To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Matylda - Sob 29 Lip, 2006 23:10

O jakie miłe zakończenie dzisiejszego dnia
Wielkie dzięki za ciasteczko

Czyżby rozbudził sie w Margarytce instynkt macierzyński???

Mag - Nie 30 Lip, 2006 10:40

Dzięki Alraune :grin:

Cudne! Margarytka myślała,że niedoświadczy macierzyństwa? :shock:

Obaj bracia L mnie irytują, a Edith jest w ogóle jakaś dziwna jako matka :twisted:

Gosia - Nie 30 Lip, 2006 12:05

Sholto w filmie pojawia sie tylko w slowach Edith (ze teskni za Margaret) lub raz na ramionach matki, gdy Margaret wyjezdza z powrotem do Milton.
W ksiazce widzimy Margaret, ktora sie z nim bawi (tak, budza sie w niej uczucia macierzynskie).
I lubi momenty, gdy Sholto wykazuje sile charakteru.
Tymczasem w takich momentach Edith szuka porady doktora ! Chyba uwaza, ze ma nadpobudliwe dziecko :roll:

Shawow i Lennoxów da sie lubic z duzym trudem ..

Dzieki za porcyjke !

Alraune - Pon 31 Lip, 2006 18:52

Ciasteczko na dziś... Niewielkie, ale zbliżamy się już wielkimi krokami do równie wielkiego finału, rozdziały są króciutkie i trzeba je jakoś sensownie podzielić. Aż szkoda kończyć...
Tylko nie krzyczcie na mnie za dość łopatologiczne tłumaczenie wiersza, nigdy tego nie potrafiłam... :wink:

Rozdział XLVIII - 'NE'ER TO BE FOUND AGAIN' (Stracone na zawsze), s. 486, cz. 1


"Mój własny, mego ojca przyjacielu!
Niechętne z tobą rozstanie!
Nigdy nie okazałem, ty nigdy nie wiedziałeś
Jak drogi jesteś dla mnie."

ANON


Obiady wydawane przez panią Lennox miały swoje stałe elementy; jej przyjaciółki dostarczały piękna; kapitan Lennox klarownej wiedzy o bieżących sprawach; pan Henry Lennox zaś, i kilku dobrze zapowiadających się mężczyzn, przyjmowanych jako jego przyjaciele, zapewniali dowcip, spryt, rozległą i przenikliwą wiedzę, z której umięjetnie korzystali nie sprawiając wrażenia pedantycznych ani nie ograniczając wartkiego toku rozmowy.

Obiady były wspaniałe; ale nawet tu niezadowolenie Margaret dawało o sobie znać. Każdy talent, każde uczucie, każde osiągnięcie; nie, nawet każde skłanianie się ku cnocie było wykorzystywane jak materiał do fajerwerków; ukryty, święty ogień wyczerpywał się pośród skrzenia i trzasków. Rozmawiali o sztuce w zmysłowym pojęciu, roztrząsając to, co powierzchowne, zamiast zastanawiać się, czego takie dzieło może nauczyć. Zmuszali się do okazywania entuzjazmu wobec wyższych spraw w towarzystwie, nigdy jednak nie myśleli o nich w samotności; trwonili swe zdolności do pochwały w potokach odpowiednich słów. Pewnego dnia, gdy już dżentelmeni udali się do salonu, pan Lennox przybliżył się do Margaret i zwrócił się do niej bez przymusu chyba pierwszy raz, odkąd powróciła na Harley Street.

"Nie wyglądałaś na zadowoloną z tego, co Shirley mówił przy obiedzie."
"Naprawdę? Moja twarz musi być pełna wyrazu," odpowiedziała Margaret.
"Zawsze taka była. Nie straciła nic ze swej elokwencji."
"Nie podobał mi się," rzekła Margaret pośpiesznie, "jego sposób osądzania, co jego zdaniem jest złe -- tak rażąco złe -- nawet kiedy mówił żartem."
"Ale to było bardzo mądre. Jak dobrze dobrane słowa! Czy pamiętasz te świetne epitety?"
"Tak."
"I mimo to, chciałabyś się nie zgodzić. Proszę, nie miej skrupułów, choć to mój przyjaciel."
"Otóż to! To jest właśnie ten ton w tobie, który--" urwała.

Nasłuchiwał przez chwilę, czy skończy zdanie; lecz ona tylko poczerwieniała i odwróciła się; jednak zanim to zrobiła, zdążyła usłyszeć, jak on mówi, bardzo niskim , czystym głosem,--

"Jeśli mój ton, lub sposób myślenia, nie odpowiadają ci, czy będziesz tak dobra i powiesz mi o tym, abym mógł dowiedzieć się, jak cię zadowolić?"

