Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2
Caroline - Sob 22 Wrz, 2007 12:21
Z lekkim poślizgiem, wybaczcie - długa i skomplikowana droga do domu.
Rozdział VI, cz.6
- Ekhm – odkaszlnął i poprawił krawat dając przyjacielowi czas na otrząśnięcie się. Gdy Bingley podniósł głowę, podsunął mu notkę – Jest w porządku. Mam powiedzieć, by ją wysłano.
- Tak, oczywiście – odpowiedział Bingley ze słabym uśmiechem. - Nie chciałbym przyjmować niewłaściwych zaproszeń. - wziął list i starannie złożył go na trzy, Darcy obserwował go przerażony jego dowcipem. Czy Charles naprawdę miał tak mało wiary w swój osąd? Czy jego, Darcyego, starania, by stać się dla niego mentorem, przekonały Bingleya, że lepiej oddać swoje życie w ręce kogoś mądrzejszego niż on sam? Jeśli tak, wyrządził mu kolejną krzywdę.
- Rekomendacje młodego Hinchcliffa traktuj tylko jak sugestie, Charles. Ostatnie słowo należy do ciebie w tych, jak i w innych sprawach. Jeśli znajdziesz się tam, gdzie uznasz, że nie powinno cię być, będziesz wiedział, co zrobić. Zawsze umiałeś odnaleźć się we wszystkich sytuacjach towarzyskich, w jakich miałem okazję cię widzieć.
- Doprawdy? - twarz Bingleya rozjaśniła się niepewnie - to komplement, Darcy?
Niepewność Charlesa ubodła go do żywego. Kiedy zaczął traktować Charlesa jak kogoś nierównego sobie? Jak znosił jego protekcjonalność?
- Nie, to prawda, Charles – spojrzał na niego prosto. - Gdyby więcej ludzi posiadało twoją dobrą naturę, twoją umiejętność sprawiania, że ludzie wokół ciebie czują się dobrze i mają dobre nastawienie do świata, towarzystwo nie byłoby tak narażone na krytykę - przerwał, by zobaczyć, jakie wrażenie zrobiły jego słowa. Rumieniec na twarzy Bingleya pogłębił się, ale uśmiech upewnił Darcyego, że był on efektem zadowolenia, a nie złości czy zawstydzenia. - Bóg mi świadkiem, że mógłbym się czegoś od ciebie nauczyć – westchnął czując prawdę zawartą w tych słowach i z poczucia ulgi, że Bingley się uspokaja. - Może zapiszę się do ciebie na lekcje!
- Lekcje? - Bingley zaśmiał się i wstał ze swojego miejsca. - Czy uczeń i mistrz mają się zamienić miejscami?
- Nie – Darcy potrząsnął głową i także wstał – koniec nauki, Bingley! Niepotrzebnie kazałem ci siedzieć w szkolnej klasie. Wolałbym, żebyśmy byli przyjaciółmi udzielającymi sobie pomocy – wyciągnął do niego rękę, którą, choć zaskoczony, Bingley natychmiast przyjął – równi sobie, gotowi pomóc drugiemu w potrzebie.
- Oczywiście, Darcy, oczywiście! - zgodził się. - Naprawdę?
Darcy skinął i wzmocnił uścisk.
- Przekroczyłem granicę. Co będę mógł naprawić, naprawię, obiecuję ci.
Tydzień później pukanie do drzwi oderwało Darcyego od książki, a jego psa od uważnego obserwowania tego zajęcia. Trafalgar podniósł się i podbiegł do drzwi, jego łapy uderzały dźwięcznie o wypolerowaną drewnianą podłogę tam, gdzie nie pokrywały jej dywany rozłożone w całym pokoju. Darcy patrzył jak z wprawą stając na tylnych łapach opierał się o drzwi i uderzał w klamkę, póki zamek nie zwolnił, a potem odskakiwał, by nosem uchylić drzwi. Pomruk zadowolenia dochodzący z jego piersi powiedział Darcyemu, kto za chwilę się pojawi.
- Trafalgar stał się prawdziwym dżentelmenem, Fitzwilliamie. - Georgiana schyliła się, by pogładzić szerokie, jedwabiste czoło nad wilgotnymi oczami zwróconymi do niej z nadzieją.
- Wybiórczym dżentelmenem – Darcy potrząsnął głową nad przymilającym się psem, wstał, powitać siostrę. - Zachowuje się dobrze tylko wobec tych, których sam uznaje. Ty, moja droga, po prostu znalazłaś się w tym wybranym gronie.
Georgiana zaśmiała się, pogłaskała jeszcze raz psa i wyprostowała się.
