To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Caroline - Sob 15 Lip, 2006 19:16

Gosia napisał/a:
- Z pewnością, ale myślałam, że to starocie z Oxford.
Przepraszam, czy mowa o panu Bellu? ;)

:) :D
O shit! Nie zauważyłam dwuznaczności :) "Antiquities" to dosłownie starocie.

Gosia - Sob 15 Lip, 2006 20:20

Albo antyki, co na jedno wychodzi, bo pan Bell to tez juz antyk ;)
przecinek - Sob 15 Lip, 2006 20:29

Oj, zaraziłyście mnie tą powieścią. Tyle o niej piszecie, że musiałam udać się do Omnibusa i zobaczyć w czym rzecz, otwarłam książkę na pierwszym z brzegu fragmencie i przeczytałam ten oto fragment Oh, Margaret, Margaret! Mother, how you have tortured me! Oh! Margaret, could you not have loved me? I am but uncouth and hard, but I would never have led you into any falsehood for me.' I wsiąkłam. To przecież jakbym Wokulskiego słyszała. A muszę się wam przyznać że ja Wokulskiego kocham, wielbię i podziwiam, od lat, nieprzerwanie i w każdej postaci i ekranizacji. Na szczęście Thornton lepiej skończył niż mój Stasiek. Wielkie podziękowania dla tłumaczek –wspaniała praca i cudne tłumaczenie, i to wszystko taką piękną polszczyzną.
kikita - Sob 15 Lip, 2006 21:10

.... Uważasz, że jest przystojny, Margaret?
- Nie, z pewnością nie. A pan?
- Nie, ale myślałem, że ty może tak. Często tu bywa?
- Myślę, że tak, jeśli akurat jest w mieście. Odkąd przyjechałam był w podróży. Ale panie Bell, przyjechał pan z Oxfordu czy z Milton?

Tak mi sie wydaje,że Margaret wrecz drażnily pytania o Lennoxa podczas gdy ona chciala wieści o Thorntonie.Tak szybko i gładko przaszła na temat Milton bo łatwiej wtedy bylo dowiedzieć sie czegoś o interesującej ją osobie....Dlaczego nie pytasz o pana Thorntona, Margaret?.... No tak Bell przecież wszystkiego sie domyśla i cos mi sie wydaje,że jeszcze odegra swoją rolę w polączeniu tych dwojga. :? :

Alison - Nie 16 Lip, 2006 14:16

Skończyłam maraton tłumaczeniowy i muszę przyznać, że ta nasza Margerytka bardzo sensowna się robi, szkoda, że dopiero pod koniec książki, ale lepiej późno niż wcale. Długo za tą książkową nie przepadałam, ale chyba niedługo zrobię hau, hau ;-)
Caroline - Pon 17 Lip, 2006 18:23

