Literatura - Proza i poezja - Kicz czy literatura ?
Gosia - Pon 19 Mar, 2007 20:57
Jak sobie pomyśle o tym, jak lud byl traktowany w XIX wieku, jak wykorzystywano wtedy i za nic miano tych biednych chlopow, w jakich warunkach mieszkali, to dreszcz mnie przechodzi.
Kiedy marzymy o tym, ze chcielibysmy sie cofnac w czasie i zyc w XIX wieku, to nie myslimy o tym, ze pewnie nie mieszkalibysmy w bialym dworku.
Wiekszosc mieszkala wtedy w czworakach, uprawiala cudzą ziemie i klaniala sie nisko dziedzicom.
A wracajac do "Trędowatej" - taki pan jak ordynat, byl jednak kims wyjątkowym
Anonymous - Pon 19 Mar, 2007 21:11
dlatego wlasnie nigdy nie marzyłam o przenosinach w czasie.
Jest mi dobrze tak jak jest
Alison - Pon 19 Mar, 2007 21:30
Żeby było jasne, ja nie mam nic przeciwko kształceniu ludu i równaniu szans, ja jestem przeciwko temu jakie to pociąga za sobą skutki. Vide poziom naszych elit. I już nic więcej w tej sprawie nie będę mówić. Pst! :neutral:
Marija - Pon 19 Mar, 2007 21:34
Gosia - Pon 19 Mar, 2007 21:37
Co do poziomu elit, to bym tez polemizowala. Nie twierdzę, ze jest obecnie najwyzszy
Ale nawet wtedy, w dwudziestoleciu międzywojennym czy wczesniej, z elitami bywalo roznie
Marija - Pon 19 Mar, 2007 21:46
Zależy, jaką elitę mamy na myśli: intelektualną, artystyczną, majątkową, "rodowodową"? że już o politycznej nie wspomnę.
Gosia - Pon 19 Mar, 2007 21:47
Dlatego faktycznie lepiej zmienic temat, a raczej wrocic do Tredzi
Marija - Pon 19 Mar, 2007 21:53
Zaczynam tęsknić za czystym tekstem Mniszkówny, uzupełnionym czystym epilogiem Alison :razz: . Precz z elytami, najważniejsze są NASZE własne, osobiście wybrane Elity. Tylko że na kontynuacją "Trędzi" w Helenowym wydaniu to ja się nie piszę ??: .
GosiaJ - Wto 20 Mar, 2007 21:07
No to czytam sobie dalej... Ale szczerze mówiąc, to przyrody opisanie, w którym roi się od złota, srebra, brylantów - nuży mnie nieco. W wydaniu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, w krótkich formach - ta "natura w salonie mody" jest piękna. Ale w powieści męczącą się jednak zdaje.
A ten ordynat! Toż on posiadł najlepsze cechy Bogumiła Niechcica (to umiłowanie ziemi ), młodego Korczyńskiego czy Wokulskiego nawet (postępowy taki ), że już nie wspomnę o wrodzonej "dzikości" i namiętności jakoby Bohunowej - co to się rwie jak arab najlepszy pod ogładą pozorną i jeno patrzeć, jak wybuchnie... Ech!
:grin:
Marija - Wto 20 Mar, 2007 21:16
Właśnie się zastanawiam, czy nie zacząć od początku, wolniej i nie w szpitalu ??: . I pamiętając o zakończeniu Alison....
A może "Nad Niemnem" poczytamy? Wątek chyba gdzieś jest? W każdym razie ekranizacja wg mnie jest zupełnie udana i chętnie oglądam, jak gdzieś dopadnę . Też mezalians, anse i globusy, pełne kibici i w ogóle, dorodnie tam na ogół.
Trzykrotka - Wto 20 Mar, 2007 21:32
Marijo, trzymaj się w szpitalu!
Ja wolałabym Nad Niemnem niż Emancypantki, Madzi Brzeskiej jakoś znieść nie mogę
Marija - Wto 20 Mar, 2007 21:39
| Trzykrotka napisał/a: | | Marijo, trzymaj się w szpitalu! | Spokojnie, ja już dawno PO, trauma mi tylko dolega ździebko. I "Trędzia"na wieki mi się skojarzyła z Oddziałem Chirurgii Dziecięcej
Trzykrotka - Śro 21 Mar, 2007 00:03
No, niezłe powiązania!
