Ekranizacje - Jane Eyre (2006) cz. 2
Anonymous - Czw 19 Mar, 2009 00:41
| damamama napisał/a: | | Jeśli czytałaś to wiesz, że wyklucza. To tak jakbyś siedziała z kimś znajomym, rozmawiała a potem nie pytana, zaczęła kłamać o sobie patrząc tej osobie w oczy. Nie przypuszczam, aby pastor, nawet, gdy został nim bez powołania, mógł postąpić w ten sposób. |
Czytalam i nie wyklucza - ludzki umysl ma niewyobrazalne mozliwosci adaptacyjne. Duma St Johna z czasem wytworzyla sobie obraz pomyslu, ktore mu zycie narzucilo, jako wlasna wole. Znam takie przypadki z reala. W momencie gdy rozmawial z Jane byl swiecie przekonany, ze mowi prawde, swiecie wierzyl w prawdziwosc swoich slow.
Sofijufka - Czw 19 Mar, 2009 08:24
| AineNiRigani napisał/a: | | Napotkanej osobie nie powiedzialby nic, Jane powiedzial to, co wypadalo powiedziec? Moze nawet sam w to wierzyl? W czasach JA i siostr Bronte powolanie duchowne z rzadka bylo czyms co sie pojawialo, zazwyczaj wynikalo z koniecznosci. |
oj, Aine, chyba nie masz racji. Rzadkościa powołanie było za czasów Jane, za Charlotty - wprost przeciwnie. W międzyczasie było odrodzenie ewangelickie, bracia Wesleyowie =metodyzm i wypączkowujące z nich sekty. Kościół anglikański tez zwiera szeregi i uczucia religijne w Angli są w tym okresie bardzo żywe. Aż roi się całą od fanatycznych kapłanów.
Sofijufka - Czw 19 Mar, 2009 08:28
| Mag13 napisał/a: | Intryguje mnie to, że obie siostry Rivers zostają wysłane na poniewierkę jako guwernantki, natomiast Jane otrzymuje posadę w nowej szkółce dla dziewcząt utworzonej przez St.Johna dzięki pomocy pana Olivera. Jane ma nawet otrzymywać pensję w wysokości 30 funtów. Przecież to jedna z sióstr pastora powinna być naturalną kandydatką do jej objęcia. Dlaczego zatem Jane?
Wiem, potrzebne to było ze względów dramaturgicznych, ale mimo wszystko takie rozwiązanie stawia pastora raczej w niekorzystnym świetle - obca osoba dostaje więcej, niż najbliższa rodzina. |
ja myslę, że chodzi tu o to, że prowadzenie takiej szkółki [bardzo podstawowej] to był jakby krok w dół...Trochę to widać u Dickensa: Bradley Headstone jako kierownik szkoły towarzysko jest gorzej ustawiony, niz gdyby był guwernerem... Poza tym - podejrzewam, że siostry wolały być z dala od domu rodzinnego, niż patrzeć na obcych ludzi, którzy w nim mieszkają [nie byłyby w stanie go utrzymać], znosić współczucie ludzi, których dobrze znały... Lepsze jest ostre cięcie w takiej sytuacji! A i tak jedna z nich musiałaby wyjechać...
nicol81 - Czw 19 Mar, 2009 14:04
| Sofijufka napisał/a: | | Mag13 napisał/a: | Intryguje mnie to, że obie siostry Rivers zostają wysłane na poniewierkę jako guwernantki, natomiast Jane otrzymuje posadę w nowej szkółce dla dziewcząt utworzonej przez St.Johna dzięki pomocy pana Olivera. Jane ma nawet otrzymywać pensję w wysokości 30 funtów. Przecież to jedna z sióstr pastora powinna być naturalną kandydatką do jej objęcia. Dlaczego zatem Jane?