Margaret w Londynie Rozdział XLIV „Ease not peace” Pozorny spokój s. 444 Cz.3

- Och! Jest herbata - zawołała niemal z ulgą. Wraz z herbatą pojawił się pan Lennox, który wstąpił na Harley Street po późnym obiedzie i najwyraźniej spodziewał się zastać brata i jego żonę w domu. Margaret podejrzewała, że był równie wdzięczny jak ona za obecność osoby trzeciej przy tym spotkaniu, pierwszym od pamiętnego dnia oświadczyn i jej odmowy. Na początku ledwie wiedziała co powiedzieć, cieszyła się, że ma zajęcie przy stoliku z herbatą, co dało jej pretekst do zachowania milczenia, a jemu do otrząśnięcia się, bo, tak naprawdę, raczej zmusił się do przyjścia na Harley Street tego wieczora mając w perspektywie to trudne spotkanie, trudne nawet w obecności kapitana Lennoxa i Edith, a podwójnie utrudnione teraz, gdy okazało się, że jest jedyną kobietą tutaj i osobą, do której musi się zwracać prowadząc rozmowę. Ona pierwsza opanowała się i odzyskała samokontrolę. Zaczęła rozmowę na pierwszy temat, który przyszedł jej do głowy, gdy minął rumieniec niespodziewanego onieśmielenia.
- Panie Lennox, jestem panu ogromnie zobowiązana za wszystko, co zrobił pan w sprawie Fredericka.
- Przykro mi tylko, że bez powodzenia – odpowiedział rzucając krótkie spojrzenie w stronę pana Bella sprawdzając, ile może przy nim powiedzieć. Margaret jakby odgadując jego myśli zwróciła się do pana Bella włączając go do rozmowy i zarazem dając do zrozumienia, że jest wprowadzony w wysiłki, jakie czyniono by oczyścić Fredericka.
- Ten Horrocks, ostatni ze świadków, okazał się równie bezużyteczny jak pozostali. Pan Lennox odkrył, że wypłynął do Australii w sierpniu, na dwa miesiące przed pobytem Fredericka w Anglii, podał nam nazwiska...
- Frederick był w Anglii?! Nigdy mi o tym nie mówiłaś! – zawołał zaskoczony pan Bell.
- Myślałam, że pan wie. Nie wątpiłam, że panu powiedziano. Oczywiście trzymaliśmy to w tajemnicy, może nie powinnam o tym wspominać – powiedziała Margaret nieco zaniepokojona.
- Ja nie mówiłem o tym ani bratu, ani pani kuzynce – powiedział pan Lennox z odrobiną zawodowej sztywności i wyrzutu.
- Nieważne, Margaret. Nie żyję wśród gadatliwych, paplających ludzi, ani takich, którzy wyciągaliby ze mnie informacje, niepotrzebnie się wystraszyłaś, kiedy zdradziłaś się przed takim starym pustelnikiem jak ja. Nigdy nie wspomnę o jego pobycie w Anglii, nie będę miał pokusy, bo nikt mnie o to nie spyta. Zaraz! – przerwał raczej gwałtownie – Czy to było na pogrzebie twojej matki?
- Był z mamą, kiedy umierała – powiedziała Margaret miękko.
- No właśnie, właśnie. Ktoś mnie pytał, czy nie było go tam wtedy, a ja zaprzeczyłem stanowczo, nie tak dawno temu... kto to mógł być? Ach! Przypominam sobie! – ale nie wymienił nazwiska i choć Margaret wiele by dała, by dowiedzieć się, czy jej podejrzenia są słuszne i osobą, która dopytywała się o Fredericka był pan Thornton, nie mogła spytać pana Bella, choć bardzo tego chciała. Na chwilę zapadła cisza. W końcu pan Lennox powiedział zwracając się do Margaret:
- Sądzę, że skoro pan Bell jest teraz wprowadzony we wszelkie okoliczności towarzyszące niefortunnym problemom pani brata, pozostaje mi tylko poinformować go szczegółowo, jak postępują poszukiwania dowodów, które, jak się kiedyś spodziewaliśmy, zadziałają na jego korzyść. Jeśli więc uczyni mi pan ten zaszczyt i zje ze mną jutro śniadanie przejrzymy nazwiska tych zaginionych kawalerów.
- Chętnie wysłuchałabym wszelkich szczegółów, jeśli mogę. Może moglibyście przyjść tutaj. Nie śmiem zapraszać was na śniadanie, choć wiem, że bylibyście mile widziani, ale pozwólcie mi dowiedzieć się wszystkiego o Fredericku, nawet jeśli w tej chwili nie można już mieć nadziei.
- Jestem umówiony na wpół do dwunastej, ale oczywiście przyjdę, jeśli sobie pani tego życzy – powiedział pan Lennox z namysłem i ogromna skwapliwością, która sprawiła, że Margaret skurczyła się w sobie i niemal pożałowała, że wyraziła tę prośbę. Pan Bell wstał i rozejrzał się za kapeluszem, który sprzątnięto, by zrobić miejsce na herbatę.
- Cóż – powiedział – nie wiem, co zamierza pan Lennox, ale ja wybieram się do domu. Sporo dziś podróżowałem, a podróże zaczynają dawać się we znaki moim sześćdziesięciu paru latom.
- Chyba zostanę, by spotkać się z bratem i siostrą – powiedział pan Lennox bez najmniejszego poruszenia, które wskazywałoby na zamiar odejścia. Margaret opanował dziwny, onieśmielający strach przed pozostaniem z nim sam na sam. Scena na tarasie w Helstone była dla niej tak żywa, ledwie mogła uwierzyć, że ich stosunki tak się układały.
- Proszę jeszcze nie iść panie Bell – powiedziała pospiesznie – chcę, żeby zobaczył pan Edith i żeby Edith poznała pana, proszę! – powiedziała kładąc lekko, ale z determinacją, rękę na jego ramieniu. Spojrzał na nią i dostrzegł zmieszanie rysujące się na jej twarzy, usiadł więc, jakby jej dotyk posiadał znoszącą wszelki opór siłę.
- Widzi pan, jaką ona ma nade mną władzę, panie Lennox – powiedział – przypuszczam, że zauważył pan udane wyrażenie, jakim się posłużyła. Chce, bym „zobaczył” jej kuzynkę Edith, która, jak mi mówiono, jest wielką pięknością, ale uczciwie zmieniła słowa, gdy chodziło o mnie, pani Lennox ma mnie „poznać”. Przypuszczam, że w moim przypadku nie ma zbyt wiele do oglądania, co Margaret? – żartował, by dać jej czas na przyjście do siebie po chwili trwożliwego podniecenia, w jakie wprawiła ją jego sugestia odejścia, podchwyciła ten ton i odbiła piłeczkę. Pan Lennox zastanawiał się, jak jego brat, kapitan, mógł powiedzieć o niej, że straciła urodę. Choć rzeczywiście w swojej stonowanej, czarnej sukni stanowiła kontrast dla Edith – tańczącej w białej, krepowej toalecie, z długimi, złotymi włosami, miękkimi i połyskującymi.

