To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura

nicol81 - Pią 14 Maj, 2010 23:11

Takie myślenie, że matka nie może skrzywdzić dziecka, jest bardzo niebezpieczne :?

aś napisał/a:
gdyby powrót był całkowicie skazany na porażkę, wydaje mi się, że podjąłby ryzyka...

Nie zapominajmy, jaką wagę w tym czasie miało życzenie umierającego. Stuprocentowy szantaż emocjonalny.
Najgorsze jest to, że ciężar tego wszystkiego zrzuciła na Małgosię :?
Trzykrotka napisał/a:
to nie jest w stanie nawet pomyśleć o tym, że miałaby nie pożegnać się z dzieckiem, które kochała bardziej.

Nie uważam, że kochała bardziej. Nie było go, to za nim tęskniła, a zlewała Małgosię- w zgodzie z jej podłym charakterem. Gdyby mąż jej zbudował Tadż Mahal, narzekałaby że za mały.

trifle - Pią 14 Maj, 2010 23:58

Nicol, przesadzasz. Podły charakter? Dużo za dużo powiedziane. Ona była wychowana na damę, rozpieszczana, tego oczekiwała od życia, a niestety, rozczarowała się. Chociaż pani Hale też mnie momentami irytuje, to jednak bardziej mi jej żal.
Trzykrotka - Sob 15 Maj, 2010 22:12

Kochała bardziej, oj kochała :wink:
Beata55 - Nie 16 Maj, 2010 10:57

Miłości matki starczy każdemu dziecku.
Trzykrotka - Nie 16 Maj, 2010 14:21

A-a, tu bym się nie zgodziła. O tym nie mówi się może zbyt otwarcie, ale niestety mama też człowiek i ma dzieci, które kocha mniej i bardziej. Pewnie, że tych mniej kochanych nie morzy głodem i pozwala im zarastać brudem, ale one to wiedzą. I bardzo je to rani.
Idealna Margaret czuje przez skórę, że ona jest dla matki "nagrodą pocieszenia." Czuje się odrzucona, pamiętacie scenę, w której walczy wręcz z matką o uwagę i o zwierzenie się z choroby. Nawet Dixon była pani Hale bliższa niż córka. I to córka wysłuchiwała, że jest - na przykład - brzydsza niż matka w młodości i brzydsza niż Fryderyk.

Sofijufka - Nie 16 Maj, 2010 14:32

nie lubiem pani Hale.
Tess - Nie 16 Maj, 2010 15:57

Trzykrotka napisał/a:
Czuje się odrzucona, pamiętacie scenę, w której walczy wręcz z matką o uwagę i o zwierzenie się z choroby. Nawet Dixon była pani Hale bliższa niż córka. I to córka wysłuchiwała, że jest - na przykład - brzydsza niż matka w młodości i brzydsza niż Fryderyk.
Zgadzam się z Trzykrotką, że Margaret była inaczej traktowana przez matkę.Często rodzice przelewają całą swoją miłość na te pierworodne, lub najmłodsze dziecko zapominając o pozostałych, co często staje się przyczyną nieporozumień między rodzeństwem. W przypadku Margaret i Fryderyka jest inaczej, dlatego gdyż oni naprawdę się kochają i nie są o siebie zazdrośni :taniec:
nicol81 - Nie 16 Maj, 2010 17:27

Sofijufka napisał/a:
nie lubiem pani Hale.

Ja też nie lubiem.

Trzykrotka napisał/a:
Margaret czuje przez skórę, że ona jest dla matki "nagrodą pocieszenia." Czuje się odrzucona

Dla mnie to odrzucenie nie wiąże się z woleniem Fryderyka, a z zaabsorbowowaniem pani Hale swoją osobą. Do Dixon jest przywiązana, bo tamta ją bezkrytycznie uwielbia. Za Fryderykiem niby tęskni, bo go nie ma.

