To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Panna Mapp

Trzykrotka - Śro 16 Kwi, 2025 22:12

Popłynęli, a teraz będą konsekwencje :paddotylu:

Z zadumy nad tą nierozwiązywalną zagadką wyrwał go trzask klapki skrzynki na listy. Albo była to pierwsza poranna poczta; w takim przypadku było o wiele później niż myślał, a mimo to wciąż cudownie ciemno, albo była to ostatnia poczta, a w tym przypadku było o wiele wcześniej niż myślał. Ale cokolwiek to było, do jego skrzynki wrzucono list i on go wyjął. Koperta była świeżo zaklejona, co zaoszczędziło mu kłopotów z otwieraniem. Wewnątrz znajdowała się połowa kartki, a na niej kilka słów. Treść brzmiała następująco:

Do kapitana Puffina:

Sir,
Moi sekundanci zjawią się u pana jutro rano.
Pański pokorny sługa,
BENJAMIN FLINT


Puffin poczuł się spokojny jak tropikalna noc i odważny jak kapitan. Gdzieś pod tym spokojem kryło się potężne uczucie niepewności. Zdusił je.
– Bardzo akuratnie – powiedział głośno. – „Qui” akuratnie. Obraza. Krew. Sekundanci nie będą czekać ani sekundy. Lepiej porządnie się wyspać.
Poszedł na górę do swej sypialni, padł na łóżko i natychmiast zaczął chrapać.

Kiedy się obudził, było nadal ciemno, prostokąt okna był już widoczny spoza okiennic, a on wywnioskował, że choć to jeszcze nie poranek, to niestety wszystko ku niemu zmierza. Kiedy obrócił się na bok, jego ręka zetknęła się z płaszczem, a nie prześcieradłem i dotarło do niego, że śpi w ubraniu. Potem, niby brzęk cymbałów i łomot bębna w jego głowie, napłynęły do niego z wielką mocą wydarzenia poprzedniego wieczoru. Za kilka godzin będzie musiał przygotować się na śmiertelne starcie. Zniknął gdzieś gniew, zniknęła whisky, a zwłaszcza zniknęła odwaga. Wyraził do wszystko jednym jękiem: „O Boże!”
Z trudem przybrał pozycję siedzącą i zapalił zapałkę, a od niej – świeczkę. Poszukał zegarka, który powinien być obok, ale go nie było. Co się z nim mogło stać… Wtedy przypomniał sobie, że jest on na swym zwykłym miejscu, w kieszeni kamizelki. Spojrzenie na jego tarczę, a następnie przyłożenie sobie do ucha tylko obnażyło fakt, że zegarek zatrzymał się wpół do szóstej. Z coraz jaśniejszym umysłem doszedł do wniosku, że go nie nakręcił… Było więc już na pewno po wpół do szóstej, ale jak wiele po wiedzieli tylko Władcy Czasu – czasu, który tak bardzo ocierał się o Wieczność.
Poczuł, że Wieczność nie jest mu do niczego potrzebna, za to nie może marnować Czasu. W tej właśnie chwili to on był najcenniejszy.
Z otchłani Kosmicznej Świadomości przyszła do niego myśl, że mianowicie pierwszy pociąg do Londynu odjeżdża o wpół do siódmej rano. To był powolny pociąg, ale z pewnością docierał na miejsce, a opuszczał Tilling. Nie kłopotał się rozważaniem, jak ta myśl do niego przyszła: najważniejsze że przyszła. Doszła do tego świadomość, że od wpół do szóstej dzieliła go niemożliwa do ustalenia liczba minut.
Pod łóżkiem miał torbę Gladstone. Zabrał ją wczoraj z klubu zaraz po partii golfa tak pełnej kłopotów i mokrych skarpetek, a która teraz miała w sobie jakieś lśniące bezpieczeństwo spokojnych, pogodnych dni z przeszłości. Jaka mała – pomyślał sobie zaczynając pospiesznie wkładać do niej koszule, krawaty, kołnierzyki i inne użyteczne przedmioty i docenił słodkie udogodnienia życia, jego miłe rozmowy i towarzystwo, szczytowe osiągnięcia, grzyby, nieprzewidziane wydarzenia. Miały teraz w sobie blask i drogocenność związaną z życiem samym. Pragnął przeżyć ich więcej, bo nie wiedział kiedy trwały, jak były cudowne.
Dom jeszcze spał kiedy dziesięć minut później zszedł na dół ze swą torbą. Na stole w salonie, gdzie łatwo znalazłaby ją pokojówka, zostawił kartkę papieru, na której napisał „Wezwany w pilnej sprawie” (zadrżał przy tych słowach). „Nie przesyłać żadnych listów. Odezwę się...” (styl telegraficzny jakoś wydawał mu się najbardziej pasować do sytuacji) Potem cichutko wyszedł z domu.
Nie mógł się powstrzymać przed rzuceniem bojaźliwego spojrzenia w okno swego dawnego przyjaciela i potencjalnego mordercy. Ze zgrozą zauważył, że za okiennicą sypialni majora paliło się światło i wyobraził sobie, że siedzi on tam i pisze do swych sekundantów – ciekawe, kim będą ci sekundanci – lub poleruje pistolety. Wszystkie pogłoski i aluzje o pojedynkach i sprawach honorowych majora, które dawniej puszczał mimo uszu nie wierząc w połowę z nich, wlały mu się teraz w pamięć jak czerwony potok i odkrył, że teraz w nie wierzy z żarliwą szczerością. Po jakie licho kiedykolwiek próbował (bez wielkiego sukcesu) nazywać tego połykacza ognia hipopotamem?
Wichura z poprzedniej nocy już osłabła, a z ponurego nieba padał zimny, gęsty deszcz, gdy kapitan na paluszkach schodził ze wzgórza. Gdy za zakrętem zniknął z widoku z domu pojedynkowicza, puścił się kulawym biegiem, któremu dodał szybkości dźwięk gwizdka pociągu dobiegające z dworca. To było psychiczne napięcie najgorszego rodzaju nie wiedzieć, ile czasu minęło od zatrzymania się zegarka do jego przebudzenia i dźwięk tego gwizdka, za którym poszło kilka krótkich sapnięć pary mogło oznaczać, że to pociąg o szóstej trzydzieści uwozi do Londynu, w interesach lub dla przyjemności, jego bezpiecznych i beztroskich pasażerów. Rozchlapując kałuże, z przekrzywioną torbą, z płaszczem przeciwdeszczowym owijającym się wokół nóg dopadł wreszcie od poczekalni i kas biletowych oświetlonych przydymioną, gasnącą lampą i zwrócił twarz w stronę pogrążonego w mroku zegara...
Ze spazmem ulgi zobaczył, że zdążył. W istocie przybył na dworzec w całkiem niezłym czasie, bo miał tylko kwadrans oczekiwania. Następna niespokojna wewnętrzna debata dotyczyła problemu, czy kupić bilet w jedną czy w dwie strony. Optymizm, czyli nadzieja, że spokojnie i bezpiecznie wróci do Tilling przed upływem sześciu miesięcy na które bilet był ważny skłaniała do większego wydatku, jednak w tych niepewnych okolicznościach trudno było o optymizm, kupił więc bilet pierwszej klasy w jedną stronę, bo w taki poranek i podczas takiej podróży musiał zapewnić sobie taką wygodę, jaką mógł osiągnąć dzięki lusterkom, wyściełanym siedzeniom i fotografiom interesujących miejsc po drodze. Nie miał żadnej wizji przyszłości: była to ciemna studnia, w którą niebezpiecznie było zaglądać. W tunelu nie widać było światełka: prócz nagłej śmierci majora bez słowa na temat wyzwania jakie wysłał kapitanowi wczoraj w nocy i szybkości, z jaką jego odbiorca wolał się ulotnić niż stanąć przed lufą jego pistoletu, nie był w stanie imaginować sobie żadnego zbiegu wydarzeń, który pozwoliłby mu wrócić do Tilling, bo albo będzie musiał się bić (a był zdeterminowany by tego nie robić) albo wytykany pogardliwym palcem jako ten, który walki odmówił, a obie te opcje były dla niego nie do zniesienia. Obwiniał się gorzko za zrobienie sobie przyjaciela - a co gorsza – wroga) z kogoś tak staroświeckiego i spierniczałego, że przenosił pojedynki do współczesności. . . . I jeśli z czegoś mógł być zadowolony, to cieszył się, że kupił bilet w jedną, a nie w dwie strony.
Odwrócił myśli od czarnej przyszłości i pozwolił im zagłębić się w niewiele weselszą przeszłość. Potem podniósł ręce i schował w nich twarz z głuchym jękiem. Przez jakieś żałosne zapomnienie zostawił wyzwanie majora na kominku, gdzie jego służąca na pewno bez trudu je znajdzie i przeczyta. To wyjaśni jego nieobecność o wiele lepiej niż instrukcje napisane w telegraficznym skrócie, które zostawił jej na stole. Nie było już czasu żeby wracać po list, nawet gdyby zdecydował się zaryzykować, że major go zobaczy i za godzinę lub dwie cała historia za pośrednictwem Withers, Janet itd. rozniesie się po całym Tilling. Tak więc nie było sensu myśleć ani o przyszłości ani o przeszłości i aby w ogóle zakotwiczyć się w świecie i zachować zdrowie psychiczne musiał w całości zająć się teraźniejszością. Minuty, choć długie, jednak mijały i zakładając, że jego pociąg przyjedzie punktualnie, to jeszcze pięć tych ciągnących się maruderów i będzie wolny. Gazeciarz zdjął osłony ze swego straganu, tragarz zgasił kopcącą lampę i Puffin zaczął nasłuchiwać dudnienia nadjeżdżającego pociągu. Miał tu stać trzy minuty: jeśli jest o czasie, dotrze na stację za pięć.

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 17 Kwi, 2025 14:28

O rany :shock: :shock: :shock: :paddotylu: :paddotylu: :paddotylu: a to sie porobiło :opad_szczeny:
teraz brakuje tylko, żeby w sąsiednim przedziale znalazł się major B. ,który otrzeźwiawszy zobaczył co narobił, i będąc patentowanym tchórzem postanowił zrobić to samo :rotfl:

Trzykrotka - Sob 19 Kwi, 2025 00:46

Tamaro, miałaś przebłysk proroczy :mrgreen:
Tamara - Sob 19 Kwi, 2025 18:17

Poważnie :lol: :paddotylu: ? :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Nie 20 Kwi, 2025 09:38

Zaczynasz myśleć jak rodowita Tillingnianka :excited:

Proszę, tak to się potoczyło i jak Elżbieta podłączyła się do afery.

