiasz w zakłopotanie wielu ludzi, nie chcesz przyjąć do wiadomości faktu, że Millie nie jest normalna. I mówię ci, pewnego dnia coś się jej stanie i nie będziesz miała na to wpływu’.
‘No cóż, do tego dnia, James, nie mogę pozwolić jej odejść. Doktor Miller jest przekonany że ona nie jest obłąkana czy umysłowo niedorozwinięta, nie w powszechnym tego słowa znaczeniu’. ‘Doktor Miller to stary głupiec. Niemal pół dnia jest pijany, powie cokolwiek żeby tylko zadowolić innych, oczywiście tak długo jak długo jego nie będzie to kłopotać. I powiem ci wprost, Agnes. Rozumiem stanowisko twojego ojca. Oczywiście nie pochwalam pomysłu małżeństwa z tą kobietą, ale to jego sprawa. I pomyśl, Agnes, czy możesz od niego oczekiwać, że wprowadzi swoją żonę do tamtego domu, że będzie przebywać z tamtą kreatur… z osobą taką jak Millie?’.
‘Zamierzałeś powiedzieć, kreatura, prawda?’.
‘Tak’.
‘Nie potrafię cię zrozumieć. Ja… ja nie mogę James. Wiem, że nie pojmiesz przyczyny, dla której tu jestem, nigdy nie zrozumiesz mnie samej, ale odwołuję się do twojego współczucia, miłosierdzia. Ja… przyszłam cię zapytać, czy pozwolisz mi zabrać tu Millie. To znaczy, do domku myśliwskiego. Dave i Peggy mogliby zamieszkać razem z nią. Nawet byś jej nie widywał, mogę ci to obiecać. Nie będziesz ci zawadą’
.
Zrobił kilka kroków, zatrzymał się i stał sztywno, cała jego postawa wyrażała absolutne zdumienie. Przekręcił głowę mocno, jego oczy rozszerzyły się, przyglądał się jej bacznie i odpowiedział ‘Musiałaś całkiem oszaleć. Chciałabyś sprowadzić tu swoją siostrę, wiedząc, co myślę o całej tej sytuacji? No wiesz!’. Jego ramiona podskoczyły w górę, wskazując palcem w kierunku drzwi mówił dalej ‘Tuż za tym korytarzem w salonie siedzi moja matka. Znasz moją matkę, prawda Agnes?’. Nic na to nie odpowiedziała, tylko na niego patrzyła. ‘No cóż, pomijając twoją niedorzeczną propozycję, którą nawet nie chciałbym jej niepokoić, matka nie jest zadowolona z naszego narzeczeństwa. Będzie lepiej, jeśli powiem całą prawdę. Co więcej, Agnes, w tej sytuacji nie widzę dalszego sensu w kontynuowaniu naszej znajomości, ponieważ nic nie zmieni twojego zdania na temat siostry. Czy nie tak?’.
Nadal gapiła się na niego i nagle stała się dziwna rzecz: ujrzała jak opada z niego całe ubranie. I stał przed nią całkiem goły. Ujrzała jak jego skóra topnieje, rozpływa się i został już tylko sam szkielet. I nagle również i to zaczęło zanikać, została jedynie głowa i serce. I ujrzała, że jego serce zamknięte było w skrzynce. Ale jego mózg nadal pracował znakomicie, wyglądało to niczym tysiące małych robaków wijących się wokół siebie. I wtedy zaczął zanikać cały, nie zostało już nic z niego. Na jego miejscu pojawiła się młoda, piękna dziewczyna z jasnymi lokami i w tej samej chwili rozpoznała ją. Powiedział że nigdy wcześniej się nie spotkały, to prawda. Ale pamiętała jak matka mówiła kiedyś o Chambers’ach. Byli majętni, wręcz milionerzy, zajmowali się stalowym biznesem, ich fabryki prężnie pracowały.
Dotknęła ręką twarzy, poprawiła kapelusz. Wciąż patrzyła wprost na niego pytając samą siebie, czy oszalała? Czy choroba, która dotknęła Millie także i w niej zaczynała się rodzić?
