Literatura - Proza i poezja - Kicz czy literatura ?
Alison - Nie 11 Mar, 2007 18:51
Ojej, a to już wieczór właściwie ??: jak to czas w Głębowiczach innym torem płynie
No to tak jeszcze późniejszym wieczornym wieczorem... Lecę piskać!
Mag - Nie 11 Mar, 2007 19:05
Matulku
Ty minie z każdego doła wyciągniesz i czarną chmurę chandry jako ten Zefir przeganiasz, by jasne promyki dobrego humoru rozjaśniły me spopielałe oblicze :grin:
Może osoba przyjmująca wnioski poruszona temi pięknymi słowy i wzruszona do cna zadrżałaby ze szczęścia i mnąc w spotniałych dłoniach ten wniosek pobiegłaby rączo jak łania, ku gabinetom ministerialnym i niczym Rejtan w rozchełstanej koszuli ( tu myślę ,że powinna to być kobiałka) krzyknęłaby: TEN ci on , ten jeden który SFINANSUJEMY!
Trzymam kciuki Matulku, za powodzenie Twych planów
Alison - Nie 11 Mar, 2007 19:38
Magusia ja Cię kocham za te słowy, sercem największem, jakie tu mam do dyspozycji
I dla Ciebie dedykuję tę oto tęczową traviatę
Droga do Głębowicz minęła szybko pośród ogólnej wesołości i przekomarzań. Na stacji w Rudowej czekało otwarte lando z Głębowicz i zamknięta kareta. Na koźle landa siedział Jur, chłopisko wielkie jak dąb, z chmurnym zazwyczaj licem, na widok Stefci rozjaśnił się jak słońce, a na brodatej, wielkiej twarzy zagościł iście dziecięcy uśmiech. Zeskoczył żwawo na ziemię i przypadł do nóg "jasnej panience" mamrocząc coś, z czego i tak nikt nic wyrozumieć nie mógł, poza tym, że modlił się gorąco i Bogu dziękuje. Wszyscy się wzruszyli na ten objaw chłopskiej szczerości, ale zaraz potem zapakowawszy państwa Rudeckich do karety, ordynat z narzeczoną wsiedli do landa. Kareta pojechała przodem, a narzeczeni dziwnie długo ociągali się z ruszeniem, w końcu jednak Jur strzelił z bata i czwórka pysznie przystrojonych w znaki głębowickie koni, ruszyła w stronę zamku. Droga pośród pól i łąk, aleją obsadzoną lipami, upoiła ich nektarem zapachów wszelakich. Kiedy mijali staw zielony jak talerz szczawiowej zupy, tak rzęsą zarosły, przywitał ich koncert żabi. Huczki i kumaki, żaby jeziorkowe i trawne, wszystkie na wyścigi wydawały odgłosy najprzeróżniejsze, które razem zestrojone najcudniejszy koncert powitalny przygotowały. Trochę dalej nad głowami klangor żurawi lecących kluczem do swych odwiecznych ostoi dał im znać, że przyroda już w pełnym rozkwicie. Dzień miał się ku końcowi, wszystko cichło i uspokajało się, gotując się do nocnego spoczynku, od wschodu jednak nadciągały groźne, sine chmury. A i zachodzące słońce zaczęło zasłaniać się ciemniejszymi obłokami. Nagle ostatnim wysiłkiem jeden, ostatni promień wyrwał się jak orzeł z gniazda i przebijając nasycone tysiącem woni powietrze, odbił się od ciemnych chmur. Na nieboskłonie pojawił się nie wiadomo skąd most tęczowy, przepięknie siłami natury wymalowany. Barwy miał ostre, wyraźne, choć jedna drugą przenikające, przepiękną klamrą spinał dwa krańce ziemi, jak dwa światy co zdawało się, nigdy się nie połączą, a jednak siła większa od ludzkiej mocy potrafiła tego dokonać. Stefcia oniemiała z zachwytu, ścisnęła tylko kurczowo ramię Waldemara, on widząc jej rozszerzone tym nadnaturalnie cudnym widokiem źrenice, obrócił głowę w tamtą stronę i serce stanęło mu na moment z zachwytu. Pomyślał, że oto niebiosa dają znak, że miłość ich tęczowa połączy to co się połączyć nigdy wcześniej nie dawało, ich tak odległe sobie sfery. Odwrócił twarz do ukochanej, nozdrza rozwarte miał jak chrapy galopującego konia, bo ledwie oddechem nadążał za galopującym z uniesienia sercem.