achata - Pon 17 Lip, 2006 18:33

No właśnie. Juz przy fragmencie bezpośrednio opisującym rozmowę Bella z Thorntonem chcialo sie syczeć ze złości. A mogło już się wszystko wyjaśnić...
Ciekawy fragment

Gosia - Pon 17 Lip, 2006 20:50

To pierwsze spotkanie Margaret z Henry Lennoxem po jego niefortunnych oswiadczynach. Trzeba pamietac, ze sceny Wielkiej Wystawy nie ma w ksiazce, zostala dodana, jak to opisywala Sandy Welch (po to zeby pokazac Thorntona w innym swietle, jako czlowieka interesujacego sie nowkami technicznymi i w ogole swiatem) .

Margaret jak widac boi sie zostac sam na sam z Henrysiem, czyzby bala sie ze znowu sie oswiadczy? ;)
Kapitan Lennox powoedzial Henrysiowi, ze Margaret zbrzydla ? A fe!
Chyba ze oznaczalo to dojrzalosc ...

Alison - Pon 17 Lip, 2006 22:11

Jaśko też ma na sumieniu hasło, że Margaret "wygląda okropnie i nienaturalnie" bo bidulce lekko spuchły oczka od płaczu. Faceci są bezwzgledni, a Jaśko czasem mieści się w tej kategorii niestety :? ??:
Gosia - Pon 17 Lip, 2006 22:14

O kurcze, a kiedy to bylo ?
Alraune - Pon 17 Lip, 2006 22:40

Gosia napisał/a:
O kurcze, a kiedy to bylo ?


Kiedy się żegnali przy wyjeździe Małgośki z Milton - pamiętam, bo to był akurat mój fragment :wink:

Caroline - kiedy mam wjeżdżać ze swoimi wypiekami? Bo się troszkę pogubiłam w kalkulacjach...

Gosia - Pon 17 Lip, 2006 22:57

Znalazlam, ale jakze oslodzil to innymi slowami: ;)

Niech jedzie-- ze swoim kamiennym sercem, i swoim pięknem; jakże nienaturalnie i okropnie wygląda teraz, pomimo tego, że jest tak urocza!