Beata55 - Nie 16 Maj, 2010 18:05

Zgadza się, matka inaczej okazuje miłość każdemu ze swoich dzieci. Jednakże każde razem i z osobna kocha tą swoją jedyną i niepowtarzalną matczyną miłością.
Miłość pani Hale do Margaret wygląda na inną niż do Fryderyka. Ta pierwsza jest prawie niezauważalna, wręcz niewidoczna i niektórym wydawałoby się, że nie istnieje. Natomiast w przypadku tej drugiej mamy wrażenie, że się w niej pławimy, tak jest ogromna. Wydaje nam się to takie niesprawiedliwe. Taki stan rzeczy znamy też z własnego życia - my, córki i jednocześnie siostry synów naszych mam (niekoniecznie pierworodnych).
Jednak cały czas twierdzę, że pani Hale, tak jak każda matka, kochała jednakowo swoje dzieci. Nieporozumienie polega być może na tym, że nie potrafiła okazywać swojej miłości Margaret.
Jednak w niektórych momentach mamy okazję przekonać się o matczynych uczuciach do córki i to nie o ochłapach miłości.
Przed swoją śmiercią poza Fryderykiem myślała również o Margaret. Bała się o nią i o jej przyszłość, kiedy zostanie sierotą. Była tak przerażona myślą o opuszczeniu swojej córki i tak zdesperowana, że poprosiła o opiekę nad Margaret panią Thornton, tak naprawdę nieznaną sobie osobę. Może dlatego ją wybrała, bo czuła, że na tej kobiecie można polegać. Nie zwróciła się do swojej siostry, bo wiedziała, że ta byłaby bardziej zainteresowana zdobywaniem świata niż Margaret.
Wyobraźcie sobie, co musiała czuć opuszczając na zawsze swoje dziecko. To był straszny ból. Gdyby pani Hale nie starczało miłości dla Margaret, nie przejmowałaby się jej losem.

trifle - Nie 16 Maj, 2010 18:33

Hmm.. ja myślę, że jednak jest możliwe, że matka kocha jedno z dzieci "bardziej". Zastanawiam się teraz, czy właściwie nie ma znaczenie właśnie to, w jaki sposób tę miłość okazuje. Co z tego, że ją "czuła"? :mysle: Rodzice to też ludzie, bywają niesprawiedliwi. Dobre chęci czy zamiary to za mało.
Z drugiej strony, nie umiem ocenić pani Hale jednoznacznie źle albo powiedzieć, że jej nie lubię. Bo nie miała wpływu na to, jak ją wychowano, na to, że rzeczywiście była słabego zdrowia, bez sił. To wszystko jest bardziej skomplikowane - jak dla mnie.

nicol81 - Nie 16 Maj, 2010 19:21

Twierdzenie, że matka zawsze kocha dzieci równo, nawet jeśli tego nie okazuje, jest bardzo niebezpieczne. Miłość (nie tylko rodzicielska) to nie uczucie, a akt- niewidoczna miłość to żadna miłość.
Z drugiej strony- posiadanie ulubieńców oczywiście nie oznacza, że się tych nieulubionych dzieci wcale nie kocha. (Wiele osób tak właśnie interpretuje w DiU to, że Lizzy była najmniej droga z dzieci pani Bennet).
Z trzeciej strony- czasem rzeczywiście to, co matka okazuje, nie równa się temu, co odczuwa- jak to było z Thortonami.

Alicja - Pon 17 Maj, 2010 21:35

Co do Fryderyka i Margaret nie ma wątpliwości. Pani Hale kocha każde z nich inaczej, co zapiano na kartach powieści i i chyba żadna z nas nie ma wątpliwości co do różnego stopnia uczucia pani Hale.

Beata55 napisał/a:
tak jak każda matka, kochała jednakowo swoje dzieci


To zbytnie uproszczenie. Matki kochają ( chociaż to też nie jest regułą,niestety :( ), jednakże tak jak każde z dzieci jest inną jednostką, osobą, tak uczucie matki jest w stosunku do każdego z nich inne. Nie mówię, że słabsze, może być równie gorące, ale inne. Matki nie są ślepe, widzą zalety i wady swoich dzieci, każde z nich rodziły i wychowywały w innym czasie, co też wpływa na uczucia. Mogą być pierworodnym dzieckiem młodej matki i późnym matki dojrzałej. Długo oczekiwanym potomkiem bądź radosną niespodzianką. Dzieci tego samego rodzica mogły być wychowywane w czasach gdy obowiązywał tzw. zimny wychów i młodsze później, gdy złagodzono zasady wychowywania dzieci tzw. rodzic na żądanie. Bywa i tak, że "to mniej zdolne" i sprawiające więcej kłopotów kocha się bardziej. Niekiedy zamiast miłości bezwarunkowej dzieci kochane sa tą druga miłością warunkową - co potem wpływa na ich dalsze życie. Raczej nigdy jednakowo.
Pani Thornton też przecież nie darzy każdego ze swoich dzieci tak samo uczuciem, o czym juz pisaliśmy,a bywa nawet, że by nie skrzywdzić Fanny, nie daje jej odczuć irytacji, którą niekiedy zapewne odczuwa w stosunku do niej i jej fochów.

