North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Matylda - Pią 04 Sie, 2006 23:14
W książkach Jane Austen ( no może to złe porównanie bo było to wcześniej) zawodem prawnika pogardzano
Zawód wojskowego wybrano np dla młodszego syna księcia- piszę o pułkowniku Fitzwilliamie.
No więc wojskowy to nie był byle kto
Ale wuj Lizzy był chyba prawnikiem i wcale nie zdziwiło mamuśki , że wyłożył znaczną sumę na posag dla Lidii ( nie wiedziała , że to Darcy)
Caroline - Sob 05 Sie, 2006 13:14
Wygląda na to, że obaj panowie nie byli zamożni i czy kapitan na dodatek jako najstarszy syn nie dziedziczył po rodzicach? Na pewno zrobił świetną partię żeniąc się z Edith, jedyną córką bardzo zamożnej rodziny. Ja tam nie lubię żadnego z nich, kapitan to głupek, który traktuje swoją żonę jak lalkę na pokaz, a Henryś, wiadomo, złośliwy materialista z zadatkami na despotę, zwróciłyście uwagę na ten kawałek o umyśle Margaret, że niby jest wystarczająco mądra, żeby ogarnąć to, czym on się interesuje, rany Julek! Co za buc.
--<-@
Maryann, czy coś jest nie tak z doradcą prawnym, jak się czyta coś pińcet razy można się pogubić, czy to brzmi dziwnie?
--<-@
Miłe panie, ponieważ ten rozdział był krótki i właśnie się skończył, proponuję na dziś dietkę, a od jutra rozdział następny, żeby nie przerywać odcinków niedzielą, all right?
Maryann - Sob 05 Sie, 2006 13:45
| Caroline napisał/a: | | Maryann, czy coś jest nie tak z doradcą prawnym, jak się czyta coś pińcet razy można się pogubić, czy to brzmi dziwnie? |
Chodzi Ci o ten znak zapytania w nawiasie ? Ja po prostu pisząc miałam wątpliwość, jak nazwać rolę Henry'ego - nic więcej. :smile:
| Matylda napisał/a: | | wuj Lizzy był chyba prawnikiem i wcale nie zdziwiło mamuśki , że wyłożył znaczną sumę na posag dla Lidii ( nie wiedziała , że to Darcy) |
Prawnikiem był pan Phillips - mąż siostry pani Bennet. Natomiast posag dla Lidii "firmował" pan Gardiner - jej brat, który zajmował się handlem.
Maryann - Nie 06 Sie, 2006 12:36
| Matylda napisał/a: | | W książkach Jane Austen ( no może to złe porównanie bo było to wcześniej) zawodem prawnika pogardzano |
Ale prawnikiem był też chyba młodszy brat pana Knightleya - mąż Izabeli - i raczej wszyscy go szanowali, chociaż miał dosyć trudny charakter.
Również panna Bingley z przekąsem wspomina o wuju Elżbiety i ciotecznym dziadku Darcy'ego jako reprezentantach tego samego zawodu.
Chyba więc - jak zwykle - wszystko bardziej niż od zawodu zależało raczej od konkretnej pozycji w tym zawodzie, no i od rodziny z jakiej się pochodziło.
Caroline - Nie 06 Sie, 2006 14:02
Dość martyrologii Margerytki, czas przerzucić się na ciasteczkowego Thorntona W sam raz na deszczową niedzielę.
Rozdział L „Changes at Milton” Zmiany w Milton cz.1
Tymczasem w Milton jak zawsze dymiły kominy, nieprzerwany huk, potężne uderzenia i oszałamiający wir maszyn wznosiły się nieustannie w walce i zmaganiu. Nieświadome i bezmyślne były drewno, żelazo i para w swym niekończącym się wysiłku, dorównywała jednak ich wytrwałości w monotonnej pracy niezmordowana wytrzymałość ludzi, którzy świadomie i celowo trudzili się bez spoczynku dążąc do..., do czego? Na ulicach było niewielu przechodniów, żaden nie spacerował dla zwykłej przyjemności, twarz każdego żłobiły linie nadziei lub niepokoju, chciwie poszukiwano wieści, na targu i na giełdzie ludzie rozpychali się łokciami, jak zwykli robić na co dzień, kierowani głębokim egoizmem rywalizacji. W mieście panowało przygnębienie. Przybywało niewielu kupców, a tym, którzy się pojawiali sprzedający przyglądali się podejrzliwie, ponieważ kredyty nie były bezpieczne i nawet najbardziej stabilnym fortunom mogły zagrażać kłopoty towarzystw handlowych z sąsiadującego portu. Jak dotąd nie było w Milton bankructwa, ale szerzyły się spekulacje o firmach, które źle skończyły w Ameryce, wiedziano także, że niektóre miltońskie interesy musiały przeżywać poważne trudności. Tak więc każdego dnia ludzie spoglądali pytająco na siebie, nie ubierając nawet tego w słowa „Jakie wieści? Kto przepadł? Jak to na mnie wpłynie?”. A jeśli zebrała się dwu-, trzyosobowa grupka wymieniali raczej nazwiska tych, którzy byli bezpieczni, nie mając odwagi wspomnieć o tych, którzy ich zdaniem byli zagrożeni. W takich czasach jednym tchnieniem można było spowodować upadek kogoś, kto w innych okolicznościach mógł przetrwać burzę, a jeden tonący, pociągał za sobą innych. „Thornton jest bezpieczny” mówiono „jego fabryka jest wielka, rozrasta się z roku na rok, poza tym, on ma głowę na karku i działa roztropnie!”. Pojawiał się jednak ktoś, kto odciągał innych na bok i pochylając głowę do ucha sąsiada mówił:
- Fabryka Thorntona jest wielka, ale zyski zainwestował w jej rozbudowę, nie ma odłożonego kapitału, w dwa lata maszyny stracą wartość, a wydał na nie..., nie powiem ile, łatwo się domyślić!