- Stefciu, to na dobrą wróżbę, dla nas...
- Tak, Waldi wiem, wierzę, że już nic nas nie rozdzieli.
Położyła mu głowę na piersi, słuchała tej galopady, która się pod jedwabną koszulą rozgrywała i pomyślała - Jakież to serce mocne, silnie bijące jak źródło górskie, tak samo kryształowe, choć przecie gorące jak lawa. Dla mnie ono bije, dla mnie...
Mam już dalszy kawałek z Trestkami, ale trochę pogalopowałam, to się boję wklejać, bo tam prawie same dialogi
Mag - Nie 11 Mar, 2007 19:47
Dziękuję Matulku, jam ran Twych całować niegodna
| Alison napisał/a: | | Położyła mu głowę na piersi, słuchała tej galopady, która się pod jedwabną koszulą rozgrywała |
Ta koszula powinna być bawełniana :grin:
Gosia - Nie 11 Mar, 2007 19:50
Cudnisty fragment po prostu!
Te żaby i żurawie, ta tęcza wróżąca szczescie. Tu przychylam sie do pierwszej czesci tytulu naszego wątku Ale to takie śliczne Takie bajkowe, aż się serce raduje
Alison - Nie 11 Mar, 2007 19:51
Co Wy z tą bawełną?! Bawełna mię odrzuca, przy każdej próbie odziania w nią ordynata. Widać nie konweniują se sobą i już.
No to rzucam Wam Trestki na pożarcie
W zamku głębowickim, po przyjeździe Państwa, radość, ruch, gwar i zamieszanie. Każdy się przeciskał panience, cudem śmierci wyrwanej pokłonić, dłoń ucałować, o swoich modlitwach zapewnić. I służba zamkowa, i stajenni, i zarządcy z okolicznych majątków, nawet dzieciaczki z ochronki głębowickiej przybiegły kwiatków, narwanych niezdarnie po okolicznych łąkach, "tej dobrej panience" podarować. Stefcia łzy wzruszenia ocierała, kwiatów całe wiechcie na ramieniu układała, bo te proste, z serca nazbierane i ofiarowane bukiety, ze zwykłych przydrożnych kwiatków, najbardziej ją cieszyły. Wieczorem przyjechali ze Słodkowic pan Maciej, Lucia i pani Idalia, przywitać młodych i pomóc w przygotowaniach do ślubu. Nazajutrz mieli przyjechać hrabiostwo Trestkowie, którzy na ślubie mieli świadkować, jako ci, co najpierwsi Stefcię do kompanii przypuścili i jako przyszłą ordynatową, zaakceptowali. Sami niemal świeżo poślubieni jechali prosto z Italii, której poznawanie miało za podróż poślubną wystarczyć. Ślub jak wiadomo odbył się szybko i cicho w Mediolanie. Tak sobie życzyła obecna hrabina Rita. Po całej aferze z Barskimi, zakończonej chorobą Stefci, Rita nie mogła w kraju wysiedzieć, nic nie mogąc pomóc, widząc Waldemara tak załamanym, postanowiła wyjechać i szybko się z Trestką pobrać, jako że już tylko on, w tym całym towarzystwie, wydał jej się godnym bycia u jej boku. Trestka najpierw oszalał ze szczęścia, a potem już tylko snuł się jak zwykle, jak cień za żoną, tyle, że jeszcze bardziej zakochany.