Trzykrotka - Pią 21 Maj, 2010 14:36

Kiedy pan Thornton opuscił dom tego ranka, był niemal oslepiony swoja daremna
namietnoscia. (...)Cierpiał niemal fizycznie, dokuczał mu przejmujacy ból głowy i silnie
pulsujace tetno. Nie mógł zniesc hałasu, oslepiajacych swiateł, dudniacego ruchu ulicznego. (...) Przyniosłoby mu ulge, gdyby usiadł na schodkach przed drzwiami i zapłakał ;arliwie, jak małe skrzyczane dziecko, opłakujace niesprawiedliwosc, której doznało

Fantastycznie napisane.
Ale jednak - miłość jest straszna :( :( :(

BeeMeR - Pią 21 Maj, 2010 14:49

Jest straszna, tak - ale i bezbrzeżnie piękna, gdy jest odwzajemniona - mi się ciepło na sercu zrobiło, jak pisałaś rano o tych zakochanych 45-latkach :serce:
To też wskazuje, jak szczęśliwy będzie, jak mu wreszcie Margaret złoży główkę na ramieniu :serduszkate:

Trzykrotka - Pią 21 Maj, 2010 14:54

BeeMeR napisał/a:
Jest straszna, tak - ale i bezbrzeżnie piękna, gdy jest odwzajemniona - mi się ciepło na sercu zrobiło, jak pisałaś rano o tych zakochanych 45-latkach :serce:

Ona ma 45! A on - 35 i taki fenotyp że hej hej nanana :serduszkate: I to on za nią chodził, wytrwale. Przez rok.

Ale cokolwiek mogę myśleć o miłości, to o pani Gaskell myślę z podziwem. Świetnie rozłożyła na czynniki pierwsze to okropne uczucie odrzucenia - że jest doznaniem fizycznym, bólem głowy, ogłuszeniem.
I oczywiście - wspomnienia gryzą go po piętach nawet wtedy. Czy oczarowały go te piekne oczy, te miekkie, półotwarte, wzdychajace usta, które jeszcze wczoraj spoczywały tak blisko na jego ramieniu? Nie mógł pozbyc sie wspomnienia jej obecnosci, jej ramion zaplecionych wokół niego ten jeden, jedyny raz – i już nigdy wiecej

BeeMeR - Pią 21 Maj, 2010 15:10

Trzykrotka napisał/a:
Ona ma 45! A on - 35 i taki fenotyp że hej hej nanana :serduszkate:
Ach, wiek to szczegół ;)
Trzykrotka - Pią 21 Maj, 2010 15:23

Niekoniecznie, naprawdę. 10 lat to sporo, zwłaszcza w myśleniu kobiety. Zawsze się kombinuje: a nuż za 5 lat on odejdzie do młodszej. Zwłaszcza taki atrakcyjny on. Takie ryzyko zresztą istnieje w każdym związku, ale starsze od partnerów kobiety są na nie szczególnie narażone.
BeeMeR - Pią 21 Maj, 2010 16:15

Trzykrotka napisał/a:
10 lat to sporo, zwłaszcza w myśleniu kobiety.
Tak naprawdę to wiem, i podejrzewam, że bym się sama nie zdecydowała na taki związek, w obawie jak wyżej, ale znam też i udany związek, pobrali się gdy on miał ok.20 a ona 30 lat - znając od kilku lat - będąc razem i zrywając bo wiadomo, i znów razem - póki co dotąd.
Twoim znajomym życzę jak najpiękniejszej wspólnej przyszłości :kwiatek:

A co do Gaskell - zgadzam się w 100 % - pięknie potrafi malować odczucia bohaterów - może nawet piękniej te przykre, związanie z odtrąceniem, utratą kogoś bliskiego, chorobą, złością - niż przeciwne. :mysle:

kazika - Pon 24 Maj, 2010 08:34

co do związków gdzie kobieta jest starsza, to powiem wiek nie wybiera, jak ktoś ma parcie być zazdrosnym to będzie bez względu na płeć, wiek i wygląd ... wiek nie ma tutaj z wiele, najczęściej takie pary się rozpadają przez gadanie ludzi a nie wiek kobiety...

co do odrzucenia oświadczyn, tak sobie pomyślałam, że Margaret chyba dobrze zrobiła, gdyby się na nie zgodziła na tym etapie w życiu, byłaby tylko żoną swego męża, a tak w dziewczynie dokona się zmiana, stanie się partnerem w związku:) bynajmniej Thorton zyska:)