Z placu przed dworcem dobiegł łomot biegnących ciężkich stóp. Jakiś poranny wędrowiec jak on sam spieszył się na ten sam pociąg. Drzwi otwarły się z rozmachem i – ociekając deszczem i łapiąc oddech od biegu – major Flint stanął w wejściu na peron. Puffin jeszcze nie zauważony, w panice rozejrzał się szukając drogi ucieczki, ale było za późno i ich oczy się spotkały.
W tej chwili skrajnego przerażenia Puffina uderzyły dwie rzeczy. Jedną było to, że major oglądał się za otwarte drzwi za sobą jakby zastanawiał się nad ucieczką, druga, że niósł torbę Gladstone. W tej samej chwili major przemówił, jeśli ten warczący piorun wzgardliwego oburzenia można było nazwać mową.
- Ha! A więc dobrze zgadłem! – zaryczał. – Domyśliłem się, sir, że może pan rozważać ucieczkę i – w istocie ja przyszedłem tu by sprawdzić, czy będziesz czmychał. Miałem rację. Tchórz z pana, kapitanie Puffin! Ale bez obaw, major Flint nie zniży się do walki z tchórzem.
Puffin wydał głębokie westchnienie ulgi, a potem, stając przed własną torbą Gladstone żeby ją ukryć wybuchnął piskliwym śmiechem.
- Rzeczywiście! – powiedział – I czemuż to, majorze, uznałeś pan za konieczne spakować torbę Gladstone by powstrzymać mnie przed ucieczką? Powiem ci, co się stało. To ty uciekałeś i dobrze o tym wiesz. Tak myślę. To ja przyszedłem cię zatrzymać, ty nędzny zbiegu. Rana ci dokucza, co? Nie chcesz następnej, co?
Nastała okropna cisza, którą przerwało otwarcie drzwi za majorem i wejście tragarza uginającego się pod ciężarem kufra podróżnego
– Kufer też spakowałeś żeby mnie powstrzymać – zauważył Puffin jadowicie – Ciekawy sposób. Jesteś tchórzem, sir! Ale wracaj do domu. Jesteś bezpieczny. Będą miały o czym opowiadać na herbatkach.
Puffin odwrócił się ze wzgardą wciąż zasłaniając własną torbę. Niestety była ułożona tak koślawo, że poła płaszcza zahaczyła o nią i torba spadła na ziemię
Wpatrywali się w siebie przez chwilę, po czym wybuchnęli niepohamowanym śmiechem. Pociąg wtoczył się wolno na stację, ale żaden nie zwrócił na niego uwagi i tylko potrząsnęli głowami gdy zawiadowca przypomniał im, że pora zajmować miejsca. Jedyną rzeczą, która mogła przywrócić powagę kapitanowi Puffinowi była trudność w odzyskaniu wpłaty za niewykorzystany bilet, a odjazd pociągu z jego kufrem na pokładzie uczynił to samo dla majora.

Jak łatwo sobie wyobrazić, wydarzenia tej nocy i poranka wkrótce dostarczyły całemu Tilling jednej z najbardziej niezwykłych zagadek, z jaką musiało się ono mierzyć. Gdy Puffin był już na stacji, jego służąca znalazła i przeczytała nie tylko notatkę przeznaczoną dla niej, ale i wyzwanie na pojedynek, które porzucił on na obudowie kominka. Uznała za swój obowiązek zanieść je do pani Gashly, jego kucharki i kiedy obie budowały już na tych podstawach najkrwawsze konstrukcje, przerwało im wejście kapitana Puffina, w wyśmienitym humorze, który po bezowocnym poszukiwaniu wyzwania był zadowolony, bo jego treść nie wiązała się już z niebezpieczeństwem i śmiercią i doszedł do wniosku, że je podarł.
Następnie pani Gashly, przygotowawszy śniadanie o tak niezwykle wczesnej porze, z wyzwaniem w dłoni zapukała do drzwi kuchennych domu majora aby pożyczyć tarkę do gałki muszkatołowej i dowiedziała się, że pracodawca pani Dominic (bo ‘panem” trudno było go nazwać) wyszedł z wielkim pośpiechem o świcie na dworzec z torbą Gladstone i kufrem, którego potem już nie widziano, choć sam major powrócił.
Zatem pani Gashly podjęła wyzwanie i widząc pannę Mapp na High Street o wpół do jedenastej, Dominic i Gashly poszły razem do jej domu, żeby sprawdzić, czy Withers nie dorzuci do sprawy czegoś nowego, a jeśli nie, to czy pożyczy tarkę do gałki muszkatołowej. Musiały zadowolić się tarką, ale omówiły sprawę wyzwania z Withers, a ona – że miała coś do załatwienia w domu Divy – przekazała ją Janet, która bez zwłoki popędziła na górę do swej pani. Diva, ledwie usłyszała nowiny, wybiegła na High Street, gdzie z odpowiednimi dodatkami opowiedziała wszystko pannie Mapp, Evie, Irene i padre, od każdego odbierając przysięgę całkowitej dyskrecji. Dziesięć minut później Irene spytała bezbronnego pana Hopkinsa, który znowu był Adamem, co wie o całej sprawie, a Evie, z jej mysim kroczkiem, który wyglądał na tak szybki, a był bardzo rozważny, miała nieprzyjemność ujrzenia, że panna Mapp ją wyprzedziła i że wpuszczają ją do Poppitów kiedy tylko pojawiła się przed drzwiami. Słusznie uznała, że po ostatniej aferze ze schowkiem na żywność w pokoju ogrodowym, nie ma nic ważniejszego, co skłoniłoby tę damę do wejścia w nienawistne progi niż „pojedynek.” I w końcu dziesięć po jedenastej major Flint i kapitan Puffin widziany byli przez jednego lub dwóch szczęściarzy (poranek się trochę przejaśnił) jak idą razem do tramwaju i wszyscy bez wyjątku dowiedzieli się, że są oni w drodze na pojedynek przy którymś z odległych dołków na wydmach.

Po wizycie u Poppitów około jedenastej panna Mapp poszła wprost do domu i zajęła pozycję w oknie, z którego mogła mieć oko na domy pojedynkowiczów. W obawie, że Evie ją wyprzedzi i pierwsza powie paniom Poppit, nie czekała by się dowiedzieć, że obaj wrócili i wiedziała tylko o wyzwaniu i że obaj poszli na dworzec. Sformułowała już sobie własną, bardzo chwalebną historię pojedynku (przeszłą lub przyszłą) i ogarnięta emocją wycofała się ze słownego bicia piany żeby ją przemyśleć i, jak już wspomnieliśmy, mieć oko na dwa domy poniżej. Wtem w polu widzenia pojawił się padre, kroczący szybko pod górę, a ona ledwo miała czas pod osłoną kotary wrócić do stołu, na którym jej słodkie chryzantemy błagały o wodę, gdy Withers go zaanonsowała. Miał ściągnięte brwi i prawie zapomniał mówić i po szkocku i po staroangielsku. Po pierwszej wymianie słów stało się jasne, że oboje słyszeli nowiny.
– Okropna sytuacja – powiedział padre. – Pojedynki stoją w ostrej sprzeczności z chrześcijańskimi zasadami, a także, jak mi się zdaje, kodeksem cywilnym. Odbezpieczony pistolet w niewprawnych dłoniach może spowodować nieodwracalne skutki. Major Flint, jak słyszano, jest doświadczony w pojedynkach… Co oczywiście jest jeszcze groźniejsze.
W tym właśnie momencie major Flint wyszedł z domu i wywołał Puffina głośnym „qui-hi!” Panna Mapp i padre, pogrążeni w tych krwawych możliwościach, ani ich nie zobaczyli ani nie usłyszeli. Panowie poszli razem w stronę High Street, nieświadomi, że ich wygląd i poczynania się komentowane bardziej niż List do Hebrajczyków. W pokoju ogrodowym panna Mapp westchnęła i opuściła wzrok na chryzantemy.
– To straszne! – powiedziała. – I to w naszym spokojnym, cichym Tilling!
– Może pojedynek już się odbył i…. i chybili – rzekł padre. – Widziano ich obu jak wracają wczesnym rankiem do domów.
– Kto ich widział? – spytała panna Mapp zazdrośnie. Ona o tym nie słyszała.
–– Hopkins – odpowiedział. – Hopkins widział, jak wracają.
– Nie ufałabym zbytnio temu człowiekowi – powiedziała panna Mapp. – Hopkins może mijać się z prawdą. Nie mam dobrego zdania o jego standardach moralnych.
– A to czemu?
Nie była pora na dyskusję o nagości Hopkinsa i panna Mapp pominęła pytanie milczeniem.
– Teraz to nie ma znaczenia, padre – rzekła. – Pragnęłabym tylko móc myśleć, że pojedynek odbył się bez ofiar. Ale kufer majora Banjy’ego… to znaczy majora Flinta – nie wrócił do domu. Tego jestem pewna. Co jeśli wysłali go gdzieś, gdzie nikt go nie zna, pełnego pistoletów i różnych takich?
– To możliwe, potwornie możliwe – powiedział padre. – Chciałbym wiedzieć, jakie dokładnie są w tym przypadku moje obowiązki. Nie powinienem wahać się… no cóż, zrobić wszystkiego co w mojej mocy by skłonić ich do porzucenia tego morderczego projektu. Jak pani myśli, co było przyczyną konfliktu?
– Tego wiedzieć nie mogę – rzekła panna Mapp. I pochyliła głowę nad chryzantemami.
– Ta wasza piękna lecz dekoncentrująca płeć – powiedział w chwili nagłej galanterii – zwykle bywa powodem zwad. Zauważyłem, że obaj zdaje się szczerze podziwiali pannę Irene.
Panna Mapp poderwała głowę i odezwała się bardzo gwałtownie.
– Droga, dziwaczna Irene, na pewno nie ma z tym nic wspólnego. – powiedziała, mając doskonałą rację. – Nigdy i nic!
Była w tym niezaprzeczalna szczerość i padre, Tillingianin do szpiku kości, natychmiast wyciągnął wniosek, że panna Mapp wie co (lub kto) jest przyczyną całego tego niebywałego zamieszania. A że znów pochyliła głowę nad chryzantemami i zrobiła się purpurowa, uznał, że delikatność nakazuje mu nie pytać o więcej.
– Co chce pan zrobić, drogi padre? – spytała niskim głosem dławiąc się z emocji. – Cokolwiek postanowisz, będzie to po chrześcijańsku. Och, ci gwałtownicy! Duże dzieci!
Padre płonął z ciekawości, ale skoro delikatność wstrzymywała go przed zadawaniem pytań, które jak sorbet musowały mu na języku, spróbował innego sposobu.
– Myślę, że moim obowiązkiem jest pójść prosto do majora –powiedział - który wydaje mi się siłą sprawczą w całej sprawie, powiedzieć mu, że wiem wszystko… i domyślić się reszty – dodał.
– Nic z tego co powiedziałam – rzekła panna Mapp w wielkim pomieszaniu – nie może mieć nic wspólnego z twoimi domysłami. Obiecaj mi, padre.
Tę intymną i owocną rozmowę przerwał odgłos dwóch kroków tuż za drzwiami i zanim Withers miała czas powiedzieć „Pani Plaistow,” Diva wpadła do pokoju.
– Wsiedli obaj do tramwaju o 11:20 – wysapała i padła na najbliższe krzesło.
– Razem? – spytała panna Mapp czując nagły powiew niezadowolenia na myśl o przemianie pojedynku na pistolety w pojedynek na kije golfowe.
– Tak, ale to zasłona dymna! – wydyszała Diva. – Rozmawiali się i śmiali, czysta farsa! Pojedynek wśród wydm!
– Padre, musisz ich powstrzymać – powiedziała panna Mapp słabo.
– Ale jeśli pistolety były w kufrze… - zaczął.
– Jakim kufrze? – krzyknęła Diva, która nic o tym nie słyszała.
– Kochanie, zaraz ci powiem – rzekła panna Mapp. – To było tylko moje przypuszczenie, padre. Nie ma czasu do stracenia.
– Ale i tramwaju do złapania – powiedział padre. – Już do tego czasu odjechał.
– To taksówka, padre! Och, nie trać czasu!
– Jedzie pani ze mną? – spytał niskim głosem – Pani obecność…
– Lepiej nie – odpowiedziała. – To mogłoby… Lepiej nie – powtórzyła.
Zeskoczył ze schodów i zobaczyły, jak zbiega w dół ulicą.
– Co z tym kufrem? – spytała Diva zachłannie.