Po śniadaniu, Stefcia z rodzicami i panem Maciejem siedziała na tarasie zamkowym, teraz rozkrzyczanym od drobnego ptactwa uwijającego się przy wiecznie głodnych pisklętach, poukrywanych w gniazdkach, od których roiło się w gąszczach dzikiego wina i bluszczu porastającego parterowy taras. Waldi zajęty interesami w gabinecie, obiecał uwinąć się ze sprawami do obiadu, na który zjawić się mieli Trestkowie. Lucia pognała z Jurkiem, bratem Stefci, pokazywać mu konie w stajniach. Pani Idalia, chyba jeszcze spała. Powietrze mimo świeżości, której przydała mu nocna burza, już zaczynało gęstnieć, zapowiadając upalny dzień. Nagle od strony bramy podniósł się niewielki obłoczek kurzu, który przewiany nieco lekkim porannym wietrzykiem odsłonił lando z dwojgiem pasażerów. Im bliżej byli, tym wyraźniej słychać było ich podniesione głosy.
- Trestka! Ty mię do rozpaczy przywiedziesz! Jakże można bez śniadania się po ślubach włóczyć? Jeszcze zemdlejesz na chwałę Pańską, przed ołtarzem, w najważniejszym momencie! - krzyczała Rita.
- Ależ kochanie - tłumaczył się hrabia - przecie ślub dopiero pojutrze, a sama tak pospieszałaś, że pierwej bym się udławił, niż za tobą nadążył, duszko.
- No i masz pasztet! I jeszcze moja wina, jakbym ci pozwoliła dłużej się ociągać, do zachodu słońca byś się całował z tą filiżanką, nawet kawy nie dopiwszy. Było wstać wcześniej!
- Ależ duszko!
- Trestka! Tylko nie duszko!
- Ri...
- Ritko też nie!
Powóz w końcu zajechał od frontu, na tarasie wszyscy ze łzami śmiechu w oczach witali tę oryginalną parę.
- No jesteś, cała i zdrowa, Stefko kochana! Będę ci już po imieniu mówić, w końcu jako mężatka i świadek twojego sakramentu, inaczej nawet już nie wypada. Co ja mówię?! Nie wypada! Jakby mię to kiedykolwiek obchodziło - wołała na powitanie Rita.
Stefcia przylgnęła mocno do Margerity i obie panie przywitały się serdecznie. Hrabia widząc Stefcię jeszcze piękniejszą i delikatniejszą niż przed chorobą, na dzień dobry zgubił binokle, a odszukawszy je, witał się ze wszystkimi ciągle popatrując, co robi żona.
- No, ja to już muszę po podróży kości rozprostować. Porywam Stefcię do parku. Ty Trestka, zostajesz, ciebie najmniej nam na spacerze potrzeba, tylko byś nam zawadzał we wszystkich tematach albo zemdlał z głodu. Państwa pięknie proszę o nakarmienie tego mojego męża, bo też to skaranie boskie, co ja z nim mam. Jak dziecko! Nie dopilnujesz, nie zje.
Hrabia maślanym wzrokiem powiódł po obecnych, jakby mówiąc: "Wszak widzicie jak dba o mnie...", Rita zaś na odchodnym posłała mu tak upojne, powłóczyste spojrzenie, które go przeniknęło na wskroś i wywołało dreszcz, aż wszyscy dostrzegli, że się z lekka zatrząsł.
- Ty się moja Trestko odziej szczelniej, bo mi się w tym pełnym słońcu zaziębisz. Trzęsiesz się jak liść na wietrze, a toż to się dziś żar z nieba będzie lał - po czym dodała, już do Stefci - z nim to zawsze na odwrót.