Ten człowiek, Harrison, lubił krakać, przejął zbity na handlu majątek ojca i bał się go stracić rozszerzając interesy na dziedziny wymagające większego rozmachu, mimo to, zazdrościł każdego pensa zarobionego przez innych, odważniejszych i bardziej przewidujących.
Prawdą było jednak, że pan Thornton żył pod wielką presją. Najboleśniej trudności uderzały w jego czuły punkt – dumę z pozycji fabrykanta, na którą sam zapracował. Uważał się za architekta własnego sukcesu, nie przypisywał go żadnym wyjątkowym zaletom i cechom, ale możliwości, jaką handel otwierał przed każdym odważnym, uczciwym, wytrwałym człowiekiem, możliwości wspięcia się na taki poziom, z którego można obserwować i rozumieć światową grę o potęgę i przyjmując taką dalekowzroczną perspektywę, cieszyć się większą władzą i wpływami niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie życia. Daleko, na wschodzie i zachodzie, gdzie jego samego nigdy nie znano, jego nazwisko miało być szanowane, jego życzenia spełniane, a słowo miało mieć wartość złota. Z takim wyobrażeniem o życiu fabrykanta pan Thornton rozpoczynał. „Jego kupcy niech będą niczym książęta”* mawiała jego matka, czytając tekst na głos, jakby to było wezwanie trąbki zachęcającej jej syna do podjęcia walki. Jak wielu innych – mężczyzn, kobiet, dzieci – żył dla spraw odległych, dla tych z najbliższego otoczenia – był martwy. Pragnął by jego imię robiło wrażenie za granicami i za morzami, chciał zostać głową firmy, która przetrwa wiele pokoleń, zabrało mu wiele cichych lat, by osiągnąć choćby ułamek tego, czym mógł być teraz we własnym mieście, we własnej fabryce, pośród swoich ludzi. On i robotnicy wiedli życia równolegle – blisko siebie, ale nie nawiązując kontaktu, aż do wypadku (takim mu się zdawała), jakim stała się znajomość z Higginsem. Wystarczyło by zetknął się raz, twarzą w twarz, jak człowiek z człowiekiem, z jednostką pochodzącą z otaczających go mas, zapominając na początku (jak trzeba zauważyć) o roli pana i robotnika, obaj zrozumieli, że „w nas wszystkich bije jedno ludzkie serce”**. Był to kluczowy moment, ale do chwili obecnej, gdy zdał sobie sprawę z utraty kontaktu z dwoma lub trzema robotnikami, których ostatnio zaczął lepiej poznawać, gdy kilka planów bliskich jego sercu rozmyło się bez wypróbowania wywołując nowe ukłucie strachu pojawiającego się od czasu do czasu, aż do tej chwili nie był świadom, jak głęboko przejął się ostatnio swoją rolą fabrykanta, dzięki której wszedł w tak bliskie kontakty i odkrył tyle możliwości pośród tej grupy ludzi – obcych, przenikliwych, niewykształconych, ale nade wszystko z charakterem i pełnych ludzkiej godności.
Rozmyślał nad swoją sytuacją w Milton. Strajk sprzed półtora roku lub więcej, bo późna wiosna była niespotykanie mroźna tego roku, ten strajk, który oddzielał jego młodość od wieku dojrzałego, uniemożliwił mu zrealizowanie dużych zamówień. Większość kapitału ulokował w nowych, kosztownych maszynach, kupił duże zapasy bawełny, które miały być przeznaczone na zakontraktowane zamówienia. Nie był w stanie ich zrealizować, po części dlatego że sprowadzonym Irlandczykom brakowało umiejętności, większość ich pracy nie nadawała się do sprzedania przez firmę, która szczyciła się wyrobem artykułów pierwszej jakości. Przez wiele miesięcy kłopoty sprowadzone przez strajk były panu Thorntonowi kulą u nogi i często, gdy spoglądał na Higginsa potrafił odezwać się do niego szorstko bez wyraźnej przyczyny, tylko dlatego, że czuł jak bolesne są konsekwencje wydarzeń, w które Higgins był zamieszany. Gdy jednak dotarło do niego, że daje upust nagłej, niespodziewanej niechęci, postanowił to ukrócić. Nie wystarczyłoby mu unikanie Higginsa, musiał przekonać się, że panuje nad własnym gniewem dopuszczając go do siebie kiedykolwiek pozwalały na to twarde reguły interesu lub wolna chwila. W końcu przestał zupełnie żywić do niego urazę dziwiąc się, jak to się mogło stać, że dwóch mężczyzn takich jak on i Higgins, utrzymujących się z handlu, pracujących każdy na swój sposób nad tym samym, mogło postrzegać sytuację i obowiązki drugiego w tak odmienny sposób. Skutkiem tego weszli w relację, która, choć nie mogła zapobiec przyszłym różnicom zdań i starciom, na wypadek pojawienia się takowych mogła spowodować przynajmniej, że obaj, pan i robotnik, spoglądaliby na siebie z większą życzliwością i zrozumieniem, i obchodzili się ze sobą z większą cierpliwością i łagodnością. Poza ociepleniem uczuć, pan Thornton i jego robotnicy odkryli swoją niewiedzę w najważniejszych sprawach, której świadomości nie miała dotąd żadna ze stron.
Caroline - Nie 06 Sie, 2006 14:06
* „Jego”, oznacza tutaj Milton, pani T. prawdopodobnie nawiązuje do biblijnego Babilonu - chciała, żeby Milton było jego Babilon, którego elitą społeczną byli kupcy.
