To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2

Alison - Śro 19 Wrz, 2007 07:37

Rozdz. VI. cz. 3
Wszystko wewnątrz Darcy'ego wyciszyło się, gdy tylko zadał sobie trud dojścia do siebie po zaskoczeniu jakiego doznał w związku z prośbą Manning'a. Jak powinien mu odpowiedzieć? To tyle za sobą pociągało: lata całe tego, co Manning prawidłowo nazwał "antagonizmem", z którego on czerpał siłę, wpychanie Georgianie "przyjaciółki", którą nie ona sobie wybrała i wzrost kontaktów z Manning'iem, co było jasne dla nich obu. Nie ma co wspominać o dawnych związkach z rodziną będącą w poważnych towarzyskich i finansowych tarapatach, której jeden z jej członków wyrzekł się zbuntowany! Spoglądając przez zwężone oczy na człowieka po drugiej stronie stołu, szukał czegokolwiek, co wskazywałoby na jakieś uczucie dla trudności siostry poza irytacją i pragnieniem żeby zostać zwolnionym z odpowiedzialności za nią. Fakt, że Manning przyszedł do niego po pomoc był nieskończenie zdumiewający, oraz że rozmawiał z nim przychylniej niż wynikałoby to z wpływu jaki siostra miała na jego zasoby finansowe, ale twarde spojrzenie i aroganckie zachowanie z jakimi oczekiwał na jego odpowiedź, skutecznie hamowały okazanie mu cieplejszych uczuć. Gdyby się zgodził, okazałoby się, że nie ma żadnej różnicy między lekceważeniem jakie Manning mu okazywał, lekceważeniem, którego nigdy nie rozumiał, ani nigdy nie dowiedział się czym sobie na nie zasłużył. Musiał mu jakoś odpowiedzieć, ale do diabła jak? Jeśli jest jakaś sprawiedliwość na świecie powinien skorzystać z okazji, żeby...
"Chociaż sprawiedliwość jest twoją wymówką..." - kiedy jego szczęki zacisnęły się by wygłosić odmowę, łagodne przyrzeczenie Georgiany, że będzie jego Porcją, jego orędowniczką, akurat mu się przypomniało -"...modlimy się o miłosierdzie". Czym innym byłaby jego prośba o sprawiedliwość niż zemstą za jego urażoną dumę? W jego zmaganiach, czyż nie byłoby to miłodzierdziem Georgiany czy czymś szorstkim a'la Dy, gdyby mu pomógł? Czyż nie jest to okazja do zastosowania się do ich nauk?
- Zatem? - warknął Manning, przygotowując wargi do wymuszonego uśmiechu kiedy już usłyszy odmowę.
- Czy czwartek rano pasowałby pannie Avery? - zapytał Darcy - Na przykład o jedenastej?
Zaskoczenie na twarzy Manninga, które zauważył, było warte każdej krzty oporu jaki stawiał lepszym od siebie aniołom Miłosierdzia.
- Zgadzasz się? A niech mnie licho! - Manning zaskoczony zagłębił się bardziej w fotelu.- Darcy, niech cię diabli porwą! - dorzucił po paru chwilach ciszy - Nie spodziewałem się...ale to nie ma nic do rzeczy. Tak, o jedenastej w czwartek. Bella będzie zachwycona. - podniósł się i z zakłopotaniem wyciągnął rękę - Dzi-dziękuję ci.
- Bardzo proszę - Darcy uścisnął dłoń jego wysokości. Postąpił właściwie, teraz był o tym przekonany, ale to przeświadczenie nie wiązało się z koniecznością spędzenia więcej czasu z Manning'iem niż było to absolutnie konieczne - Teraz już muszę do domu. Mogę cię gdzieś podrzucić, Manning?
- Nie, nie - szybko odpowiedział jego wysokość, najwyraźniej czując się nieswojo z tym nowym sposobem odnoszenia się do niego - Zajrzę jeszcze do White'a a potem moja tancerka będzie na mnie czekać... - rzucił i wzruszył ramionami - Do czwartku.
- Do czwartku - skinął szybko opuszczając Manninga i klub. Schodząc po schodach na chodnik, Darcy uśmiechnął się, widząc Harry'ego zeskakującego z powozu, żwawo otwierającego drzwiczki i opuszczającego stopnie.
- Dobry wieczór panie Darcy, sir - powiedział służący odgarniając grzywkę.
- Dobry wieczór Harry - odpowiedział Darcy, kiedy wchodził na stopnie - Powiedz James'owi, że jedziemy do domu. Mam już dosyć jak na jeden wieczór.
- Mam nadzieję, że był dobry, sir.
- Och, był niezwyły, Harry! Powiedziałbym, że to dowód na twoje stwierdzenie.
- Które, sir?
- Że ludzie z towarzystwa są bardzo dziwni - zacytował rozsądną uwagę Harry'ego.
- Hmm - chrząknął Harry - Nie chciałem tego udowadniać! - chciał zamknąć drzwi ale cofnął się o krok i spuścił głowę, niemal zgorszony swobodą własnych słów - Błagam o wybaczenie, panie Darcy!
- Zamknij drzwi, Harry.
- Tak jest, sir.
Drzwi się zamknęły, ale Darcy czekał tylko aż Harry wróci na dach powozu, nim poddał się zabawnej prawdzie filozofii swojego służącego. Słowo "dziwny" dokładnie opisywało podchody Manninga przez cały wieczór i osobliwe porozumienie jakie zawarli. Ale kiedy powóz, pod pewną ręką Jamesa Coachman'a, zbliżył się do Grosvenor Square, rozbawienie całkowicie opanowało Darcy'ego. Słowo "dziwna" opisywało również propozycję jaką wkrótce miał złożyć Georgianie w związku z nieszczęsną Arabellą Avery.

