To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Babylon 5

Aragonte - Nie 13 Gru, 2009 00:04

Cathryn M. Drennan

Sny w Mieście Smutków

Rozdział VI

Marcus Cole sprawdził odczyty instrumentów, spróbował przeniknąć spojrzeniem mroczną atmosferę Aryzji 3. Poderwał dziób orbitalnego statku rozpoznawczego i zwiększył prędkość jednym dotknięciem konsoli. I wtedy zobaczył swój cel – potężną formację skalną znaną jako Most Zatracenia. Skalny łuk powinien być dostatecznie szeroki, żeby dało się pod nim przelecieć. Będzie tak, jeśli wieści, jakie otrzymał Marcus, były prawdziwe. Dotąd zawsze były.
Przyśpieszył. Statek przemknął pod łukiem mostu i zaczął się wznosić, aby potem wykonać pętlę i zawrócić. Kolejny raz przeleciał pod skalnym mostem. Udało się, ale wtedy planeta, zdegustowana pokazem, uznała, że śmiałek popisał się o jeden raz za dużo. Statkiem targnął dziki podmuch wiatru. Wymusił nagły skręt w prawo.
Marcus miał tylko chwilę na odzyskanie kontroli, zanim straci prawe skrzydło – a potem wszystko. Statek runął w wyrwę w skałach i zadrżał, kiedy prawe skrzydło otarło się o kamiennną ścianę wśród deszczu iskier. Potem gwałtownie skręcił w lewo i zaczął opadać, obracając się wokół własnej osi.
Kiedy Marcus walczył ze sterami, przez jego umysł przemknęła myśl, że byłby to wyjątkowo głupi sposób na rozstanie się z tym światem. Musiał zaryzykować włączenie komputera i automatycznych stabilizatorów lotu, nie rezygnując z ręcznego sterowania. Kiedy wstukiwał kombinację klawiszy, statek przechylał się niebezpiecznie, ale po kilku sekundach udało się odzyskać kontrolę nad lotem.
Wolał teraz nie ryzykować ręcznego sterowania. Włączył automatycznego pilota, a sam skoncentrował się na tym, by odzyskać zimną krew. Jego serce dudniło jak oszalałe.
— Komputer! Raport na temat uszkodzeń.
— Niewielkie uszkodzenie na końcu prawego skrzydła. Zwiększony opór został zrównoważony. Plan lotu może zostać wykonany. 0strzeżenie: minimalne rezerwy paliwa.
Marcus przejął kontrolę nad sterami i kontynuował rutynową inspekcję kopalni i rafinerii w Sektorze Siódmym. Musiał wyjątkowo uważać na to, co się działo na powierzchni tej planety.
Aryzja 3 była światem niegościnnym, dzikim, niemożliwym do zasiedlenia. Orbitowała wokół niewyróżniającej się niczym gwiazdy F5, daleko od dobrze poznanych rejonów Wszechświata. Była to mała planeta, wielkości dwóch trzecich Ziemi, ale o trzy razy bardziej zwartej strukturze. Przeciążenie 2-G, trująca, radioaktywna atmosfera, wysoki poziom aktywności sejsmicznej i wulkanicznej oraz szalejące gorące wiatry sprawiały, że nie była to planeta, na której ludzie mogliby przetrwać. I to miejsce pozostałoby po prostu zagubionym w przestrzeni, zapomnianym skrawkiem piekła, gdyby nie znajdowała się tutaj w obfitości najcenniejsza substancja w znanej części galaktyki, Quantium 40, materiał niezbędny do budowania wrót skokowych, a zatem do podróży międzygwiezdnych. Wydobywanie tego surowca przynosiło ogromne zyski, ale było kosztowne i niebezpieczne.