O Babilonie w Apokalipsie:
“Your traders were once the merchant princes of the world, and with your sorcery you deceived all the nations”
Przy czym “princes” jest w starych edycjach, we współczesnych już jest “great men”, czyli tak, jak w polskim tłumaczeniu:
„(...)bo kupcy twoi byli możnowładcami na ziemi, bo twymi czarami omamione zostały wszystkie narody(...)” Ap.18.23 (Biblia Tysiąclecia)
Jeszcze jedno, w Biblii Babilon jest rodzaju żeńskiego, dlatego pani T. mówi Her merchants be like princes najwyraźniej wizja książąt/możnowładców była wystarczająco kusząca, by zignorować fakt, że Babilon jest nazywany u św. Jana „Wielką Nierządnicą” („Great Whore”) i Apokalipsa generalnie cieszy się na myśl o zrobieniu temu miastu i jego elitom dużego kuku.
** “(…)we have all of us one human heart.”
William Wordsworth “The Old Cumberland Beggar”
Gosia - Nie 06 Sie, 2006 14:45
Caroline, dzieki za dzisiejszy torcik Thorntonowy !
i jakie obszerne wyjasnienia!
Zaczynaja sie klopoty, Margaret bawi nad morzem, a tu zbliza sie kryzys w Milton.
Tymczasem Thornton powoli choc nie bez trudnosci zaprzyjaznia sie z Higginsem.
Tak tylko sie zastanawiam, skoro Thornton chcial zawdzieczac wszystko samemu sobie, jak mogl zaakceptowac taka fortune ofiarowywana mu pozniej przez Margaret ...
No ale stracil wszystko, a byla szansa, ze mogł zaczac wszystko od poczatku, tym razem dzieki jej pieniadzom.
Maryann - Nie 06 Sie, 2006 15:22
| Gosia napisał/a: | | Tak tylko sie zastanawiam, skoro Thornton chcial zawdzieczac wszystko samemu sobie, jak mogl zaakceptowac taka fortune ofiarowywana mu pozniej przez Margaret ... |
Myślę, że najpierw to zdecydowanie ważniejsze było dla niego, że Margaret przyszła do niego z tą propozycją i DLACZEGO to zrobiła. A potem... jak już wiedział DLACZEGO, to już nic innego nie było ważne. Poza tym - może potraktował to tylko jako pożyczkę ?
Zresztą Darcy też w krytycznym momencie dla spokoju Elżbiety schował dumę do kieszeni i przekupił Wickhama, choć wcześniej nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Nie miał przy tym na widoku żadnych szans na jakąś nagrodę za swoje poświęcenie. Więcej - bardzo zdecydowanie domagał się dyskrecji.
Gosia - Nie 06 Sie, 2006 15:43
Na pewno masz racje, najwazniejsze bylo dla niego to, ze Margaret go zaakceptowala, a nawet byla mu sklonna pomoc i chciala zaangazowac wlasne fortune w ta dzialalnosc, ktora wczesniej pogardzala. Wiec wiedzial, ze zmienily sie jej poglady, ze zmienila swoj do niego stosunek.
Jednak byl dumnym czlowiekiem, wiec ciezko by bylo mu przyjac te pieniadze.
Chyba ze, tak jak mowisz, potraktowalby to jako pozyczke.
Maryann - Nie 06 Sie, 2006 15:52
Taką "na wieczne nieoddanie" - bo pewnie na inną z kolei Margaret by się nie zgodziła.
achata - Nie 06 Sie, 2006 20:33
| Caroline napisał/a: | * „Jego”, oznacza tutaj Milton, pani T. prawdopodobnie nawiązuje do biblijnego Babilonu - chciała, żeby Milton było jego Babilon, którego elitą społeczną byli kupcy.
O Babilonie w Apokalipsie:
“Your traders were once the merchant princes of the world, and with your sorcery you deceived all the nations”
Przy czym “princes” jest w starych edycjach, we współczesnych już jest “great men”, czyli tak, jak w polskim tłumaczeniu:
„(...)bo kupcy twoi byli możnowładcami na ziemi, bo twymi czarami omamione zostały wszystkie narody(...)” Ap.18.23 (Biblia Tysiąclecia)
** “(…)we have all of us one human heart.”
William Wordsworth “The Old Cumberland Beggar” |
Jestem pod wrażeniem tłumaczenia, jak zwykle starannego i dokładnego, również w kwestii cytatów. Dotyczy to wszystkich tłumaczek, którym chciałabym złożyc wyrazy uznania za znajomość jezyka i talent pisarski
Gitka - Pon 07 Sie, 2006 00:52
Oj to prawda tłumaczki Nasze są po prostu na medal.
Caroline bardzo dziękuję.
Caroline - Pon 07 Sie, 2006 18:14
W imieniu pozostałych tłumaczek i swoim dziękuję, dziękuję autografy jak zwykle przez telefon.
Dzisiaj przechodząc koło piekarni zobaczyłam wielką ciężarówę załadowaną worami z mąką, takie dwie białe istoty je targały. Na szczęście starczyło mi rozumu, żeby powstrzymać się przed podejściem do nich i przedstawieniem się, że ja z tej samej branży...
