Jane Austen - życie i epoka - Becoming Jane ("Zakochana Jane")
asiek - Nie 23 Wrz, 2007 11:21
Ja też, z banalnego acz ważnego powodu...jest wysoki. Sorki, ale Lefroy, to krasnal.
A tak serio, serio, to z Wisley'a porządny człek, pokroju Brandona. Nieśmiałość pozbawiała go uroku, który tak lubimy u mężczyzn, ale z czasem chłopak by się rozkręcił. Lefroy, to nie facet na całe życie. Zreszta dał temu dowód - szybko zrezygnował z Jane.Wprawdzie przekonywał , że umie zarabiać pieniądze, jednak nie skupił wszystkich sił na pracy, by zdobyć niezależność, i nie próbował ponownie pozyskać Jane? Dziewczyna powiedziała nie, to wziął się odwrócił i szybko pocieszył w ramionach innej. Kobietki, gdzie tu romantyzm ?
Dziewczyny, a co sądzicie o Ann Radcliffe ? Ja odniosłam wrażenie, że ona znajduje się na granicy załamania nerwowego. Czyżby wpływ "Tajemnic Zamku Udolpho" ?
Gunia - Nie 23 Wrz, 2007 13:07
A ja sądzę, że oba rodzaje romantyzmu są równorzędne. I taka gorąca i nagła namiętność jak u Toma i taka spokojna i cicha, lecz wytrwała u Wisleya. W kontekście Jane na pewno bardziej romantyczna jest ta zmienna miłość do Toma, ale kiedy mowa o "Rozważnej i romantycznej", to chyba każda z nas wzdycha z Brandonem bardziej niż za Wiloughbym? Ale w odcięciu od głównej bohaterki, oba te przykłady męskiego uczucia są wspaniałe i imponujące.
Admete - Nie 23 Wrz, 2007 13:32
Nimloth jak ja Cię dobrze rozumiem. Za każdym razem, gdy oglądam Wichry namiętności wybieram Alfreda i on jest dla mnie romantyczny, nie szurniety Tristan. Wolę taki romantyzm oparty na wytrwałości i poświęceniu, niepotrzebne mi puste gesty typu - ucieknijmy i weźmy ślub. Romantyczny jest ten, kto kocha, jest wytrwały i potrafi się poświęcić dla drugiej osoby.
trifle - Nie 23 Wrz, 2007 14:43
| Nimloth napisał/a: | | Alison napisał/a: | | Przeczytałam sobie co tu w międzyczasie wypisywałyście i po prostu nie mogę pojąć, że zachwyciłyście się Wisley'em? Gdzie Wasz romantyzm, na miły Bóg?! |
Wiesz, zależy jak się postrzega romantyzm. Może dla Ciebie romantycznie jest wtedy, gdy jest przystojny bohater, piękna bohaterka i światło księżyca odbijające się na wodzie, ale dla mnie jest to filmowy romantyzm, który nie ma związku z rzeczywistością. I dlatego gdy Lefroy mówi "Nie mam pieniędzy, posiadłości, jestem całkowicie zależny od mojego dziwacznego wuja, bez którego zgody nie mogę się ożenić, ale musisz wiedzieć, co czuję. Jane, jestem twój. Jestem twój duszą i sercem" chce mi się śmiać, a nie wzruszać, zaś racjonalne, łagodne słowa Wisley'a zawsze do mnie trafiają, bo są prawdziwsze. Im bardziej romantyzm opiera się na emocjach, a nie na romantycznym otoczeniu, tym bardziej do mnie przemawia. Cały romantyzm sytuacji z Wisley'em polegał tylko i wyłącznie na grze aktora, dlatego wolę Wisley'a. |
Amen. Zgadzam się ze wszystkim. Nie wzruszają mnie te słowa Lefroya, bo NIC za nimi nie stoi. A Wisley wcale nie był drewniany, po prostu się nie popisywał, był cichym, spokojnym człowiekiem i bardzo mi się podobało to, co powiedział do Jane na końcu, że jest zbyt próżny, żeby go kochać dla jego pieniędzy, a nie dla niego samego. Mam wrażenie, że Wisley świetnie rozumiał Jane, chyba on pierwszy - przynajmniej patrząc na ten film.. - pojął, czym dla niej jest pisanie.