c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Trzykrotka - Pon 21 Kwi, 2025 16:46

Padre wyrusza z chrześcijańską misją ratunkową

Padre rozpoczął swą chrześcijańską misję z wielkimi obawami i gdyby nie doprawiała jej szczypta ducha przygody, pewnie porzuciłby ją i wrócił do pisania kazania, które w końcu też było chrześcijańskie. Już sam przejazd taksówką na pola golfowe wiązał się z rujnującym wydatkiem, ale nie dało się inaczej, jeśli miał nadzieję dotrzeć tam na czas by zapobiec potencjalnie śmiertelnemu starciu. Trzeba mu oddać, że choć obecna misja związana była ściśle z jego pozycją duchowego przywódcy Tilling, odrzucił natychmiast sam pomysł wpisania opłaty za taksówkę do tabelki wydatków kościelnych i kiedy kręcił się po prostej drodze przez mokradła, jedyną rzeczą, która podnosiła jego ducha i zwiększała odwagę był romantyczny charakter jego misji. Dzięki temu, czego panna Mapp za nic nie chciała wypowiedzieć, nie miał już najmniejszych wątpliwości, że to ona w jakiś sposób, który nie wymagał wielkich domysłów, była powodem pojedynku, któremu właśnie próbował zapobiec. Od lat przecież toczyły się niezmienne i poufne dyskusje na temat, czy poślubi ona majora Flinta czy kapitana Puffina, więc nie było sensu szukać innych wyjaśnień. Prawdą było, że ona, jak to się mów „była nie od tego,” ale podobnie i w tym samym stopniu działo się z wiarusami, a im szybciej dwoje z tej trójki "spiknie się" na stałe, tym lepiej. Bez wątpienia doszło do jakiegoś kryzysu zaognionego przez miłość... Zamierzał po powrocie opowiedzieć to wszystko żonie.
Po powrocie! Niewypowiedziane słowa sprawiły, że jego serce zamarło. A co jeśli nigdy nie powróci? Miał wszak zamiar postawić się w sytuacji wcale nie błahego zagrożenia. Planował przejechać obok budynku klubu taksówką, a potem pieszo, po jej zwolnieniu, udać się wprost ku zapadniętym piaszczystym wydmom, które, odległe i nie niepokojone, pełne dogodnych dołków i dolinek rozciągały się wzdłuż wybrzeża ponad płaską plażą. Wiedział, że każde z takich zagłębień może kryć pojedynkujących się i właśnie strzelających, więc jego głowa, którą musiał wystawiać żeby do nich zajrzeć, była nie zabezpieczona. Będzie musiał (jeśli zdąży) rozdzielić walczących i kto wie, czy zdenerwowani tym, że im przerwano, nie wycelują pistoletów najpierw w niego, a potem dopiero rozstrzygną swój pojedynek? Jedno morderstwo więcej nie uczyni desperatom żadnej różnicy. Mogą go czekać i inne wstrząsy, mniej śmiercionośne, ale też wytrącające z równowagi. Może się spóźnić, wytknąć głowę ponad jeden z tych kraterów tylko po to, by odkryć, że leżą w nim broczące krwią, o ile nie zniekształcone, ciała. Albo tylko jedno ciało będzie zniekształcone, a drugie, nietknięte, podąży za nim przez wydmy, oferując wymianę – milczenie za życie. Wtedy – zauważył z bólem – musiałby podjąć bolesną decyzję. Na szczęście kapitan Puffin (jeśli to on miałby przeżyć) był chromy…
Ze ściągniętą twarzą i błagalną modlitwą na ustach zaczął systematycznie przeszukiwać wydmę po wydmie. Nerwy zaczynały go zawodzić i często padał dysząc w kolczaste zarośla nim odważył się zajrzeć przez szczyt zbocza, na które się wspiął. Uszy mu drżały w oczekiwaniu na huk wystrzału z bardzo bliska, a przypadkowo przejeżdżający tamtędy samochód sprawił, że wyskoczył w powietrze jak z procy. Zbocza wydm były strome, a jego buty tak pełne piasku, że od czasu do czasu mimo nagłości jego zadania, zmuszony był się zatrzymywać, żeby go wysypać. Potykał się na króliczych norach, wykręcił kostkę, a jego spodnie zaczepiły się o nitkę drutu kolczastego, pozostałość obrony wybrzeża z czasów Wielkiej Wojny, kruszył stopami skorupy garnków, kopał porzucone kociołki, ale z dokładnością oddającą chlubę jego hartowi i chrześcijańskiej odwadze ducha, przeszukał milę tych niebezpiecznych wydm od końca do końca i zajrzał w każde zagłębienie. Dwie godziny później, zmęczony, poobdzierany i zlany potem dotarł w pobliże klubu by tu zakończyć swe bezowocne poszukiwania.
Wytoczył się zza rogu i dotarł do osiemnastego greenu. Zajęty był on przez dwie postaci, a których jedna układała się do uderzenia. Chybiła. Potem zobaczył, kim są te postaci: kapitan Puffin właśnie chybił uderzenia, a twarz majora Flinta miała wyraz współczucia.
– Pech, staruszku – powiedział. – No cóż, niezły mecz i remis. Patrzcie no, jest i padre! Na spacerku? Dołącz do nas wielebny po południu. W cholerę z kazaniem.

koniec rozdziału piątego

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 22 Kwi, 2025 10:38

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: i tak Wielkie Wydarzenie spaliło na panewce, a raczej wpadło do dołka.....
Trzykrotka - Wto 22 Kwi, 2025 13:20

Oj wpadło, wpadło, panowie dostali nauczkę żeby się na przyszłość nie zapędzać za daleko po rzymskich drogach, bo z dzienników będą nici. Ale nie wątp Tamaro, że to koniec afery! Tilling wie i nie zapomina :mrgreen:
Tamara - Wto 22 Kwi, 2025 13:49

No mam nadzieję, TAKI potencjał nie może się zmarnować :angeldevil:
Trzykrotka - Wto 22 Kwi, 2025 23:28

Uwaga, mieszkańcy Tilling wychodzą "podziwiać kolory jesieni" :lol: a samozwańcza heroina romansu robi listę