Okej, ja tu gadu gadu, a ciacho stygnie:
Rozdział L „Changes at Milton” Zmiany w Milton cz.2
Nadszedł jeden ze złych okresów w handlu, podupadający rynek wymusił obniżkę cen wszystkich znaczących akcji, u pana Thorntona ich wartość spadła niemal o połowę. Nowe zamówienia nie nadchodziły, co gorsza miał kłopoty z odzyskaniem płatności za już ukończone, a cały czas ponosił koszty utrzymania fabryki. Nadeszły rachunki za zamówioną bawełnę, brakowało pieniędzy, mógł tylko pożyczać na wyśrubowany procent, ponieważ nie było możliwości spieniężenia czegokolwiek. Nie popadał jednak w rozpacz, dzień za dniem wytężał siły, by przewidzieć i zaradzić wszelkim nagłym sytuacjom, wobec kobiet w domu był spokojny i łagodny jak nigdy dotąd, do robotników fabryce nie odzywał się często, ale też oni rozumieli go w tym czasie, szorstkie, kategoryczne odpowiedzi przyjmowali ze spokojem, nie tak jak kiedyś ze skrywaną, stłumioną niechęcią gotową wybuchnąć w ostrych słowach i bezwzględnych osądach przy byle okazji, widzieli bowiem, że przytłaczały go troski.
- Nasz pan ma tu sporo obiboków - powiedział sobie Higgins pewnego dnia usłyszawszy krótkie, ostre pytanie pana Thorntona o polecenie, które nie zostało wykonane, pochwycił jego ciężkie westchnienie, które ten starał się ukryć przechodząc przez pomieszczenie, gdzie pracowało kilka osób. Higgins i jeszcze jeden człowiek bez niczyjej wiedzy zostali po godzinach tego wieczora, by dokończyć zaniedbaną pracę, pan Thornton nigdy się o tym nie dowiedział, sądząc, że ten, komu ją zlecił, wykonał pracę sam.
„Ech, wiem dobrze, komu byłoby przykro widzieć naszego pana poszarzałego jak kawał płótna. Staremu pastorowi pękłoby jego czułe serce, gdyby zobaczył tę przygnębioną twarz.” pomyślał Higgins pewnego dnia zbliżając się do Thorntona na Marlborough Street.
- Panie – powiedział zatrzymując swojego przechodzącego pospiesznie pracodawcę i sprawiając, że ten spojrzał na niego z pełnym irytacji poruszeniem, jakby myślami był bardzo daleko.
- Ma pan jakieś wieści o pannie Margaret?
- O kim? – odpowiedział pan Thornton.
- O pannie Margaret, pannie Hale, córce starego pastora, będzie pan doskonale wiedział, o kim mówię, jeśli tylko zastanowi się pan chwilę – (nie było odrobiny arogancji w sposobie, w jaki to powiedział).
- A tak! – nagle chłodny, cierpki wyraz troski na jego twarzy zniknął, jakby ciepły letni podmuch przegonił wszelki niepokój z jego myśli, i choć usta pozostały zaciśnięte jak wcześniej, spojrzał z życzliwym uśmiechem w oczach na swojego rozmówcę.
- Jestem teraz jej dzierżawcą, Higgins. Od czasu do czasu dochodzą mnie wieści o niej przez agenta. Wszystko u niej w porządku, jest wśród przyjaciół. Dziękuję, Higgins – to „dziękuję”, z którym zwlekał przez chwilę i wypowiedział z pełnym ciepła uczuciem podsunęło nową myśl bystremu Higginsowi - to mógł być fałszywy trop, ale postanowił nim podążyć i sprawdzić, dokąd go zawiedzie.
- Jeszcze nie wyszła za mąż?
- Jeszcze nie – twarz Thorntona znów się zachmurzyła – mówi się coś o tym, zdaje się, że w związku z kimś z rodziny.
- W takim razie nie zamierza pojawić się znów w Milton?
- Nie!
- Proszę zatrzymać się na chwilę, panie – i zbliżając się dyskretnie powiedział – a młodego dżentelmena już uniewinniono? – poparł swoje słowa mrugnięciem oka, które jednak uczyniło sprawę jeszcze bardziej tajemniczą dla pana Thorntona.
- Młodego dżentelmena, mam na myśli panicza Fredericka, jak go nazywano, jej brata, tego, który ich tu odwiedził.
- Tutaj?
- A pewnie! Był przy śmierci pani. Nie ma się pan co obawiać mówiąc mi o tym, bo Mary i ja wiedzieliśmy cały czas, tylko zatrzymaliśmy to dla siebie, Mary usłyszała o wszystkim pracując u nich w domu.
- I on był tutaj? Jej brat?
- Oczywiście, myślałem, że pan wiedział, inaczej bym się nie zdradził. Wiedział pan, że ma brata?
- Tak, wiem o nim wszystko. Był tutaj przy śmierci pani Hale?
- O nie, nie powiem nic więcej! I tak pewnie już narozrabiałem, oni zawsze trzymali to w tajemnicy. Chciałem tylko wiedzieć, czy go uniewinnili.
- Nic o tym nie wiem. Nic nie słyszałem, dostaję tylko wieści o pannie Hale, jako właścicielce, przez jej prawnika.
Opuścił Higginsa podążając do spraw, którymi był zaabsorbowany zanim się spotkali, zostawił go kompletnie zbitego z tropu.
„To był jej brat” powiedział pan Thornton do siebie „cieszę się. Mogę już nigdy jej nie zobaczyć, ale to prawdziwa pociecha – ulga – by to wiedzieć. Wiedziałem, że nie mogła zachować się nieodpowiednio, ale brakowało mi potwierdzenia. Teraz mi ulżyło.”
Mały, złoty promień przebił się na chwilę przez ciemną sieć jego obecnych zmartwień, które stawały się coraz cięższe i cięższe. Jego agent zawierzył jednemu z amerykańskich towarzystw handlowych, które upadło, podobnie jak wiele innych w tym czasie, niczym domek z kart, upadek jednego pociągał za sobą inne. Jakie były zobowiązania Thorntona? Czy zdoła im podołać?