- Przyszłam ci powiedzieć, że panna Avery już poszła, możesz spokojnie opuścić swoją bezpieczną kryjówkę.
Darcy spojrzał na nią pytająco.
- Chcesz zasugerować, że się schowałem?
- Nietrudno zauważyć, że udaje ci się być nieobecnym albo znajdować wyjątkowo pilne sprawy kiedykolwiek panna Avery nas odwiedza – uśmiechnęła się podchodząc do niego. - A mimo to, ona uważa cię za idealnego dżentelmena.
- Georgiano!
asiek - Sob 22 Wrz, 2007 19:39
| Caroline napisał/a: | | ona uważa cię za idealnego dżentelmena. |
No to panna Avery dołączyła do doborowego towarzystwa.
Wie dziewczyna, co dobre.
Caroline,
Maryann - Sob 22 Wrz, 2007 19:51
| asiek napisał/a: | | Caroline napisał/a: | | ona uważa cię za idealnego dżentelmena. |
No to panna Avery dołączyła do doborowego towarzystwa.
Wie dziewczyna, co dobre. |
Po tym, co dla niej zrobił, trudno, żeby uważała inaczej...
Maryann - Sob 22 Wrz, 2007 22:36
| Caroline napisał/a: | A panna Avery, to niezła cwaniara |
Myślisz, że miała jakieś zamiary wobec tego "idealnego dżentelmena" ? Nieeee...
Gunia - Sob 22 Wrz, 2007 23:32
| Caroline napisał/a: | | Kiedy zaczął traktować Charlesa jak kogoś nierównego sobie? |
Co było pierwsze: kura czy jajko?
Jeszcze Bingley pomyśli, że Darcy go podrywa!
| Caroline napisał/a: | | gotowi pomóc drugiemu w potrzebie |
On niech już lepiej nikomu nie pomaga.
| Caroline napisał/a: | | Tydzień później |
NIESAMOWITE! Taki przeskok u Pameli! Tydzień bez krawatów i pantalonów!
| Caroline napisał/a: | | Wybiórczym dżentelmenem |
Ja to było? "Pies upodabnia się do właściciela"?
| Maryann napisał/a: | Caroline napisał/a:
A panna Avery, to niezła cwaniara
Myślisz, że miała jakieś zamiary wobec tego "idealnego dżentelmena" ? Nieeee... |
No i nam się wątek miłosny jeszcze bardziej pokomplikował.
Maryann - Nie 23 Wrz, 2007 07:19
No to wracamy do głównego wątku - dżentelmen idealny robi rachunek sumienia:
Rozdział VI część 7
- I że jestem idealną młodą damą – westchnęła – To trochę trudne być tak wielbionym, prawda ?
Darcy wziął ją za rękę i poprowadził do kanapy.
- Czy trudno ją przyjmować ? Wiem, że okropnie ci ją narzuciłem.
- Nie, braciszku, nie „okropnie”. Panna Avery to zupełnie inny rodzaj przyjaciółki, ale wcale nie niemile widziany – położyła głowę na jego ramieniu – Fitzwiliamie, ona jest tak zdruzgotana szyderstwami swojego brata w jednej chwili i jego lekceważeniem w następnej. Jego opinię o sobie uważa za opinię reszty świata. Nic dziwnego, że jest taka nieśmiała. Kiedy pomyślę… – przerwała i przycisnęła twarz do jego ramienia.
- Kiedy pomyślisz o czym, kochanie ? – pytał, muskając lekko jej włosy.
- Kiedy myślę, jaki dobry zawsze byłeś dla mnie, dodając mi otuchy… Och, dziękuję ci, Fitzwilliamie ! – pocałowała go lekko w policzek, wstała szybko i wyszła z pokoju.
Trafalgar popatrzył za nią, ale najwyraźniej postanowiwszy nie ulegać impulsowi, żeby za nią pobiec, odwrócił się do swojego pana. Darcy spojrzał na niego poważnie.
- Idealni dżentelmeni, co ? – Trafalgar ziewnął szeroko, parsknął i potrząsnął głową, po czym położył ją na łapach – Właśnie – zgodził się i wstał.
Podszedł wolno do okna, oparł się o framugę i wyjrzał na plac. Panna Avery uważała go za idealnego dżentelmena ? W porównaniu z jej bratem każdy mógłby zasłużyć na taki zaszczyt ! Ale takie porównywanie nie miało sensu, bo ktoś, kto nie znał Manninga, uznał jego za taki sam rodzaj człowieka. Kropla deszczu uderzyła o szybę, a po niej następna. Panna Avery ledwo uniknęła zmoknięcia, czy raczej on i jego siostra ledwie uniknęli zabawiania jej przez całe popołudnie. Patrzył, jak kropla deszczu spływa w dół po szybie.