Stefcia zaśmiała się serdecznie, czuło się w każdym spojrzeniu i wzajemnym geście tej pary, jak bardzo się kochają, jak bardzo o siebie dbają, choć już nie kłócą się jak dawniej, bo hrabia rozanielony, kłócić się więcej nie miał zamiaru. Ritę do szału to doprowadzało, bo tylko ta jego ciętość interesującą jej się dawniej wydawała, teraz jednak znała i inne przymioty męża, gderała jednak, tak dla pokrycia własnej słabości, jaką do niego żywiła, żeby się nie wydać śmieszną, tym co ich dawniej znali. Zakochana żona, to stanowczo nie było w jej stylu!
- Rito, czemu zwracasz się do męża po nazwisku? Nie jest mu z tego powodu przykro?
- A gdzieżby! On to uwielbia, ale bo i imiona ma takie, że prędzej język na temblaku bym nosiła, niżbym je zastosować miała. Edward, Euzebiusz, Atanazy, Sylweriusz. Słyszałaś coś takiego? Jego rodzice chyba z rautu powracając na te wszystkie imiona powpadali. Boże! Ale dziś będzie dzień upalny!
- Może siądźmy przy fontannie - zaproponowała Stefcia - wzięłam trochę bułki dla łabędzi.
Przysiadły obie na szerokim obmurowaniu sporego stawu, w którego centralnej części stał duży biały posąg Afrodyty trzymającej w ręku konchę muszli, z której wysokim strumieniem tryskała w górę woda. U stóp Afrodyty pląsały kamienne delfiny. Słoneczne promienie rozpraszały się w mgiełce wody na barwną wiązkę, tworząc krótką wstążeczką tęczy. Stefcia uśmiechnęła się widząc tęczowe kolory...
- A prawda! Ty wiesz o Barskich? - zapytała znienacka, przez chwilę zamyślona, Rita.
- Nie. - Stefcia wzdrygnęła się - I nie chcę wie... - nie dokończyła, bo Rita szybko weszła jej w słowo
- Daj spokój, Stefka. Ile się dręczyć będziesz ich podłością? Zresztą podłość sprawiedliwie ukarana. Ty wiesz, że ja z Trestką ślub brałam w Mediolanie? Spotkaliśmy tam hrabiego Lityńskiego. Ty go nie znasz, on od tak dawna poza krajem. Na stałe w Italii zamieszkuje, z włoską hrabiną ożeniony, ledwie już po polsku mówi. On czasem pomaga Polakom, chcącym się osiedlić w Italii. Od niego to, dowiedzieliśmy się, że Barscy sprzedali wszystkie majętności w kraju, ponoć stali się wyrzutkami w towarzystwie, nikt im ręki podać nie chciał! Phy, ręki! - prychnęła - od każdego powinni policzek zarobić! Dobrze, że Waldi się z nim nie pojedynkował, dla tego padalca to byłby honor, śmierć z jego ręki.
- Co ty mówisz, Rito! - krzyknęła Stefcia, wzburzona.
- A tak! Za coś takiego? Mało, który parobek zdobyłby się na taką podłość jak on! - mówiła Rita coraz zapalczywiej - No więc, oni po pozbyciu się wszystkiego, co ich z krajem wiązało, wyjechali do Italii, tam kupili nieduży pałac w Rzymie, a Melania, ta żmija, w ciągu trzech tygodni wyszła za mąż za jakiegoś rzekomego gruzińskiego księcia, który ją natychmiast porzucił i zniknął z horyzontu z większą częścią ich pieniędzy. Nie wiem, czy dla ratowania majątku, ale Melania wyjechała do Monte Carlo, tam ją co i raz z innym bogaczem widywano, i w końcu słuch po niej zaginął. Szanowny tatuś nie wiedzieć czy ze wstydu, czy z rozpaczy wyzionął ducha. Na serce. Akurat uwierzę! Własnym jadem się zatruł! Ot co!
