Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Królowa Lucia
Tamara - Nie 13 Paź, 2024 17:37
Biedny Juruś, biedne Riseholm ...
Trzykrotka - Nie 13 Paź, 2024 22:39
No to niech już się stanie!
W jednym momencie owa cisza została nagle przerwana. Jego drzwi frontowe otwarły się z hukiem i dom wypełniły odgłosy bieganiny, krzyków i śmiechu. Ale Hermy i Ursy zwykle wpadały do domu w ten sposób i Juruś ani przez chwilę nie domyślił się, jak daleko tym razem sięgnie to zachwianie równowagi. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów, powiedział „Om” raz czy dwa razy i był gotów zachować swój wewnętrzny spokój nienaruszony.
Hermy i Ursy zbiegły po schodach do ogrodu w którym siedział, wciąż zanosząc się ze śmiechu, a wyobraźnia Jurusia nie wybiegła dalej niż przypuszczenie, że jedna wypchnęła piłkę drugiej poza dołek, albo wyrzuciła poza pole, czy stało się coś podobnego, bo te rzeczy sprawiały, że gra tak bardzo je pasjonowała.
– Jurusiu, nigdy nie zgadniesz – krzyknęła Hermy.
– Ten guru: ten Om święty i z wysokiej kasty – wrzasnęła Ursy.
– Bramin z Benares – pisnęła Hermy.
– Wielki Mędrzec! Jak myślisz, kim on jest? – powiedziała Ursy. – Nigdy wcześniej go nie widziałyśmy…
– … ale rozpoznałyśmy go w jednej chwili….
– A on rozpoznał nas i czy nie dał drapaka?
–… do Domu Przy Zagajniku i zamknął za sobą drzwi.
Wewnętrzny spokój Jurusia zatrząsł się jak galareta.
– Moje drogie, nie wrzeszczcie tak – powiedział. – Całe Riseholme was słyszy. Powiedzcie spokojnie, kogo według was rozpoznałyście?
– Nie ma dwóch zdań – powiedziała Hermy. – To jeden z kucharzy z Restauracji Kalkuta na Bedford Street….
– … gdzie często jadamy lunch – dodała Ursy. – Gotuje przepyszne curry.
– Zwłaszcza jeśli jest lekko zawiany – powiedziała Hermy.
– I taki z niego bramin jak ze mnie.
– I zawsze mówił, że pochodzi z Madrasu.
– Zawsze dawałyśmy mu napiwki żeby sam przyrządzał curry, więc wie co nieco o pieniądzach.
– O Boże – powiedziała Hermy ocierając oczy – jeśli to nie są szczyty….!
– I pomyśleć tylko, że pani Lucas i pułkownik Boucher i ty i pani Quantock i Świnka i cała reszta siedzieliście wokół kucharza i spijali mądrość z jego ust. Tylko pan Quantock miał rację kiedy chciał go zatrudnić.
Juruś z tonącym sercem musiał najpierw upewnić się, że to nie jest jeden z kawałów jego sióstr, a potem usiłował podnieść to serce przypominając sobie, że guru często mówił o godności prostej pracy fizycznej, ale jeśli Hermy i Ursy mówiły prawdę, to był to jednak cios, ta świadomość, że mówił to zawiany specjalista od curry.
W prostej fizycznej pracy gotowania curry nie było nic, co szczególnie szargałoby świętość, ale zdumiewająca tkanka kłamstw, którymi guru dyskretnie zamaskował swój wybitny kucharski talent nie była już aż tak w duchu nauk Przewodników, na których się powoływał. Najważniejszym jednak teraz było upewnienie się, że jego siostry nie poinformowały kogokolwiek prócz niego o swym irytującym odkryciu oraz wydobycie od nich obietnicy, że tego nie zrobią.
Nie było to łatwe zadanie, bo Hermy i Ursy planowały odbyć po obiedzie serię wizyt u każdego z członków zajęć jogi z wyjątkiem Luci, która powinna obudzić się następnego ranka i odkryć, że jest jedyną nieuświadomioną osobą w mieście.
– No wiesz, to jej się nie spodoba – powiedziała Hermy z czystą złośliwością. – Pomyślałybyśmy, że dobrze jej tak za to, że po tym jej głupim garden party nigdy więcej nas nie zaprosiła.
– Moja droga, przecież nie chciałyście tam chodzić – odrzekł Juruś.
– Wiem, że nie chciałyśmy, ale wolałybyśmy same jej powiedzieć, że nie chcemy. Była bardzo niemiła. Nie sądzę, żebyśmy mogły odpuścić sobie oświecenie wszystkich. Wyszliście wszyscy na kompletnych głupków. Facet ma rozmach.
– To i moje zdanie – powiedziała Ursy. – Powinnyśmy niedługo znów ujrzeć go przy piecu do curry. Ależ się razem uśmiejemy.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Pon 14 Paź, 2024 10:27
Ale numer ! to pewnie dlatego zwiał przed lady A., która na pewno regularnie będąc w Londynie odwiedza tę knajpę
Trzykrotka - Pon 14 Paź, 2024 21:17
Albo mogła znać go z Madrasu, bo tym wyraźnie się spłoszył. I jeszcze sprawa z brandy na krechę wyjaśniona
OK, lecimy dalej. Juruś sięga po szampana - broń najcięższego kalibru
Ucichły na tyle, ile zabrało Foljambe wyjście z domu, powiadomienie, że kolacja będzie za kwadrans i powrót. Wszyscy posłusznie wstali.
– No, no, pogadajmy o tym przy kolacji – powiedział Juruś dyplomatycznie. – A ja zejdę najpierw do piwniczki i sprawdzę, czy nie znajdzie się tam coś, co lubicie.
– Dobry stary Juruś – powiedziała Hermy. – Ale jeśli chcesz nas przekupić, musisz się postarać.
– Zobaczymy – odrzekł.
Juruś miał rację, że uważał na swojego Veuve Clicquot, zwłaszcza że była to butla tego cudownego trunku, którego Hermy i Ursy zwędziły z jego piwniczki w noc swojego przyjazdu z włamaniem. Dobrze to pamiętał, choć głównie za sprawą pragnienia aby nie zadrażniać tematu swoich włosów dołączył się do „zabawy” i przyniósł nawet kolejną butlę. Ale dziś wieczorem, nawet bardziej niż wcześniej, zaistniała potrzeba zniesienia wszelkich zapędów do sknerstwa, bo gdyby Ursy i Hermy rozgadały po Riseholme fakt, że wprowadzający w najbardziej wewnętrzny krąg filozofów jogi nie zasiedli u stóp żadnego Gamaliela, tylko kucharza curry z jakiejś podrzędnej garkuchni, sytuacja stałaby się nieznośna. Rzeczywiście przyniósł dziś drugą butlę na wypadek gdyby Hermy i Ursy nie dały zmiękczyć się pierwszą. Trudno byłoby uznać, że po nich będą w stanie składać jakiekolwiek wizyty u mieszkańców Riseholme i odzierać zasłonę z twarzy guru. Juruś był zbyt prostolinijny by marzyć o upiciu swoich sióstr, ale był gotów na wszelkie poświęcenia aby tylko im się przymilić. Co ich wewnętrzny krąg pocznie z kucharzem, Juruś nie miał pojęcia; musi porozmawiać o tym z Lucią o przed zajęciami dla zaawansowanych jutro rano. Ale wszystko było lepsze niż pozwolenie na to, żeby Hermy i Ursy ganiały po Riseholme z ich ordynarnym śmiechem i dyskredytującymi uwagami. Kiedy ten wieczór bezpiecznie minie, omówi z Lucią co trzeba zrobić, gdy Hermy i Ursy znikną o świcie, bo wybierały się na turniej golfowy w bezpiecznej odległości od Riseholme. Lucia mogła uznać, żeby nie robić nic i chcieć kontynuować pouczające ćwiczenia jak gdyby nic się nie stało. Ale Juruś czuł, że jak chodzi o niego, czar prysnął. Albo cóż – może będą musieli w jakiś sposób pozbyć się guru. Był jedynie pewien, że Lucia zgodzi się z nim, że Daisy Quantock nie może się o niczym dowiedzieć. Przez swoją pokrętną ambicję bycia główną dyspozytorką guruizmu w Riseholme mogła łatwo przejść na ciemną stronę i rozgłosić na wszystkie strony, że Robert już dawno przejrzał tego oszusta na wylot i zastanawiał się, czyby nie zaproponować guru stanowiska kucharza w ich domu, do czego nadawał się o wiele lepiej. Mogłaby nawet dodać, że jego zakusy w stronę jej pięknej pokojówki zniechęciły ją do tego planu.
Tego wieczoru Juruś odniósł sukces większy niż się spodziewał i otwieranie drugiej butelki szampana nie było potrzebne. Hermy i Ursy, może pod wpływem pierwszej, może z wrodzonej dobroci serca, może dlatego, że rano musiały wstać bardzo wcześnie i wolały być zawiezione do Brinton zamiast wybrać wcześniejszy i wolniejszy pociąg z Riseholme, chętnie zrezygnowały z planu poinformowania całego miasta o swoim odkryciu i poszły do łóżek jak tylko naciągnęły brata na jedenaście szylingów w brydża. Powtarzały „gram guru” za każdym razem kiedy rzucały waleta, ale Juruś odkrył, że bez problemu może się z tego śmiać, jeśli tylko ten śmiech nie miał się rozejść poza cztery ściany. Nawet sam powiedział „przebijam guru” kiedy zrobił sztuczkę z waletem kier.
Pobudzenie i niepewność sprawiały, że nie spał zbyt dobrze, a na dodatek dały dom był w ruchu, bo jego siostry kładły się do łóżek mając przed sobą całe pakowanie, a drzemka poprzedzająca sen była krótka, często przerywana przez odgłosy łomotania skrzyniami, brzęczenie kijami golfowymi, kroki na schodach kiedy zaczęły przygotowywać się do wyjazdu.
Ale po chwili całe to zamieszanie się skończyło, a on wybudził się z głębokiego snu z poczuciem, że usłyszał jakiś głośny odgłos. Najwyraźniej jeszcze nie skończyły, bo z całą pewnością gdzieś dało się wyczuć jakieś słabe poruszenie. W każdym razie szanowały jego uzasadnione pragnienie ciszy, bo hałas, cokolwiek go wywoływało, był wyjątkowo delikatny i przytłumiony. Przypomniał sobie tę absurdalną „hecę” przy ich przyjeździe i uśmiechnął się na to wspomnienie. Jego tupecik leżał w szufladzie przy łóżku, ale nie czuł zasadniczo impulsu, by go założyć i upewnić się, że ten hałas był czymkolwiek innym niż przygotowaniami sióstr do wyjazdu o świcie. Gdyby chodziło o niego, to gdyby miał wyjechać następnego dnia, miałby jeszcze przed obiadem gotowe i spakowane wszystko prócz neseseru z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale kochane Hermy i Ursy działały na zupełnie innym poziomie. Musi w końcu kazać zamontować dzwonki na wszystkich okiennicach jak już postanowił miesiąc temu, wtedy żaden hałas mu więcej nie przeszkodzi…
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Wto 15 Paź, 2024 11:47
| Trzykrotka napisał/a: | | Albo mogła znać go z Madrasu, bo tym wyraźnie się spłoszył. |
To też brałam w pierwszej wersji pod uwagę. Może był jej kucharzem w madrasie i go wywaliła za pijaństwo
Ciekawe jak się guruizm rozwiąże
Trzykrotka - Wto 15 Paź, 2024 20:26
| Tamara napisał/a: |
Ciekawe jak się guruizm rozwiąże |
Otóż to. Ciąg dalszy afery następnego dnia:
Zajęcia z jogi następnego dnia miały nietypowo zacząć się o dziesiątej, bo Pepino, który za nic nie chciałby ich przegapić, miał zamiar udać się na całodniowe łowienie ryb w szczęśliwym strumieniu wpadającym do Avonu i chciał wyruszyć o jedenastej. Pepino ostatnio zrobił duże postępy, a podczas medytacji miał pewne dziwne objawy zawrotów głowy, które były ogromnie obiecujące.