Rozdział szósty

Ten sam zachwycający widok na końcu High Street ponad mokradłami, który nie tak dawno był świadkiem ostatecznego starcia w Wojnie Róż i pojednania które po nim nastąpiło, okazał się tego ranka szczególnie atrakcyjny dla tych, którzy wiedzieli (a kto nie wiedział?), że przeciwnicy wyruszyli tramwajem o 11:20 aby się pojedynkować wśród wzgórz i że nieustraszony padre podążył za nimi taksówką. Taksówka padre wróciła pusta, a kierowca chyba o niczym nie miał pojęcia, więc pozostało tylko pójść na lunch i czekać na następny tramwaj, który przyjeżdżał o 13:37. W rezultacie wszystkie drzwi w Tilling otwarły się jak drzwiczki kukułki w zegarze na dziesięć minut przed przyjazdem tramwaju, a ta przyjemna promenada pełna był tych, którzy tak lubili podziwiać kolory jesieni.
Stąd postępy tramwaju jadącego przez równinę były w pełni widoczne; podobnie jak przypominająca szopę stacja po drugiej stronie rzeki, która była przystankiem tej linii i kiedy dwu wagonowa kolejka dotarła do końca podróży, napięcie oczekiwania było tak wielkie, że wręcz nieznośne. Kilka godzin minęło od czasu, gdy cała trójka, jak ci rybacy, którzy odpływają na zachód i nikt ich więcej nie widział póki ciała nie wypłynęły na lśniący piasek, wyruszyła na wydmy i - jak uznawała Kosmiczna Świadomość Tilling - kilka godzin wystarczało, żeby stoczyć pojedynek - jeśli padre nie zdążył go zastopować - i żeby padre zdołał interweniować jeśli dotarł na czas. O ile wszyscy się orientowali, nie wzywano pomocy lekarskiej, ale dość jasnym powodem mógł być fakt, że umiejętności lekarza nie były już potrzebne jednemu, a może – o zgrozo! – i obu walczącym. Ale jeśli tak było, miło było mieć nadzieję, że padre zdążył na czas z duchowym wsparciem dla tego, któremu pierwsza pomoc ani bandaże nie mogły już pomóc.
Różnorodność wariantów tego, co mógł zawierać nadjeżdżający tramwaj buchający właśnie parą, była wręcz oszałamiająca. Wirowały one w głowie panny Mapp jak jesienne liście, które tak kochała, a ona na próżno usiłowała je połapać, a złapane odliczać na palcach. Co więcej, każda możliwość miała swoje uzasadnienie. Na przykład (zaczynając od kciuka):
1. Jeśli nikt ważny nie wysiądzie z tramwaju, może tak być ponieważ:
a) nic się nie stało i cała trójka gra w golfa
b) stało się najgorsze i – czego obawiał się padre – przeciwnicy zastrzelili najpierw jego, potem pozabijali się nawzajem
c) stało się drugie najgorsze i padre organizuje transport zwłok
- majora Benjy, lub
- kapitana Puffina, lub
- obu.
Panna Mapp puściła kciuk i lekko dotknęła palca wskazującego.
II Padre mógłby przybyć sam.
W takim wypadku wszystko lub nic mogłoby przytrafić się jednemu lub obu pozostałym, a wszelkie nieprzewidziane okoliczności związane z takim przybyciem były tak liczne, że nie było czasu ich uporządkować.
III Padre mógł przybyć z dwiema kulejącymi postaciami, którym towarzyszył. Nie można tu zapominać, że kapitan Puffin zawsze kulał, a major czasami. Panna Mapp nie zapomniała.
IV Padre może przywieźć któregoś na noszach. Pytanie: którego?
V Padre może przyjechać z parą noszy
VI Trzy pary nosze mogą przyjechać z lśniących w słońcu wydm do miasta, w którym kobiety płaczą i załamują ręce.
W takim przypadku panna Mapp widziała samą siebie jak dodaje ducha biednej Evie, która teraz biegała jak mała myszka od grupki do grupki chwytając okruchy Kosmicznej Świadomości.
Panna Mapp dotarła już do szóstego punktu, choć była świadoma, że nie wyczerpała wszystkich możliwości, kiedy tramwaj się zatrzymał. Ukradkiem wyjęła z kiszeni lornetkę teatralną (nastawiła ostrość zanim ją tam schowała) przez którą obserwowała już dziedziniec przed dworcem w dzień o wiele mniej ekscytujący niż dziś. Jedno spojrzenie i odłożyła ją z powrotem, zirytowana i rozczarowana sobą, bo rozwiązanie, które objawiło się jej oczom w ogóle nie przyszło jej do głowy. Zobaczyła mianowicie, że z tramwaju wyłaniają się trzy osoby i żadnych noszy. Jeden z osobników utykał co prawda, ale w sposób tak naturalny, że nawet nie siliła się na jakieś wnioski odnośnie jego chwiejnego kroku. Cała trójka ruszyła ramię w ramię przez most nad rzeką w stronę miasta.
Nie miało sensu zaprzeczać, że Kosmiczna Świadomość pań z Tilling zdawała sobie sprawę z nieprzyjemnego zakończenia wielu nadziei i obaw. Mieli oczywiście nadzieję na jak najlepsze, ale nie spodziewali się, że to najlepsze będzie aż tak złe. Najlepsze, szczerze mówiąc, byłoby zabandażowane ramię czy coś w tym rodzaju. Najbardziej zatwardziali optymiści mogli jeszcze żywić jakąś nadzieję, że jednak coś tam się wydarzyło lub że udało się czemuś tam zapobiec i że cała ta sprawa nie została - jak głosiło urocze nowe wyrażenie padre, które jak ogień na prerii rozprzestrzeniło się po Tilling – oddzielona grubą kreską. Wbrew temu, co podano do wiadomości, pistolety mogły jednak zostać wystrzelone – bez szkody dla obecnych przy tym wydarzeniu. Ale źle to wyglądało.
Panna Mapp pierwsza otrząsnęła się po ciosie i ujęła pulchną dłoń Divy.
– Divo kochanie – rzekła – czuję tak głęboką wdzięczność. Co za cudowne i piękne zakończenie naszego niepokoju!
W związku z tym niepokojem pojawił się jednak podświadomy żal. Niepokój był, można rzec, z powodu odejścia kogoś drogiego, kochanego… A Diva nie była całkiem pewna, czy koniec był tak piękny i wspaniały. Jej dziadek, jak przypomniała sobie teraz panna Mapp, był rzeźnikiem i pewnie jakaś odziedziczona obojętność na rzeź krążyła w jej własnej krwi.
– Pozostaje jeszcze kufer – powiedziała z nadzieją. – Pistolety w kufrze. Twój pomysł, Elizabeth.
– Tak, kochanie – rzekła Elizabeth – ale dzięki Bogu musiałam bardzo się mylić co do kufra. Tragarz powiedział mi, że pół godziny temu zaniósł go ze stacji do domu kapitana Benjy. Że też o tym nie wiedziałaś! Jestem pewna, że to prawdomówny człowiek, bo uczęszcza na kurs przygotowujący do bierzmowania u padre. Gdyby były w nim pistolety, major Benjy i kapitan Puffin odjechaliby razem z kufrem. Bardzo mnie to cieszy. Pojechał i wrócił, koniec historii kufra.
Przerwała na chwilę.
– Ale co w nim w takim razie było? – powiedziała szybko, bardziej jakby mówiła do siebie niż rozmawiała z Divą. – Po co major Benjy go spakował i posłał rano na stację? Skąd on wrócił? Po co wyruszył w drogę?
Poczuła, że powiedziała za dużo i przycisnęła czoło ręką.
– Czy naprawdę to wszystko stało się dziś rano? – powiedziała. Piękne te jesienne liście! Powinnam już iść do domu, zjeść lunch i odpocząć. Au reservoir, Divo.
c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 23 Kwi, 2025 08:18

I znowu klapa, co za pech :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: A tak się ładnie wszystko zapowiadało....
Trzykrotka - Śro 23 Kwi, 2025 09:11

Tak, dwa trupy, jeden trup, trzech/dwóch/jeden poszkodowany... A tu nic, z golfa sobie wracają :rotfl:
Ale ten kufer... Zagadka kufra pozostaje. I zaraz dojdzie jeszcze jedna, po relacji padre.
Jak ja kocham czytać o tych ich wszystkich małych intrygach!

Tamara - Śro 23 Kwi, 2025 13:31

To jest boskie :serce: :rotfl:
Trzykrotka - Śro 23 Kwi, 2025 21:51

Diva bierze sprawy w swoje ręce :cheerleader2:

Wieczne rezerwuary panny Mapp zaczęły działać Divie na nerwy i kiedy tak jeszcze trochę postała, wpadł jej do głowy świetny pomysł, który na chwilę rozwiał rozczarowanie niebyłym pojedynkiem. Elizabeth, jak cały świat już wiedział, zgromadziła wielkie rezerwy prowiantu w fałszywej biblioteczce w pokoju ogrodowym i Diva postanowiła, że, jeśli tylko wymyśli jakieś zgrabne zdanko, kiedy następnym razem Diva znów powie jej au reservoir, odpowie jej aluzją do osobistego rezerwuaru peklowanej wołowiny, ozora, mąki, bulionu, suszonych moreli i mleka skondensowanego. Będzie musiała obmyślić jakieś kąśliwą ripostę, która wymknie jej się niby przypadkiem kiedy następnym razem Elizabeth użyje tego wyświechtanego wyrażenia; musi być krótka, trafna i spontaniczna, a więc wymagająca starannego przemyślenia. Dobrze byłoby też włączyć w nią coś o „wpadaniu.” „Ale twój rezerwuar w pokoju ogrodowym chyba nie wypadnie znowu, prawda, kochana?” to pierwsze przyszło jej do głowy, ale nie było wystarczająco zwięzłe. „Poszły konie po bekonie,” co nawiązywałoby do charakteru składzika. A najlepsze byłoby „Jakaś wpadka z rezerwuarem?” – ale to byłoby paskudne….
Wszystko to wymagało starannego przemyślenia, a widok padre z wojakami przechodzącymi przez plac poniżej, podczas gdy ona wciąż stała na skarpie nad nimi, przypomniał jej o pojedynku. Nawet w Tilling uważano by za wścibstwo podejście do zainteresowanych i (wciąż mając nadzieję na najlepsze) z bezpośrednim pytaniem „Kto wygrał?” czy jakimś w tym rodzaju; ale póki nie zdobędzie jakichś informacji dokuczliwe ukłucia ciekawości które musiała znosić można było porównać tylko do ostrego bólu zęba gdy nie ma się w pobliżu dentysty. Elizabeth już wcześniej udręczona tymi falami domysłów i ekscytacji wycofała się aby odpocząć w domu, a pod jej nieobecność fakt, że przez następną godzinę lub dwie nie będzie w stanie, chyba że po jakimś wyczynie telefonicznym, dowiedzieć się czegokolwiek, co rzuciłoby trochę światła na całą tę niecodzienną sytuację, rozpalił mózg Divy do temperatury dobrej do najwyższych poziomów inwencji. Wiedziała, że pod względem wyobraźni rekonstrukcyjnej nie umywa się do Elizabeth, więc chwila obecna, gdy tamta odzyskiwała siły do świeżych wypadów do odkrycia w nieznanego, była szansą Divy. Jedyną osobą, która mogła wiedzieć cokolwiek więcej niż reszta był padre, ale póki przebywał ze stronami pojedynku, równie bardzo nie można było zadać mu pytania co się stało, jak pytać pojedynkowiczów kto wygrał. Musi dopaść padre bez obu panów póki panna Mapp odpoczywa.
Podobnie jak Atena wyskoczyła z głowy Zeusa w pełni dorosła i ukształtowana, tak plan Divy pojawił się nagle przed nią, kompletny i doskonały. Oparła się nawet pokusie dalszego podziwiania kolorów jesieni, przyjrzała się jak wygląda interesujące ją trio gdy – nie mając innej drogi – przeszli obok miejsca, w którym stała i pospieszyła do domu, zatrzymując się tylko by kupić, zapłacić i zanieść do domu dużego kraba z kosztownym przybraniem, przysmak, który padre lubił nade wszystko. Choć koszt był horrendalny, w jej głosie brzmiała nutka tryumfu gdy wróciwszy do domu zawołała głośno po Janet i poleciła jej położyć jeszcze jedno nakrycie do obiadu. Następnie, walcząc ze sobą całą siłą woli, odczekała trzy minuty aby dać padre czas na dojście do domu, a potem zadzwoniła do niego i przypomniała mu, że obiecał zjeść z nią lunch. Nie było sensu zapraszać go tak, by mógł odmówić, bez skrupułów posłużyła się bezlitosną force majeure1
Zaproszenie było krótkie i zwięzłe. Przysięgał, że nie pamięta zupełnie kiedy obiecywał przyjść na lunch (co było zrozumiałe) i powiedział, że już z żonką zasiedli do stołu. Na co Diva wystrzeliła z grubej rury i powiedziała, że specjalnie dla niego zamówiła kraba. To uciszyło dalsze opory i padre oznajmił, że żonka i on pędzą w podskokach i rozłączył się. Na żonce nie zależało jej szczególnie, ale kraba wystarczyło dla wszystkich.
Chyba jeszcze nigdy Diva nie czuła, że lepiej ulokowała pieniądze, kiedy kwadrans później padre zdał jej dokładną relację z bezowocnych poszukiwań pośród wydm, przez którą przebijało głębokie przekonanie, że przez całe to wyczerpujące doświadczenie prowadziła go jakaś pochodząca spoza niego samego Siła. Nie przyszło jej nawet na myśl, że owa zewnętrzna Siła zrobiła sobie jego kosztem niezły żarcik, każąc mu podejmować tak wielki wysiłek i narażać się na niebezpieczeństwo zupełnie po nic. Doszedł dopiero do przerwanego lunchu z żonką i choć ona też w strasznym napięciu czekała na informację, co było dalej, zniosła wysłuchanie historii jeszcze raz, popiskując tylko jak myszka z niecierpliwości, czego nikt i tak nie słuchał. Padre zapomniał zupełnie mówić po szkocku i elżbietańsku, tak wielkie było zainteresowanie słuchaczek – nie potrzebowały dodatków by skupić na nim całą uwagę.
– A wtedy wyszedłem zza rogu budynku klubu golfowego – mówił – a tam kapitan Puffin i major Flint kończyli partię przy osiemnastym dołku.
– Czyli pojedynku w ogóle nie było – powiedziała Diva wyskrobując skorupę kraba.
– Jestem tego pewien. Nie było dość czasu i na pojedynek i partię golfa, nie mówiąc już o niemożliwości grania w golfa zaraz po pojedynku. Żaden układ nerwowy tego by nie zniósł. Pytałem poza tym jednego z chłopców od noszenia kijów. Przyszli z tramwaju prosto do klubu i z klubu do pierwszej bramki. Ani przez chwilę nie byli sami.
– Gruba kreska – powiedziała Diva zastanawiając się, czy w takim razie warto było w ogóle inwestować w lunch.
Pani Bartlett wydała z siebie cichy pisk, który u niej poprzedzał wypowiedź.
– Ale nie rozumiem czemu do pojedynku nie mogłoby jeszcze dojść, Kenneth – powiedziała. – Bo nie odbyli go dziś rano – pyszny krab, Divo, jak to miło że nas zaprosiłaś – nie znaczy, że nie odbędą go po południu. Ojej, jeszcze wołowina na zimno: najem się dziś po uszy. Mężczyźni zwykle nie zadają sobie trudu by rzucać wyzwanie na piśmie, chyba, że chodzi o interesy.
Padre podniósł rękę. Czuł, że powoli wyrasta na bohatera całej sprawy. Bez wątpienie wyciągał głowę ponad krawędzią niezliczonych wzniesień piaskowych wydm z żywym oczekiwaniem za każdym razem, że za chwilę gwizdnie mu koło ucha kula z pistoletu. Musiał podsumować to jakimś wzniosłym zdaniem.
– Moja droga – rzekł. – Interesy to niezbyt trafne słowo gdy mowa jest o morderstwie. Nie przeczę, przez ostatnie 24 godziny panowie mieli zamiar stoczyć pojedynek. Jednak zdarzyło się coś, co zapobiegło tej opłakanej katastrofie. Rezultatem jest pokój i pojednanie. Nigdy nie widziałem dwóch ludzi w tak przyjacielskich stosunkach.
Diva wstała z miejsca i okrążyła stół by przynieść porto dla padre tak była zadowolona z nowego pomysłu, który wpadł jej do głowy pod nieobecność Elizabeth. Przypisała to krabowi.
– Wszyscy byliśmy na fałszywym tropie – powiedziała. – Pokój i zgoda nastały zanim w ogóle ruszyli na wydmy. Stało się to na dworcu. No wiecie, tam się spotkali. Major na pewno tam był, jego kufer nie powędrował tam sam. I kapitan także na pewno tam był, bo liścik, który służąca znalazła na stole nim natrafiła na kartę z wyzwaniem od majora leżącym na kominku świadczył, że wezwano go dokądś bardzo nagle. Nie, obaj wyszli na bardzo wczesny pociąg żeby się oddalić nim się ich powstrzyma i pozabijać się nawzajem. Ale dlaczego nie pojechali? Co się stało? Nie przypuszczam żeby to tragarz uzmysłowił im jak głupio postępują, czy uczy się do bierzmowania czy nie. Nie rozumiem tego. Aż prawie żałuję, że nie ma Elizabeth. Ona dobrze zgaduje.
Oko padre pojaśniało. Kombinacja porannego wysiłku, kraba i porto wydobyła z niego męskość.
– Ejże, przystojna kapeńka trunku tego, wielce szanowna pani Plaistow – powiedział. – I nie wiem-ci ja czy błądzisz bardzo uznając, że mistress Mapp miałaby może słówko do rzeknięcia o tej przygodzie.
– Pomyliła się co do kufra – powiedziała Diva. – Sama przyznała, że się myli.
– Wciórności! Nie o to pudło rzecz idzie – rzekł padre.
– Co ona jeszcze wie? – spytała Diva gorączkowo.
Nie było wątpliwości, że uwaga obu pań znów w całości skupiona jest na padre, mógł więc przejść na codzienną angielszczyznę.
– Zacznijmy od początku – powiedział. – Jak myślicie, co było powodem sporu?
– Cokolwiek – powiedziała Diva. – Golf, skóry tygrysie, strajk węglowy, czas letni…
Potrząsnął głową.
– Na taki temat, zapewniam – wiele można powiedzieć – rzekł. – Wiem, że tu w Tilling mamy rozbieżne zdania co do czasu letniego, ale wszystkich pogodzi przyszła niedziela, kiedy wrócimy do czasu rzeczywistego, czasu Bożego, że tak ośmielę się go nazwać w moim kazaniu…
Diva musiała ugryźć się w język, by nie rzucić się na ten nowy trop. W końcu zainwestowała w kraba żeby dowiedzieć się czegoś o pojedynku, nie o czasie letnim.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 24 Kwi, 2025 13:49