Gosia - Pon 07 Sie, 2006 18:45
"He was her brother"

„To był jej brat” powiedział pan Thornton do siebie „cieszę się. Mogę już nigdy jej nie zobaczyć, ale to prawdziwa pociecha – ulga – by to wiedzieć. Wiedziałem, że nie mogła zachować się nieodpowiednio, ale brakowało mi potwierdzenia. Teraz mi ulżyło.”
W ksiazce Higgins przekazuje tak wazna infromacje Thorntonowi przypadkiem.
W filmie wyglada to na swiadome dzialanie.
Choc ten fragment mogl sugerowac cos innego:
- Jestem teraz jej dzierżawcą, Higgins. Od czasu do czasu dochodzą mnie wieści o niej przez agenta. Wszystko u niej w porządku, jest wśród przyjaciół. Dziękuję, Higgins – to „dziękuję”, z którym zwlekał przez chwilę i wypowiedział z pełnym ciepła uczuciem podsunęło nową myśl bystremu Higginsowi - to mógł być fałszywy trop, ale postanowił nim podążyć i sprawdzić, dokąd go zawiedzie.
Mag - Pon 07 Sie, 2006 20:06
A biedna Margerytka nie wie,że "piętno" z niej opadło z szelestem słów "to był jej brat" i myśli biedulka, że bez pana Bella nikt już jej nie oczyści. :grin:
Podoba mi się,że wykorzystano to w filmie.
Co do wcześniejszych ciasteczek- też uważam, że jest dwóch Sholto- ojciec i syn.
I podobało mi się, że Margerytka umiała postawić się rodzinie w kwestii stanowienia o sobie, pozornie nie zwracając uwagi na konwenanse.
Henryś uważa siebie za ósmy cud świata i traktuje majątek Margerytki jako sposób na podniesienie swojej osoby "na wyższe sfery towarzyskie"
Poza tym rodzinka spiskuje przeciw Margerytce nie dopuszczając do niej rodzin z synami, czy braćmi w wieku małżeńskim- może robią to podświadomie, dla jej dobra, ale jest to "ich" rozumienie dobra.
Bardzo podoba mi się obraz Marguli snującej się po plaży i czerpiącej siłę z natury- szkoda,że w filmie zabrakło tego.
Po serialu nie miałam wrażenia,że tak długo to trwało od "obejrzyj się" do"propozycji biznesowej". Całe te męczarnie umknęły mi
BARDZO DZIĘKUJĘ PIEKARECZKOM!!!1
GosiaJ - Pon 07 Sie, 2006 20:18
Caroline, dziękuję Rewelacyjny jest ten opis Milton na początku - trochę mi przypomina opisy z "Ziemi obiecanej", ale to chyba nic dziwnego.
Rewelacyjny Thornton w obu fragmentach - spokojny, próbujący wszystko przewidzieć i ogarnąć, mądry. I nareszcie wyjaśniła się sprawa tajemniczego mężczyzny na dworcu - przynajmniej o tę część, spowodowaną zazdrością, może się umniejszyć jego ból.
achata - Wto 08 Sie, 2006 15:04
| Caroline napisał/a: | | Mały, złoty promień przebił się na chwilę przez ciemną sieć jego obecnych zmartwień, które stawały się coraz cięższe i cięższe. Jego agent zawierzył jednemu z amerykańskich towarzystw handlowych, które upadło, podobnie jak wiele innych w tym czasie, niczym domek z kart, upadek jednego pociągał za sobą inne. Jakie były zobowiązania Thorntona? Czy zdoła im podołać? |
No! Nareszcie się to wyjaśniło
Bardzo ładnie i mądrze wpleciono tą scenę w filmie. Tutaj, w książce trochę trudno zrozumieć, dlaczego Higgins mówi to właśnie i dopiero teraz.
Gosia - Wto 08 Sie, 2006 16:26
| Caroline napisał/a: | | Dzisiaj przechodząc koło piekarni zobaczyłam wielką ciężarówę załadowaną worami z mąką, takie dwie białe istoty je targały. Na szczęście starczyło mi rozumu, żeby powstrzymać się przed podejściem do nich i przedstawieniem się, że ja z tej samej branży... |
Caroline, ale jakos nie wyobrazam sobie Was w bialych fartuchach, choc z takim pietyzmem obie strony (tlumacze i czytelnicy) podchodza do tych tlumaczen, ze chyba powinnam..
Caroline - Wto 08 Sie, 2006 19:18
Cookie :razz:
Rozdział L „Changes at Milton” Zmiany w Milton cz.3
Co noc brał książki i papiery do swojego pokoju i przesiadywał nad nimi, gdy reszta rodziny już spała. Myślał, że nikt nie wie, czym się zajmuje w godzinach, które powinien przeznaczać na sen. Pewnego ranka, gdy światło dnia zaczynało wkradać się przez szczeliny w okiennicach, a on jeszcze nie spał i w poczuciu beznadziejnej obojętności pomyślał, że da sobie radę bez godziny czy dwóch odpoczynku, które mógł jeszcze wykorzystać zanim rozpocznie się zwykła, codzienna krzątanina, drzwi pokoju otworzyły się, stanęła w nich jego matka ubrana tak samo jak poprzedniego dnia. Ich oczy spotkały się, twarze były zimne, surowe i blade od długiego czuwania.
- Mamo! Dlaczego nie śpisz?
- John, synku – powiedziała – myślisz, że mogłabym zasnąć spokojnie, gdy ty nie śpisz dręczony troskami? Nie mówiłeś mi, jaki masz kłopot, jedyny, jaki trapił cię przez wiele dni – minął.
- Handel idzie źle.
- A ty się boisz…
- Niczego się nie boję – powiedział podnosząc głowę – wiem już, że nikt przeze mnie nie ucierpi, tylko to mnie martwiło.