Przez wszystkie te tygodnie nie było wiadomo niczego o wyjeździe pana Bella do Milton. Pan Bell wspominał o tym w Helstone, jako o podróży, którą może odbyć bardzo niedługo; lecz musiał załatwić już swoje sprawy listownie, pomyślała Margaret, wiedząc, że gdyby mógł, uniknąłby podróży do nielubianego miejsca, ponadto nie zrozumiałby skrytej ważności, jaką dla Margaret miało złożenie wyjaśnień bezpośrednio, twarzą w twarz. Wiedziała, że pan Bell uznałby te wyjaśnienia za ważne i konieczne; ale czy miałoby to miejsce latem, jesienią czy zimą, miałoby dla niego małe znaczenie. Był sierpień, a pan Bell słowem nie wspominał o podróży do Hiszpanii, o której rozmawiał wcześniej z Edith, i Margaret starała się pogodzić z tym, że iluzje rozpływają się i gasną.

Kaziuta - Pon 31 Lip, 2006 20:00

Noooooooooo !
Dziewczynki kochane, czy Wy nie znacie listości. Wracam ci ja, a tu tyle do nadrobienia. Jutro idę do pracy (pierwszy dzień po urlopie) to już jest wystarczający stres i jeszcze muszę wszystko przeczytać co by nie być w tyle, bo głupio.
Na ten czas proszę o wybaczenie za brak aktywności muszę wszystko nadrobić.
A tak wogóle to kurcze brakowało mi Was. :lol:

Gosia - Pon 31 Lip, 2006 20:53

Witaj Kaziutko :hello:

Nasłuchiwał przez chwilę, czy skończy zdanie; lecz ona tylko poczerwieniała i odwróciła się; jednak zanim to zrobiła, zdążyła usłyszeć, jak on mówi, bardzo niskim , czystym głosem, "Jeśli mój ton, lub sposób myślenia, nie odpowiadają ci, czy będziesz tak dobra i powiesz mi o tym, abym mógł dowiedzieć się, jak cię zadowolić?"

Jaki ten Henrys uroczy ... Moze wcale nie jest taki zly ;)

Mag - Pon 31 Lip, 2006 21:05

Cześć Kaziutko, nam też Ciebie brakowało!

Gosiu Henryś nie jest uroczy, on jest namolny i bez pieprzu!

Gosia - Pon 31 Lip, 2006 21:12

No jak to ? Tak sie stara, zeby Margaret go zaakceptowala!
Chce do niej dostosowac tembr swojego glosu, moze nawet chce sie upodobnic do Thorntona (nie wiedzac o tym) ;)

Aga85 - Pon 31 Lip, 2006 21:17

Witaj, Kaziutko! :hello: Jak to dobrze, że już jesteś :grin: . Nadrób zaległości i jak znajdziesz chwilę, to bzyknij nam trochę, co? :lol: Bo te Impresjonisty to się chyba zacięły, wcale nie bzykają :? ??:
Matylda - Pon 31 Lip, 2006 23:09

Dzięki Ci dziewczyno za piękne tłumaczenie
Powiem szczerze , że nie wiem czy sie cieszyć czy nie
Bo z jednej strony mam przetłumaczoną prawie cała książkę , a z drugiej to żal , że zbliżamy się do szczęśliwego zakończenia
A tak niedawno martwiłam się , że nie mam polskich napisów
Jestem pełna podziwu dla Waszych talentów

kikita - Wto 01 Sie, 2006 01:09

Tłumaczki moje kochane,brak mi slów aby Wam podziekowac wiec niech to za mnie uczyni R.Armitage czytający specjalnie dla Was scenę oswiadczyn.
( trzeba wybrac na samym dole North&South extrakt )
http://www.pfd.co.uk/clients/armitagr/a-act.html

Caitriona - Wto 01 Sie, 2006 01:36

kikita napisał/a:
(...) R.Armitage czytający specjalnie dla Was scenę oswiadczyn.
( trzeba wybrac na samym dole North&South extrakt )
http://www.pfd.co.uk/clients/armitagr/a-act.html


O, mamo!! Jak ja kocham ten fragment "N&S"... A jak go jeszcze czyta Rysiu, tym swoim niesamowitym głosem... Pamiętam jak ten link wypłynął pierwszy raz - przesluchałam go chyba ze sto razy ;)
Dzięki Kikita za przypomnienie!

kikita - Wto 01 Sie, 2006 01:52

Dziewczyny robie teraz strasznego offtopa.Zostane wycieta,ale wklejam to zdjęcie bo jest idealnym zakonczeniem ksiązki. Ostatnią niezapisana kartką.
Może znowu gdzies juz było ale ja nie widziałam i koniecznie muszę się z wami podzielić
http://www.foolishpassion...ingpaper800.jpg

Alison - Wto 01 Sie, 2006 19:27

Drogie Dziewczynki, trochę jak Filip z konopi, ale jako, że męczyły mnie wyrzuty sumienia, że takiego Wam smaczku narobiłam (ot siła nierozważnego słowa pisanego) na te rzekome dowcipy pana Bella, uzupełniam brakujacy fragment, który wtedy w przedwyjazdowym pośpiechu opuściłam jako mniej ważny. Rzecz dzieje się pomiędzy historią o upieczonym kocie, a wieczornymi zwierzeniami Margaret w sprawie wypadków na stacji kolejowej. Życzę miłej lektury – Wasza nierozważna Mama Przedłużona ;-)