Ojojoj :excited: :excited: :excited: :excited:
Trzykrotka - Czw 24 Kwi, 2025 18:59

Przyznaję się, że uwielbiam opis reakcji obu pań na rewelację padre o domniemanym powodzie pojedynku :mrgreen:


– Może nieraz spieraliśmy się na ten temat – powiedział padre podnosząc głos, jakby już stał na ambonie – ale mam nadzieję, ze żadne z nas nie wsiadłoby z tego powodu do pociągu o świcie z pistoletem, żeby bronić naszego zdania na temat czasu letniego. Nie, pani Plaistow, jeśli ma pani rację i można coś powiedzieć w jej obronie, i rozważyć, że obaj posunęli się do tego by złapać wczesny pociąg aby nikt im nie przeszkadzał w pojedynku, musi pani poszukać solidniejszego powodu.
Diva na próżno wysilała umysł by wymyślić powód wzniecający większą temperaturę uczuć niż ten. Gdyby chodziło o nią i pannę Mapp, powodem byłoby chomikowanie i sukienka. Ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadłby na pomysł, że kapitan i major są rywalami w dziedzinie krawiectwa, chyba że pokłóciliby się o to, który nosi paskudniejsze stare odzienie.
– Wykrztuś pan to wreszcie – powiedziała. – Co było powodem?
– Namiętność – powiedział padre tym niskim, głębokim tonem, którym w przyszłą niedzielę miał głosić o Bożym czasie. – Nie mówię tu o gniewie, ale o płomieniu, który unosi mężczyznę do nieba albo – wręcz w przeciwną stronę!
– Ale w stosunku do kogo? – spytała Diva całkiem wtrącona z równowagi. Taka myśl nigdy w życiu nie przyszła jej do głowy, bo na ile sięgała pamięcią, w Tilling nie postała noga żadna namiętności, prócz może oznak temperamentu. Tilling zbyt się szanowało.
Padre zastanawiał się przez chwilę.
– Nie zdradzę niczyjego zaufania – powiedział – bo nikt mi niczego w zaufaniu nie zdradził. Ale jest zaiste w tym mieście dama – nie, nie robię aluzji do panny Irene – która od dawna cieszy się szczególną estymą majora. Niech żadna uwłaczająca uwaga…
Żonka pisnęła głośniej niż kiedykolwiek.
–- Mówi o nieszczęsnej Elizabeth – powiedziała wysokim, drżącym głosem. – Puknij się w głowę, Kenneth!
Zaledwie kilka sekund wcześniej Diva uznała, że nie widzi powodu dla którego tylko padre miałby częstować się jej porto i sama go skosztowała. Próbowała je przełknąć, ale było za późno i w następnej chwili każdy otwór w jej twarzy był fontanną tego pysznego wina. Krztusiła się i bulgotała aż ostatnia kropla opuściła jej tchawicę pod wpływem klepania jej przez pozostałych po plecach – a potem oddała się schrypniętemu, głośnemu śmiechowi, wspomaganemu przez piskliwe staccato żoneczki. Nic, nawet jeśli sam jesteś dość ubawiony, nie jest tak zaraźliwe jak wspólny śmiech i padre wkrótce poczuł się przymuszony dołączyć. Kiedy jedno zaczynało się uspokajać, natychmiast zarażało się od nowa patrząc na innych i dopiero kiedy całkiem opadli z sił ten potrójny wulkan wygasł.
– Tylko pomyśl – powiedziała Evie słabo. – Jak taki pomysł mógł zaświtać ci w głowie, Kenneth?
Głos mu zadrżał gdy odpowiadał.
– No cóż, rano wszyscy byliśmy trochę zdenerwowani – powiedział – Pomysł – naprawdę, z czego my się tak wszyscy śmialiśmy…
– Ja wiem – odparła Diva – No dalej. Pomysł…
W umyśle żoneczki zapaliła się diabelska, kobieca inspiracja.
– Elizabeth mu go sama podsunęła – pisnęła.
Oczywiście Diva nie mogła nie pamiętać że kiedy wpadła do panny Mapp o poranku z informacją, że pojedynkowicze odjechali kolejką o 11:20, zastała ją i padre pogrążonych w jakiejś poważnej rozmowie. Nikt nie powinien mieć aż tak krótkiej pamięci, żeby zapomnieć coś takiego. W tej chwili Diva wybaczyła Elizabeth wszystko, co tamta uczyniła kiedykolwiek. Może potem trzeba się będzie jeszcze się nad tym zastanowić, ale teraz to wystarczyło.
– Ona to zasugerowała?
Padre zachował się jak mężczyzna i skłamał jak Ananiasz.
– Z całą pewnością nie – odpowiedział.
Rozczarowanie byłoby dotkliwe, gdyby obie damy uwierzyły temu stanowczemu stwierdzeniu, a Diva wyobraziła sobie rozkoszną rozmowę z Elizabeth, w której nagle poruszy temat szalonych przypuszczeń padre co do powodów pojedynku i zobaczy jak tamta będzie wtedy wyglądała. Tylko pomyśleć, na jej twarzy odmaluje się wszystko, czujność, zażenowanie i poczucie winy…


Kiedy panna Mapp wróciła tego dnia do domu nacieszywszy się barwami jesieni, poczuła pokusę, by zaprosić Divę na lunch, ale w porę przypomniała sobie, że poleciła kucharce otworzyć jedną z puszek peklowanej wołowiny, której żaden czarodziej nie potrafiłby na powrót upchnąć w kredensie tak, by drzwiczki się zamykały. Diva nie omieszkałaby a pewno powiedzieć czegoś kąśliwego, lub aluzyjnego, że na przykład jak to wspaniale, że jej pyszna zawartość nie została zmarnowana na biedaków w szpitalu, a nawet gdyby nic nie powiedziała, jej milczenie przy zjadaniu wielkiej porcji miałoby gorzki posmak. Ale panna Mapp wolałaby, zwłaszcza kiedy potem zamierzała ułożyć się do odpoczynku na dużej sofie w pokoju ogrodowym, mieć jakiegoś rozmówcę, bo jej umysł aż buzował od domysłów co do tego co się stało, co się dzieje i co się jeszcze stanie, a rozmowa była najlepszym sposobem na uproszczenie problemu lub zawężenie go do granic prawdopodobieństwa, bo gdy pozostawała – jak teraz – sam na sam ze swymi myślami, nawet najbardziej fantastyczne wydawały jej się prawdopodobne. Udało jej się jednakże zaszczepić padre olśniewającą sugestię dotyczącą przyczyny pojedynku i była bardzo usatysfakcjonowana obserwując współczucie i szacunek z jakim ją przyjął. Ona także zachowała w tej sprawie wielką dyskrecję, nie zbliżyła się nawet do tematu, że wyzwanie miało jakikolwiek związek z nią. Oświadczyła tylko z wielką mocą, że pojedynek nie ma nic wspólnego z drogą Irene i zajęła się swoimi słodkimi kwiatami. To wystarczyło i czuła w kościach i przez skórę, że pojął to, co chciała żeby pojął...

