To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Powieści Jane Austen - Duma i uprzedzenie

Tamara - Czw 13 Maj, 2010 22:51

Ale gdyby był , Wickham mógłby się dwa razy zastanowić nad uwiedzeniem Lidii, bo mógłby w akcie sprawiedliwości dziejowej dostać w łeb od brata (patrz płk. Brandon i Whilloughby)
Tess - Czw 13 Maj, 2010 23:05

Ale, gdyby ów dziedzic był podobny do swojego krewnego Collinsa :rotfl: to byłby problem
Anonymous - Pią 14 Maj, 2010 13:21

Pani Bennet byłaby tak zachwycona z obecnosci szwagiereg jak Fanny Dashwood z obecności przyrodnich sióstr męża...
więzy rodzinne rządzą. Nie od dziś wiadomo, że rodziną dobrze się na zdjeciu wychodzi. Jeśli już..

nicol81 - Pią 14 Maj, 2010 21:51

No i ja się nie dziwię potencjalnej pani B. , że szwagierki sztuk pięć na łbie by jej nie zachwycały :?
Tamara napisał/a:
Ale gdyby był , Wickham mógłby się dwa razy zastanowić nad uwiedzeniem Lidii, bo mógłby w akcie sprawiedliwości dziejowej dostać w łeb od brata (patrz płk. Brandon i Whilloughby)

A to to tak (o ile brat byłby w odpowiednim wieku, a nie z miotu wiele lat po urodzeniu Lidii). Bo pan B. sprawiał wrażenie, jakby mógł przywalić za wyniesienie mu ksiązki, ale nie za nawianie z córką... :?
Obaj panowie W. wydają się szczególnie lubić panny bez męskiego opiekuna :roll: Biedny Willoughby się na tym nieco przejechał... :mrgreen:

Sylwia - Śro 26 Maj, 2010 11:17

nicol81 napisał/a:
BeeMeR napisał/a:
czy to oznacza, że dostałyby jakiś posag?

Dostałyby, jakby brat miał chęć i możliwości :roll: Dlatego nigdy nie rozumiałam tego liczenia Bennetów na syna- w najlepszym razie młode nie skończyłyby pod płotem.
(dla porównania w RiR dziewczyny miały 10 tysiów na trzy)

A siostry Bennet dalej miałyby 5 tysiów na pięć. To liczenie na syna to tylko taka wymówka pana Benneta, żeby dalej nic nie robić.

nicol81 napisał/a:
Cytat:
ale te róznice miedzy siostrami sa właśnie dowodem, ze wychowanie ma wielkie znaczenie... Jane i Elizabeth znajdowały sie pod wpływem ojca, pozostałe - mamusi

Ja kompletnie nie widzę wychowania ze strony pana B. Różnice między siostrami widzę jako wynik kolejności urodzenia- im bardziej w dół, tym gorzej. Jak potomstwa przybywało, to poświęcało im się mniej uwagi.

Jane i Lizzy spędzały dużo czasu z Gardinerami, i pewnie to je wychowało bardziej niż pan Bennet. Pan Bennet nawet swoją ulubioną Lizzy traktuje jak powietrze.

Tamara napisał/a:
Ale gdyby był , Wickham mógłby się dwa razy zastanowić nad uwiedzeniem Lidii, bo mógłby w akcie sprawiedliwości dziejowej dostać w łeb od brata (patrz płk. Brandon i Whilloughby)

Tylko że Willoughby nie dostał w łeb od Brandona. Ten pojedynek skończył się na niczym, i był jedną z najgłupszych rzeczy jakie Brandon zrobił. Gdyby Willoughby umarł skończyłoby się na skandalu, sprawie sądowej i już zupełnie zszarganej reputacji podopiecznej Brandona, a gdyby umarł Brandon dziewczyna zostałaby bez opieki. Do ślubu, jak wiadomo, Brandon Willoughbyego nie zmusił.

