To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2

Alison - Śro 29 Sie, 2007 15:33

Maryann napisał/a:
i spił się niczym własny furman...?


No właśnie, jakoś nie natknęłam się nigdzie na łomantycznego furmana :mrgreen:

Maryann napisał/a:
Alison napisał/a:
Lizzy to w wyobraźni wydam za przedwcześnie owdowiałego po raz kolejny Rochestera albo kapitana Wentwortha, któren żonę w połogu gorączkowem utracił.

Aż tak źle Jane i Annie życzysz ? :confused3: A cóż Ci biedaczki zawiniły, że im się na tamten świat w przyspieszonym tempie każesz wybierać ?


Mnie one nic a nic, jeno kawalerów odpowiednich nawet w świecie literatury nie staje, to musze kombinować takich z odzysku, a one już swego szczęścia zaznały to niech sie z koleżanką podzielą. Wystarczająco są szlachetne, z tego co pamiętam :roll:

Maryann - Śro 29 Sie, 2007 15:40

:mysle: Hmm... Jest jeszcze pułkownik, no ale on za ubogi na żeniaczkę... A może Henryś Crawford ? Elżbietka by go ani chybi na drogę uczciwości sprowadziła.
Co do Rocherstera i Wenwortha to sama nie wiem... Cuś mi się wydaje, że oni obaj to raczej w takich bardziej spokojnych i mniej wygadanych pannach gustują...

Gunia - Śro 29 Sie, 2007 16:00

W życiu nie widziałam, żeby Kupidyn gościa o gusta pytał. ;)
Maryann - Śro 29 Sie, 2007 16:13

A czy to takim kawalerom z odzysku (wielokrotnego w przypadku Rochestera) to przystoi o jakichś Kupidynach myśleć ? Trzeba szukać żony gospodarnej, a spokojnej i układnej, coby się osieroconymi dzieckami zajęła, a podstarzałego męża do choroby nerwowej nie doprowadzała...
Gunia - Śro 29 Sie, 2007 16:17

Ja tam mordowania Jane i Anny nie popieram, bo biedaczki i bez tego zbyt wiele przeszły, ale gdyby spotkało je coś tragicznego, to nie byłabym skłonna wierzyć w pozagrobową wierność i stałość mężów, nawet tych najwspanialszych.
W końcu to mężczyźni ułożyli przysięgę "póki śmierć nas nie rozłączy".

Alison - Śro 29 Sie, 2007 16:20

Mąż i tak w gabinecie na stare lata siedzi i motyle na szpilki nadziewa, w astronomii sie zaczytuje, od gospodarowania ma gospdynię. A jedna z wielu córek i to starszych, na pewno sie dzieckami zająć poradzi. Każden z nich cenił sobie głębszą rozmowę, a w tym Lizzie może konkurować z ich obecnymi małżonkami, więc świeża krew, świeże spojrzenie na literaturę. Nieee, no tego pomysłu nie sposób zaprzepaścić!
Maryann - Śro 29 Sie, 2007 16:31

Tak mi się ten starszy mąż w bibliotece i nadzieje na głębszą rozmowę z "Middlemarch" i nadziejami Dorotei skojarzyły... :?
Alison - Czw 30 Sie, 2007 08:20

Nikt mię nie głodził. Sama się trochę głodziłam, żeby schudnąć, więc może efekt jest taki morderczy, bo Polak jak głodny... Ale do rzeczy, u naszego kacusia chwila refleksji... :wink:

Rozdz. V. cz. 10
Darcy skrzywił się na tą wiadomość, na szyi poczuł uderzenie gorąca. "Nadzwyczajna młoda kobieta!" Tak, jest poza kwestią, że poczynał sobie dość swobodnie w pubie ostatniego wieczora. Kolejno dowcip i współczucie Dy'a wykpiły wszystko co byłoby konsekwencją zachowania przez niego niebezpiecznej wiedzy o tożsamości Elizabeth.
Westchnąwszy, rzucił kartę na biurko i znowu usiadł, przebierając palcami. Poczuł taką ulgę w czasie kiedy w końcu wypowiedział głośno całą historię tej przeklętej sprawy, ale w głowie pozostał mu dysonans pomiędzy własnym odbiorem tego co opowiedział, a wspomnieniem odpowiedzi przyjaciela.
"Tak, tak to był typowy dla Darcy’ch sposób myślenia, prawda?" - Dy dźgał go swoim sarkazmem - "Tylko ty mój przyjacielu, mógłbyś uczynić z ogólnej niestosowności damy wiodący wątek oświadczyn!" Darcy skrzywił się boleśnie. Czy to właśnie zrobił? Zaczął od słów uwielbienia, miłości, nieprawdaż? Jego pamięć ponownie przywróciła pierwsze minuty tej okropnej rozmowy. A co potem powiedział, wygłaszając tę fatalną prośbę, tak niepożądaną przez jej adresatkę? Dobry Boże! Jej rodzina! Teraz dokładnie sobie to przypominał. Przeszedł prosto do obraźliwego wyliczania braków, jakimi odznaczała się jej rodzina. Mówił o degradacji i społecznym potępieniu, a zaraz potem ciepło opisywał oczywiste rany, jakich doznałaby jego rodzina, gdyby uległ swojej skłonności. Słowem mówił tylko o sobie, swojej rodzinie, swoim znaczeniu i "niestosowności" jej osoby, a następnie wyraził w formie usprawiedliwienia, swoje wyrafinowane obrzydzenie grą pozorów!
Darcy wziął głęboki oddech, zmieszany własnym brakiem dbałości. Ohydnie ją obraził! Zachował się jak gdyby negocjował jakiś kawałek gruntu, który ocenił jako niezbędny dla własnej wygody, ale nieszczęśliwie podrzędny co do wartości, wtedy wytłumaczył się przytoczeniem swoich chwalebnych skrupułów, które były naturalne i właściwe! Zamknął oczy i znowu zobaczył jak jej oczy błyszczały, kiedy odrzucała jego bezczelne oświadczyny.
Naturalne i właściwe! Czy on w ogóle wziął pod uwagę jej uczucia? Nie!
Przeczesał dłonią włosy, po czym ukrył twarz w dłoniach. Założył, że ona ma takie ambicje i skłonność ku temu, by być w zgodzie z jego pragnieniami, nigdy nie zapytał, co ona o nich sądzi, a wykorzystał siłę swej fortuny i obycie. Mimo wszystkich jej wcześniejszych sygnałów, że jest odwrotnie, mimo całego dowcipu i żywiołowej uczciwości z jej strony, która wydała mu się tak atrakcyjna, mimo nawet własnego, głęboko skrywanego pragnienia małżeństwa, wypełnionego miłością i przyjaźnią, potraktował ją z karygodną protekcjonalnością i niewrażliwością. Dlaczego? Dlaczego tak postąpił?

Maryann - Czw 30 Sie, 2007 08:29

Hmmm... Jeśli kac tak dobrze wpływa na trzeżwość spojrzenia, to rzeczywiście można się zacząć obawiać, żeby tej kuracji nie zaczął częściej praktykować... :wink:
Alison - Czw 30 Sie, 2007 08:33

A to przecież miłość powinna go oślepiać i otumaniać, a nie ten złocisty płyn w szklaneczce, który "spływając w głąb trzewi, ogrzewa mu przyjemnie gardło", jak to ma w zwyczaju opisywać Pamelka :wink:
Maryann - Czw 30 Sie, 2007 08:50

Alison napisał/a:
A to przecież miłość powinna go oślepiać i otumaniać

No właśnie, miłość... Ja się będę upierać przy teorii, że to, co on poczuł do Lizzy w Rosings, to nie była miłość. Jakby naprawdę ją wtedy kochał, to myślałby o niej, a nie o sobie i swoim poświęceniu...