Musi być obiektywny, bezstronny, jeśli ma to wszystko uporządkować. Ile to już ? Prawie miesiąc. Miesiąc bez jednego dnia od Hunsford. Powinien do tej pory być już zdolny do bezstronnego obiektywizmu. Wziął głęboki oddech, wstrzymał go, sprawdzając stan swojego serca, zanim wypuścił powietrze. Tak, to było wykonalne. Teraz, zaczynając od początku.
Jakie wrażenie zrobił na Elizabeth na początku ? Od pierwszego spotkania na zabawie w Meryton, kiedy to wypowiedział tę nieelegancką uwagę na jej temat, uznała go za zabawną figurę. Potwierdzał to jej uśmiech i figlarna, cięta odpowiedź na porannym przyjęciu u Bingleya, które tak go zaskoczyły i zakłopotały ! A co on robił dalej ? Przebiegał pamięcią ich następne spotkania. Nie zrobił nic, co nie potwierdziłoby, że ona ma rację. Niczym napuszony dureń trzymał się na uboczu, krocząc dumnie wśród mieszkańców Hertfordshire, nie mając do roboty nic lepszego poza bardzo niedżentelmeńskim patrzeniem z góry na wszystkich, nie wyłączając - co przyznał ze wstydem - jego własnego przyjaciela. Ileż to wieczorów w Netherfield spędził na wymienianiu z siostrami Bingleya pogardliwych uwag o miejscowym towarzystwie ? „Dżentelmen doskonały” ? Taki człowiek nie okazuje „arogancji, zarozumialstwa i samolubnej pogardy dla uczuć innych”, o co oskarżyła go Elizabeth i czego był z całą pewnością winny.
Dobry Boże, jak te słowa go nadal dręczyły ! Ich początkowy piekący ból popchnął go do gniewnego oburzenia, skupionego tylko na tym, że go skrzywdziła. To te uczucia, powracające dniem i nocą, były źródłem jego samousprawiedliwiającego listu i tego, co robił po powrocie do Londynu, przeciwstawiając się swoim szyderczym oskarżycielom. Ale nie to było najgorsze. Jakie wytłumaczenie miał do zaoferowania za swoją śmieszną pewność siebie, z którą wtrącił się do spraw uczuciowych Bingleya i z którą potem – nie do wiary – sam proponował małżeństwo ? Uznał, że Elizabeth należy do niego, a jakiekolwiek wątpliwości w tej sprawie dotyczą tylko jego. A kiedy jego idiotycznie sformułowana prośba spotkała się z odmową, co zrobił ? Pamiętał każde jej słowo, każde spojrzenie, ale teraz musiał stanąć na jej miejscu w tamtym pokoju i przyjrzeć się sobie. Jakiego człowieka jej zaprezentował ? Z bolesną determinacją raz jeszcze przypominał sobie ich rozmowę.
Matylda - Nie 23 Wrz, 2007 09:26
Dzięki Maryann
Jakoś trudno mi uwierzyć w to , że mężczyzna potrafi przemyśleć i wyciągnąć wnioski z krytycznych uwag na swój temat. Nigdy kogoś takiego nie spotkałam
Może na tym polega fenomen Darcyego
asiek - Nie 23 Wrz, 2007 10:52
Darcy jest tak abso-kurna-lutnie /pr.aut.Aine / cudowny, bo "stworzyły go" kobiety. Szkoda, że istnieje tylko na kartach powieści...
Jednak z drugiej strony przyrodzie nie obce są wyjątki od reguły...czasami zafunduje nam jakowyś "wybryk". Takiego dziobaka...na przykład.
| Maryann napisał/a: | | Pamiętał każde jej słowo, każde spojrzenie, ale teraz musiał stanąć na jej miejscu w tamtym pokoju i przyjrzeć się sobie. |
To będzie bolało...
Maryann,
Maryann - Pon 24 Wrz, 2007 06:05
Rozdział VI część 8
Jest. Darcy odwrócił się od okna, a nowa wizja siebie samego sprawiła, że wnętrzności skręciły mu się z odrazy. Zachował się nie lepiej niż wściekły brutal, który czerwony na twarzy z niedowierzania, że mu odmówiła, przemierzał pokój krytykując jej rodzinę i mając do zaoferowania jedynie najmarniejsze wytłumaczenie swojego bezczelnego zachowania. Jej słowa, słowa, które spadały na niego tamtego dnia i przez ostatni miesiąc, jeśli chodziło o jego charakter były upokarzającą prawdą. Jak to możliwe, że mając przed sobą najlepszy z przykładów i najbardziej poważne intencje, doszedł do tego ? W jakiś sposób, w długich latach dzieciństwa i młodości zboczył z kursu, przejęty pozorami i postawami, które sprawiały, że wydawał się teraz najbardziej niesympatycznym człowiekiem, obcym samemu sobie. Jakiego rodzaju człowiekiem był ? Kim był ?