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 25 Kwi, 2025 13:00

Szkoda porto :rotfl: :rotfl: :rotfl: coś pieknego :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pią 25 Kwi, 2025 15:31

Dokładnie, porto!
Ten wspólny wybuch śmiechu pań z Tilling na wieść o miejscowej samozwańczej famme fatal jest wymowna - panna Mapp chyba się tego nie spodziewała :mrgreen:

Uwaga, uwaga! Na scenę wjeżdża nowa postać, mieszkaniec Tilling z doskoku, ale za to jaki ekscytujący :excited:

Sęp domysłów przestał na chwilę ją dziobać gdy to rozważała i ruszył za złotą nicią… Choć padre na pewno będzie dyskretny, miała nadzieję, że podczas żywej rozmowy z drogą Evie, jaką odbędą podczas lunchu „wypsnie” mu się coś o tym, że domyśla się przyczyny rzucenia tak dzikiego wyzwania. Na co droga Evie z pewnością zasypie go piskami i bezpośrednimi pytaniami i kiedy się „napali” (jak zwierzę, roślina czy minerał), jego opór i dyskrecja naprowadzi ją w końcu na trop. Może nie uwierzyć, ale sam pomysł zagości już w jej głowie i teraz jeśli poczuje, że w tych pełnych emocji chwilach nie ma miejsca na sceptyzm, nie może pozostać nie zainteresowana i nieporuszona. Wkrótce (na szczęście panna Mapp nie wiedziała jak bardzo „wkrótce”) „wpadnie” ona do Divy, albo Diva „wpadnie” do niej i Evie, dyskrecją równa padre i jej samej, wkrótce umożliwi drogiej Divie wpadnięcie na ten sam trop. A potem już wszystko będzie z górki, bo droga Diva („takie rozplotkowane kochanie”) bez ochyby powie wszystkim w Tilling, pod przysięgą dyskrecji (aby zapewnić sobie przyjemność opowiedzenia o tym każdemu pojedynczo), jakie są jej domysły. I w ten sposób, już wkrótce całe Tilling będzie wiedziało o tym, o czym panna Mapp nie powiedziała drogiemu padre, a mianowicie, że powodem pojedynku, który się właśnie odbył (lub nie odbył) była właśnie ona. A najlepsze będzie to, że choć wszyscy się dowiedzą, to nadal będzie to wielki i piękny sekret bezpiecznie złożony w każdej piersi lub klatce piersiowej, zależnie od płci osoby. Nie czuła najmniejszego niepokoju, że ktoś poruszy ten temat z pojedynkowiczami, bo skoro przez lata pojedynki były tematem zakazanym w towarzystwie majora Benjy’ego dla każdej osoby o wyczulonym umyśle, to o ile bardziej po tym dramatycznym poranku staną się one tematem tabu? Dobrze się składało, bo panowie przyciśnięci do muru mogli podać zgoła inny powód, a było bardzo niezręcznie mieć dwie sprzeczne ze sobą historie krążące w towarzystwie. A tak jak teraz – nie mogło już być milej: cała reszta Tilling pod przysięgą sekretu się dowie i żadna krzywda jej się nie stanie, nawet gdyby pod kolejnymi przysięgami przekazywali wiadomość dalej…
Po tej wyprawie na Pola Elizejskie biedna panna Mapp musiała wrócić do swojego sępa i wyraźnie poczuła, że jako heroinie pojedynku godzinny wypoczynek się jej należał, bo przez ten czas wykonała gigantyczną pracę umysłową. Choć natężała umysł, nie mogła wymyślić żadnego wyjaśnienia dla kufra i porannej wyprawy na dworzec i podniosła się na długo przed upływem godziny, bo odkryła, że im więcej myśli, tym bardziej każde z wyjaśnień do których dochodziła wymykało się jej rozumowaniu. Jak nie atakowałaby tej zagadki, jej wojska odmawiały marszu i poddawały się, choć sztandar nadal powiewał dumnie i jej domysły były bezlitośnie druzgotane z najbardziej elementarnych powodów. Ponieważ jednak uwiąd wszelkiego napięcia, gdyby miał już nie pojawić się żaden nowy ciekawy pomysł byłby szczerze mówiąc nie do zniesienia, postanowiła na razie nie koncentrować się na nim, ale raczej odłożyć do lodowni lub sejfu własnej podświadomości, skąd – gdy poczuje się odświeżona i zregenerowana – wyjmie go i znów się nad nim pochyli. Cały problem był bardziej zaskakujący niż jakikolwiek inny, z którym zetknęła się przez ostatnie dociekliwe lata, podobnie jak temat był bardziej ważki, bo nie dotyczył gromadzenia jedzenia, ani wizyty księcia Walii, ani sukni obszytej makami, ale spraw życia i śmierci i strzelania z śmiercionośnej broni. I czy do tej imponującej listy można dodać miłość? Oczywiście, ona tego nie uczyni, a Tilling niech robi co chce. Tilling zawsze tak robiło.
Podeszła do wykuszowego okna, z którego przeprowadziła już tyle ekscytujących i udanych śledztw. Ale dziś widok ten wydał jej się tak jałowy i smętny jak świat wydawał się Hamletowi, choć w tej chwili pani Poppit przeczłapała ulicą i zniknęła za rogiem, gdzie mieszkali dentysta i pan Wyse. Z uczuciem znużenia panna Mapp przypomniała sobie, że widziała wczoraj jak służąca myła okna pana Wyse – (mój Boże, to było wczoraj?) – dostrzegła jej skrupulatność i wyciągnęła stąd oczywisty wniosek, że w domu spodziewają się przyjazdu pana Wyse. Zwykle wracał koło połowy października i rzucał aluzje o swoich przyjemnych wypadach do Szkocji i o jego villeggiatura (jak często to nazywał) u siostry, contessy di Faraglione na Capri. Ta contessa Faraglione była w umyśle panny Mapp postacią raczej mityczną: z pewnością nie było jej w średniowiecznej kopii „Who’s Who” która była jedynym dostępnym źródłem wiedzy o szlacheckich i arystokratycznych osobistościach i choć panna Mapp nie przysięgłaby, że owa pani nie istnieje, nie miała też powodu sądzić, że istnieje. Z pewnością nigdy nie była w Tilling, co było dość dziwne, skoro jej brat tu mieszkał i o jej istnieniu świadczyły tylko jego aluzje. Teraz pani Poppit: poszła odwiedzić pana Wyse, czy dentystę? Musiał to być jeden lub drugi, bo na tej konkretnej ulicy nie mieszkał nikt inny kto by się liczył, a w dolnej partii ulica kończyła się wsią. Pani Poppit szła wystrojona, a nigdy tak ubrana nie wybrałaby się na wieś. Musiał być to albo pan Wyse albo dentysta, bo należała do tego rodzaju kobiet, które zasiadają w fotelu dentystycznym w pełnej gali, aby lekarz poczuł się onieśmielony i niezdolny do skrzywdzenia tak wspaniałej damy. Ale znowu pani Poppit miała wspaniałe zęby, wręcz zbyt dobre by były prawdziwe i już wcześniej pytała kto mieszka w tym ładnym domku za rogiem, jakby chciała pokazać, że nawet nie wie, gdzie w Tilling jest dentysta! A może dowiedziała się w jakiś podstępny sposób, że pan Wyse wrócił i poszła go odwiedzić by jako pierwsza opowiedzieć mu o pojedynku i porozmawiać o Szkocji? Najpewniej żadne z nich nigdy nie było w Szkocji: umówili się, że powiedzą, że tam byli i mieszkali w chatach myśliwskich (raczej w stróżówkach!) aby olśnić Tilling swą wspaniałością…
Panna Mapp usiadła na rurze centralnego ogrzewania przy oknie i pogrążyła się w jednym ze swoich rekonstrukcyjnych rozmyślań. Częściowo dlatego, że jeśli pan Wyse wrócił, dobrze było odkurzyć jego akta; częściowo dlatego, że chciała oderwać myśli od dwóch domów poniżej, tego majora Benjy’ego po jednej stronie i tego kapitana Puffina po drugiej, gdzie krył się klucz do do wielkiej, nierozwikłanej zagadki, od przypuszczeń od których chciała odpocząć. Pan Wyse tak czy siak nadawał się na lekkie antidotum, bo ona właściwie nigdy nie przestała się nim gniewnie interesować. Choć spędzał mniej więcej osiem miesięcy w roku w Tilling, nigdy, ani przez godzinę nie był w Tilling. Nie do końca było tak, że otaczał się aurą wyższości i protekcjonalności – panna Mapp musiała mu to przyznać – ale sprawiał że inni ludzie go nią otaczali, co sprowadzało się do tego samego: otaczała go ta aura. W rozmowie nie podkreślał na siłę, że jego siostra jest contessą Faraglione, ale kiedy rozmowa schodziła na siostry, ale gdy go o nią pytano, mówił o jej tytule. Ten sam fenomen pojawiał się gdy mówiono o niewinnym hrabstwie Hampshire, bo okazywało się, że on zna je bardzo dobrze będąc jednym z Wysów z Whitchurch. Nie można było mu zarzucić, że o tym mówił, on tylko sprawiał, że inni o tym mówili… Był kompletnie nieczuły na kpiny z takich tematów, bo kiedy doprowadzona kiedyś do szału panna Mapp powiedziała, że jest jedną z Mappów z Maidstone, on skłonił się po prostu i powiedział: „zapewne to bardzo stary ród” i kiedy rozmowa zeszła na stare rodziny, dość dobitnie powiedział „my” w kierunku panny Mapp. Tak więc biedna panna Mapp pożałowała, że sobie zakpiła… Ale z jakiegoś powodu Tilling nigdy nie przestało nadskakiwać panu Wyse i nie było żadnej herbatki ani przyjęcia brydżowego przez cały czas jego pobytu w miasteczku, na które nie byłby zaproszony. Gospodynie zawsze zaczynały od niego wysyłając mu zaproszenie z „prośba o odpowiedź” wypisaną w górnym lewym roku, bo jasno kiedyś oświadczył, że telefon uważa za poślednie urządzenie nadające się tylko do użytku domowego i on swój zainstalował w kuchni, na modłę Wysów z Withchurch. Już to samo, prócz od staroświeckich poglądów pana Wyse na ten temat uniemożliwiło telefonowanie, bo odbierała zwykle jego kucharka, która natychmiast i bez krzty szacunku zaczynała wymyślać rzeźnikowi niezależnie od tego, kto był po drugiej stronie. Kiedy w końcu odkrywała swój błąd, nigdy nie przepraszała, ale mówiła że zawoła pana Figgisa, który był lokajem pana Wyse. Na pana Figgisa zawsze trzeba było długo czekać, a kiedy już przyszedł, to kichał, lub robił coś równie nieprzyjemnego i mówił: „tak, tak, o co chodzi?” rozdrażnionym tonem. Po wyjaśnieniach zgadzał się przekazać wiadomość swojemu panu, co zabierało znów dużo czasu i nawet jeśli pan Wyse sam nie podchodził do aparatu, zwykle odmawiał proponowanego mu zaproszenia. Gdy panna Mass chciała skontaktować się z panem Wyse, posłała Withers do telefonu, ale to się nie udało, bo kucharka pana Wyse pokłóciła się z Withers tak strasznie zanim doszły do sprawy, że pan Figgis musiał uspokajać kucharkę, a Withers poskarżyła się pannie Mapp. To był w skrócie główny powód dlaczego Tilling wysyłało panu Wyse liściki. A co do pogawędek telefonicznych, czyli głównego pożytku z telefonu, nie wchodziło to zupełnie w grę.


