Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura
BeeMeR - Śro 26 Maj, 2010 18:59
A tymczasem to Margaret zaczyna odczuwać brak Johna i szukać jego - może nie towarzystwa, ale przynajmniej (dobrej) opinii
Trzykrotka - Śro 26 Maj, 2010 19:36
A tymczasem zamiast rozważać powód jego dziwnej oziębłości, ona musi zmagać się ze spóźnionymi matczynymi pretensjami, że jednak wezwała Fryderyka, z obawą o jego bezpieczeństwo, ze smutkiem własnym i Mary, oraz z podtrzymywaniem na duchu Higginsa
aś - Śro 26 Maj, 2010 19:53
| Trzykrotka napisał/a: | A tymczasem zamiast rozważać powód jego dziwnej oziębłości, ona musi zmagać się ze spóźnionymi matczynymi pretensjami, że jednak wezwała Fryderyka, z obawą o jego bezpieczeństwo, ze smutkiem własnym i Mary, oraz z podtrzymywaniem na duchu Higginsa |
w sumie nie mając w nikim oparcia...
Trzykrotka - Śro 26 Maj, 2010 20:03
Prawda. Żadnej przyjaciółki, matkę i ojca to ona musiała podtrzymywać na duchu. Dobrze i tak, że ojciec - z trudem - dal się namówić na rozmowę z Higginsem.
Beata55 - Śro 26 Maj, 2010 20:39
| Trzykrotka napisał/a: | | BeeMeR napisał/a: | Chyba nic nie mogło bardziej namieszać uczuciami Margaret niż chłodne "niespostrzeganie jej" - bo przed nachalnymi prośbami mogłaby się bronić - a jak bronić się gdy nie ma ataku, ani nawet kontaktu wzrokowo-słownego? |
Tak! Niechcący wybrał najlepszą politykę. Już chyba zaczyna ją intrygować. A o ile pamiętam, za chwile zacznie go bronić przez Fryderykiem |
Nie sądzę, żeby był to świadomy wybór jakiejś polityki. John raczej walczył sam ze sobą. Wiele razy dał nam do zrozumienia, że próbuje sobie wmówić "niekochanie" Margaret. Stąd udawanie, że jej nie zauważa. I tak niechcący udało mu się zaintrygować dziewczynę. Jak zauważyła aś, to był strzał w dziesiątkę.
BeeMeR - Czw 27 Maj, 2010 08:49
| Beata55 napisał/a: | | Nie sądzę, żeby był to świadomy wybór jakiejś polityki. | My przecież (przynajmniej ja na pewno) tez nie sądzimy, by to był świadomy wybór polityki, mającej na celu zdobycie Margaret, ale że efekt był nawet lepszy prze tej próbie zaprzeczania i udawania że nic się nie stało i że nagle ona niemal nie istnieje przy minimalnym zachowaniu zwykłej grzeczności.
Trzykrotka - Czw 27 Maj, 2010 10:00
W w Johnie, jak się zastanowić, to jest właśnie najbardziej pociągające, że nie stosuje w miłości żadnych reguł, taktyki, niczego nie kalkuluje. Idzie za głosem serca, oświadczyłby się, nawet gdyby nie czuł, że powinien to zrobić własnie teraz, żeby uchronic Margaret od kompromitacji. Pod tym względem jest - przynajmniej na razie - bardziej ludzki niż ona, z jej wykrochmaloną sztywnością "prawdziwej damy," brzydzącej się jego oświadczynami.
Trzykrotka - Pią 18 Cze, 2010 11:26
Nie czytamy, czy już nie komentujemy?
Ja tam sobie skomentuję.
List Edith, który nadszedł w chwili pomiędzy śmiercią Beth, a śmiercią pani Hale, przyniósł Margaret trochę ulgi w ponurych dniach. Pogodna, głupiutka paplanina o najpiękniejszym synku i powszedniejącym mężu, słońcu, winogronach itd. Margaret czytając go czuje, jak bardzo chciałaby znów, choćby przez kilka dni, poczuć się młoda.
Z jednej strony, pomyślałam sobie, że to tylko kwestia czasu, jeszcze przed nią wiele cierpienia, ale potem dostanie swoją nagrodę.
Z drugiej strony - ani ona nie ma usposobienia Edith, ani John nie wywiezie jej do Grecji, nawet w podróż poślubną. Już chyba nigdy Margaret nie wyrwie się z Milton, zamieszka, jak pani Thornton, w domu przy fabryce.
Jakoś żal mi się jej zrobiło z tego głupiego powodu.