Skomlenie Trafalgara i mocny kuksaniec w rękę sprawiły, że rozejrzał się po pokoju.
- Tak, potworze – pogłaskał psa po głowie – Wszystko w porządku, przynajmniej, jeśli chodzi o ciebie – dodał.
To ciekawe, jak ten pies odczytywał jego emocje i domagając się otuchy, też jej dodawał. Bingley był inny. Chociaż nie umiał powiedzieć, jak dobrze przyjaciel odczytywał jego uczucia, często sam potrzebował wsparcia. I gdzie ich to obu doprowadziło ! Bingley stał się uzależniony od jego opinii, a on chełpił się swoją wyimaginowaną wnikliwością. Darcy z jękiem opadł na kanapę. Wodził ślepy kulawego ! Oparł się o poduszki i odrzuciwszy głowę wpatrywał się w sufit. Przynajmniej jego relacje z Bingleyem zostały skierowane na nowe tory, teraz przyjaciel sam sobie będzie sterem. W ostatnim tygodniu częściej gryzł się w język, niż cokolwiek radził Charlesowi. Czy jego zrzeczenie się roli doradcy będzie dla Bingleya tak mile widzianą ulgą, jaką stało się dla niego ? Z niskim pomrukiem przypominającym o swojej obecności Trafalgar położył Darcy’emu głowę na kolanie, patrząc na niego spod uniesionych psich brwi.
- Tak, wiem. Pytania pozostają – znowu pogłaskał jedwabiste uszy – Ale odpowiedź może być taka, że mogę nie chcieć o niej myśleć. Jak to było u Szekspira ? „Lecz gdy od myśli tych brzydnie ci życie…” * Nie, nie może stanąć w obliczu nagiej prawdy bez niczego, co przypominałoby nadzieję, jakiegoś, jak wyjaśniał Fletcher, „lecz”, które przerwałoby ten upadek. „Wraca o tobie myśl…”. Przypomniał sobie następny wers, zanim zdołał się powstrzymać. Myśl o Elizabeth ? W tamtych oświadczynach był tylko dalszy ból, nieustające upokorzenie ! Elizabeth była jego sędzią, a w ciągu następnego miesiąca żarliwych zapewnień o swojej niewinności, jego nieustanne domaganie się sprawiedliwości wprawiło go tylko we frustrację i gniew, uczyniło gotowym na wszystko, co mogło uwolnić go od tego, co szalało w jego wnętrzu. Teraz, choć gorący wstyd podgrzewał to przekonanie, wiedział, że jej oświadczenie, choć błędne w niektórych szczegółach, było w swojej istocie słuszne. Jeśli miał przeżyć ten rachunek sumienia i wyjść cało, albo przynajmniej z nadzieją na to, potrzebował czegoś innego, niż sprawiedliwość. Potrzebował… miłosierdzia.
Darcy podniósł głowę. Czy powiedział to głośno ? Musiał powiedzieć, bo słowo zawisło w powietrzu. Otrzymał je od Georgiany. Okazał je Manningowi i poniekąd praktykował w tym tygodniu z Bingleyem. Teraz pragnął go, potrzebował go „dobrowolnego” od swego najsurowszego sędziego, od Elizabeth Bennet. Skrzywił się i przestał gładzić uszy Trafalgara, ignorując kuksańce i skomlenie. To było niemożliwe ! Nawet gdyby mógł zmusić się do prośby o to, nie było żadnego pretekstu, pod jakim miałby ją odszukać, ani nie było prawdopodobne, że ich drogi kiedykolwiek się skrzyżują. Mimo to, ta idea była wystarczająco oryginalna, żeby fala gorąca do tego stopnia go rozproszyła, że musiał wstać i przejść się po pokoju. Gdyby to było możliwe, czy okazałaby mu miłosierdzie ? Czy mogłaby mu wybaczyć szkody, które wyrządził… ból, który sprawił ?
