Literatura - Proza i poezja - Kicz czy literatura ?
Marija - Śro 21 Mar, 2007 14:40
| QaHa napisał/a: | | ach jaki soczyście przyrodniczo-rodzinny kawałek | I znowu Waldemar zgniatał Stefcię...to jest chciałam rzec ręce Stefciowe. Ali pisze jak z nut, podejrzewam, że posiada nieznane rękopisy Mniszkówny ...
Anonymous - Śro 21 Mar, 2007 14:45
W końcu Mateczka pekła. Jest i Jaśko i bawełna
Anaru - Śro 21 Mar, 2007 14:45
| Marija napisał/a: | | W Łańcucie stoją nogi słoniowe (chyba) w charakterze słołeczków |
Stoleczków, czy tez jakichs pojemniczków, nie pamietam...
Za to chyba w zamku Trokach widzialam meble cale z poroza - wiecie, jak mi zalosnie bylo???? Ja tez wole zwierzaki zywe, a nie calkowicie czy nie calkowicie wypchane
Natomiast zaczelam rozwazac kwestie jak tez moze wygladac nietypowy murzyn.... Ja tu laciatych widzialam, albinosi tez sie trafiaja, ale w kontekscie Mnieszkównej to mnie zafrapowalo...
Marija - Śro 21 Mar, 2007 15:01
| Anaru napisał/a: | | Stoleczków, czy tez jakichs pojemniczków, nie pamietam... | W powozowni, tam jest jakiś salon myśliwski i takie "trofea" ??: .
Alison - Śro 21 Mar, 2007 15:39
| Marija napisał/a: | | QaHa napisał/a: | | ach jaki soczyście przyrodniczo-rodzinny kawałek | I znowu Waldemar zgniatał Stefcię...to jest chciałam rzec ręce Stefciowe. Ali pisze jak z nut, podejrzewam, że posiada nieznane rękopisy Mniszkówny ... |
Nic z tych rzeczy! Posiadam jeno dozgonne uwielbienie dla Jej weny, która mi się okresowo, w stresie objawia
QaHa - Śro 21 Mar, 2007 16:08
ja tam w stresie dziergole na szydełku
Kaziuta - Śro 21 Mar, 2007 16:25
Alison cudownie. Kiedy ty to zdąrzyłaś napisać ?
Anonymous - Śro 21 Mar, 2007 16:43
| Marija napisał/a: | | znowu Waldemar zgniatał Stefcię...to jest chciałam rzec ręce Stefciowe.. |
A co innego pozostało mu do gniecenia?
| QaHa napisał/a: | ja tam w stresie dziergole na szydełku |
A matuchna dzierga i cieniuje słowami niczym Stefcia pamiętną symfonię ...
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 16:58
| Alison napisał/a: | | Bawełnę Waldemar sprowadzał z Północnej Anglii z Milton. Polecono mu tamtejsze manufaktury, a szczególnie jedną, Marlborough Mills, którą zarządzał niejaki John Thornton, jako dostawcę doskonałej jakości surowca. Waldemar sprowadzał stamtąd bawełnę, którą na miejscu rozprowadzał w ochronkach, gdzie starsze dziewczęta uczyły się tkania i krawiectwa. |
Nie moglam sobie odmowic zacytowania tego rozkosznego fragmenciku!
I jakie sprytnie nawiazanie
Kaziuta - Śro 21 Mar, 2007 17:06
Nie uważacie siostry, że czegoś brakuje.
Był ślub, potem nic, a teraz juz pojawi sie potomek? Jakś cud.
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:08
A noc poslubna?
Nie, chyba Alison sie zarzekala, ze jej nie napisze ...
Marija - Śro 21 Mar, 2007 17:09
Tak, była stanowcza w uporze . W podtekście "same sobie piszcie" .
Alison - Śro 21 Mar, 2007 17:14
| Kaziuta napisał/a: | Alison cudownie. Kiedy ty to zdąrzyłaś napisać ? |
Wymyśliłam wczoraj w tej klinice, a napisałam dziś rano. Mam już dwa następne kawałki. Jak kcecie to mogę jeszcze kapnąć :razz:
A co do "międzyczasu" czy ja naprawdę muszę dorosłym kobietom pisać jak się dzieci konstruuje? Wiem, że lubicie o tym czytać, ale zostawmy państwu ordynatostwu jakieś chwile intymne, tylko dla nich
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:15
Ja tam bym nie zostawiala
Alison - Śro 21 Mar, 2007 17:18
| Gosia napisał/a: | Ja tam bym nie zostawiala |
To siadaj i pisz! Sama się kfaliłaś, że masz talent.