Juruś zjadł z siostrami śniadanie o ósmej (naciągnęły go jeszcze na samochód, który podrzucił je do Brinton) i kiedy pojechały Foljambe zawiadomiła go, że służącą boli gardło i nie „wyszykowała” salonu. Sama Foljambe to zrobi kiedy skończy sprzątać pokoje „młodych dam” na górze (w tych słowach brzmiała nutka pogardy), więc Juruś usiadł przy oknie w jadalni i rozmyślał o tym, jak miłe są spokój i cisza. Ale właśnie gdy naszedł czas by wyruszyć do Domku Przy Zagajniku aby przed zajęciami omówić z Lucią rewelacje poprzedniego wieczoru i być może opracować jakąś tajną politykę, która zapobiegnie ich dalszemu rozprzestrzenianiu się, przypomniał sobie, że zostawił papierośnicę (tę ładną, plecioną, z turkusem w rogu) w salonie i poszedł jej poszukać. Okno było otwarte i najwyraźniej Foljambe dopiero co tu była by wpuścić nieco świeżego powietrza do atmosfery, którą Hermy i Ursy nieustająco skaziły wczoraj swoimi „fajkami” jak je nazywały, ale papierośnicy nie było na stole, na którym jak sądził ją położył. Rozejrzał się i nagle stanął jak wryty.
Jego szklana gablotka ze skarbami była nie tylko otwarta, ale i pusta. Zniknęła tabakierka Ludwika XVI, zniknęła miniatura Karla Hutha, zniknęła chińska porcelana i papierośnica Faberge. Tylko zabawkowa miseczka z czasów królowej Anny była na miejscu, ale pod nieobecność reszty przedmiotów, wydała mu się, podobnie jak zapewne złodziejowi, zadziwiająco nieistotna.
Juruś wydał cichy, zawodzący okrzyk, ale z oczywistych powodów nie zaczął wyrywać sobie włosów z głowy. Potem zadzwonił trzy razy z rzędu, co było sygnałem dla Foljambe, że nawet jeśli siedzi w wannie, ma natychmiast przyjść. Zaraz też nadeszła, z jednym z tych okropnych wełnianych swetrów Hermy, którego ta zapomniała spakować.
– Tak, proszę pana, o co chodzi? – spytała z niepokojem, bo nie pamiętała, kiedy ostatnio Juruś zadzwonił trzy razy prócz dnia, w którym rybia ość utknęła mu w gardle i drugiego, kiedy dostał wiadomość, że Świnka zamierza go odwiedzić i ma nadzieję, że zastanie go samego.
W odpowiedzi Juruś wskazał na ogołocony skarbczyk.
– Zniknęły! Włamanie! – powiedział. – O Boże!
W tym pełnym napięcia momencie rozległ się dzwonek telefonu.
– Sprawdź, kto to – powiedział do Foljambe i włożył miseczkę królowej Anny do kieszeni.
Bardzo szybko wróciła.
– Pani Lucas prosi, aby natychmiast pan do niej przyszedł – powiedziała.
– Nie mogę – odrzekł Juruś. – Muszę tu zostać i wezwać policję. Niczego nie wolno dotykać. – i pospiesznie odstawił zabawkową miseczkę na właściwe kółko wygniecione w aksamicie, gdzie przedtem stała.
– Tak, proszę pana – powiedziała Foljambe, lecz wróciła w następnej chwili.
– Będzie bardzo zobowiązana jeśli przyjdzie pan natychmiast – powiedziała. – W jej domu doszło do rabunku.
– No cóż, powiedz jej, że w moim także – odpowiedział Juruś z irytacją. Jednak w sukurs przyszedł mu dobry charakter pomieszany z ognistą ciekawością.
– W takim razie, Foljambe, czekaj dokładnie w tym miejscu – powiedział – i pilnuj by nikt niczego nie dotykał. Zadzwonię pewnie na policję z Domku Przy Zagajniku. Wpuść ich.
W pomieszaniu założył kapelusz zamiast iść z gołą głową i został przyjęty przez Lucię, która najwyraźniej pilnowała drzwi z okna pokoju muzycznego. Miała na sobie swą Szatę Nauczyciela.
– Jurusiu – powiedziała, zapominając nawet przywitać się po włosku – wczoraj w nocy ktoś włamał się do sejfu Filipa i ukradł sto funtów w banknotach. Włożył je tam zaledwie wczoraj żeby zapłacić za coś gotówką. I moje rzymskie perły.
Juruś poczuł dumę zwycięzcy.
– Ja też zostałem obrabowany – powiedział. - Moja tabakiera z czasów Ludwika XVI jest więcej warta, a do tego chińska porcelana i papierośnica, a także Karl Huth.
– Mój drogi! Wejdź do środka – powiedziała. – To jest gang. – A czułam taki spokój i wzniosłość. Ależ będziemy mieć w domu okropną atmosferę. Mój guru będzie tym głęboko dotknięty. Powietrze, w którym przebywali złodzieje go zdusi. Często opowiadał mi, że nie może zatrzymywać się w domach, w których czuje się złe emocje. Muszę to przed nim ukryć. Nie mogę go stracić.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Trzykrotka - Śro 16 Paź, 2024 21:21
Fatalnego poranka ciąg dalszy
Lucia osunęła się na obszerną elżbietańskie siedzisko w holu. Humorystyczny pająk pokpiwał sobie z nich od okna, humorystyczne kamienne owoce leżały na talerzu obok misy z pot-pourri. Kiedy jeszcze powtarzała „nie mogę go stracić,” od strony drzwi dobiegło gwałtowne pukanie, a Juruś na znak królowej wpuścił panią Quantock.
– Robert i ja zostaliśmy okradzeni! – powiedziała. – Cztery srebrne łyżki – dzięki Bogu większość naszej zastawy jest platynowa – osiem srebrnych widelców i georgiański kufel. Mogę odżałować wszystko, ale tego nie.
Lucia wydała słaby okrzyk ulgi. Jeśli ohydna atmosfera kradzieży nawiedziła też dom Daisy, nie było wielkiej obawy, że jej guru tam wróci. Natychmiast odzyskała subtelność.
– Pokój! – powiedziała. – Odbądźmy najpierw naszą lekcję, bo jest już dziesiąta i nie pozwólmy aby zatruła nas choćby jedna myśl o zemście. Jeśli wezwę teraz policję, nie zdołam się skoncentrować. Nie powiem mojemu guru co się każdemu z nas przydarzyło, ale ze względu na biednego Pepina poproszę, żeby lekcja była krótka. Czuję zupełny spokój. Om.
W umyśle Jurusia zaczęły pojawiać się niejasne koszmarne obrazy, niskie podejrzenia oparte na rewelacjach sióstr z poprzedniego wieczoru. Ale skoro Foljambe siedziała na straży miseczki z czasów królowej Anny, nie było się już czego bać, poszedł więc za Lucią, z jej srebrnym sznurem kołyszącym się łagodnie w takt jej kroków, do palarni, gdzie Pepino już siedział na podłodze oddychając o wiele za gwałtownie jak na klasę zaawansowaną. Na stole stały świeże kwiaty, a z ogrodu wpadał pachnący poranny wietrzyk. Jak było w zwyczaju wszyscy usiedli i czekali, z każdą chwilą czując większy spokój i wyciszenie. Wkrótce rozlegnie się stukot obcasów kapci na ścieżce z nierównych kamiennych płyt i na jakiś czas zapomną o wszystkich zmartwieniach. Ale byli dość zadowoleni, że Lucia będzie prosić guru o raczej krótszą lekcję niż zwykle.
Czekali. W tej chwili wskazówki cromwelowskiego czasomierza, najbliższego elżbietańskiemu, jaki Luci udało się zdobyć, wskazywały kwadrans po dziesiątej.
– Mój guru trochę się spóźnia – powiedziała.
Dwie minuty później Pepino kichnął. Jeszcze dwie minuty później odezwała się Daisy, z dużą dozą ironii.
– Może byłoby dobrze sprawdzić, co się dzieje z guru, moja droga? – spytała. – Widziałaś dziś rano swojego guru?
– Nie, kochana – rzekła Lucia nie otwierając oczu jak zawsze gdy się „koncentrowała.” – On zawsze medytuje przed lekcją.
– To tak jak ja – odrzekła Daisy – ale już się dość namedytowałam.
– Cicho! – powiedziała Lucia. – Idzie.
Jednak był to fałszywy alarm, bo był to tylko perski kot Luci, który pokłócił się właśnie z uschłymi liśćmi wawrzynu. Lucia wstała.
– Nie lubię mu przerywać – powiedziała – ale czas nas goni.
Opuściła palarnię wolnym, giętkim krokiem, który przyjęła gdy miała na sobie Szatę Nauczyciela. Nie minęło wiele sekund, a wróciła, już bez śladu giętkości.
– Jego drzwi są zamknięte! – powiedziała – i nie ma w nich klucza.
– Zajrzałaś przez dziurkę, Lucia mia? – spytała pani Quantock ociekając ironią.
Oczywiście Lucia to zlekceważyła.
– Zapukałam – odrzekła – i nie usłyszałam odpowiedzi. Powiedziałam: „mistrzu, czekamy,” a on nie odpowiedział.
Nagle przemówił Juruś, wywołując efekt jakby korek wystrzelił z butelki.
– Moje siostry powiedziały mi wczoraj, że on gotuje curry w restauracji Calcutta – powiedział. – Rozpoznały go i są pewne, że on rozpoznał je. Pochodzi z Madrasu i jest takim samym braminem jak Foljambe.
Pepino zerwał się na równe nogi.
– Co? – krzyknął – Bierzmy pogrzebacz i wyłammy drzwi! Na pewno to on jest złodziejem i na pewno czmychnął. Dzwoń na policję.
– Czyli to kucharz curry, tak? – powiedziała Daisy. – Robert i ja jednak mieliśmy rację. Wiedzieliśmy do czego najlepiej się nadaje, droga Luciu, ale oczywiście ty wiesz najlepiej i ty i on oszukaliście nas w podskokach. Ale nie ze mną te numery. Wiedziałam, jakie knujecie konszachty kiedy mi go zabrałaś. Guru, rzeczywiście! Ta sama kategoria co pani Eddy, a na niej szybko się poznałam. I co teraz zrobimy? Bo ja zaraz wracam do domu, dzwonię na policję i powiem im, że Indus, który od tygodni mieszał u was ukradł moje łyżki i widelce i georgiański kufel. To ci guru! Złodziejuru, tak go nazwę. Ot co!