Tamara - Czw 27 Maj, 2010 21:39

Ale pojedynek nie musi być na śmierć i życie , może być do pierwszej krwi , a wtedy , jeżeli jeden zostaje ranny , rzecz się rozchodzi . I gdyby Willoughby został ranny , rzecz by się ujawniła . Ale żaden nie trafił , więc nic nie wyszło na jaw i nie został skompromitowany . Takie same konsekwencje groziłyby Wickhamowi , gdyby Bennettówny miały brata - publiczna kompromitacja za uwiedzenie panny z towarzystwa . Nieważne , że ciężko głupiej :roll:
Sofijufka - Pią 28 Maj, 2010 09:00

Sylwia napisał/a:
Do ślubu, jak wiadomo, Brandon Willoughbyego nie zmusił.

ja nie jestem pewna, czy Brandon próbował go zmuszać. Kochał Elizę - czy życzyłby jej takiego losu? Powtórzyłaby historię matki... W gorszym wydaniu, bo Eliza pana W. kochała, więc cierpiałaby bardziej!
Pasował mi pojedynek w wykonaniu "psychopaty" - pokonał W., zmusił do okazania strachu, "spłaszczył go" jak Kwakiutle, potem odszedł z wyrazem niesmaku na obliczu

Sylwia - Pią 28 Maj, 2010 09:26

No ale po co pojedynek, który w najlepszym razie prowadzi do niczego, a w najgorszym rujnuje życie tym, którzy i tak są już najbardziej poszkodowani? Męska reputacja nie cierpiała na uwiedzeniu dziewczyny, wręcz przeciwnie, mogła nawet zyskać na popularności.
Sofijufka - Pią 28 Maj, 2010 10:29

Eliza juz nie mogła byc bardziej skompromitowana - uwiedziona i porzucona z dzieckiem, a w dodatku sama była nieslubna...
Co do pana W. - wątpię, by chciał, aby żona się o tym dowiedziała, a jak wiadomo - charakterek miała niezgorszy!

Anonymous - Pią 28 Maj, 2010 10:32

I bardzo dobrze, będzie miał szkołe życia przez czas trwania związku
Sofijufka - Pią 28 Maj, 2010 10:57

hmmm, jak napisała Jane - Zofia nie zawsze była nieprzyjemna...
Tamara - Pią 28 Maj, 2010 15:58

Sylwia napisał/a:
No ale po co pojedynek,

Bo takie obyczaje były , plamę na honorze ino krwią zmyć można . Jeszcze przed II wojną u nas pojedynki straszyły - patrz sławetny kodeks honorowy Boziewicza .

nicol81 - Pią 28 Maj, 2010 19:59

Sylwia napisał/a:
To liczenie na syna to tylko taka wymówka pana Benneta, żeby dalej nic nie robić.

:roll: Nie znoszę go... :bejsbol:

Sylwia napisał/a:
Jane i Lizzy spędzały dużo czasu z Gardinerami, i pewnie to je wychowało

W późniejszym okresie tak- ale pani Gardiner miała coś około trzydziestu lat, to pewnie wpływać zaczęła dopiero w adolescencji. A to, że wychowane są w zależności od proporcjonalności uwagi, to rzuca się w oczy...

Cytat:
Bo takie obyczaje były , plamę na honorze ino krwią zmyć można .

Dla mnie o to chodzi, że powód pojedynku był honorowy, nie racjonalny- pokazuje, że Brandon jest parą dla Marianny, nie Eleonory...

Sylwia - Pią 28 Maj, 2010 20:56

nicol81 napisał/a:
Sylwia napisał/a:
To liczenie na syna to tylko taka wymówka pana Benneta, żeby dalej nic nie robić.