Hmm, a scena o jerzykach w bibliotece wydaje mi się żenująca, a nie poruszająca w jakikolwiek sposób..
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 16:16
No cóż, każdy ma prawo do własnego zdania, ale... troszkę mi żal, że nie pragniecie tej odrobiny szaleństwa tylko takiego ciepłego zapiecka. No cóż, kazdy wybiera co bardziej lubi. Ja niestety zawsze dawałam się łapać na romantyczne gesty, fakt, że w ostatecznym rozrachunku może nie wyszłam na tym najlepiej ale nie żałuję ani jednej chwili, ani jednej zasuszonej róży, ani jednej spadającej gwiazdy, ani jednego pocałunku w świetle księżyca. Chyba jestem staroświecka, albo z innej gliny. Ale wcale nie jest mi z tym źle
Co do Toma, może wcale się szybko nie pocieszył. Nie wiemy tego jak szybko się ożenił, a może właśnie uszanował decyzję Jane? Co do oceny jej pisania, to on pierwszy dał jej uczciwe i szczere rady co do dalszego pisarstwa, jako pierwszy ofiarował konstruktywną krytykę, która jest jest dla każdego autora bezcenna, on załatwił jej spotkanie z jej ulubioną pisarką. A co w tym czasie robił Wisley? Zerkał na ciocię z przeprosinami, że jakoś mu nie idzie. Nie sztuka oświadczyć się mając silne zaplecze, sztuką jest zaryzykować wszystko dla tego by być z ukochaną osobą. Jane przestraszyła się trudności, zrekompensowała to sobie pisząc happy end w D&U, ale czy nie żałowałaby, gdyby naprawdę przeżyła coś takiego, gdyby zobaczyła, że po tylu latach wciąż budzi w tym człowieku emocje (przecież on prawie płacze na tym koncercie...), że udało mu się do czegoś dojść? Gdyby tak było, sama byłaby drewniana.
A co do sceny w bibliotece, doprawdy nie wiem co Cię w niej żenuje Trifle, uważam, że jest urocza, łobuzerska i pełna skrywanych namiętności. Naprawdę nie wiem co o tym myśleć
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 16:18
| Admete napisał/a: | | Romantyczny jest ten, kto kocha, jest wytrwały i potrafi się poświęcić dla drugiej osoby. |
To może mi wytłumaczysz co mianowicie poświęca Wisley oświadczając się Jane? Bo jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Tom poświęca sporo, więc teoretycznie powinien mieścić się w Twojej definicji romantyczności.
Admete - Nie 23 Wrz, 2007 17:36
Napisałam posta i mi skasowało - widocznie to przeznaczenie Nie pisałam o panu Wisley'u, ale proszę bardzo. Zrezygnował ze swej miłości do niej, dał jej wolność, bo tego potrzebowała, rozumiał ją. Dla mnie to dużo. I przyznam Ci rację, ja rzeczywiście nie mam zdolności odczuwania rzeczy romantycznych w takim znaczeniu, jakie podałaś - nie rozumiałam nigdy Wertera, ani Gustawa, nie pojmowałam zachowania Wokulskiego.
Romantyczna jest dla mnie historia Arweny i Aragorna, Berena i Luthien, Deleen i Sheridana. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z wielka miłością połączoną z wyrzeczeniami - Arwena rozstała się ze swoją rodziną, ponieważ wybrała los śmiertelnych ludzi i oddała swoje miejsce na statku odpływającym z Szarej Przystani do Valinoru. Do końca nie mogła pojąć na czym polega dar Iluvatara dla ludzi i cierpiała w samotności po śmierci Aragorna. Aragorn długie lata jako strażnik chronił świat przed Ciemnością, próbując zasłużyć na akceptację ze strony Elronda Połelfa, ojca Arweny. Dopiero gdy powrócił na tron Gondoru, pokonując Saurona, mógł cieszyć się miłością. Luthien córka króla Thingola pokochała śmiertelnika i wyruszyła za nim wbrew woli rodziców, by pomóc mu zdobyc Silmaril zabrany kiedyś przez Morgotha do Mordoru i wspólnie z ukochanym wiele wycierpiała. Beren stracił rękę i był więziony w lochach przez Morgotha, by ostatecznie zginąć. Luthien podążyła za nim, ale nawet po śmierci byli rozłączeni - ona królewna z rodu Elfów czekała w Salach Mandosa, a Berenowi przeznaczony był los wszystkich śmiertelnych. Ich miłość sprawiła jednak, że oboje powrócili do świata żywych na czas jakiś. Deleen porzuciła swoją rasę, by poślubić kogoś, kto kiedyś był wrogiem jej ludu, a Sheridan świadomie poświęcił swoją miłość walcząc z Cieniami - wyruszył na Z'Ha'Dum na pewną śmierć i uratowała go ostatecznie miłość do Deleen. "It's easy to find something worth dying for. Do you have anything worth living for?" i na szczęście Sheridan mógł powiedzieć, że ma dla kogo żyć. Za każdy wybór należało jednak płacić i oboje mieli tylko 20 lat na to, by być razem. To są dla mnie romantyczne historie W literaturze. W życiu wolałabym wzajemne wspieranie się, spokojne życie, na koniec "starość łagodną i pełną pieśni".