- Ale na czym stoisz? Czy ty… czy to będzie bankructwo? – opanowany głos zadrżał wbrew jej woli.
- Nie, nie bankructwo. Muszę zrezygnować z interesu, ale zapłacę wszystkim ludziom. Mógłbym się utrzymać… jest pewna możliwość.
- Jaka? Och, John, utrzymaj swoje stanowisko, zaryzykuj wszystko, by się utrzymać! Jak możesz to zrobić?
- Zaproponowano mi udział w spekulacji, bardzo ryzykownej, ale jeśli się powiedzie, wydobędę się z kłopotów, nikt nawet nie musiałby wiedzieć, w jakich jestem tarapatach. Jednak, jeśli się nie uda…
- Jeśli się nie uda? – powiedziała z oczami przepełnionymi ogniem zbliżając się i kładąc rękę na jego ramieniu. Wstrzymała oddech czekając na odpowiedź.
- Uczciwi ludzie będą zrujnowani przez oszusta – powiedział ponuro – w tej chwili pieniądze moich kredytodawców są bezpieczne, wszystkie, co do ćwierćpensówki. Ale nie wiem, gdzie szukać własnych, być może już ich nie ma i zostałem bez grosza, dlatego to pieniądze kredytodawców musiałbym zaryzykować.
- Gdyby ci się powiodło, nigdy by się nie dowiedzieli. Czy ta spekulacja jest aż tak ryzykowna? Jestem pewna, że nie, inaczej byś o niej nie myślał. Gdyby się powiodła…
- Byłbym bogatym człowiekiem, ale przepadłaby cząstka mojego sumienia.
- Dlaczego?! Nikogo byś nie skrzywdził.
- Nie, ale ryzykowałbym zrujnowanie wielu ludzi, by ocalić resztki prestiżu. Mamo, zdecydowałem. Nie będziesz bardzo żałować opuszczenia tego domu, prawda, droga mamo?
- Nie, ale twoja utrata pozycji złamie mi serce. Co mógłbyś robić?
- Być zawsze tym samym Johnem Thorntonem niezależnie od okoliczności, tym, który próbuje czynić dobrze, popełnia błędy, a potem stara się być dzielnym i je naprawiać. Ale to takie trudne, mamo. Tyle pracowałem, miałem tyle planów. Odkryłem nowe możliwości, gdy było już za późno, a teraz wszystko przepadło. Jestem już za stary, by zaczynać wszystko od nowa z tym samym zapałem. To takie trudne, mamo.
Odwrócił się od niej i ukrył twarz w dłoniach.
- Nie mogę sobie wyobrazić – powiedziała z ponurym uporem w głosie – jak to się mogło stać. Oto mój chłopiec – dobry syn i uczciwy człowiek o łagodnym sercu – ponosi porażkę we wszystkich swoich zamiarach, spotyka kobietę, w której się zakochuje, a ona nie dba o jego uczucie bardziej niż gdyby był zwykłym człowiekiem, pracuje, a jego praca obraca się wniwecz. Innym ludziom powodzi się, stają się coraz bogatsi i są dalecy od okrycia się wstydem.
- Nigdy nie okryłem się wstydem – powiedział niskim głosem, ale ona mówiła dalej:
- Kiedyś zastanawiałam się, gdzie podziała się sprawiedliwość, teraz nie wierzę już, że coś takiego w ogóle istnieje na tym świecie skoro ty znalazłeś się w takim położeniu, ty, mój jedyny John Thornton... ty i ja możemy być żebrakami… mój jedyny, najdroższy syn!
Oparła się o jego kark i ucałowała go przez łzy.
- Mamo – powiedział obejmując ją łagodnie – kto zsyła mi ten los, dobry i zły?
Potrząsnęła głową, nie chciała mieć nic wspólnego z religią w tej chwili.
- Mamo – mówił dalej, widząc, że ona się nie odezwie – ja także się buntowałem, ale postanowiłem nie robić tego więcej. Pomóż mi, tak jak pomogłaś mi, gdy byłem dzieckiem, mówiłaś mi wtedy tyle dobrych słów, kiedy umarł ojciec, a nam brakowało pocieszenia, nie zabraknie nam go teraz, mówiłaś tyle odważnych, szlachetnych, ufnych słów wtedy, mamo, których nigdy nie zapomniałem, choć mogą skrywać się gdzieś w uśpieniu. Przemów do mnie ponownie, mamo, tak jak dawniej. Nie pozwól nam myśleć, że świat sprawił, iż nasze serca stały się twarde. Gdybyś przemówiła do mnie dawnymi, dobrymi słowami, mógłbym na nowo poczuć pobożną prostotę uczuć z mojego dzieciństwa. Powtarzam je sobie sam, ale wypowiedziane przez ciebie zabrzmiałyby inaczej zważywszy na wszystkie troski i próby, przez które musiałaś przejść.
- Było ich wiele – powiedziała łkając – ale żadna tak bolesna jak ta. Patrzeć jak tracisz należne ci miejsce. Mogłabym powtarzać je sobie, John, ale nie tobie. Nie tobie! Bóg postanowił obejść się z tobą bardzo surowo, bardzo!
Wstrząsały nią łkania, konwulsyjne, jakie targają starszymi osobami. W końcu otrzeźwiła ją panująca wokół cisza, uspokoiła się na chwilę i nasłuchiwała. Żadnego dźwięku. Rozejrzała się. Jej syn siedział przy stole z rozłożonymi na nim ramionami i opuszczoną głową.