:roll: Nie znoszę go... :bejsbol:


Oh, przypomniałam sobie, że kiedyś wyliczyłam ile pan Bennet mógł zaoszczędzić nie robiąc absolutnie nic. Wyszło mi 7 232,58 funtów. Nawet tyle nie zrobił! Jeśli znasz angielski, to tu jest ten post. http://austenette.wordpre...et-hasnt-saved/

Sylwia napisał/a:
Jane i Lizzy spędzały dużo czasu z Gardinerami, i pewnie to je wychowało

W późniejszym okresie tak- ale pani Gardiner miała coś około trzydziestu lat, to pewnie wpływać zaczęła dopiero w adolescencji. A to, że wychowane są w zależności od proporcjonalności uwagi, to rzuca się w oczy... [/quote]

Z tym wychowaniem u Austen to jest trochę tak, że oni mieli o nim inne wyobrażenie. My wychowujemy od małego, zakładając, że potem będzie za późno. Dla nich małe dzieci były jak warzywa, i nikt ich nie wychowywał. Austen, tak jak jej rodzeństwo, była oddana do mamki na wsi. Wychowywać się zaczynało w wieku 7 lat, ale to było głównie uczenie pisania i czytania. Potem zaraz wysyłało się do szkoły, do której Bennetówny nigdy nie trafiły. Dopiero nastolatki wychowywało się na poważnie. No i Austen całkiem serio proponuje, że dorosłego faceta da się jeszcze wychować. :mrgreen:

To też epoka rozumu, więc zakładano, że wychowanie jest połączone z rozumieniem. Ktoś musiał być dość dojrzały, żeby móc zrozumieć swoje błędy.

Natomiast Lizzy od Lidii różni się głównie manierami i inteligencją. Drugie to talent wrodzony, a pierwsze wygląda na wpływ cioci, bo przecież ani mama ani tatuś dobrymi manierami nie grzeszyli. No i na początku obie Lizzy i Jane szukają na męża takiego miłego pana Gardinera.

Tak czy inaczej, adaptacje pokazują Lizzy znacznie bliżej z ojcem niż jest w książce. Pan Bennet nawet jej powiedział, że nie znosi głupoty w bibliotece (chyba użył słowa silliness, ale nie pamiętam). Więc wygląda na to, że książkę mogła sobie wziąć, ale już tam z nim siedzieć to nie. Zresztą widzimy, że to pan Bennet dołącza do rodziny, kiedy ma na to ochotę, ale nikogo do siebie do biblioteki nie zaprasza. Pan Collins jest dla niego katorgą, bo burzy jego spokój w jego pokoju. To jest bardzo wymowne, bo biblioteka była normalnie takim pokojem rodzinnym, gdzie wszyscy siedzieli razem, a tu pan Bennet nie wpuszcza nikogo, nawet Lizzy. Jeśli Lizzy przychodzi to tylko na chwilę, żeby coś mu zakomunikować, lub dlatego, że ją wezwał, a potem od razu wychodzi. Nie wygląda na to, że tatuś kiedykolwiek poświęcał córeczce więcej uwagi niż krótkie rozmowy przy stole.

Sylwia - Pią 28 Maj, 2010 21:04

Sofijufka napisał/a:
Eliza juz nie mogła byc bardziej skompromitowana - uwiedziona i porzucona z dzieckiem, a w dodatku sama była nieslubna...


Ależ mogła. Jak na razie, to tylko parę osób wiedziało i ciągle można było to ukryć. Jakiś miły pan Martin, tak jak w Emmie, pewnie by się znalazł, zwłaszcza jeśli Brandon dałby jej posag. W przypadku afery z pojedynkiem napisaliby o niej w gazetach. No i Brandon mógł zginąć albo skończyć w więzieniu, kto wtedy zająłby się nią i jej dzieckiem?

Tamara napisał/a:
Bo takie obyczaje były , plamę na honorze ino krwią zmyć można.