Był to najrzadszy z minerałów, z natury radioaktywny, o złożonym składzie chemicznym oraz o wyjątkowo nietypowej, naturalnej quasi-krystalicznej strukturze. Niewielkie skupiska surowego Q-40 były znajdowane w pokładach innego rodzaju skał, głównie w światach Kategorii IV, takich jak Aryzja 3.
Wydobywające surowiec roboty, sterowane ze znajdującej się na orbicie kolonii, wykopywały skały i transportowały je na orbitę, do sprawiających toporne wrażenie, zautomatyzowanych rafinerii. Te maszyny kojarzyły się Marcusowi z olbrzymimi żukami wypluwającymi z siebie obłoki pary. Pierwszym etapem było oddzielenie Q-40 od innych skał. Dzięki zautomatyzowaniu procesu robotnicy schodzili na powierzchnię planety tylko w celu przeprowadzania inspekcji, dokonania napraw i zbierania surowego Q-40, aby potem przetransportować je do Orbitalnej Platformy Rafinerii. Zdatne do użytku Q-40 należało uwolnić od zanieczyszczeń i wstępnie podzielić na części.
Podczas każdej fazy procesu należało zachować absolutną ostrożność. Czyste Quantium 40 było tak radioaktywne, że wystarczały jego dwa gramy, aby uśmiercić człowieka z odległości piętnastu stóp. Było też skrajnie zmienne. Jeden błąd mógł się stać przyczyną niekontrolowanej reakcji łańcuchowej, której efektem byłoby napromieniowanie wszystkiego wokół, a nawet nagły wybuch.
Marcus obniżył pułap lotu, aby dokonać z powietrza inspekcję Sektora 7. Wiedział, że ludzie z Centrum Kontrolnego na orbicie planety musieli monitorować jego niedawną eskapadę. Wiedział również, że nikomu o tym nie opowiedzą. Była to jedna z dodatkowych korzyści płynących z tego, że był szefem.
W rzeczywistości, jak pomyślał ponuro, była to jedyna korzyść, ale w końcu nie zajął się firmą dla zysku, wyjątkowych podniet czy zabawy. Aryzyjska Kolonia Wydobywcza była ostatnią szansą na uratowanie rodzinnej firmy górniczej. Była tym, co pozostało po niezależnym przesiębiorstwie.
Marcus urodził się tutaj, w kolonii wydobywczej, którą odziedziczył. Dla mieszkańców tych niegościnnych okolic Ziemia była czymś odległym i denerwującym. Oburzało ich protekcjonalne traktowanie kolonii, zwłaszcza podczas wojny z Minbarem.
Z kolei Marcusa denerwowało to, że był po prostu synem szefa. Nie dbał za bardzo o górnicze przedsiębiorstwo, zdecydowany nie zajmować się niczym podobnym. Marzył o czymś bardziej niezwykłym.
Kiedy w wyniku wojny firma znalazła się na krawędzi bankructwa, poczucie obowiązku wobec rodziny okazało się zbyt mocne, żeby Marcus mógł je zignorować. Zgodził się pomagać ojcu przez jakiś czas, dopóki sytuacja finansowa przedsiębiorstwa się nie poprawi. Jego poczucie odpowiedzialności za firmę wyraźnie wzrosło, kiedy ojciec zaczął podupadać na zdrowiu, i tak miesiące zamieniły się w lata. W chwili śmierci ojca Marcus był już w pełni wprowadzony w sprawy przedsiębiorstwa. Matka zmarła dwa lata później. Wtedy już Marcus miał mocne przeświadczenie, że powinien zachować dziedzictwo, które pozostawili mu rodzice, nawet jeśli będzie musiał samotnie o to walczyć.