No cóż, to był koniec. Co ją opętało żeby tu przyjść? Dlaczego myślała że będzie w stanie go przekonać, że jakiekolwiek jej słowa zrobią na nim wrażenie. Przecież jej nie kochał. Czy kiedykolwiek coś do niej czuł? Dlaczego w ogóle poprosił ją o rękę. Czy uważał ją za kogoś, nad kim mógłby przejąć kontrolę? Nie, to nie mógł być ten powód, ponieważ nigdy nie była uległa. Więc dlaczego? Dlaczego? I nagle zrozumiała. Poprosił ją o rękę, bo lubił tarzać się w uwielbieniu samego siebie. A ona otwarcie wielbiła wszystko, co się w nim kryło, od pierwszej chwili, kiedy go poznała. Ale kiedy jej admiracja zmniejszyła się, przestała być mu potrzebna. Tak więc, to był koniec i tylko jeden Bóg wiedział co mogłaby teraz uczynić. Ale było coś co musiała uczynić, z całą godnością i honorem.
Powoli zdjęła zaręczynowy pierścionek z palca i wyciągnęła w jego stronę. Jej oczy wpatrywały się w jego twarz, która pokryta była rumieńcem. A kiedy powiedział ‘Ależ Agnes, zatrzymaj ją. I… przecież nie ma żadnego powodu, dla którego nie moglibyśmy nadal być przyjaciółmi’, użycie przez niego słowa „przyjaźń”, już drugi raz mówił ten wyraz na określenie ich stosunków, było niczym ostrze, które przecięło ostatnią nić jej samokontroli. Zapomniała całkiem o ambicji, honorze, jej głos przypominał w tej chwili krzyk ‘Już wcześniej wspomniałeś o latach naszego narzeczeństwa jako o przyjaźni. Przyjaźń, też coś! To była obietnica małżeństwa, zapomniałeś już? Chciałeś żebym za ciebie wyszła. I teraz masz czelność określić uczucie, które dla ciebie zmarnowałam jako lata przyjaźni? No, więc dobrze, przyjaźń się skończyła. Wreszcie! Zabieraj to!’. Rzuciła w niego pierścionkiem, a kiedy pierścionek w środku, którego lśniło pięć diamentów zahaczył o jego dolną wargę, ostry fragment kamienia rozciął skórę, z której zaczęła sączyć się strużka krwi, spływając na podbródek. Przyłożył chusteczkę do twarzy, gapił się na nią w bezgranicznym zdumieniu, wreszcie wydusił z siebie ‘Widzę teraz, że dobrze zrobiłem zrywając nasze zaręczyny, swoim zachowaniem udowodniłaś, że nie tylko twoja siostra postradała zmysły’. Spojrzała szybko z lewej i prawej strony; odczuwała wielką potrzebę chwycenia czegoś w rękę i rozbicia tego na tym mężczyźnie. Jedynie fakt, że zachowałaby się jak zwykła prostaczka powstrzymał ją od podniesienia ciężkiego szklanego kałamarza ze stołu i ciśnięciu nim w niego. Jednakże, czuła że jeśli zostanie tu choćby minutę dłużej zostanie doprowadzona do ostateczności, gwałtownie odwróciła się i wyszła z pokoju.
Kiedy szła korytarzem ujrzała jego matkę, zmierzającą do gabinetu, najwidoczniej z zamiarem dowiedzenia się o przyczynę zamieszania. Zanim mogła coś powiedzieć, Agnes krzyknęła do niej ‘Idź i opatrz swojego chłopczyka, jego warga krwawi’. Przeraziła się własnych słów kiedy dodała ‘Nie wychowałaś go na mężczyznę, jest tylko czymś co go przypomina. Nie ma jaj’. Poczuła wielką satysfakcję, widząc panią Crockford opierającą swe chude plecy o boazerię, przykładającą rękę do twarzy. Po tych słowach skierowała się do frontowych drzwi. Wybiegła po schodach. Biegła całą długość drogi, przez bramę, na ścieżkę. Nie było wozu. Ale przecież nie powinna się jeszcze go spodziewać, była tam nie więcej niż pół godziny.