Było też pełno ludzi, i u nas i u nich, którzy uważali, że to dzicz i barbarzyństwo. W Anglii pojedynki były wbrew prawu. Elinor zresztą nie jest zachwycona, kiedy o tym słyszy, ale Marianna pewnie by była.

nicol81 - Pią 28 Maj, 2010 22:36

Z panem Martinem to nieadekwatne porównanie, bo Harriet mogła być nieślubna, ale sama była nietknięta...
Lullaby - Czw 29 Lip, 2010 15:14

Była to pierwsza książka pióra JA, którą przeczytałam. To dzięki niej pokochałam tamte czasy, zwyczaje i samą autorkę. Historia miłosna, która nie jest nudna i naciągana. Nie do podrobienia.
Trzykrotka - Czw 29 Lip, 2010 21:16

Zwyczaje i autorkę tak, ale czasy?.... Kobietom chyba nie za wesoło wtedy bywało. Samej Jane Austen także. Dziś z jej poczytnością miałaby zamek w Szkocji, willę na Riwierze i dom na Wyspie Palmie w Dubaju, zaraz obok Beckhamów.
trifle - Czw 29 Lip, 2010 21:24

No właśnie, piękne czasy tylko dla dobrze urodzonych, z mądrymi rodzicami, którzy biorą pod uwagę zdanie dzieci w sprawie małżeństwa. Ja już mówiłam, im więcej wiem o XIX wieku, tym bardziej się cieszę, że żyję w XXI ;)
Anonymous - Czw 29 Lip, 2010 21:48

a znając moje szczęście bym wylądowała w warstwie chłopek pańszczyźnianych...
u wyjątkowo wrednego i szpetnego pana :P

Tamara - Pią 30 Lip, 2010 20:59

lady_kasiek napisał/a:
a znając moje szczęście bym wylądowała w warstwie chłopek pańszczyźnianych...
u wyjątkowo wrednego i szpetnego pana :P

Nooo , zawsze istniałaby szansa , że Cie przegra w karty do jakiegoś przystojniejszego :-P

trifle - Pią 30 Lip, 2010 21:17

Albo do gorszego... W moim przypadku to na pewno byłoby bardziej prawdopodobne. Jak tutaj:

nicol81 - Sob 31 Lip, 2010 21:55

Trzykrotka napisał/a:
Kobietom chyba nie za wesoło wtedy bywało

I dzisiaj też nie bywa... :?
Trzykrotka napisał/a:
Dziś z jej poczytnością miałaby zamek w Szkocji, willę na Riwierze i dom na Wyspie Palmie w Dubaju, zaraz obok Beckhamów.

EEeee, nie... :roll: Sześć książek by nie wystarczyło... Musiałaby co rok wypuszczać bestsellera, a teraz konkurencja w regencyjnych romansach jest dużo większa :wink:

Trzykrotka - Nie 01 Sie, 2010 22:29

Dzisiaj nie bywa, nigdy nie bywało, ale ja pod tym względem chwalę dzisiejsze czasu. Dziś panna w UK, czy nawet w Polsce nie musi się podlizywać każdemu durniowi, żeby zechciał łaskawie wziąć ją za żonę i uczynić wartościowym członkiem społeczeństwa.
E tam, pani potterowa, pani zmierzchowa, nawet nasza pani grocholowa nieźle sobie radzą za to co naskrobią. A biedna Jane była wraz z siostrą i matka praktycznie na łasce brata... dziękuję za takie atrakcje :roll:

nicol81 - Pon 02 Sie, 2010 21:05

Trzykrotka napisał/a:
Dziś panna w UK, czy nawet w Polsce nie musi się podlizywać każdemu durniowi, żeby zechciał łaskawie wziąć ją za żonę i uczynić wartościowym członkiem społeczeństwa.

Za to musi się podlizywać szefowi, by zechciał łaskawie wypuścić ją z pracy trzy kwandranse po końcu, a nie godzinę :?
Trzykrotka napisał/a:
E tam, pani potterowa, pani zmierzchowa, nawet nasza pani grocholowa nieźle sobie radzą za to co naskrobią.

Nieźle może- ale poza potterową bez luksusów. A dzisiaj to by JA książek nie wydali w takiej formie- musiałaby sporo wyciąć i seks dołożyć :wink:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group