Wyglada nienaturalnie i okropnie ale jest piekna i urocza :D

Caroline - Wto 18 Lip, 2006 18:07

Margaret w Londynie Rozdział XLIV „Ease not peace” Pozorny spokój s.444 Cz. 4
Edith uśmiechnęła się ukazując dołeczki i zarumieniła się uroczo, gdy przedstawiono ją panu Bellowi świadoma, że oto powinna podtrzymać swą reputację piękności i że nie wypada, aby Mardocheusz odmówił jej swego uwielbienia i podziwu, nawet jeśli przyjął postać starego nauczyciela akademickiego, o którym wcześniej nikt nie słyszał. Pani Shaw i kapitan Lennox, każde na swój sposób, powitali pana Bella bardzo życzliwie, zdobywając jego uznanie niemal wbrew jemu samemu, zwłaszcza, gdy zobaczył jak naturalnie Margaret zajęła miejsce siostry i córki w tym domu.
- Jaka szkoda, że nie było nas, by pana powitać – powiedziała Edith – I ciebie też Henry, choć nie wiedziałam, że powinniśmy zostać w domu dla ciebie i pana Bella, pana Bella naszej Margaret.
- Trudno wyobrazić sobie, co gotowa byłabyś poświęcić – powiedział jej szwagier – nawet przyjęcie i rozkosz założenia tej niezwykle twarzowej sukni.
Edith nie wiedziała, czy zmarszczyć brew, czy się uśmiechnąć na te słowa, ale pan Lennox nie zamierzał doprowadzać jej do tego pierwszego, więc dodał:
- Czy okażesz swą gotowość do poświęceń jutro rano, po pierwsze zapraszając mnie na śniadanie, bym mógł spotkać się z panem Bellem, po drugie będąc tak miłą i ustalając je na wpół do dziesiątej, zamiast dziesiątej? Mam pewne listy i papiery, które chcę pokazać pannie Hale i panu Bellowi.
- Mam nadzieję, że pan Bell uzna nasz dom za swój podczas pobytu w Londynie – powiedział kapitan Lennox – żałuję tylko, że nie możemy zaproponować mu sypialni.
- Dziękuję. Jestem państwu ogromnie zobowiązany. Obawiam się jednak, że uznaliby mnie państwo za gbura, ponieważ musiałbym odmówić, mimo pokusy, jaką stanowi tak miłe towarzystwo – powiedział pan Bell kłaniając się naokoło i po cichu gratulując sobie zgrabnego zakończenia swojej wypowiedzi, które w bardziej pospolitym wydaniu miałoby zupełnie inną wymowę: „Nie zniósłbym ograniczeń tak poprawnych, grzecznych ludzi, jak oni, to byłoby jak mięso bez soli. Cieszę się, że nie mają łóżka, jak świetnie zakończyłem to zdanie, naprawdę zaczynam łapać bakcyla dobrych manier”.
Jego samozadowolenie trwało póki nie znalazł się na ulicy idąc ramię w ramię z Henry’m Lennoxem. Tam przypomniał sobie nagle błagające spojrzenie Margaret, którym zmusiła go do pozostania dłużej, przypomniał sobie też kilka sugestii, jakie podsunął mu dawno temu znajomy pana Lennoxa dotyczących jego admiracji dla Margaret.
- Zna pan pannę Hale od dość dawna, jak sądzę. Jak pana zdaniem wygląda, wydała mi się blada i chorowita.
- Pomyślałem, że wygląda bardzo dobrze, może wydawało mi się inaczej w pierwszej chwili, kiedy wszedłem, ale teraz, gdy o tym myślę, jeśli coś ją poruszyło, wyglądała tak pięknie, jak wcześniej, gdy ją widywałem.
- Musiała przez wiele przejść – powiedział pan Bell.