Jej gniew, podobnie jak gniew Hyperiona, poderwał ją na nogi i stała tam naprzeciwko wszystkich adeptów klasy dla zaawansowanych, niska i krępa i niezmiernie niedorzeczna, ale otoczona aurą rewolucyjnej groźby. Nie była może dokładnie „straszna jak wojsko pod sztandarami,” ale była okropna jako pani w średnim wieku, hołubiąca zadawniony żal, podrażniony teraz utratą georgiańskiego kufla, a to samo było dość straszne, by Lucia podjęła pojednawcze kroki. Gorzko żałowała że w ogóle ukradła Daisy guru, zwłaszcza jeśli gęstniejące w powietrzu podejrzenia okażą się prawdziwe, bo w końcu niczego jeszcze nie potwierdzono. Guru wciąż mógł wyjść z altanki na aleję złotokapów której jeszcze nie przeszukali, lub mógł lewitować z kluczem w kieszeni. Było to mało prawdopodobne ale możliwe, a w czasie kryzysu należało chwytać się każdej trawki, by nie zatonąć jak jakaś łódź podwodna.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Czw 17 Paź, 2024 13:57
Ajajajajaaaaaj pewnie lady A. też doznała w madrasie niespodziewanej kradzieży, a co gorsza zapała złodzieja
Trzykrotka - Czw 17 Paź, 2024 21:41
To już, przekonajmy się
Przeszukali cały ogród, ale nie znaleźli kucharza curry, szczegółowo przepytali służbę czy ktoś z nich go nie widział, ale niczego się o nim nie dowiedzieli. Kiedy więc Pepino wyjął ze skrzyni z narzędziami ciężki młotek i solidne dłuto i ruszył po schodach, wszyscy wiedzieli, że nadchodzi decydujący moment. Być może guru medytował (bo prawdę mówiąc, miał sporo do przemyślenia), ale może… Pepino zawołał go najgłośniej jak umiał m i powiedział, że będzie zmuszony wyłamać zamek w drzwiach jeśli nikt nie odpowie, a następnie dom rozbrzmiał stukaniem równie strasznym jak w Makbecie ale znacznie głośniejszym. Wtem zamek ustąpił i drzwi się otwarły.
Pokój był pusty i – jak wszyscy podejrzewali – łóżko wyglądało na nietknięte. Otworzyli szuflady komody i okazały się równie puste jak pokój. Ostatecznie Pepino otworzył drzwi wielkiej szafy stojącej w kącie i z brzękiem i trzaskiem szkła wylała sięz niej kaskada pustych butelek po brandy. Pustka: to było słowo kluczowe dla całej sceny, a jej efektem były puste spojrzenia.
– Moja brandy! – powiedziała pani Quantock zduszonym głosem. – Tu jest czternaście albo piętnaście butelek. To wyjaśnia szklisty wyraz jego oczu który ty, droga Luciu, brałaś za przejaw koncentracji. Ja nazwałabym to destylacją.
– Zabrał ją z waszej piwnicy? – spytała Lucia zbyt zdruzgotana by czuć urazę, ale nadal zdolna do intensywnej ciekawości.
– Nie, miał stałe zlecenie aby zamawiać od sklepikarzy wszystko, czego potrzebował. Szkoda, że nie przysyłali mi rachunków co tydzień.
– Owszem kochanie – powiedziała Lucia.
Oczy Jurusia spotkały się z jej oczami.
– Widziałem, jak kupował pierwszą butelkę – powiedział. – Pamiętam, że ci o tym mówiłem. U Rusha.
Pepino chwycił swój młotek i dłuto.
– No cóż, nie ma sensu siedzieć tu i rozmyślać o dawnych dobrych czasach – zauważył. – Zadzwonię na komisariat i złożę wszystko w ich ręce jak o mnie chodzi. Wkrótce go zdybią i przez następnych kilka lat będzie mógł przybierać swoje pozy w więzieniu.
– Ale jeszcze nie wiemy, kto popełnił te rabunki – rzekła Lucia.
Nikt nie uznał za stosowne żeby na to odpowiadać, bo wszyscy inni już go w duchu osądzili i skazali.
– Ja zrobię to samo – powiedział Juruś.
– Mój kufel – jęknęła pani Quantock.
Lucia wstała.
– Pepino mio – powiedziała – i ty Jurusiu i ty, Daisy. Chcę żebyście, zanim cokolwiek zrobicie, posłuchali mnie przez kilka minut. Zastanówcie się. W jakim świetle się postawimy jeśli oddamy sprawę w ręce policji? Pewnie go schwytają i wyjdzie na jaw, że daliśmy się oszukać kucharzowi curry. Pomyślcie o tym, co robiliśmy przez ostatni miesiąc, pomyślcie o naszych lekcjach, ćwiczeniach, naszym…. wszystkim. Zrobiliśmy z siebie głupców, ale ja osobiście nie mogłabym znieść że wszyscy się o tym dowiedzą. Wszystko tylko nie to. Cóż znaczy wobec tego sto funtów, czy kufel…
– Moja tabakierka z czasów Ludwika XVI była więcej warta niż wszystko inne razem wzięte – powiedział Juruś, wciąż skrycie zadowolony, że to on najwięcej ucierpiał.
– I to było moich sto funtów, nie twoich, carissima – powiedział Pepino.
Ale było jasne, że słowa Luci zaczęły w nim kiełkować.
– Podzielimy się – powiedziała. – Dam ci czek na pięćdziesiąt funtów.
– A kto chciałby podzielić się moim kuflem? – rzekła Daisy z gorzką ironią. – Ja chcę mój kufel.
Juruś nie mówił nic, ale jego umysł pracował na pełnych obrotach. Wkrótce do Riseholme miała zjechać Olga i byłoby okropnie, gdyby odkryła, że aż huczy ono od opowieści o guru, a rzucając okiem na Pepina zauważył jego zamyślone i współczujące spojrzenie zdające się sugerować, że i jego myśli biegną tymi samymi torami. Z pewnością Lucia dała im temat do przemyślenia. Spróbował wyobrazić sobie całą historię wykrzykiwaną do trąbki pani Antrobus na wiejskich błoniach i wręcz nie mógł znieść tej wizji. Usiłował wytłumaczyć sobie, że pani Weston kiedyś choćby spróbuje przestać o tym mówić i nie mógł wyobrazić sobie jej milczenia. Bez wątpienia wszyscy dali się nabrać, ale tutaj, w tej pustej sypialni, byli główni naiwni, którzy zachęcili resztę.
Po słowach pani Quantock zapadła głucha cisza.
– Co w takim razie proponujesz? – spytał wreszcie Pepino, okazując słabe oznaki poddania.
Lucia rozwinęła swoje najlepsze podstępy.
– Caro! – odrzekła. – Ty musiś cioś wymyślić. Daisy i ja, my male i głupiutkie, Juruś i ty mówcie nam cio lobić. Ale jeśli Lucia ma mówić, to ja myślę….
Zatrzymała się na chwilę, a widząc na twarzy pani Quantock głęboki niesmak na dźwięk jej żartobliwych słów, wróciła do normalnej angielszczyzny.
– Zrobiłabym coś w tym stylu – powiedziała. – Powiedziałabym, że guru naszej kochanej Daisy opuścił nas nader spiesznie, bo dostał wezwanie w jakieś inne miejsce. Jego zadanie tutaj zostało wykonane: zapoczątkował nasze lekcje i skierował nasze kroki ku Drodze. Zawsze mówił, że coś takiego może mu się przytrafić…
– Jestem pewien, że wszystko to zaplanował – rzekł Juruś. – Wiedział, że nie może tego tutaj ciągnąć w nieskończoność i kiedy moje siostry go rozpoznały, uznał, że już czas czmychnąć.
– Zabierając wszystkie dobra, jakie wpadły mu w ręce – powiedziała pani Quantock.
Lucia dotknęła swojego frędzla.
– Co do kradzieży – powiedziała. – Nie wystarczy rozgłosić, że jednej nocy popełniono trzy włamania, a jednocześnie Daisy guru został odwołany….
– Mój guru, rzeczywiście! – zawołała pani Quantock, sycząc z oburzenia na dźwięk tej samej obelgi powtórzonej po raz kolejny.
– To mogłoby wywołać podejrzenia – ciągnęła Lucia spokojnie nie zauważając przerywnika – a my musimy zapobiec rozszerzaniu się plotek. Co do włamań… Niech się przez chwilę zastanowię.
Miała nad nimi taką kontrolę, że nikt się nie odezwał.
– Już wiem – powiedziała. – Tylko Boaler wie, bo Pepino powiedział jej, żeby nie pisnęła nawet słówka póki nie przyjedzie policja. Musisz jej powiedzieć, carissimo, że znalazłeś tę setkę. To załatwi sprawę. Teraz ty, Jurusiu.
– Foljambe wie – odrzekł Juruś.
– To powiedz jej, żeby nie puściła pary z ust. Włóż jakieś inne bibeloty do twojej ślicznej szafki na skarby i nikt się nie zorientuje. Co do Daisy….
– Robert wyjechał – odpowiedziała ona raczej pokornie, bo zdążyła już wszystko przemyśleć. – Moja służąca wie.
– A kiedy wróci, zauważy brak kufla? Często go używaliście?
– Może raz w ciągu dziesięciu lat.
– To jest nadzieja – powiedziała Lucia. Powiedz służącej, żeby nikomu o sprawie nie mówiła.
Przeszła znowu w tryb rozkosznej skromności.
– No! – rzekła. – Taki jest mój sklecony naprędce pomysł, a teraz nich Pepino i Juruś natężą tęgie głowy i powiedzą nam, co robić.
To była łatwizna: powtórzyli to, co ona powiedziała, a ona skorygowała ich jeśli popełnili błąd. Potem znów stanęła muskając palcami frędzle Szaty Nauczyciela.
– Teraz co do naszych lekcji – powiedziała. – Nie wiem jak wam, ale mnie żal byłoby całkiem je porzucić, bo tak cudownie mnie odmieniły, a myślę, że i wy tak uważacie. Spójrzcie tylko na Jurusia: wygląda dziesięć lat młodziej niż miesiąc temu, a Daisy – chciałabym umieć tak się potykać jak ona. I jaki miałoby sens rzucać to wszystko tylko dlatego, że guru Daisy – to znaczy nasz guru – został wezwany. Wyglądałoby to jakbyśmy nie byli tak naprawdę zainteresowani tym, czego nas nauczył, jakby pociągała nas tylko nowinka jaką było goszczenie wśród nas bramina.
Lucia uśmiechnęła się do nich dobrotliwie.
– Być może z czasem przekonamy się, że sami nie możemy zrobić postępów – powiedziała – i wtedy wszystko po cichu zarzucimy. Ale nie róbmy tego z wielkim hukiem. Ja na pewno odbędę moją lekcję na podstawowym poziomie dziś po południu.
Zrobiła pauzę.
– W mojej Szacie Nauczyciela, jak zawsze – powiedziała.
Koniec rozdziału ósmego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Czw 17 Paź, 2024 21:43
Tamara, zauważyłaś, jak guru gładko przechodzi z rąk do rąk? Był "guru Daisy," potem "guru Luci," a teraz znów należy do Daisy
Tamara - Pią 18 Paź, 2024 13:47
Ajajaaaaj po raz wtóry no wiesz, to taki guru przechodni jeszcze lepiej by było, gdyby okazało się, że to wcale nie guru wszystko rąbnął
Trzykrotka - Sob 19 Paź, 2024 21:30
I kto jest najlepszym detektywem w Riseholme? Pani Weston mogłaby zastąpić pannę Marple
Rozdział dziewiąty
Ryba, po którą pani Weston co tydzień posyłała do Brinton, bo nie podobał jej się wygląd następcy matki Tommy’ego Lutona, leżała na talerzu zupełnie zlekceważona, podczas gdy ona, trzymając w jednej dłoni widelec, a w drugiej kawałek flądry dla podkreślenia gestykulacji, opowiadała pułkownikowi Boucherowi krok po kroku jak doszła do swojego nadzwyczajnego odkrycia.
– To w dniu garden party pani Lucas – powiedziała – zaczęłam mieć swoje podejrzenia, ale bądź pan pewien, że zachowałam je dla siebie, bo nie jestem z tych, co mówią nim się upewnią, a teraz, choćby nawet król i królowa przyszli i klęczeli przede mną zapewniając, że jest inaczej, nie uwierzyłabym im. Cóż – jak może pan pamięta, wszyscy wróciliśmy na przyjęcie pani Lucas około wpół do dziewiętnastej, a to z powodu parasolki, którą ktoś zostawił, a to laski, o której ktoś inny zapomniał i czemu nie, dla mnie wymówką była książka z Wenecji, którą chciałam pożyczyć, na pewno bardzo ciekawa, ale jeszcze nie miałam czasu rzucić na nią okiem, no i właśnie wtedy przyszła pani Bracely!
