Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Mapp i Lucia
Trzykrotka - Wto 24 Cze, 2025 13:48
Prawda, po wszystkim odbiór domu z ogrodem musi być
Trzykrotka - Wto 24 Cze, 2025 21:46
Elizabeth zapali się grunt pod nogami
Siedzieli tam wszyscy, ucieszeni jak dzieci, które się przebrały. Król Cophetua wciąż miał na głowie koronę, przekrzywioną lekko jak furażerkę; on, królowa Elżbieta i królowa Maria siedzieli wokół stolika do herbaty i zwracali się do siebie per „wasza wysokość.” Król Cophetua miał przed sobą wielką whisky z sodą i panna Mapp mogłaby przysiąc, że nie była to jego pierwsza tego dnia. Ale choć zbolała w duchu od tej dziecinady, zebrała się w sobie i wykonała wdzięczny dyg przed tymi głuptakami. A najgorsze, że nie było wśród nich nikogo z jej własnego kręgu, komu mogłaby na osobności wyrazić pogardę, bo wszyscy byli w to zaangażowani, albo aktywnie, albo – jak Wyse’owie – podlizywali się Luci.
Lucia w pierwszej chwili wydawała się zdziwiona jej widokiem, ale przywitała ją i nalała jej filiżankę dość mdłej herbatki, ohydnej w smaku. Ona też musiała teraz się im wszystkim podlizać, choć zostawiało to w niej posmak gorszy niż herbata.
- Bardzo wam wszystkim gratuluję – zawołała. – Padre, jako kat wyglądał pan niezwykle okrutnie, z zaciśniętymi i surowymi ustami. Ulżyło mi gdy kurtyna opadła. Irene, ty dziwaku, jak ty wszystkich ubawiłaś! Diva, pan Juruś, a nade wszystko nasza wspaniała królowa Lucia. Cóż to była za uczta. A chór! Te piękne pieśni. Po stokroć szkoda, panie Wyse, że nie było z nami contessy.
Była jeszcze Susan, której też powinna powiedzieć coś miłego, ale dosłownie nie mogła się przemóc póki nie zje czegoś konkretnego. Lecz tutaj wtrąciła się Lucia.
- I twój ogród, Elizabeth – powiedziała. – Jak wszyscy się nim zachwycali. Jestem przekonana, że wszyscy się cieszyli gdy nasze małe żywe obrazy się skończyły, bo mogli wreszcie po nim pospacerować i podziwiać kwiaty. Muszę któregoś wieczoru wydać małe przyjęcie z chińskimi latarniami i choinkowymi lampkami poukrywanymi na rabatach.
- Słowo daję, wasza wysokość nas rozpieszcza – powiedział major Benjy. – W Tilling nie było jeszcze miesiąca z tyloma rozrywkami. Wspaniale.
Panna Mapp postanowiła, że zostanie tutaj tak długo jak tylko się da, aż ci wszyscy pochlebcy się rozejdą, a potem porozmawia z Lucią w cztery oczy, by dać jej do zrozumienia, jak bardzo jest gotowa zapomnieć o tych wszystkich małych tarciach jakie ostatnio między nimi powstały. Zamierzała, nie kosztując samej nawet kęsa skromnego ciasta, pozwolić Luci na dumne zjedzenie całego placka, bo jasno widziała, że w chwili obecnej Lucia jest wszędzie, a jej samej w ogóle nie widać. Niech więc Lucia przywyknie do poczucia absolutnej wyższości, a wtedy przyjdzie czas na rozpoczęcie nowej kampanii. Major Benjy i Diva wkrótce ogłosili odwrót: widziała z okna ogrodowego jak idą wolno w dół ulicy, szczęśliwi, że ludzie się im przyglądają, a Irene na prośbę padre poszła na trawnik zatańczyć hornpipe’a w marynarskim stroju. Ale oboje Wyse’owie (zawsze skłonni do namolności) zostali, Juruś także.
Pan Wyse wstał od stolika i przeszedł za krzesłem panny Mapp. Kątem oka widziała, że patrzy na ścianę, na której wisiało jej dzieło - obrazek w kolorze słomkowym. Zawsze go podziwiał i miło było czuć, że poddaje go tak starannej i pełnej szacunku ocenie. Potem odezwał się do Luci.
- Dobrze pamiętam, jak pani go malowała – powiedział – i jak długo nie mogłem sobie wybaczyć że przeszkodziłem pani moim niezdarnym samochodem. Doskonałe małe arcydzieło, Mallards Cottage i krzywy komin. Jak żywy.
Susan wstała z sofy i dołączyła do uwielbienia.
- Po prostu cudowny – powiedziała. – Światła, cienie. Piękny! Co za kreska!
Panna Mapp powoli odwróciła głowę, jakby miała sztywną szyję i sprawdziła okropne podejrzenie, że nie wisi tam już obraz jej pędzla, ale obrazek Luci nie przyjęty na wystawę Towarzystwa Sztuki. Poczuła, jakby wisiał tam nie obrazek, tylko bomba, która wybuchnie przy pierwszym nieostrożnym słowie i rozerwie ja na tysiąc kawałków. Lepiej było uciekać z tego groźnego otoczenia.
- Luciu droga – powiedziała – muszę lecieć. Jeśli mogę, to zrobię tylko jeden mały spacer po ogrodzie nim wrócę do domu. Moje róże mi nie wybaczą jeśli odejdę nie przywitawszy się z nimi.
Spóźniła się.
- Szkoda, że nie wiedziałem, że jest skończony! – ciągnął pan Wyse. – Błagałbym panią, żeby pozwoliła pani wyeksponować go na naszej wystawie. Byłby jej ozdobą. To okrutne z pani strony, pani Lucas!
- Ależ wysłałam go do komitetu dobierającego obrazy na wystawę – powiedziała Lucia. – Juruś też wysłał swój, Mallards. Oba zostały nam odesłane.
Pan Wyse odwrócił się od obrazka i spojrzał na Lucię z wyrazem pełnego niedowierzania horroru na twarzy, a panna Mapp skamieniała w kąciku.
- Ależ to niemożliwe – odrzekł. – Ja sam jestem w komitecie dobierającym obrazy i mam nadzieję, że nie myśli pani o mnie jako o takim idiocie. Susan też jest w komitecie i panna Mapp. Właściwie to my stanowimy cały komitet. Susan, ta perła, to małe arcydzieło, nigdy nie zostało nam pokazane.
- Nigdy – rzekła Susan. – Nigdy. Nigdy, nigdy.
Wzrok pana Wyse przeniósł się na pannę Mapp. Siedziała nadal z kamienną twarzą, białą jak ściany Mallards Cottage na arcydziele. Wtedy po raz pierwszy w zbiorowej pamięci Tilling pan Wyse pozwolił sobie użyć slangu.
- To musi być jakiś szwindel – powiedział. – Ten obraz nigdy nie trafił do oceny przez komitet.
Kamienna twarz mogła poruszać jedynie oczami, a te spojrzały teraz szkliście na Lucię. Lucia odparła to spojrzenie świdrującym wzrokiem i odwróciła się do Jurusia, który siedział aż drżąc z ekscytacji. Inni nie widzieli teraz jej twarzy, a ona puściła mu oczko.
- Georgino mio – powiedziała. – Przypomnijmy sobie, co się dokładnie działo. W ten poranek, gdy zbierał się komitet. Chwileczkę, daj mi chwilę. Nie przerywaj mi: odtwarzam to sobie w pamięci.
Lucia przyłożyła dłonie do czoła.
- Już mam – powiedziała. – Mam to żywo w pamięci. Zabrałeś nasze obrazki do miasta do oprawy, Jurusiu i powiedziałeś im, żeby odesłali je bezpośrednio to Elizabeth. Tak to było. Posłaniec od ramiarza przyszedł tego samego poranka i przekazał mój na ręce Grosvenor, a twój – Foljambe. Niech sobie przypomnę, o której dokładnie to było. O której zbierał się komitet, panie Wyse?
- W samo południe – odrzekł pan Wyse.
- Wszystko się zgadza – powiedziała Lucia. – Zawołałam do Jurusia przez to okno tutaj i powiadomiliśmy się nawzajem, że nasze obraz zostały odrzucone. Chwilę później ujrzałam pański samochód jadący w dół ulicy i kiedy sama wkrótce wyszłam tą samą drogą, widziałam że stoi przed domem panny – to znaczy Elizabeth. Ewidentnie ramiarz nie zrozumiał instrukcji Jurusia i zwrócił obrazy nam, zamiast posłać je komitetowi. Nie wiedzieliście ich więc, a my przez cały czas wyobrażaliśmy sobie – czyż nie, Jurusiu? – że po prostu je odrzuciliście.
- Ale co pani musiała sobie o nas pomyśleć? - powiedział pan Wyse z gestem rozpaczy.
- No cóż, że nie myśleliście zbyt ciepło o naszych dziełach – powiedziała Lucia. Byliśmy w pełni pogodzeni z waszą decyzją. Byłam pewna, że mój obrazek ma setki wad i słabości.
Panna Mapp powoli odtajała. Czy to możliwe, że jakimś cudem przeoczyła sprawę i nie włożyła do paczek formalnej, napisanej na maszynie odmowy komitetu? Nie wydawało jej się to możliwe, bo miała żywo w pamięci uczucie satysfakcji, jaką jej to dało, ale jedyną alternatywą tej teorii było podejrzenie wielkoduszności Luci, która wydawała się nawet większym cudem. Wybuchnęła potokiem słów.
- Jak wszyscy możemy sobie pogratulować – zawołała – że wszystko się wyjaśniło! Co za głuptas z tego posłańca! Co teraz zrobimy, panie Wyse? Nasza wystawa musi mieć słodki obraz Luci i oczywiście także pana Pillsona. Ale jak znajdziemy dla nich miejsce? Wszystkie dzieła już wiszą.
- Nic łatwiejszego – rzekł pan Wyse. – Natychmiast wycofam moją marną martwą naturę, a jestem pewien, że i Susan…
- Nie, to nie będzie fair – rzekła panna Mapp, przymilając się do wszystkich. – Ten piękny kwiat, niemal czuje się jego zapach, ten król Włoch. Moje można zdjąć: dwa czy trzy z moich. Nalegam.
Pan Wyse ukłonił się Luci, a potem Jurusiowi.
- Mam jeszcze lepszy plan – powiedział. - Umieśćmy – jeśli możemy liczyć na przywilej zyskania dla naszej wystawy tego, co niemal utraciliśmy – umieśćmy te dwa obrazy na sztalugach, by pokazać, jak głęboko doceniamy nasze szczęście ich zdobycia.
Ukłonił się żonie, ukłonił się – czy był to rzeczywiście ukłon? - pannie Mapp, a gdyby w pokoju było lustro, ukłoniłby się pewnie i samemu sobie.
- Poza tym – dodał – nasze szkice nie ucierpią w ten sposób aż tak bardzo od sąsiedztwa z… - tu skłonił się Luci. - A jeśli i pan Pillson podobnie pozwoli nam…. - i ukłonił się Jurusiowi.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 25 Cze, 2025 08:47
Uuuuuuu należało jej się Najlepsze, że ona wie, że Lucia i Juruś doskonale wiedzą, jak było naprawdę , a nie wie, czy z tej wiedzy nie skorzystają w pewnej chwili
Trzykrotka - Śro 25 Cze, 2025 08:55
| Tamara napisał/a: | Najlepsze, że ona wie, że Lucia i Juruś doskonale wiedzą, jak było naprawdę , a nie wie, czy z tej wiedzy nie skorzystają w pewnej chwili |
Dokładnie! Pan Wyse też zapewne się czegoś domyśla. Piękny był opis tego, jak struchlała na myś o zdemaskowaniu Naprawdę, ta kobieta nie wie, z kim zadarła.
Tamara - Śro 25 Cze, 2025 11:48
Państwo Wyse - a zwłaszcza pan Wyse - nie tyle się domyślają, co mają absolutną pewność, kto za tym stoi, inaczej pan Wyse nie użyłby słowa "szwindel", zwłaszcza skoro widzieli jak droga Elżbieta zareagowała na opis całej sytuacji aż musiałam sobie to jeszcze raz przeczytać
Trzykrotka - Śro 25 Cze, 2025 19:55
Lucia wyjaśnia swój tok rozumowania i postępowania z Elizabeth
Juruś idąc za przykładem Luci, łaskawie zaoferował, że pójdzie zaraz do domu i przyniesie swój obraz z Mallards, ale na Wyse nie chciał nawet o tym słyszeć. On i Susan wyruszą zaraz Roycem z arcydziełem Luci i odbiorą dzieło Jurusia z Mallards Cottage, bo słońce nie powinno zajść, nim oba obrazki nie staną na przeznaczonych im sztalugach i nie ubogacą wystawy. Wyszli więc w wielkim pośpiechu by zdobyć sztalugi nim zajdzie słońce, a panna Mapp, nie będąc w stanie samotnie stawić czoła zrehabilitowanym ofiarom swego oszustwa, wybiegła za nimi w tumulcie pomieszanych emocji. W ogrodzie Irene tańczyła hompipes otoczona przez obie płcie zachwyconej młodzieży z Tilling, bo chłopcy wiedzieli, że jest dziewczyną, a dziewczyny uważały, że wygląda jak chłopiec. Zawołała: „Mapp, ruszaj do tańca,” a Elizabeth czmychnęła z własnego słodkiego ogrodu jakby był opanowany zarazą i w ogóle nie porozmawiała z różami.
