Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2
Alison - Czw 27 Wrz, 2007 13:08
Wiesz co, zawsze kiedy podczytuję te nasze dywagacje na wiadomy temat, po każdym poście zerkam na ten jego przerażony wzrok w Twoim podpisie i po prostu spadam z krzesła
Dione - Czw 27 Wrz, 2007 18:35
Wcale nie dziwcie się, że jej w Pemberley nie rozpoznał. Poznałby ją wszędzie..... oprócz własnego domu Po drodze do cioteczki od razu wypatrzył ją w parku, tylko mu do głowy nie przyszło, że ten prztyczek w serduchu to na jej widok. A w Pemberley on kochał wszystko, więc mu bez przerwy. Jakby tak na jej widok miało mocniej, to nam by Darsik na zawał zszedł zanim Elżbietka by go zobaczyła.
Maryann - Czw 27 Wrz, 2007 20:34
| Alison napisał/a: | | po każdym poście zerkam na ten jego przerażony wzrok w Twoim podpisie |
Myślisz, że on tak... czyta/słyszy, co my tu... I dlatego ...?
Maryann - Czw 27 Wrz, 2007 20:37
| Dione napisał/a: | Jakby tak na jej widok miało mocniej, to nam by Darsik na zawał zszedł zanim Elżbietka by go zobaczyła. |
Po pana pułkownikowskiej rewelacji to reanimacja może mu być potrzebna, zanim w ogóle się do Pemberley wybierze...
Dione - Czw 27 Wrz, 2007 20:52
Eee, tu jeszcze rozpamiętuje swoją głupotę.... Chyba
asiek - Czw 27 Wrz, 2007 23:09
| Alison napisał/a: | | Widziałem ją. Pannę Bennet. Tutaj w Londynie. |
Darcy z pewnością stanie na wysokości zadania i z angielską flegmą zapyta - Pannę Bennet ? - Byliśmy sobie przedstawieni ?...
Alison - Pią 28 Wrz, 2007 07:44
Rozdz. VI, cz. 12
Wszystko trwało nieskończenie długo kiedy słowa Richarda nabrały w końcu sensu i znaczenia. Elizabeth jest w Londynie? Teraz?
- Gdzie? - zapytał ochryple.
- Wczoraj wieczorem w teatrze. Była w niewielkim towarzystwie, starszego dżentelmena i jego żony, i ślicznej istoty, która jak sądzę była jej siostrą. I oczywiście, panny Lucas.
- Rozmawiałeś z nią? - nic nie mógł na to poradzić, musiał zapytać, mimo, że przewalały się przez niego jednocześnie fale gorąca i zimna, ścisnął kruchą masywność szklanki, jak gdyby ta mogła pomóc mu się uspokoić.
- Nie, nie sądzę żeby to było rozsądne nawet gdyby udało mi się do niej dostać, na sali był okropny tłok. Nie wydaje mi się, żeby mnie widziała. Wyglądała...
- Tak? - podrzucił.
- Wyglądała dobrze, jak zwykle, chociaż troszeczkę skromnie pośród tego bogactwa. Wydaje mi się, że obserwowała publiczność tak samo jak aktorów. - Darcy niemal się uśmiechnął. Oczywiście, że to robiła. Czyż nie ma się za znawczynię ludzkich charakterów?
- Mam nadzieję, że dobrze zrobiłem, mówiąc ci o tym, Fitz? - zakłopotanie Richarda było prawdziwe - Nie mogłem siebie przekonać, że wolałbyś nie wiedzieć, ale niech mnie diabli jeśli to nie ja byłbym tym, który ci o tym doniósł. Pomyślałem, że lepiej być uprzedzonym, że jest szansa, że mógłbyś nieprzygotowany spotkać ją albo, że mógłbyś nigdy się nie dowiedzieć że ona jest tutaj, i... i...
- Dobrze zrobiłeś, kuzynie i dziękuję ci za to - skinął wolno i pociągnął długi łyk swojego drinka. Ulica Gracechurch. Czy to nie o niej panna Bingley wspominała, mówiąc o krewnych Elizabeth, jeśli rzeczywiście była nimi ta para, którą Richard mu opisał? Czas, potrzebował czasu żeby pomyśleć.