Pani Weston musiała przerwać na chwilę, bo jej służąca, Elizabeth Luton (kuzynka Tommy’ego) szturchnęła ją w bok w sposób, który nie mógł nie przypomnieć jej, że pułkownik Butcher nadal czeka na swój kawałek flądry. Kiedy ją dla niego wykrawała, przypomniał sobie nagle, co do tej pory było głównymi tematami rozmowy i odgadł, że chodzi albo o guru albo o panią Bracely. Potem dostał swój kawałek flądry, a pani Weston znów odłożyła swoje narzędzia do krojenia.
– Proszę lepiej sobie też nałożyć – rzekła Elizabeth dyskretnie.
– Tak zrobiłam i tobie też dam radę, Elizabeth, a mianowicie: nalej pułkownikowi kieliszek wina. Burgund! Tego popołudnia kiedy zaczęło robić się chłodno, zastanawiałam się tylko, czy została nam butelka czy dwie starego burgunda, którego tak lubił świętej pamięci pan Weston i owszem, została. Kupił go dokładnie tam, gdzie został wyprodukowany u mówił, że nigdy nie boli po nim głowa, choćby piło się go przez całą noc. Nigdy tego nie robił, bo wypijał jeden do kilku kieliszków i może jeszcze jeden , więc nie wiem skąd wiedział o piciu przez całą noc, ale znał się na winie. Więc powiedziałam do Elizabeth: „butelka starego burgunda, Elizabeth,” no więc tamtego wieczoru zatrzymałam się na chwilę, żeby przyjrzeć się guru i wziąć moją książkę i kiedy znów wyszłam na ulicę, cóż mogłam zobaczyć jak nie pannę Bracely wchodzącą do małego ogródka frontowego przed „Starym Domem.” Już się ściemniało, wiem, a moje oczy nie dorównują oczom pani Antrobus, które są jak istne świdry, ale widziałam ją wystarczająco dobrze. A jeśli nie następnego dnia, to jeszcze następnego zaczęli tam naprawiać dach i od tego czasu dom jest od rana do nocy pełen hydraulików i malarzy i tapicerów i ciężarówki z meblami zajeżdżają jedna za drugą.
– Khm, hmm – powiedział pułkownik – więc mówi pani, że to pani Bracely kupiła ten dom?
Pani Weston pokiwała głową w górę i w dół.
- Zapytam, co pan o tym wszystkim sądzi, kiedy opowiem panu wszystko – rzekła. – No cóż! Nadszedł ten dzień i jeśli dziś jest piątek, to było dwa tygodnie od ostatniego wtorku, a jeśli dziś jest czwartek, bo dziś rano mi się to pomieszało i aż do niedzieli nie dojdę do prawdy, więc jeśli dziś jest czwartek, to był to poniedziałek dwa tygodnie temu, kiedy to guru wyjechał tak bardzo raptownie i powiem szczerze, nie płakałam po nim szczególnie, bo przez te jego oddechy kręciło mi się w głowie, s mio wszystko nie chciałam być pozostawiona poza nawiasem. Siostry pana Jurusia wyjechały tego właśnie dnia i często zastanawiałam się, czy między tymi dwoma wydarzeniami był jakiś związek, bo dziwne, że tak właśnie razem się wydarzyły i nie jestem pewna, czy jeszcze o tym nie usłyszymy.
Pułkownik Boucher zaczął się zastanawiać, czy mimo wszystko nie będzie chodziło o guru i nałożył sobie na talerz połowę kuropatwy. Miało to taki efekt, że odwróciło uwagę pani Weston.
- Nie – powiedziała. – Nalegam, żeby wziął pan całego ptaka. Są dość małe, a ja byłam bardzo rozczarowana kiedy zobaczyłam je po oskubaniu, a na obiad mamy jeszcze tylko zimną szynkę i cząber, Mary zapytała, czy nie wzięłabym też kawałka tarty jabłkowej. Ale powiedziałam: „Nie, pułkownik nie bierze do ust słodyczy, ale zje kuropatwę, całą kuropatwę.” Powiedziałam: „I nie będzie narzekał na swój posiłek.” No cóż! W tym dniu, w którym wszyscy wyjechali, jakiekolwiek było na to wytłumaczenie, siedziałam w moim fotelu naprzeciwko Arms, kiedy wyszedł właściciel, a za nim dwóch mężczyzn niosących siedzisko, które stało w hallu po prawej stronie kominka. Więc powiedziałam: „Cóż, panie właścicielu, kto zamówił ten piękny mebel?” Bo naprawdę był piękny z tymi rzeźbionymi podłokietnikami. A on na to: „Dzień dobry pani,”, nie: „Dobry wieczór pani, to będzie… to dla panny….” I nagle zamarł i poprawił się: „To dla pana Pillsona.”
Pani Weston gwałtownie przełknęła wielki kawał kuropatwy. Najszybciej jak się dało mówiła dalej.
- Więc jeśli to było dla pana Jurusia, to może pan mi powie, gdzie teraz stoi – powiedziała. – Byłam tam zaledwie dwa dni temu i nie siedzisko nie stało ani w holu, ani w jadalni, ani w salonie, bo choć trochę się tam pozmieniało, siedzisko nie jest jedną z nich. To jego szafka ze skarbami się zmieniła. Zniknęła tabakierka i papierośnica i kawałek chińskiej porcelany, a zamiast nich jest tam teraz ta głęboka łyżka, której zawsze używał przy stole i robił z tego wielkie halo i porcelanowy wazon z Worcester, który przedtem stał na kominku i inna papierośnica i sakiewka haftowana koralikami. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale jeśli to odziedziczył, to tym razem majątku na tym nie zbił, oceniłabym to na jakieś pięć szylingów. Ale siedziska nie ma ani w szafce ani poza nią, a jeśli chce pan wiedzieć, gdzie jest, to jest w Starym Domu, bo sama je tam widziałam, kiedy tamtędy przejeżdżałam, a drzwi były otwarte. On je kupił – pan Juruś – w imieniu panny Bracely, no chyba, że chce pan powiedzieć, że pan Juruś będzie teraz jednego dnia spał w swoim domu, a drugiego w Starym. Nie, to panna Bracely będzie mieszkać w Starym Domu i to wyjaśnia słówko „panna,” które wymknęło się właścicielowi, a ten potem zaniemówił. Z jakiegoś powodu, a śmiem twierdzić, że nie będzie mnie to długo zaprzątać teraz, kiedy mogę się tym zająć, ona robi to w tajemnicy, którą znają tylko pan Juruś i właściciel Arms. Oczywiście, on musi, bo Stary Dom jest jego i żałuję teraz, że sama go nie kupiłam, bo dostał go za bezcen.
- Ech, na Jowisza, świetnie to pani wykoncypowała – rzekł pułkownik Boucher.
- To nie wszystko – powiedziała pani Weston zbliżając się do kulminacji. – Tego właśnie dnia, kiedy Mary, moja kucharka, jak pan wie, wracała z Brinton z kawałkiem flądry, którą właśnie zjedliśmy, bo nie mieli ani kawałka turbota, którego chciałam, na stacji w Riseholme stał pociąg bagażowy i wyładowywali z niego skrzynię, która mogła zawierać tylko jedno – duży fortepian. A jeśli tego jeszcze panu mało, pułkowniku, były tam także dwa kosze na ubrania, w których moim zdaniem była pościel, bo były zasznurowane i żeby podnieść każdy z nich trzeba było dwóch mężczyzn, a jak mówi Mary, nic nie jest tak ciężkie jak właściwie zapakowana pościel, chyba że talerze, i był na nich nadruk w kolorze czarnym, nie, musiał być biały, bo takie kosze są czarne, z inicjałami O.B. A jeśli znajdzie pan innego O.B w Riseholme, to pomyślę, że straciłam pamięć.
W tej kulminacyjnej chwili w hallu zadzwonił telefon, słyszany przez hałas rozłupywanych orzechów włoskich i do jadalni weszła Elizabeth z wieścią, że pan Juruś pyta, czy może wpaść za pół godziny na pogawędkę. Gdyby to była Olga Bracely we własnej osobie, nie mogłaby spotkać się z cieplejszym przyjęciem; cnota (cnota obserwacji i wnioskowania) została natychmiast nagrodzona.
c.d.n
Tamara - Nie 20 Paź, 2024 21:53
Uuuuuu
Trzykrotka - Pon 21 Paź, 2024 07:00
Perory pani Weston przypominają mi opowieści panny Bates o listach Jane Fairfax, jabłkach i tym podobnych.
Juruś nadciąga ze swoją bombą i nie wie, że ona już dawno jest rozbrojona w tym domu
– Będę zachwycona, powiedz, że będę zachwycona, Elizabeth – rzekła pani Weston – a teraz, pułkowniku, czemu miałby pan siedzieć tutaj sam, a ja sama w salonie? Weź pan swoją karafkę i szklaneczkę ze sobą i proszę nalać mi pół szklaneczki, a jeśli pan nie zgadnie, jakie będzie jedno z pytań, które zadam panu Jurusiowi, to….
Juruś skwapliwie skorzystał z zaproszenia, gdyż był niemal po uszy zasypany najważniejszymi nowinami jakie otrzymał od pamiętnej nocy włamań. Dziś otrzymał był zgodę na ujawnienie, że Olga wprowadza się do Starego Domu, bo pan Shuttleworth został poinformowany o zakupie i umeblowaniu domu i, jak można się było spodziewać, zrobił z tej informacji naprawdę wspaniały prezent. Tak więc Riseholme również mogło się dowiedzieć i Juruś, chętny jak Hermes, choć nie tak szybki, kopnął się do pani Weston z tym cudownym zadaniem. Miało ono charakter takiej właśnie karnej wyprawy, jaką Juruś radował się do głębi, bo Lucia przez cały ten tydzień, na skutek jego stanowczej odmowy poinformowania jej, kim jest nabywca Starego Domu, była wobec niego chłodna i wyniosła. Przyznał się, że wie, ale dodał, że złożył przysięgę, że nie powie póki nie otrzyma zgody i Lucia od razu zadarła nosa. Rzeczywiście, stała się tak wyniosła, że kiedy Juruś dopiero co do niej zadzwonił, zanim jeszcze zadzwonił do pani Weston, aby spytać, czy może wpaść do niej na godzinkę po obiedzie, zamierzając zdradzić jej każdy szczegół wspaniałych wiadomości, odpowiedziała mu za pośrednictwem pokojówki, że jest bardzo zajęta fortepianem. No i dobrze, jeśli wolała drugą i trzecią część Sonaty Księżycowej, do której zabrała się całkiem na serio, od towarzystwa Jurusia to cóż, zaoferuje siebie i wspaniałe wieści komu innemu. Postanowił jednak niczego nie ujawniać tak od razu; tego typu informacje należy zachować w tajemnicy póki nie nadejdzie właściwa chwila do ich ujawnienia. Wtedy to wyjawi sekret i będzie się pławił w promieniach Sukcesu.
Przyniósł ze sobą bardzo ładny haft, którym miał zamiar wypełnić sobie czas, bo od sierpnia robota posuwała się w ślimaczym tempie, a on usadowił się wygodnie blisko światła, tak, że kosztem niewielkiego natężenia wzroku mógł nie nakładać okularów.
– Jakieś nowiny? - zapytał zgodnie z nieodmienną formułą.
Pani Weston wymieniła z pułkownikiem ukradkowe spojrzenie. Nie zamierzała jeszcze przeprowadzać swojego wspaniałego przesłuchania.
