Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura
Sofijufka - Śro 10 Mar, 2010 14:45
ale tak wtedy było: pater familias zarządził, a kobiety powinny "ruki pa szwam" i podporzadkować sie...
Admete - Śro 10 Mar, 2010 14:48
| Sofijufka napisał/a: | | ale tak wtedy było: pater familias zarządził, a kobiety powinny "ruki pa szwam" i podporzadkować sie... |
Cóż - cieszę się w takim razie, że nie żyję w tamtych czasach. Wydaje mi się jednak, że u nas czasami kobiety miały cos do powiedzenia, bo zdarzenia dziejowe nauczyły ich samodzielności.
Alicja - Śro 10 Mar, 2010 21:16
| Trzykrotka napisał/a: | | Wykonanie było fatalne, ale czy sama idea az tak naganna? |
idea, jak piszesz, w żaden sposób nie była naganna.Ale wykonanie - pochyl się nad nim Panie Boże
Jako pastor pan Hale powinien mieć jasne poglądy i wierzyć całym sercem. Jeśli stracił do tego serce albo co gorsza, wiarę, to samo sumienie nie powinno mu dalej prowadzić jego " owieczek". Można rzec - postąpił właściwie, gdyby...I to jest ważne- skoro takie miał moralne "szarpanie duszy", to tym bardziej powinien postępować w myśl zasad których resztka mu pozostała i którymi się zasłaniał. W taki też sposób powinien traktować rodzinę, swoich najbliższych, za których - już nawet nie jako pastor, ale jako mężczyzna, mąż i ojciec - był odpowiedzialny. Tu już nie mamy do czynienia z kwestią ile był winien swojej rodzinie. Byłby fatalnym pastorem gdyby nim dalej pozostał. Tylko czy przy tym wszystkim miał prawo żądać od rodzin, by z kolei ona wyrzekła się wszystkiego dla jego idei albo raczej jej braku? I dalej - jeśli miał na tyle odwagi, by odejść z parafii to gdzie podziała się odwaga gdy przyszło przekazać to po męsku rodzinie?
Admete - Śro 10 Mar, 2010 21:23
To jednak nie o samą wiarę chodziło. Bardziej o strone formalną.
Alicja - Śro 10 Mar, 2010 21:28
tak czy siak, mężczyna z niego żaden
ola - Śro 10 Mar, 2010 22:17
A ja myślę, że pan Hale to był całkiem fajny człowiek i ojciec.
To taki pastor z powołania, który wierzy w to co robi. Jest pastorem nie dlatego, że to dobry sposób na utrzymanie rodziny dla dżentelmena bez majątku, ale traktuje to jako swoją życiową misję i siłą rzeczy wszystkie inne sprawy schodzą na drugi plan, również rodzina (może dlatego księża nie żenią się ) Owszem żyje w swoim świecie i jest pełen sprzeczności, wierzy głęboko w słuszność swojego postępowania i jednocześnie brak mu siły i odwagi, żeby uczciwie porozmawiać z żoną. Ale czy pani Hale byłaby w stanie zrozumieć jego religijne wątpliwości Poza tym, że ciągle narzekała na (sielskie) życie w Helston to przecież zupełnie inaczej postrzegała jego pracę pastora, ona przede wszystkim oczekiwała awansu... On musiał tak postąpić, żeby pozostać wiernym sobie.
A jaki jest jako ojciec dla Margaret - poza wyjazdem z Helston niczego jej nie narzuca, ceni ją i szanuje jej zdanie. Tak naprawdę daje jej o wiele więcej swobody, niż kobiety mogły mieć w tamtych czasach; myślę, że on tak naprawdę pomaga Margaret stać się po prostu sobą, bo czy Edyta na miejscu Małgorzaty przedwcześnie by dojrzała i wzięła sprawy w swoje ręce
Alicja - Śro 10 Mar, 2010 22:38
Nie jestem pewna czy to , że Margaret była dojrzała i odpowiedzialna, jak na swój wiek, było zasługą jej ojca
Trzykrotka - Śro 10 Mar, 2010 23:04
No właśnie... Ola ma rację - pani Hale nie była raczej dla pana Hale partnerką do dyskusji i roztrząsania delikatnych kwestii jego sumienia. Mam wrażenie, że ona jest taką trochę starszą Edith - wieczną "piękną panną Beresford," której świat powinien słać się do stóp, a nie ściele się... A decyzja ojca tak naprawdę, w dalszej perspektywie, uwolniła Margaret od życia, które było dla niej za ciasne, za miałkie. Tak chyba zdobywa się wszelką dojrzałość - mierzy się ja ilością kopniaków, które życie daje ci w najmniej szlachetną część ciała.