- Czy mógłbyś... - Richard podszedł i rozejrzał się, jego twarz odzwierciedlała niesmak.
- Mógłbym...?
- Czy mógłbyś... ach, towarzyszyć Georgianie na mszy w niedzielę? - ulga Richarda była cudowna, Darcy musiał to przyznać.
- Tak, mógłbym. Nowy pastor, którego zgodnie z pragnieniem Broughama umieściłem na tym stanowisku, będzie odprawiał mszę, a...
- Z pragnieniem Broughama?! - niedowierzający wybuch śmiechu Richarda przyciągnął zdziwione spojrzenia z wszystkich stron klubowej jadalni.
- Chyba żartujesz! Och, to komiczne, kuzynie - Darcy zaczerwienił się zdenerwowany jego gafą. Naturalnie, takie stwierdzenie mogłoby być uznane przez świat jako śmieszne i zostać całkowicie odwrotnie zrozumiane niż życzyłby sobie tego Dy - Prawie chciałbym zobaczyć tego pastora, który zwrócił na siebie uwagę Broughama - dalej śmiał się Richard.
- Więc dlaczego by nie przyjść? - Wyzwanie wyrwało się z ust bez zastanowienia a głównie po to by zwrócić temat rozmowy z Dy'a na cokolwiek innego - Jej wysokość będzie zadowolona, nie mam co do tego wątpliwości, żeby usłyszeć z twoich ust opinię o tym człowieku, a jego wysokość...
- Jego wysokość nie uwierzy w ani jedno słowo, ale Pater ulegnie w tej kwestii Mater. Hmmm. - Richard znowu usiadł i zaczął rozważać wszystkie za i przeciw tej propozycji. Wtedy uznał, że to wszystko musi znaczyć, że jego kieszenie są już, albo są prawie pełne.
- Potem może być partyjka bilarda.
- Pięć - odpalił Richard.
- Więc tak się sprawy mają? - Darcy uniósł brew - Trzy.
- Zrobione! - uśmiechnął się kuzyn - Zamówimy następną kolejkę?
- My?
- Och w sensie ogólnym, Fitz. Jeszcze nie wygrałem twoich pieniędzy!
Tak więc, byli tutaj, ramię w ramię w ławce Darcy'ch i Matlock'ów w ciepłą majową niedzielę. Nie próbował spotkać Elizabeth, ani nie miał żadnej sprawy prawdziwej czy wymyślonej w okolicy Gracechurch, co mogłoby umożliwić im spotkanie. Nie na tym to miało polegać. Ostatnią rzeczą jakiej sobie życzył to napotkać to uprzejme spojrzenie, albo usłyszeć pospieszną wymówkę o potrzebie oddalenia się, którą wymusiłoby takie spotkanie. Nie zasługiwał na nic lepszego w odpowiedzi na ten nieżyczliwy list, który teraz napisałby całkiem inaczej. Nie, lepiej zostawić sobie jej wspomnienie w łagodniejszych barwach. Ona nie zostanie długo w Londynie. Otwierając książeczkę do nabożeństwa, trącił rogiem ramię Richarda i wskazał na werset Pisma Świętego przeznaczony na ten dzień, kiedy właśnie pastor Dy'a zaczął go czytać.
Maryann - Pią 28 Wrz, 2007 11:38
| Alison napisał/a: | | ścisnął kruchą masywność szklanki, jak gdyby ta mogła pomóc mu się uspokoić |
jeszcze ją zgniecie i krew (błękitna) się poleje...
Dione - Pią 28 Wrz, 2007 22:43
Taka krwawa rana męskości dodaje, nie
Marija - Pią 28 Wrz, 2007 23:25
Już raz szklankę rozwalił, o jeden szklankowy efekt byłoby za dużo. Niech sobie lepiej wyszarpie troszkę pukli z rozpaczy .
Maryann - Sob 29 Wrz, 2007 08:08
Bez krwawych efektów - poranna drożdżóweczka od Carolci.
Rozdział VI, cz.13
~~~~~~~&~~~~~~~
- Niech mnie diabli, jeśli nie słuchałem uważnie przez całe nabożeństwo! - oświadczył Richard swoim krewnym, gdy wychodzili z kościoła. Podał Georgianie ramię i pomógł jej wsiąść do powozu. - Dziwne! Co ty na to, Fitz?