Gwar głosów, jak dobywające się z ula brzęczenie zapracowanych ludzkich pszczół dał się słyszeć, gdy tylko wyłonili się z lasu na otwarty teren wiejskiej zieleni, gdzie była usytuowana szkoła. Drzwi były szeroko otwarte, więc weszli. Energiczna dama w czerni, przyglądając im się ze wszystkich stron, powitała ich z tą, szczególnego rodzaju, miną gospodyni, jaką Margaret pamiętała jeszcze z czasów swojej matki, a którą ta miała zwyczaj przybierać, tyle że w bardziej delikatny i powolny sposób, kiedy jacyś goście z rzadka zjawiali się na inspekcję szkoły. Zorientowała się natychmiast, że to żona obecnego pastora, następczyni jej matki. Chciała uniknąć rozmowy, gdyby to tylko było możliwe, ale szybko zwalczyła to uczucie i skromnie postąpiła naprzód, napotykając na wiele jasnych spojrzeń, które ją rozpoznały i słyszała wiele na wpół zduszonych szeptów „To panna Hale”.
Gdy pastorowa usłyszała to imię, jej zachowanie natychmiast stało się bardziej uprzejme. Margaret chciała jakoś zaradzić temu odczuciu, ale to także wydało się być tylko bardziej protekcjonalne. Dama wyciągnęła rękę do pana Bella mówiąc:
- Pani ojciec, jak mniemam, panno Hale. Wiem to dzięki podobieństwu. Bardzo mi miło pana widzieć, sir, pastorowi będzie również bardzo miło.
Margaret wyjaśniła, że to nie jej ojciec i zaczęła jąkać się na temat jego śmierci, cały czas dziwiąc się, jakby pan Hale mógł znieść ponowną wizytę w Helstone, gdyby do niej doszło, jak to sobie teraz wyobrażała pastorowa. Nie słuchała co mówiła pani Hepworth, pozostawiając to panu Bellowi, jak również odpowiedzi na pytania, sama w tym czasie rozglądała się za dawnymi znajomymi.
- Ach! Widzę, że chciałaby pani odbyć lekcję, panno Hale. Wiem to po sobie. Pierwsza klasa wstaje na lekcję gramatyki z panną Hale!
Biedna Margaret, której wizyta miała charakter sentymentalny, a w najmniejszym stopniu inspekcyjny, czuła się oszukana. Ale jako, że w pewnym sensie przybliżało ją to do tych pełnych entuzjazmu twarzyczek, dawniej tak dobrze znanych, które w uroczystym obrządku uzyskały kiedyś chrzest od jej ojca, usiadła, w połowie zatracając się w wyszukiwaniu w tych dziewczęcych buziach zmian. Nie obserwowana przez nikogo, przez minutę czy dwie trzymała w dłoni rączkę małej Susan, podczas gdy pierwsza klasa wpatrywała się w swoje podręczniki, a pani pastorowa podeszła tak blisko do pana Bella jak tylko wypada kobiecie i skupiając całą jego uwagę, wyjaśniała mu system fonetyczny, przedstawiając mu rozmowę jaką na ten temat odbyła z inspektorem.
Margaret pochyliła się nad książką nic, poza nią, nie widząc, słysząc narastający gwar dziecięcych głosów, myślała o nich wszystkich, a jej oczy wypełniały się łzami do momentu kiedy nagle jedna z dziewczynek potknęła się na pozornie prostym słówku „a”nie wiedząc jak je nazwać.
- „a” to przedimek nieokreślony – powiedziała Margaret łagodnie.
- Proszę wybaczyć – oświadczyła pastorowa wszem i wobec – ale my zgodnie z myślą pana Milsome, określamy „a” jako, no? Kto pamięta?
- Przymiotnik absolutny – powiedziało natychmiast około sześciu głosów.
Margaret usiadła speszona. Dzieci wiedziały więcej niż ona. Pan Bell odwrócił się i uśmiechnął.
Margaret już się więcej nie odezwała w czasie tej lekcji, ale po jej zakończeniu podeszła do jednej czy dwóch swoich dawnych ulubienic i trochę z nimi porozmawiała. Wyrosły już z dzieci na wspaniałe dziewczęta. Z powodu jej trzyletniej nieobecności, ominęło ją wspomnienie tego jak dorastały. Cieszyła się, że może je wszystkie znowu zobaczyć, chociaż przyjemnoścć mieszała się z odcieniem smutku.
Kiedy tego dnia skończyły się lekcje, było jeszcze wczesne letnie popołudnie, a pani Hepworth zaproponowała Margaret, żeby wraz z panem Bell’em towarzyszyli jej na plebanię i zobaczyli – słowo „ ulepszenia” niemal jej się wypsnęło, ale zastąpiła je bardziej uważnym wyrażeniem „zmiany”, które poczynił obecny pastor. Margaret wcale nie obchodziło oglądanie tych zmiann, bo mogłoby to zszargać jej ulubione wspomnienie tego jakim był jej dom, ale też pragnęła ponownie obejrzeć stare kąty, nawet jeśli miałaby nie uniknąć bólu, który wiedziała, że poczuje.