Alison - Czw 30 Sie, 2007 08:53

Więc jednak egoista i egocentryk, też mam często wrażenie, że faceci mówiąc "kocham" wcale nie kochają obiektu, tylko stan, w którym się aktualnie znajdują. Obiekt jest tylko jakimś pretekstem do odczuwania owego stanu. A Ciebie Maryannku to już w ogole nie rozumiem, bo bronisz go cały czas jako ta lwica, a tu takie wyznanie... :roll: :wink:
Maryann - Czw 30 Sie, 2007 09:09

Alison napisał/a:
A Ciebie Maryannku to już w ogole nie rozumiem, bo bronisz go cały czas jako ta lwica, a tu takie wyznanie... :roll: :wink:

A ja Ciebie nie rozumiem, że mnie nie rozumiesz. :wink: Ja tylko mówię, że moim zdaniem to, co MrD poczuł do Elżbietki w Kent (a chyba jeszcze wcześniej), to było raczej oczarowanie, zauroczenie itd. Zachował się jak chłopczyk, któremu bardzo spodobała się jakaś zabawka, o której wiedział, że nie wolno mu jej dotykać. Wiedział, że dostanie po uszach, ale pragnienie było silniejsze...
Ale to nie była miłość - taką zdolną do poświęceń, bezwarunkową i do grobowej deski - takie uczucie to dopiero melodia przyszłości, a konkretnie następnych rozdziałów. Gdyby afera z Lidią zdarzyła się podczas pobytu Elżbiety w Hunsford, jeszcze przed tym, zanim zdecydował się jej oświadczyć, nie wiem, czy zareagowałby tak samo, jak w Lambton. Może wycofałby się z godnością, a potem, poniewczasie rozpamiętywałby swój zawód i roczczarowanie ?

Madelaine - Czw 30 Sie, 2007 10:30

jednak serce pana Darcy leży na właściwym miejscu, chociaż z głową nie jest chyba tak dobrze, jak mi się kiedyś zdawało :mysle: no ale wreszcie coś zaczyna do niego docierać :-D
Dione - Czw 30 Sie, 2007 10:35

Przypomnę tylko, że gdyby Lidzia zwiała, kiedy Elunia była w Kent, to nasz Darsik wogóle by o tym nie wiedział. Może cioteczka powiedziałaby mu coś niecoś, ale wtedy Lidzia już pewnie była zesłana na daleko położoną farmę, żeby w ciszy i ukryciu dziecko urodzić, a reszta panien Bennet, czerwieniąc się ze wstydu, unikałaby towarzystwa. Pan Bennet sprzedałby Longbourn i zabrał rodzinę do innego hrabstwa, zeby się choć trochę mu dziewczątka uspokoiły.



A z innej beczki: Pamelka, ma chyba jakieś kłopociki z alkoholem. W jej opisach zawsze leje się on strumieniami...

Maryann - Czw 30 Sie, 2007 10:42

Dione napisał/a:
Przypomnę tylko, że gdyby Lidzia zwiała, kiedy Elunia była w Kent, to nasz Darsik wogóle by o tym nie wiedział.

No fakt. Raczej by mu się wtedy nie zwierzyła - nawet jakby ją nakrył tak, jak w Lambton przy czytaniu listu Jane. :wink:
Ale co by było, gdyby... Gdyby jednak jakoś się o tym dowiedział - i to w odpowiednim czasie ? Czy ruszyłby chociaż małym palcem w tej sprawie ? Czy też raczej siedziałby dalej w salonie w Rosings i po cichu zgrzytał zębami słuchając cioci mówiącej, że "ona od początku wiedziała, że tak będzie, bo pięć córek bez guwertnantki..." ?

Alison - Czw 30 Sie, 2007 10:46

Myślę, że ta druga ewentualność jest bardziej prawdopodobna. Smutno by mu było przez chwilę, że mu się gołębiczka wymsknęła, ale te wszystkie jego obiekcje plus ewidentny dowód je potwierdzający = nie kiwnąłby palcem.
Do słabych punktów Pamelki oprócz upojenia alkoholem, dodałabym upojenie kostiumem, te opisy, w których mowa o rozpinaniu każdego guziczka z osobna, we wszystkich kolejnych sztukach garderoby... :?

Maryann - Czw 30 Sie, 2007 11:02

Alison napisał/a:
Do słabych punktów Pamelki oprócz upojenia alkoholem, dodałabym upojenie kostiumem, te opisy, w których mowa o rozpinaniu każdego guziczka z osobna, we wszystkich kolejnych sztukach garderoby... :?