Przycisnęła rękę do czoła, przez chwilę cały ciężar jej głowy spoczywał na dłoni, wreszcie powiedziała do siebie ‘Mój Boże! Mój Boże’. Co się jej stało. Może stawała się taka jak Millie. Może to, co się jej właśnie przytrafiło było jak te ataki, których dostawała Millie. Ale przecież Millie nigdy nie płakała, a jej zbierało się teraz na płacz. O dobry Boże, jakże pragnęła rozpłakać się. Zeszła kilka jardów w dół drogi, minęła płytki kanał, ukryty między drzewami. Jakże przyjemnie tu było. Oparła się o dąb, spoglądając na gałęzie zapytała się głośno ‘Co mi się przydarzyło?’.
Nie otrzymała z nikąd odpowiedzi, czuła jednak podświadomie, że oto otworzyła jakieś drzwi i wiedziała, że nie da się już ich zamknąć z powrotem.
Ale co się z nimi stanie? Co stanie się z Millie? Cóż ona pocznie? Jeśli zdołają odesłać Millie, nie będzie potrafiła tam dalej mieszkać, z ojcem i tą kobietą. Czuła, że stoi na krawędzi, jej dalsze istnienie było zagrożone: Millie odejdzie, już nic nie będzie takie jak wcześniej. I nigdy nie wyjdzie za mąż. Nigdy. Kiedy o tym pomyślała poczuła ból między żebrami, tak jakby nóż przebijał je ostrzem, odwróciła się i przycisnęła całą sobą do drzewa, objęła je mocno ramionami. Przycisnęła usta do szorstkiej kory, przytłoczona i porażona falą uczucia zalewającą ją całą. Kiedy ta burza uczuć ogarnęła ją, nie mogła złapać oddechu, przez chwilę poczuła że się dusi. Wreszcie poczuła na policzkach łzy, nie mogła ich powstrzymać. Spływały w zagłębieniach oczu, po twarzy, nosie, zupełnie nie zważała na to gdzie się znajduje, na otwartej przestrzeni, gdzie każdy mógł ją ujrzeć. Czuła udrękę, czuła się wyniszczona, wyjałowiona. Osunęła się na dół, usiadła pośród drzew.
Jeszcze nigdy tak nie płakała. Nigdy nie straciła panowania nad sobą. Ludzie z jej klasy, tak to pojmowała, nie mogli sobie pozwolić na okazywanie publicznie uczuć. Nawet odrzuceni chowali wszystkie uczucia w głąb siebie. Więc co teraz stało się z nią. Co w nią wstąpiło? Właściwie czy ma to jakieś teraz znaczenie? Nie ma. Nie ma w niej już życia, pragnęła jedynie tak siedzieć, zostać tak na zawsze, już więcej nie myśleć, nie martwić się, nie czuć tego bólu w sercu; wiedziała, że kiedy już wstanie z tej ziemi, to będzie jej koniec. Kiedy poczuła czyjąś dłoń na swym ramieniu, odwróciła się równocześnie przyciskając się jeszcze mocniej do drzewa, oniemiała patrzyła w oczy Roberta, ujrzała w nich mieszankę zakłopotania, zatroskania i współczucia, ten widok niemal złamał ją po raz drugi. Jej głowa spoczywała na ramionach, usłyszała jego łagodny głos ‘Chodźmy panienko, chodźmy’. Ujął ją delikatnie za ręce, podniósł. Kiedy zaczęła się chwiać, przycisnął mocniej jej rękę i ponownie powiedział ‘Chodźmy’, potrząsnęła głową i zaczęła wycierać twarz mokrą chusteczką. Poszukał w kieszeni swojej chustki. Nie była równo złożona, lecz jeszcze nieużywana. Wyciągnął ją w stronę Agnes, wzięła ją od niego i przyłożyła do twarzy, jej kapelusz zwisał, podtrzymywany przed upadkiem jedynie spinkami. Poprawiła go, spojrzała na płaszcz, suche gałązki przykleiły się do niego, powoli zaczęła je strzepywać. W końcu spojrzała na Roberta, przemówiła po raz pierwszy, jej głos był jak szept ‘Przykro mi, Bradley’.