Plebania była tak bardzo zmieniona zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz, że rzeczywisty ból był mniejszy niż oczekiwała. To nie było to samo miejsce. Ogród, trawnik, dawniej tak gustownie strzyżony, że nawet zabłąkane listki różane wyglądały jak plamki na jego idealnej powierzchni, teraz zarzucony był dziecięcymi zabawkami. Tu torebka szklanych kulek, tam kółko, słomiany kapelusz zawieszony na krzaku róży jak na wieszaku, niszczący długą, piękną delikatną gałązkę okrytą kwiatami, które w minionych dniach były traktowane jak najukochańsza ozdoba. Cała niewielka powierzchnia pokrytego wykładziną holu była pokryta przez oznaki szczęśliwego, zdrowego i nieokrzesanego dzieciństwa.
- Ach! – powiedziała pani Hepworth – musi nam pani wybaczyć ten bałagan, panno Hale. Kiedy pokój dziecinny będzie już wykończony, będę nalegała na utrzymanie nieco większego porządku. Budujemy pokój dziecinny poza pani dawnym pokojem. Jak państwo dawaliście sobie radę bez pokoju dziecinnego, panno Hale?
- Było nas tylko dwoje – powiedziała Margaret – domyślam się, że państwo macie dużo dzieci.
- Siedmioro. O proszę spojrzeć! Wybiliśmy okno, po tej stronie, w kierunku drogi. Pan Hepworth wydał naprawdę sporo pieniędzy na ten dom. Doprawdy wydawał się być ledwie do zamieszkania, kiedy się tu wprowadziliśmy – to znaczy, miałam na myśli, dla tak dużej rodziny, jak nasza.
Każdy pokój w domu był zmieniony, poza tym, o którym mówiła pani Hepworth, który dawniej był gabinetem pana Hale’a. W nim, zielony półmrok i słodki spokój służyły, jak mówił, zwyczajowi medytacji, lub być może, w pewnym stopniu ukształtowały charakter bardziej skłonny do myślenia niż do działania. Nowe okno dawało widok na drogę i miało mnóstwo zalet, na które wskazywała pani Hepworth. Dzięki niemu zabłąkane owieczki ze stadka jej męża, walczące z ochotą odwiedzenia karczmy, pozostające w nadziei bycia poza obserwacją, w rzeczywistości mogą być z powodzeniem śledzone. Dzięki niemu obrotny pastor-abstynent, wpatrujący się w drogę, nawet podczas tworzenia swoich bardzo ortodoksyjnych kazań, mający nieustająco pod ręką kapelusz i laskę, może wyruszyć w pogoń za swoimi parafianami, którzy muszą posiadać sprawne nogi, o ile pragną schronić się przed nim w „Holly Forester”. Cała rodzina wydawała się być żwawa, energiczna, głośno mówiąca, dobrego serca, nie kłopocząca się nazbyt delikatnością postrzegania.
Margaret bała się, że pani Hepworth zorientuje się, że pan Bell zabawia się jej kosztem , wyrażając zachwyty nad wszystkim, co szczególnie raziło jego smak i gust. Ale nie! Ona brała wszystko dosłownie, z taką wiarą, że Margaret nie mogła się powstrzymać przed upomnieniem go, kiedy wolno wracali z plebanii do gospody.
- Nie zrzędź Margaret. To wszystko było przez ciebie. Gdyby ona nie pokazywała ci tych wszystkich zmian z takim wyraźnym triumfem i ich poczuciem wyższości, w przekonaniu jakich usprawnień dokonali lub dokonają, zachowywałbym się poprawnie. Ale jeśli masz zamiar kontynuować to swoje kazanie, to proszę cię, podejmij je po obiedzie, kiedy pójdę spać, pomożesz mi w trawieniu.
Obydwoje byli zmęczeni, a Margaret do tego stopnia, że odechciało jej się zaproponowanej wcześniej samotnej wędrówki po polach i lasach wokół domu jej dziecińśtwa. I jakoś wizyta w Helstone w ogóle nie była tym, czego oczekiwała.
Wszystko się zmieniło. Zmienili się właściciele domów z powodu wyjazdów, śmierci lub małżeństw albo przez naturalne zmiany zachodzące w ciągu dni, miesięcy, lat, które niepostrzeżenie przenoszą nas z dzieciństwa w młodość, a dalej poprzez dorosłość w wiek, kiedy jak owoc, w pełni dojrzały, spadamy wprost w objęcia matki ziemi. Zmieniły się miejsca – tu zniknęło drzewo, tam konar, przynosząc więcej światła, w miejscach gdzie go dawniej nie było, droga była zwężona i wystrzyżona, a zielone ścieżki biegnące po jej poboczu, ogrodzone i włączone w uprawy. Nazwano to wspaniałymi ulepszeniami, ale Margaret wypatrywała dawnego, malowniczego półmroku, i trawiastych poboczy z dawnych dni.

