Ekranizacje - Jane Eyre (2006) cz. 2
Anonymous - Wto 17 Mar, 2009 21:52
A kto powiedzial, ze mnie jest zal Blanche - po prostu stwierdzam fakty
Blanche została wychowana na kaleke spoleczna i tak samo wychowa swoje dzieci.
lemurcio - Wto 17 Mar, 2009 21:53
Tak, też to dziś widziałam, łezki się kręcą...Jane idzie w stronę dworu wszędzie szaro buro, drzewa bezlistne...na drugi dzień nad rzeką istna eksplozja kwiatów i zieleni. Jane działa widocznie jak dobry nawóz naturalny ,i to nie pierwszy raz, Thornfield też tak zazieleniła (ale o tym już byyyyyło)
| Cytat: | | tak samo wychowa swoje dzieci. |
Pod warunkiem, że się jakichś doczeka...niestety nic o tym nie wiemy, a szkoda w sumie.
trifle - Wto 17 Mar, 2009 22:15
A ja się tak raz na odcinek orientowałam, że miałam obserwować te pory roku. Ale jakoś ciągle zapominam i generalnie mi wszystko jedno, czy tam kwiaty czy nie
damamama - Wto 17 Mar, 2009 22:33
Jak już tak mówimy o zimnych ludziach, to ja może z innej beczki. St. John Rivers. W książce ciągle podkreślane jest jaki to z niego dobry człowiek. Także w filmie jest to kilka razy podkreślane. Dla mnie to okropny człowiek, pomimo, że jako pastor z definicji powinien być inny. Samolub i egoista, który dla swojej wygody zasłania się miłością do Boga. Na dodatek źle wychowany, jeśli już tak potrafił niezłomną siłą woli trzymać swoje uczucia na uwięzi, nie powinien odwracać się tyłem do panny Oliver. Cały czas miałam wrażenie, że Jane opowiada o innym człowieku a ja patrzę czy czytam o innym. Z tych dwóch postaci to już wolę Blanche.
lemurcio - Wto 17 Mar, 2009 22:35
Mnie też wszystko jedno, ale zauważać to niestety już zauważam, i to dzięki damom forumowym, które mi z hukiem zrzucają ideały z piedestałów aż dudni
Ponawiam pytanko - co z tą Sophie? Niebrzydkie dziewczątko było...hmmm
damamama - Wto 17 Mar, 2009 22:44
Wpatrzona w dwóch głownych bohaterów, nawet specjalnie jej się nie przyjrzałam. Może nie miał ochoty na drugą francuskę. W książce o niej ani słowa, za wyjątkiem tego, że to bona Adelki.
Anonymous - Wto 17 Mar, 2009 22:53
Moim zdaniem St. John byl klasycznym socjopata - przeciez on tak naprawde nie lubil ludzi w ogole - jedynie czul sie w obowiazku im pomagac czysto zawodowo. Li i jedynie.
damamama - Wto 17 Mar, 2009 23:11
Dlatego ciekawi mnie, dlaczego wszyscy przedstawiali go jako dobrego człowieka. Czyżby nasze pojęcie dobroci było inne niż za czasów Charlotty.
aneby - Wto 17 Mar, 2009 23:12
Dobry, bo pomagał. A z jakich pobudek, to już inna rzecz.
damamama - Wto 17 Mar, 2009 23:16
Tak mogły powiedzieć osoby patrzące na niego jakby z zewnątrz, ale Jane. Chociaż w swojej ostatniej o nim rozmowie przeczy sama sobie.
Anonymous - Śro 18 Mar, 2009 00:06
| damamama napisał/a: | | Dlatego ciekawi mnie, dlaczego wszyscy przedstawiali go jako dobrego człowieka. Czyżby nasze pojęcie dobroci było inne niż za czasów Charlotty. |
ale, ze kto-wszyscy?
damamama - Śro 18 Mar, 2009 09:16
Chociażby Morton a przynajmniej całe otoczenie St Johna (chociaż moje "wszyscy" raczej miało oznaczać na ogół).
Sofijufka - Śro 18 Mar, 2009 09:21
dobry - oznacze tu "wysoce moralny" i "pobożny". No i taki był, ale jego moralność płyneła z zasad, nie z serca.... Kant by się w nim zakochał.... Ale ja jakoś nigdy nie lubiłam Kanta...
szarlotka - Śro 18 Mar, 2009 09:22
Sophie i Celine to dwie panie są (Eglantine Rembauville i Elsa Mollien) – i dobrze, bo byłoby to jednak lekkie robienie widza w trąbę
A z cyklu „wyznania maniaczek”: ja w ramach detoksu nie oglądam JE, żeby trochę zapomnieć i mieć większą przyjemność z ponownego oglądania. Ale że przez długi czas miałam ją cały czas w odtwarzaczu i oglądałam w wolnych chwilach (po odcinku, po kawałku, nieskończoną ilość razy), to zapominanie jakoś opornie mi przychodzi...
damamama - Śro 18 Mar, 2009 12:52
| Sofijufka napisał/a: | | dobry - oznacze tu "wysoce moralny" i "pobożny". | St. John posiadał chyba bardzo dziwne zasady moralne, dla mnie raczej niezrozumiałe. Czy on był naprawdę pobożny, wątpię. Dwa najważniejsze przykazania mówią o miłości, jedno do Boga a drugie do ludzi: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego". Jakoś u niego nie dostrzegam tej miłości do bliźnich. Moim zdaniem nawet ta miłość do Boga była taka: Ach, jak ja kocham Boga, jakie to wzniosłe i piękne. Ach, och itd.