Królowa i Drake zostali sami w pokoju ogrodowym.
- No wiecie! - powiedział Juruś. - Widziałaś coś takiego? Odesłała je na własną rękę.
- Ani trochę mnie to nie dziwi – powiedziała Lucia. - Cała ona.
- Ale czemu nic nie powiedziałaś? - zapytał. - Powinnaś była ją zdemaskować i skończyć z nią.
Lucia rozpromieniła się i zrobiła kilka kroków Morrisa.
- Nie Jurusiu, to byłby błąd – powiedziała. - Ona wie, że my wiemy, a to najgorsza kara. I sądzę, choć aż mi się w głowie zakręciło od jego pokłonów – że i pan Wyse się domyślił. Na pewno coś takiego podejrzewa.
- Tak, powiedział, że musiało dojść do jakiegoś szwindlu – rzekł Juruś. - Jak na niego to wręcz wulgaryzm. Ale jednak…
Lucia potrząsnęła głową.
- Mówię ci, mam rację – powiedziała. - Nie widzisz, że pokazałam jej moralną pokrętność bardziej, niż gdybym ją zdemaskowała?
- Ale to oszustka – zawołał Juruś. - Kłamczucha., bo odesłała nasze obrazki z formalnym listem w imieniu komitetu. Ona nie ma żadnej moralności do pokazania.
Lucia zastanowiła się przez chwilę.
- Prawda, wiele tego nie ma – powiedziała. - Ale nawet jeśli tak, to pomyśl, w jak dobrym świetle jawi się teraz moja moralność. To o wiele cenniejsze, Jurusiu, niż demaskacja, a ona musi teraz umierać na myśl, że taka rzecz wisi jej nad głową. Poza tym po prostu musi mi być głęboko wdzięczna, jeśli jest choć trochę głębi w tej biednej, płytkiej naturze. Może i jest, musimy spróbować ją tam odkryć. Spójrz na to z szerszej perspektywy, Jurusiu! Och, coś mi wpadło do głowy! Wyślij panu Wyse na wystawę także twój obraz Landgate, ten, który biedna Elizabeth wystawiła na sprzedaż. On go wystawi, ona to zobaczy. To będzie piękne zwieńczenie całości.
Lucia podeszła do fortepianu i usiadła na stołku.
- Zapomnijmy o tych piccoli disturbi, Jurusiu – powiedziała – i zagrajmy, by znów nastroić się na piękno. Nie, nie musisz zamykać drzwi. Jest strasznie gorąco, a jestem pewna, że nikt poza nią nie naruszyłby ostrzeżenia „Prywatne” lub wszedł tutaj nieproszony. Ociupinka boskiego Mozartino?
Lucia odnalazła duet, nad którym pracowała po cichu w różnych dziwnych porach.
- Spróbujmy tego – powiedziała – choć wygląda dość dziwnie. Och, jeszcze jedno Jurusiu. Myślę, że lepiej będzie jeśli i ty i ja zatrzymamy te formalne powiadomienia o odrzuceniu obrazów, tak na wszelki wypadek. Możemy ich kiedyś potrzebować, choć naprawdę wolałabym żeby tak nie było. Ale mając do czynienia z taką kobietą trzeba być ostrożnym. Tak uważam. A teraz zanurzmy się znów w pięknie i harmonii. Uno, due… pam.
Rozdział szósty
Był łagodny październikowy ranek, pora, jak rozmyślała Lucia, mgieł i łagodnej płodności, cudowne określenie Johna Keatsa. Nie było wątpliwości co do mgieł, bo napłynęło ich już kilka, całkiem poważnych znad Kanału La Manche, a łagodna płodność ogrodu w Mallards była równie nie kwestionowana. Ale teraz płodność tego słonecznego kawałka ziemi interesowała Lucię o wiele bardziej niż w sierpniu i wrześniu, bo wynajęła Mallards na kolejny miesiąc (Adela Brixton wynajęła Domek przy Zagajniku w Riseholme na trzy miesiące), ale nie na tych pierwotnych godnych Shylocka warunkach piętnastu gwinei za tydzień bez produktów ogrodowych, tylko za dwanaście gwinei i pełne korzystanie z płodów. Rok był cudowny dla pomidorów: było ich o wiele więcej niż samotna wdowa mogłaby zjeść, a Lucia zamiast je sprzedawać, stale posyłała je w formie prezentu Jurusiowi i majorowi Benjy. Posłała jeden koszyk pannie Mapp, ale te zostały zwrócone, a panna Mapp napisała z całą serdecznością, że dla niej byłyby one marnacją. Lucia przyklasnęła tej decyzji: to był właściwy duch.
Łańcuch konsekwencji pozostania Luci w Mallards był zatem dalekosiężny. Panna Mapp wynajęła Wasters na kolejny miesiąc za nieco niższy czynsz, Diva przedłużyła najem Taorminy, a Irene nadal zajmowała czteropokojowy domek robotnika rolnego za granicami Tilling, który bardzo jej pasował. A robotnik i jego rodzina pozostali w chatce. Nocami w chatce robiło się już chłodno, więc wyczekiwał on już dnia, w którym, gdy Adele opuści Domek przy Zagajniku, oni wrócą do swojego domu. Łańcuch konsekwencji nie kończył się na tym, bo Juruś nie mógł wrócić do Riseholme bez Foljambe, a ona nie chciała tam wracać i zostawiać Cadmana, bo Lucia pozostawała w Mallards. Tak więc Isabel Poppit wynajmowała nadal dom nad morzem, a Juruś pozostał w Mallards Cottage. Isabel zresztą, ze skórą spaloną od słońca i włosami wysuszonymi i sterczącymi od kąpieli morskich zmieniła się w coś pomiędzy śledziem, a jeżowcem.
Wrzesień był pełen wydarzeń. Wystawa Towarzystwa Sztuki okazała się wielkim sukcesem; sprzedano wiele obrazów. Lucia kupiła obraz Jurusia przedstawiający Mallards, a Juruś kupił Luci wizerunek Mallards Cottage, pan Wyse kupił pastel swojej żony przedstawiający króla Włoch i wysłał go Amelii w prezencie urodzinowym, a Susan Wyse kupiła filiżankę i kwiat doniczkowy swego męża i zatrzymała je dla siebie. Ale największym gestem wykazała się Lucia nabywając jeden z sześciu obrazków panny Mapp, czym praktycznie zmusiła pannę Mapp – tak potężna była ukryta w tym geście sugestia – do zakupienia obrazu Landgate, dzieła Jurusia, tego, które on był jej podarował, a ona (nawet nie dla własnej korzyści, ale dla szpitala) sprzedała za sześć pensów na wyprzedaży staroci. Musiała teraz zapłacić gwineę by odzyskać to, co kiedyś było jej, tak więc ostatecznie impuls zemsty, których pchnął ją do ustawienia go na tacy „wszystko po sześć pensów” okazał się być okrutnie kosztowny. Ale że nadal czuła, że w sprawie wystawy Lucia ma ją w garści (i tak naprawdę było) i uznała ten zakup za akt natury przebłagalnej. Spotkały się pewnego dnia na wystawie i Lucia, patrząc najpierw długo na ten szkic Jurusia, a potem patrząc długo na Elizabeth powiedziała, że to jedna z jego najbardziej czarujących i wyjątkowych akwareli. Elizabeth, wewnętrznie gotująca się z wściekłości, ale jakoś dziwnie niezdolna do stawienia oporu, poddała się. Ale od razu zaczęła pilnie przekonywać samą siebie, że tan zakup miał coś wspólnego ze szpitalem i że nie musi w związku z tym dokonywać już żadnych darowizn na jego rzecz w tym roku: czuła, że jeszcze trochę i to sobie rzeczywiście wyperswaduje. Nikt nie kupił obrazów dziwacznej Irene, więc przemalowała ona zapaśniczki na zapaśników.
Od tej pory panna Mapp zajęła się przerabianiem wspaniałych zbiorów jabłek, śliwek i porzeczek z ogrodu Divy na dżemy i galaretki. Jej kucharka nie była w stanie sama podołać tak wielkiemu dziełu, więc ona sama spędzała codziennie całe godziny w kuchni, a przecudowny zapach gotujących się przetworów wypływał z okien na High Street. Nie można było mieć nadziei, że umkną one ostremu węchowi Divy i tu i tam o tym szeptano. Ale plony ogrodowe (takie było zdanie panny Mapp) znaczyły co znaczyły, czy droga Diva wolałaby, żeby owoce zgniły na drzewach lub stały się pokarmem dla os? Diva uznała, że wolałaby. A gdy owoce były gotowe i zawekowane, panna Mapp zaproponowała, by skupić się na cukinii, która z odrobiną imbiru stanowiła bardzo przydatną konfiturę dla gospodarstwa domowego. Zrobiłaby też z tuzin słoików dla Divy.
Ale w końcu sezon na przetwory minął i panna Mapp była z tego zadowolona, bo oparzyła sobie kciuk: nabawiła się sporego pęcherza. Jeszcze bardziej cieszyło ją, że wystawa już się skończyła. Wszystkie ważne dzieła szkoły tillingowskiej zostały w Tilling (prócz pasteli – portretu króla Włoch), ona złożyła przebłagalną ofiarę za Jurusiowy wizerunek Landgate i nie miała powodu przypuszczać, że Lucia kiedykolwiek pożałowała tej chwili wielkoduszności w pokoju ogrodowym, która zapobiegła jej zdemaskowaniu, na samą myśl o którym nadal od czasu do czasu przebiegał ją zimny dreszcz. Lucia nie mogła już tego cofnąć, wszystko się skończyło jak produkcja dżemu (choć, podobnie jak produkcja dżemu, zostawiło po sobie oparzone i drażliwe miejsce) i skoro Lucia wtedy utrzymała język za zębami, nie mogła paplać później. Podobnie jak przy kościelnych zapowiedziach: musi zachować milczenie na zawsze. Panna Mapp była jej wtedy dogłębnie wdzięczna za okazaną łaskawość, ale nikt przecież nie może być wdzięczny bez końca. Jesteś wdzięczny póki nie spłacisz długu wdzięczności, potem jesteś wolny. Z pewnością znów będzie wdzięczna kiedy ten miesiąc się skończy, a Lucia i Juruś opuszczą Tilling i nigdy, jak miała nadzieję, nie powrócą, ale przez ostatni tydzień czy dwa czuła, że wypłaciła Luci każdy okruch wdzięczności, jaki była jej winna i jej umysł zajęty była bardziej niż kiedykolwiek intrygami, planami, insynuacjami i oszczerstwami dotyczącymi jej najemczyni, która, stosując słusznie potępiane przez pannę Mapp metody oszczędności, obniżyła czynsz na dwanaście gwinei tygodniowo i zagarnęła jej pomidory.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
[/b]
Trzykrotka - Czw 26 Cze, 2025 12:31
Udało się! Wczoraj skończyłam tłumaczyć kolejny tom, czyli Lucia's Progress. Teraz jeszcze korekta wygładzanie, poprawki itd. Zabieram się na szósty i ostatni, ale to może po wakacjach.
Tamaro, mam pytanie techniczne. Jadę teraz na urlop, na dwa tygodnie. Jak wolisz, robimy przerwę w nadawaniu? To znaczy wrzucam jeszcze ze dwa odcinki i czekamy na dalszy ciąg, czy wolisz dostać całość? Mogłabym ci przesłać plik. Daj znać
Tamara - Czw 26 Cze, 2025 13:36
Trochę współczuję drogiej Elżbiecie, ale nie za bardzo zresztą oczekuję, że coś jeszcze tu gruchnie znienacka
| Trzykrotka napisał/a: | | Wczoraj skończyłam tłumaczyć kolejny tom, czyli Lucia's Progress. |
Trzykrotko, jesteś genialna znalazłaś autentyczny diament literacki i jestem Ci nieskończenie wdzięczna za tłumaczenia i możliwość przeczytania
Ja teraz też wybywam na urlop na cztery tygodnie, więc myślę, że możemy zrobić przerwę oczekiwanie na kolejne odcinki przedłuża przyjemność, będę miała na co czekać po urlopie
Trzykrotka - Czw 26 Cze, 2025 21:50
Nie ma za co, sama jestem w siódmym niebie, a tłumaczenie daje mi masę radosci i jestem przeszczęśliwa, że ktoś podziela moją fascynację tym światkiem i tymi bohaterami Pan Benson napisał też powieści o innych bohaterkach, ale założę się, że Luci nikt nie przebije - doskonała mieszanka kabotyństwa i geniuszu. Królowa w każdym calu.