- Niewiarygodne – śmiał się Darcy podążając za Georgianą. - Choćby z tego powodu, poparłbym mianowanie go na to stanowisko - poczekał aż Richard znajdzie się naprzeciw niego. - Słowo jego lordowskiej mości za twoją namową też by nie zaszkodziło, przeciwnie, przydałoby mu się.
- Po co mu poparcie mojego ojca? To porywający kaznodzieja! Ma ciekawe spojrzenie na różne sprawy, wyrwało mu się kilka trafnych uwag o nadętych nudziarzach, co ogromnie mnie rozbawiło. Nie powiem, żeby kiedykolwiek zdarzyło się to w trakcie nabożeństwa, a przynajmniej nie za sprawą człowieka z ambony. Niespotykane!
- Niespotykane, tak – zgodził się. - Jest Ewangelikiem, jednym z Ranterów, ciebie lady Catherine posądzała o to samo.
- Na Boga! Nie mówisz poważnie! - Richard odwrócił się i wyjrzał przez okno za nimi. – O ... - przerwał i spojrzał przepraszająco na Georgianę – niech mnie diabli, jaki ze mnie głupiec.
Georgiana uśmiechnęła się łagodnie do niego.
- Nie przejmuj się kuzynie. W końcu przegapiłeś swoją drzemkę, więc jesteś zmęczony.
Richard spojrzał na nią podejrzliwie.
- Kiedy to się zaczęło, Fitz? Dawałeś jej lekcje?
- Nie ja – odpowiedział wesoło.
Richard pogroził jej palcem.
- Będę miał na ciebie oko, panienko, masz tupet! - rozsiadł się wygodniej. - I pomówię z jego lordowską mością o nowym pastorze - jego uśmiech daleki był od niewinności. - A gdy tylko się zadomowi, zachęcę matkę, by przekazała dobre wieści lady Catherine.
~~~~~~~&~~~~~~~
Cienie wydłużały się, w kątach gabinetu zalegała już ciemność, kiedy Witcher zapukał i wszedł przynosząc kartę wizytową.
- Kto to? - zapytał Darcy sięgając po kartę.
- Jego wielmożność pan Beverly Trenholme, proszę pana. Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność spotkać tego dżentelmena - stary kamerdyner zmarszczył czoło zakłopotany – ale mówi, że jest starym przyjacielem.
Trenholme! Co u diabła...?
- Tak, Witcher, z czasów studenckich. Nie sądzę, by kiedykolwiek wizytował nas w mieście. Po świętach spędziłem trochę czasu z nim i z jego bratem, lordem Saye, w Oxfordshire.
- Ach, proszę o wybaczenie. Oczywiście, Oxfordshire! - Witcher potrząsnął głową. - Czy mam go wprowadzić?
- Bardzo proszę. - Darcy wstał, wygładził kamizelkę i obciągnął rękawy, podczas gdy Witcher poszedł po gościa, czynności wykonywane z nawyku pozwalały mu odsunąć natłok pytań, które sprowokowało nagłe pojawienie się Trenholme'a. Ostrzeżenie Dy'a wybijało się na pierwszy plan, zastanawiał się, czy spotkanie się z tym człowiekiem, Brougham uznałby za rozsądne.
Alison - Sob 29 Wrz, 2007 18:29
Czy ten Darcy bez Dy'a to już w ogóle nie wie co robić i myśleć?
Gitka - Sob 29 Wrz, 2007 19:38
Mówiąc szczerze, ja ten Fanfik czytam już tylko dla Pana Dy, Georginy i pieska Darcy'ego.