Nie ukrywam, że też bym sobie poczytała :oops: :razz:
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:20
Ja sie chwalilam, ze mam talent? Nie przypominam sobie.
Jak znajdziesz takie moje slowa, to wtedy usiade i napisze ten fanfik.
Ale poniewaz nie znajdziesz, to powiem: A gucio!
Marija - Śro 21 Mar, 2007 17:24
Może będziemy pisać po jednym zdaniu? Wtedy nie wiadomo, na którą padnie scena, eeee.....finałowa (szczytowa chciałoby się rzec :oops: ).
Alison - Śro 21 Mar, 2007 17:26
| Gosia napisał/a: | Ja sie chwalilam, ze mam talent? Nie przypominam sobie.
Jak znajdziesz takie moje slowa, to wtedy usiade i napisze ten fanfik.
Ale poniewaz nie znajdziesz, to powiem: A gucio! |
O Ty podstępniku! Wycięłaś to! Ale ja mam pana Freuda za świadka, że nawet przejęzyczając, się pochwaliłaś i nie ominie Cię ta prokreacja mój drogi Gosiałku
A póki się nie zbierzesz, to ja jeszcze ciążek dalszy:
Stefcię, odprowadzono do sypialni. Bóle się nasiliły. Mimo iż czas mijał, rozwiązanie nie następowało, a Stefcia cierpiała bardzo, stopniowo tracąc siły. Ordynat szalał z rozpaczy, nie potrafiąc ulżyć ukochanej. Ona sama, już nawet nie chciała mieć go przy sobie. Tak bardzo pragnęła tego dziecka, ale zmęczenie chwilami sprowadzało myśli: Boże miłosierny, niech to się już skończy, wszystko jedno jak, ale niech się skończy, już więcej nie zniosę...
Doktor Jastrzębski z niepokojem spoglądał na młodą ordynatową, popatrywał też na panią Rudecką, która na krok nie odstępowała córki. W końcu postanowił skonsultować się telefonicznie ze swoim warszawskim kolegą po fachu. Po krótkiej, rzeczowej rozmowie, zatroskany postanowił wrócić do pacjentki. Po drodze stanął przed nim Waldemar, z poluzowanym krawatem, włosami w nieładzie, z taką rozpaczą w twarzy, że ledwie go można było rozpoznać.
- Powiedzże mi pan, na miłość boską, co się dzieje? Dlaczego ona tak cierpi? Dlaczego to tak długo trwa? Zaraz świtać będzie, ona mi już całkiem z sił opadła!!! - krzyczał Waldemar.
- Panie ordynacie - spokojnie odpowiedział doktor - tak czasem bywa. Pani ordynatowa jest bardzo młoda, drobnej budowy, przeszła straszną infekcję. Wprawdzie organizm się zregenerował, ale pierwsze dziecko zazwyczaj rodzi się dłużej. Niech pan będzie dobrej myśli.
- Ale ja już tego dłużej nie zniosę! Gdybym wiedział!
- To co by pan zrobił? Niech pan się uspokoi, niech pan wyjdzie na powietrze, tu pan nic nie pomoże. Panie ordynacie, wszystko będzie dobrze, proszę mi wierzyć - odpowiedział doktor, siląc się na spokój, choć sam wielce niepokoił się o życie swojej podopiecznej.
Waldemar idąc za radą doktora, wypadł półprzytomny z zamku na dzidziniec, nocny chłód nieco go otrzeźwił. Poszedł w kierunku stajni. Osiodłał Apolla i postanowił popędzić przed siebie, by uspokoić napięte do granic, nerwy.
Noc była przepiękna, księżyc w pełni rozświetlał wszystko, tłumiąc swoim srebrnym blaskiem miliardy gwiazd. Tylko te największe, najsilniej świecące, szły z nim w zawody o siłę blasku. Stare parkowe drzewa rzucały na ziemię czarne, złowieszcze cienie. Ordynat puścił się galopem, tak, że końskie boki już wkrótce okryły się pianą. Pęd powietrza ostudził nieco, rozszalałe z niepokoju zmysły. Myśli, które przez jakiś czas opuściły rozgorączkowaną głowę powróciły, choć dalej kotłowały się bezładnie. Ordynat w rytm końskiego galopu błagał bezgłośnie:
- Boże proszę cię, błagam, nie zabieraj mi jej, proszę, nie rób mi tego, proszę! Zrobię co chcesz, nie dotknę jej więcej, tylko proszę, niech nie umiera, proszę, błagam cię na wszystko co jest mi drogie, Boże mój...