Marcus zakończył pobieżną inspekcję i wprowadził odpowiednią notatkę do dziennika pokładowego. Wiedział, że nie ma dość paliwa, aby poświęcić dostatecznie dużo uwagi całemu obszarowi, więc zawrócił niechętnie.
Znajdująca się na orbicie Aryzyjska Kolonia Wydobywcza składała się z dwóch zasadniczych części – z Orbitalnej Platformy Rafinerii oraz z umieszczonej w bezpiecznej odległości na równoległej orbicie Platformy Mieszkalnej, która była zasiedlona przez stu pięćdziesięciu pracowników.
Marcus skierował statek do doku. Czekał już tam starszy mężczyzna będący głównym specjalistą od napraw. Zerknął na uszkodzone prawe skrzydło statku rozpoznawczego i zaświstał.
— Chłopcze, miałeś szczęście. Mogło być znacznie gorzej.
— Nie wierzę w szczęście — odpowiedział Marcus. — Jeśli za każdym razem spodziewasz się najgorszego, jesteś na nie przygotowany. I wychodzisz bez szwanku.
— A co dokładnie stało się tym razem, szefie?
— Po prostu upewnij się, że naprawią to od razu, Hank. Jutro będę chciał go odebrać.
Marcus opuścił dok i zaczął iść wąskim korytarzem prowadzącym do biura. Zgodnie z miejscową rachubą czasu panowała noc, dzięki czemu szczęśliwie spotykał niewielu ludzi. Ci, których widział Marcus, nie zatrzymywali się, tylko pozdrawiali go skinieniem głowy.
Kiedy wszedł do biura, automatycznie zapaliły się światła. Podszedł do stołu. Ułożono na nim stos papierów, które polecił tam zostawić sekretarce. Wcisnął dokumenty do teczki, aby zabrać je do swojej kwatery. Tej nocy czekało go mnóstwo pracy.
Kiedy wyszedł na korytarz, otoczyły go przygaszone światła. Odwrócił się do drzwi, żeby je zamknąć, i wtedy ktoś wymówił jego imię.
— Marcus! Miałam nadzieję, że cię spotkam.
Zatrzymała go Hasina Mandisa, która kierowała Planetarnym Biurem Meteorologicznym. Zadaniem tego biura było przewidywanie zmian pogody, analiza zmian sejsmicznych i danych na temat aktywności wulkanów oraz określanie ryzyka ich wybuchu. Dzięki wczesnemu ostrzeganiu udawało się uchronić przed zniszczeniem maszyny wydobywcze oraz inne urządzenia umieszczone na powierzchni planety.
— Mam ten raport. Tak, z tymi zmianami, których się domagałeś. Właśnie skończyłam. Pomyślałam, że powinnam ci go od razu przekazać — wręczyła mu gruby plik papierów, do których dołączyła przenośny dysk komputera. — Wydrukowałam go, bo wydaje mi się, że zechcesz przedyskutować niektóre kwestie.
— Dobry pomysł — uśmiechnął się Marcus. — Rzucę na to okiem dzisiaj w nocy. Jeśli będę miał jakieś pytania, to jutro dam ci znać.
— Właściwie to chciałabym teraz omówić ten raport — powiedziała.
— Nie mogę cię o to prosić, skończyłaś już pracę na dzisiaj. Możemy z tym poczekać do jutra — Marcus był gotów odejść, ale go zatrzymała.
— Cóż, tak sobie pomyślałam… Nie jadłam jeszcze, zakładam, że ty też nie miałeś okazji nic przegryźć, więc może podyskutujemy przy kolacji? W ostatniej przesyłce z Ziemi była paczka od mojej matki. Jest najlepszą kucharką w Lesotho City, ma własną restaurację. Wysłała mi tradycyjne danie z Afryki Zachodniej, gulasz wołowy z różnymi dodatkami. Wiesz, owoce mango, pieczone banany, specjalny sos… Mogę się z tobą podzielić. Może moglibyśmy połączyć tę kolację z pracą?