c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 25 Kwi, 2025 17:39

Robi się coraz ciekawiej :twisted: :twisted: :twisted:
Trzykrotka - Sob 26 Kwi, 2025 09:13

Pan Wyse niedługo będzie powodem kolejnej sensacji sezonu :mrgreen: ale na razie tylko go witamy. Podoba mi się ta mieszanka uwielbienia i wściekłości jaką budzi on u panny Mapp.
Trzykrotka - Nie 27 Kwi, 2025 10:04

Panna Mapp odżyła nieco dokonując tej przenikliwej analizy pana Wyse, a ciepło rur centralnego ogrzewania w ten denerwujący dzień jesiennych barw było kojące… Nikt nie mógł powiedzieć, że pan Wyse niedbale podchodził do etykiety, bo choć odrzucał trzy czwarte zaproszeń, którymi go zasypywano, nieodmiennie odwzajemniał grzeczność odręcznym liścikiem wyrażając nadzieję, że będzie miał przyjemność gościć zapraszającego na lunchu w następny czwartek, bo zawsze w czwartki wydawał małe proszone obiady. Te zaproszenia były sformułowane na sposób Chesterfield: pan Wyse mówił, że właśnie spotkał wspólnego znajomego który poinformował go, że jesteście w rezydencji i zachęcił go do żywienia nadziei, że sprawicie mu przyjemność waszym towarzystwem itd. Było to niezwykle kuszące: przedstawiało pana Wyse maszerującego spiesznie do domu, z sercem rozgrzanym nadzieją na spotkanie, nie pogrążonego dłużej w melancholii na myśl, że może nie sprawicie mu tej radości. Został zachęcony do żywienia nadziei… Te uprzejme zdania pisane były schludnym, prostym pismem na papierze, który – kiedy akurat pan Wyse wrócił z Italii – często na szczycie miał herb i napis „Villa Faraglione, Capri” wydrukowanym w prawym górnym rogu i „Amelię” (imię jego domniemanej siostry) rozlegle złoconą po lewej, całość lekko rozmazana. Oczywiście miał prawo wziąć sobie kilka arkuszy, ale rzucało to raczej kiepskie światło na jego charakter, który powinien wszak być nieskazitelny.
Zaledwie w ubiegłym roku, w napadzie wściekłości z powodu odrzucenia przez pana Wyse sześciu zaproszeń pod pozorem innych zobowiązań, panna Mapp stanęła na czele ruchu, którego celem było skłonienie Tilling, by nie przyjmowano w nim żadnych zaproszeń pana Wyse, póki on nie przyjmie ich. Postulat spotkał się z teoretyczną sympatią; Bartlettowie, Diva, Irene, Poppitki – wszyscy zgodzili się – raczej w roztargnieniu – że tak należałoby postąpić, ale już w najbliższy czwartek wszyscy, łącznie z agitatorką, spotkali się na progu pana Wyse spiesząc na proszony obiad i ruch oporu upadł. Choć wszyscy protestowali i buntowali się przeciw takiemu podejściu, pozostawało strasznym faktem, że wszyscy oni kąpali się w blasku pana Wyse ilekroć łaskawie zechciał go na nich wylać. Choć nie bardzo wierzyli informacjom, które z niego wyciągali, uwielbiali słuchać o Villa Faraglione i ubierali się w tym celu w najlepsze stroje. Do tego dochodziła jakość samego poczęstunku: często podawano kawior i nie można było (choć pytający, czy pochodzi on z Twemlow obawiał się najgorszego) nie czuć choćby odrobiny podniecenia wiadomością, którą pan Wyse uzyskał od Figgisa, że przybył on dziś rano wprost z Odessy. Sarni comber pochodził z Perthshire, wino, na temat którego major nie mógł milczeć i które często robiło z niego gadułę, było z „winnicy mojego szwagra.” A pan Wyse smakował je z miną konesera i mówił: „Nie tak dobre jak ubiegłoroczne, muszę powiedzieć conte… to znaczy mojej siostrze.”
I znów: gdy pan Wyse zdecydował się jednak zaszczycić swą obecnością jakąś herbatkę czy brydża, Tilling aż się wiło, świadome, że ich zachowanie przy takich okazjach jest zupełnie inne niż to, które praktykowali między sobą na co dzień. Przy stoliku pana Wyse nie było nigdy żadnych kłótni, a te, które wybuchały przy innych stolikach odbywały się za pomocą cichych szeptów i syknięć żeby szacowny gość nie słyszał. Kiedy był obecny, Diva nigdy nie wykłócała się o wygrane i przegrane, a padre nie mówił ani po szkocku, ani po elżbietańsku. Evie nigdy nie piszczała jak mysz, między partnerami nie dochodziło do wymiany złośliwości, a jeśli doszło do różnicy zdań odnośnie zasad, decyzja pana Wyse, choć nie był on lepszym graczem niż ktokolwiek z zebranych, przyjmowana była bez mruknięcia sprzeciwu. W przerwach na poczęstunek podobnie; Diva nie napychała sobie ust i obu dłoni czekoladą nadziewaną, nie było poszturchiwania ani przepychanek, ale panowie czekali na damy, a potem szli się odświeżyć. A przecież pan Wyse wcale na to nie nalegał, nie nakłaniał ich do grzeczności opowiadając o wytwornych manierach Włochów, Tilling samo zachowywało się w tan niezwykły sposób w jego obecności. Czasami Diva zapominała się na chwilę i mówiła coś miażdżącego partnerowi, ale partner nie oddawał jej pięknym za nadobne i usta Divy znów zaczynały spływać miodem. Gdyby jakimś cudem pan Wyse pojawił się na dwóch czy trzech przyjęciach, towarzystwo poczułoby ulgę, że nie ma go już na następnym, a oni mogą odetchnąć swobodniej bardziej rozrzedzonym powietrzem. Ale czy przychodził czy nie, zawsze na zaproszenie odpowiadał swoim, na czwartkowy obiad, więc wyższe sfery Tilling spotykały się co tydzień w jego domu.
Panna Mapp dokończyła w myślach szybką retrospekcję i zdecydowała, że kiedy tylko potwierdzi się, że pan Wyse przybył, zaprosi go na podwieczorek we wtorek. Oznaczałoby to obiad u niego w czwartek i nie było potrzeby zapraszać kogokolwiek innego póki pan Wyse nie przyjmie zaproszenia. Jeśli nie przyjmie, przyjęcia nie będzie. Jednak po wrażeniach ostatniej doby, w tych planach i wspomnieniach nie było już jej zwykłej żywotności, a jej oko zwróciło się w strony sylwetki domu majora.
– Kufer… - mruknęła.
Nie, musi oderwać myśli od tego tematu. Pójdzie na spacer, nie na High Street, ale w cichą wiejską okolicę, z daleka od zamętu namiętności (wedle słów padre) i kłótni (wedle niej samej), gdzie ostudzi swą pełną ciekawości duszę kontemplując jaskółki i białe motylki (o ile nie zabił ich przymrozek ubiegłej nocy) i barwy jesieni, których i tak nie uświadczyło się na bezdrzewnych mokradłach… Zdecydowanie najkrótsza droga wyjścia z miasta prowadziła obok domu pana Wyse. Ale przed opuszczeniem pokoju ogrodowego przećwiczyła kilka min przez lustrem wiszącym naprzeciwko drzwi, które – na wypadek gdyby spotkała kogoś, do kogo dotarła już wieść o przyczynie pojedynku – powinny wyrażać te kłęby splatanych emocji, jakie musi odczuwać jego mimowolna przyczyna. Na jej twarzy musi się malować tęskny zachwyt, musi tam być trochę dumy, resztki romantycznego podniecenia i musi być głęboki kobiecy niepokój. Sposób trzymania głowy „robił” dumę, szeroko otwarte oczy „robiły” tęskny zachwyt i romantyzm, głęboki niepokój krył się w drżącym uśmiechu, gwałtowne pocieranie policzków nadawało im kolorów podniecenia. Gdyby usłyszała jakieś impertynenckie uwagi, zamierzała udzielić oderwanej odpowiedzi, jakby ich nie rozumiała. Tak wyposażona wyszła z domu.
Czuła się raczej rozczarowana, że nikogo nie spotkała, ale kiedy mijała wykuszowe okno domu pana Wyse, poprawiła chryzantemy, którymi się przybrała i przyjrzała się jego profilowi i tyłowi głowy pani Poppit. Wydawali się pogrążeni w rozmowie, a panna Mapp poczuła, że ta męcząca kobieta zdaje mu zapewne bardzo niekompletny raport z tego, co się właśnie wydarzyło. Spóźniła się na herbatę i wpół słowa przerwała przepraszanie Withers, że sprawia tyle kłopotu, bo na stoliku w holu zobaczyła liścik. Na odwrocie koperty był herb, a adres wypisany był schludnym, starannym pismem, tak dobrze obrazującym charakter autora. Villa Faraglione, Capri, herb i Amelia, lekko przekreślony nagłówek i słowa:

DROGA PANNO MAPP,
Cóż to dla mnie za przyjemność, znaleźć się znów w naszym małym Tilling, a nasza wspólna przyjaciółka, pani Poppitt, M.B.E., zapewniła mnie, że przebywa pani w swej rezydencji i zachęciła do powzięcia nadziei, że mogę zaprosić panią do déjeuner ze mną o pierwszej w najbliższy czwartek. Czy mogę z całą delikatnością zapewnić panią, że nie spotka tam pani nikogo, czyja obecność mogłaby wywołać u pani uczucie jakiegokolwiek dyskomfortu?
Proszę wybaczyć tak nieodległy termin spotkania. Figgis będzie czekał na pani odpowiedź.
Szczerze oddany,
ALGERNON WYSE.