- Tak! Z przykrością słuchałem, co musiała znieść, nie tylko zwykły, naturalny smutek następujący po czyjejś śmierci, ale także cały ten niepokój, jaki musiał wywołać postępek jej ojca, a potem...
- Postępek jej ojca? – powiedział pan Bell wyraźnie zaskoczony – Musiał pan usłyszeć jakąś błędną relację. On zachował się niezwykle uczciwie, okazał tyle determinacji i siły, o jakie nigdy wcześniej go nie posądzałem.
- Może źle mnie poinformowano, ale jego następca, mądry, wrażliwy człowiek i ogromnie energiczny duchowny, powiedział mi, że nie wzywano pana Hale’a do zrobienia tego, co zrobił, porzucenia dotychczasowego życia i zdania siebie i rodziny na łaskę prywatnego nauczania w fabrycznym mieście, biskup proponował mu inną posadę, to prawda, ale jeśli zamierzał dawać upust swoim wątpliwościom mógł zachować stanowisko, nie musiał rezygnować. Ale prawdą jest, że ci wiejscy duchowni prowadzą odizolowane życie, odizolowane mam na myśli od kontaktów z ludźmi o równej kulturze, dzięki rozumowi których mogliby prostować swoje poglądy i odkryć, kiedy są w nich zbyt opóźnieni lub zbyt pospieszni, przez to skłonni są do niepokojenia się wątpliwościami w sprawach wiary i porzucania możliwości czynienia dobra na rzecz niepewnych własnych wyobrażeń.
- Różnimy się w tej kwestii, nie sądzę, aby duchowni byli skłonni postępować tak jak mój biedny przyjaciel Hale – pan Bell był rozdrażniony.
- Być może użyłem zbyt ogólnego określenia mówiąc „skłonni”, ale z pewnością wiodą życie, które prowadzi albo do nadmiernej niezależności albo do samoumartwienia – odpowiedział pan Lennox z całkowitą oziębłością.
- Pan nie spotyka się z nadmierną niezależnością, wśród prawników na przykład – spytał pan Bell – i bardzo rzadko jak sądzę z przypadkami samoumartwienia. – był coraz bardziej poirytowany i zapomniał już o ledwo nabytych dobrych manierach. Pan Lennox zauważył teraz, że zdenerwował swojego towarzysza i mówił wiele tylko po to, by mówić cokolwiek i zapełnić czas, gdy ich droga wiodła w tym samym kierunku, były mu obojętne oba punkty widzenia tej dyskusji i postanowił złagodzić swoje stanowisko mówiąc:
- Rzeczywiście jest coś imponującego w człowieku w wieku pana Hale’a opuszczającym dom, w którym żył od dwudziestu lat, porzucającym dawne nawyki na rzecz idei, prawdopodobnie błędnej, ale to nieważne, niepojęta myśl! Nie można go nie podziwiać, a zarazem trzeba mu współczuć, tak jak Don Kichotowi. I jaki był z niego dżentelmen! Nigdy nie zapomnę prostej gościnności, jaką mi okazał tego ostatniego dnia w Helstone.
Tylko częściowo udobruchany, a zarazem skłonny uśmierzyć skrupuły własnego sumienia z powodu przekonania, że czyny pana Hale’a miały posmak donkiszoterii, pan Bell burknął:
- A tak, nie zna pan Milton. Taka odmiana po Helstone! Minęły lata odkąd byłem w Helstone, a ono wciąż tam stoi, każdy patyk i kamień tak samo przez ostatni wiek, a Milton! Bywam tam co cztery, pięć lat, urodziłem się tam, a zapewniam pana, często gubię drogę pośród tych wszystkich fabryk budowanych na miejscu sadu mojego ojca. Czy tu się rozstajemy? Cóż, dobranoc panu. Spotykamy się jutro rano na Harley Street, jak mniemam.