Marcus przez chwilę to rozważał, a jego myśli krążyły wokół czegoś więcej niż nie tylko propozycji wspólnego zjedzenia posiłku, mimo że miał być tak odmienny od tego, co można było dostać w kantynie. Hasina naprawdę mu się podobała. Była inteligentna, uzdolniona, serdeczna, atrakcyjna…
— Nie mogę — potrząsnął głową. — To kusząca propozycja, ale nie mogę. Muszę skończyć raport finansowy i przejrzeć raporty wszystkich sekcji.
Czuł, że brzmiało to jak wykręt, ale tak wyglądała przeklęta prawda. Nie mógł poświęcić teraz Hasinie swego czasu. Nie powinien. Nie mógł się teraz w nic uwikłać. Bardziej osobiste relacje nie wchodziły teraz w grę. To nie byłoby w porządku.
— Nie ma sprawy — powiedziała. — Rozumiem. Ale słuchaj, ta propozycja będzie dalej aktualna. Może innym razem?
— Może później się uda. Dzięki.
Patrzył, jak odchodziła, dopóki mógł ją widzieć w przyćmionym świetle, a potem odwrócił się i ruszył w stronę kantyny, gdzie – jak zawsze – powinien czekać już na niego posiłek.
Kantyna znajdowała się za salonem gier i barem. Zaledwie Marcus tam się znalazł, zaatakowały go zewsząd odgłosy głośnych rozmów i śmiechów, muzyka, kakofonia różnych dźwięków wydawanych przez automaty do gier, a przede wszystkim zapach alkoholu.
Niechętnie tutaj przychodził. Nie czuł się swobodnie w otoczeniu własnych podpitych pracowników. Spożycie alkoholu było ściśle regulowane przepisami kolonii. Musiało tak być w sytuacji, skoro każdy błąd podczas pracy z Q-40 mógł okazać się śmiercionośny. Jednak wielu pracowników, wykonujących tak niebezpieczny zawód, pragnęło w jakiś sposób uciec przed szarzyzną własnego życia.
Przez ogólny gwar przebił się głos jakiegoś pijanego amatora śpiewu. Wybrał sobie idiotyczną piosenkę, która z niewiadomych powodów była popularna na Ziemi parę lat temu, potężnie fałszując.
— Och, bądź miłą dziewczyną i buziaka daj mi! Cmok! Cmok! Cmok! — dodał do słów piosenki odgłosy imitujące pocałunki. — Och, bądź miłą dziewczyną i buziaka daj mi! Cmok! Cmok! Cmok! Och, bądź…
— Zaraz cmokniesz moją pięść, jeśli się nie zamkniesz! — wydarł się ktoś inny.
Nie upłynęło wiele czasu, a zgodnie z przewidywaniami Marcusa rozpoczęła się bójka. Dwaj mężczyźni w najodleglejszej części baru zaczęli się tarzać po podłodze i okładać pięściami, podczas gdy inni rozpierzchli się na boki.
— Dość tego! — krzyknął Marcus. Kiedy udało się rozdzielić walczących, żaden z tych dwóch mężczyzn nie odważył się spojrzeć mu w twarz. — Dość chlania. Mówię do obu! Wynoście się stąd. Zostaniecie w swoich kwaterach, póki nie ustalą, ile promili macie we krwi. Czy wyraziłem się jasno?
Kiwnęli głowami w milczeniu, okazując odpowiednią skruchę. Marcus pozostawił winowajców pod nadzorem ich przyjaciół.
Apetyt go opuścił, jednak mimo to poszedł do kantyny i zabrał swoją kolację, a potem w końcu ruszył do swojej kwatery.