Anonymous - Śro 18 Mar, 2009 17:00
Damo, ale przeciez w XIX-wiecznej Anglii nikt nie zostawal duchownym z powolania, tylko z przymusu. Sytuacja materialna St. Johna pozbawila go w zasadzie wiekszego wyboru co do przyszlosci. Wrodzony perfekcjonizm zmuszal go do wypelniania wszystkiego, czego sie spodziewano po dobrym duchownym - ale serca do tego nie mial. A St.John to ten typ duchownego, ktoryby spalil grzesznika na stosie - gdyby tego od niego wymagalo stanowisko i okolicznosci.
Jego czynow nie mozemy oceniac przez pryzmat dzisiejszych czasow, wspolczesnego pojmowania obowiazkow duchownego. Ludzkie charaktery sa uniwersalne, tlo obyczjajowe jednak sie zmienia...
damamama - Śro 18 Mar, 2009 22:11
Ale on chciał jak dobrze pamiętam zostać artystą czy literatem. Po roku takiego kapłaństwa poczuł powołanie a to już go wykreśla z grupy tych duchownych o których mówisz. Tlo obyczajowe muszę przyznać jest istotne (chociażby wspaniały Collins), ale takie pochwały jego dobroci, to jednak moim zdaniem przesada.
trifle - Śro 18 Mar, 2009 22:27
A ja sobie znowu ku ukojeniu oglądam co lepsze fragmenty...
Anonymous - Śro 18 Mar, 2009 22:36
| damamama napisał/a: | | Ale on chciał jak dobrze pamiętam zostać artystą czy literatem. Po roku takiego kapłaństwa poczuł powołanie a to już go wykreśla z grupy tych duchownych o których mówisz. Tlo obyczajowe muszę przyznać jest istotne (chociażby wspaniały Collins), ale takie pochwały jego dobroci, to jednak moim zdaniem przesada. |
A skad wiemy co to powolanie wywolalo? Moze w ten sposob sie tlumaczyl obcym, bo wstyd bylo przyznac siedo oszustwa wuja i braku kasy?
damamama - Śro 18 Mar, 2009 22:53
Mówi o tym w raczej zwykłej rozmowie z Jane. Nie wydaje mi się aby był człowiekiem, kóry każdej napotkanej osobie tłumaczy się ze swego postępowania.
Anonymous - Śro 18 Mar, 2009 23:08
Napotkanej osobie nie powiedzialby nic, Jane powiedzial to, co wypadalo powiedziec? Moze nawet sam w to wierzyl? W czasach JA i siostr Bronte powolanie duchowne z rzadka bylo czyms co sie pojawialo, zazwyczaj wynikalo z koniecznosci.
damamama - Śro 18 Mar, 2009 23:27
Nie przypuszczam. Było to podczas rozmowy, gdy tłumaczył Jane iż ma nie ulegać pokusie oglądania się wstecz. Może w tej chwili jest zrozpaczona, ale może kształtować swój przyszły los itd. Stąd wypłynęła opowieść o nim samym.
Anonymous - Śro 18 Mar, 2009 23:51
Jedno nie wyklucza drugiego...
damamama - Czw 19 Mar, 2009 00:10
Jeśli czytałaś to wiesz, że wyklucza. To tak jakbyś siedziała z kimś znajomym, rozmawiała a potem nie pytana, zaczęła kłamać o sobie patrząc tej osobie w oczy. Nie przypuszczam, aby pastor, nawet, gdy został nim bez powołania, mógł postąpić w ten sposób.
trifle - Czw 19 Mar, 2009 00:32
(pozostaję Filipem...)
Oglądam sobie, pokichując, co lepsze fragmenty i tak sobie myślę, że Rochester ma to, czego bardzo brakuje mojemu ulubionemu Thorntonowi.. Poczucie humoru! Thornton jest zawsze taki śmiertelnie poważny... Nawet jak się uśmiecha to nie takim troszkę ironicznym, inteligentnym, prawdziwie rozbawionym uśmiechem, tylko takim maślanym (vide: scena peronowa) albo zakochanym (vide: salon czy gdziekolwiek indziej z M.). Jakby nie umiał się śmiać z siebie w ogóle. A Rochester tak fajnie chichocze z własnej nieurody chociażby..
Coraz bardziej mi się podoba, no..
|
|
|