Gosia - Wto 18 Lip, 2006 21:49

No wreszie moglam spokojnie poczytac :D

Trudno wyobrazić sobie, co gotowa byłabyś poświęcić – powiedział jej szwagier – nawet przyjęcie i rozkosz założenia tej niezwykle twarzowej sukni.
Czy mi sie zdaje czy w slowach Henrysia jest jakas lekka ironia wobec Edith? ;)

- Dziękuję. Jestem państwu ogromnie zobowiązany. Obawiam się jednak, że uznaliby mnie państwo za gbura, ponieważ musiałbym odmówić, mimo pokusy, jaką stanowi tak miłe towarzystwo – powiedział pan Bell kłaniając się naokoło i po cichu gratulując sobie zgrabnego zakończenia swojej wypowiedzi, które w bardziej pospolitym wydaniu miałoby zupełnie inną wymowę: „Nie zniósłbym ograniczeń tak poprawnych, grzecznych ludzi, jak oni, to byłoby jak mięso bez soli. Cieszę się, że nie mają łóżka, jak świetnie zakończyłem to zdanie, naprawdę zaczynam łapać bakcyla dobrych manier”.

Pan Bell jest zabawny. Hehe, ciekawy fragment :D
Odnosze wrazenie, ze go drazni rodzinka Lennoxow.
W ogole po raz kolejny sie przekonuje, ze to bardzo interesujaca postac.

Przy okazji sprawdzilam : Mardocheusz - stryj i opiekun Estery.
w tym przypadku chodzi chyba o opiekuna Margaret, jak mniemam ;)

Dzieki Caroline :D

Alison - Śro 19 Lip, 2006 07:37

No to dziś ja zaczynam mały maratonik. Miłego dnia i czytania - Alison MP

Ożywienie - Rozdz. XLV „Not all a dream” Nie wszystko to sen, str. 456.