Swietnie, to może wrzucę do końca bieżący rozdział, a w sierpniu wznowimy nadawanie
Uwaga, nad głową Luci zbierają się chmurki, a Elizabeth zbiera siły na odwet
Ale panna Mapp nie traciła jeszcze nadziei na zadanie Luci jakiegoś dotkliwego ciosu, bo faktem było, że (czuła że tak jest), że Tilling zaczynało nieco się wiercić pod wpływem władczych zachowań tamtej. Przejmowała nad nimi stery, rządziła nimi, czego Tilling nigdy nie mogło znieść i ot tak, dawała im przysmaczki! Wysyłała im karty z zaproszeniem a wieczorne przyjęcia (wcale nie kolacje) z ‘un po’di musica’ wypisanym w lewym rogu. Nawet pan Wyse, ten notoryczny pochlebca, uniósł brwi na ich widok i przyznał, że to raczej niezwyczajna inskrypcja: samo ‘musica’ (jak pomyślał) byłoby bardziej zwyczajne i postanowił zapytać Amelię gdy ta przyjedzie. To tylko potwierdziło pewne podejrzenie, które żywiła od jakiegoś czasu panna Mapp, że włoski Luci (i rzecz jasna także Jurusia) tak naprawdę ogranicza się do takich słów jak „ecco” i „buon giorno” i „bello” i miała szczerą nadzieję, że Amelia pojawi się przed końcem października i wszyscy się przekonają, jak będą wyglądały te wspaniałe rozmowy po włosku, na które pan Wyse tak czekał.
cóż to był za wieczór, ten „po-di-mu” (jak od razu zaczęto o nim mówić z małymi uśmieszkami). Noc była mokra, a oni na jej rozkaz (Lucia była wtedy u szczytu dominacji jaką zdobyła dzięki festynowi na rzecz szpitala), założyli płaszcze przeciwdeszczowe na wieczorowe stroje i kalosze na wizytowe buty i w strugach ulewnego deszczu podocierali do Mallards. Kilka tur samochodem Luci zapewniłoby wszystkim wygodę i suchość, ale nie zaproponowała tak oczywistego rozwiązania. Royce pani Wyse był u mechanika, więc i oni przyszli piechotą i u Luci zebrało się niezadowolone i zszargane towarzystwo. Przeszli do pokoju ogrodowego, nad wejściem do którego zrosiła ich woda z glicynii, a potem nastąpiło niekończące się po-di-mu. Lucia zgasiła wszystkie światła w pokoju, prócz lampki na pianinie, więc jej profil widoczny był na ciemnym tle jak główka na znaczku i na początek zagrała wolną część Sonaty Księżycowej. Zatrzymała się raz, bo Diva się rozkaszlała, a kiedy skończyła, zapadła długa cisza. Lucia westchnęła i Juruś westchnął i wszyscy jednym głosem powiedzieli „dziękujemy.” Major Benjy zauważył, że on jest oddany Chopinowi, a Lucia powiedziała mu żartobliwie, że weźmie na siebie jego edukację muzyczną.
Potem pozwoliła na zapalenie świateł i kilkuminutową pauzę, by pomóc im opanować falę wzruszenia, która powstała po tak znakomitym wykonaniu Sonaty „Księżycowej,” zdezynfekować ją – że tak powiem – papierosem lub utopić, jak zrobił to major Benjy w szybkiej whisky z sodą, a gdy nabrali otuchy, po-di-mu znów się zaczęła, tym razem wykonaniu jej i Jurusia niezliczonych duetów Mozarta, który musiał być zaiste płodnym kompozytorem, skoro wszystko to stworzył. Diva zasnęła cichutko, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że wkrótce przejdzie w fazę głośną. Panna Mapp miała nadzieję, że zacznie ona chrapać jak należy, bo to pięknie usadziłoby Lucię, ale major Benjy szturchnął ją zawczasu w kolano, żeby ją obudzić. Pan Wyse zaczął tłumić ziewnięcia, choć siedział sztywny jak zwykle, ze szklistymi oczami utkwionymi w suficie i wykrzykiwał „czarujące” na końcu każdego utworu. Kiedy wszystko się skończyło, rozległy się słabe, wymruczane prośby o zagranie czegoś jeszcze, na co ona bez dalszego nalegania zasiadła do fortepianu. Jej niedomyślność była naprawdę wybitna.
- Jak wy wszyscy mną dyrygujecie! - powiedziała. – To może fugę Bacha, jeśli nalegacie, jeśli Juruś obieca, że mnie nie skrzyczy jeśli się pomylę.
Na szczęście wśród tłumionych westchnień ulgi pomyliła się i choć była w pełni gotowa by zacząć od nowa, to zbiorowy chór zaklinał się, że nie chcą nadużywać jej wielkiej dobroci i po nędznej kolacji składającej się w dużej mierze z sałatki pomidorowej wyszli znów w ulewny deszcz, pocieszani obietnicą kolejnego wieczoru muzycznego w przyszłym tygodniu, gdy gospodyni wyuczy się tej pięknej fugi na pamięć.
Nie w przyszłym tygodniu, ale jeszcze w tym samym wszyscy zostali zaproszeni n kolejny wieczór harmonii i wtedy dało się zauważyć iskierki buntu, wprawnie podsycane przez pannę Mapp. Pewnego ranka, gdy właśnie otrzymała zaproszenie, Diva wtoczyła się do Wasters.
- Już następny po-di-mu – powiedziała zgryźliwie. – Co ty...
- Czy to nie pech? – przerwała Elizabeth – Bo mam nadzieję, droga Divo, że nie zapomniałaś, że obiecałaś mi wizytę tego właśnie dnia - w czwartek, nieprawdaż – i partyjkę pikiety.
Diva odpowiedziała tym samym na znaczące mrugnięcie Elizabeth.
- Ależ tak – powiedziała. – Oczywiście.
- W związku z tym musimy niestety odrzucić zaproszenie kochanej Luci – powiedziała Elizabeth z żalem. – Pięknie było tamtego wieczoru, prawdaż? Tyle utworów Mozarta. Zaczęłam już myśleć, że chyba odkrył sekret życia wiecznego że będziemy tak siedzieć do dnia Sądu Ostatecznego.
Diva kręciła się jak to ona po pokoju (jak bączek – pomyślała panna Mapp – który na wszystko wpada. Mam nadzieję, że za chwilę braknie mu napędu).
- Nie wydaje mi się, żeby dobrze grała w brydża – rzekła Diva. – Zaczęła, no wiesz, od tego, że tak bardzo chciałaby się nauczyć i że wszyscy gramy cudownie, a teraz sama ot tak ustanawia zasady i mówi nam w co mamy wychodzić i jak mamy grać. Całkiem jak….
Miała już powiedzieć „Całkiem jak ty,” ale szczęśliwie na czas się zatrzymała.
- Nie miałam zaszczytu grania z nią. Ewidentnie nie dorastam do jej poziomu – powiedziała Elizabeth – ale słyszałam – pamiętaj, tylko słyszałam – że nie zna nawet podstaw.
- Cóż, niemal tak – rzekła Diva. – I mówi, że zacznie dawać lekcje brydża, jeśli zechcemy.
- Rozpieszcza nas! I kim będą uczniowie? – spytała Elizabeth.
- Znam jedną, która nie będzie – powiedziała Diva mrocznie.
- A jedna i jedna to daje dwie – zauważyła Elizabeth. – Szkoda, że sama sobie to robi. Ostatnio powiedziała, że zajmie się edukacją muzyczną majora Benjy! Zawsze uważałam, że edukacja zaczyna się w domu, a głowę daję, że w życiu nie słyszałam tylu fałszywych dźwięków na raz.
Diva zadumała się przez chwilę, a potem znów zaczęła się kręcić.
- Zaoferowała się z prowadzeniem prób chóru w kościele, tylko padre nie chciał o tym słyszeć – powiedziała – I była mowa o zajęciach z czytania Homera w tłumaczeniu Pope’a.
- Jest bardzo uzdolniona – powiedziała Elizabeth. – W natręctwie też.
Diva przeskoczyła na inny temat.
- Właśnie spotkałam pana Wyse – powiedziała. – Hrabina Amelia Faraglione przyjeżdża jutro.
Panna Mapp zerwała się na równe nogi.
- Naprawdę? – krzyknęła. – No to musi być na po-di-mu w Luci w czwartek. Wyse’owie na pewno się wybierają i z pewnością zapytają, czy mogą zabrać Faradidleone z sobą. Divo, kochanie, musimy przełożyć pikietę na inny wieczór. Tego nie przegapię za skarby świata.
- Dlaczego? – spytała Diva.
- Pomyśl tylko, co to będzie! Będzie zmuszona mówić po włosku, bo pan Wyse często mówił, że to będzie rzadka przyjemność, słuchać, jak ze sobą rozmawiają, a jestem pewna, że Lucia nie zna włoskiego. Muszę tam być.
- Ale jeśli ona mówi po włosku, to zrobimy sobie na złość – rzekła Diva. – Pójdziemy tam po nic, tylko żeby od nowa słuchać Mozarta i jeść pomidory. Miałam po nich zgagę przez pół nocy.
- Wierz mi, Divo – powiedziała Elizabeth – Przysięgam, że ona nie zna włoskiego. A jak u licha wykręci się od mówienia po włosku? Nawet z jej pomysłowością, tego nie da się zrobić. Będzie musiała zostać zdemaskowana.
- No, to byłoby dość zabawne – powiedziała Diva. – Nie zaszkodziłoby jej lekkie utarcie nosa. Dobrze. Dam jej znać, że przyjdę.
c.d.n.
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 27 Cze, 2025 13:02
| Trzykrotka napisał/a: | Nie ma za co, sama jestem w siódmym niebie, a tłumaczenie daje mi masę radosci i jestem przeszczęśliwa, że ktoś podziela moją fascynację tym światkiem i tymi bohaterami Pan Benson napisał też powieści o innych bohaterkach, ale założę się, że Luci nikt nie przebije - doskonała mieszanka kabotyństwa i geniuszu. Królowa w każdym calu. |
a jaka ja jestem dzięki Twojej pasji szczęśliwa , to nawet sobie nie wyobrażasz Lucia zdecydowanie jest jedyna w swoim rodzaju, ale inne też mogą być fascynujące
| Trzykrotka napisał/a: | | w sierpniu wznowimy nadawanie |
Taak, to osłodzi powrót do pracy i rzeczywistości po urlopie
Ajajajaaaaj, niebezpieczeństwo nadciąga nad lucina głowę ciekawe czy dojdzie do ostatecznej katastrofy czy też Lucia sie zdoła wywinąć jedną kompromitację z włoskim już ma za sobą...
Trzykrotko, absolutnie nie zamierzam Cię do niczego namawiać, ale może te inne bohaterki byłyby także interesujące ... To jest literatura tak cudownie kojąca, że naprawdę w trudnych chwilach trzyma człowieka w jakimś pionie i pozwala wytrzymać to, co się dzieje naokoło
Trzykrotka - Pią 27 Cze, 2025 19:46
Luci szło aż za dobrze, pora na trochę niepokoju.
Zauważyłaś, że Tilling zaczyna się z lekka orientować, jakie królewskie zapędy ma Lucia? Opis po-di-mu w sztormowy wieczór i z sałatką pomidorową I ja się potem wszyscy gwałtownie wyślizgali przed planowanym następnym!