Na ekranie komputera migało powiadomienie o nowej wiadomości. Marcus odłożył wszystko, co niósł, i sprawdził listę. Jedyna nowa wiadomość, pochodząca z Ziemi, była sprzed miesiąca. Typowe. Dostarczanie wiadomości do kolonii zewnętrznych nie było nigdy priorytetem dla StellarCom. Nietypowe okazało się to, że to nagranie przesłał jedyny brat Marcusa, William. Nie widzieli się od pogrzebu matki. Prawie ze sobą nie rozmawiali od tego czasu.
Młody Willie, niedojrzały i nieodpowiedzialny, bezustannie zmieniał źródła zarobku. Pracował w jednym miejscu dopóty, dopóki nie zebrał pieniędzy na dalszą podróż, a potem wyruszał dalej w drogę. Podróżował bez celu, zmuszając starszego brata do tego, by sam starał się utrzymać to wszystko, co im pozostało.
— Pewnie chce pieniędzy — wymamrotał ze złością Marcus.
Przez chwilę rozważał, czy po prostu nie wykasować wiadomości przed jej wysłuchaniem. Ostatecznie postanowił ją odtworzyć.
Brat uśmiechnął się nerwowo z ekranu.
— Hej, Marcus. To sporo kosztuje, więc będę się streszczał. W dodatku wiem, że przypuszczalnie użyłeś przycisku „usuń” i nawet tego nie wysłuchasz. Cóż… Witaj, jeśli tam jesteś. Odkąd widzieliśmy się ostatnio, odbyłem podróż do Układu Slonecznego. Prawdziwą podróż. Zwiedziłem to wszystko, o czym kiedyś zwykliśmy rozmawiać. To wszystko, co chcieliśmy zobaczyć. Pamiętasz? Opowiem ci o tym podczas następnej wizyty. Póki co chcę po prostu cię uprzedzić, gdzie teraz się wybieram. W razie gdybyś potrzebował ze mną się skontaktować, wysyłaj wiadomości… — urwał i posłał Marcusowi promienny uśmiech. — …na Minbar! Zawsze chciałem tam dotrzeć, uczyć się ich języka… No cóż, czas mnie goni. Spróbuję do ciebie napisać. A może niedługo się spotkamy? Mam nadzieję. Trzymaj się.
Oniemiały Marcus przez długą chwilę wpatrywał się w biały ekran. Minbar! Podejrzewał, że brat wybrał się tam po części po to, żeby go zirytować. Marcus miał za co winić Minbari. Ich krwawa, bezsensowna wojna zmusiła go, wbrew chęciom, by zaciągnął się do wojska. Sprawiła, że zginęło kilku jego najlepszych przyjaciół. Niewiele brakowało, aby doprowadziła do ruiny rodzinne przedsiębiorstwo.
Jeśli brać pod uwagę opłacalność handlu, to Minbari okazywali się jego najlepszymi klientami. Wysyłali regularnie frachtowce po dostawy Q-40. Zawsze upewniał się, że ich ładownie będą maksymalnie wypełnione. Nie wchodziło w grę nic nielegalnego czy nieetycznego – dbał o to – ale też nie było żadnych targów, żadnych upustów. Nigdy. I chyba tylko on się trapił, że coś pójdzie nie tak, jak trzeba, Minbari wydawali się wolni od jego obaw.
Minbar. Marcus potrząsnął głową. Kto wie, pomyślał, może się stać, że jakimś dziwnym sposobem ta podróż będzie miała dobre skutki. W końcu wiedział o Minbari tylko jedno – to, że przysięgali poświęcać się służbie i że przedkładali potrzeby społeczności oraz rodziny nad własne egoistyczne interesy. Może ta podróż okaże się kształcąca?
Marcus zerknął na stertę papierów, które miały odebrać mu sen dzisiaj w nocy, obejrzał się na przyniesioną kolację, która nie wyglądała ani trochę bardziej smakowicie niż poprzednio, a potem obszedł biurko i sięgnął na półkę pełną książek, prawdziwych książek. Wybrał powieść, obiecał sobie „tylko pół godziny”, usiadł i zaczął czytać.