Pomysł wyjazdu do Helstone zasugerowała rozbudzonemu umysłowi pana Bella jego rozmowa z panem Lennox’em, sama idea zaś, całą noc burzyła mu sny. Znowu był adiunktem w college’u, gdzie zajmował stanowisko wykładowcy, znowu były długie wakacje, a on stał w pobliżu swego świeżo zaślubionego przyjaciela, dumnego męża i szczęśliwego pastora Helstone. Wykonywali jakieś niesamowite skoki ponad szemrzącym strumykiem, które zdawały się utrzymywać ich zawieszonych w powietrzu. Czas i przestrzeń nie istniały, chociaż wszystko inne było takie realne. Każde wydarzenie było mierzone emocjami, a nie przez rzeczywistość, która nie istniała. Drzewa były cudowne w swojej jesiennej szacie, ciepłe zapachy kwiatów i ziół słodko drażniły zmysły, młoda żona kręciła się po domu z tą mieszaniną zmartwienia swoją pozycją, w której uznano ją za zamożną, z dumą ze swego przystojnego i oddanego męża, którego pan Bell wypatrzył w realnym życiu ćwierć wieku temu.
Sen był taki jak tamto życie, a kiedy się obudził jego obecne życie było jak sen. Gdzie był? W tym ciasnym, ładnie umeblowanym pokoju londyńskiego hotelu! Gdzie byli ci, którzy przed chwilą z nim rozmawiali, krzątli się wokół niego, dotykali go? Nie żyją! Pogrzebani! Utraceni tak dalece, jak tylko ziemia może być rozległa... Był jak stary człowiek ostatnio unoszony pełną siłą swego człowieczeństwa. Nieznośnie było myśleć o tej niewypowiedzianej samotności w życiu. Zerwał się gwałtownie i ubierając się pospiesznie do śniadania na Hurley Street, próbował nie myśleć o tym, co mogłoby być.
Nie był w stanie zajmować się tymi wszystkimi prawniczymi szczegółami, które jak zauważył rozszerzały oczy Margaret, jej usta bladły jak gdyby jeden za drugim śmiertelny wyrok lub każdy najmniejszy mogący oczyścić Fredericka dowód, spadały jej do stóp i znikały bez śladu. Nawet dobrze dobrany, profesjonalny głos pana Lennox’a przybierał bardziej miękki i czuły ton, jakby miał nim ogłosić unicestwienie ostatniej nadziei. Nie chodziło o to, że nie była wcześniej doskonale poinformowana o efektach. Chodziło o to, że szczegóły każdego kolejnego rozczarowania, pojawiały się z taką nieugiętą drobiazgowością, odbierającą wszelką nadzieję, że w końcu całkowicie dała upust łzom. Pan Lennox przerwał czytanie.
- Lepiej nie będę kontynuował – powiedział rozważnym głosem – to była głupia propozycja z mojej strony. Porucznik Hale – nawet to oddanie mu tytułu służby, z której został tak surowo wydalony, nie uspokoiło Margaret – porucznik Hale jest teraz szczęśliwy, bezpieczniejszy, z widokami na przyszłość, jakich nie miałby służąc w marynarce i bez wątpienia, został przyjęty przez kraj swojej żony jak rodak.
- Tak, to prawda – powiedziała Margaret próbując się uśmiechnąć – to takie samolubne z mojej strony, że użalam się z tego powodu , ale dla mnie on jest stracony, a ja jestem taka samotna.
Pan Lennox odłożył papiery i w myślach zażyczył sobie być tak bogaty i cieszący się powodzeniem, jak wierzył, że pewnego dnia będzie. Pan Bell wydmuchał nos, ale dalej milczał. A Margaret po minucie lub dwóch całkowicie zmieniła swoje dotychczasowe zachowanie. Podziękowała uprzejmie panu Lennox’owi za fatygę, tym bardziej uprzejmie, że podejrzewała, że jej zachowanie mogło spowodować, że on mógł wyobrażać sobie, że sprawił jej niepotrzebny ból. Owszem, odczuwała ból, ale przecież nie mogło być inaczej. Pan Bell wstał by się z nią pożegnać.
- Margaret – powiedział miętosząc rękawiczki – jutro jadę do Helstone pogapić się na stare kąty. Chciałabyś pojechać ze mną czy sprawiłoby ci to zbyt wielki ból? Nie obawiaj się, powiedz szczerze.
- Och panie Bell – powiedziała nie mogąc wykrztusić nic więcej, ale porwała jego starą, artretyczną dłoń i ucałowała.
- No już dobrze, dobrze, dość tego – powiedział czerwieniąc się z zakłopotania. Mam nadzieję, że Twoja ciocia Shaw ma do mnie zaufanie. Pojedziemy jutro rano, myślę, że będziemy na miejscu około drugiej. Przekąsimy coś, zaordynujemy obiad w małej gospodzie – Lennard Arms, była taka kiedyś – pojedziemy nabrać apetytu w Forest. Zniesiesz to Margaret? To będzie próba dla nas dwojga, ale dla mnie będzie to też, co najmniej przyjemność. Tam zjemy obiad, będzie to tylko dziczyzna, jeśli nam się ją w ogóle uda zdobyć, potem ja udam się na drzemkę, a ty pójdziesz odwiedzić starych przyjaciół. Odwiozę cię z powrotem bezpiecznie i zdrowo, zakazując wypadków kolejowych, zresztą ubezpieczę twoje życie na 1000 funtów zanim wyruszymy, co może uspokoi twoich krewnych a poza tym odwiozę cię pani Shaw w porze lunchu w piątek. Więc jeśli się zgadzasz, idę na górę i przedstawię swoją propozycję.
- Nie potrafię nawet wyrazić jak bardzo mi się to podoba – powiedziała Margaret przez łzy.
- Dobrze, ale dowiedź wdzięczności wyłączając te swoje fontanny na najbliższe dwa dni. Jeśli tego nie zrobisz, będę się czuł dziwnie w okolicy kanałów łzowych, a to wcale mi się nie podoba.
- Nie uronię ani łezki – powiedziała Margaret mrugając oczami, żeby strząsnąć łzy z rzęs i zmuszając się do uśmiechu.
- No, moja dobra dziewczynka. To chodźmy na górę i wyłóżmy wszystko.
Margaret pozostawała w stanie drżenia z gorliwości i zapału, podczas gdy pan Bell omawiał swój plan z ciotką Shaw, która najpierw się przeraziła, następnie była niepewna i zmieszana, aby w końcu ustąpić, bardziej pod silnym naciskiem słów pana Bella, niż z własnego przekonania. W końcu czy to było dobre czy złe, właściwe czy niewłaściwe, nie mogłaby doświadczyć własnej satysfakcji, aż do bezpiecznego powrotu Margaret czyli szczęśliwego zakończenia projektu, podjęła zatem decyzję mówiąc, że z pewnością jest to bardzo uprzejmy pomysł pana Bella, będący zarazem wszystkim czego mogłaby życzyć Margaret, by przyniosło jej odmianę, tak niezbędną po tym wszystkim, co przeszła.