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 18:24
Te postaci, które wymienilaś jako pierwsze to właśnie ten "romantyzm" wyjściowy, podstawowy, bazowy czy jak go tam zwać. To wszystko co teraz rozumiecie pod pojęciem romantyzmu, to już coś co wyewoluowało od tamtych sercowych porywów. Nie wiem, ja chyba jestem trochę z innej epoki, wydawało mi się, że jednak większość młodych kobiet mając do wyboru rozsądnego, dobrze sytuowanego, ale spokojnego męża i szalonego, żyjącego z głową w chmurach kochanka, jednak wybierze tego drugiego. Ale pewnie się mylę, jak w wielu sprawach. Myślę, że w życiu jest czas na szaleństwo i czas na spokojną stabilizację. Jeśli od razu wybiera się to drugie, myślę, że człowiek sam się z czegoś okrada i u progu zycia odczuje, że jednak cos stracił. Znam z życia przykład kiedy kobieta pierwszego męża miała właśnie takiego słodkiego wariata - przynosił jej wiadra kwiatów, porywał maluchem w Alpy, wyciągał z łóżka na słuchanie w nocy słowików, ale w domu ciągle nie było pieniędzy, bo on łapał sie dorywczych prac i zarabiał tylko tyle zeby mieć za co kupić sprzęt do wspinania i zapłacić czynsz, nie chciał mieć dzieci, bo bał się, że ograniczą im to życie z głową w obłokach. Rozeszli się. On wyjechał za ocean, miał tam już dziesiątki kobiet, które porywał swoim szaleństwem i zostawiał kiedy zaczynały mówić o rodzinie, ona ma drugiego męża, spokojnego, kochającego ją misia. Mają śliczną córeczkę. Ale kiedy z nią rozmawiam, czuję że dusza jej łka za tamtym, choć nie żałuje tego drugiego małżeństwa i są szczęśliwą parą. On dzwoni do niej z każdym kłopotem, a kiedyś po paru drinkach, wyznał mi, że przepłynąłby wpław ocean, gdyby mógł cofnąć czas i znowu być z nią, choć nic nie zrobi żeby zagrozić jej małżeństwu, bo chce żeby była szczęśliwa. Kochałam ich kiedy byli razem, kocham ich z osobna i nie mogę odżałować, że się tak rozminęli, a on nie potrafił dojrzeć do tego spokojnego okresu życia równolegle z nią. Niestety często tak bywa... Mimo to myślę, że żadne z nich nie żałuje tego czasu, kiedy byli razem, mimo, że zakończył się porażką. Bo to był ich czas, czas romantycznych szaleństw i chwała Bogu, że mogli go przeżyć.
Admete - Nie 23 Wrz, 2007 18:30
Alison tu mała pomyłka - ja już nie jestem młoda Nie widziałyśmy się przecież, więc to
zrozumiała pomyłka Miałam okazję obserwować przez wiele lat bardzo romantyczną parę, wielce romantyczną miłość...w życiu realnym. Dziękuję, nie skorzystam. I ta historia opowiedziana powyżej do mnie niegdy nie dotrze. To dla mnie nie miłość, tylko egoizm. Jeśli kocham to chcę dobrze dla drugiej osoby, nie dla siebie. Cóż mi po takim wariactwie? Owszem niech przynosi kwiaty, niech porywa - i niech będzie odpowiedzialny za siebie i za innych. To jest piękne i trudne, to jest romantyczne. Budowanie swojego życia z myślą o drugiej osobie, a nie na własnych potrzebach. Tak to widzę.