Książka jest świetnie napisana, coraz bardziej doceniam kunszt pani Gaskell i wspaniałych tłumaczek
BeeMeR - Pią 18 Cze, 2010 12:33
| Trzykrotka napisał/a: | Nie czytamy, czy już nie komentujemy? | też się nad tym ostatnio zastanawiałam i też nie skomentowałam
Mnie nie żal Margaret - przynajmniej na pewno nie w kontekście przyszłości w Milton, bo z całą naiwnością wierzę, że choć żyjąc w cieniu fabryki, będzie ona ona tam znacznie szczęśliwsza, niż gdziekolwiek indziej, tudzież Grecji żyjąc w cieniu ciotki i Edith, słuchając palplaniny Edith o synku, mężu, czy Henryku
Trzykrotka - Pią 18 Cze, 2010 13:01
Ale ona na wsi wychowana, wśród pól i lasów.... Chyba że kochający mąż obrośnie w piórka i wywiezie ją, jak Soames chciał Irene, do jakiegoś podmiltońskiego Robin Hill, do którego będzie zjeżdżał na weekendy.
Doprawdy, kiedy zestawia się życie jednej i dugiej kuzynki to widać w pełni, ze chyba tylko cudem mogły się dogadać. Edith właściwie nie wyrosła mentalnie ze stadium nastolatki. Trudno się nawet dziwić dyskretnym narzekaniom na męża. Może i on nie wytrzymuje jej paplaniny. A może takie narzekanie było tylko modne.
Namawianie Margaret, żeby odwiedziła ją w Grecji całą rodziną jest kompletnie niedorzeczne.
BeeMeR - Pią 18 Cze, 2010 13:27
| Trzykrotka napisał/a: | | Ale ona na wsi wychowana, wśród pól i lasów... | tak, ale ja na to trochę inaczej patrzę - sama jestem miastowy chów blokowy i jestem szczęśliwa na wsi - więc i na pewno odwrotnie idzie się dostosować - i myślę, że ten proces "szoku kulturowego" wieś-miasto i bolesnego z początku przyswajania, że i miasto ma swoje uroki Margaret ma już za sobą - a poza tym, to jednak były mniejsze miasta niż teraz, i na pewno była możliwość szybkiego wypadu za miasto - jak JT pojechał gdzieśtam omnibusem
Wywożenia żony gdzieś indziej i weekendowego dojeżdżania nie uznaję - mam taki związek tuż pod nosem - łatwo naprawdę nie jest, a teraz stokroć łatwiej w erze internetu, komórek, skype, gadu gadu itp.
Margaret sama by uschła
Sofijufka - Pią 18 Cze, 2010 13:43
pewno z szóstke dzieci mieć będzie- o nudzie nie ma mowy, gdzieś wkleiłam hipotetyczny portret rodziny JohnostwaThortnonów
http://forum.northandsout...tart=475#199490
Admete - Pią 18 Cze, 2010 13:50
Który to rozdział? Ja dołączę za tydzień.
Trzykrotka - Pią 18 Cze, 2010 13:51
Myślisz, ze wrzask dzieci zagłuszy hałas fabryki?
Sofijufka - Pią 18 Cze, 2010 14:21
musowo, a gdyby ja wysłał na wieś, tez nie miałaby czasu na nudy
Trzykrotka - Pią 18 Cze, 2010 22:09
Ale póki zacna szósteczka jest w sferze projektów, powiem, że bardzo podoba mi się, póki co, obraz bratersko-siostrzanego porozumienia i miłości, jakiemu dają świadectwo Fryderyk I Margaret - nie znający się właściwie. Jego przyjazd, co to musiało być dla niej za wytchnienie, mimo ryzyka z tym związanego.
Acha, mamy jeszcze Johna, znowu z koszyczkiem na którym chowa urażoną cnotę. Aż Margaret musi się z lekka do niego przymilać, żeby się bardziej nie obraził... czuję przelom w bulwie
nicol81 - Sob 19 Cze, 2010 21:54
Myślisz, że to już zalążek uczuć, a nie sumienie, że go zraniła?
W przyjeździe Fryderyka to najbardziej podoba mi się, że Małgosi nie pasuje, jak mówi o Jasiu
Małgosi w Milton mi nie żal- liczą się zasoby wewnątrzne, których ona zawsze będzie miała więcej niż Edyta w grecji.
Tess - Sob 19 Cze, 2010 22:08
TAAK zaczyna się piękny etap w życiu J i M, choć oni o tym jeszcze nie wiedzą te spotkania przypadkiem, tęskne spojrzenia/Margaret/ i te myśli krążące wokół Johna
Trzykrotka - Sob 19 Cze, 2010 23:16
Na razie to jeszcze sumienie... ale skoro liczy się z jego uczuciami (a liczy się!) to już dużo.
Owszem, zasoby wewnętrzne są pociechą, ale .... spokojny i nizym nie zagrożony dom w pięknym miejscu, spokojne bytowanie, wsparcie męża i rodziny - co tu dużo mówić, los obdziela ludzi nierówno. Bardzo nierówno!
nicol81 - Nie 20 Cze, 2010 20:17
Na pewno rozdziela nierówno- spójrzmy na Bessie- życie między pracą a chorobą, bez nadziei, miłości, szczęścia...