Alraune - Wto 01 Sie, 2006 20:26

Dzięki, Alison, za brakujący 'fragment' - przy nim moje dzisiejsze ciasteczko wydaje się tylko okruszkiem... :wink:
Zapewniłaś nam dawkę humoru pana Bella, ja niestety muszę zepsuć nastrój, bo... przeczytajcie same :sad:

Rozdział XLVIII - 'NE'ER TO BE FOUND AGAIN' (Stracone na zawsze), s. 488, cz. 2

Pewnego ranka Margaret otrzymała list zapowiadający, że pan Bell przyjedzie do miasta w przyszłym tygodniu; chciał bowiem omówić z nią plan, który chodził mu po glowie; ponadto zamierzał udać się do lekarza, gdyż zaczął podzielać opinię Margaret, że byłoby miło myśleć, iż poważne problemy zdrowotne wmawia sobie sam, w momentach poirytowania i złego humoru. Z listu bił ton wymuszonej radości, jak później zauważyła Margaret; w tamtej chwili jednak jej uwaga zwrócona była na okrzyki Edith.

"Przyjeżdża do miasta! Och! A ja jestem tak wyczerpana upałami, że nie wiem, cyz znajdę siły na kolejny obiad. Poza tym, wszyscy wyjechali prócz nas, głuptasów, którzy nie mogą się zdecydować, dokąd chcieliby pojechać. Nie będzie komu się z nim spotkać."

"Jestem pewna, że będzie wolał zjeść obiad tylko z nami niż z najmilszymi nawet obcymi, jakich mogłabyś zaprosić. Poza tym, jeśli nie czuje się najlepiej, nie będzie chciał żadnych zaproszeń. Cieszę się, że wreszcie się do tego przyznał. Z tonu jego listów wywnioskowałam, że jest chory. ale on nie odpowiedziałby mi, gdybym go o to zapytała, a nie było żadnej osoby trzeciej, od której mogłabym oczekiwać wiadomości."

"Och! Nie może być bardzo chory, inaczej nie myślałby o Hiszpanii."

"Nigdy nie wspomina o Hiszpanii."

"Nie! Ale plan, o którym chce pomówić, na pewno tego dotyczy. Lecz czy naprawdę chciałabyś jechać w taką pogodę?"

"Och! Ochładza się z każdym dniem. Tak! Pomyśl tylko! Boję się, że zbyt mocno tego chciałam, zbyt dużo o tym myślałam, za bardzo zadowalałam się tym listem. W duchu nie przynosi mi to żadnej przyjemności. Tak mnie to absorbowało, pragnęłam tego w taki sposób, że z pewnością się zawiodę "

"Ależ to zabobony, Margaret, z pewnością."

"Nie, nie sądzę. To tylko powinno mnie ostrzec, i zapobiec wyrażaniu przeze mnie tak namiętnych życzeń. To coś w rodzaju "Obdaruj mnie dziećmi, bo inaczej umrę." Obawiam się, że mój krzyk to "Pozwólcie mi jechać do Cadiz, bo inaczej umrę"."

"Moja droga Margaret! Będą cię przekonywać, byś tam została; a wtedy cóż ja pocznę? Och, chciałabym znaleźć co kogoś tutaj, kogo mogłabyś poślubić, żebym mogła być o ciebie spokojna!"

"Nigdy nie wyjdę za mąż."

"Nonsens, nonsens w dwójnasób! Dlaczego, jak mówi Sholto, jesteś taką atrakcją tego domu, że zna mnóstwo mężczyzn, którzy odwiedzą ten dom w przyszłym roku tylko i wyłącznie dla ciebie."

Margaret przysunęła się wyniośle. "Wiesz, Edith, czasem myślę, że życie na Korfu nauczyło cię ----"

"No dalej!"

"Lekkiego nieokrzesania."

Edith zaczęła tak gorzko łkać, i tak gwałtownie deklarować, że Margaret przestała ją kochać, że już nie ma w niej przyjaciółki, że Margaret pomyślała, iż wyraziła się zbyt ostro, by ulżyć swej zranionej dumie, zatem pozostała niewolnicą Edith do końca dnia; podczas gdy ta mała dama, ogarnięta poczuciem zranienia, leżała jak martwa na sofie, od czasu do czasu głęboko wzdychając, aż w końcu zasnęła.