Wyobraźnia przywołała ją tak szybko, że niemal drgnął, chociaż nie rozumiał, dlaczego był zaskoczony. Wyobrażał ją sobie wcześniej w tym pokoju, we wszystkich pokojach, wystarczająco często, z rumieńcem na twarzy i wyciągniętymi do niego rękoma. Przeniknęła go iskra ciepła innego rodzaju, ale nie poddał się temu impulsowi, pozwalając, żeby ostygł i wygasły opadł. Jej wyobrażenie zatarło się niczym sen, a razem z nim jego iluzje. Podziwia i kocha ją ? Jak to było możliwe, skoro błędnie odczytał każdy jej uczynek, błędnie interpretował każde jej słowo ? Stopień, do jakiego oszukiwał samego siebie, był zdumiewający ! Widział uczucie tam, gdzie w rzeczywistości była tylko wyważona uprzejmość, oczekiwanie, gdzie było niewiele więcej oprócz antypatii. Uważał, że zdobył jej umysł i serce, kiedy – gdyby go zapytano – nie mógłby z żadną pewnością określić, co ona czuje, czy myśli na ważne tematy, czy też, czego najbardziej pragnie w życiu.
___________________________________
* William Szekspir, sonet XXIX; tłumaczenie M.Słomczyńskiego
Maryann - Wto 25 Wrz, 2007 05:55
Rozdział VI część 9
Kocha ją ? Patrzył niewidzącym wzrokiem na strumienie deszczu miarowo uderzające o szybę, ściskając framugę tak mocno, aż rozbolały go palce. Nie, on nie „kochał” Elizabeth. Nigdy naprawdę jej nie znał ! Był w niej zadurzony. Był oczarowany jej twarzą, jej figurą, pociągał go jej dowcip i inteligencja, a ujęty jej dobrocią nie wnikał głębiej, zaniedbując poszukiwania rozumu i serca, w których wszystkie te zalety się mieściły. Zamiast tego, przez wiele tygodni w Pemberley, w Londynie i w Kent flirtował ze stworzoną przez siebie wyimaginowaną Elizabeth, kobietą z kolorowych nici jego własnych pragnień. W takim stanie poszedł do niej, a ona, bez pieniędzy, czy perspektyw, stanowczo mu odmówiła – odmówiła mu ! – nawet mimo tak wysokiej stawki. Konsekwencje, które Elizabeth wolała raczej ponieść niż powierzyć mu swoją przyszłość, zarysowały się wyraźniej, niż dotychczas. Jaka kobieta mogłaby tak zrobić ? Co mogłoby do tego stopnia dodać odwagi kobiecie znajdującej się w tak skromnych warunkach, mającej przed sobą tak niepewną przyszłość, żeby odmówić jednemu z najbogatszych, najbardziej szanowanych ludzi w Anglii ?
Odwróciwszy się plecami do okna skrzyżował ręce na piersi, przedstawiając sobą taki widok skupionego człowieka, że Trafalgar podniósł głowę, a jego ciało zadrżało w pełnej nadziei gotowości, podczas gdy jego pan zaczął raz jeszcze przemierzać pokój. Dotarł tak daleko w poszukiwaniu odpowiedzi, dotarł do pewnego wyjaśnienia tego wstrząsającego miesiąca samoobjawienia i był zdeterminowany, żeby użyć wszystkich swoich zdolności i rozwiązać tę sprawę. Po pierwsze, faktem było, że mylił się, ogromnie się mylił w swoich kontaktach z Elizabeth, jej rodziną, prawdopodobnie ze wszystkimi w Hertfordshire. Był winien Elizabeth przeprosiny bardziej szczere niż ten gorzki list, który wmusił jej w Rosings Park, ale nie mógł ze względu na konwenanse naruszać jej prywatności prośbą o przebaczenie. Nie był nawet pewien, czy gdyby zamierzał coś takiego zrobić, zdołałby ją do tego przekonać. Co mógłby zaoferować jako dowód swojej skruchy ? Zatrzymał się wpół kroku. Nic ! Oczywiście nic, co skłoniłoby kobietę o takich zasadach, żeby mu uwierzyła, czy szanowała ! Przez chwilę stał bezradnie pośrodku swego gabinetu, aż uderzyła go myśl. To było to ! Tam leżał klucz ! Stać się człowiekiem godnym szacunku takiej kobiety, dżentelmenem takiej klasy, którym zawsze pragnął być, znaczyło widzieć świat i oceniać siebie innymi oczyma, niż zwykł to robić przez ostatnie dwadzieścia osiem lat. Potrzebował nowych oczu, wrażliwych na jego wady i braki, ale również rozpoznających zarysy i sedno jego celu. Oczu, które będą się od niego domagać dotrzymania poziomu godnego jej szacunku. Musi widzieć siebie, oceniać swoje uczynki, swoje serce, swoje własne myśli oczyma Elizabeth.