Chrapliwy koński oddech ogłosił Waldemarowi, że zwierzę potrzebuje odpoczynku. Zatrzymał się więc, zeskoczył na ziemię, puszczając Apolla luzem. Koń dyszał ciężko, trzepał łbem, zrzucając z siebie płatki piany. Odszedł powoli w stronę pokrytych rosą łąk, chłodząc w niej rozpalone chrapy i skubiąc, od czasu do czasu, pojedyncze zioła. Ordynat stanął plecami do ściany ciemnej zieleni parku. Wzrokiem ogarniał łąki i szuwary ciągnące się aż po horyzont. Na jego linii łączącej niebo z ziemią, poczęła różowić się poranna zorza. Z minuty na minutę, brzask mocując się z nocą stopniowo wygrywał w tych zapasach, rozjaśniając niebo, poświatą, schowanego jeszcze za horyzontem słońca. Waldemar zachwycił się tym świetlnym przedstawieniem, przez chwilę serce i myśli odpoczęły od nękającego je niepokoju. Na szczycie starego, uschniętego połowicznie dębu, ciemny punkcik rozpoczął swój poranny popis na chwałę rodzącego się dnia. Waldi podniósł głowę, w kierunku tego śpiewu, uśmiechnął się do kosa, jakby ten oznajmiał mu jakąś dobrą nowinę. Po chwili w oddali wytrysnął w niebo snop oślepiającego światła, jak gejzer, który pośród lodowca wyrzuca z siebie parujący strumień wody. Światło wschodzącego słońca zdawało się ogrzewać serce Waldemara, jakby dodając mu otuchy i dusząc w zarodku wszystkie złe myśli, które jak nocne zmory zatruwały mu duszę. W tej chwili od strony zamku dał się słyszeć narastający tętent końskich kopyt. Ordynat odwrócił się w tamtą stronę. Spomiędzy drzew wyłoniła się silna, rosła postać Jura, pędzącego co koń wyskoczy. Serce ordynata boleśnie się skurczyło: Nie, proszę, tylko nie to...- szepnął zbielałymi wargami.
Jur niemal w biegu zeskoczył z konia wołając:
- Panie ordynacie! Jest! Już po wszystkim! Jest! Syn!
- Co? Co ty mówisz? A moja żona? - wykrztusił ordynat.
- Wszystko dobrze. Doktor kazał pana zaraz zawiadomić. Oboje zmęczeni, ale zdrowi. - wysapał Jur.
- Chłopie kochany! - rzucił się Waldemar, obejmując go z całej siły.
- Ale, panie ordynacie... jakże to tak, niech pan jedzie, ja konia przyprowadzę - jąkał zmieszany stajenny, wysuwając się z tych nieoczekiwanych objęć, jeszcze nigdy swojego pana w takim stanie nie widząc.
Waldemar wydał z siebie okrzyk radosny, ale tak głośny i gwałtowny, że biedny kos, ze strachu zamilkł i opuścił czubek starego dębu, przenosząc się na wszelki wypadek na inne, bardziej oddalone drzewo. Ordynat jednym susem wskoczył na konia i popędził jak wicher do zamku. Jur stał jeszcze i uśmiechając się, popatrywał za swoim panem, a serce radowało się szczęściem tych dwojga, za których on sam chętnie oddałby życie.
cdn...
Marija - Śro 21 Mar, 2007 17:29
Super :grin: . A teraz obszerna retrospekcja, jak syna zrobiono...
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:33
| Alison napisał/a: | | Zrobię co chcesz, nie dotknę jej więcej |
Ani chybi, ordynat oszalal
Piekny fragmnet o tym ptaszku :grin:
Marija - Śro 21 Mar, 2007 17:34
| Gosia napisał/a: | | Alison napisał/a: | | Zrobię co chcesz, nie dotknę jej więcej |
Ani chybi, ordynat oszalal | No to może c.d. o tym, jak ordynat zamierza pójść do klasztoru, jak pan Wołodyjowski?
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:37
Jeszcze dodam, ze przypomina mi ten tekst fragment "Rodziny Polanieckich", gdy Stach martwi sie o zone i biegnie szukac doktora, a potem w tej koszuli i kamizelce (chyba dobrze pamietam?) czuwa i prawie zasypia, czekajac na rozwiazanie, a potem ofiaruje lekarzowi wszystko, co by zechcial, a gdy ten prosi tylko o kawe, caluje go w reke. To takie wzruszające...
Widze, ze i ordynat tak samo ... To jest facet!