Nie wiem tylko czy kolejność jest właściwa
Wyrazy podziękowania i podziwu dla Tłumaczek
Alison - Sob 29 Wrz, 2007 19:44
| Gitka napisał/a: | ja ten Fanfik czytam już tylko dla [...]i pieska Darcy'ego.
|
Giteczko, muszę Cię pocieszyć, że za jakieś 5 dni będziesz miała aż 3 odcinki z pieskiem w roli głównej
Maryann - Sob 29 Wrz, 2007 19:48
| Gitka napisał/a: | | Mówiąc szczerze, ja ten Fanfik czytam już tylko dla Pana Dy, Georginy i pieska Darcy'ego. |
No nie... To tu się rozgrywa największa love story wszechczasów, a Ty chcesz czytać o jakichś epizodycznych figurach, albo o PIESKU...?
| Alison napisał/a: | aż 3 odcinki z pieskiem w roli głównej |
chyba nawet więcej...
Gitka - Sob 29 Wrz, 2007 19:54
A to się ucieszyłam, bo to mój prawdziwy bohater
Anonymous - Sob 29 Wrz, 2007 20:23
Niczym Szarik?
trifle - Sob 29 Wrz, 2007 21:10
Ale mnie słabi ta Pamela...
Marija - Sob 29 Wrz, 2007 22:43
Ale oni mieli nudno w zasadzie. Biedny Darcy, bez dostępu do internetu . Taka refleksja mnie naszła .
trifle - Sob 29 Wrz, 2007 22:47
Dobre! Darcy bez internetu A wyobraźcie sobie panią Bennet - jak szuka mężów dla córek na randka.pl czy czymtamjeszcze.pl
So many handsome men! Indeed! Umarłam
Maryann - Nie 30 Wrz, 2007 08:55
Nie wiem, czy Mr Trenholme zyskałby uznanie pani Bennet, bo dżentelmen wszak spłukany...
Caroline serwuje.
Rozdział VI, cz.14
Drzwi się otworzyły.
- Pan Trenholme, proszę pana. - Witcher ukłonił się i zamknął drzwi.
- Darcy! Jak miło, że zechciałeś się ze mną spotkać! - Beverley Trenholme podszedł do niego z wyciągniętą ręką. W drugiej trzymał rączkę długiej, skórzanej walizeczki.
- Trenholme – skłonił się Darcy i uścisnął jego dłoń. Była zimna i mógłby przysiąc, że drżała, gdy ją ściskał. - Usiądź, proszę.
Trenholme przysunął sobie krzesło i położywszy delikatnie walizeczkę na biurku, usiadł z westchnieniem.
- Czy uwierzyłbyś, że minęły niemal cztery miesiące odkąd ostatnio się widzieliśmy? - westchnął znowu. - Co za okropna sprawa. Saye i ja jesteśmy ci ogromnie wdzięczni, że zachowałeś w sekrecie to, co się stało. To odwlekło nieuchronne, ale człowiek cieszy się z każdej minuty, w której wilki trzymane są z dala od drzwi.
- Wszystko skończone? – zapytał spokojnie.
Trenholme potrząsnął głową.
- Nie będę udawał, że nie, nie przed tobą. Wszystko ruchomości zostały zebrane i przewiezione na aukcję do Garrawaya. Sama posiadłość idzie pod młotek pod koniec tygodnia. – na jego twarzy pojawił się wyraz morderczej nienawiści. - Powinna należeć do mnie! Saye'a obchodziły tylko pieniądze, jakie z niej wyciągał, żeby usiąść do kart! A potem ta irlandzka dziwka! - podniósł głos. - Nastawiła naszych własnych ludzi przeciwko nam. Uważaj na nią, Darcy! Uważaj na nią, bo to kłamliwa zdrajczyni! Wbije ci nóż w plecy bez wahania.
- Co masz na myśli? - Darcy patrzył twardo w oczy Trenholme'a, próbując jednocześnie w myślach dopasować do siebie nazwiska, twarze i rozmowy z urywków wspomnień po wieczorze u Sylvanie. - Zdrajczyni? Co ty o tym wiesz?
- To wiem, że nie mam już dość pieniędzy, by się upijać w ich towarzystwie, a tylko w takim stanie, nie mam ochoty posłać ich do... - przerwał. - Nie dlatego przyszedłem. Przyszedłem, by dać ci to. - podsunął mu walizeczkę. - Wygrałeś ją uczciwie i nie powinna być sprzedana, żeby spłacić choćby pensa z długów Saye'a.
Darcy otworzył walizeczkę, oddech zamarł mu w piersi. Hiszpańska szpada leżała zawinięta w aksamit. Światło lampy zamigotało na niej odbijając płomienie, gdy tylko ją podniósł.