Obecna polityka panny Mapp była oczywiście dokładnie odwrotna od tego, co wcześniej planowała. Zamiast knuć spisek, by całe Tilling odrzuciło zaproszenie Luci do wysłuchania kolejnego po-di-mu, zaczęła teraz zachęcać wszystkich do przyjścia, aby mogli posłuchać nie tyle Mozarta, co bogatego milczenia lub niepewnego dukania, gdy będzie musiała rozmawiać po włosku. Dowiedziała się, że padre i pani Bartlett na szybko zorganizowali jedno próbę chóru, a drugie zbiórkę harcerską, które miały odbyć się o nadzwyczajnej porze, wpół do dwudziestej drugiej, by móc wykręcić się od po-di-mu, ale Elizabeth zapominając na chwilę o skrzętności, zaprosiła ich oboje do siebie na kolację w ten ważny wieczór, by potem razem udać się na luciną pyszną muzykę potem i ta marchewka przeważyła – oboje powiadomili chórzystów i harcerki, że spotkania jednak odbędą się według pierwotnego planu, o zwykłej godzinie. Wikary nie potrzebował dodatkowych zachęt, bo i tak uważał, że Lucia ma doskonałe uderzenie i czekał na więcej; Irene podobnie, poczuła gwałtowny schwärm1 do Luci i przyjęła zaproszenie, tak więc Tilling, dzięki przyjacielskiej robocie Elizabeth, zbierało teraz siły do słuchania, jak Lucia gra duety i fugi i nie mówi po włosku. I kiedy podczas zwykłej rozmowy z panem Wyse Elizabeth dowiedziała się, że (jak przewidziała) odważył się on zapytać Lucię czy wybaczy mu zarozumiałość jednego z jej największych wielbicieli i pozwoli mu przyprowadzić siostrę Amelię na jej soiréei że Lucia przysłała mu bardzo serdeczny liścik z zaproszeniem, wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie do dokonania romantycznej zemsty na tej uzurpatorce, za to, że ośmieliła się ustanowić samą siebie królową życia towarzyskiego Tilling.
Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że ten aspekt całej sprawy tak mocno oddziaływał na sportowego ducha tego miasteczka. Panna Mapp długo uważana była przez innych i siebie samą za centrum życia towarzyskiego Tilling i choć często musiała desperacko walczyć o swa pozycję i od czasu do czasu ponosiła dotkliwe porażki, to pozycję utrzymywała, bo nie było nikogo innego podobnie władczego i bez skrupułów. A potem pojawiła się ta obca z Riseholne i nie tyle rzuciła jej wyzwanie, co po prostu odebrała koronę i berło i nosiła je dumnie od dwóch miesięcy. Jak dotąd zawiodły wszelkie próby ich odzyskana, ale Lucia zrobiła się trochę zbyt arogancka, zaproponowała, że przejmie próby chóru, swoje zaproszenia rozsyłała (tak uważało Tilling) jakby były raczej rozkazami i Tilling nie byłoby zawiedzione, gdyby noga trochę się jej powinęła. Nikt (prócz wikarego) nie chciał pojawić się u niej tego wieczoru by słuchać Mozarta, nikt nie zamierzał słuchać, jak czyta ona Iliadę w tłumaczeniu Pope’a czy słuchać instrukcji jak grać w brydża i choć panna Mapp nie była niczyją ulubienicą, nie mieliby nic przeciwko temu, gdyby zaliczyła kilka punktów. Stronniczości było w tym niewiele, to tylko sportowy instynkt nakazywał wyczekiwać starcia dwu dobrze uzbrojonych królowych i przekonania się, czy jedna z nich naprawdę mówi po włosku, choćby wcześniej mieli wysłuchać wszystkich fug Bacha. W końcu wszyscy, prócz panny Mapp, po którejkolwiek stronie leżały ich prywatne sympatie, żałowali, że za niecały miesiąc Lucia wróci do własnego królestwa Riseholme, w którym jest udzielną królową, bo te wszystkie spotkania były niezwykle stymulujące dla studiujących ludzką naturę i tych, którzy nie sprzyjali pannie Mapp. Jeszcze nigdy Tilling nie miało tak podniecającego sezonu.
Tak więc w ten łagodny październikowy poranek Lucia, po przećwiczeniu fugi na nadchodzące po-di-mu i obserwowaniu jak Coplen wnosi do domu wspaniałe ilości pomidorów, odebrała przerażającą wiadomość od pana Wyse dostarczoną Roycem, z pytaniem, czy może on przyprowadzić contessę Amelię di Faraglione na przyjęcie muzyczne, którego nie może się wręcz doczekać. Powaga sytuacji była dla Luci oczywista, bo pan Wyse nie krył, jaką przyjemność sprawi mu słuchanie jak jego siostra i Lucia płynnie konwersują po włosku, ale bez wahania wysłała przez szofera Royce’a liścik, że będzie oczarowana mogąc poznać contessę. Nie było innego wyjścia i musiała zaakceptować nadchodzącą nieuchronność, nim przystąpi do zmierzenia się z nią. Z okna patrzyła jak Royce cofa się i podjeżdża, znów cofa i trochę podjeżdża nim zdołał zawrócić i skręcić za róg Porpoise Street.
Lucia zamknęła fortepian, bo miała teraz więcej kosmicznych trosk do przemyślenia niż palcowanie fugi. Jej przyjęcie oczywiście (to nie wymagało żadnego namysłu) musi zostać odwołane, ale to był tylko jeden punkt wśród problemów, którym musiała stawić czoła. Bo ta złowieszcza contessa di Faragilone nie miała przyjechać do Tilling (prościutko z Italii) na jedną moc, ale miała zostać tutaj, jak pan Wyse wspominał w swym liściku, przez „około tydzień,” po którym miała złożyć wizyty swym krewnym Wyse’om z Whitchurch i innym. Tak więc przez cały tydzień (czy coś koło tego) Lucia miałaby trwać w nieustającym zagrożeniu, że zostanie wezwana do mówienia po włosku. I nie były to czcze obawy, bo jeśli cokolwiek na tym świecie mogło być pewne to to że pan Wyse zaprosi ją na kolację w ciągu tego tygodnia i dojdzie do demaskacji. Jedynym wyjściem było całkowite zniknięcie z Tilling na czas pobytu contessy, ale jak to osiągnąć? Jej dom w Riseholme był wynajęty, ale nawet gdyby nie był, nie mogła jutro wyjechać z Tilling, skoro zaprosiła wszystkich na wieczorne przyjęcie. Zegar wybił południe: medytowała przez pełne pół godziny, a teraz wstała.
- Wymyśliłam tylko grypę – powiedziała do siebie. – Ale powinnam skonsultować to z Jurusiem. Mężczyzna może patrzeć pod innym kątem.
Juruś przybył natychmiast na jej wezwanie SOS.
- Georgino mio – zaczęła Lucia, ale nagle się poprawiła. – Jurusiu – powiedziała. – Coś okropnie nieprzyjemnego. Contessa Jak-jej-tam przyjeżdża jutro do Wyse’ów, a on spytał mnie, czy może zabrać ją na naszą musicę. Musiałam powiedzieć „tak,” nie dało się inaczej.
Juruś czasami chwytał sprawy w lot. Od razu zrozumiał, co to oznacza.
- Dobry Boże – powiedział. – Nie możesz tego przełożyć? Naciągnęłaś sobie kciuk.
Jednak kąt widzenia mężczyzny nie był zbyt owocny.
- Nic z tego – powiedziała. – Będzie tu przez tydzień i naturalnie muszę unikać wszelkiego spotkania. Jedyne co wymyśliłam, to grypa.
Juruś nigdy nie palił rano, ale sytuacja prosiła się o papierosa.
- Mogłoby się udać – powiedział. – Trochę nudno, ale mogłabyś spędzić sporo czasu w sekretnym ogrodzie. Nie da się tam zajrzeć z zewnątrz.
Przerwał: tytoń o niezwykłej porze pobudził jego percepcję.
- Ale co ze mną? – zapytał.
- Nie mam pojęcia – powiedziała Lucia.
- Gdzie twoja szersza perspektywa? – powiedział Juruś. – Nie patrzysz trzy kroki do przodu, o czym tak często mi wykładałaś. Nie mogę też mieć grypy, to byłoby podejrzane. Więc będę musiał spotkać się z Faraglione i ona w minutę przekona się, że nie mówię po włosku.
- No i? – spytała Lucia samolubnie, jakby nie miało to żadnego znaczenia.
- No przecież nie myślę tylko o sobie – powiedział Juruś tonem samoobrony. – Wcale nie. Chodzi mi o wpływ tego wszystkiego na ciebie. Ty i ja mamy między sobą rozmawiać po włosku, a kiedy stanie się oczywistym, że ja znam trzy słówka na krzyż, bomba wybuchnie, choćbyś miała nie wiem jaką grypę. Jak masz paplać do mnie do włosku, skoro się okaże, że ja nic a nic nie rozumiem?
Tu wreszcie objawił się męski punkt widzenia, a był to punkt ogromnie niezręczny. Lucia na moment schowała twarz w dłoniach.
- Jurusiu, co my poczniemy? – spytała zbolałym głosem.
Juruś był nieco zirytowany, że potraktowano go jako tak mało znaczącego, póki nie wykazał Luci, że jego los powiązany jest z jej losem i ucieszył się, że może się ogryźć.
- Nie mam pojęcia – odrzekł sztywno.
Pospieszyła załagodzić jego urazę.
- Mój drogi, jak dobrze, że się z tobą skonsultowałam – powiedziała. – Wiedziałam, że trzeba męskiego umysłu, by spojrzeć na sprawę całościowo i proszę, masz świętą rację! Ja bym o tym nie pomyślała.
- Owszem – potwierdził Juruś. – Ewidentnie nie ogarnęłaś myślą całości sytuacji.
Chodziła w milczeniu w tę i z powrotem po pokoju ogrodowym, cofając się raz od okna, za którym ujrzała przechodzącą Elizabeth, posyłającą jej całusa z tym jej okropnym uśmiechem hieny.
- Jurusiu, nie złościsz się przecież na biedną Lucię? – spytała, wracając do mniej niebezpiecznego języka, którym rozmawiali w szczęśliwszych dniach. To zmiękczyło Jurusia.
- Owszem, trochę, ale to już nieważne. Co ja ma zrobić? Che faro, właściwie.
Lucia aż się wzdrygnęła.
- Och, na miłość boską, nie mów po włosku! – powiedziała. – Tego właśnie mamy unikać. To dziwne, że musimy wyzbyć się nawyku robienia czegoś, czego nie umiemy robić… A ty nie możesz też zachorować na grypę. Gdybyś jutro zapadł na to równo ze mną, wzbudziłoby to podejrzenia.
- Tak się czasami zastanawiałam i teraz też o tym myślę, czy ta kobieta, ta Mapp, nie podejrzewała, że nasz włoski to podróbka i gdybyśmy oboje dostali grypy na przyjazd Faraglione, mogłaby łatwo dodać dwa do dwóch. Ma umysł wystarczająco na to okropny.
- Wiem, że podejrzewa – powiedział Juruś. – Powiedziała do mnie ostatnio jakieś słowo po włosku, które znaczyło nóż do papieru, zrobiła zdziwioną minę kiedy nie zrozumiałem i powiedziała to samo po angielsku. Oczywiście, wyszukała je w słowniku: to była pułapka.
Lucię nagle zalała fala olśnienia.
- Jurusiu! – zawołała. – Na mnie wypróbowała to samo słowo. Już nie pamiętam jak brzmiało, ale znaczyło nóż do papieru. Ja też go nie znałam, choć udałam, że to jej zła wymowa mnie zmyliła. Jej podstępom nie ma końca. Ale jeszcze ją pokonam. Myślę, że będziesz musiał gdzieś wyjechać na czas pobytu Faraglione tutaj i mojej grypy.
- Ale ja nie chcę wyjeżdżać – zaczął Juruś. – Na pewno możemy pomyśleć o…
Lucia w ogóle nie zwróciła uwagi na tę próbę protestu: wątpliwe, czy w ogóle ją usłyszała, bo iskra już zapłonęła i przetoczyła się przez jej płodny umysł jak ogień po prerii w środku burzy.