Wiem, potrzebne to było ze względów dramaturgicznych, ale mimo wszystko takie rozwiązanie stawia pastora raczej w niekorzystnym świetle - obca osoba dostaje więcej, niż najbliższa rodzina. |
ja myslę, że chodzi tu o to, że prowadzenie takiej szkółki [bardzo podstawowej] to był jakby krok w dół...Trochę to widać u Dickensa: Bradley Headstone jako kierownik szkoły towarzysko jest gorzej ustawiony, niz gdyby był guwernerem... Poza tym - podejrzewam, że siostry wolały być z dala od domu rodzinnego, niż patrzeć na obcych ludzi, którzy w nim mieszkają [nie byłyby w stanie go utrzymać], znosić współczucie ludzi, których dobrze znały... Lepsze jest ostre cięcie w takiej sytuacji! A i tak jedna z nich musiałaby wyjechać... |
No mnie też to zastanawiało...Czy guwernerzy naprawdę mieli lepiej niż nauczyciele? Tzn. guwernerzy mieli możliwość obracać się w lepszym towarzystwie, ale ich pozycja zależała od pracodawców i często byli traktowani z góry. Byli też bardzo samotni, gdyż nie wypadało im przyjaźnić się ze służbą ani z państwem. Zresztą to jak byli ustawieni zależało też od pensji- były tam duże rozpiętości.
A St. John mógł widzieć, że Jane jest bardziej wykształcona niż jego siostry
Sofijufka - Czw 19 Mar, 2009 15:29
ale to zależało od rodzaju szkoły... Siostry chciały założyć szkołe dla panien z rodzin nzawijmy to "dżentelmeńskich{. A Jane uczyła w szkółce wiejskiej - elementarnej... To sam dół drabiny edukacyjnej. Tyle że ona dostała szkołe od życia, a i przedtem nie należała do osób - błagam o wybaczenie - co to "wyżej... niż tyłek ma'!... Grunt, że zarabiała, że od nikogo nie brała jałmużny, byłą pozyteczna!
Anonymous - Czw 19 Mar, 2009 16:05
| nicol81 napisał/a: | | A St. John mógł widzieć, że Jane jest bardziej wykształcona niż jego siostry |
nie pamiętam jak w książce, ale St. Jones w filmie uprzedza Jane, że ona uczy tylko elementarnych rzeczy, ot takie CKU...
Anonymous - Czw 19 Mar, 2009 18:27
A może one pojechały, żeby nie musiały podejmować decyzji, która ma zostać?
lemurcio - Czw 19 Mar, 2009 18:58
| Mag13 napisał/a: |
Właściwie powstała dziwna sytuacja - one wyjechały z rodzinnego domu, a w nim zamieszkała obca osoba... |
Ale przecież Jane nie zamieszkała w domu Riversów. Po wyjeździe sióstr przeniosła się do domku koło szkoły, tak jak w powieści. Sprawdziłam to - 19 minuta epizodu 4 - Rosamund pyta Jane - "and do you like your house? Have I furnished it nicely?"
Czyli albo St. John mieszka w domu z Hanną, albo przeniósł się do wikarówki a dom zamknięto.
Sofijufka - Czw 19 Mar, 2009 19:00
a w powieści jest to bodaj jednoizbowa chatynka...
szarlotka - Czw 19 Mar, 2009 19:25
Mnie się wydawało, że mieszkała w szkole (nie wiem, może miała minipokoik na poddaszu . Jakby to wyglądało, żeby tak z St. Johnem mieszkała?
lemurcio - Czw 19 Mar, 2009 19:57
Rosamund nie użyłaby słowa "house" tylko po prostu "school"
Widzimy Jane w budynku szkoły, a zaraz potem w jej pokoju w domu Riversów. To daje złudzenie że Jane tam została. Ale to ma miejsce jeszcze przed wyjazdem sióstr, a potem Jane pojawia sie w domu bezpośrednio przed ich przyjazdem na święta. Wydaje mi się, że Jane jednak nie mieszkała tam na stałe.
damamama - Czw 19 Mar, 2009 23:31
Jane mieszkała w szkole, St. John u siebie a dom po wyjeżdzie sióstr zamknięto. Tak wynika z książki i chyba tego w filmie nie zmieniano.