- Och, John – powiedziała unosząc jego twarz, widniał na niej blady, ponury wyraz, który przez chwilę przywiódł jej na myśl zapowiedź śmierci, gdy jednak surowość rysów rozpłynęła się i powróciły naturalne rumieńce, zobaczyła, że znów jest sobą, wszelkie doczesne umartwienie rozpłynęło się pod wpływem świadomości jakim był dla niej błogosławieństwem po prostu przez swoje istnienie. Podziękowała za to Bogu z gorliwością, która przegoniła wszelkie buntownicze myśli. Nie przemówił od razu, podszedł do okiennic i otworzył je pozwalając, by czerwonawy blask świtu zalał pokój. Wiatr wiał od wschodu, panowało przenikliwe zimno, podobnie jak w ostatnich tygodniach, nie będzie zapotrzebowania na lekkie, letnie towary tego lata. Nadzieje na poprawę w handlu należało porzucić.
Wielką pociechą było odbycie tej rozmowy z matką, upewnienie się że choć od tej chwili nie będą rozmawiać o swoich troskach, nadal rozumieją swoje uczucia, panowała między nimi harmonia, a w każdym razie nie różnili się w spojrzeniu na niepokojące ich sprawy. Mąż Fanny był poirytowany, gdy Thornton odmówił wzięcia udziału w zaproponowanej mu spekulacji, wykluczył wszelką możliwość udzielenia mu finansowej pomocy, poza tym potrzebował pieniędzy na własne przedsięwzięcie.
Nie pozostało nic innego tylko zrobić to, przed czym pan Thornton wzdragał się przez wiele tygodni, musiał zrezygnować z firmy, której poświęcał tak wiele, od tak dawna, odnosząc sukcesy i zdobywając szacunek, i poszukać innego, zależnego, stanowiska. Marlborough Mills i przylegający dom obejmowała długoterminowa dzierżawa, musiały zostać w miarę możliwości podnajęte. Panu Thorntonowi zaproponowano natychmiast wiele stanowisk. Hamper byłby więcej niż zadowolony mając go u siebie jako wiarygodnego i doświadczonego wspólnika dla syna, którego wyposażył w spory kapitał w pobliskim mieście, ale jak wieść głosiła, młodemu człowiekowi brakowało wykształcenia, był zupełnie niedoświadczony jeśli chodzi o obowiązki inne niż branie pieniędzy i miał złe nawyki, zarówno jeśli chodzi o przyjemności, jak pracę. Pan Thornton nie chciał mieć nic wspólnego ze spółką, która tylko unicestwiłaby resztę planów ocalałych z ruiny jego fortuny. Prędzej zgodziłby się zostać zarządcą, gdzie miałby większe możliwości działania, inne niż tylko zarabianie pieniędzy i liczenie się z despotycznymi humorami bogatego wspólnika, z którym, jak czuł, poróżniłby się w ciągu kilku miesięcy.
Czekał więc w poczuciu głębokiej pokory, gdy z giełdy nadeszły wieści o ogromnej fortunie szwagra zarobionej na ryzykownej spekulacji. Był to dziewięciodniowy cud. Sukces, który zdobył mu podziw w świecie. Nikt nie był tak mądry i przewidujący jak pan Watson.
Gosia - Wto 08 Sie, 2006 19:43
Jakie pyszniutkie ciasteczko.
Znowu jest Thornton i jego matka.
Biedny John! I Hannah tez biedna, widac, ze wobec syna i jego spraw jest czuła i wcale nie twarda. Gdzie sie podziala ta, ktora wstydzi sie okazywac uczucia. Jaki to kontrast z tamta rozmowa sprzed oswiadczyn, wtedy starala sie panowac nad uczuciami, teraz placze i sie modli i ogormnie sie martwi, nie o siebie, ale o swego syna. W wspomina nawet Margaret.

achata - Wto 08 Sie, 2006 19:44
| Caroline napisał/a: | | Nikt nie był tak mądry i przewidujący jak pan Watson. |
Carolinka widać zasmakowała w pieczeniu, że nam tyle dzisiaj serwuje
Jedyna wzmianka o panu Watsonie, którą znalazłam w tłumaczeniach dotyczy policjanta Georga Watsona. To chyba nie ten Watson, prawda? Ślubu Fanny też nie pamiętam, były tylko przygotowania. Podobnie ani razu nie pojawia się panna Latimer. Czyżby film dopowiedział tak wiele i jeszcze coś dodał? Spekulacje są też w innym momencie. W filmie Margaret rozmawiała o nich z Fanny. Ciekawe.
Caroline - Śro 09 Sie, 2006 17:24
Wielkimi krokami zbliżamy się do końca. Dziś początek ostatniej serii wklejek w wydaniu Alison :smile:
Niecierpliwość serca., cz. 1; Rozdz. LI , Meeting again, Ponowne spotkanie, str. 509.
Był gorący, letni wieczór. Edith przyszła do sypialni Margaret pierwszy raz z przyzwyczajenia, drugi raz ubrana już do obiadu. Za pierwszym razem nikogo nie zastała, za drugim razem spotkała Dixon rozkładającą suknię Margaret na łóżku, ale sama Margaret była nadal nieobecna. Edith pozostała żeby ją trochę podenerwować.
- Och Dixon! Nie te ohydne niebieskie kwiaty do tej sukni w kolorze starego złota. Co za gust! Poczekaj, przyniosę ci trochę kwiatów granatu.
- To nie jest kolor starego złota, madam. To kolor słomkowy, a niebieski zawsze pasuje do słomkowego.
Ale Edith już przyniosła błyszczące szkarłatne kwiaty, zanim Dixon zdążyła w połowie zaprotestować.
- Gdzie jest panna Hale? – spytała Edith, gdy tylko wypróbowała efekt przybrania – nie mogę nawet myśleć o tym – kontynuowała rozdrażniona – jak moja ciocia pozwalała jej przejąć te pokręcone obyczaje z Milton! Zawsze oczekuję, że usłyszę o niej, że spotkało ją coś strasznego w tych wstrętnych miejscach, w które się zapuszcza. Ja nigdy nie śmiałabym pójść na takie ulice bez służącej. One po prostu nie pasują do dam.