- Musisz wyjechać jutro – powiedziała. – To o wiele lepsze niż grypa – i musisz trzymać się od Tilling z daleka póki nie wyślę ci telegramu, że ta Faraglione wyjechała. Chyba umrę z nudów, bo będę zamknięta w domu i ogrodzie przez ten czas kiedy ciebie nie będzie. W ogrodzie powinno być bezpiecznie. Nie przypominam sobie, żeby można było do niego zajrzeć z któregokolwiek z domów, więc będę mogła pogrążyć się w czytaniu, choć fortepian pójdzie w odstawkę… Jurusiu, ogarniam to myślą. Ty ostatnio kiepsko wyglądasz (mój drogi, tak naprawdę jesteś okazem zdrowia, nie pamiętam cię młodszego i zdrowszego), więc pojedziesz sobie na tydzień do Folkstone, czy Littlestone, co tam już wolisz. Morskie powietrze; kąpać się nie musisz. I weź mój samochód, bo ja go nie będę potrzebować i czemu nie Foljambe jako lokaja, jak to często robisz podczas swoich wypadów? Ona będzie miała swojego Cadmana; możemy przecież sprawić ludziom trochę radości, Jurusiu, skoro wszystko tak pięknie do siebie pasuje. I jeszcze jedno: ten twój mały wypad odbywa się wyłącznie z mojego powodu, więc nalegam na jego sfinansowanie. Jedź do miłego hotelu, czuj się tak jak w domu, wypijaj wieczorem pół butelki szampana kiedykolwiek przyjdzie ci ochota i wszystko, co najbardziej lubisz, a ja zadzwonię do ciebie z wiadomością, kiedy będziesz mógł wracać. Musisz wyruszyć jutro rano zanim Faraglione tu zjedzie.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Pią 27 Cze, 2025 19:48
Przyspieszę trochę, zeby nie urywać w połowie rozkosznej historii
Juruś wiedział, że kiedy Lucia zaczyna przemawiać tym głośnym, natchnionym, nie znoszącym sprzeciwu głosem, w którym dźwięczała stal, wszelki opór jest bezcelowy; przeszłaby przez wszelkie przeszkody jak piła parowa, która tak długo przedziera się przez najsolidniejszą dębową kłodę aż przetnie ją na pół w fontannie eksplodujących trocin. Nie chciało mu się wyjeżdżać, ale kiedy Lucia wykazała taką skalę determinacji, lepiej było od razu się poddać niż paść później w stanie skrajnego wyczerpania. Poza tym jej plan miał jasne punkty. Foljambe powinna być nim zachwycona, bo da jej i Cadmanowi luksus przebywania w swoim towarzystwie; a przecież nie będzie niemiło pomieszkać sobie przez tydzień w hotelu w Folkstone i obserwować transporty podróżnych zza granicy przybywających do portu po burzliwych morskich przeprawach. Mógł poszukać jakichś bibelotów w sklepach, posłuchać orkiestry miejskiej, mieć sypialnię z łazienką i narysować kilka szkiców i przesiadywać w holu w całej kolekcji tych garniturów, które zasłużenie przyniosły mu opinię najlepiej ubranego mężczyzny w Tilling. Będzie miał pięknego Rolls – Royce’a w garażu i szofera zgłaszającego się co rano po dyspozycje i da się poznać jako człowiek ciekawy i zamożny, wypijający co wieczór pół butelki szampana i zapewne zawrze jakieś ciekawe znajomości. Nie miał ani chwili wahania czy przyjąć propozycję Luci co do kosztów wyprawy, jako że – jak słusznie zauważyła – podejmował ją w jej sprawie i naturalną koleją rzeczy za nią płaciła (poza tym stać ją było).
Kiedy główne linie kampanii defensywnej zostały ustalone, Lucia, z jej iście napoleońskim okiem do detali, zajęła się pomniejszymi sprawami. Oczywiście nie przypisała „tej całej Mapp” zasługi za sprowadzenie tu Faraglione, ale nawet dziecko zorientowałoby się, ze jeśli ona sama spotka Faraglione podczas jej pobytu tutaj, dojdzie do najbardziej ponurego obnażenia jej nieznajomości języka, którego używała w tak podziwianych tutaj strzępkach. „Ta cała Mapp” rzuci się na to jak pies na kość i nie było sensu zaprzeczać, że wygra na całej strasznej linii. Ale nieobecność Jurusia (kosztująca ją tyle co nic) i jej własna izolacja z powodu grypy ustanawiała jej pozycję jako nienaruszalną, toteż rozglądała się po arenie z poczuciem euforii przed zbliżającym się pojedynkiem.
Lucia posłała po zaufaną Grosvenor i otworzyła się przed nią na tyle, że uczyniła z niej współkonspiratorkę. Powiedziała jej, że ma ogromne zaległości w czytaniu i pisaniu i że przez następny tydzień zamierza im się poświęcić i prowadzić pustelnicze życie. Nie życzyła sobie żadnych wizyt, nie chciała nikogo widzieć, a najprostszą wymówką była grypa. Bez wątpienia będzie wiele zapytań, więc codziennie będzie przekazywać Grosvenor swój własny oficjalny biuletyn. Potem powiedziała Cadanowi, że pan Juruś ostatnio nie ma się najlepiej i że ona posyła go samochodem do Folkstone na jakiś tydzień: on i Foljambe będą mu towarzyszyć. Następnie zrobiła staranną inspekcję domu i ogrodu by stwierdzić, jaką wolność ruchu będzie mieć podczas choroby. Gra na fortepianie, z wyjątkiem bardzo ostrożnej, z wciśniętym pedałem, byłaby raczej ryzykowna, ale rozważne udrapowanie zasłon w oknach pokoju ogrodowego pozwoli jej na karmienie się całkiem zadowalającymi widokami na świat zewnętrzny. Ogród, jak z przyjemnością zauważyła, dzięki otaczającym go murom był bezpieczny przed obserwacją z okolicznych domów: można było do niego zajrzeć tylko z kościelnej wieży, ale na to można było nie zważać – wychodzili tam wyłącznie turyści.
Potem poszła na zwykłe zakupy i pogawędki na High Street i wykonała kolejny kawał dobrej roboty. Poranna fala już się cofała, ale dzięki szybkim zwrotom w tę i tamtą stronę zdołała zamienić słówko z prawie wszystkimi, którzy mieli przyjść na jej jutrzejsze po-di-mu, a wszystko co mówiła przeplatała wstawkami błyskotliwej włoszczyzny. Złapała właśnie Wyse’ów wracających do Royce’a i powiedziała im jak molto amiable z ich strony, że dzięki nim będzie miała gran’ piacere poznania contessy następnego wieczoru: będzie jej bardzo miło ją gościć, a kolejną gran’ piacere będzie rozmowa w la bella lingua – znowu. Niestety Jurusia nie będzie, jest un po’ammalato i zamierza spędzić settimana nad morzem per stablirsi. Jej język jeszcze nigdy nie był tak płynny i idiomatyczny; przyjęła z mille grazie zaproszenie Susan na wieczór po jej przyjęciu muzycznym na kolację i kolejną konwersację, której tak wyglądała. Była niemal pijana włoskim…. Potem przebiegła przez ulicę by powiedzieć wikaremu, że ma zamiar zamknąć się na całe popołudnie, by fuga Bacha była warta jego krytycznego ucha, powiedziała Divie, żeby przyszła na przyjęcie wcześniej żeby mogły sobie na spokojnie pogawędzić i melodyjnym coooeee zatrzymała Elizabeth kiedy ta stała już na progu Wasters. Z radością dowiedziała się, że Elizabeth gości padre, jego żonę i majora Benjy na kolacji przed przyjściem na jej przyjęcie i przypominając sobie pułapkę, jaką ta kobieta zastawiła na nią i Jurusia przy pomocy noża do papieru po włosku, nie mogła powstrzymać się by nie zaprosić jej na brydża i kolację w trzeci wieczór jej nadchodzącej choroby. Oczywiście będzie potem musiała wszystko odłożyć i tym sposobem będą kwita… Ta pół godzinna aktywna praca wywołała wrażenie, że, jakkolwiek Tilling nie spodziewało się oszałamiającej przyjemności po jutrzejszym po-di-mu, sama wykonawczyni nie mogła się go doczekać i spragniona była rozmowy po włosku.
Następnego dnia z okna swojej sypialni Lucia zobaczyła jak Juruś, Cadman i Foljambe wyruszają do Folkestone i z lukrecjańskim poczuciem przyjemności z nadchodzącego spokoju rozważała zamieszanie i ogólne poplątanie szyków, jakie wkrótce miało spaść na Tilling. Weszła do pokoju ogrodowego, poprawiła zasłony i wywołała burzę, którą rozesłała następnie w formie ciągu liścików wyrażających najgorętszy żal. Napisane były ołówkiem (jak na artystkę przystało) i – jak to z łoża boleści – drżącą ręką, tak różną od jej zwykłego zamaszystego charakteru pisma. „Co za rozczarowanie!” napisała do pana Wyse. „To czyste okrucieństwo, mieć grypę – gdzież ja mogłam ją złapać? – właśnie tego ranka w dniu, w którym miało się odbyć przyjęcie i co za cios, nie móc być przedstawionym contessie dziś, czy zjeść kolację z drogą Susan jutro!” Był jeszcze liścik do majora Benjy i inne, do Divy i dziwacznej Irene i wikarego i padre i Elizabeth. Wciąż miała nadzieję, że będzie na tyle zdrowa, by przyjść na brydża i kolację pojutrze, ale Elizabeth musi pamiętać jak zaraźliwa jest grypa, a ona sama mogła nie być dostatecznie odporna. To wyglądało już całkiem bezpiecznie, bo Elizabeth miała ostrą fobię na tle infekcji i Wasters ociekała odkażaczem w czasie kiermaszu dobroczynnego ze strachu, że jakiś bibelot miał kontakt z zarażonymi dłońmi. Lucia dała te liściki Grosvenor z poleceniem natychmiastowego dostarczenia i powiedziała, że biuletyn na dziś dla odwiedzających chorą brzmi, że nie ma powodu do obaw, bo atak, choć ostry, nie był bardzo poważny i wymagał tylko siedzenia w cieple i spokoju. Lucia osiągnęła jedno i drugie spędzając ten ciepły październikowy dzień w ogrodzie, czytając przekład Illiady autorstwa Pope’a i sprawdzając, jak to brzmi po grecku.
Tak minęły trzy dni w przymusowym odosobnieniu. Zza zaciągniętych zasłon w pokoju ogrodowym obserwowała odwiedziny wielu gości i ich wdzięczne przyjęcie przez Gosvenor. Royce przejechał ulicą, w nim Susan w swoich sobolach, a obok niej energicznie gestykulująca kobieta w monoklu, która wyglądała na osobę potrafiącą mówić z szybkością karabinu maszynowego. To bez wątpienia była osławiona contessa i Lucia czuła, że obserwowanie jej w ten sposób jest jak przyglądanie się zza krat wygodnej klatki lwu krążącemu na wolności. Drugiego dnia panna Mapp przyszła dwa razy i za każdym razem wnikliwie obserwowała zasłony jakby znała tę sztuczkę i nasłuchiwała jakby miała nadzieję usłyszeć fortepianowe wprawki. Padre przysłał liścik niemal w całości w szkockim dialekcie, wikary zawrócił od drzwi z wyrazem ulgi na twarzy w odpowiedzi na wieści, które usłyszał i zagwizdał fugę Bacha raczej dość fałszywie.
Piątego dnia choroby wystąpiły nowe okoliczności, które skłoniły Lucię do porzucenia i tak zaniedbanej Illiady Pope’a. Pierwszą pocztą nadszedł list od Jurusia, zawierający załącznik pisany – jak zauważyła Lucia z lekkim niepokojem - po włosku. Zabrała się do czytania listu od Jurusia.
Wydarzyła się fantastyczna rzecz [pisał Juruś] i będziesz z niej zadowolona. Zaprzyjaźniłem się tu z pewną rodziną, ojciec Anglik, matka Włoszka i dziewczynka z warkoczykami. Posłuchaj tylko! Matka uczy córkę włoskiego i daje jej tematy do pisania to na ten temat, to tamten, a potem sprawdza je i sporządza czystopis. No i dziś rano siedziałem w hallu gdy dziewczynka miała swą lekcję i pani Brocklebank (tak się nazywają) zapytała mnie o pomysł na temat takiego wypracowania, a mnie wpadła do głowy wyśmienita idea. Powiedziałem: „Niech napisze list do włoskiej contessy, której nigdy wcześniej nie widziała i powie jak żałuje, że była zmuszona odwołać swoje przyjęcie muzyczne na które zaprosiła hrabinę i jej brata, bo złapała grypę. Bardzo jej przykro, że się nie spotkają i obawia się, że jeśli contessa zostanie w tym mieście tylko przez tydzień, to nie będzie miała przyjemności spotkać jej w ogóle.” Pani B uznała to za piękny pomysł i powtórzyła kilkakrotnie żeby nie zapomnieć. Potem dziewczynka to napisała, a pani B poprawiła błędy i przepisała na czysto. Ubłagałem ją, żeby mi ja dała, bo uwielbiam język włoski (choć w nim nie mówię), a list jest tak pięknie napisany. Opowiadam ci to na szybko, bo spieszę się by złapać poranną pocztę, ale wkładam do koperty list pani B po włosku i przekonaj się, czy nie sprawdzi się cudownie. Spędzam tu bardzo miły czas, muzyka, przejażdżki i statki przepływające przez Kanał i czy nie spisałem się na medal?
Twój oddany,
Juruś
Foljambe pokłóciła się z Cadmanem, ale obawiam się, że już się pogodzili.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 27 Cze, 2025 20:56
Juruś naprawdę stanął na wysokości zadania i cóż za wspaniały zbieg okoliczności się trafił czuję drżenie i grzmoty zbliżającej się erupcji wulkanu
Wiadomo , że Lucia to żmija i snobka, ale kibicuję jej z całego serca
Tamara - Wto 29 Lip, 2025 08:14
Trzykrotko, jakby co, to już jestem chętna i gotowa
Trzykrotka - Wto 29 Lip, 2025 13:48
Swietnie, bo przerwałyśmy w trakcie włoskiej afery
Po południu ruszamy
Trzykrotka - Śro 30 Lip, 2025 06:52
Ruszamy!