Maryann - Śro 19 Wrz, 2007 08:49

No nie mówiłam, że ideał ? :wink:
Marija - Śro 19 Wrz, 2007 09:00

"Non sunt multiplicanda entia sine necessitate"
:uzi: [tu stoi Pamela] :twisted:

Marija - Śro 19 Wrz, 2007 09:06

"Istnień nie należy mnożyć ponad potrzebę". Fałszywą erudycją pokrywam fakt, że mi się postaci Pamelowe po.....ły. :mrgreen:
Maryann - Śro 19 Wrz, 2007 09:13

Nie narzekaj na Pamelę. :wink: Ja wczoraj - w celach porównawczych - zrobiłam sobie repetę z innego Darsikowego fanfika. Uoooj... Chyba już wolę nadmiar wątków pobocznych i cytaty z Szekspira co pół strony, niż drewnianego Darcy'ego tuż po pierwszych oświadczynach dziwiącego się swoim w pamiętniku, że go w ogóle na tą plebanię zaniosło...
Marija - Śro 19 Wrz, 2007 09:46

Hihi, pamiętnik drań pisze w fanfiku? :mrgreen:
Maryann - Śro 19 Wrz, 2007 09:50

Hihi. To jest fanfik w formie pamiętnika. "Darcy's diary" się nazywa. Jak dla mnie mało udany ten pamiętnik - i jego autor takoż.
On jest nawet mało "draniowaty". Takie drewniane lelum-polelum.

asiek - Śro 19 Wrz, 2007 18:59

Maryann napisał/a:
No nie mówiłam, że ideał ?

Widać, że chłopak się stara. :-) Trenuje przed spotkaniem z Wickham'em i Lidią. :wink:

Alison napisał/a:
Mogę cię gdzieś podrzucić, Manning?

Taaa...przed klubem Porsche grzeje kopyta. :wink:

Caroline - Czw 20 Wrz, 2007 11:02

Rozdział VI, cz.4

~~~~~~~~~~~~~~~&~~~~~~~~~~~~~~~

Piątek, 1 maja 1812
- Nie potrafię ci powiedzieć, jaka to ulga być znów w Londynie – panna Bingley przyjęła z rąk Georgiany filiżankę herbaty i usadowiła się wygodnie na krześle. - Sklepy i teatry w Scarborough są nic niewarte, nieważne, co moja ciotka o nich mówi! Możesz sobie wyobrazić, Georgiano, jak tęskniłam do cywilizacji.
Darcy obserwował swoją siostrę, jak odpowiadała z uprzejmie grzecznym uśmiechem nalewając kolejną filiżankę Bingleyowi.
- Nie było tak źle – Bingley spojrzał na niego – chociaż przyznam, że czuję się swobodniej tu, w Londynie, niż pośród naszych krewnych i starych znajomych naszych rodziców w Scarborough. Obawiam się, że straciliśmy z nimi kontakt. To zupełnie inne życie. – zakończył z namysłem, ale po chwili dodał – Minęły tygodnie odkąd ostatnio tu byliśmy! Jak twoja wizyta w Kent, Darcy? Zapewne było cieplej niż u nas na północy.
- Tak... cieplej – przyznał pośpiesznie. Jak ciepłe były te dni z Elizabeth, a potem na końcu, jakże zimne! Georgiana spojrzała mu w oczy posyłając mu uśmiech. Skinął do niej z podziękowaniem. - Ale nie trwało to długo. Obaj z Fitzwilliamem byliśmy więcej niż uszczęśliwieni mogąc wrócić do miasta.
- A twój portret, Georgiano – głos panny Bingley przełamał ciszę, która zapanowała między nimi – tak mi przykro, że przyjechaliśmy za późno, by go zobaczyć. Czy na Odsłonięciu było wiele osób? - zamilkła, a po chwili sama dodała z gardłowym śmiechem. - Ależ oczywiście, że tak. Powinnam raczej spytać, kto przybył. Śmiało, możesz chwalić się swoim triumfem między nami.
Co za zachęta! Darcy spojrzał surowo na siostrę Bingleya, zastanawiając się po raz kolejny, jak mogła tak słabo rozumieć Georgianę. Źle pojmując jego spojrzenie posłała mu ukradkowy uśmiech, który miał wyrażać ich porozumienie w tej sprawie, on jednak odmówił wzięcia w nim udziału.
- Jest pani w błędzie, panno Bingley, zgodnie z życzeniem mojej siostry nie rozesłałem żadnych zaproszeń. Portret został odsłonięty jedynie przed rodziną i jest teraz w drodze do Pemberley.
- Doprawdy? - panna Bingley spoglądała z niedowierzaniem to na brata, to na siostrę.
- Takie było moje życzenie, panno Bingley, które mój brat zechciał spełnić – Georgiana podała mu filiżankę z łagodnym uśmiechem. - Jest dla mnie bardzo dobry, prawda? - uśmiechnęła się niepewnie, a panna Bingley skinęła zgadzając się z nią.
- Jakie macie plany teraz, po powrocie – Darcy postanowił odsunąć temat rozmowy od siebie. - Towarzystwo już wkrótce wprost eksploduje aktywnością, a wy będziecie bardzo poszukiwani.
- Jeszcze nie zdecydowałem – Bingley odstawił filiżankę. - Moje biurko jest zasłane zaproszeniami i notkami.
Skinął ze zrozumieniem.
- Musisz trzymać wszystko na wodzy, Bingley, i nie pozwolić się porwać towarzyskiemu wirowi, w przeciwnym razie przyjacielu, skończysz na uboczu.
Bingley uśmiechnął się ponuro.
- Będę miał w pamięci twoją radę. To tylko początek...
- Rozmawiałem o tym właśnie z Hinchcliffem.
- Z Hinchcliffem?! – zawołał jego przyjaciel, nadzieja rozjaśniała jego rysy.

Alison - Czw 20 Wrz, 2007 11:31

A jakie on może mieć nadzieje w związku z Hinchcliffem? :mysle:
Maryann - Czw 20 Wrz, 2007 11:51

Caroline napisał/a:
Jak twoja wizyta w Kent, Darcy? Zapewne było cieplej niż u nas na północy.