Jednak tak czy inaczej - pani Hale należało się to od męża - powinna wiedzieć o wszystkim pierwsza i wcześniej. Ojciec kochał Margaret, ale ta jego miłość objawiała się dośc dziwnie.
Admete - Czw 11 Mar, 2010 13:48
To od jutra rozdziały 6 i 7
Trzykrotka - Czw 11 Mar, 2010 13:58
Dokończyłam szósty. Jest mistrzowsko napisany, ale cieszę się, ze już niedługo obok bohaterki pojawi sie bohater
BeeMeR - Czw 11 Mar, 2010 14:00
To ja jeszcze doczytawszy do końca V czy VI:
dla mnie pan hale widzi się przede wszystkim jako człowiek słaby, i to nie tylko na dlatego, że nie potrafi/nie chce sam przekazać informacji żonie (co ją zresztą ogromnie zabolało), tylko zrzuca to córkę, ale też unika wszelkiej odpowiedzialności związanej z domem, pakowaniem i podróżą - tj. wszystkim szczegółami przenosin całego życia, zakwaterowania matki, znalezienia domu na swoje - bądź co bądź - nastoletnie dziecko.
(ojciec - władza ustawodawcza, Margaret - wykonawcza , matka - hm... nawet nie reprezentacyjna, bo na ślub nie poszła )
Nota bene - wspaniale są opisane postaci, ze niezwykłymi detalami charakteru, szlenie mi się to podoba
Trzykrotka - Czw 11 Mar, 2010 14:06
A właśnie, o tym też dzis rozmyślałam. Oczekiwałoby się, ze odpowiedzialny ojciec rodziny zajmie się takimi rzeczami, jak organizacja pzrenosin całego życia rodziny w inne miejsce. Tymczasem - mama z Dixon roszczulają się w swoim pokoju, tatuś odwiedza parafian, a Margaret nadzoruje pakowanie, nie wiedząc nawet, gdzie w Milton będą mieszkać. Mam coraz większą ochotę złapać jakaś nudlekulę
Alicja - Czw 11 Mar, 2010 20:20
| BeeMeR napisał/a: | | ale też unika wszelkiej odpowiedzialności związanej z domem, pakowaniem i podróżą - tj. wszystkim szczegółami przenosin całego życia, zakwaterowania matki, znalezienia domu na swoje - bądź co bądź - nastoletnie dziecko. |
tu konczy się jednak "fajność" pana Hale
może kolejne rozdziały na weekend? który właściwie zaczyna się jutro
Admete - Czw 11 Mar, 2010 20:43
Na weekend, ale można zacząć od piątku W VII pojawia się Bohater
BeeMeR - Czw 11 Mar, 2010 21:05
z VII to na razie przeczytałam tytuł i motto
ale jutro - kto wie
Caitriona - Czw 11 Mar, 2010 23:30
Miałam czytać z Wami, ale nie dałam rady... Ta książka tak wciąga, już skończyłam. Ale komentować będę
ola - Pią 12 Mar, 2010 10:26
| BeeMeR napisał/a: | | ale też unika wszelkiej odpowiedzialności związanej z domem, pakowaniem i podróżą - tj. wszystkim szczegółami przenosin całego życia, zakwaterowania matki, znalezienia domu na swoje - bądź co bądź - nastoletnie dziecko. |
No bo on był stworzony do wyższych rzeczy
Oczywiście, że osobiście nie chiałabym mieć, ani takiego męża ani ojca, nadal jednak uważam, że nie był najgorszym ojcem dla Margaret...samo to, że zabrał ją do Milton jest nie do przecenienia i może dlatego tak go lubie, zresztą jak każdego z głównych bohaterów tej cudownej powieści i jeszcze cudowniejszego filmu wydają mi się doskonałymi częściami doskonałej całości...
p.s. jak widać oczarowanie książką, filmem i szczególne Richardem A., zniekształca mi prawidłowy obraz świata...