‘Nie ma za co panienka przepraszać. Nie ma to jak się raz a dobrze wypłakać’.
To były słowa jego matki, kiedyś powiedziała do niego, że gdyby mężczyźni częściej płakali, mniej byłoby na świecie agresji. Ale nie mógł sobie wyobrazić płaczącego mężczyzny, to w pewien sposób zawstydzało go, było oznaką słabości. Ale nigdy by się nie spodziewał ujrzeć płaczącego kogoś takiego jak panienka Agnes, na oczach wszystkich. Najwyraźniej stało się coś naprawdę złego.
Szedł teraz przed nią, kiedy zbliżył się do drogi odwrócił się w kierunku Agnes i powiedział ‘Niedaleko jest strumyk. Czy zechciałaby panienka zatrzymać się i może’ – przerwał – ‘tzn. może chciałaby panienka umyć twarz’. Spoglądała na niego, jakby rozważając jego słowa, w końcu potrząsając głową odpowiedziała ‘Nie dziękuję, Bradley. Woda w strumieniu nie zmieni stanu moich uczuć… Ja… właściwie mogę ci o tym powiedzieć, o tym jak teraz stoją sprawy’ – przełknęła głośno ślinę – ‘Millie może być oddana do zakładu. Mój… mój ojciec jest nieugięty. Miałam nadzieję… moją ostatnią deską ratunku było zabranie jej razem ze mną do domku myśliwskiego’ – wskazała głową w stronę bramy – ‘ale teraz i to jest już niemożliwe’.
‘Bardzo mi przykro panienko. Naprawdę jest mi przykro. Wyobrażam sobie, co panienka musi teraz czuć, ponieważ uważam za haniebny pomysł odesłania panienki Millie. Znam wielu dziesięć razy gorszych od niej, którzy ożenili się i mają dzieci’
. Zatrzymał się. Minęła chwila, kiedy odpowiedziała mu ‘Cieszę się, że myślisz podobnie, Bradley. Nigdy nie uważałam Millie za szaloną, ani za kogoś, kogo należy zamknąć’. Przyłożyła rękę do gardła, znowu poczuła napływające łzy, wyszeptała ‘Nie mogę. Nie mogę’.
‘Czy już nic nie można zrobić, panienko? Nie ma się panienka, do kogo zwrócić?’.
‘Nie’
. Zamknęła na moment oczy, kiedy je otworzyła mrugając wiele razy dokończyła ‘Moi bracia są tego samego zdania, co pan Crockford’. Spojrzała za Roberta, na drogę gdzie stał wóz z koniem. ‘Pan Crockford jest podobny do mego ojca’. Szarpnęła gwałtownie głową, spojrzała na niego, mówiąc podniesionym tonem, mimo że nie krzyczała ‘Ja zamierzałam wyjść za mąż, zapewne o tym wiesz, Bradley. Ale… już nie. To… już jest skończone. Chciałam… ci o tym sama powiedzieć teraz, chociaż i tak szybko byś się o tym dowiedział’. Nic nie mówił, spoglądali na siebie w milczeniu, w końcu wyrzuciła z siebie, jakby w usprawiedliwieniu ‘Byłam zaręczona cztery lata. To bardzo długo’. Na te słowa odwróciła się i podeszła do wozu.
Podążył za nią, kiedy pomógł jej wejść na furmankę i usiadł na swoim miejscu krzyknął jedynie ‘Jazda!’. Rozpoczęli powrotną drogę do domu.
...

Gitka - Śro 11 Paź, 2006 16:55

Moniko, jaki piękny i długi fragment :thud:

Biedna Agnes, ale pokazała temu James'owi gdzie raki zimują...
A Robert bardzo rycerski :lol:

Mag - Śro 11 Paź, 2006 20:16

taki wymoczek bez jaj nie zasługiwał na taką silną kobietę jak Agnes, tylko, żeby być silnym, trzeba mieć solidne oparcie- najlepiej ramie kogoś kochanego i zaufanego.
Samemu przeciw całemu światu - nie starczy sił...

Dzieki Moniko-- ciekawe kto uratuje dziewczęta.... :wink:

Anonymous - Czw 12 Paź, 2006 03:19

jej !! Jak rozkosznie długie :D


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group