Pan Bell nie pojawił się nawet tego dnia, na który po raz drugi przełożył swój przyjazd. Następnego ranka przyszedł list od Wallis, jego służącej, mówiący, że pan nie czuł się dobrze od dłuższego czasu, co było powodem odłożenia podóży; i kiedy miał już wyjeżdżać do Londynu, dopadł go atak apopleksji; co w istocie, dodała Wallis, spowodowało - zdaniem lekarzy - że mógł nie przeżyć nocy; i bardziej niż prawdopodobne, że kiedy panienka Hale otrzyma ten list, pana już nie będzie.

Margaret otrzymała ten list przy śniadaniu, i bardzo pobladła czytając go; po czym, włożywszy cicho list w dłoń Edith, wyszła z pokoju.

Gosia - Wto 01 Sie, 2006 20:40

Przypomne:
Cytat:
Tu następuje wizyta u państwa pastorostwa, ale nic ciekawego


Och, Ali! Ty okrutna! ;) Chcialas nas pozbawic tak pieknego fragmentu tej powiesci!
Przeczytalam go z wielkim zainteresowaniem, te wspaniale opisy, ktore tak lubie u Gaskell, wizyta w szkole, wreszcie obraz zmian w otoczeniu i w domu rodzinnym Margaret. A wszystko tak wycyzelowane przez Ciebie! No, no!
Dzieki wielkie, że pomyslalas o tym, zeby jednak przelozyc dla nas ten kawalek Gaskellowej prozy :D

Smutny ten obraz niechcianych, lecz nieuchronnych zmian, przemijania, odchodzenia w przeszlosc tego co kiedys bylo, co pamietamy tak dobrze.

Rozbawil mnie ten kawalek:
pani pastorowa podeszła tak blisko do pana Bella jak tylko wypada kobiecie i skupiając całą jego uwagę, wyjaśniała mu system fonetyczny :lol:

A wzruszył ten:
Nie obserwowana przez nikogo, przez minutę czy dwie trzymała w dłoni rączkę małej Susan, [...] pochyliła się nad książką nic, poza nią, nie widząc, słysząc narastający gwar dziecięcych głosów, myślała o nich wszystkich, a jej oczy wypełniały się łzami

Gosia - Wto 01 Sie, 2006 21:13

Odnosnie drugiego fragmentu tlumaczonego przez Alraune:
Margaret miala przeczucie, ze stanie sie cos zlego, ze wyjazd do Cadiz, ktorego chciala (! :shock: ) nie dojdzie do skutku.
Czasem kazdy z nas przezywa chwile, gdy cos czego pragnie, sie nie spelnia.
Boję się, że zbyt mocno tego chciałam, zbyt dużo o tym myślałam, za bardzo zadowalałam się tym listem. W duchu nie przynosi mi to żadnej przyjemności. Tak mnie to absorbowało, pragnęłam tego w taki sposób, że z pewnością się zawiodę "

I jeszcze to dziwne stwierdzenie Margaret:
"Nigdy nie wyjdę za mąż."
Czemu ona tak mysli ? Czyzby gdzies tkwil w tej mysli Thornton ?!

A tu cos co mnie przygnebia:
Ochładza się z każdym dniem ;)

Mag - Wto 01 Sie, 2006 22:02

Dzięki Alisonku- ten kawałek o szybkonogich parafianach umykających przed pastorem abstynentem - super! Niedobra, chciałaś nas zbyć "nieciekawą rozmowa p. Bella z pastorową" :grin:

Alraune, żeczywiście Twoje ciacho trochę gorzkie. Biedna Małgośka musiała się nieźle wystraszyć informacją o zasłabnięciu Bella- to był jedyny łącznik z Ojcem i Milton.

Dzieki :thud:

Gosia - Wto 01 Sie, 2006 23:25

Jasne! Dobrze, ze jednak sie zdecydowalas go zamiescic.
Nie wiem jak mozna go bylo okreslic mianem "nic ciekawego".
Szkoda by bylo, mi ten fragment bardzo sie podoba. :D

Az sie dziwie, kiedy to zdazylas przetlumaczyc, skoro pracowalas caly weekend ! :shock:
Ty tytanie pracy!

Trzykrotka - Śro 02 Sie, 2006 10:51

Gosia napisał/a:
I jeszcze to dziwne stwierdzenie Margaret:
"Nigdy nie wyjdę za mąż."
Czemu ona tak mysli ? Czyzby gdzies tkwil w tej mysli Thornton ?!


Harriet Smith też tak mówiła, kiedy wydawało się jej że zakochała się w nieosiągalnym mężczyźnie. Z calym szacunkiem dla Margaret (nawet nie śmiem jej porównywać do Harriet!), mechanizm jest chyba ten sam. Ona już wie, że "nikt, tylko ty", nie ma już nadziei na spotkanie Thorntona, więc...
Z tych rozdziałów przebija straszne znużenie, znudzenie Margaret pustym życiem londyńskim. Już do niego nie pasuje, a jeszcze nie może wrócić na pólnoc. I tak wisi pomiędzy światami.