Aragonte - Nie 13 Gru, 2009 01:02

Admete, po przetłumaczeniu tego rozdziału mam niejakie skojarzenia z North and South :wink:
Gosia by padła z wrażenia :lol:

"Steeeevens!" :mrgreen:

Ha, ciekawe, kiedy pobawię się znowu tłumaczeniem - może w święta? :roll: Chociaż wątpliwe, żebym znalazła wtedy tyle czasu, zresztą nie mam tam internetu, a słowniki internetowe i Google są mi niezbędne.

Admete - Nie 13 Gru, 2009 09:19

No tak - właściciel prywatnego biznesu i zbyt krewcy robotnicy ;) Ja miałam skojarzenia z Dzkimim Zachodem.
Aragonte - Nie 13 Gru, 2009 10:23

Mnie chodziło raczej o te restrykcje dotyczące picia z uwagi na zagrożenia, jakie to niesie (vide: palenie fajki wśród kłębów bawełny...)
Ale Dziki Zachód też tu się kojarzy, jak najbardziej :D
Jak Ci się podobają bracia Cole?
Marcus coś na razie nie prezentuje swego poczucia humoru. William mu zresztą to w pewnym momencie wytknie, zasugeruje, że zgredział czy cuś :wink:

Aragonte - Nie 13 Gru, 2009 14:10

Oglądam sobie fragmenty sezonu III i IV i dodatki.
Chyba powinnam iść na odwyk :mysle:

Admete - Nie 13 Gru, 2009 14:24

:lol: Nie przejumuj się ;) Kiedyś troche Ci przejdzie, ale nie całkiem ;) Jestem tego żywym przykładem.
Aragonte - Nie 13 Gru, 2009 14:32

Lepiej, żeby trochę przeszło, bo naprawdę bez odwyku się nie obejdzie.
Czekam na koleżankę i oglądam kawałki Matters of Honor - mocno analfabetycznie :wink:

Aragonte - Śro 16 Gru, 2009 01:14

Jestem beznadziejna - zaczęłam tłumaczyć ten XV rozdział :wink: Wiele to mi się nie udało przełożyć, bo zabrałam się za to bardzo późno, ledwie dwa akapity, ale początek zrobiony. Będzie tu sporo obu braci Cole :D Młodszy będzie kusił starszego przygodami :wink:
Nie mam niestety wolnego dnia, żeby usiąść i pozwolić się wessać w tamten świat, więc nie mam pojęcia, kiedy skończę :roll:

Czy to się jakoś leczy? :mysle:

Admete - Śro 16 Gru, 2009 12:36

Nie leczy się, przechodzi w stan przewlekły ;)
soph - Śro 16 Gru, 2009 20:06

Aragonte napisał/a:
Czy to się jakoś leczy? :mysle:

A po co? Ja już zrezygnowałam z walki z uzależnieniem od SPN, a Babylon 5 fascynuje mnie nawet bardziej.

Aragonte - Śro 16 Gru, 2009 23:31

Admete napisał/a:
Nie leczy się, przechodzi w stan przewlekły

U mnie ten stan trwa od września - to chyba już kwalifikuje się jako stan chronicznej marcusomanii i babylonomanii? :mysle:
W sumie mi to dobrze w tym stanie :serduszkate: nawet jeśli on mało zdrowy.

soph napisał/a:
A po co? Ja już zrezygnowałam z walki z uzależnieniem od SPN, a Babylon 5 fascynuje mnie nawet bardziej.

SPN lubię, ale B5 to jednak dla mnie inna kategoria. Mogłabym zamieszkać na tej stacji, no problem :D W każdym razie przez jakiś czas, bo pewnie zatęskniłabym za widokiem słońca i gwiazd :wink:

Piszę z pracy, więc o tłumaczeniu na razie mogę pomarzyć :-|

Aragonte - Czw 17 Gru, 2009 08:49

Jedną stroniczkę przełożyłam. Krócej spałam w związku z tym faktem, ale nic to :wink:
Admete - Czw 17 Gru, 2009 11:34

Cytat:
Mogłabym zamieszkać na tej stacji, no problem W każdym razie przez jakiś czas, bo pewnie zatęskniłabym za widokiem słońca i gwiazd


Ja też, pod warunkiem, że nie mieszkałabym w tych dziwnych strefach na dole ;) Ale tak w kwaterach dla ambasadoró, dlaczego nie ;) Albo dla wyższego personelu oficerskiego ;)

Aragonte - Pią 18 Gru, 2009 04:28

Admete napisał/a:
Cytat:
Mogłabym zamieszkać na tej stacji, no problem W każdym razie przez jakiś czas, bo pewnie zatęskniłabym za widokiem słońca i gwiazd