Te jej kwieciste garderobiane opisy mi trącą literaturą z kręgów Judith Krantz czy Danielle Steel (swego czasu dużo podróżując PKP sporo tej literatury zaliczyłam, to wiem :mrgreen: ). Chociaż... Takie szczegółowe opisy znalazłam nawet u Manna w "Buddenbrookach" (te wspaniałe szlafroki Toni)...
Ciekawe, które z tych źródeł stanowiło inspirację dla Pameli... :wink:

Alison - Czw 30 Sie, 2007 19:18

Och i ach! Obejrzałam sobie po raz..... naszą ukochaną D&U i wielbię pana Darcy jak wielbiłam. Azaliż to ja sama bredziłam tu coś o zeszmaconych pijaczynach? Chybam się blekotu objadła! Jak zawsze rozrzewniam się widząc ten słodki uśmiech na koncercie w Pemberley, tą skruszoną minkę kiedy żegna ją przy powozie "Good day Miss Bennet", ten niepokój kiedy zbiega po schodach: Jak zawsze jednak wkurzywują mnie oświadczyny i ślub, w którym perfidnie wycięto jak Lizzy oddaje mu błogie spojrzenie (Jane to nie wycięto!) i niestety zaraz potem Darcy ma minę jakby siedział na kostce lodu. Ale nic to, odszczekiwam i odwarkuję, wszystko co tu ponawypisywałam o nałogach i słabościach pana Darcy'ego, wszystko to kłamstwa i bezpodstawne pomówienia. Na swoje usprawiedliwienie mam jeno pamelkowy bełkot w głowie niewieściej mieszający. Jak bosko mieć taki skarbik pod ręką i sobie w krytycznym momencie móc popatrzeć... :roll: Trudno mogę iść do roboty na te 450 godzin, co mi tam. Zawsze mogę sobie zerknąć na 5 odcinek... :wink:
Gunia - Czw 30 Sie, 2007 19:53

Cóż za nowatorskie spojrzenie na kaca. :oklaski:
asiek - Czw 30 Sie, 2007 22:55

Maryann napisał/a:
Hmmm... Jeśli kac tak dobrze wpływa na trzeżwość spojrzenia, to rzeczywiście można się zacząć obawiać, żeby tej kuracji nie zaczął częściej praktykować... :wink:

Życie na kacu w ogólności boooli,...koniecznośc istnienia tudna jest do zniesienia...stąd wyostrzenie zmysłowe. :wink:
Jednak bez Dy i tuzin kaców nie zmusiłby Darsika do samokrytyki. :wink:

Ali, :kwiatek:

Alison - Pią 31 Sie, 2007 08:01

Dalszy ciąg autorefleksji...
Dla porządku, końcówkę tego odcinka tłumaczył Maryannek, bo ja przed wyjazdem nie zdążyłam, a jutrzejszy mój przydziałowy odcinek Maryannek tłumaczył w całości, taki jest dzielny członek ABT :kwiatek:

Rozdz. V, cz. 11
"Proszę oświeć mnie" - opierał się Dy - "który z twoich skrupułów zmusił cię do takiego wyznania?"
"Uczciwość...honor...duma - nazwij to jak chcesz!" - taka była jego replika, ale nie odpowiedź na pytanie. Uczciwość? Ten wykręt mógł teraz sobie łatwo darować. Uczciwość nie leżała u podstaw jego zmagań ani nie była inspiracją tego jego przeklętego wyznania. Honor? Czy to z honorem rodziny zmagałby się przez te dni i niekończące się noce, żeby kwestionować wartość córki szanowanego dżentelmena? Już sam pomysł był śmiechu wart! To była rodzinna duma - jego duma - że całe życie lekceważył tych spoza swojego kręgu i kusiło go, żeby myśleć głównie o rozumie i wartości tej reszty świata. Elizabeth poczuła to, nazwała to, z czym każdy nie związany z nim by się zgodził, co nawet Dy zauważył - "duma" poświadczona przez rozum, zarozumialstwo klasowe i egocentryzm, przez który gardził poznawaniem uczuć innych ludzi.
Broda Darcy'ego opadała coraz niżej na pierś, kiedy ta prawda jak młot spadła na jego niepewne sumienie. Duma, niewyrafinowany zestaw skrupułów, były jego mistrzem w tym przedsięwzięciu od początku do końca. "Przeklęta, nieznośna duma!" Uderzył pięścią w blat biurka i odsuwając je, zerwał się by niecierpliwie zacząć przechadzać się po pokoju. Cokolwiek mówił czy robił, nie było przez nią łagodzone, albo czyż nie wywodziło się z niej? Zawrócił, jego wzrok zatrzymał się na portrecie Georgiany. Wolno ogarniając jej pięknie upozowaną figurę, zatrzymał się przed nim, przyglądając mu się badawczo z innej perspektywy. Tak, Georgiana pytając o jego portret, niechcący dała mu tego ranka klucz do tej sprawy, wyrażając swój dyskomfort związany z nieprawdziwością tego, co prezentuje jej portret. "Mam w Bogu nadzieję, że pewnego dnia zostanę takim dżentelmenem jak ten na obrazie", odpowiedział jej, gdy jednocześnie ostrze jego niepowodzenia w oczach Elizabeth odarło ze złudzeń jego własną ocenę postępu w osiąganiu tego celu.
Tego dnia z pewnym bólem musiał przyznać, że wciąż nie jest dżentelmenem z portretu, a oskarżenie Elizabeth powróciło do niego z całą przejrzystością "gdyby zachował się pan jak dżentelmen". Odkąd je usłyszał, gotując się ze złości i żalu nad sobą uciekł w wybuchowość, ale nie był w stanie zmusić się do tego, żeby przekląć jej pamięć, ponieważ w tych prostych słowach żądała od niego, aby był tym człowiekiem z portretu. Jego braki w tym względzie, które widział teraz z przerażeniem, dotyczyły nie tylko stopnia, odosobnionych przypadków, czy tylko tych dotyczących Elizabeth, ale spraw zasadniczych sięgających do istoty tego, kim wydawało mu się, że był.
Dobry Boże, czy to może być prawda ? Ogarnęła go przerażająca pewność, że na tej właśnie drodze, którą zmierzał, jego cel był od samego początku pełen wad, splamiony i deformujący wszystko, co nastąpiło potem. „Duma!” wyrzucił z siebie ze wstrętem. Jego własny udział w grzechach śmiertelnych! Duma nie jest słabością, pouczał wyniośle Elizabeth, jeśli znajduje się pod kontrolą wybitnego umysłu. Dobry Boże, co za arogancja! Ale to tłumaczyło wszystko: jego rezerwę wobec innych, jego opinię w towarzystwie, obezwładniającą nienawiść do Wickham’a, pociąg do Sylvanie, wtrącanie się do szczęścia Bingley’a i szczególnie miażdżąco, jego walkę z własną, całkowicie ludzką potrzebą i miłością do pewnej niezwykłej kobiety o nadwątlonej pozycji. Omal go to nie przytłoczyło. Wstręt do udawania, nieprawdaż? Doprawdy, był w tym mistrzem, kompletnie oszukał samego siebie!

Maryann - Pią 31 Sie, 2007 09:56

Alison napisał/a:
Uderzył pięścią w blat biurka

Jeszcze sobie biedaczek krzywdę zrobi... Nie dość, że pewnie łepetyna go po wczorajszym boli, to jeszcze rączkę sobie uszkodzi... :mrgreen:

asiek - Pią 31 Sie, 2007 18:56

Alison napisał/a:
Tego dnia z pewnym bólem musiał przyznać, że wciąż nie jest dżentelmenem z portretu

Katastrofa :shock: ....Trza chłopaka na terapię wysłać, bo nam zejdzie przed wizytą w Pemberley. :wink:

Ali, Maryann, :thanx:

Gunia - Pią 31 Sie, 2007 19:14

Ale on jest agresywny wobec siebie i mebli! Cały czas coś bije, tłucze, trzaska, rozlewa... :shock:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group