Jeśli liczyć duszę, rozum i głębię to Edycie się dary losu równoważą
BeeMeR - Pon 21 Cze, 2010 15:40
| Trzykrotka napisał/a: | | Na razie to jeszcze sumienie... ale skoro liczy się z jego uczuciami (a liczy się!) to już dużo. | No właśnie ten proces zakochiwania się chyba znacznie głębiej opisany jest u Johna niż u Margaret - u której wykwita ot, nagle pod koniec, po tysiącu "ledwie" przemyśliwań na jego temat i jego opinii
Trzykrotka - Czw 24 Cze, 2010 10:46
| BeeMeR napisał/a: | | Trzykrotka napisał/a: | | Na razie to jeszcze sumienie... ale skoro liczy się z jego uczuciami (a liczy się!) to już dużo. | No właśnie ten proces zakochiwania się chyba znacznie głębiej opisany jest u Johna niż u Margaret - u której wykwita ot, nagle pod koniec, po tysiącu "ledwie" przemyśliwań na jego temat i jego opinii |
Ai u Margaret zaczynają się subtelne zmiany. Te fragment z czasów pobytu Fryderyka jest znaczący.
(...) myslałam, że masz na myśli człowieka niższego stanu, nie dżentelmena; kogoś, kto przyszedł cos załatwić.
– On wygladał jak ktoś taki – niedbale powiedział Frederick. – Wziałem go za sklepikarza,
a on okazał sie fabrykantem.
Margaret zamilkła. Przypomniała sobie, że na poczatku, zanim poznała jego charakter,
mówiła o nim i myslała tak samo jak Frederick. Wrażenie, jakie na nim zrobił, było naturalne, a jednak ja to nieco zmartwiło. Nie miała ochoty sie odzywać, chciała, żeby Frederick zrozumiał, jakim rodzajem człowieka jest pan Thornton, ale ugryzła sie w język.
Sama tak mówiła o Thorntonie, z takim samym lekceważeniem. To się niby nazywa, że "poznała jego charakter," ale jego wyznanie nie pozostało bez śladu.
Po wszystkich opisach choroby pani Hale, poczułam wręcz ulgę, kiedy umarła (czytelniczą ulgę), podobnie jak po śmierci Bess.
spin_girl - Nie 18 Lip, 2010 10:36
| Trzykrotka napisał/a: | | Sama tak mówiła o Thorntonie, z takim samym lekceważeniem. To się niby nazywa, że "poznała jego charakter," ale jego wyznanie nie pozostało bez śladu. |
bo wyznanie było punktem zwrotnym. Do tej pory Margaret utożsamiała Thorntona z Milton, a raczej z wszystkim tym, czego nienawidziła i nie rozumiała w Milton. Od momentu jego wyznania zaczyna na niego patrzeć, jak na indywidualną osobowość, co pozwala jej dostrzegać jego zalety i chyba właśnie "poznać jego charakter"
RaczejRozwazna - Sob 25 Wrz, 2010 20:28
Czytam. Wielkie brawa i podziękowania dla tłumaczek Kilka uwag "na gorąco":
1. lubię Margaret. Dziewczyna silna, umiejąca kochać, wrażliwa. Nie dziwota, że Thornton stracił głowę. Poza tym rozumiem ją bardzo. Np. w scenie pierwszych oświadczyn zareagowałabym podobnie...
2. Thornton to dla mnie takie brytyjskie wcielenie Wokulskiego I postura, charakter i typ szaleńczej miłości w "dośc późnym wieku" podobny. Dlatego (nie bić proszę) Rysio mi nie bardzo pasuje do odtwórcy tej roli. "Barczysty, zdecydowany, silny"... Rysio to bardziej na londyńskiego dżentelmena pasuje, niż silnego przemysłowca. Poza tym ksiązkowy Thornton nigdy nie biłby robotnika (do serialu zraziłam się własnie po tej scenie). Był ponad fizyczną przemocą... Bohater budzi szacunek, ale ja nie lubię aż tak zdecydowanych i silnych typów. Jednak Margaret sobie poradzi
3. Co za koszmarna Pani Thornton! Najgorszy typ mamuśki jaki znam. Biedna Margaret...
Mam nadzieję, że uda mi się w wolnej chwili przedrzeć przez wątek, bo ciekawam waszych opinii, ale z czasem kiepsko...
Trzykrotka - Nie 26 Wrz, 2010 00:24
| RaczejRozwazna napisał/a: | | Poza tym rozumiem ją bardzo. Np. w scenie pierwszych oświadczyn zareagowałabym podobnie... |
O ile pamiętam, to ona powiedziała mu, że jego miłość ją obraża. Uuu, mnie się jej argumentacja bardo nie podobała. Odrzucenie niechcianego wielbiciela - to jedno, ale odrzucenie z wyłuszczeniem takich powodów - to drugie.
Ja też ją lubię, za niezłomną siłę charakteru w tak młodym wieku. Ale jej wyniosłość była odpychająca.
|
|
|