szarlotka - Pią 20 Mar, 2009 17:35
Jeszcze a propos St. Johna: zastanawia mnie to, że jego pokrewieństwo z Jane jest jednak zbyt bliskie na małżeństwo (ostatecznie ich rodzice byli rodzeństwem, nie jest to jakiś daleki kuzyn). Z dzisiejszego punktu widzenia byłoby za bliskie. Nie wiem, czy w tamtych czasach coś takiego było na porządku dziennym...
trifle - Pią 20 Mar, 2009 17:41
Ich rodzice byli rodzeństwem? Ja nie pamiętam, a ten moment w filmie zawsze mi trochę umyka..
Trzykrotka - Pią 20 Mar, 2009 20:20
| szarlotka napisał/a: | | Jeszcze a propos St. Johna: zastanawia mnie to, że jego pokrewieństwo z Jane jest jednak zbyt bliskie na małżeństwo (ostatecznie ich rodzice byli rodzeństwem, nie jest to jakiś daleki kuzyn). Z dzisiejszego punktu widzenia byłoby za bliskie. Nie wiem, czy w tamtych czasach coś takiego było na porządku dziennym... |
Chyba było na prządku dziennym W DiU Lady Catherine de Bourgh i pani Darcy, rodzone siostry, postanawiają, ze ich dzieci, Anna i Fitzwilliam, pobiorą się, kiedy dorosną. W Mansfield Park Fanny wychodzi za Edmunda; ich matki są także siostrami.
Sofijufka - Pią 20 Mar, 2009 21:07
tam coś było, że doradził ojcu Riversów jakieś posunięcie finansowe, które nie wypaliło [zostali bez grosza], to doprowadziło do kłotni - on sie obraził i wyjechał w tropiki.... Obraza mu nie przeszła...
Sofijufka - Pią 20 Mar, 2009 21:23
w książce Jane dowiaduje sie od umierającej ciotki, że wuj jej szukał, pisze do niego, że ciotka go oszukała i że ona żyje, oraz że wychodzi za mąż za pana Rochestera. Wuj zna Masonów, wie, że Mason był w Thornfield z wizytą i pyta go, za kogóz to Jane ma zamiar wyjść. I wtedy dowiaduje się, że Rochester jest żonaty. Sam nie ma siły jechać do Anglii, na jego prośbę jedzie Mason...
damamama - Pią 20 Mar, 2009 22:47
Dokładnie. Wracając jeszcze na chwilę do St. Johna. W filmie mówi, że są pół kuzynami. Wynikałoby z tego, że pokrewieństwo braci jest ważniejsze, niż siostra i brat, lub siostra i siostra. Może któraś z dam co historycznie zna lepiej tamten okres, powie czy dobrze dedukuję.
nicol81 - Sob 21 Mar, 2009 19:56
| damamama napisał/a: | | Jak już tak mówimy o zimnych ludziach, to ja może z innej beczki. St. John Rivers. W książce ciągle podkreślane jest jaki to z niego dobry człowiek. Także w filmie jest to kilka razy podkreślane. Dla mnie to okropny człowiek, pomimo, że jako pastor z definicji powinien być inny. Samolub i egoista, który dla swojej wygody zasłania się miłością do Boga. Na dodatek źle wychowany, jeśli już tak potrafił niezłomną siłą woli trzymać swoje uczucia na uwięzi, nie powinien odwracać się tyłem do panny Oliver. Cały czas miałam wrażenie, że Jane opowiada o innym człowieku a ja patrzę czy czytam o innym. Z tych dwóch postaci to już wolę Blanche. |
Samolub? Nie, on się właśnie dla idei szczęścia osobistego wyrzekał...Taki Judym z niego...Jane go podziwiała do pewnego stopnia, ale niekoniecznie pochwalała
damamama - Sob 21 Mar, 2009 21:28
Może go podziwiała za twarde dążenie do wytyczonego celu. Dla mnie, to jednak było dążenie po trupach. Nie licząc się z niczym i z nikim. Stąd moje określenie: egoista i samolub.