Alison - Śro 21 Mar, 2007 17:47
No to troszkę Was rozczaruję, ale tylko troszkę, bo też się kocham w TAKIM ordynacie
Wpadłszy na dziedziniec, Waldemar rzucił lejce jakiemuś służącemu czekającemu przy wejściu, a sam popędził na złamanie karku po schodach, do sypialni. Wpadł jak burza do pokoju, gdzie w białej, haftowanej w białe lilie, batystowej pościeli leżała Stefcia, z włosami w nieładzie, z pojedynczymi kosmykami przyklejonymi do czoła. Jej słodka twarzyczka wciąż jeszcze cała zarumieniona z wysiłku, spoczywała na ogromnej poduszce. Oczy otwierała wolno i zaraz sennie opuszczała powieki, walczyła z sennością, ale chciała jeszcze, zanim zaśnie, zobaczyć Waldemara.
- Waldi - szepnęła nieswoim głosem - gdzie byłeś? Bałam się...
Waldemar przypadł do niej, chwycił jej małą, drobną dłoń, leżącą bezwładnie na kołdrze i przycisnął do ust. Uwielbiała to delikatne łaskotanie jego wąsów. Uśmiechnęła się.
- A słyszałeś jaka byłam dzielna? Urodziłam ci pięknego syna. Widziałeś go? Zobaaacz - ziewnęła, westchnęła głęboko i zasnęła krzepiącym snem.
Waldemar pocałował ją w czoło, odgarnął jej włosy i przez chwilę wpatrywał się w swój skarb z wielkim rozczuleniem. Nagle coś zakwiliło. Odwrócił się. Za jego plecami stała pani Rudecka z maleńkim zawiniątkiem na rękach. Waldemar wstał i pochylił się nad zawiniątkiem, chcąc przywitać się ze swoim pięknym pierworodnym. Spomiędzy białych prześcieradeł wychynęła, wykrzywiona grymasem twarzyczka maleńkiego staruszka. Dziecko miało dziwny, błękitnawy kolor, pomarszczona skóra na buzi i maleńkiej rączce, którą położyło na policzku, w ogóle nie przypominała delikatnej, różowej skóry niemowląt, jakie zdarzało się Waldiemu widzieć. Zdziwiony uniósł brwi, uśmiechnął się przestraszony do teściowej, odchrząknął niezręcznie i szybko wyszedł z pokoju. Pani Rudecka zaskoczona spojrzała najpierw na Stefcię, ta na szczęście spała, oddychając spokojnie, a potem na doktora Jastrzębskiego. Ten z kolei, zaśmiał się cicho i wyszedł za ordynatem. Zastał go siedzącego na korytarzu, wpatrującego się niewidzącym wzrokiem w przeciwległą ścianę.
- Panie ordynacie - szepnął - proszę się nie niepokoić. Wszystkie noworodki tak wyglądają. A pański syn do tego jest bardzo zmęczony ciężkim porodem, poza tym urodził się trochę za wcześnie, ale jest silny i zdrowy, poradzi sobie.
Waldemar spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem - Tak? A dlaczego taki...
- Brzydki? - dokończył za niego, śmiejąc się, doktor - Mówiłem panu, że zmęczony i trochę wcześniak. Niedługo wyładnieje, niech mi pan wierzy.
- Naprawdę? - Waldemar spojrzał bezradnie.
Doktor roześmiał się szczerze - Panie ordynacie, niech pan nie ma wyrzutów sumienia. Wielu ojców ma taką samą minę jak pan teraz. Matki zachwycają się swoimi dziećmi od pierwszej sekundy, ojcowie potrzebują trochę więcej czasu. Zobaczy pan, już jutro synek będzie dużo lepiej wyglądał. A teraz zalecam panu - dorzucił śmiejąc się doktor - żeby się pan położył i wyspał, bo widzę, że pan tak samo wykończony. Jak żona pana zobaczy, gotowa zasłabnąć ze strachu. Przy następnym dziecku wszystko pójdzie już lepiej.
- Przy następnym?! - zerwał się Waldemar - Boże wielki! Drugi raz już bym chyba tego nie przeżył! Już bym do reszty osiwiał, mówię panu, pan nie wie, co ja przeżyłem!
- Panie ordynacie, ja mam czworo dzieci. Trzech synów i córkę - odpowiedział dumnie doktor Jastrzębski.
- Nooo... - wyjąkał Waldemar z niejakim podziwem - to ja się chyba jednak pójdę położyć.
Gosia - Śro 21 Mar, 2007 17:51
Matylda - Śro 21 Mar, 2007 18:14
wykrzywiona grymasem twarzyczka maleńkiego staruszka. Dziecko miało dziwny, błękitnawy kolor,
A może to z powodu dużej ilości błękitnej krwi ??:
Straszne
|
|
|