Ogarnęła go panika, ale niemal w tym samym momencie zdał sobie sprawę, jakim wyzwaniem będzie dokonanie tej zmiany. Czy zdoła dotrzymać takiego postanowienia ? Trzeba zapomnieć o jakiejkolwiek myśli o jej miłości jako nagrodzie. Może jej już nigdy nie zobaczyć, to było prawie pewne. Nawet gdyby się spotkali, to musi to mieć charakter spotkania obojętnych znajomych. Mimo to, nigdy nie mógłby jej zapomnieć. Będzie pielęgnował pamięć o niej, wielbił kobietę, która na własną szkodę wzgardziła jego pozycją i stanem i zmusiła go, żeby popatrzył na samego siebie. I będzie to robił zmagając się godzina po godzinie, niewidziany i niezauważony, prowadząc takie życie, które zyskałoby mu jej aprobatę.
Darcy zatrzymał się, podszedł do biurka, usiadł i sięgnął po pióro i nożyk. Do tego projektu będzie potrzebował dobrze naostrzonego pióra. Trafalgar podniósł się ze swojego miejsca koło kanapy i podszedł do miejsca, które zajmował zwykle, gdy jego pan pracował przy biurku Z westchnieniem i stęknięciem usiadł na dywanie i zwrócił pytające spojrzenie na postać na krześle. Darcy spojrzał znad swojej pracy z cieniem uśmiechu.
- Znudzony ? – Trafalgar nie odwrócił oczu – Nie ma szans na wyjście dzisiaj w tym deszczu – powiedział stanowczo i skończywszy temperować pióro, odłożył nożyk – A nawet gdyby była najpiękniejsza pogoda, nie mógłbym wyświadczyć ci tej przysługi. Mam pilne sprawy dotyczące zmiany na lepsze, którą ty – spojrzał surowym wzrokiem na psa – Mógłbyś naśladować, potworze.
Trafalgar parsknął drwiąco i położył się na brzuchu, podparłszy pysk na łapach.
- Tak mówisz, ale to należało zrobić już dawno.
Odwrócił się z powrotem do biurka i wyciągnął po papier, a następnie zanurzył pióro w kałamarzu. Zmarszczył brwi i zawahał się przez chwilę. Przelewając to na papier stanie się świadkiem przeciwko samemu sobie. Może to było właśnie to, czego potrzebował. Ujął mocniej pióro i napisał: „Dżentelmeńskie zachowanie”. Podkreślił to dwa razy.
- Długa zwłoka – powiedział do leżącego obok niego psa – Dla obu z nas.
Anonymous - Wto 25 Wrz, 2007 07:26
i nasz Maryjanek wstał skoro świt, zakasał rękawki, aby sprezentować nam na śniadanko najnowsze ciacho. Dziewczyny - na kolana !!!
Marija - Wto 25 Wrz, 2007 07:45
Wyjątkowo uczuciowy (w dobrym kierunku) fyragment .
Alison - Wto 25 Wrz, 2007 08:27
Maryanek, Królowa Mróweczek!
Darcy odzyskuje rozum! Tylko po co mu ta kartka? Napisze sobie w punktach jak ma się zachowywać, a potem będzie odfajkowywać?
Maryann - Wto 25 Wrz, 2007 08:49
| Alison napisał/a: | Darcy odzyskuje rozum! Tylko po co mu ta kartka? Napisze sobie w punktach jak ma się zachowywać, a potem będzie odfajkowywać? |
Tak. I będzie ją nosił w kieszonce, jak wcześniej Elżbietkową zakładkę...
Alison - Wto 25 Wrz, 2007 08:51
| Maryann napisał/a: | | Alison napisał/a: | Darcy odzyskuje rozum! Tylko po co mu ta kartka? Napisze sobie w punktach jak ma się zachowywać, a potem będzie odfajkowywać? |
Tak. I będzie ją nosił w kieszonce, jak wcześniej Elżbietkową zakładkę... |
On jest jednak okropnie dziecinny, jak ten filmowy Mateuszek. A ja zawsze miałam Darcy'ego za dojrzałego mężczyznę, bo w tamtych czasach 28-letni facet to był już facet, nie to co teraz...
Maryann - Wto 25 Wrz, 2007 09:34
| Alison napisał/a: | | On jest jednak okropnie dziecinny |
A ciemu ? Psecies to duzy chłopcyk...
Alison - Wto 25 Wrz, 2007 09:42
| Maryann napisał/a: | | Alison napisał/a: | | On jest jednak okropnie dziecinny |
A ciemu ? Psecies to duzy chłopcyk... |
Duzy, ale gluptasek. Kartecki sobie jakieś pise, nitecki kolekcjonuje, płace, ksycy, pije z zalu nad sobom, taki głuptaś ogólnie rzecz biorąc
Ale jest jakaś nadzieja, że "właśnie Kaziowi sypie sie wąs", Ficek dojrzeje i zmądrzeje.