Wiecie - Gosia ma rację. Trędzia słynie i o wiek wieków słynąć będzie z tego, że jest największym kiczem literatury polskiej. A gdyby tak oskrobać ją troszeczkę z języka pani Mniszkówny, ująć nieco brylanów, złota i różowości z opisów, skorygować tajfuny, wulkany, falujące nozdrza, uzdeczki i "w mętach społecznych zastosowanie", to w osobie ordynata zyskalibyśmy jednego z ulubionych bohaterów literackich!
No, ale cóż - pani Helena sama sobie nagrabiła. Czytam opis pawilonu myśliwskiego na wystawie. Na samą myśl o tych cudach popadam w nerwowy chichot:
Przy wejściu stał ogromny wypchany niedźwiedż trzymający w łapach metalowe wieszadło do kapeluszy.
No przecież na samą myśl o takim gadżecie upada moja wiara w gust ordynacki!! Wieszadło na niedźwiedziu!! Ale to jeszcze nic, bo dalej są trofea egzotyczne, w tym jeden tygrys bengalski, całkowicie wypchany.
Całe szczęście, ze nie częściowo!! I ukoronowanie dzieła:
Dział ten obsugiwał typowy Murzyn
Anonymous - Śro 21 Mar, 2007 01:58
nad Niemnem bardzo lubię.
BeeMeR - Śro 21 Mar, 2007 08:02
całkowite i niecałkowiete wypychanie zwierząt wraz z typowymi tubylcami oraz typowymi Murzynami to całkiem dobry początek dnia
Marija - Śro 21 Mar, 2007 08:31
Szczytem szczytów mniszkowszczyzny na początek dnia byłby typowy tubylczy Murzyn
Alison - Śro 21 Mar, 2007 11:36
| Trzykrotka napisał/a: |
Przy wejściu stał ogromny wypchany niedźwiedż trzymający w łapach metalowe wieszadło do kapeluszy.
No przecież na samą myśl o takim gadżecie upada moja wiara w gust ordynacki!! Wieszadło na niedźwiedziu!! Ale to jeszcze nic, bo dalej są trofea egzotyczne, w tym jeden tygrys bengalski, całkowicie wypchany.
Całe szczęście, ze nie częściowo!! I ukoronowanie dzieła:
Dział ten obsugiwał typowy Murzyn
|
Ja rozgryzałam tę konstrukcję zdań z dziwacznymi wtrętami i doszłam do wniosku, że to może chodzić o rytm zdania. To się zauważa dopiero kiedy czyta się na głos, ja często czytam w domu na głos, na zamówienie , więc zwracam na takie rzeczy uwagę.
Przeczytaj głośno, dwa poniższe zdania i powiedz, nie zwracając uwagi na treść, które ma ładniejszy rytm:
1. W pokoju stał jeden wypchany tygrys bengalski.
2. W pokoju stał tygrys bengalski, całkowicie wypchany.
I co? :grin:
Alison - Śro 21 Mar, 2007 11:41
A co do niedźwiedzia w charakterze wieszaka, to gdzieś, coś takiego widziałam. Nie wiem czy nie w Kórniku czy w Łańcucie. Tu nie rzecz była w guście, tu chodziło o myśliwskie trofeum, a do tego pomysł, żeby je zręcznie uczynić użytecznym, a nie tylko się nim w pokoju myśliwskim popisywać. Sala myśliwska w pałacu pszczyńskim - trudno tu oceniać gust twórcy, to epatowanie trofeami, ja jak widzę to zatrzęsienie poroży młodych koziołków, to wyć mi się chce, bo zaraz widzę stadko sarenek na leśnej polanie. :cry: ale takie były wtedy obyczaje...
Marija - Śro 21 Mar, 2007 11:44
W Łańcucie stoją nogi słoniowe (chyba) w charakterze słołeczków
migotka - Śro 21 Mar, 2007 13:51
| Gosia napisał/a: | Jak sobie pomyśle o tym, jak lud byl traktowany w XIX wieku, jak wykorzystywano wtedy i za nic miano tych biednych chlopow, w jakich warunkach mieszkali, to dreszcz mnie przechodzi.
Kiedy marzymy o tym, ze chcielibysmy sie cofnac w czasie i zyc w XIX wieku, to nie myslimy o tym, ze pewnie nie mieszkalibysmy w bialym dworku.