Lucia dostała od Jurusia list - wybawienie. Co było potem:
Lucia, której niepokój zmienił się w radosną ekscytację, otworzyła i przeczytała załącznik. Zaiste, był to cudowny garnek manny dla kogoś, kto na sam jego widok odczuwał głód. Mógł być jakimś objawem telepatii między panią Brocklebank a nią samą, tak dokładnie wyrażał jej niewypowiedzianą potrzebę. Najelegantszymi słowami wyrażał to, co odpowiadało jej sytuacji. Przepisała go i od razu wysłała nie zmieniając ani słowa. I jak mądrze ze strony Jurusia, że o tym pomyślał. Zasługiwał na całego szampana, jakiego mógł wypić.
Przepisując list (na papierze listowym Mallards) Lucia sięgnęła wyżyn sztuki, pisząc jakby robiła to pospiesznie poruszając się w znajomym medium. Od czasu do czasu pisała słowo (nieważne jakie), zamazywała je aż było nieczytelne nawet przy wnikliwej analizie i kontynuowała z rękopisem pani Bracklebank; od czasu do czasu opuszczała słowo, a następnie wstawiała je z odpowiednimi strzałkami powyżej. Nikt, kto otrzymałby ten list nie miałby najmniejszej wątpliwości, że to coś innego niż jej własne improwizowane bazgroły. Pani Brocklebank napisała, że ma nadzieję za dwa lub trzy dni móc znowu ujrzeć swych przyjaciół, a to pasowało doskonale, bo za dwa lub trzy dni wizyta contessy miała dobiec końca, a Lucia mogła od razu potem wyzdrowieć.
Popołudniowa poczta przybyła zanim Lucia jeszcze skończyła ten wypracowany elaborat. Był w niej list pisany ręką lady Braxton, a ona, pospiesznie kreśląc ostatnie kwieciste pozdrowienia dla contessy, otwarła go i natychmiast zapomniała o Jurusiu i pani Brocklebank i wszystkim innym w obliczu ogromnego pytania postawionego jej do decyzji. Adela po prostu zakochała się w Riseholme; stwierdziła, że jej życie będzie niewarte przeżycia bez domu w tej miejscowości, a ze wszystkich domów, które chciałaby kupić najbardziej podobał jej się Domek przy Zagajniku, nie umeblowany. Jeśli nie, to jest jeszcze drugi dom, należący do okrągłej, małej, rumianej pani Quantock, która, jak Adela już ustaliła, mogłaby rozważyć jego sprzedaż. Czy kochana Lucia mogłaby w związku z tym dać jej znać jak najszybciej może czy byłaby gotowa sprzedać Domek? Jeśli nie miała tego w planach, Adela od razu zacznie kusić panią Quantock. Ale jeśli miała, niech z łaski swojej określi od razu cenę.
Istnieją pewne procesy natychmiastowego okrzepnięcia, które zachodzą z nadzwyczajną szybkością, bo umysł już wcześniej nasycony był treściami, których decyzja miała dotyczyć. Tak było teraz z Lucią. Po przeczytaniu pytania Adeli jej własny umysł się skrystalizował. Od dawna na pół świadomie rozważała krok, jaki Adela postawiła jej przed oczami i zaskoczona była gdy odkryła, że już podjęła była decyzję. Riseholme, kiedyś tak żywe i znaczące, podczas tych tygodni spędzonych w Tilling wyblakło w jej myślach jak stara fotografia wystawiona na działanie słońca, a jego detale, pierwszy i dalszy plan stały się niewyraźnie i spłowiałe. Gdyby wróciła do Riseholme z końcem miesiąca, nie znalazłaby tam nic, co pomogłoby jej spożytkować jej energię, czy zademonstrować wyjątkową siłę ducha. Organizacją elżbietańskiego festynu tak podniosła poprzeczkę, że dalszy rozwój w tym miejscu nie był już możliwy. Biedna kochana Daisy mogła od czasu do czasu wszczynać jakieś drobne bunty, ale po tym jak została żoną Drake’a (dobrze jej tak!) nie było już w niej prawdziwego ducha walki. O wiele lepiej będzie, póki buzuje jeszcze w niej energia, ruszyć na podbój nowego świata w Tilling niż tlić się powoli w Riseholme. Jej praca tam była zakończona, podczas gdy tu, jak potwierdził to grypowy tydzień, miała jeszcze masę roboty. Elizabeth Mapp nie złożyła broni i zdolna była strzelać z grubej rury; mogło dochodzić do niezliczonych kryzysów, mogły wybuchać wulkany, grozić burzowe chmury, trzeba było stawić czoła wrogim i podstępnym silom. Nigdy nie była bardziej zajęta, to miejsce jej służyło i aż roiło się od możliwości. Natychmiast odpisała Adeli, że choć Riseholme (a zwłaszcza Domek) są jej bardzo bliskie, jest gotowa dać się skusić i wskazała kwotę, które tego może dokonać.
Piątego dnia choroby Luci panna Mapp była już zupełnie zdezorientowana. Nie pozwoliła sobie jeszcze na utratę nadziei na zakończenie tej dezorientacji, bo pewna była, że za tym wszystkim kryje się jakaś tajemnica, a wszak każda tajemnica ma rozwiązanie jeśli tylko nad nią wystarczająco długo popracować. Zbiegnięcie się w czasie choroby Luci z przyjazdem contessy i wyjazdem Jurusia, wspomagane przez pułapkę, jaką zastawiła za pomocą noża do papieru, było zbyt ewidentne by mógł je przeoczyć konstruktywny umysł i coś się na tym musiało kryć. Tylko głupie, nieświadome dziecko (a Elizabeth nie była nim żadną miarą) mogło uznać te wydarzenia na niezależne od siebie. Z wiarą zdolną góry przenosić twierdziła, że Lucia jest doskonale zdrowa, ale wszystko, co mogła obecnie zrobić to recytować to swoje credo majorowi Benjy, Divie i innym i czekać niecierpliwie na jakikolwiek strzęp dowodu dla poparcia swojej tezy. Próby wyminięcia Grosvenor i zapuszczenia żurawia w okno pokoju ogrodowego spełzły na niczym, a jej pełne troski pytania skierowane do doktora Dobbie, wiodącego lekarza Tilling spotkały się z brakiem odpowiedzi. Nie wiedziała, kto jest lekarzem Luci, więc chcąc się tego dowiedzieć i zapewne zasięgnąć dalszych informacji podeszła do niego z najbardziej ujmującym uśmiechem i spytała, jak się ma droga pacjentka z Mallards.
- Nie leczę żadnej drogiej pacjentki z Mallards – brzmiała jego stanowcza odpowiedź – a nawet gdybym leczył, to jestem zmuszony przypomnieć pani, że jako profesjonalista nie śnię nawet o odpowiadaniu na pytania o zdrowie moich pacjentów bez ich wyraźnej zgody. Do widzenia.
- Bardzo nieuprzejmy człowiek – pomyślała panna Mapp – ale może lepiej nie będę go zaczepiać w taki sposób.
Podniosła oczy na kościół mając nadzieję znaleźć inspirację w tej pięknej szarej wieży, którą tak często szkicowała, rysującej się na tle przejrzystego błękitu październikowego nieba. I znalazła ją natychmiast, bo przypomniała sobie, że z wąskich okienek na szczycie, z których roztaczał się przepiękny, rozległy widok na okolicę, można było zajrzeć również do jej własnego małego sekretnego ogrodu. Szansa była niewielka, ale żadnej szansy, nawet minimalnej, nie można było lekceważyć na tej pustyni dowodów i w okamgnieniu uświadomiła sobie, że nie ma przyjemniejszego sposobu na spędzenie poranka niż namalowanie zielonych, zielonych mokradeł i linii niebieskiego, niebieskiego morza w oddali. Pospieszyła do Wasters zatrzymując się tylko przy Mallards by rzucić okiem na pokój ogrodowy, w którego oknie zasłony udrapowano niezwykle i irytująco zręczny sposób i otrzymać zapewnienie Grosvenor, że pacjentka ma dziś całkiem normalną temperaturę.
- Och, to świetnie – powiedziała panna Mapp. – Skoro tak, to pewnie jutro już będzie na nogach.
- Tego nie mogę wiedzieć, proszę pani – rzekła Grosvenor, zasłaniając sobą drzwi.
- Proszę jej przekazać moje najserdeczniejsze pozdrowienia – powiedziała panna Mapp – i powiedzieć, jak się cieszę, Grosvenor.
- Tak, proszę pani – odpowiedziała Grosvenor i nim panna Mapp zdążyła odejść od progu, usłyszała brzęczenie łańcucha zakładanego w drzwiach.
Miała dziś jeść u Wyse’ów lunch, posiłek, który pan Wyse, we właściwy mu absurdalnie afektowany sposób zawsze nazywał śniadaniem, zwłaszcza gdy gościła u nich contessa. Śniadanie było o pierwszej, ale miała czas na spędzenie najpierw godziny na szczycie wieży kościelnej. Aby lepiej móc przyjrzeć się szczegółom krajobrazu, wraz z przyborami do rysowania zabrała teatralną lornetkę. Najpierw naniosła na kartkę w szkicowniku niebieskie, rozwodnione pasy jako niebo i wodę, a zielony na mokradła i gdy wszystko to schło, przez lornetkę zbadała każdy zakątek ogrodu. Bez powodzenia! Podniosła więc znów swój obrazek, na którym niebo gwałtownie zalewało ziemię.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 30 Lip, 2025 08:44
Ojojooooj, matko jedyna i wszyscy święci, TEGO sie nie spodziewałam, że Lucia gotowa jest porzucić Riseholme na rzecz Tilling toż to koniec świata, a gdzie miałaby w Tillling zamieszkać, też musiałaby dom kupić, a Juruś ? a jak wreszcie dojdzie do konfrontacji z contessą i w ogóle ? toż to trzęsienie ziemi i bomba atomowa w jednym
Trzykrotka - Śro 30 Lip, 2025 08:55
| Tamara napisał/a: | toż to trzęsienie ziemi i bomba atomowa w jednym |
No właśnie, trzęsienie ziemi i królowa Riseholm porzuca swoje królestwo. Oj, będzie się jeszcze działo, chocby z Jurusiem, który ledwie przeżył zaręczyny Foljambe.
Pan Benson zawsze ma jakiś suspens w zapasie
Tamara - Śro 30 Lip, 2025 09:38
Biedny Juruś, nawet sie nie spodziewa, jakie tsunami życiowe mu się szykuje
Trzykrotka - Śro 30 Lip, 2025 21:47
Idźmy dalej z wloskim listem i nowym knujstwem Elizabeth
Lucia dowiedziała się dziś rano za pośrednictwem Grosvenor, jej kucharki oraz Figgisa, lokaja pana Wyse, że pobyt contessy zostaje skrócony o jeden dzień i że następnego ranka Royce odwiezie ją do Whitchurch na wizytę u młodszej, acz szlachetniejszej gałęzi rodu. Dalsze śledztwo u tych samych źródeł ujawniło, że dzisiejsze śniadanie, na które zaproszono pannę Mapp, było śniadaniem Baltazara, ósmym jeśli nie dziesiątym. To były dobre wieści: okres zagrożenia zdemaskowaniem Luci miał się skończyć za mniej niż dwadzieścia cztery godziny i mniej więcej w tym czasie, w którym na szczycie kościelnej wieży panna Mapp pospiesznie oddzielała niebieski firmament od suchego lądu, Lucia pisała telegram do Jurusia, że może bezpiecznie wracać następnego dnia. Razem z tym listem wysłała do panów Woolgara i Pipstowa prośbę o wystawienia dla niej zlecenia obejrzenia pewnego domu, który widziała tuż za granicami Tilling, niedaleko malowniczego domku dziwacznej Irene, a który, jak zauważyła, był na sprzedaż.
Wahała się co do pory wręczenia Grosvenor koperty zaadresowanej do contessy di Faraglione, która zawierała przepisany i starannie podpisany list pani Bocklebank do anonimowej hrabiny i postanowiła ze względu na efekt dramatyczny kazać dostarczyć go zaraz po pierwszej kiedy śniadanie u Wyse’ów będzie trwało w najlepsze, z poleceniem, aby natychmiast przekazać go hrabinie.