Maryann - Wto 25 Wrz, 2007 09:45
Matuś, ale dzieci to raczej napojów wyskokowych nie pijają... Nie wiem, czy do tego Dy'owego pubu małolata by w ogóle wpuścili...
Marija - Wto 25 Wrz, 2007 09:51
No, małolackie zachowania z tymi karteckami. Mój ćwierćanalfabeta małoletni też sobie notatki w skole robi: napisał "bloktehnizcny" - myślałam, że to cuś po niemiecku? . Darsik malutki ...
Alison - Wto 25 Wrz, 2007 10:44
| Maryann napisał/a: | | Matuś, ale dzieci to raczej napojów wyskokowych nie pijają... |
Ooooj, to widzę, że nie jesteś na bieżąco. Ja mam przez mojego domowego dziecka wgląd w życie współczesnych małolatów i regularnie wykonuję od tych opowieści tzw. pady lub
Generalnie czuję się tak....
Do tego dowiaduję się na tym forum, że młode kobiety, u progu życia będące, śmieszą oświadczyny przy świetle księżyca, w ogóle śmieszą je miłosne wyznania, flirty żenują, przystojny, dowcipny, oczytany facet ofiarujący serce jest żałosny, a facet ofiarujący pełny portfel, niechby i brzydki, i niemowa jest OK, aaa dla mnie już najwyższy czas nastał. Ja tego świata teraz kompletnie nie rozumem.
Maryann - Wto 25 Wrz, 2007 10:53
| Alison napisał/a: | | Maryann napisał/a: | | Matuś, ale dzieci to raczej napojów wyskokowych nie pijają... |
Ooooj, to widzę, że nie jesteś na bieżąco. |
No pewnikiem nie jestem. Ale te regencyjne dziecka to chyba mniej zdeprawowane bywały...
Alison - Wto 25 Wrz, 2007 11:03
| Maryann napisał/a: | | Alison napisał/a: | | Maryann napisał/a: | | Matuś, ale dzieci to raczej napojów wyskokowych nie pijają... |
Ooooj, to widzę, że nie jesteś na bieżąco. |
No pewnikiem nie jestem. Ale te regencyjne dziecka to chyba mniej zdeprawowane bywały... |
Miejmy nadzieję, ale kto tam ich wie? Ja już jestem cały zwątpiały we wszystko
Matylda - Wto 25 Wrz, 2007 21:18
Ach Maryann- cudny fragmencik
A ten ciągle swoje ......
kobiecie znajdującej się w tak skromnych warunkach, mającej przed sobą tak niepewną przyszłość,
asiek - Wto 25 Wrz, 2007 22:56
| Maryann napisał/a: | | Ujął mocniej pióro i napisał: „Dżentelmeńskie zachowanie”. Podkreślił to dwa razy. |
Starałam się zachować powagę, w końcu sprawa dotyczy "jedego z nabardziej szanowanych ludzi w Anglii", ale...nieeeeemooooogęęęę !
A teraz co ...pomaluje kartkę na żółto i przyklei do lustereczka ?
| Maryann napisał/a: | | Był w niej zadurzony. Był oczarowany jej twarzą, jej figurą, pociągał go jej dowcip i inteligencja, |
Typowe...dowcip i umiejętność zliczenia 2do2 zawsze na końcu.
Maryann,
Alison - Śro 26 Wrz, 2007 07:53
Rozdz. VI, cz. 10
Spełnij, prosimy Cię, Boże Wszechmogący, w którego jedynie wierzymy - który dałeś nam Syna, Pana naszego Jezusa Chrystusa by wzniósł się do nieba; tak i my w sercu i umyśle tam się wznosimy...