praedzio - Nie 23 Wrz, 2007 18:45
Ja tylko skromnie (siorbiąc zatkanym nosem) dodam od siebie nie wiedząc w ogóle, czy mam prawo , bo nie oglądałam filmu, że są różne odczuwania romantycznej miłości i różne o niej wyobrażenia. Można mówić sobie, że jest się osobą twardo stąpającą po ziemi, albo i nawet ma się w sobie dozę romantyzmu (nie oszukujmy się - każda z nas ma jakieś swoje mniej lub bardziej realne marzenia w tej kwestii ), ale kiedy (choć nie zawsze tak jest) dopadnie nas taka miłość, wszystkie nasze zapewnienia, przekonania biorą w łeb. Oczywista, można się bronić przed uczuciem, bo rozsądek nam tak nakazuje, ale czasem.... jest jak jest.
Nie mówię, że na siłę mamy szukać ideału, bo (ponoć) takowe nie istnieją, ale też nie zamykajmy serca przed tym, co niesie nam życie . Z drugiej strony romantyzm (albo jego odmiana) niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo: nie zakochujemy się w facecie, tylko w jego wyobrażeniu. Zmarnowałam przez to kiedyś kawałek swego życia. Nikomu tego nie życzę
Matylda - Nie 23 Wrz, 2007 18:50
Ali to nasz rocznik tak ma
Ale dziewczyny radze obejrzeć film brazylijski( chyba) bo gra tam piękność Sonia Braga Donia Flor i jej dwóch mężów.
Dokładnie jest o tym o czym piszemy
Film jest stary , ale problem jak widać aktualny
Nie potrafię tego tak opisać jak Ali , ale ten Tom jest CUDOWNY
Pamietacie gdy walczył na pięści i co powiedziała Jane- coś o poczuciu sprawiedliwości.
Teraz już wiem dlaczego tak niechętnie jechał na tę zapadłą wieś
Miasto dawało mu możliwości , aby pomagać rodzinie. I myślę , że to był główny powód dlaczego Jane zrezygnowała z tej miłości. Była przecież inteligentna. O tym , że wuj go wydziedziczy, , że pogrąży rodzinę wiedziała wychodząc z walizką z domu. Po przeczytaniu listu zdała sobie jednak sprawę , że z powodu ich decyzji będzie cierpieć jego rodzina- chyba zapytała się ile ma rodzeństwa- pewnie było tego dużo.
Matylda - Nie 23 Wrz, 2007 18:58
Mam wrażenie , że sobie udowadniamy , że drań Tom był lepszy od tego drugiego lub na odwrót
Zastanawiam sie w którym momencie pokazał złe , egoistyczne cechy charakteru???
Chyba wszystko bierze się stąd , że tak właściwie poznajemy jego prawdziwe oblicze pod koniec filmu
Admete - Nie 23 Wrz, 2007 19:03
Ja niczego nie zamierzam udowadniac, serio każdy ma swoje widzimisię i tak jest dobrze Moja najlepsza przyjaciółka jest romantyczką w Waszym typie, ja cyniczną realistką, a żyć bez siebie nie możemy Uzupełniamy się.
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 19:33
| Matylda napisał/a: | Mam wrażenie , że sobie udowadniamy , że drań Tom był lepszy od tego drugiego lub na odwrót
Zastanawiam sie w którym momencie pokazał złe , egoistyczne cechy charakteru???