– Biedna pani Antrobus. Ból zęba! - powiedziała. - Rano byłam w aptece i kogóż tam zastałam jak nie pannę Świnkę, która prosiła o kapkę laudanum i musiała powiedzieć, po co jej ono, a potem i tak musiała podpisać dokument. Muszę powiedzieć, że to bardzo nieprzyjemne, musieć zdradzić aptekarzowi że twoja matkę bolą zęby. Ale cóż, powiedz mu, że tak ci się po prostu zachciało, a odejdziesz z pustymi rękami. Nie jestem zresztą pewna, że pan Doubleday nie zadał więcej pytań niż musiał po prostu z czystego wścibstwa, bo nie rozumiem, jaki mógł mieć w tym interes. Jak pewnie odpowiedziałabym: „Och, panie Dobleday, będę piekła tart0letki z laudanum, tak je wszyscy lubimy.” Coś ostrego i sarkastycznego, żeby pokazać mu, gdzie jego miejsce. Ale wydaje i się, że zrobiło ono dobrze pani Antrobus, bo wyszła dziś rano na błonia, a nie miała spuchniętej twarzy, dobrze się jej przyjrzałam. Och, i chciałam jeszcze pana o coś spytać, panie Jurusiu, miałam to jeszcze przed chwilką na końcu języka. Rozmawialiśmy o tym przy obiedzie, pan pułkownik i ja, racząc się kuropatwą, a ja pomyślałam: „Pan Juruś na pewno nam to powie,” a pan natychmiast potem zadzwonił! To wygląda niemal na zrządzenie Opatrzności, ale cóż nam z tego, skoro nie pamiętam, o co chciałam pana zapytać.
To wyglądało na dobry wstęp do zdradzenia zachwycających wieści, ale Juruś z niej nie skorzystał, bo uznał, że jest jeszcze za wcześnie.
– Ciekawe, o co mogło chodzić – powiedział.
– No cóż, zaraz sobie pewnie przypomnę, a oto i nasza kawa i widzę, że Elizabeth nie zapomniała przynieść kropelki czegoś dobrego dla was, panowie. A i ja nie powiem, że odmówię, jeśli Elizabeth przyniesie jeszcze jedną szklaneczkę. A że wypiłam szklaneczkę burgunda do obiadu i kropelką brandy teraz, może zakręcić mi się w głowie jeśli nie będę uważała. A guru, właśnie, panie Jurusiu, nie, nie o to chciałam pana zapytać – ale czy są jakieś wieści o guru?
Przez chwilę w tym połączeniu tematu brandy i tematu guru Juruś przestraszył się, że mogły wyciec jakieś informacje na temat zawartości szafki w Otellu. Ale była to ewidentnie przypadkowa zbieżność, bo pani Weston mówiła dalej nie czekając na odpowiedź.
– Cóż to był za dzień – mówiła – kiedy to on i panna Olga Bracely byli gośćmi na garden party u pani Lucas. Ach, już wiem, przypomniałam sobie, o co chciałam zapytać. Kiedy panna Olga Bracely zjedzie żeby zamieszkać w Starym Domu? Podejrzewam, że już wkrótce.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Pon 21 Paź, 2024 10:10
| Trzykrotka napisał/a: | | Perory pani Weston przypominają mi opowieści panny Bates o listach Jane Fairfax, jabłkach i tym podobnych. |
Taaak, i Emma parodiująca pannę Bates opowiadaniem o spódnicach matki
Trzykrotko, jesteś absolutnie bez serca urywając tekst w takim momencie
Trzykrotka - Pon 21 Paź, 2024 20:59
Biedny Juruś, taką gratkę zadziwienia wszystkich skradli mu sprzed nosa...
Gdyby Juruś przed chwilą nie odłożył haftu, teraz zapewne ukłułby się w palec.
– Ale skąd na miłość boską pani wie, że ona w ogóle przyjeżdża? – zapytał. – Miałem państwu właśnie powiedzieć, że przyjeżdża i ta miała być wielka nowina. Co za paskudztwo! Cała przyjemność zepsuta.
– Ha, hmmm, cóż za grzeczne słówka w odniesieniu do pani Weston – burknął pułkownik, który nie cierpiał haftów Jurusia.
Na szczęście przyjemność odwetowego charakteru jego zadania pozostała i Juruś szybko się pozbierał. On też miał garść nowin, mógł odpowiedzieć na pytanie pani Weston.
– Ale to miała być ścisła tajemnica póki wszystko nie będzie gotowe – powiedział. – Tylko ja ją znałem, wiedziałem od dnia garden party. Nie wiedział nikt prócz mnie, nawet jej mąż.
Został sowicie nagrodzony za pohamowanie wybuchu złego humoru. Pani Weston odstawiła szklaneczkę dobrego trunku, nawet go nie posmakowawszy.
– Co? – powiedziała. – Będzie tu mieszkała sama chowając się przed nim? Tak szybko się pokłócili?
Juruś musiał ją co do tego rozczarować i podał prawdziwą wersję.
– I zjedzie prawdopodobnie w przyszły poniedziałek – dodał.
Teraz wszyscy byli już absolutnie szczęśliwi, bo pani Weston upewniła się, że nikt inny nie dodał dwa do dwóch z taką samą błyskotliwością jak ona, a Juruś nawet ją przewyższył znał bowiem rezultat końcowy nie musząc niczego się domyślać, a pułkownik Boucher cieszył się pierwszymi owocami całej sprawy. Kiedy rozstali się przedyskutowawszy wszystko dokładnie, główną myślą każdej głowy była liczba Riseholmczyków, jakich każde z nich poinformuje jako pierwsze, pani Weston powie wieczorem Elizabeth, a pułkownik swym buldogom, ale pierwszą krew miał wytoczyć Juruś, który zobaczywszy po powrocie do domu światło w salonie pani Quantock, wpadł na chwilę i zdobył dwa punkty mówiąc najpierw Robertowi który go wpuścił i pani Quantock kiedy wszedł na górę. Tego wieczoru nie można już było zrobić więcej.
Lucia o poranku zawsze była bardzo zajęta polerowaniem miecza i tarczy Sztuki by móc codziennie stanąć przed swymi poddanymi w lśniącej zbroi i być o krok do przodu w sprawach kultury, dlatego z zasady nie brała udziału w parlamencie na błoniach. Co więcej, Juruś zwykle wpadał przed lunchem a jej codzienne pytanie „Jakieś nowiny?” kiedy siadali do fortepianu wydobywało z niego, jak z małego schludnego dzbanka, śmietanę z porannych udojów. Dziś ubrana była w Szatę Nauczyciela, bo klasa podstawowa, choć nie zawsze w pełnym składzie, zbierała się w jej domu we wtorki i piątki. Ostatnio zaczęły pojawiać się oznaki, że zainteresowanie uczniów zaczyna słabnąć, bo i pułkownik Boucher nie pojawił się już na dwóch spotkaniach, i pani Weston nie była na ostatnim, ale był to element polityki Luci, by guruizm umarł śmiercią naturalną bez jej udziału w tym szczęśliwym oswobodzeniu, musiała więc być gotowa na zajęcia w wyznaczonych porach tak długo, jak długo ktoś się na nich pojawi. Poza tym Szata Nauczyciela była wyjątkowo twarzowa i nosiła ją często nawet wtedy, kiedy nie miała prowadzić żadnych zajęć.
Ale dziś, choć nie byłaby zdziwiona zupełną nieobecnością uczniów, wciąż jeszcze naradzała się z kucharką nad inwenturą na ten dzień kiedy seria brzęknięć ogona syreny oznajmiła, że frekwencja jest pełna. Właściwie to pokojówka anonsowała jej robiąc przerwy tylko na dojście do drzwi i z powrotem, że choć do jedenastej wciąż brakowało kilku minut, to pułkownik Boucher, pani Weston, pani Antrobus i Świnka zebrali się w palarni. Kiedy przechodziła przez hall spiesząc tam, zobaczyła że Juruś idzie szybkim krokiem przez ogród szekspirowski, a jego postać rozmywała się w pofalowanym szkle okien kiedy osobiście otwierała mu drzwi.
– Georgino mio – powiedziała – nie jeśteś zły na Lucię, że wciolaj powiedziała że nie ma casu? A teraz biegnę na lekcję jogi. Wszyscy zjawili się trochę przed czasem i jeszcze z nikim się nie widziałam. Jakieś wieści?
Juruś westchnął ciężko; całe Riseholme już do tej pory wiedziało, a on miał zamiar oświecić jeszcze jedną osobę zawiadamiając Lucię.
– Moja droga, jeszcze nie słyszałaś? – zapytał. - Miałem ci powiedzieć wczoraj.
– Najemca Starego Domu?– spytała Lucia celnie.
– Tak. Zgadnij kto – powiedział kusząco Juruś. To było jego ostatnie odkrycie i chciał się nim nacieszyć.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Pon 21 Paź, 2024 21:31
Trzykrotko, jesteś mistrzynią suspensu
Trzykrotka - Wto 22 Paź, 2024 23:26
Biedny Juruś, biega ze swoją sensacją po Riseholme i jakoś bomby nie może odpalić
Lucia zdecydowała się na wielki bluff, ryzykowny, ale wspaniały – gdyby miał się udać – W mgnieniu oka pojęła, czemu adepci jogi zjawili się tak punktualnie; była przekonana, że każdy z nich chciał mieć tę radość, że powiadomi ją, kiedy wszyscy inni już wiedzieli, kto jest nowym najemcą. Czary goryczy dopełniała zjadliwa złośliwość Jurusia, którego psim obowiązkiem było powiadomić ją w chwili, w której sam się dowiedział, a który także przyszedł jej to powiedzieć jako ostatniej z całego Riseholme. Miała już swoje podejrzenia, bo nie zapomniała, że Olga Bracely grała z Jurusiem w krokieta przez całe popołudnie podczas którego mieli być na jej garden party i postanowiła zaryzykować wszystko żeby tylko zepsuć Jurusiowi dzisiejszą przyjemność. Roześmiała się swym srebrnym śmiechem, który, jak twierdziła, zaczynał się od dźwięku A nad kluczem wiolinowym.
– Georgino, czyżby przygnały cię tu wszystkie moje pytania o jego tożsamość? – spytała. Tak jakbym sama już nie wiedziała. Jakże, panna Olga Bracely, rzecz jasna!
Osłupienie na twarzy Jurusia potwierdziło jej, że zupełnie zepsuła mu przyjemność.
– Kto ci powiedział? - zapytał
Potrząsnęła frędzlami.
– Mały ptaszek! – odrzekła. – Muszę biec do moich uczniów, inaczej mnie skrzyczą.
Zanim jeszcze zagłębili się w głęboką filozofię, Lucia miała przyjemność zawieść zapał swoich uczniów do zaskoczenia, oświecenia i zadziwienia jej.
– Dzień dobry wszystkim – powiedziała – i zanim zajmiemy miejsca przekaże wam nowinę teraz, kiedy już mi wolno. Droga pani Olga Bracely, którą jak sądzę wszyscy poznaliśmy tutaj, przyjeżdża aby zamieszkać w Starym Domu. Czyż nie będzie wspaniałym dodatkiem do naszych przyjęć muzycznych? A teraz proszę.
Lecz ta wspaniała brawura była niczym więcej niż tylko rozbłyskiem na twardej, wypolerowanej powierzchni i gdyby Juruś mógł wejrzeć w serce Luci znalazłby całkowite uzdrowienie z doświadczonego dopiero co dotkliwego upokorzenia. Nie wierzył tak naprawdę, że Lucia od początku, podobnie jak on sam, wiedziała kim jest nowy najemca, bo jej dociekania zdawała się cechować ognista ciekawość, ale w końcu Lucia (gdy nie zapominała tekstu) była niezłą aktorką i może przez cały ten czas gdy on myślał, że szykuje dla niej karę, to ona robiła go w konia. A już z całą pewnością nie miał on radości zdradzenia jej nowiny, bo czy zgadywała czy wiedziała, to ona powiedziała ją pierwsza i trudno się było z tym pogodzić. Wrócił prosto do domu i narysował jej karykaturę.