Gdyby nie obecność Withers, która mogłaby źle zinterpretować jej czyn, panna Mapp ucałowałaby liścik; zamiast tego wybaczyła pani Poppit bycie M.B.E.
– Kochana kobieta – powiedziała. Dowiedziała się i powiedziała mu.
Oczywiście nie musiała już zapraszać pana Wyse na herbatę. . . .

Koniec rozdziału szóstego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 27 Kwi, 2025 20:50

No proszę , duch arystokratyczny unasza sie nad wodami :twisted: :-P ...
Trzykrotka - Nie 27 Kwi, 2025 21:16

A jakże! "My, stare rody," contessa Faraglione, Wyseowie z Withchurch, ą i ę w pełni rozkwitu :excited:

Rozdział siódmy

Przymrozki gruntowe przez trzy noce z rzędu i okropne sczernienie dalii, których normalne barwy i kształty zniknęły do rana przekonałyby panie z Tilling, że nadszedł już czas, aby letnie ubrania włożyć w kamforę, a zimowe wywiesić za domem aby się wywietrzyły nawet gdyby padre nie wygłosił w niedzielę tego nadzwyczajnego kazania. Było tak wspaniałe, że panna Mapp zapomniała o wyłapywaniu błędów gramatycznych i słuchała zauroczona.
Jego tematem było zdanie: „On stworzył lato i zimę” i po kilkakrotnym bardzo dobitnym powtórzeniu tych słów, tak aby nie było wątpliwości co do pochodzenia pór roku, padre zaczął mówić o czymś zupełnie innym – mianowicie o nieszczęsnych podziałach jakie istnieją w chrześcijańskich wspólnotach. Nie zmylił panny Mapp ani na chwilę: widziała dokładnie, dokąd zmierza przez te oratorskie sztuczki. I dotarł do sedna…
Od kiedy kilka lat temu wprowadzono czas letni, temat ten stał się chroniczną kością niezgody w Tilling. Panna Mapp, Diva i padre kategorycznie odmówili uznawania go, prócz tych okazji, kiedy jechali gdzieś pociągiem lub tramwajem, wtedy zasady musiały iść w odstawkę, bo inaczej nigdzie nie dojechaliby, a panna Mapp otoczona aurą męczennicy przybyła raz na letnie przyjęcie o godzinę później, by dać świadectwo prawdzie i w rezultacie dostała tylko resztki herbaty i ostatnią, zwiędłą truskawkę. Ale major i kapitan Puffin tak często jeździli tramwajem, że wpadli w poniżający zwyczaj przestawiania zegarków i zegarów pierwszego maja i na powrót jesienią, kiedy to dołączali do społeczności zdrowo myślących ludzi. Irene podeszła do tematu dość nonszalancko i powiedziała, że każdy stary czas jej wystarczy. Pani Poppit poddały się przymusowi i podając godzinę przyjęcia niezłomnym pisała: „16:30, twoja 15:30.” Jednak sam król zaprosił ją na uroczystość odznaczenia orderem M.B.E na określoną godzinę czasu letniego, a co było dobre dla króla, było też dobre dla pani Poppit.
Kazanie było bezkompromisowe. Z Boskiego rozkazu istniało lato i zima, ale Bóg nic nie mówił o czasie letnim i czasie zimowym. Jeden jest Czas i choć Życie jest tylko plamą na białym blasku wieczności, jak powiedział zdolny, choć – niestety! – niewierny poeta, tym samym jest Czas. Jednak choć czas był ulotny, to w Biblii południe oznaczało godzinę dwunastą, a nie pierwszą, pod wieczór oznaczało pod wieczór, a nie w środku upalnego popołudnia. Godzina szósta była rzymskim sposobem na określenie dwunastej. W istocie czas zimowy był bożym czasem i choć nie było niczego złego (daleki był od takiego stwierdzenia) w przyswajaniu sobie różnych dziwnych miar, to jednak ci prości, ci dziecinni, trzymali się świętych tradycji, którą przekazali im ojcowie i dziadowie kiedy ci siedzieli na kolanach matek. Potem następował długi i pełen erudycji fragment, który podsumowywał początek o nieszczęsnych podziałach i zawierał kilka zdań o tym, co jakich rozmiarów mogą one się nadąć, a które znacząco odnosiły się do pojedynków. Zakończenie było podsumowaniem podsumowania na wypadek, gdyby komuś ono umknęło, a koda na zakończenie w południe zimowego słońca pełna była radości i uzdrowienia takich nieszczęsnych podziałów. A teraz…. Deszcz bębniący o szyby zatopił pieśń na zakończenie.
Doktryna była tak bardzo po jej myśli, że panna Mapp dała na tacę szylinga zamiast, jak zwykle, sześciopensówki, z przeznaczeniem na fundusz dla organisty i chóru. Co prawda padre zmienił godzinę nabożeństwa na taką, która pasowała do herezji mniejszości, a na tę myśl ręka prawie jej opadła. Ale po tym przekonującym kazaniu nadzieja, że w następnym roku poranne nabożeństwo będzie się odbywać o godzinie fałszywie zwanej dwunastą zdecydowała, że nie wycofała tej pokaźnej darowizny.
Przymrozki i martwe dalie i kazania razem wzięte były bardzo przekonujące i kiedy panna Mapp wyszła w poniedziałkowy poranek na zakupy, miała na sobie tweedową spódnicę i żakiet, a szyję owinęła długim wełnianym szalem dla zaznaczenia, że lato się skończyło. Pani Poppit, samotna w swej odrażającej ostentacji, już dwa dni temu uznała, że jest wystarczająco zimno by włożyć futro i zaprezentowała ten niedorzeczny pomysł przy pomocy ogromnego płaszcza z soboli, pod ciężarem których ledwo mogła ustać i stała jak wrośnięta w miejsce, na które wyszła z Royce’a. Szybki krok i wełniane szale chroniły pozostałych przed zimnem i niemożnością ruszania się, więc tego ranka High Street olśniewała zmienną grą żywych kolorów. Na rogu, tam gdzie ulica panny Mapp przechodziła w High Street, stała cała grupa szalików: była wśród nich Irene (tego ranka pewnie było za zimno dla pana Hopkinsa) wyglądająca dziwniej niż zwykle w sztruksowych pumpach i fioletowych pończochach i wielkim pomarańczowym szalu z różową obwódką. Diva ubrana była w tak pyszną kombinację amarantu i błękitu Cambridge że panna Mapp, wspomniawszy historię tego amarantu, musiała przypomnieć samej sobie, ile na tym świecie jest spraw ważniejszych niż włóczka. Była tam też Evie w soczystej zieleni z fioletową lamówką, padre miał purpurową dzierganą kamizelkę, a pani Poppit sobole, które niemal ją unieruchamiały. Rozmawiali wszyscy z wielkim ożywieniem kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się panna Mapp, a że w miarę jej zbliżania się rozmowa wydawała się gasnąć, to wszyscy przybrali, prócz szalików, szerokie, miłe uśmiechy. Panna Mapp też się uśmiechała, jak nikt inny.
- Dzień dobry, moi kochani – powiedziała. – Jak pięknie wszyscy wyglądacie – jak grządka rozkosznych kwiatów! Co za piękne kolory! A moje biedne dalie nie przetrwały.
Dziwaczna Irene wybuchnęła chrapliwym śmiechem i kołysząc koszem szybko odeszła. Często robiła coś podobnie raptownego. Panna Mapp odwróciła się do padre.
- Drogi padre, jakie pyszne kazanie! – powiedziała. – Tak się cieszę, że wielebny to powiedział! Cóż za ostrzeżenie przed podziałami!
Padre musiał zapanować nad twarzą zanim odpowiedział na komplement.
- Rad jestem, piękna pani – odpowiedział – że moja skromna mowa do przekonania ci trafiła. Żoneczko, pójdź, czas nam w drogę.
Dość nagle cala grupa prócz pani Poppit się rozpłynęła. Żoneczka wydała głośny pisk, jakby miała coś powiedzieć, ale mąż stanowczo pociągnął ją za sobą, podczas gdy Diva pomknęła jak strzała w kierunku środka High Street na swych szybkoobrotowych stopach.
- Jaki piękny poranek! – rzekła panna Mapp do pani Poppit, kiedy nie było już nikogo innego do rozmowy. – Wszyscy wyglądali na zadowolonych i szczęśliwych i tak szybciutko rozbiegli się do swoich małych spraw, mróweczki pracowite. Tak.
Pani Poppit zaczęła wycofywać się rakiem w żółwim tempie, wymuszonym przez ciężar futra. Pannę Mapp uderzyło, że i ona zamierza wziąć udział w generalnym odwrocie, ale nie zdołała zrobić tego w takim tempie jak reszta.
- Co za piękne futro – podlizała się panna Mapp. – Jaki jedwabisty długi włos! I co tam dziś nowego? Mały ptaszek szepnął coś do uszka?
- Nic – odrzekła pani Poppit stanowczo i mając już dość miejsca by skręcić, ruszyła w górę ulicy, którą panna Mapp właśnie zeszła. I tym sposobem ta ostania została zostawiona sama jak palec, ze swym koszem i szalem.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 28 Kwi, 2025 11:23

Ałaaaaa co za cios, wszyscy zwiali :shock: co to się stało się ?
Trzykrotka - Pon 28 Kwi, 2025 12:59

Zdążyli obgadać i obśmiać pomysł podsunięty padre, że to Elizabeth była famme fatal, dla której chcieli się strzelać dwaj wojacy. Biedula, zamiast snuć się po mieście w aurze romantycznej heroiny, musi znosić heheszki i jawny śmiech za plecami.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group