Lucia odczuwała brak energicznych ćwiczeń i pomyślała o Idealnym systemie kalisteniki dla już nie tak młodych. Przez pięć dni zamknięta była w domu i ogrodzie i pragnienie poskakania wzięło nad nią górę. Skakanie było ćwiczeniem gorąco polecanym przez Idealny system, więc zleciła Grosvenor, aby wracając po złożeniu zlecenia w biurze nieruchomości Woolgar i Pipstow, kupiła jej w sklepie z zabawkami prostą sznurkową skakankę. Pod nieobecność Grosvenor jej pragnienie swobodnego, aktywnego ruchu na świeżym powietrzu obudziło w niej pokrewną pasję do leczniczego działania słońca na skórę i pospieszyła do sypialni i przebrała się w olśniewający czarno - złoty strój kąpielowy, włożyła elegancki szlafrok zdobiony wstążkami i czekała w pokoju ogrodowym na powrót Grosvenor przypominając sobie przechyły i skłony dzięki którym utrzymała świetną formę gdy żałoba zamknęła jej możliwość gry w golfa. Za kwadrans pierwsza Lucia wyszła do sekretnego ogrodu, zrzuciła szlafrok i z niespożytym wigorem rozpoczęła podskoki na trawniku.
Dźwięk kościelnego zegara nad gniazdkiem panny Mapp na wieży ostrzegł ją, że czas już składać przybory malarskie, odnieść je do Wasters i udać się na proszone śniadanie. Przez ostatnie pół godziny rzucała od czasu do czasu zupełnie bezowocne spojrzenia na swój ogród i uznała, że zmarnowała czas. Teraz spojrzała jeszcze raz i oto była! Tuż obok popiersia dobrej królowej Anny wesoła pasiasta postać o owadzich kolorach podskakiwała jak szalona. Upuściła obrazek, sięgnęła drżącą dłonią po lornetkę, która już była nastawiona na odpowiednią ostrość i za jej pomocą zobaczyła, że ta wysportowana osa skacząca z tak niespożytą energią, to nie kto inny, jak biedna chora.
Panna Mapp wydala przenikliwy okrzyk tryumfu. Doczeka się kto czeka cierpliwie i gdyby znała grekę na pewno zawołałaby „Eureka!” a tak tylko zapiała. To było zbyt piękne by było prawdziwe, ale też zbyt wyraźne, by prawdziwe nie być.
- Mam cię! - pomyślała. - Wszystko jasne jak słońce. Przez cały czas miałam rację. Taką ma grypę jak i ja. Podczas śniadania wszystkim dokładnie opowiem co widziałam.
Ale ten widok wciąż ją fascynował. Co za bezwstydny wigor, kiedy powinna leżeć złożona gorączką! Co za otchłań fałszu, tylko dlatego, że nie zna włoskiego! I co za wydatek dla niej samej, ta zbędna kolacja dla padre i majora! Końca wyliczeniom nie było…
Po zakończeniu podskoków Lucia poprzechadzała się po trawniku tanecznym krokiem. Potem snów skakała, a potem wykonała jakieś dziwne ruchy, jakby poraził ją prąd elektryczny. Wykonała serię głębokich oddechów, podniosła ramiona wysoko nad głowę jakby chciała zanurkować, położyła się na trawniku i wykonała serię kopnięć, chodziła na palcach jak baletnica, kręciła ciałem jakby obracała hula-hop biodrami. Wszystkiemu temu panna Mapp przyglądała się z fascynacją zaprawioną silnym potępieniem i niesmakiem. W końcu, kiedy zegar wybił pierwszą, Lucia owinęła się szlafrokiem i przedstawienie najwyraźniej się skończyło. Panna Mapp była już spóźniona i musiała biec wprost z wieży na proszone śniadanie, bo nie było już czasu żeby wracać do Wasters. Przygotowała się na wielkie przeprosiny; widok z wieży był tak czarujący (najprawdziwsza prawda) że straciła poczucie czasu. Nie może pokazać swojego obrazka zgromadzonym, bo horyzont dramatycznie zmieszał się z wodami poniżej, ale zamiast tego opowie im coś, co porządnie zmiesza Lucię.
Towarzystwo zaproszone na śniadanie już dawno się zebrało w salonie pani Wyse z dębowymi belkami, zdjęciami oprawionymi w srebrne ramki i marokańską kasetką z orderem M.B.E, nieustająco niedbale otwartą. Wszyscy czekali, wszyscy narzekali na opóźnienie, a kiedy weszła, contessa powiedziała
– Ecco! No wreszcie!
Wkrótce jej wybaczą gdy dowiedzą się, co ją tak opóźniło, ale lepiej było poczekać ze swoją rewelacją, póki śniadanie nie wprawi ich w nieco lepszy nastrój. Tymczasem rozdawała na prawo i lewo drobne komplementy: co za cudowne kazanie powiedział padre w niedzielę, jak ładnie wygląda droga Susan, co za pyszność te jajka a la Capri; skusi się na dokładkę. Jednak te krople rosy były tylko dodatkiem, bo contessa jak zawsze mówiła nieustająco donośnym głosem zwracając się do wszystkich przy stole, z równą płynnością niezależnie od tego, czy miała pustą, czy pełną buzię.
W końcu nadeszła sposobność. Figgis przyniósł liścik na ogromniej srebrnej (pewnie platerowanej) tacy i podał go contessie: miał być dostarczony natychmiast. Amelia powiedziała Scusi! co wszyscy zrozumieli – to nawet Lucia zrozumiałaby – i zamilkła na chwilę otwierania koperty i czytania listu.
Panna Mapp postanowiła podkręcić nieco atmosferę nim zdradzi swoją rewelację.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Czw 31 Lip, 2025 22:40
- Zadam wam trzy zagadki na temat tego, co widziałam dziś rano – powiedziała. – Panie Wyse, majorze Benjy, padre, wszyscy musicie zgadywać. Chodzi o kogoś, kogo wszyscy znamy, a kto nadal jest chory. Malowałam dziś rano na szczycie wieży i rzuciłam stamtąd okiem do mojego kochanego sekretnego ogródka. I zobaczyłam Lucię na środku trawnika. Jak była ubrana i co robiła? Każdy ma trzy próby, może być?
Niestety! Wstępna zachęta była zbyt długa, bo nim ktokolwiek zdążył zgadnąć cokolwiek, contessa znów się wtrąciła.
- Ależ ja nigdy nie czytałam takiego listu! – zawołała. – To od pani Lucas. List po włosku i to jak po włosku! Doskonale. W życiu nie pomyślałabym, że jakikolwiek cudzoziemiec może mieć taką znajomość idiomów i zasad elegancji. Mieszkam we Włoszech od dziesięciu lat, ale mój włoski to jakaś fuszerka w porównaniu z tym. Zawsze mówiłam, Cecco również, że żaden obcokrajowiec nie nauczy się włoskiego doskonale, ale myliliśmy się, pani Lucas jest dowodem. Ma doskonałe wyczucie, to jest jak słowo mówione na papierze. Dio mio! Uciekłam spod gilotyny, Algernonie! Chciałeś poznać mnie z panią Lucas żeby posłuchać jak mówimy. Ale ona śmiałaby się w duchu, a ja wiedziałabym o tym doskonale jak słabo mówię to włosku w porównaniu z nią. Przeczytam wam jej list i choć nie zrozumiecie słów, rozpoznacie płynność, melodię…
I contessa przystąpiła do czytania, co rusz wybuchając okrzykami zachwytu, a cały ten świeżo wzniesiony gmach podejrzeń że Lucia nie zna włoskiego, tak starannie skonstruowany przez pechową Elizabeth zawalił się jak domek z kart gdy stół się trzęsie. Elizabeth nakłoniła wszystkich do przyjęcia zaproszenia Luci na drugie po-di-mu, aby całe Tilling mogło usłyszeć jak contessa obnaża ignorancję Luci, a kiedy Lucia się z tego wykręciła, niewyczerpane wysiłki Elizabeth zdołały wzniecić poważne podejrzenia, że choroba Luci została sfingowana dla uniknięcia spotkania z tą, która włoski znała. A teraz nie tylko ani jedna szybka w Kryształowym Pałacu się nie ostała, ale jeszcze contessa gratulowała sobie, że sama uniknęła spotkania.
Elizabeth poczyniła słaby wysiłek wśród ruin: jeszcze nie wszystko było stracone.
- Z pewnością brzmi to pięknie – powiedziała po zakończeniu czytania. – Ale czy to nie pan, panie Wyse, sam uznał, że to dziwne, by ktoś znający włoski napisał un po’ di musica na zaproszeniu?
- No to się mylił – rzekła contessa. – Z pewnością brzmi to jak humorystyczny cytat z czegoś, czego nie znam. Coś podobnego do tego, jak panie z Tilling mówią zawsze au reservoir. To nie błąd, to żart!
Elizabeth podjęła finalny wysiłek
- Ciekawe, czy droga Lucia sama napisała ten list – powiedziała w zamyśleniu.
- Phi! Pewnie jej służąca – powiedziała contessa. – Co do mnie, to muszę poświęcić kilka ładnych godzin tego popołudnia żeby odpowiedzieć na list w sposób, który mnie nie skompromituje.
Temat wydawał się zakończony i Elizabeth spiesznie wróciła do swojego kuszenia.
- Jeszcze nikt nie próbował zgadnąć, co widziałam z wieży kościelnej – powiedziała. – Majorze Benjy, niech pan spróbuje! To była Lucia, ale jak ubrana i co robiła?
Major zachował dziwny chłód. Pozwolił sobie pod wpływem sugestii panny Mapp podejrzewać że za grypą Luci kryje się jakaś włoska tajemnica i teraz musiał to naprawić.
- Dalibóg, nie wiem – odpowiedział . – Jak ją znam, to na pewno była ubrana w coś ładnego.
- Podpowiem panu – odpowiedziała. – W takim stroju jeszcze jej nie oglądaliśmy.
Uwaga majora Benjy odpłynęła w dal. Nie próbował nawet zgadywać, tylko sączył swoją kawę.
- W takim razie pan Wyse, skoro major się poddaje – rzekła Elizabeth, zaczynając się niepokoić. Choć podejrzana przyczyna choroby Luci została obalona, ciągle jednak mogło się wydać, że w ogóle nie miała grypy, a to już było coś.
- Jestem pewien, że moja pomysłowość nie sprosta tej sytuacji – powiedział pan Wyse bardzo uprzejmie. – Będę zobowiązany jeśli mi pani powie. Poddaję się.
Elizabeth wydała z siebie świdrujący chichot.
- Szlafrok – powiedziała. – Kostium kąpielowy. I skakała! Pomyśleć tylko! Z grypą!
Zapadła straszna cisza. Nie było żadnego gwaru podnieconych pytań i komentarzy. Contessa odłożyła monokl skupiając przez chwilę wzrok na Elizabeth, a ta cisza była z rodzaju tych, jaka następuje po jakiejś drobnej gafie, jakiejś małej niedelikatności, którą lepiej pominąć milczeniem. Gospodarz przyszedł pannie Mapp z pomocą.
- To naprawdę dobre wiadomości – powiedział pan Wyse. – Możemy zachęcić się do powzięcia nadziei, że nasza przyjaciółka wkroczyła na drogę rekonwalescencji. Dziękuję, że nas pani o tym powiadomiła, panno Mapp.
Pani Bartlett pisnęła jak myszka, a Irene powiedziała:
- Hurra! Może uda mi się z nią dziś zobaczyć. Cieszę się.
To znów była okropna myśl. Irene, bez wątpienia, jeśli zostanie przyjęta, zda dokładną relację z towarzyskiego spotkania nie pomijając żadnego szczegółu, a miała taki talent parodystyczny, Elżbiecie zrobiło się niedobrze.
- Czy to nie za wcześnie, moja droga? – powiedziała. – Lucia pewnie jeszcze wciąż zaraża, a nie chcemy, żebyś się narażała. Ciekawe, gdzie złapała grypę, swoją drogą?
- Przecież twierdzisz, że nie miała grypy, prawda? – powiedziała Irene z tą jej bezwzględną bezpośredniością.
Dławiąc się tą potworną dawką fiaska Elizabeth zrezygnowała z dalszych prób zohydzenia przyjaciołom podskoków Luci, bo póki co wzbudziły one tylko ich radość, że ona zdrowieje. Towarzystwo wkrótce się rozeszło, a ona poszła ze swoimi szkicami i Divą i popatrzyła w górę ulicy na swój dom. Irene już stała przy drzwiach i Elizabeth odwróciła się z dreszczem, bo Irene pomachała jej dłonią i została wpuszczona do środka.
- To wszystko jest bardzo dziwne, droga Divo, nie sądzisz? – spytała. – Nie chce się wierzyć, że Lucia była chora i nie ma sensu udowadniać, że tak nie było. Ale jest jeszcze zniknięcie pana Jurusia. O tym nie pomyślałam.