|
No właśnie ja też tego nie pojmuję. Ustaliłyśmy, że hulał w mieście chcąc mieć alibi na wydawanie pieniędzy. Wysłanie go na wieś mogło go tego alibi pozbawić, bo na co mozna wydawać pieniądze na wsi? To, że ją na początku sprowadzał na ziemię i droczył się z nią? A cóż takiego zastał, wiejską pannę, żyjącą trochę w samouwielbieniu, przyzwyczajoną do bezkrytycznych pochwał rodziny i najblizszych znajomych. Wystarczy spojrzeć, jak zareagowała na, nawet nie na krytykę, ale na zdawkowe, owszem, to było zgrabne. Śmiem twierdzić, że to on uwierzył w jej talent i chciał tchnąć życie w jej gry i zabawy słowne. To on jej uświadomił, co ona tak naprawdę chce zawrzeć w tych swoich powieściach i daje jej to do zrozumienia w bibliotece. Wisley może ją wielbił i co z tego dla niej wynikało? Tom "zapładniał" ją intelektualnie. Uwielbiam rozmowy z takimi ludźmi, są inspirujące, zmuszają do myślenia, czytania, szukania. To on zauważył, ze Jane podświadomie czuje się lepsza od otoczenia, a przecież tak było, to tchnie z jej wszystkich listów. On miał odwagę nazwać to po imieniu. Dlaczego mówicie, że nic dla was nie wynika z tego, że on mówi - jestem twój duszą i sercem? Czy to mało? Dowiedzieć się, że jesteśmy kochane? Że kochamy z wzajemnością? Uczciwie, niczego ponad to uczucie jej nie obiecuje, bo nie może. W końcu rzuca na szalę wszystko, byle tylko być z ukochaną "cóż warte jest życie, jeśli nie możemy być razem?". W końcu to ona okazuje się rozsądniejsza - wie, że jeśli egoistycznie pojedzie z nim, ucierpi na tym jedenaścioro jego rodzeństwa, a do niego dociera na co naraziłby ją. Zna z autopsji jak wygląda małżeństwo z miłości - jego matka wyszła za mąż z miłości i skończyła w biedzie, z 11 dzieciaków na głowie. Może również przemawia przez niego rozsądek. Rezygnuje z tej miłości, żeby nie narażać jej na takie życie, bo wie, że być może wtedy nie spełniłaby się jako pisarka.
Myślę, że punkt widzenia Toma, zależy od punktu siedzenia Tu gdzie ja siedzę, Tom jest widziany jak kryształ pełen owoców białych, gdzie zdrój zielony tryska
Anonymous - Nie 23 Wrz, 2007 19:40
| Alison napisał/a: | | ale... troszkę mi żal, że nie pragniecie tej odrobiny szaleństwa tylko takiego ciepłego zapiecka |
Wiesz, każdy ma inny punkt widzenia. Np. Ty uważasz, że, jak pisałaś, nagły wyjazd maluchem w Alpy to właśnie takie romantyczne szaleństwo - dla mnie to czysta głupota. Jeżeli to ma być prawdziwy romantyzm, to ja zadowolę się jego podróbką w postaci zwykłego spaceru - nawet jeżeli ktoś uzna mnie za nudną i sztywną.
| Alison napisał/a: | | A co w tym czasie robił Wisley? Zerkał na ciocię z przeprosinami, że jakoś mu nie idzie. |
To widać, że nie zrozumiałaś uczuć Wisley'a . Jedyną bliską osobą jest Lady Gresham, która uważa, że jego zadurzenie w Jane jest nieracjonalne - jest w pewien sposób rozdarty między uczuciem do Jane a opinią ciotki, która była dla niego, z tego co zrozumiałam, jedną z bliższych osób. A na dodatek Jane nie odwzajemnia jego uczuć. Przypomina mi wielu bohaterów u Austen, takich jak Edward Ferrars, Brandon, Darcy. Sądzę, że gdyby grał go przystojniejszy aktor, również byś go lubiła - no a niestety Laurence Fox urodą nie grzeszy.
Antuś - Nie 23 Wrz, 2007 19:43
Nareszcie zobaczyłam, to prawda trochę późno, ale za to sala świeciła pustkami i przyznam, trochę egoistycznie: oglądało mi się przez to świetnie. Wiem, że opinie na temat filmu są rózne, nie chcę kwestionować, na ile zdarzenia w nim przedstawione są oparte na faktach, a w jakim stopniu są to fantazje reżysera. Grunt w tym, że moje ogólne wrażenia są bardzo pozytywne, nie potrafię trochę przeboleć tej ucieczki Jane, nie mieści mi się taka sytuacja w głowie, a jednak sama jej postać grana przez Annę Hathaway naprawdę mi się podobała, była żywa, wydawała się bystra, na swój sposób zbuntowana. Tom ukrzekał, mimo wszytsko i wzruszał. Najbardziej jednak wątek Cassandry, mimo że od poczatku wiedziałam jak to się zakończy to tak bardzo było mi jej żal. To samo zresztą z Wisley'em, ktorego mimo początkowej ciapowatości, szczerze polubiłam.