Ja też, pod warunkiem, że nie mieszkałabym w tych dziwnych strefach na dole ;) Ale tak w kwaterach dla ambasadoró, dlaczego nie ;) Albo dla wyższego personelu oficerskiego ;)

No, zakładam optymistycznie, że Downbelow (to chyba tak się nazywało?) pozostanie dla mnie jedynie ciekawostką, a nie głównym lokum :wink:
Wybrałabyś kwaterę Centauri, Minbari czy Narnu? :mrgreen:

Nie ma to jak poranne posty po powrocie z pracy... Jeszcze może potłumaczę przez chwil kilka, bo i tak nie przewiduję, że łatwo usnę :roll: A o 13.15 ostatnie zajęcia przed świętami, na które po prostu muszę pójść - znowu będę na nim mało kumata i półprzytomna :?

Admete - Pią 18 Gru, 2009 14:50

U Minbarii mi się podoba, ale mają niewygodne łóżka ;) W mieszkaniu kogoś z Narnu jest zbyt czerwono acz nastrojowo ;) Centauryjczycy to wygodne istoty, więc mają wygodne mieszkania, ale nadmiar ozdób ;)
Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 19:04

Admete, pewnie nie masz w tej chwili pieniędzy, ale na wszelki wypadek wkleję linka z tą aukcją:
http://www.allegro.pl/ite...erial_nowe.html

Admete - Sob 19 Gru, 2009 19:40

Ani grosza...Święta pożarły wszystko.

I uroczystośc 40-lecia ślubu rodziców. Moze następnym razem.

Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 19:43

Mnie też pożarły wszystko, co miałam, a nawet więcej :-|
Kto wie, może ta aukcja będzie się powtarzać? W tej chwili sprzedający ma dwa egzemplarze serialu :)
A może mam pociągnąć dalej coco-jumbo? :wink:

Zastanawiam się, czy nie wkleić tej przetłumaczonej stroniczki XVI rozdziału - śnięta jestem i nie posunęłam się dalej z tłumaczeniem, może to mnie zdopinguje? :mysle:

Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 21:18

KATHRYN M. DRENNAN
SNY W MIEŚCIE SMUTKÓW

ROZDZIAŁ XV

Przybycie statku do Aryzyjskiej Kolonii Wydobywczej bywało zwykle wydarzeniem, na które z niecierpliwością wyczekiwano. Statki z Ziemi czy innych planet Systemu Słonecznego oraz z różnych ziemskich kolonii, a nawet pojawiające się sporadycznie frachtowce z Narnu czy ojczyzny Drazi przywoziły koresponcję, świeże dostawy, nowinki, mnóstwo plotek oraz żywą gotówkę niezbędną do zakupu Quantium 40, którą potem przeznaczano na wynagrodzenia, gaże i premie.
Widok minbarskiego statku obudził odrobinę mniejsze zainteresowanie, ponieważ powściągliwi Minbari rzadko przywozili ze sobą cokolwiek poza pustymi ładowniami oraz pieniędzmi. Nieznośnie ugrzecznieni, rzadko wdawali się w zwykłe pogaduszki, rzucali domysły czy plotki, bardzo rzadko przekazywali też jakieś nowiny, których warto byłoby wysłuchać.
Tak naprawdę Marcus nie spodziewał się zobaczyć jakiegokolwiek Minbari do momentu, kiedy kapitan ich statku zechce sfinalizować transakcję i zapłacić. Póki co przyglądał się więc tylko przez monitory umieszczone w biurze, jak świeżo przybyły statek dostawczy Minbari ostrożnie manewrował podczas załadunku w doku Orbitalnej Platformy Rafinerii.
Marcus przyznawał w duchu, że minbarskie statki – frachtowce, przewożące podróżnych, a nawet śmiercionośne statki wojenne – były po prostu piękne. Przybyły ostatnio charakteryzowały pełne gracji linie kadłuba oraz świetliste barwy długich, szpiczastych skrzydeł. Mimo to pozostawiał wrażenie potęgi. Przypominał w tym samych Minbari, których zwodniczo krucha budowa skrywała prawdziwą siłę.
Kiedy trwała wojna z Minbari, Marcus jako młody rekrut nigdy nie miał okazji uczestniczyć w bitwie, ale od tego czasu zobaczył już wiele minbarskich statków. Ich widok, mimo niewątpliwego piękna, sprawiał, że przenikał go dreszcz.
Teraz jednak nie miało to znaczenia. Chodziło o interesy, a Minbari byli dobrymi klientami. Co więcej, kapitan i załoga statku, należący do kasty robotników, a nie wojowników, okazali się dość sympatyczni, mimo że mało towarzyscy.
Marcus oderwał się od widoku z okna, wrócił do papierkowej roboty i nie poświęcał gościom żadnej myśli aż do chwili, kiedy w kilka godzin później sekretarka zapowiedziała mu, że do biura przybył kapitan minbarskiego statku.
Pozostał za biurkiem. Wiedział, że Minbari nie witali się uściskiem dłoni i nie będą oczekiwali od niego, aby wstał na ich widok. Bardzo mu zależało, aby jak najszybciej skończyć szczegółowy raport, więc nie od razu odwrócił wzrok od ekranu komputera, kiedy Minbari weszli do pokoju.
— Chwileczkę… przepraszam — rzucił, wciskając ostatnią sekwencję klawiszy, po czym spojrzał na twarz, która powinna należeć do kapitana minbarskiego statku.
Okazała się jednak obliczem rozpromienionego, uśmiechniętego szeroko Williama.
Mózg nie od razu zaakceptował to, co przekazał Marcusowi zmysł wzroku. Nic dziwnego, że zamarł, na wpół odwrócony do ekranu komputera, zapatrzony w doskonale znaną twarz.
— Ej! Zamierzasz mnie przywitać czy będziesz się tylko tak gapił? Jeśli to drugie, to chociaż zamknij usta. Wyglądasz jak ryba.
Marcus wstał.
— William, co…
Nic więcej nie zdołał z siebie wydobyć. Rozejrzał się bezradnie, szukając wyjaśnień. Zdał sobie wtedy sprawę, że kapitan statku Minbari także znajdował się w biurze, ale zatrzymał się tuż przy drzwiach, zachowując pełną szacunku postawę.
— Jak… skąd…
— Brakuje jeszcze tylko „kto” i „dlaczego” — dokończył ze śmiechem młodszy brat. — Jezzzu! Dobrze cię widzieć, Marcus. Wybacz, że wpadłem tak znienacka. Nie powiem, całkiem mnie to ubawiło. Wiem, że najpierw musisz się zatroszczyć o interesy, więc może później ci wszystko wyjaśnię, co?

[CDN]

Admete - Sob 19 Gru, 2009 21:26

Biedny Marcus ;) Chyba nie lubi niespodzianek.
Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 21:31

No, chyba nie bardzo :wink:
Na razie to powieściowy Marcus nie przypomina mi za bardzo serialowej postaci - gdybym to ja pisała tę książkę, chyba inaczej bym go scharakteryzowała :wink:

Admete - Sob 19 Gru, 2009 21:55

Może chodzi o to, że to Marcus przez wydarzeniami z B5, zanim został Strażnikiem...
Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 21:56

Jasne, ale tak zupełnie go ograbić z poczucia humoru to dla mnie przesada :mysle:
Admete - Sob 19 Gru, 2009 22:16

Pewnie wtedy uważał, ze tak powinien. Uważał, ze jest tym odpowiedzialnym i poważnym. Beztroskę pozostawiał bratu.
Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 22:19

Na razie moja interpretacja była taka, że pani Drennan chciała mocno skontrastować obu braci Cole, ale kto wie, może i masz rację, Admete :)


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group