Trzykrotka - Pią 12 Mar, 2010 11:10
A ja go nie lubię. Nie lubię ani jego, ani pani Hale. Są dla mnie przeciwieństwem tego, kim powinni być rodzice - oparcia. Margaret nie ma w nich żadnego oparcia. Nie mówię tu o zasobach materialnych i zabezpieczeniu na przyszłość. Chodzi mi i pociechę, wsparcie moralne, ulgę w cierpieniu, pomoc duchową. Ta dziewczyna nie ma nikogo, jest absolutnie sama. A ją lubię, mimo jej wielkopańskich fumów i łęckopodobnych zdań typu "nie lubię kupców"
BeeMeR - Pią 12 Mar, 2010 11:12
Nie, nie był złym ojcem - widać i w książce i w filmie, że kocha Margaret i Fredericka, i okazuje to najlepiej jak potrafi: chętnie z nią rozmawia, pielęgnuje jej oczytanie podsuwając odpowiednie książki...
Tak, najwyraźniej był stworzony do wyższych rzeczy
BeeMeR - Pią 12 Mar, 2010 11:14
| Trzykrotka napisał/a: | | Margaret nie ma w nich żadnego oparcia. | zgadzam się - ale mimo to w jakis sposób otrzymuje od ojca ciepło, którego nie umiem się dopatrzeć w jej relacji z matką, zajętą sobą i swoim "globusem"
Nijak nie mogę zrozumieć narzekania, że "jest za dużo drzew"
Drzew ani gór na horyzoncie nigdy nie jest za dużo
Sofijufka - Pią 12 Mar, 2010 11:14
wrzucam Margaret w szali indyjskim - od razu widać, dlaczego na niej układał sie własciwiej niż na kuzynce
BeeMeR - Pią 12 Mar, 2010 11:22
| Sofijufka napisał/a: | | wrzucam Margaret w szali indyjskim |
Caitriona - Pią 12 Mar, 2010 11:37
| Sofijufka napisał/a: | | wrzucam Margaret w szali indyjskim |
To jest szal? Wow. Piękny, ale ogromny. Dzięki.
Trzykrotka - Pią 12 Mar, 2010 11:38
Przepiękny szal. Nic dziwnego, że posadanie takich w posagu to było coś!
BeeMer, masz znowu przepiękny avek
Sofijufka - Pią 12 Mar, 2010 11:57
to wkleję trochę o szalach
During the 100 years the shawl was in fashion, its shape changed to suit the dresses with which it was worn. From 1770-1810 simple high-waisted white muslin dresses were fashionable. With these neo-Classical dresses, simple long light stoles with narrow borders and deeper woven ends or small one-yard squares shawls with narrow borders folded into a triangle were worn. The centres were either plain or had a small repeating sprig or pip design. The ends and narrow borders were separately woven, often having small meandering flowers or pine motifs, using just three or four colours. Such a shawl would have cost around £20.
[...]The 1820's saw great changes to the industry with the Jacquard loom being introduced into Paisley. Now shawls could be woven in one piece with bolder designs and more colours. Dresses were of silk, still with high waists but with bodice detailing such as pintucks and wide puff sleeves, requiring a larger shawl. During the 1830's the skirt got larger, balanced by huge sleeves, until by 1840 several starched white petticoats or a horsehair petticoat was worn, replaced in 1856 by whalebone hoops or the crinoline frame (10).
It was at this time of the widening skirts that the shawl really became popular, with at least one being included in every better class trousseau. In Scotland they were known as 'kirking' (church) shawls when they were worn to church on the first Sunday after the wedding and then used again at christenings.
a to już czasy margosiowe
It was difficult to wear a coat with a crinoline frame (wire underskirt) although short mantles and capes were worn. Most people preferred a warm enveloping shawl, with a stunning design (11). From 1840-75 shawls were made much larger to cover the skirt: 5 feet (1.50 m) square; 5 feet (1.50m) by 8 feet 4 inches (2.50m); 5 feet (1.50 m) by 10/12 (3/3.60m) feet. Square shawls were folded in triangles with a top flap just slightly turned over, whilst the large rectangles could be folded into two and caught at the front with a brooch and the full splendour of the shawl splayed out over the crinoline (12
|
|
|