Ogólnie miałam trochę wrażenie (pewnie nie pierwsza), jakby historia życia Jane, otaczające ją postacie były ukazane jako inspiracja dla ,,Dumy i uprzedzenia", ale nawet to nie specjalnie mi przeszkadzało. Po prostu ,,Zakochaną Jane" na moje szczęście dobrze mi się oglądało, zweryfikuję to zresztą po powtórynm obejrzeniu. A teraz muszę przeczytać wypowiedzi SZanownych Dam i trochę podyskutować Z góry przepraszam, jeżli powtarzałam to co któraś z Was już napisała, po prostu nie czytałam wcześniejszych opinii żeby się nie sugerować! Pozdrawiam
Zapomniałaby dodać, że zdjęcia i muzyka szczerze mnie zachwyciły...
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 19:58
| Nimloth napisał/a: |
To widać, że nie zrozumiałaś uczuć Wisley'a . |
Uwierz mi, że zrozumiałam. Doceniam jego męski gest, kiedy ciotka publicznie potępiła Jane, ale on naprawdę niewiele miał jej do zaoferowania poza taką smętną adoracją i stabilizacją życiową. Taka osoba jak Jane na pewno pragnęła czegoś więcej. To, że wyrażam się o nim tak ironicznie, to dlatego, że jest kontrapunktem dla Toma, którego okrzyknęłyście niestałym chłystkiem, a ja jego zachowanie odbieram zupełnie inaczej.
Tak samo jak mając do wyboru spacer czy szaloną wyprawę w Alpy - zdecydowanie wybrałabym tę drugą. No cóż, po swiecie nie mogą chadzać sami wariaci, bardzo dobrze, że populacja jest zróżnicowana
asiek - Nie 23 Wrz, 2007 20:22
| Alison napisał/a: | | Tu gdzie ja siedzę, Tom jest widziany jak kryształ pełen owoców białych, gdzie zdrój zielony tryska |
Bomba... Bardzo mi się podoba to zdanie.
| Alison napisał/a: | | Ustaliłyśmy, że hulał w mieście chcąc mieć alibi na wydawanie pieniędzy |
To jest wersja lukrowana. Nie da się bowiem ukryć, że w domu uciech wszelkich był dobrze znany,a nocka z kurtyzaną nie była dla niego niczym nadzwyczajnym. Plusik dla Toma, że przy takim trybie życia potrafił jeszcze zaoszczędzić. Chyba korzystał z częstych promocji.
W ogólności Tom, to przyjemny łobuziak. A scena w bibliotece jest tego najlepszym dowodem. Mnie ta scena bardzo bawi.
EDIT: Zgadzam się z Ali, dobrze jest przeżyć wielką romantyczną miłość...Jak mówi Jane, taką namiętność, którą ledwie można odróżnić od obłędu. To niezwyłe doświadczenie...nawałnica uczuć,...istne szaleństwo. Jednak niezwykle rzadko taka miłość wiąże ludzi na dłużej.
trifle - Nie 23 Wrz, 2007 20:42
Ja jeszcze chciałabym dorzucić swój grosik - co do wymarzonego mężczyzny - póki co wierzę, że w jednej osobie może się łączyć "spokojny mąż" i wariat. Po prostu z umiarem. Zawsze mnie denerwują takie skrajności - ALBO romantyk ALBO nudziarz. Bez przesady, chyba może znaleźć "taki fajny mix" Nie umiałabym się cieszyć ową wycieczką maluchem w Alpy, gdybym wiedziała, że potem będę liczyć każdy grosz i z trudem wiązać koniec z końcem. No chyba nie jestem aż taką romantyczką.
A scena w bibliotece No prawie obcy facet prawie obcej kobiecie czyta jakieś nieprzyzwoite opisy, w tamtych czasach? Mnie się to nie podoba
Anonymous - Nie 23 Wrz, 2007 20:52
Mnie to w naszych czasach by się nie podobało, przynajmniej gdyby czytał dla mnie .
| Alison napisał/a: | | Doceniam jego męski gest, kiedy ciotka publicznie potępiła Jane, ale on naprawdę niewiele miał jej do zaoferowania poza taką smętną adoracją i stabilizacją życiową. |
Ja bym dodała zrozumienie dla jej chęci pisania (choć w filmie ukazanej dość infantylnie) i kto wie, może zapewnienie jej takich warunków, by mogła pisać?