Gosia - Śro 19 Lip, 2006 08:05

Oj Ali, tak narzekalas na to tlumaczenie ;) , a to taki ładny fragment.
Zwlaszcza poczatek jest uroczy, opowiesc o mlodosci i zderzeniu wspomnien z rzeczywistoscia.
w ogole Pan Bell jest calkiem do rzeczy ;)

I ma zabawne poczucie humoru
- Dobrze, ale dowiedź wdzięczności wyłączając te swoje fontanny na najbliższe dwa dni. Jeśli tego nie zrobisz, będę się czuł dziwnie w okolicy kanałów łzowych, a to wcale mi się nie podoba.

Mam nadzieję, że Twoja ciocia Shaw ma do mnie zaufanie
Ja tam bym nie miala :lol:

aknowi - Śro 19 Lip, 2006 10:26

Piękny ten maratonik. :lovera:
Alison - Śro 19 Lip, 2006 10:29

Dzięki, ja to jestem coraz większą fanką pana Bella. Jego poczucie humoru bardzo mi odpowiada i czuję jakieś duchowe z nim pokrewieństwo, zresztą od początku jeśli pamiętasz, z tym filmowym też, i często jego teksty tak piszę jak sama bym to powiedziała. Chciałabym tłumaczyć taką książkę o życiu wyłącznie pana Bella i jego sposobie widzenia świata. Byłaby to wielka dla mnie frajda. ;-)
Stary starego jakoś tak bardziej ten tego .... :lol:

Gosia - Śro 19 Lip, 2006 12:38

No wiesz Ali, mial tez jednak pare wejsc nie ten tego, z tego co pamietam. ;)
No ale nie ma czlowieka bez wad. :lol:
A ksiazka o zyciu pana Bella... no coz, pozniej by bylo trudno pisac fanfiki ;)

Alison - Śro 19 Lip, 2006 17:41

Nie przypominam sobie wejsc ksiażkowego Bella, ale pamięć to mam teraz max zrypaną. Ten filmowy naraził mi się tymi idiotycznymi oświadczynami. A fanfiki po powieści o Bellu, ha, kobietko, ja widzę w panu Bellu DUŻE możliwości oczywiście w młodości ;-)
Gosia - Śro 19 Lip, 2006 18:34

W mlodosci moze tak.
Cos kojarze ze w rozmowie z Thorntonem nam sie nie bardzo podobal.
Musialabym poszukac stosownych cytatow ;)

Gosia - Czw 20 Lip, 2006 19:57

Był tu na wiosnę dżentelmen, to mogło być pod koniec zimy, który dużo opowiadał nam o panu Hale i pannie Margaret, to on nam powiedział, że pani Hale odeszła, biedna pani. [..]tylko ten dżentelmen mówił, że już pozbierał się po śmierci pani Hale.

Pewnikiem mowa o Thorntonie :D Bo przeciez wiemy, co wynikalo z rozmowy w pociagu z panem Bellem, ze byl w Helstone.

W ogole bardzo lubie opisy w ksiazkach Gaskell. A caly poczatek tego fragmentu to opisy.
Dzieki Ali :hello: i do zobaczenia za tydzien :D

Harry_the_Cat - Czw 20 Lip, 2006 20:23

Ale że też Margaret nie zaczela się nad tym zastanawiac...!
ANGELO - Czw 20 Lip, 2006 21:46

tak jakby jej nie obchodzilo co to za dzentelmen tam byl... a moze sie myle moze to bedzie w dalszym tlumaczeniu :neutral:


jestem zachwycona ta ksiazka przesiedzialma ostatnie dni wyszukujac tlumaczenia
najpierw w tym temacie a potem na forum na stronce o JA ..
:thud: i zauroczylam sie kompletnie :razz:

i tu mam ogromna probe :oops: czy jakas dobra duszyczka moglaby mi przeslac
calosc od poczatku :smile: bede dozgonnie wdzieczna :mrgreen:

Elizabeth - Pią 21 Lip, 2006 12:31
Temat postu: Mam problem...
Cóż... Zapewne wiecie, że jestem tutaj nowa i nie bardzo łapię się w tych zawiłych tematach... Bardzo chciałabym jednak przeczytać przetłumaczone fragmenty, ale... Cóż. nie mogę odnaleźć początku. Gdzie to wszystko się zaczyna? Byłabym niezmiernie wdzięczna dobrej duszy, któa pomogłaby zorientować się we wszystkim. :thud:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group