Wiekszosc mieszkala wtedy w czworakach, uprawiala cudzą ziemie i klaniala sie nisko dziedzicom.
|
tak mnie zawsze sprowadzali na ziemię z moich wyobrażęń jakby to było jakbym żyła w XIX wieku, moi przyjaciele
Alison - Śro 21 Mar, 2007 13:59
Moje Drogie, za Wasze kochane wspierające mnie w potrzebie serducha chciałabym się odwdzięczyć, w narazie jedyny mi dostępny, sposób. Oto maleńki suplemencik do "naszej" Trędzi", który postaram się troszkę pociągnąć. Narazie wstęp do szczęśliwego epizodu z życia państwa Michorowskich
Supplement
Maj szalał wokół Głębowicz w pełnym rozkwicie. W parku kwitły kasztanowce oblepione kandelabrami swych delikatnych kwiatów, na gazonach królowały smukłe tulipany i eleganckie, wyniosłe irysy. Alejki ośnieżone płatkami czeremchy odurzały ulatniającym się już bezpowrotnie, tego roku, zapachem. Łąki maiły się różowymi firletkami, białą rzeżuchą a bliżej strumieni złociły się kule pełników, jak zastępy słonecznych paziów, którym słońce udzieliło swego blasku, by opromieniały ziemię, gdy ono będzie odpoczywało wśród kłębiastych obłoków. W zamku panował nastrój radosnego oczekiwania, ale i lekkiego niepokoju. Stefcia, w pierwszych dniach czerwca, oczekiwała rozwiązania. Dobrze znosiła swój stan, nie odczuwała żadnych, typowych dla tego błogosławionego czasu, dolegliwości, ale czasem zmęczenie wszechobecną troską wszystkich domowników, dawało jej się we znaki. Ordynat zapatrzony w żonę jak w obraz, a trzeba nadmienić, że jakkolwiek brzemienność odebrała typową dla Stefci lekkość jej ruchów, nie tknęła twarzy. Śliczna, zarumieniona jak zwykle, zachwycała wszystkich, i wszyscy też wróżyli ordynatowi syna, bo powszechnie wiadomo, że córka matce urodę odbiera, a syn jej tylko dodaje. Waldemarowi było wszystko jedno czy urodzi się syn czy córka, byle tylko oboje, matka i dziecko, zdrowi i silni przetrwali do szczęśliwego rozwiązania. Poczucie obowiązku dbania o Stefcię chwilami stawało się obsesją ordynata. Sam chodził za nią jak cień, wyprzedzając wszystkie jej życzenia, a kiedy nadąsana ganiła go za to, zajmował się czymś w pewnym oddaleniu, nie spuszczając jednak z żony czujnego wzroku, by w razie potrzeby, natychmiast przyjść jej z pomocą. Stefcia żaliła się pani Rudeckiej:
- Och Mamo, bo Mama nie imaginuje sobie, jak on mię osacza tym swoim opiekuństwem. Ja nawet na spacer nie mogę sama pójść, bo albo idzie ze mną, albo mię służącym w fotelu nosić każe, no tego, to ja już znieść nie mogę!
- Stefciu, bój się Boga takie rzeczy mówić! Mało, który mąż tak o żonę dba i troszczy się, jak Waldemar. To prawdziwa niewdzięczność z Twojej strony, grzech nawet, na taką miłość narzekać. Powinnaś codziennie Bogu dziękować za takiego męża - oburzała się pani Rudecka.
Stefcia oczy spuszczała niby ze wstydu, ale aż rumieniła się z radości słuchania takich słów. Czasem nawet specjalnie je prowokowała, bo bez końca mogła słuchać jak inni mówią o Waldim, dokładnie to co ona o nim myślała. Czasem aż ją serce bolało od tego rozpierającego je szczęścia, czasem jakiś strach dziwny przejmował, że to przecież nie może trwać wiecznie, bo czym sobie zasłużyła na tyle miłości i dobra, jakich codziennie od tego mężczyzny zaznawała.