Lefroy to dla mnie taki Willoughby - a za tym nigdy nie przepadałam, nawet gdy tak cierpiał po Marianne.
Matylda - Nie 23 Wrz, 2007 20:56
CZy Wy dziewczyny określacie Toma mianem wariata
A w którym miejscu to pokazuje
Mam wrażenie , że nie oglądałyśmy tego samego filmu
Przecież w tym filmie jest pokazane rodzące sie cudne uczucie między dwojgiem inteligentnych ludzi
Może na samym początku trochę się ze sobą droczyli ( ale to przecież normalne) ale potem to sam miodzik. No cóż nie udało im sie być razem to dlatego ten wariat
Anonymous - Nie 23 Wrz, 2007 20:57
Ja jak małe dziecko - podążam za matka. Zresztą omówiłyśmy to na świeżo.
Ja również wole malucha i Alpy. Reszta ZAWSZE sie jakoś układa.
Nie zauważyłam w nim egozimu, poza tym momentem, kiedy ulega miłości do ukochanej kobiety, pozwala sobie na odrobine szaleństwa. Przez cały okres studiów poświęcał sie dla rodziny. Brat Jane naprawde furdał pieniedzmi, Tom udawał, że to robi. Nikt od niego nie wymagał, aby dzielił się swoim "kieszonkowym". I dla rodziny poświęcił swoje szczeście. Ciekawa jestem, czy któraś z nas by coś takiego zrobiła. Ja chyba nie.
Alison - Nie 23 Wrz, 2007 21:13
Nie Matysiu, to ja gdzieś tam powyżej utożsamiłam romantyzm z szaleństwem czy wariactwem. To oczywiscie nadużycie, ale często tak bywa, ze tacy zwariowani faceci mają romantyczną naturę. Myślę, że dyskusja idzie w złym kierunku. Wszystkie mamy za sobą jakieś doświadczenia zyciowe. No cóż, my z Matysią, z racji wieku chociażby , troszkę większe niż reszta, i pewnie stąd te rozbieżności. My po prostu już wiemy, co tak naprawdę się liczy i co jest ważne.
Ale najważniejsze, że film nam się generalnie podobał, że każda ma jakiegoś faworyta, wyjaśniłyśmy sobie nasze punkty widzenia i sześć pieśni.
Jeszcze słówko, co do sceny w bibliotece. Najśmieszniejsze jest to, że fragment wcale nie był nieprzyzwoity, był to niewinny opis zwyczajów godowych ptaszków. Tom próbował uświadomić Jane, jak wielką siłę ma słowo, i ile uczuć i namiętności można ukryć w niewinnym skądinąd opisie. Podsuwa jej kolejną książkę, w której słowa poza zgrabnym układem zdań, kipią gorącymi uczuciami. Uświadamia jej, że nie można wiarygodnie pisać o uczuciach, nie przeżywszy czegoś podobnego. Dotykając różnych stylów i treści, Jane uświadamia sobie (dzięki Tomowi) na czym zależy jej, w jej próbach pisarskich. Tak ja rozumiem tą scenę. A to, że przy okazji Tom próbuje ją zauroczyć swoją własną osobą, to oczywiście naturalne i urocze Jane to na szczęście docenia
Anonymous - Nie 23 Wrz, 2007 21:27
Zważywszy na to, że Tom Jones i jego przygody były napisane w czasach JA i cieszyły się dość dużą popularnością i poczytnością - co w tym nieprzyzwoitego? Czy czytanie na głos zwyczajów godowych ptaków, podsuwanie kobiecie poczytnej lektury w jakimś stopniu różniło się od czytania poezji Mariannie przez pułkownika, czy Willoughbyego? Szczególnie, że ten drugi z cała pewnością czytał jej erotyki ?
Anonymous - Nie 23 Wrz, 2007 22:09
| AineNiRigani napisał/a: | | Zważywszy na to, że Tom Jones i jego przygody były napisane w czasach JA i cieszyły się dość dużą popularnością i poczytnością - co w tym nieprzyzwoitego? |
Ja czytałam, że "Tom Jones" nie był lekturą polecaną dla niezamężnych panien...
|
|
|