Ale jeśli Juruś siedział ze zmarszczoną brwią, to w sercu Luci szalało co najmniej wściekłe tornado niespokojnych myśli. Choć Olga bez wątpienia będzie świetną zdobyczą dla pomnożenia muzycznych talentów Riseholme, to czy zgodzi się ustawić w szeregu i na przykład „przenieść swoją muzykę” gdy Lucia ją poprosi? Muzycznie mogła być aż za dużym dodatkiem, a reszta utalentowanych amatorów mogła przepaść w porównaniu z nią w otchłaniach nic nie znaczącej przeciętności. Obecnie to Lucia była najwyższą kapłanką każdego ołtarza Sztuki i nie mogła spokojnie nawet myśleć o tym, że ktoś przejmuje od niej rytuały. Tak wybitna śpiewaczka operowa musi mieć jakiś zasób wiedzy o sztuce dramatycznej i przecież Juruś często opowiadał Luci o tym cudownym momencie gdy Brunhilda budzi się i pozdrawia słońce. Czy Lucia będzie musiała oddać jej prym nie tylko w muzyce ale i sztuce dramatycznej?
Punkt po punkcie wydobywał się z ogólnej ponurości i wysyłał sygnały o niebezpieczeństwie i wtem nagle wszystko stanęło w płomieniach. A co jeśli Olga przejmie dowodzenie nie tylko w tej dziedzinie czy innej, ale postanowi stanąć na czele wszystkich riseholmskich spraw? Bo było cudownie kiedy była przelotnym ptakiem zatrzymującym się u nich tylko na kilka dni i upuszczając rzec można „wspaniałe pióro, pióro orła” podczas przyjęcia Luci nadając mu blask większy niż miało jakiekolwiek inne przyjęcie i robiąc z niego najbardziej hightum imprezę w dziejach, ale zupełnie inną sprawą była perspektywa posiadania jej w sąsiedztwie na stałe. Wydawało się możliwe, że mogłaby chcieć zachować pióra do uświetnienia własnego orlego gniazda. Lucia pomyślała o uczcie Baltazara i przepowiedni zagłady na ścianie, którą – jak domorosły Daniel – zinterpretowała sama jako „twoje królestwo zostanie podzielone i oddane Bracelym i Shuttleworthom.”
Zebrała nadwątlone siły. Jeśli Olga okaże się tego rodzaju kobietą, wkrótce przekona się, z kim ma do czynienia. Nie to żeby Lucia nie dała jej szansy do zachowania się z odpowiednią lojalnością i posłuszeństwem; zniżyłaby się nawet do współdziałania z nią gdyby stało się całkowicie jasne, że Olga nie dąży do supremacji. Ale w Riseholme był tylko jeden prawodawca, jeden sąd apelacyjny, jeden szafarz przeznaczenia.
Stanowczość własnej duszy uspokoiła ją i orzeźwiła i Lucia przebrawszy się z Szaty Nauczyciela w zwykłą sukienkę skierowała się w stronę drogi prowadzącej do Starego Domu żeby sprawdzić czy z zewnątrz da się obejrzeć coś wewnątrz.
Koniec rozdziału dziewiątego
tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Śro 23 Paź, 2024 08:25
Ajajajaaaaaj, Juruś biedny, ale czy panna Olga wie co ją czeka ?
Trzykrotka - Czw 24 Paź, 2024 17:09
Przed nami debiut panny Bracely w roli nowej mieszkanki Riseholme.
Rozdział dziesiąty
Pewnego ranka mniej więcej w połowie października Lucia siedziała przy śniadaniu i marszczyła brwi patrząc na otrzymany właśnie liścik.
Proszę zajrzeć w sobotę o wpół do dziewiątej. Powygłupiajmy się przez godzinę lub dwie. Pogramy w gry i potańczymy, co pani powie? Proszę przyjść z mężem rzecz jasna i nie trudzić się odpowiadaniem.
O.B
– Zaproszenie – powiedziała lodowato, podając kartkę mężowi. – Z raczej małym wyprzedzeniem.
– Nic wtedy nie mamy, prawda? – spytał.
Pepino czasami bywał bardzo niedomyślny.
– Nie, nie to miałam na myśli – odrzekła. – Ale zaproszenie jest dużo bardziej nieformalne niż można by oczekiwać.
– Pewnie to małe nieformalne przyjęcie – odpowiedział.
– Z pewnością jest bardzo nieformalne. Nie przywykłam żeby mnie zapraszano w tej formie.
Pepino wreszcie pojął właściwe sedno rzeczy.
– Rozumiem o co ci chodzi, cara – powiedział. – To nie idźmy. Może pojmie aluzję.
Lucia przez chwilę zastanawiała się nad tym i stwierdziła, że raczej ma ochotę iść. Jednak pewna niechęć, która gromadziła się w niej od kilku dni zaczęła się w niej ujawniać nim Lucia zgodziła się przymknąć oko na swobodny styl Olgi.
– Odwiedziłam ją już dwa tygodnie temu – powiedziała – a ona nawet nie pofatygowała się z rewizytą. Śmiem twierdzić, że pewnie tak zachowują się w Londynie w pewnych kręgach, ale nie wiem, czy Londyn jest przez to choć trochę lepszy.
– Od kiedy tu zjechała, wyjeżdżała już dwa razy – rzekł Pepino. – Jeszcze chyba nie udało jej się spędzić tu kilku dni w jednym ciągu.
– Być może się mylę – powiedziała Lucia. – Bez wątpienia się mylę. Ale można by pomyśleć, że mogłaby przeznaczyć pół godzinki z jednego z tych dni na rewizytę. Ona jednak tak nie uważała.
Pepino nagle przypomniał sobie ekscytującą nowinę, którą z niewiadomych przyczyn zapomniał podzielić się z Lucią.
– Wielkie nieba, coś wyleciało mi z pamięci – powiedział. – Wczoraj po południu spotkałem panią Weston, a ona powiedziała mi, że pół godziny wcześniej panna Bracely spotkała ją z jej fotelem na kółkach, wzięła uchwyty od Tommy’ego Lutona i przewiozła ją dwukrotnie wokół błoń prawie biegiem.
– Nie wydaje mi się to jakoś szczególnie ważne – powiedziała Lucia, choć była poruszona do szpiku kości. – Nic dziwnego, że wyleciało ci z głowy, caro.
– Carissima, poczekaj. To nie wszystko. Powiedziała pani Weston, że wpadłaby do niej z rewizytą, ale nie ma jeszcze kart wizytowych.
– Nie może być! – krzyknęła Lucia – Mogliby je wydrukować po południu w księgarni „Ye olde.”
– Tak może być w istocie, jeśli tak mówisz, to tak jest – rzekł Pepino. – Jednakże powiedziała, że nie ma kart i nie wiem, czemu miałaby kłamać.
– Nie, to nie jest coś, do czego chętnie się przyznajesz – odpowiedziała – no chyba że to prawda. A nawet gdy to istotnie była prawda – dodała.
– W każdym razie wyjaśnia to, dlaczego jeszcze nas nie odwiedziła – powiedział Pepino – Chciałaby zrobić wszystko jak należy kiedy do ciebie przyjdzie, carissima. Byłoby raczej krępujące gdyby ciebie nie było, a ona nie mogła zostawić wizytówki.
– A co z panem Shuttleworth? - spytała nieobecnym tonem, jakby ta kwestia w ogóle jej nie obchodziła.
– Z tego co wiem, jeszcze go w ogóle nie widziano.
– Więc jeśli jutro wpadniemy, gospodarza nie będzie?
– Pójdźmy i przekonajmy się, cara – odpowiedział pogodnie.
Poza kwestią, że jej wizyta nie doczekała się rewizyty, Lucia nie miała jeszcze żadnego powodu by podejrzewać Olgę o rewolucyjne zakusy na jej tron. Robiła dziwaczne rzeczy, pchanie wózka pani Weston wokół błoń było jedną z nich, inną było palenie papierosa kiedy wyszła z kościoła w niedzielę, ale te przypisywała cyganerii i braku poloru, którego można było spodziewać się sądząc po jej kindersztubie, jeśli naukę w szkole dla sierot w Brighton można było w ogóle uznać za kindersztubę. Ta straszna informacja wypsnęła się Jurusiowi w jego twardym postanowieniu dowiedzenia się o Oldze dwa razy więcej niż ktokolwiek inny, a Lucia zachowała ten fakt we wdzięcznej pamięci. W ciągu ostatnich dwóch tygodni zaszufladkowała Olgę jako „raczej pospolitą” zachowując jednak pewien szacunek dla jej kariery zawodowej, zwłaszcza jeśli ta kariera miała być rozesłana jak dywan pod jej własne stopy. Ale w końcu jeśli Olga prowadziła nieco artystyczny tryb życia, o czym świadczył brak kart wizytowych, to Lucia była doskonale gotowa przymknąć na to oko (granitowo pewna wyrafinowanego wpływu Riseholme) i pójść na nieformalne przyjęcie następnego dnia jeśli przyjdzie jej na to ochota; wszak nie wymagano potwierdzenia.
Kiedy następnego wieczoru ona i Pepino wychodzili po kolacji na „wariackie” przyjęcie, uprzejmie przymykając oczy na jego nieformalność i brak rewizyty w odpowiedzi na Luci wizytę, okna Starego Domu były rzęsiście oświetlone. Dzień był smętny i deszczowy i – jak to było w zwyczaju – Lucia niosła eleganckie buty wizytowe owinięte w papier, a Pepino miał na nogach rosyjskie kalosze. Były to ogromne śniegowce, w których mieściły się doskonale jego wieczorowe buty, ale Lucia wolała aż tak nie zniekształcać własnych stóp i założyła schludne trzewiki, które mogła łatwo zamienić na satynowe pantofle w buduarze. Zwyczaj powrotu do domu w trzewikach po zakończonym przyjęciu był dość powszechny wśród pań i był nazywany „szewskim powrotem.” Pepino i Lucia wyruszyli dość późno, bo było w zwyczaju, że Lucia pojawiała się wszędzie jako ostatnia.
Dotarli do drzwi Starego Domu i Pepino zaczął macać w ciemnościach w poszukiwaniu dzwonka, gdy Lucia wydała nagle cichy okrzyk i zatkała uszy rękami, jakby nagle dopadł ją atak bólu o podwójnym natężeniu.
– Gramofon – powiedziała słabo.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 25 Paź, 2024 15:20
O bogowie, ale będzie szok poznawczy dla biednej Luci podejrzewam charlestona, drinki, papierosy i szampana dobrze jeżeli nie dojdzie do tańców na stole
Trzykrotka - Pią 25 Paź, 2024 21:38
Tak, biedna Lucia zderzy się z wiekiem XX i odkryje, że poza Sonatą Księżycową istnieje muzyka
Opis epickiego przyjęcia u Olgi (w jednym kawałku)
Nie było co do tego wątpliwości. Z okna odległego na wyciągnięcie dłoni dobiegały przenikliwe dźwięki bardzo dynamicznego instrumentu, a melodia była pospolitym, chwytliwym walczykiem, granym przez orkiestrę dętą. Całe Riseholme wiedziało jaka jest jej opinia o gramofonach; dla wielbicielki Beethovena były one jak prostacka mowa wypowiadana na głos w miejscu publicznym. O ile wiadomo, tylko jeden pojawił się w Riseholme i został kupiony przez wprowadzonego w błąd Roberta Quantocka. Kiedyś uruchomił go w jej towarzystwie, ale na jej twarzy pojawił się wyraz takiego cierpienia, że musiał go natychmiast zatrzymać. Wtem drzwi zostały otwarte i okropny hałas zabrzmiał jeszcze głośniej.