- Może jestem pijakiem i tchórzem, ale wiem, czym jest dług honorowy, a Saye spłaci ten!
Podniósł szpadę. Pasowała do jego dłoni tak dobrze, jak pamiętał.
- Trenholme, nie wiem, co powiedzieć! - Darcy położył wspaniałą broń z powrotem na aksamitnym wyścieleniu.
- Nic nie musisz mówić. Należała do ciebie od tamtej nocy, miałeś do niej prawo od tego czasu. Zapewne miałbyś wystarczająco wielu świadków, żeby pójść do sądu, gdybyś tylko chciał. Saye powinien być wdzięczny, że tego nie zrobiłeś, na tyle wdzięczny, żeby samemu ci ją przysłać.
- Nie wie, że ją do mnie przyniosłeś? - Darcy zapytał ostro.
- Teraz już wie! - Trenholme zaśmiał się gorzko i wstał. - Zostawiłem mu wiadomość – skinął zamierzając wyjść. - Nie będę zabierał ci więcej czasu, Darcy, ale pamiętaj, co powiedziałem o Sylvanie. Monmouth wziął sobie żmiję na pierś, co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli szykuje się jakieś diabelstwo, Sylvanie ma w nim swój udział, bądź tego pewien.
- Ale co ty zrobisz? - jego pytanie zatrzymało Beverly Trenholme'a, gdy sięgał do klamki.
Musiało być coś! Darcy myślał, co zaproponować temu człowiekowi, co byłoby dla niego dobre, ale nie obraziło, ani nie upokorzyło go.
- Chyba wyjadę do Ameryki – Trenholme odwrócił się. Ponury uśmiech gościł na jego twarzy, ale w jego oczach nie było choćby cienia ożywienia. - Słyszałem, że angielscy dżentelmeni są wciąż cenieni w Bostonie, w przeciwieństwie do angielskiej herbaty.
Dione - Nie 30 Wrz, 2007 22:46
| Maryann napisał/a: | | No nie... To tu się rozgrywa największa love story wszechczasów, a Ty chcesz czytać o jakichś epizodycznych figurach, albo o PIESKU...? |
Bez pieska nie byłoby spotkania w Pemberley
Alison - Pon 01 Paź, 2007 08:39
Matko, jeśli ona jeszcze jakąś jedną postać wprowadzi to tej historii, to ja sie już zabiję
Nie dało się tego fanfika obrobić tymi co były w oryginale?
Marija - Pon 01 Paź, 2007 08:55
Wierszówkę Pameli płacili, ot co!
Caroline - Pon 01 Paź, 2007 09:03
Rozdział VI, cz.15
- Herbata? - Darcy spojrzał na niego pytająco. - Nie sądzę, by ostatnie żale Amerykanów miały cokolwiek wspólnego z herbatą, Trenheolme.
Wzdrygnął się.
- Wydawało mi się, że wyrzucili cały ładunek herbaty za burtę w bostońskim porcie.
- Ponad trzydzieści pięć lat temu! Od ponad trzydziestu lat herbatę bezpiecznie transportuje się do Bostonu – Darcy zacisnął mocno zęby, żeby się nie roześmiać i nie urazić swojego gościa. - Nie musisz się obawiać życia bez herbaty w Bostonie.
- Cóż... - zdawało się, że Trenholme'owi zabrakło słów i energii. Przejazd! Słowo zabrzęczało w uszach Darcy'ego.
- Chwileczkę – opuścił Trenholme'a i podszedł do biurka wyciągając dziennik z górnej szuflady. Przerzucając kartki dotarł do stron opisujących jego interesy na statkach. - Gdybym mógł zorganizować ci przejazd do Bostonu, zdecydowałbyś się?
- Darmowy przejazd? - oczy Trenholme'a zabłysły słabo.
- Darmowy przejazd – potwierdził. - Mam większościowe udziały w spółkach żeglarskich do Bostonu, ale statek wypływa jutro rano. Jest mało czasu...