Dixon była wciąż obrażona po skrytykowaniu jej gustu, więc odpowiedziała raczej krótko:
- Nie dziwię się, kiedy słyszę damy mówiące tyle o byciu damą – ale skoro są takimi strachliwymi, delikatnymi i filigranowymi damami, to jak mówię, nie dziwię się, że na ziemi nie ma już świętych.
- Och Margaret! Jesteś więc! Tak cię już potrzebowałam. Ale jak twoje policzki płoną od upału, biedne dziecko! No i pomyśl tylko co ten nieznośny Henry zrobił. Po prostu przekroczył granice szwagrostwa. Akurat kiedy moje przyjęcie zostało już tak pięknie zorganizowane – tak dokładnie pod pana Colthursta – przychodzi Henry, fakt, że z przeprosinami, ale używając twojego imienia jako wymówki, i pyta mnie czy może przyprowadzić tego pana Thorntona z Milton – wiesz, tego twojego zarządcę, który akurat jest w Londynie w jakichś prawnych interesach. To po prostu zepsuje mi liczbę gości!
- Nie mam nic przeciwko nieuczestniczeniu w obiedzie. Nie potrzebuję żadnego – powiedziała Margaret niskim głosem – Dixon może mi tutaj przynieść filiżankę herbaty, a do salonu zejdę jak ty już przyjdziesz. Naprawdę chętnie się położę.
- Nie, nie! Tak absolutnie nie może być! Ty naprawdę wyglądasz okropnie blado. Ale to z powodu upału i niemożliwe żebyśmy mogli coś zrobić bez ciebie. (Tamte kwiaty troszkę niżej Dixon, w twoich czarnych włosach Margaret, wyglądają jak przepiękne płomienie). Wiesz, że zaplanowaliśmy dla ciebie, że porozmawiasz sobie o Milton z panem Colthurst’em. Och, no oczywiście ten człowiek też przyjeżdża z Milton. Mimo wszystko, wierzę, że będzie wspaniale. Pan Colthurst może z niego wyciągnąć wszystkie tematy, które go interesują, to będzie wspaniała zabawa zestawić mądrości tego pana Thorntona i twoje doświadczenia, w następnej mowie pana Colthurst’a w Izbie. Doprawdy myślę, że to szczęśliwy pomysł Henry’ego. Pytałam go czy to ktoś, kogo człowiek mógłby się wstydzić, a on odpowiedział „Nie, jeśli jesteś rozsądna siostrzyczko”. Więc mam nadzieję, że będzie wymawiał wszystkie głoski, których brak nie jest chyba dokonaniem Darshire – he, Margaret?
- Pan Lennox nie mówił dlaczego pan Thornton przyjechał do miasta? Czy to jakieś prawne sprawy związane z jego własnością? – zapytała Margaret nienaturalnym głosem.
- Och, on chyba zbankrutował, czy coś w tym rodzaju, o czymś takim Henry mówił ci jak cię tak bardzo bolała głowa, co to było? (Tak, tak jest świetnie Dixon. Panna Hale ma u nas dług, nieprawdaż?) Chciałabym być tak wysoka jak królowa, i taka śniada jak cyganka, Margaret.
- Ale co z panem Thorntonem?
- Och! Ja mam taką słabą głowę do tych prawniczych spraw. Henry’emu nic się tak nie spodoba jak możliwość opowiedzenia ci o tym. Wiem tylko, że dał mi do zrozumienia, że pan Thornton jest teraz bardzo biedny, ale bardzo szanowany i że mam być dla niego bardzo grzeczna, a jako, że nie wiem jak mam to zrobić, to przyszłam do ciebie prosić, żebyś mi w tym pomogła. A teraz zejdź ze mną na dół i odpocznij sobie na sofie przez kwadrans.
Uprzywilejowany szwagier przyszedł wcześnie, a Margaret cała w pąsach zaczęła wypytywać go o pana Thorntona.
- Przyjechał w sprawie podnajmu własności – Marlborough Mills, domu i przyległych nieruchomości. Nie jest w stanie tego utrzymać. Jest trochę dokumentów i dzierżaw, którym trzeba się przyjrzeć, i trochę umów do podpisania. Mam nadzieję, że Edith przyjmie go właściwie, chociaż była raczej rozgniewana, że tak swobodnie wybłagałem zaproszenie dla niego. Ale myślałem, że ty chciałabyś poświęcić mu nieco uwagi, chociaż można by być szczególnie skrupulatnym w okazywaniu szacunku komuś o tak osłabionej pozycji w świecie.
Zawiesił głos mówiąc do siedzącej obok Margaret, zerwał się i przedstawił pana Thorntona, który wszedł w tym momencie, Edith i kapitanowi Lennox’owi.
Mag - Śro 09 Sie, 2006 17:43
Cudne dziewczyny!
Taki przeskok z rozterek Jaśka na przyjęcie Edith, aż dziwne,że waha się los ludzki, a niektórzy myślą tylko o liczbie gości.
Gitka - Śro 09 Sie, 2006 18:04
..."a Margaret cała w pąsach zaczęła wypytywać go o pana Thorntona...''
Bardzo fajne te dwa przetłumaczone fragmenty.
Wielkie dzięki.
Jesteśmy już na 509 stronie Jak to przeleciało...
Gosia - Śro 09 Sie, 2006 19:42
O jej! Nie wiem jak wytrzymam do jutra
Caroline, moze wrzucisz juz dzis jutrzejszy fragment, cio ? bo ja dysze z przejecia :razz:
|
|
|