Pewnego popołudnia, po obiedzie, siedzieli wszyscy na tarasie. Ciepło było, ale Waldemar okrył nogi Stefci miękkim, leciutkim pledem z angielskiej bawełny. Bawełnę Waldemar sprowadzał z Północnej Anglii z Milton. Polecono mu tamtejsze manufaktury, a szczególnie jedną, Marlborough Mills, którą zarządzał niejaki John Thornton, jako dostawcę doskonałej jakości surowca. Waldemar sprowadzał stamtąd bawełnę, którą na miejscu rozprowadzał w ochronkach, gdzie starsze dziewczęta uczyły się tkania i krawiectwa. Osiągając pełnoletność umiały już zarobić na własne utrzymanie, nie musiały schodzić na manowce, by utrzymać się samodzielnie przy życiu. W podzięce, często przygotowywały najróżniejsze podarki, wykonane własnoręcznie, którymi cieszyły niezmiernie zarówno Stefcię, jak i Waldemara. Pled, który teraz chronił stopy Stefci przed chłodnawymi powiewami północnego wiatru, pochodził właśnie z tutejszej ochronki. Był w kolorze ecru, tkany niezbyt gęsto, dzięki czemu zachował niezwykłą miękkość, wyhaftowany był cały w przepiękne maki, które ogrzewały już samym swym ognistym kolorem. Waldemar siedzący obok Stefci czytał głośno, na życzenie żony, która oparła głowę o wezgłowie fotela, i z przymkniętymi oczyma rozkoszowała się na równi treścią powieści, jak i aksamitnie brzmiącym głosem swego męża. Niektóre igrające w nim tony, przyprawiały ją niemal o drżenie, przypominając, chwile, o których niepodobna wspomnieć komukolwiek. Mimo to, nagle jej spokojną twarz skaził lekki grymas bólu. Ból zrazu tak błyskawiczny, że nie zdążyła nawet jęknąć, natychmiast zniknął. Nie wiedząc co się stało, Stefcia otworzyła oczy, poprawiła się w fotelu, odetchnęła głęboko i przez chwilę wsłuchiwała się w siebie, tracąc wątek tego, o czym czytał Waldemar. Po jakimś czasie, grot bólu przeszył ją znowu, tym razem z równą gwałtownością, trwał jednak dłużej, tak, że Stefcia wstrzymała oddech, by po chwili głośniej westchnąć. Waldemar przerwał czytanie, czujnie przyglądając się żonie. Ta, wyraźnie zbladła, palcami kurczowo wczepiona była w poręcze fotela, pierś unosiła się jej raz po raz w głębokich oddechach.
- Waldi... - szepnęła, podnosząc przestraszony wzrok na Waldemara.
Ten zerwał się jak oparzony, książka spadła na ziemię, zatrzaskując się głośno.
- Co ci jest Stefciu? Źle się czujesz? - zawołał z najwyższym niepokojem.
Pani Rudecka podeszła do Stefci, wzięła jej rękę i z troską w głosie, ale i spokojem, powiedziała do Waldemara:
- Chyba się zaczęło, trzeba będzie posłać po doktora Jastrzębskiego.
- Jak to się zaczęło? Teraz? Dzisiaj? Przecież doktor mówił, że z początkiem czerwca!
- Czasem dziecko chce wcześniej pojawić się na świecie, wszystko w rękach Boga.
- Boga? - zapytał Waldemar nieprzytomnym głosem - Doktora Jastrzębskiego....tak, posłać po doktora.... Stefciu, jedyna, ale powiedz mi jak się czujesz, kochanie? - pytał, gniotąc jej rękę w swoich rozgorączkowanych dłoniach. Stefcia uśmiechnęła się, nie widząc go nigdy przedtem tak przestraszonego, pozbawionego typowej dla niego, przytomności umysłu.
- Dobrze, Waldi, wszystko dobrze, tylko poślij już po tego doktora...
- Po doktora...dobrze...kto wie, gdzie jest doktor, a tak, ja wiem, dobrze, już idę. Poczekaj, kochana, zaraz do ciebie wracam - przez moment miotał się od Stefci do drzwi, po czym widząc, jak wszyscy przyglądają mu się z pobłażliwym uśmiechem, zebrał się w sobie i pobiegł.
Marija - Śro 21 Mar, 2007 14:03
Jest BAWEłNA, jest BAWEŁNA !!!!!! a teraz poproszę o pobycie ordynata przed kilku laty w Milton, gdzie zadzierzgnęły się między panami więzy męskiej przyjaźni ....
Alison - Śro 21 Mar, 2007 14:15
| Marija napisał/a: | Jest BAWEłNA, jest BAWEŁNA !!!!!! a teraz poproszę o pobycie ordynata przed kilku laty w Milton, gdzie zadzierzgnęły się między panami więzy męskiej przyjaźni .... |
Ale on go nie zna osobiście. Polecono mu go :sad:
No może, podczas jakiejś podróży, państwo się z państwem spotkają kto to może wiedzieć, co im się tam w długim, szczęśliwym życiu wydarzy. Poza tym, to chyba troszki późniejsza epoka i mówimy chyba o Johnie Thorntonie juniorze
Marija - Śro 21 Mar, 2007 14:20
| Alison napisał/a: | to chyba troszki późniejsza epoka i mówimy chyba o Johnie Thorntonie juniorze | Nie takie szacher-macher się robiło dla dobra publiki . Żadnych juniorów, bo niekorzystne geny mogły wyjść w następnym pokoleniu .
QaHa - Śro 21 Mar, 2007 14:37
ach jaki soczyście przyrodniczo-rodzinny kawałek
|
|
|