- Nie potrzebuję wiele czasu, tyle, ile potrzeba, by zabrać swoje rzeczy i dojechać do doków. Wiesz, co to oznacza, Darcy? - zawołał, gdy Darcy pochylał się nad listem do kapitana. - Zaoszczędzę pieniądze, nie dotrę do Ameryki bez grosza przy duszy.
- To byłoby niewskazane – wyprostował się i podał Trenheolme'owi list. - Daj to kapitanowi, weźmie cię na pokład. Nie będzie wygód, nic do czego przywykłeś...
Trenheolme wziął notkę a potem uścisnął jego rękę.
- Dobry z ciebie człowiek, Darcy. Nigdy tego nie zapomnę. - westchnął ciężko, odwrócił się pospieszenie i wyszedł zostawiając swojego dobroczyńcę z nadzieją, że te słowa były prawdziwe.
~~~~~~~&~~~~~~~
- Dlaczego ciągle spoglądasz na zegarek? - zapytała go Georgiana, gdy kolejny raz wyciągnął zegarek z kieszeni kamizelki. Pogoda była piękna tego ranka, postanowili więc przejść się po St. James Park.
- Mój przyjaciel wyjechał do Ameryki dziś rano. Zgodnie z planem, jego statek w ciągu kwadransa powinien znaleźć się na otwartym morzu. Próbowałem zgadnąć, gdzie znajduje się teraz.
- Dobry przyjaciel?
- Być może. Mam nadzieję, że w każdym razie ja byłem dla niego dobrym przyjacielem.
Odgłos kopyt końskich uderzających o darń z niezwykłą gwałtownością kazał Darcyemu skręcić ostro i pociągnąć siostrę za sobą z dala od ścieżki w parku. Koń i jeździec zbliżali się, spostrzegli go w ostatniej chwili.
- Darcy! - zawołał jeździec, był wzburzony i zdenerwowany.
- Na Boga, Dy, co ty wyprawiasz? - zawołał gniewnie.
- Nie czas na to! Gdzie jest Trenholme? Wiesz, gdzie on jest?
- Na statku do Ameryki! Dlaczego? O co chodzi? - ogarnęło go nagłe przerażenie.
- Kiedy ostatnio go widziałeś? Mówił cokolwiek o miejscu pobytu lady Monmouth? - koń burzył się pod nim, dodając jego słowom jeszcze więcej gwałtowności.
- Zeszłej nocy i nie, nie mówił gdzie ona jest, tylko że życzy jej śmierci i ostrzega mnie przed nią. O co chodzi, Dy? Co się stało?
- Premier... Perceval – Brougham spojrzał za niego, poszukując spojrzenia Georgiany. Darcy poznał po tym, jak złagodniały jego rysy, kiedy je znalazł, ale już po chwili przywołał się do porządku i znów spoglądał na niego. - Premier został zastrzelony piętnaście minut temu w Parlamencie.
Był tak zszokowany, że ledwie usłyszał krzyk Georgiany.
- Nie!
- To prawda – Dy ściągnął wodze, jego wzburzenie wzrastało. - Mamy zabójcę, ale są inni.
- Sylvanie? - spytał Darcy – Myślisz, że Sylvanie jest w to zamieszana?
- Mordercą jest John Bellingham, Fitz, człowiek, który cię znieważył, który trzymał się blisko Sylvanie na jej wieczorku. Trzeba ją znaleźć.
- Co mogę zrobić? - chwycił wodze i przyciągnął Broughama bliżej. - Cokolwiek!
Dy potrząsnął głową.
- Nic. Muszę wyjechać natychmiast i nie mogę obiecać, że niedługo wrócę. Dbaj o pannę Darcy, Fitz! Wiem, że i tak byś to robił, ale dbaj o nią także ze względu na mnie. To może zabrać trochę czasu.
- Oczywiście! Uważaj na siebie i niech Bóg będzie z tobą, mój przyjacielu!
- I z tobą – Dy spojrzał na niego z uśmiechem. - Panno Darcy – skinął i już go nie było.
Georgiana znalazła się natychmiast w jego ramionach.
- Och, Fitzwilliamie. Co się stało? Dokąd jedzie lord Brougham?
- Świat odwrócił się do góry nogami – wyszeptał przez jej włosy – a Dy pojechał go naprawić.
|
|
|