Chociaż odrzucił przyjęcie do wiadomości że Richard się spóźni, Darcy nie mógł nic poradzić na uśmiech, kiedy jego kuzyn, zabiegając o odrobinę komfortu i gderając, zasiadł obok niego w rodzinnej ławce. Zaraz jednak, z powrotem skupił uwagę na osobie za pulpitem, kiedy nowy pastor czytał teksty wybrane na Dzień Wniebowstąpienia i radosnym uścisku Georgiany na jego ramieniu, z chwilą pojawienia się kuzyna. Pierwszy tydzień pastora w dyscyplinie nowego stanowiska był interesujący i rozpoczął się niemal natychmiast, wraz z listem Dy'a, napisanym następnego dnia. Żadnej daty, żadnej wskazówki co do miejsca
pochodzenia notki skreślonej na prędce na papierze kancelaryjnym, jedynie dwa zalecenia. Pierwsze, to mocno wyrażone powtórne ostrzeżenie, żeby w żadnych okolicznościach nie wchodził w żadne stosunki z lordem i lady Monmouth albo kimkolwiek z ich towarzystwa, kogo spotkał na wieczorku u nich. Drugie było żywiołową rekomendacją konkretnego pastora na objęcie stanowiska w St. X, londyńskim kościele rodzin Darcy'ch i Matlock'ów, w miejsce wcześniejszego, którego słabe zdrowie zmusiło ostatnio do ustąpienia. Oczywiście z ciekawości, co to za pastor, którym zainteresował się Dy, Darcy tego wieczoru, kiedy Dy jadł u nich kolację, wypytał Georgianę o wszystkie szczegóły, które mogły jej być znane w tej sprawie. Ku swojemu zaskoczeniu, jego pytania spotkały się z rumieńcem i jąkaniem.
- O co chodzi, moja panno? - zapytał, kiedy udało mu się powstrzymać jej usilne przypatrywanie się zastawie stołowej.
- Och, Fitzwilliam'ie, miałeś tego nie wiedzieć! - krzyknęła smutno - Pani Annesley będzie doprawdy zdenerwowana.
- Pani Annesley? A co twoja towarzyszka ma z tym wspólnego?
- Ona nie życzyłaby sobie twojego udziału w tej sprawie.
- Sprawie, która jest...? - podrzucił.
Georgiana wzięła głęboki oddech - Po pierwsze musisz zrozumieć, że pastor, na którego lord Brougham zwrócił twoją uwagę jest naprawdę miłym i dobrym człowiekiem. Jest dobrze znany jego lordowskiej mości i posiada jego szacunek.
- Ewangeliczny, jak mniemam? - zapytał, wiedząc o tym z rozmowy z Dy'em.
- Taak - przeciągnęła słowo Georgiana - Czy to wpędzi go w niełaskę?
- Kontrast z dr X zostanie odnotowany. - odpowiedział, unikając jej pytania - A jaka jest pozycja pani Annesley na tej kościelnej szachownicy? Czy jest krewną?
- Nie, nie tego człowieka - upewniła go pospiesznie - ale jego wikarego, który będzie mu towarzyszył jeśli pastor obejmie stanowisko. Wielebny Roman Annesley jest jej starszym synem.
- Rozumiem. - intencje towarzyszki jego siostry stały się oczywiste. Znosiła jego wpływ na objęcie stanowiska przełożonego jej syna, dopóki był nieświadom ich pokrewieństwa, ale bezpośredniej pomocy jej synowi już znieść nie mogła. Żadne fawory nie mogły splamić awansu młodego Wielebnego Annesley'a. Musi sam do wszystkiego dojść!
- Rozumiesz, teraz? - Georgiana ściągnęła brwi.
- Dokładnie! - pogłaskał jej dłoń i wstał z krzesła - Zaufaj mi, że wiem jak się rzeczy mają i jak powinny zostać załatwione. - wyszczerzył zęby w uśmiechu - Sam już zdecydowałem jak postąpić zgodnie ze słowami jego wysokości. Pani Annesley nie musi się obawiać. - odwrócił się i był już w połowie drogi do drzwi, gdy nagle coś mu się przypomniało. Odwrócił się ponownie - Georgiano, czy ty wciąż chcesz należeć do tego towarzystwa?
- Towarzystwa Powracania Młodych Kobiet do Ich Przyjaciół na Wsi? - skinął potwierdzająco - Och, tak Fitzwilliam'ie! Czy mam twoje pozwolenie?
- Pozwól mi przyjrzeć się temu bliżej, a jeśli uznam że wszystko w porządku, będziesz mogła zwrócić się do Hinchcliffe'a żeby wypłacił sumy, jakie uznasz za odpowiednie.
Siostra z błyszczącymi oczami chciała zerwać się od stołu, ale powstrzymał ją uniesioną dłonią - Nie, nie dziękuj mi. Byłem opieszały w tej sprawie tak samo, jak w sprawach mojego własnego miłosierdzia. Prawdę mówiąc, nie zrobiłem nic więcej ponad przejęcie i podtrzymanie dobroczynności naszego ojca i przyjmowanie zapewnień Hinchcliffe'a, że wszystko odbywa się w sposób zrównoważony i godzien szacunku.
Musiał odwrócić wzrok od szczerego ciepła ale i zdziwienia na twarzy Georgiany, zacisnął szczęki usiłując zebrać się do wygłoszenia tych słów - Trzymałem się z dala od takich spraw. To - wyznał zniżonym głosem - już tak dłużej nie będzie.
|
|
|