Diva przerwała jej.
- Na twoim miejscu, Elizabeth – powiedziała – ugryzłabym się w język. Byłoby mądrzej.
- Naprawdę? – spytala Elizabeth zaczynając się trząść.
- Tak. Powiem ci to po przyjacielsku – kontynuowała Diva stanowczo. – Złapałaś fałszywy trop. Kazałaś nam myśleć, że Lucia unika Faraglione. Klapa na całej linii. Jeden z twoich najgorszych pomysłów. Daj temu spokój.
- Ale jest w tym coś dziwnego – powiedziała Elizabeth dziko – Podskoki….
- Jeśli nawet jest – rzekła Diva – to nie jesteś dość sprytna by to odkryć. Oto moja rada. Kochaj ją albo rzuć. Ja mam to w nosie. Au reservoir.
Koniec rozdziału szóstego. C.d.n [/i]
tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 01 Sie, 2025 13:13
O raaaanyyy, ale cios ciężko się będzie drogiej Elżbiecie pozbierać, a co gorsza coraz częściej publicznie zdradza swój paskudny charakter najlepsze to to, że teraz contessa boi sie Luci no miód i brylanty po prostu
Trzykrotka - Pią 01 Sie, 2025 13:43
Trochę uważam za naciągane, że Juruś tak dogodnie spotkał tę Włoszkę - ale wiadomo - contessa będzie wracać do Tilling, a Lucia nie może za każdym razem być chora na grypę W każdym razie aferka zakończyła się całkowitą porażką Elżbiety, która na dodatek miała całkowitą rację
Będziemy teraz mieć trochę więcej Irene.
Tamara - Pią 01 Sie, 2025 16:50
Ojtam, jakiś Deus ex machina musiał sie pojawić, a ostatecznie ie było to całkowicie nieprawdopodobne
Cóż z tego że droga Elżbieta miała całkowita rację, skoro wykazała przy tym ujemne zdolności dyplomatyczne, za to wybujałe wścibstwo i plotkarstwo
Znajomość z Irene zdecydowanie zapowiada się interesująco
Trzykrotka - Pią 01 Sie, 2025 21:05
No prawda.... A Elizabeth się należało za monstrualne wścibstwo, to prawda.
Rozdział siódmy
Gdyby panna Mapp mogła usłyszeć, co działo się tego popołudnia w pokoju ogrodowym tak jak rano mogła zajrzeć do ogrodu, nigdy nie uznałaby Irene za bardziej osobliwie okrutną. Jej relacja z tego proszonego śniadania była bardziej niż obrazowa, bo tak dobrze oddała żarliwy monolog contessy i zachęty biednej Elizabeth, żeby wszyscy zgadywali to, co chciała żeby zgadli, że wydawało się, jakby to wszystko dosłownie. A jeszcze bardziej irytująca dla panny Mapp byłaby pełna politowania pogarda dla daremności jej złośliwych prób.
- Biedulka! – powiedziała. – Czasami się zastanawiam, czy jej nie odbiło. Una pazza: un po’ pazza… Ale żałuję, że nie poznałam contessy. Miło, że pochwaliła mój napisany w pośpiechu liścik i ośmielę się powiedzieć, że na pewno mówi po włosku bardzo dobrze. Jutro – bo po moich pysznych ćwiczeniach na trawniku dziś rano nie czuję się na siłach zrobić więcej – jutro z pewnością odważyłabym się wpaść po południu na pogawędkę z nią. Ale jak rozumiem, wyjeżdża rano.
ucia, żywy obraz żywotności i wigoru, podeszła do zasłoniętego okna i rozsunęła zasłony ruchem, który sprawił, że ich kółka zagrzechotały.
- Biedna Elizabeth! – powtórzyła. – Serce mnie boli z jej powodu, bo pewna jestem, że to jej złośliwe zgorzknienie ją unieszczęśliwia. Śmiem twierdzić, że to coś fizjologicznego: może ma chorą wątrobę lub nadkwasotę. Idealny system kalisteniczny mógłby zdziałać dla niej cuda. Ja nie mogę, jak na pewno rozumiesz, droga Irene, wyjść do niej z propozycją, po tym jak mnie potraktowała i po tych okropnych aluzjach, jakie wypuściła w świat, ale chciałabym, żeby wiedziała, że nie mam wobec niej złej woli. Przekaż jej to kiedyś. Oczywiście taktownie. Kobiety takie jak ona, które robią co mogą, by przy każdej okazji ranić innych i dokuczać im, są zwykle przewrażliwione na własnym punkcie, a ja nie chciałabym dokładać biedaczce więcej ciężarów. Musicie wszyscy być dla niej bardzo mili.
- Moja droga, jesteś cudowna! – powiedziała Irene w stanie ekstazy. - Jesteś czystą radością. Ale cóż z tego, skoro niedługo nas opuszczasz. To bardzo przykre, że wyjeżdżasz.
Lucia opadła na stołek przy fortepianie, który tak długo stał niemy prócz kilku akordów stłumionych przez pedał unsustenuto i zamyślona przypomniała sobie pierwsze takty słynnej powolnej partii.
Irene usiadła na rurach centralnego ogrzewania i zagapiła się na nią.
- Wszystko potrafisz – powiedziała. – Grasz jak sam anioł i potrafisz powalić Mapp małym palcem i umiesz skakać i grać w brydża i masz taki piękny charakter, że nie żywisz do Mapp urazy za jej podłe sztuczki. Cudowna jesteś! Zaprosisz mnie kiedyś do siebie do Riseholme?
Lucia nie przestając z doskonałym wyczuciem czasu wygrywać triole, gdy trwał ten festiwal jej doskonałości, rozważała, czy nie powiedzieć Irene od razu, że już praktycznie zdecydowała, że ich nie opuści. Planowała powiedzieć najpierw Jurusiowi, ale zrobi to, gdy ten wróci jutro, a zależało jej, by bez zwłoki obejrzeć dom. Zagrała zgrabne arpeggio w tonacji cis i zamknęła fortepian.
- Kochana jesteś, że tak mnie chwalisz, moja droga - powiedziała – ale co do odwiedzania mnie w Riseholme, to nie sądzę, że sama tam wrócę. Zakochałam się w kochanym Tilling i spodziewam się, że na stałe tu osiądę.
- Aniele! – zawołała Irene.
- Jestem w trakcie szukania domu, który będzie mi odpowiadał – kontynuowała, gdy Irene przestała już ją całować – z agencji obrotu nieruchomościami przysłali mi zlecenie obejrzenia domu, który szczególnie mnie pociąga. To ten biały dom przy drodze, która okala mokradła, pół mili stąd. Ładny ogród osłonięty przed północnym wiatrem. Miejsce trochę odludne, to prawda, ale jaki boski widok! Rozległy, pełen spokoju. Po drugiej stronie drogi grobla i wał powstrzymujący przypływy na rzece.
- Ależ znam go oczywiście, mówisz o Grebe! – zawołała Irene. – Ogród domku, w którym teraz mieszkam sąsiaduje z jego ogrodem. Och, kup go! Ty będziesz się tam urządzać, a ja tymczasem pozwolę Divie zostać w Taorminie, a Diva pozwoli Mapp mieszkać w Wasters, a Mapp wynajmie ci Mallars póki Grebe nie będzie gotowy. A ja będę do twojej dyspozycji cały dzień, by pomoc ci z umeblowaniem.
Lucia uznała, że nie ma realnego zagrożenia, że spotka contessę jeśli tam pojedzie: poza tym contessa wolała teraz jej unikać, by nie pokazać, jak słabo mówi po włosku.
- Popołudnie jest piękne – powiedziała – i myślę, że mała przejażdżka mi nie zaszkodzi. Niestety Juruś, który wraca jutro, zabrał mój samochód. Pożyczyłam mu go na ten tydzień nad morzem.
- Cała ty! – zawołała Irene. – Zawsze bezinteresowna!
- Kochany Juruś! Cieszę się, że mogłam dać mu taki mały podarunek – powiedziała Lucia. – Zadzwonię do wypożyczalni i poproszę by przysłali mi coś z dachem. Jedź ze mną kochana jeśli nie masz niczego innego do roboty. Rozejrzymy się po domu.
Lucia znalazła w Grebe mnóstwo rzeczy, której jej odpowiadały. Choć dom stał blisko drogi, nie był na widoku, bo osłaniał go gęsty żywopłot grabowy: poza tym droga nie była szczególnie uczęszczana. Pokoje były przestronne, na parterze znajdował się hol i jadalnia i szerokie schody wiodące na pierwsze piętro, na którym mieściły się dwie czy trzy sypialnie i długi uroczy salon z czterema oknami wychodzącymi na łąki rozciągające się za drogą i wysoki brzeg rzeki. Dalej można było podziwiać płaskie, puste przestrzenie mokradeł i wzgórze z Tilling wyrastającym z nich o pół mili na zachód. Tuż za domem znajdował się klif, który był kiedyś linią brzegową nim osuszono i zrekultywowano bagna i stanowił rzadką ochronę przed północnymi i wschodnimi wiatrami. Wszystkie te ładne pokoje wychodziły na południe i wszystkie miały piękny widok na morze; miały charakter i szlachetność i Lucia od razu zobaczyła się jako ich mieszkankę. Kuchnia i pomieszczenia gospodarcze mieściły się w osobnym skrzydle i również miały swój charakter, bo kuchnia ewidentnie była kiedyś wozownią i nadal zachowała właściwe dla wozowni duże podwójne drzwi. Niegdyś biegła droga od nich do ogrodu kuchennego, ale ponieważ pomieszczenie nie było już wozownią, drogę zastąpiono szeroką żwirową ścieżkę obramowaną grządkami warzywnymi.
- Ma molto conveniente – mówiła Lucia raz po raz, bo znów można było bezpiecznie mówić po włosku, skoro contessa nie mniej niż pna sama była zdecydowana unikać konwersacji w tym języku. – Mi piace molto. E un bel giardono.
- Uwielbiam słuchać jak mówisz po włosku – wykrzyknęła Irene – zwłaszcza kiedy wiem, że to najlepsze wykonanie. Nauczysz mnie? Och, jak się cieszę, że dom ci się podoba.
- Ależ jestem nim zachwycona – powiedziała Lucia. – Jest nawet garaż połączony z ładnym domkiem, w sam raz dla Cadmana i Foljambe.
Nagle urwała, bo w zapale zachwytów nad domkiem zapomniała o okropnej katastrofie, jaka zaraz może dotknąć Jurusia jeśli ona postanowi zostać w Tilling. Ani razu nie pomyślała o nim i teraz po raz pierwszy dotarło do niej, jak okrutny cios na niego spadnie, gdy wróci jutro cały opalony po pobycie w Folkstone. Był dla niej prawdziwym Deus ex machina, jego chwila geniuszu zmieniła bardzo groźny moment w chwilę tryumfu, a teraz ona miała zbić sztylet w samo serce jego domowego spokoju wiadomością, że ona, a zatem Cadman, a zatem Foljambe nie wracają do Riseholme…
- Och, zamierzają się pobrać? – spytała Irene. – Czy może tylko będą razem żyć? Ciekawe!
- Droga Irene, już nie bądź taka nowoczesna – powiedziała Lucia dość ostro. – Małżeństwo oczywiście, a wcześniej zapowiedzi. Ale póki co to nie takie ważne. Podobają mi się te wielkie podwójne wrota do kuchni. Na pewno je zachowam.
- No po prostu zadziwiające, że od razu myślisz o drzwiach kuchennych – powiedziała Irene. – Wygląda, że naprawdę chcesz kupić ten dom. Mapp chyba eksploduje kiedy o tym usłyszy! Muszę przy tym być. Powie: „Droga Lulu, co za radość,” a potem padnie z pianą na ustach.
Lucia zatopiła spojrzenie w mokradłach, gdzie ukośne promienie zachodzącego słońca zmieniły nisko snujące się pasma mgły w róż i złoto. Przypływ był w najwyższym punkcie i szerokie koryto rzeki wpadającej do morza wypełnione było od brzegu do brzegu. Tu o tam, gdzie brzegi rzeki były niższe, woda przelewała się na sąsiadujące z rzeką skrawki lądu, tu i tam rozlewając się w szerokie jeziora obmywała graniczne groble. Na łąkach pasły się owce, mewy szybowały nad wodą, a o pół mili na zachód czerwone dachy Tilling lśniły jakby się topiły, nie tylko od miękkiego blasku wieczornego światła, ale (dla wprawnego oka) intensywności spraw, które płonęły pod nimi… Lucia nie wiedziała, co daje jej więcej radości, magia mokradeł, jej decyzja by tu osiąść, czy wizja nauczki danej Elizabeth.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
|
|
|