Matylda - Śro 02 Sie, 2006 19:48

Dopiero teraz znalazłam spokój żeby móc podziwiać Waszą prace dziewczyny
Dzięki za piękne tłumaczenia :thud:

Alraune - Śro 02 Sie, 2006 19:55

Dziś przełom w życiu Margaret... choć ona jeszcze o tym nie wie. Będzie smutno, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Rozdział XLVIII - 'NE'ER TO BE FOUND AGAIN' (Stracone na zawsze), s. 490, cz. 3

Edith była zszokowana po przeczytaniu listu, i rozpłakała się w dziecinny, przerażony, szlochający sposób, wzbudzając tym ogromny niepokój swego męża. Pani Shaw jadła śniadanie w swym pokoju; do kapitana należało zadanie oswojenia żony z czymś, co wiązało się ze śmiercią, a z czym miała kontakt po raz pierwszy w życiu. Oto człowiek, który miał dziś jeść z nimi obiad leżał zamiast tego martwy lub w najlepszym razie umierający! Dopiero po pewnym czasie Edith pomyślała o Margaret. Na tę myśl podniosła się i udała na górę do jej pokoju. Dixon pakowała właśnie przybory toaletowe, Margaret zaś pośpiesznie nakładała czepek, roniąc łzy bez ustanku, a jej ręce tak drżały, że ledwo mogła zawiązać troczki.

"Och, kochana Margaret! Jakiż to szok! Ale co robisz? Wychodzisz? Sholto może zatelegrafować lub zrobić co tylko sobie zażyczysz."

"Jadę do Oxfordu. Za pół godziny mam pociąg. Dixon zaproponowała, że pojedzie ze mną, jednak mogę jechać sama. Muszę go jeszcze zobaczyć. Poza tym, może czuje się lepiej i potrzebuje opieki. Jest dla mnie jak ojciec. Nie zatrzymuj mnie, Edith."

"Ależ muszę. Mamie się to nie spodoba. Chodź i spytaj ją o zdanie, Margaret. Nie wiesz, gdzie jedziesz. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby miał własny dom; ale te jego pokoje wśród członków rady! Chodź do mamy, i zapytaj ją, zanim wyjedziesz. To zajmie minutę."

Margaret uległa, przez co przegapiła swój pociąg. W obliczu nagłości całego zdarzenia pani Shaw była zaskoczona i zachowywała się histerycznie, i tak cenny czas umykał. Ale za kilka godzin odjeżdżał następny pociąg; i po długiej dyskusji o tym, co wypada, a co nie postanowiono, że kapitan Lennox powienien towarzyszyć Margaret, jako że jedyną rzeczą, co do której się upierała było to, aby jechać, sama lub nie, następnym pociągiem, cokolwiek byłoby powiedziane o właściwości lub niewłaściwości takiego kroku. Przyjaciel jej ojca, jej własny przyjaciel, leżał na łożu śmierci; i myśl o tym powracała do niej z taką siłą, że sama się dziwiła, z jaką siłą postawiła na swoim i wywalczyła swe prawo do samodzielnego postępowania; i pięć minut przed odjazdem zdała sobie sprawę, że siedzi w przedziale naprzeciwko kapitana Lennoxa.

To, że zdecydowała się pojechać, było dla niej dużą pociechą, choć dotarła tam tylko po to, by usłyszeć, że pan Bell zmarł w nocy. Zobaczyła pokoje, które zajmował, i w jej pamięci zawsze już łączyły się one z obrazem jej ojca, i jego ukochanego, najwierniejszego przyjaciela.

Obiecali Edith przez wyjazdem, że jeśli wszystko skończy się tak, jak się tego obawiają, powrócą do obiadu; toteż dlugie, tęskne spojrzenie na pokój, w którym zmarł ojciec Margaret , musiało zostać przerwane, a ciche pożegnanie złożone miłej, starej twarzy, która tak często wypowiadała miłe słowa, i wesołe pomysły oraz dowcipy.

Kapitan Lennox zasnął podczas podróży powrotnej; Margaret mogła zatracić się w płaczu, i pomyśleć o tym fatalnym roku, i o wszystkich cierpieniach, jakie jej przyniósł. Zanim zdążyła uświadomić sobie w pełni jedną stratę, pojawiała się następna; nie po to, by wyprzeć żal z poprzedniej, lecz by otworzyć na nowo rany, które dopiero zaczynały się leczyć. Ale na dźwięk kojących głosów ciotki i Edith, na widok radości małego Sholto z jej przyjazdu oraz jasno oświetlonych pokoi, z ich panią piękną w swej bladości i gorącym, współczującym zainteresowaniem, Margaret wyrwała się z transu przerażającej beznadziei i poczuła, że nawet wokół niej może zbierać się radość i szczęście. Zajęła miejsce Edith na sofie; Sholtowi polecono bardzo ostrożnie zanieść cioci Margaret filiżankę herbaty; a gdy poszła się przebrać, mogła już tylko dziękować Bogu za to, że oszczędził jej przyjacielowi długiej i bolesnej choroby.