- Tak... cieplej – przyznał pośpiesznie.

No rzeczywiście cieplutko było. Oparzenia do tej pory kuruje... :mrgreen:

trifle - Czw 20 Wrz, 2007 20:03

I w końcu po bojach z wątkami salonowymi dotarłam tutaj. Tylko 20stron do nadrobienia :banan: Ciekawe, ile w tym psów i krawatów i jak tam Darcy ;) .
No i w ogóle :co_stracilam: To biorę się do dzieła.

Caroline - Pią 21 Wrz, 2007 09:09

Rozdział VI, cz.5

- Dokładnie – Darcy uśmiechnął się widząc ulgę na twarzy Bingleya na wspomnienie jego wspaniałego sekretarza. - Jest zdania, że jego siostrzeniec może zacząć służbę u ciebie jako podsekretarz do spraw towarzyskich, jeśli cię to zadowala.
- Zadowala! Ja myślę!
- W takim razie załatwione. Może zgłosić się do ciebie jutro?
- Jutro? Tak! Może przyjść choćby dziś. Poślę notkę w tej chwili, jeśli pozwolisz.
- Naturalnie! - Darcy skierował go do drzwi i zwrócił się do siostry – Wybaczcie nam.
Gdy już znaleźli się w gabinecie, podsunął mu kartkę papieru przez biurko i otworzył kałamarz, gdy Bingley podsuwał sobie krzesło.
- Nie mógł pojawić się w lepszej chwili – Bingley uśmiechał się biorąc pióro podsuwane mu przez Darcyego, po czym zagryzł wargi przejęty powagą sprawy, zanurzył pióro i zabrał się do pisania. Darcy siedział obserwując Bingleya skupionego na swojej notce, zadowolony, że jego pomoc była przydatna i przyjęta tak chętnie.
- Gotowe – zawołał jego przyjaciel stawiając ozdobną kropkę nad “i” w swoim nazwisku i podsuwając mu kartkę. - Powiedz mi, czy to jest do przyjęcia. Nie zaryzykuję złej opinii u Hinchcliffa z powodu literówki.
Szybko przeczytał krótką notkę, ale gdy spojrzał na przyjaciela chcąc go zapewnić, że wszystko jest w porządku, przyłapał go na czymś, co można by nazwać nagłym przygnębieniem. Wzrok miał rozkojarzony, linie uwypuklane zazwyczaj przez uśmiech zniknęły. Nawet ramiona miał opuszczone a na czole pojawiła się zmarszczka między brwiami. Gdy Darcy spojrzał z powrotem na notkę, jego zadowolenie zniknęło. Kartka mająca ulżyć jego przyjacielowi w obowiązkach towarzyskich, którą trzymał w ręku, nie mogła uleczyć bólu serca, który go ogarniał. Gdy skupiał swoją uwagę na notce, nagle ogarnęła go fala smutku. Cóż za żałosną parę stanowili! Związani teraz czymś więcej niż przyjaźnią, byli jednocześnie w niewoli u sióstr Bennet, a z powodu jego interwencji, obaj cierpieli ze świadomością, że resztę dni spędzą żyjąc połowicznie. Tak, Charles kochał Jane Bennet równie mocno, jak on kochał Elizabth. Teraz to widział. Co gorsza dla Bingleya, Jane Bennet jego także kochała, jeśli można wierzyć Elizabeth, a on wierzył Elizabeth. Co za przekleństwo, że sam siebie uczynił arbitrem w miłości! Wprowadził Bingleya w błąd, niewybaczalnie i arogancko w sprawie, w której Bingley powinien postępować zgodnie z własnym sercem, bez jego wpływu i interwencji. Jak można zrekompensować tak krzywdzący błąd? Nawet ta grzeczność, którą mu właśnie wyświadczał pachniała poczuciem wyższości.

Alison - Pią 21 Wrz, 2007 09:15

No, zaczyna w końcu myśleć, jak facet, w którym kocham się od dzieciństwa :wink:

zawołał jego przyjaciel stawiając ozdobną kropkę nad “i” w swoim nazwisku - czyżby kółeczko, albo nie daj Boże serduszko? :shock: :wink:

Carolku :kwiatki_wyciaga:

Maryann - Pią 21 Wrz, 2007 09:18

Caroline napisał/a:
Co za przekleństwo, że sam siebie uczynił arbitrem w miłości! Wprowadził Bingleya w błąd, niewybaczalnie i arogancko w sprawie, w której Bingley powinien postępować zgodnie z własnym sercem, bez jego wpływu i interwencji. Jak można zrekompensować tak krzywdzący błąd? Nawet ta grzeczność, którą mu właśnie wyświadczał pachniała poczuciem wyższości.

Zrozumiał ? Lepiej późno, niż wcale... :?

Gunia - Pią 21 Wrz, 2007 12:32

Ale z niego korniszon. Zamiast schować strzępy godności w kieszeń i powiedzieć jasno przyjacielowi, że ma pewne powody, by podejrzewać, że zaszło nieporozumienie, jeśli już nawet nie chciał mówić całej prawdy, to on rozważa jakie przysługi mu jeszcze wyświadczyć. To podłe, tym bardziej że tak dobrze wiedział, jakie męki przeżywa jego przyjaciel. :?
Maryann - Pią 21 Wrz, 2007 12:37

Może, a nawet na pewno powinien powiedzieć Bingleyowi prawdę. Ale on chyba bardziej lub mniej świadomie chciałby go po prostu "wyleczyć" z tej miłości do Jane. No bo przecież gdyby Bingley jednak się z nią ożenił, to on jako jego przyjaciel nie uniknąłby raczej częstych spotkań z Lizzy. A tego by chyba nie zniósł...
trifle - Pią 21 Wrz, 2007 13:44

Nie było psów i krawatów, za to afera szpiegowska :thud: To ja myślałam, że po tak długim czasie nieobecności mojej oni w końcu dojadą do Derby, a tu dalej nic. Masakra :thud:
Maryann - Pią 21 Wrz, 2007 13:47

trifle napisał/a:
myślałam, że po tak długim czasie nieobecności mojej oni w końcu dojadą do Derby

A oni tylko przez pub dojechali do konfesjonału... :mrgreen:

Gunia - Pią 21 Wrz, 2007 14:33

Cytat:
Może, a nawet na pewno powinien powiedzieć Bingleyowi prawdę. Ale on chyba bardziej lub mniej świadomie chciałby go po prostu "wyleczyć" z tej miłości do Jane. No bo przecież gdyby Bingley jednak się z nią ożenił, to on jako jego przyjaciel nie uniknąłby raczej częstych spotkań z Lizzy. A tego by chyba nie zniósł...

Beznadziejny przypadek. :?

Maryann - Pią 21 Wrz, 2007 14:36

Pies ogrodnika po perostu... :?
asiek - Pią 21 Wrz, 2007 23:57

Caroline napisał/a:
Wzrok miał rozkojarzony, linie uwypuklane zazwyczaj przez uśmiech zniknęły. Nawet ramiona miał opuszczone a na czole pojawiła się zmarszczka między brwiami.

Swoją drogą cóż miłość robi z człowieka ? :confused3: Bidny Bingley'jek. :(

Caroline napisał/a:
Wprowadził Bingleya w błąd, niewybaczalnie i arogancko w sprawie, w której Bingley powinien postępować zgodnie z własnym sercem, bez jego wpływu i interwencji. Jak można zrekompensować tak krzywdzący błąd?

Kolejny punkt dla Darsika, jeszcze trochę, a znów będziemy go kochały na zabój. :serce:

Kochane ABT, :thanx:

Maryann - Sob 22 Wrz, 2007 10:13

asiek napisał/a:
Kolejny punkt dla Darsika, jeszcze trochę, a znów będziemy go kochały na zabój. :serce:

A myśmy w ogóle kiedyś przestały ? :wink:

asiek - Sob 22 Wrz, 2007 10:50

Maryann'ku byłam pewna, że zadasz to pytanie. :-D :wink:
Jako znawczyni pamelkowego dzieła noisz w :serce2: Darsika w wersji lukrowanej- tego z finałowej sceny. :wink: A reszta czytelnictwa / pr.aut.Al / miewa wzloty i upadki. :wink:

Maryann - Sob 22 Wrz, 2007 11:05

Żadne tam "lukrowane wersje". :roll: Lukru od dziecka nie znoszę.
Ja po prostu wyznaję teorię, że "kochać to znaczy wybaczać". :wink:
No bo powiedz sama: czy jak dziecku "prawisz kazania", to znaczy, że je mniej kochasz ? :wink:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group