lemurcio - Nie 22 Mar, 2009 14:11
Doktora Judyma należało udusić gołymi rękami za zostawienie tej, jak jej tam, Joasi. Strasznie chciał zbawiać świat a jakoś umknęło mu że unieszczęśliwił na zawsze najbliższą osobę. Palant.
trifle - Nie 22 Mar, 2009 14:19
Eeej no, dlaczego tak ostro? Żaden z niego palant. Idealista, chciał ratować ludzi, nie mógł znieść myśli, że zajmie go codzienne, zwykłe życie i zapomni o innych. Dla mnie to nie jest palant. Skrzywdził Joasię, nijak nie da się zaprzeczyć, ale sam też nie stał się szczęśliwy. To nie jest biało-czarny konflikt.
Tak samo z St Johnem. Też idealista, z jakąś wybujałą wizją misji. Ale czy to jest tak po prostu złe? Nie każdy jest ciepły, miły, pragnący miłości i ślicznego domku z żoną i dziećmi. Skrzywdził tę dziewczynę, był nieuprzejmy - tak, ale nie był żadnym potworem, żeby go aż tak negatywnie oceniać.
Sofijufka - Nie 22 Mar, 2009 14:26
Dziewczyny, przede wszystkim powiedzmy sobie, że St. John nie kochał naprawdę Rozamundy. To było zakochanie, zawrót głowy, pożądanie, nie miłość. Rozamunda była śliczna, miła, nawet miałą dobre serce, ale to było dziecko, sympatyczne lecz płytkie, rozpieszczone, ślizgające sie po powierzchni życia. Nie mieli ze soba nic współnego. To by było małżeństwo jak państwa Bennet. Albo raczej - jak Andrzeja i Lizy Bołkońskich...
A czy Rozamunda go naprawdę kochała? Myślę, że podobał się jej, zawróciła sobie nim głowę - bardzo szybko znalazła sobie innego....
nicol81 - Nie 22 Mar, 2009 19:52
| trifle napisał/a: | Eeej no, dlaczego tak ostro? Żaden z niego palant. Idealista, chciał ratować ludzi, nie mógł znieść myśli, że zajmie go codzienne, zwykłe życie i zapomni o innych. Dla mnie to nie jest palant. Skrzywdził Joasię, nijak nie da się zaprzeczyć, ale sam też nie stał się szczęśliwy. To nie jest biało-czarny konflikt.
Tak samo z St Johnem. Też idealista, z jakąś wybujałą wizją misji. Ale czy to jest tak po prostu złe? Nie każdy jest ciepły, miły, pragnący miłości i ślicznego domku z żoną i dziećmi. Skrzywdził tę dziewczynę, był nieuprzejmy - tak, ale nie był żadnym potworem, żeby go aż tak negatywnie oceniać. |
Zgadzam się- jeśli ktoś ma cele uniemożliwiające mu życie rodzinne, to lepiej się nie angażować. Gdyby najpierw zrobił nadzieję, a później się wycofał, to palant, ale jak od początku sprawa była jasna...
| Sofijufka napisał/a: | | To by było małżeństwo jak państwa Bennet. Albo raczej - jak Andrzeja i Lizy Bołkońskich... |
A nawet gorzej- bo Bennet nie miał wyższych ideałów jak Judym i St John
trifle - Nie 22 Mar, 2009 22:10
Hmm... ja się zastanawiam, czy St John byłby w stanie okazać cieplejsze uczucie w ogóle. Nie myślę o miłości, ale o przyjaźni, szacunku, wsparciu. Gdyby tego nie potrafił, myślę, że Jane też trzymałaby się na dystans. Jeśli perspektywą Jane byłoby bycie samotną całe życie, to takie "małżeństwo" z St Johnem nie byłoby złe chyba. St John byłby jej opiekunem, mogliby rozmawiać, uczyć się, pomagać innym. Może wspólnie spędzone lata i przeżyte doświadczenia, zmieniłyby St Johna i pozwoliły im naprawdę się sobą cieszyć. Nie wiem
|
|
|