Lecz gdy zapadła noc -- uroczysta noc, a w całym domu zapadła cisza, Margaret wciąż siedziała, podziwiając piękno londyńskiego nieba o takiej porze, w taki letni wieczór; bladoróżowe refleksy ziemskich świateł na miękkich chmurach, które dryfowały spokojnie w stronę białego światła księżyca, poza ciepły mrok rozpościerający się bez ruchu na horyzoncie. Pokój Margaret był jej dawnym pokojem dziecinnym, gdy dzieciństwo przerodziło się w więk dziewczęcy, i gdy uczucia oraz świadomość przebudziły się po raz pierwszy do pełnej aktywności. Pamiętała, że w taką noc, jak dziś obiecała sobie, że będzie prowadzić życie tak dzielne i szlachetne, jak każda z heroin, o których kiedykolwiek czytała w romansach; życie sans peur et sans reproche*; wtedy wydawało jej się, że wystarczy chcieć, a jej życie tak właśnie się wypełni. Teraz wiedziała już, że nie tylko wola, ale modlitwa i wiara było nieodzowne dla prawdziwego heroizmu. Ufając sobie, poniosła klęskę. To była sprawiedliwa kara za jej grzech, dlatego każde jego wytłumaczenie, każda pokusa winny pozostać na zawsze nieznane osobie, w opinii której ten grzech pogrzebał ją najgłębiej. Nareszcie stanęła twarzą w twarz ze swym grzechem. Znała go dobrze; miła sofistyka pana Bella dowodząca, że prawie wszyscy są winni dwuznacznych zachowań, i że cel uświęca środki, nie miała dla niej nigdy wielkiego znaczenia. Jej pierwsza myśl o tym, jak, gdyby wiedziała wszystko, mogłaby bez strachu powiedzieć całą prawdę, była marna i biedna. Nie, nawet teraz pragnienie, by choć po części usprawiedliwić swój charakter przez panem Thorntonem, co pan Bell obiecał był zrobić, było drobne i nieważne, teraz, gdy dopiero co śmierć nauczyła ją, czym powinno być życie. Jeśli każde słowo wypowiedziane, przekazane lub zachowane w milczeniu z zamiarem oszustwa -- jeśli najdroższe sprawy wchodziły w grę, a najdroższe życia były w niebezpieczeństwie -- jeśli nikt nigdy nie miał się dowiedzieć o jej prawdzie lub o jej fałszu by wymierzyć swoje poważanie lub pogardę dla niej, taką jaka jest, przed Bogiem, modliła się, by mieć siłę do mówienia i wprowadzania w życie prawdy już na zawsze.

*bez lęku i bez wyrzutu

Gosia - Śro 02 Sie, 2006 20:22

Dzieki Alraune, smutny ten fragment.
Kolejny cios dla Margaret. Zostaje coraz bardziej sama, zdana na siebie, i co najwazniejsze chce o sobie decydowac. Dlatego tak stanowczo upierala sie przy tym, zeby jechac, nawet sama. Precz konwenanse! Czym one sa przy checi, aby byc przy przyjacielu ojca.
Ulegla ciotce Shaw, ale tylko na chwile. Przegapila jeden pociag, ale pojechala nastepnym. Jej decyzja, zeby byc z Thorntonem, tez zostala podjeta wbrew ciotce.


Najpiekniejszy fragment:
Lecz gdy zapadła noc -- uroczysta noc, a w całym domu zapadła cisza, Margaret wciąż siedziała, podziwiając piękno londyńskiego nieba o takiej porze, w taki letni wieczór; bladoróżowe refleksy ziemskich świateł na miękkich chmurach, które dryfowały spokojnie w stronę białego światła księżyca, poza ciepły mrok rozpościerający się bez ruchu na horyzoncie. Pokój Margaret był jej dawnym pokojem dziecinnym, gdy dzieciństwo przerodziło się w więk dziewczęcy, i gdy uczucia oraz świadomość przebudziły się po raz pierwszy do pełnej aktywności. Pamiętała, że w taką noc, jak dziś obiecała sobie, że będzie prowadzić życie tak dzielne i szlachetne, jak każda z heroin, o których kiedykolwiek czytała w romansach; życie sans peur et sans reproche*; wtedy wydawało jej się, że wystarczy chcieć, a jej życie tak właśnie się wypełni.

Alraune - Śro 02 Sie, 2006 20:22

A od jutra ster przejmują Alison i Caroline. Zbliżamy się do końca... :roll: Ja już skończyłam, i bardzo żałuję :cry: Chyba trzeba będzie znaleźć nową powieść do tłumaczenia...
Matylda - Śro 02 Sie, 2006 20:40

Och Alraune jak to ładnie przetłumaczyłaś
A więc ten Thorton plącze sie naszej Margarytce po głowie



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group