Trzykrotka - Pon 24 Maj, 2010 09:35

Natrafiłam kiedyś na fanfik DiU, w którym Lizzy przyjmuje pierwsze oświadczyny Darcy'ego i wychodzi za niego z niechęcią, wręcz wstrętem. Tutaj byłoby tak samo. W ogóle nie wyobrażam sobie, że Margaret wychodzi za Johna na tym etapie. Zrobiłaby to chyba tylko dla pieniędzy. A to już na wstępie byłby strzał w stopę. Nie kochany mężczyzna, którym ona wręcz (na razie) pogardza, krytyczna teściowa, okropna siostra, dom na skraju fabrycznego podwórza, w hałasie fabryki... Makabra - na tym etapie.
W związkach ze sporą różnicą wieku nie chodzi nawet o zazdrość, tylko o niepewność siebie. Osoba starsza często ma postawę "nie wierzę, że on/ona nie będzie rozglądac się za młodszymi," choćby to było kompletnie nieuzasadnione. Zazdrość jest wtórna.

ori - Pon 24 Maj, 2010 10:14

Ja także myślałam, z jakiego powodu Margaret mogła przyjąć oświadczyny Thorntona i jak potoczyłoby się ich życie. Doceniała wtedy niektóre przymioty jego charakteru, górę jednak brała niechęć do innych jgo cech. Może i byliby szczęśliwi...
Dopiero jednak po trudnym okresie w życiu obojga, z nieszczęściami, niepowodzeniami i powolnym zdawaniem sobie przez M. sprawy, czym jest dla niej JT, mieli szansę na pełne szczęście.
Trochę brakuje mi jeszcze małego kawałeczka dalszego ciągu... Szkoda.
Np. w DiU były pokrótce opisane kolejne losy bohaterów, co mnie jako czytenika niezwykle usatysfakcjonowało i nie pozostawiło uczucia niedosytu...

Trzykrotka - Śro 26 Maj, 2010 12:02

W każdym razie, dobrze się dzieje, że obydwoje nie mają czasu na rozpamietywanie własnych słów, zachowań, rozdrapywanie ran. On podsumowuje swoje cierpienie krótko - nie jest w stanie przestać ją kochać i chyba nawet nie chce, choć go to tak bardzo boli. Wkrótce zresztą pojawia się w jej domu z owocami - piękna scena, piękny gest.
I już musi zająć się porzadkowaniem spraw po strajku.
Ona musi (z fumami damy :roll: ) iść pożegnać się ze zmarłą Bess. I porządkowanie jej uczuć nastepuje jakby mimochodem. Ale na widok Johna jest niepewna i zmieszana - dobry znak.

BeeMeR - Śro 26 Maj, 2010 15:23

Trzykrotka napisał/a:
Wkrótce zresztą pojawia się w jej domu z owocami - piękna scena, piękny gest.
Och tak - szalenie mi się podoba jej opisanie - i to, jak usilnie stara się nie patrzeć na Margaret, nie myśleć o Margaret, bo przecież on tak tylko dla jej matki...
:serduszkate:
Chyba nic nie mogło bardziej namieszać uczuciami Margaret niż chłodne "niespostrzeganie jej" - bo przed nachalnymi prośbami mogłaby się bronić - a jak bronić się gdy nie ma ataku, ani nawet kontaktu wzrokowo-słownego? :mysle:

Trzykrotka - Śro 26 Maj, 2010 15:31

BeeMeR napisał/a:
Chyba nic nie mogło bardziej namieszać uczuciami Margaret niż chłodne "niespostrzeganie jej" - bo przed nachalnymi prośbami mogłaby się bronić - a jak bronić się gdy nie ma ataku, ani nawet kontaktu wzrokowo-słownego? :mysle:

Tak! Niechcący wybrał najlepszą politykę. Już chyba zaczyna ją intrygować. A o ile pamiętam, za chwile zacznie go bronić przez Fryderykiem :-D

- Śro 26 Maj, 2010 16:44

BeeMeR napisał/a:
Chyba nic nie mogło bardziej namieszać uczuciami Margaret niż chłodne "niespostrzeganie jej"

toż to najlepszy sposób by zainteresować i zaintrygować sobą wybranka/kę!! :-P
myślę, że gdyby John zachowywał się w stosunku do niej normalnie lub nadal ją adorował- ona czułaby do niego coraz większą niechęć



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group