Lucia zawahała się na chwilę. Czyż nie byłoby to wielką, wspaniałą rzeczą wrócić do domu nie przechodząc przez nie w ogóle i mając ufność, że Pepino rozgłosi wszystkim, co ją od drzwi zawróciło? Wiele przemawiało za taką opcją, bo oznaczałaby ona dorastanie do własnych niezłomnych standardów. Z drugiej jednak strony bardzo chciała przekonać się osobiście, jaki poziom rozrywki inicjuje Olga. „Powygłupiajmy się” stanowiło nowy rodzaj przyjęcia, gdyż od kiedy to ona kierowała życiem towarzyskim i kontrolowała każdy jego detal, w Riseholme nie było żadnego „wygłupiania się” i dobrze byłoby je zdusić w zarodku (na wypadek gdyby jej się nie spodobało) przez danie przykładu znudzoną i lodowatą twarzą. Ale jeśli wejdzie, gramofon musi zostać wyłączony. Usiądzie i zacznie się krzywić, a Pepino będzie musiał objaśnić wszystkim jej nienawiść do gramofonów. To będzie odpowiedni pokaz siły. Albo może powiedzieć Oldze.
Lucia założyła satynowe buty, zostawiając trzewiki do godziny szewskiego powrotu i wykrzywiając twarz w stosownym grymasie pozwoliła aby lokaj zaprowadził ich na palcach do drzwi dużego pokoju muzycznego, o którym opowiadał Juruś.
– Proszę wejść jak najciszej proszę pani – powiedział.
Pokój był pełen ludzi; było tu całe Riseholme, a ponieważ w pokoju nie było wystarczająco dużo krzeseł (to Lucia zauważyła od razu), sporo osób usadowiło się na poduszkach rozłożonych na podłodze. W dalekim końcu pokoju był niewielki podest, a w jego rogu upchnięto duży fortepian, na którym, z ryczącą tubą skierowaną wprost na Lucię, stał ogromny gramofon. Na podium tańczyła Olga. Ubrana była w suknię z białego, miękkiego materiału mieniącego się srebrem, która odsłaniała jej piękne ramiona. Suknia miała kwadratowy dekolt i spływała w prostych fałdach aż do kostek. W dłoniach Olga trzymała długi, błyszczący szal jaskrawoczerwonego koloru, który płynął i mienił się za każdym jej ruchem, jakby żył własnym życiem, które czerpał z jej smukłej, wspaniałej witalności. Spośród smugi mieniącego się szkarłatu, chmury srebrnego szyfonu poruszającej się rytmicznie wokół jej ciała, wyłaniała się jej śliczna twarz, cudownie uśmiechnięta i pełna życia...
Ledwie weszła Lucia, gramofon wydał swój ostatni ryk, a Olga ukłoniła się zamaszyście, zrzuciła szal i zeszła z podestu. Juruś, siedzący tuż przy nim na poduszce, zerwał się, inicjując brawa. Przez moment, mimo że kilka głów odwróciło się w stronę Luci, nikt nie zareagował na jej nadejście i faktycznie pierwszą osobą, która zauważyła jej obecność była sama gospodyni, która posłała jej całusa dłonią i nadal rozmawiała z Jurusiem. Potem Olga utorowała sobie drogę przez usłaną poduszkami podłogę i podeszła do niej.
– To bardzo mądrze z pani strony, że nie widziała pani moich kiepskich popisów – powiedziała Olga. – Ale pan Juruś nalegał, żebym zrobiła z siebie przedstawienie.
– Doprawdy, przykro mi, że mnie tu nie było – powiedziała Lucia swoim najdostojniejszym tonem. – Wydawało mi się, że temu, co widziałam, daleko było do kiepskiego popisu, bardzo daleko. Caro mio, pamiętasz pannę Bracely.
– Si, molto bene – odrzekł Pepino, potrząsając jej dłonią.
– Ach, mówicie państwo po włosku – rzekła Olga – Che bella lingua! Chciałabym go znać.
- Ma pani bardzo dobrą wymowę – powiedziała Lucia.
– Tante grazie. Zna pani wszystkich, oczywiście. To co, co teraz? Zgadywanki, szarady, coś innego? Ach, tam leżą papierosy. Ma pani ochotę?
Lucia wydała cichy okrzyk przerażenia.
– Papieros i ja? To byłoby dziwne zestawienie – powiedziała. Potem zmiękła, przypominając sobie, że Oldze trzeba wybaczyć ignorancję, dodała – Widzi pani, ja nigdy, ale to nigdy nie palę.
– Och, powinna się pani nauczyć – rzekła Olga. – A teraz zagrajmy w komórki do wynajęcia. Wszyscy wiedzą, jak się w to gra? Kto nie wie, ten się dowie. A może potańczymy? Mamy w końcu gramofon.
Lucia złożyła ręce w żartobliwie błagalnym geście.
– Och, proszę, tylko nie gramofon! – powiedziała.
– O, nie lubi go pani? – powiedziała Olga. – Jest tak okropny, że aż go uwielbiam, tak jak uwielbiam przerażające stworzenia w akwarium. Ale myślę, że ruszymy w tany dopiero po kolacji. Będziemy mieć kolację wyjątkowo wcześnie, trochę dlatego, że umieram z głodu, a trochę dlatego, że najedzeni ludzie są bardziej skłonni do wygłupów. Ale najpierw jedna tura zgadywanek. Zobaczmy; jest nas akurat tylu, żeby sformować cztery grupy. Proszę państwa, podzielmy się na cztery grupy i – czy pani i jeszcze dwie osoby moglibyście stanąć z panem Jurusiem, pani Lucas? Zagramy tak szybko, jak się da i nie pomyślimy o niczym, od czego pan Juruś mógłby się zaczerwienić. O, proszę, już jest. Usłyszał!
Bezgraniczne zadowolenie Olgi z własnego przyjęcia bardzo szybko wprawiło wszystkich w wesołość znacznie większą niż zwykle panowała w Riseholme, w którym to gospodyni bywała raczej spięta i czujna, obawiając się nieustannie, że goście nie bawią się dobrze, a kanapki się kończą. Kiedy skończyli grać w zgadywanki zasiedli do kolacji (pani Quantock pierwsza odgadła, że chodzi o mały palec z lewej stopy Beethovena, przez co Lucia była nieco kwaśna), a że było zbyt mało lokajów i pokojówek do sprawnego podawania, goście obsługiwali się sami, a Olga spacerowała po pokoju w tę i wewtę z butlą szampana w jednej ręce i miską sałatki z homara w drugiej. Siadała na minutę czy dwie to przy jednym stoliku, to przy drugim, zadawała śmieszne zagadki, posyłała do kuchni po szynkę i przez pomyłkę wyłączała całe światło, zamiast zapalić więcej lamp. Kiedy zjedli już kolację, wszyscy zanieśli swoje krzesła do pokoju muzycznego i grali w muzyczne krzesła, a kiedy na końcu w grze zostały już tylko pani Quantock i Olga, mówiło się, że ta ostatnia powiedziała „cholera” kiedy pani Quantock wygrała. Juruś odpowiadał za gramofon który wygrywał straszliwe nuty zapominając, że dla Luci były to tortury i nie zauważając nawet kiedy ta skinęła na Pepino i oboje wymknęli się do domu. Nikt nie zauważył chwili, kiedy sobota zmieniła się w niedzielę, bo Juruś i pułkownik Boucher bawili się w walkę kogutów na podłodze, Juruś krzyczał „paskudztwo!” kiedy się zdenerwował, a purpurowy na twarzy pułkownik Boucher mówił „’Khem, hm. Nigdy bym nie pomyślał, że tak się jeszcze będę bawił. Na Jowisza, ale heca!” Juruś wyszedł ostatni i dopiero w połowie drogi do domu zauważył, że przód koszuli ozdabia mu falbanka z plasterka szynki. Miał nadzieję, że to Olga go tam umieściła, kiedy to musiał przejść po podłodze z zawiązanymi oczami i starać się iść w prostej linii.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Trzykrotka - Sob 26 Paź, 2024 13:56
Następnego ranka Riseholme obudziło się dość późno i musiało spieszyć się ze śniadaniem żeby zdążyć do kościoła. Wszystkim towarzyszyło jakieś odległe wrażenie, poczucie, że było się młodym i rozbawionym, a obudziło się na kościelne dzwony i wiek średni. Pułkownik Boucher wyśpiewując basem „Minie jeszcze wiele lat” czuł, jak jego umysł instynktownie wędruje do walki kogutów z poprzedniego wieczoru i myśląc z przygnębieniem, że minęło ich już bardzo wiele. Pani Weston w wózku inwalidzkim w przejściu z Tommym Lutonem trzymającym jej modlitewnik i śpiewnik tak jak prosiła, zerkała na panią Quantock i myślała jakie to dziwne, że Daisy zaledwie kilka godzin wcześniej galopowała wokół samotnego krzesła gdy Juruś trzymał palec na płycie gramofonu, a znów Juruś śpiewając tenorem przy obfitym boku pułkownika Bouchera z wielką irytacją zauważył, że na palcu wskazującym ma plamę ze zmatowiałego srebra, która wzięła się tam stąd, że po śniadaniu czyścił nim ramkę otaczającą zdjęcie Olgi Bracely i dzwony kościelne go zaskoczyły. Kolejnym powodem jego przygnębienia był fakt, że jadł dziś lunch z Lucią i już wyobrażał sobie, jaki będzie komentarz Luci do wczorajszego przyjęcia. Przyszła do kościoła dość późno, bo uznała, że spowiedź powszechna nie jest jej potrzebna i śpiewała z kamiennym zapałem. Przybrała swoją zwykłą kościelną minę, z której nigdy nic nie dało się wyczytać. Wiele ukradkowych spojrzeń rzucanych w prawo i lewo wykazało, że nikt nie wypatrzył ich wczorajszej gospodyni. Zwłaszcza Jurusiowi było przykro z tego powodu; bardzo chciałby aby okazała tę zdolność do pełnej szacunku powagi, jaką oznaczałaby jej obecność w kościele tego ranka; podczas gdy Lucia bardzo się z tego cieszyła, bo potwierdzało to tylko, że panna Bracely nie jest ani nigdy nie będzie prawdziwą Riseholmitką. Dużo o tym myślała ubiegłej nocy i powiedziała to także Pepinowi. To samo zamierzała powiedzieć dziś Jurusiowi.
Potem nadeszła oszałamiająca niespodzianka kiedy pan Rumbold wyszedł ze swojej stalli i podszedł do pulpitu aby wygłosić kazanie. Zwykle przedtem podawał numer hymnu, który miał towarzyszyć tej chwili, ale dziś tego nie zrobił. Dyskretna zasłona oddzielała organistę od kongregacji i zakrywała jego wyczyny z pauzami i dziwaczną pracę pedałów, ale dziś gdy pan Rumbold opuścił swe miejsce, organy zabrzmiały krótkim wstępem do bachowskiego „Mein Glaubige Herz,” które nawet Lucia uznawała za niemal „równe” dziełom Beethovena. A potem popłynął głos….
Reminiscencje wczorajszej zabawy rozwiały się jak zdmuchnięty płomień świecy na dźwięk tego cudownego głosu, przepełnionego radością jakiegoś niebiańskiego dziecka. Brzmiał teraz nisko i miękko, wzniósł się znowu, trwał i trwał, aż przyspieszył do ostatecznego tryumfu. Żaden śpiew nie mógł być prostszy, ale ta prostota mogła wypływać jedynie z najwyższego mistrzostwa. Ale sztuka była niemal niezauważalna, śpiew był naturalną częścią śpiewaka, który chwalił Boga, jak chwalą Go drozdy. Ta, która wczoraj wieczorem dawała radość, dzisiejszego ranka oddawała cześć.
Gdy zasiedli aby wysłuchać kazania, pułkownik Boucher szepnął dyskretnie do Jurusia „na Jowisza,” a Juruś odpowiedział donośniej: „cudownie.” Pani Weston wyjęła z portmonetki pół korony zamiast zwyczajowego szylinga aby dać go na składkę, a pani Quantock zaczęła się zastanawiać, czy nie jest za stara by zacząć uczyć się śpiewu.
Tego dnia podczas lunchu Juruś zauważył, że Lucia jest bardzo rozmowna i wyraźnie bardziej włoska. I faktycznie, kiedy wszedł do salonu odłożyła gramatykę włoską i ukryła ją pod tomem esejów Caporellego. Pewnie miało to jakiś związek z faktem, że wczoraj wieczorem chwaliła Olgę za jej wymowę.
– Ben arrivato, Georgio – powiedziała. – Ho finito il libro di Antonio Caporelli quanta momento. E magnifico! (*właśnie skończyłam książkę Antonio Caporellego. Jest wspaniała!)
Juruś pomyślał, że skończyła ją już dawno, ale być może się myli. Następne zdanie popłynęło z jej ust, jakby już tam czekało w gotowości.
– Sono un poco fatigata dopo il… *jestem nieco zmęczona po...) .ojej, ależ zardzewiałam z włoskim skoro nie mogę znaleźć prostego słowa – ciągnęła. – No nic, jestem trochę zmęczona po wczorajszym wieczorze. Rozkoszne przyjątko, prawda? Jak mądrze ze strony panny Bracely, że zebrała tylu ludzi z tak krótkim wyprzedzeniem. Od czasu do czasu dobrze jest poszaleć.
– Ja bawiłem się po prostu wyśmienicie – powiedział Juruś.
– Widziałam, cattivo ragazzo (*niegrzeczny chłopcze)– odrzekła. – Prawie zapomniałeś o biednej Luci i jej przerażeniu tym okropnym gramofonem. Musiałam przywołać na pomoc cały spokój zyskany dzięki jodze żeby nie krzyczeć. Byłeś bardzo niegrzeczny przy gramofonie przy tych muzycznych krzesłach – antymuzycznych krzesłach jak powiedziałam do Pepino – prawda, caro? – zatrzymując go i puszczając znów tak nagle. Za każdym razem myślałam, że to już koniec. E pronta la colazione. Andiamo. (*podano śniadanie, chodźmy)
Usiedli do stołu; menu, co samo w sobie było niezwykłe, napisane było po włosku, niewątpliwie ręką Luci.
– Będę domagała się wiele Jurusiowego tempo w tym tygodniu – powiedziała, – bo Pepino i ja już ustaliliśmy, że musimy wydać małe wieczorne przyjęcie w sobotę i chcę, żebyś pomógł mi zaaranżować kilka żywych obrazów. Wszystko, co improwizowane musi być najpierw naszkicowane i śmiem twierdzić, że panna Bracely włożyła sporo wysiłku w swój taniec zeszłego wieczoru i żałuję, że widziałam tylko mały fragmencik. Pomyślałam, że nie jest zbyt wprawna w upinaniu zasłon, ale śmiem twierdzić, że o tańcu wie jeszcze mniej. Mimo to była bardzo wdzięczna i skuteczna jak na amatorkę. Udźwignęła go bardzo dobrze.
– Och, nie jest wcale taką amatorką – rzekł Juruś. – Grała Salome.
Lucia zacisnęła usta.
– Faktycznie, szkoda, że ją zagrała – odpowiedziała. – Z jej niezaprzeczalnie wielkim talentem pomyślałabym, że znajdzie lepszą bohaterkę. Naturalnie nie słyszałam tego. Byłabym zażenowana gdyby mnie tam zauważono. Ale teraz co do tych żywych obrazów. Pepino mówi, że moglibyśmy zacząć od egzekucji Marii, królowej Szkotów. Okropność, że przepadły moje perły. On grałby kata, a ty księdza. Potem chciałabym mieć przebudzenie Brunhildy.
– Byłoby uroczo – rzekł Juruś. – Pytałaś pannę Olgę czy się zgodzi?
– Georgino mio, nie zrozumiałeś – rzekła Lucia. – To będzie przyjęcie na cześć panny Bracely. Pomijając gramofon byłam wczoraj jej gościem i zaprawdę mam nadzieję, że nie znajdzie w moim domu niczego tak irytującego jak ten gramofon zirytował mnie. Miałam po nim straszny koszmar w nocy – prawda, Pepino? Co do żywego obrazu z Brunhildą, pomyślałam, że Pepino mógłby być Zygfrydem – i może ty mógłbyś nauczyć się piętnastu czy dwudziestu taktów z tej sceny i zagrać, gdy kurtyna będzie się podnosić. Możesz potem zagrać jeszcze raz, jeśli będą bisy. A co byś powiedział na króla Cophetuę i żebraczkę? Powinnam stać tyłem do widowni i nie odwracać się w ogóle; to byłby twój żywy obraz. Naszkicujemy je po prostu, jak powiedziałam i zaangażujemy grupę czy dwie żeby nikt nie wchodził sobie w drogę, a ja sprawdzę czy mamy jakieś kostiumy, które możemy wykorzystać. Żywe obrazy z odrobiną muzyki, muzyki poważnej, to wystarczy żeby każdego zainteresować.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
Tamara - Sob 26 Paź, 2024 18:29
Oooooj, albo zemsta będzie nieudana, albo cos sie straszliwie wyknoci w trakcie
Trzykrotka - Nie 27 Paź, 2024 16:26
Luci narzekania i planów ciąg dalszy:
Do tego czasu Juruś zdążył już się zorientować co to wszystko oznacza. Nie było to jeszcze wypowiedzenie wojny, raczej wspaniała rywalizacja, coś jak rzucenie rękawicy, której nikt nie odważyłby się podjąć. Jakby na potwierdzenie tych wniosków, Lucia kontynuowała z wielkim ożywieniem.
– Nie proponuję zabaw ani raczej wygłupów – powiedziała – bo na ile znam Riseholme, a zapewne znam je trochę lepiej niż droga panna Bracely, Riseholme nie dba o takie rzeczy. To nie do końca w naszym guście, możemy mieć rację czy się mylić, nie twierdzę, że wiem na pewno, ale naprawdę nie dbamy o takie rzeczy. Droga panna Bracely naprawdę dała wczoraj z siebie wszystko, jestem pewna, że kierowała się wyłącznie gościnnością , ale co ona mogła wiedzieć? I ta kolacja. Pepino naliczył dziewiętnaście pustych butelek po szampanie.
– Osiemnaście, carissima – poprawił ją Pepino.
– Zdawało mi się, że mówiłeś dziewiętnaście, caro, ale to niewielka różnica. Osiemnaście pustych butelek po szampanie na kredensie i nieskończone ilości niedojedzonych kanapek z kawiorem. Wszystkiego za dużo, wszystkiego prócz krzeseł, ja usiadłam tylko przy kolacji.
Lucia pochyliła się nad stołem ze złożonymi rękami.
– To było strasznie na pokaz, Georgino, a wiesz, jak ja nie znoszę popisywania się – powiedziała. – Szekspir zadowalał się skromną oprawą swoich arcydzieł i byłoby wielkim błędem gdybyśmy dali się ponieść zwyczajnemu marnotrawstwu bogactwa. Przez te wszystkie lata w których tu mieszkam i na swój skromny sposób przyczyniam się do jakości życia w tym mieście, nigdy nie usłyszałam słowa narzekania na moje kolacje czy herbatki, ani na jakość rozrywki, którą proponuję gościom którzy są tak dobrzy, że odpowiadają si na le mie invitazione. Sztuka nie rozwija się poprzez wygłupy, a my możemy bawić się bez dwustu nie zjedzonych kanapek z kawiorem. I jakie nader hojne krojenie szynki; kawałek, który mi podała musiałam kroić kilka razy nim byłam w stanie go zjeść.
Juruś poczuł, że musi się wtrącić.
– No cóż, ja zjadłem wyśmienitą kolację – powiedział. – Bardzo mi smakowała. Poza tym sam widziałem, jak Pepino się wszystkim opychał. Zapytaj jego, co sądzi o jedzeniu.
Lucia zaśmiała się srebrzyście.
– Georgino, dzieciak z ciebie – powiedziała karcąco. – I to „opychał się” jak bez zastanowienia wulgarnie się wyraziłeś. Nie mówię nic złego o kolacji, ale jestem pewna, że i Pepino i pułkownik Boucher czuliby się dziś lepiej, gdyby wczoraj mądrzej postąpili. Ale nie w tym rzecz. Chcę pokazać pannie Bracely i jestem pewna, że będzie mi wdzięczna, ten rodzaj rozrywki, w którym od tak dawna gustujemy w Riseholme. Zrobię to na jej modłę, zaproszę wszystkich z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, jak ona to zrobiła. Wszystko będzie w dobrym guście i będzie w tym coś, czego wczoraj wydawało mi się brakować. Było to wszystko trochę – jak to powiedzieć – było jak na scenie. I nie wydaje mi się, że dziś rano w kościele było inaczej. Jej śpiew tej znakomitej arii był teatralny, nie mogę nazwać go inaczej niż teatralnym.
Przyszpiliła Jurusia czarnym ptasim okiem i przygładziła ondulowane włosy.
– Teatralny – powtórzyła. – Teraz wypijmy kawę w pokoju muzycznym. Czy Lucia ma zagrać odrobinę Beethovena żeby zmyć ten ohydny smak gramofonu? Lucia nie cielpi glamofonu. Ani tlochę!
Juruś zaczynał czuć, że może teraz sympatyzować z tymi cierpiącymi na nadmiar kochankami, którzy myśleli, jak dobrze byłoby być z jedną lubą, gdyby nie było drugiej uroczej czarodziejki. Z całą pewnością był szczęśliwy u boku Luci przez te wszystkie lata, póki ta druga nie zajaśniała w Riseholme, a teraz czuł, że gdyby Lucia postanowiła, jak już nieraz prawie czyniła, spędzić zimę na Riwierze, Riseholme nie straciłoby nic ze swego uroku. Nigdy nie był pewien, na ile poważnie rozważała zimę na Riwierze, bo najmniejsza wzmianka o tym zawsze wywoływała jego protesty, że bez niej Riseholne istnieć nie może, ale dziś, kiedy tak siedział i słyszał (raczej niż słuchał) serii powolnych akordów i krótką i ryzykowną próbą scherza Sonaty Księżycowej, czuł, że jeśli choć napomknie o Riwierze, nie będzie już tak podkreślał, że bez niej Riseholme się nie ostoi. On na przykład mógł egzystować doskonale tej niedzieli, nawet gdyby Lucia była w Timbuktu czy na Antypodach, bo gdy wychodził wczoraj wieczorem, Olga rzuciła mimochodem informację, że będzie w domu, gdyby nie miał nic lepszego do roboty i zechciał wpaść. Pewnie, że nie miał nic lepszego, za to gorszego, owszem...
Pepino siedział przy oknie z zamkniętymi oczami, bo tak lepiej słuchało mu się muzyki i od czasu do czasu kiwał głową, prawdopodobnie z tego samego powodu. Ale końcówka wolnej partii sprawiła w naturalny sposób, że przestał słuchać, poruszył się i westchnął westchnieniem, jakim Riseholme zawsze witało koniec wolnej części. Juruś też westchnął i Lucia westchnęła; wszyscy westchnęli, a potem Lucia zaczęła od nowa. Potem Pepino znów zamknął oczy, a Juruś w myślach kontynuował analizę sytuacji.
Tłum. Trzykrotka
c.d.n
|
|
|