Stefcia w tym czasie, siedząc z opuszczoną głową karmiła łabędzia, który podpłynął do niej i delikatnie skubał bułkę, którą drobiła dla niego palcami. Nagle, przy ostatnich słowach Rity, syknął i boleśnie ją uszczypnął. Rita zerwała się z głośnym krzykiem:
- A to co znowu? Wściekł się czy co?
Łabędź dalej, jak gdyby nigdy nic, łasił się do Stefci. Rita nagle wyjąkała niepewnym głosem:
- Stefka, ty wierzysz w reinkarnację? - po czym sama od razu sobie odpowiedziała - No nie, w taką ironię losu to już nie uwierzę, żeby w łabędzia, taki... - szukała właściwego słowa.
- Rito, przestań - upomniała ją Stefcia - nie godzi się tak mówić o zmarłych.
- Jaki zmarły?! Barski?! Toż to śmieć, społeczny chwast! Chwasty trzeba rwać bezlitośnie, a nie z szacunkiem się odnosić. Na kompost i koniec pieśni! A swoją drogą to jednak sprawiedliwe, dobrych kochają, a uszczypliwych szczypią - mruknęła, rozcierając obolałe miejsce.
- Lepiej już wracajmy do wszystkich Stefciu, bo mi się ten mój Trestka, do reszty zbisurmani.
Gosia - Nie 11 Mar, 2007 19:53
Mnie tez z ordynatem kojarzy sie wylacznie jedwab... cos miekkiego, w najlepszym gatunku, lekko polyskliwego...
no dobra czytam!
Anonymous - Nie 11 Mar, 2007 19:54
| Alison napisał/a: | nozdrza rozwarte miał jak chrapy galopującego konia,
(...) Położyła mu głowę na piersi, słuchała tej galopady, |
Alison - Nie 11 Mar, 2007 19:58
Muszę nieskromnie się przyznać, że po zdaniu o "wulkanicznym wrzeniu krwi", również z tego o "galopadzie serca rozgrywającej się pod jedwabną koszulą", jestem dumna jak rusałka pawik :oops: Czuję, że sama pani Helena chwilami palce mi prowadzi
Gosia - Nie 11 Mar, 2007 20:12
Pieknie piszesz, Ali. Widac, ze talentem sie mozesz pochwalic
I oddajesz jezyk naszej pani Heleny nieocenionej.
Tak sie zastanawiam co do Rity, skoro byla tak zakochana w Waldemarze, nie wiem czy by sie zaraz w Trestce zakochala. Owszem, z pewnoscia z czasem milosc by miedzy nimi byla, oraz przywiazanie, ale po kochaniu sie w Waldemarze, trudno tak szybko przerzucic sie na Trestke, chocby go sam Fronczewski gral
Zemscilas sie na Barskich szpetnie! Nie dosc ze musieli majątki sprzedac, to jeszcze zostali okradzeni, a Barski ducha wyzional. Żadnej litosci Nadzieja tylko w tej reinkarnacji i odkupieniu win
Marija - Nie 11 Mar, 2007 20:35
HU HA - gruzinski ksiaze .
Alison - Nie 11 Mar, 2007 20:53
| Gosia napisał/a: |
Tak sie zastanawiam co do Rity, skoro byla tak zakochana w Waldemarze, nie wiem czy by sie zaraz w Trestce zakochala. Owszem, z pewnoscia z czasem milosc by miedzy nimi byla, oraz przywiazanie, ale po kochaniu sie w Waldemarze, trudno tak szybko przerzucic sie na Trestke, chocby go sam Fronczewski gral |
Gosiałku ja tak szczęście kocham, że u mnie wszyscy się kochać muszą, wiesz, że mam słabowitość do happy endów
| Gosia napisał/a: | Zemscilas sie na Barskich szpetnie! Nie dosc ze musieli majątki sprzedac, to jeszcze zostali okradzeni, a Barski ducha wyzional. Żadnej litosci Nadzieja tylko w tej reinkarnacji i odkupieniu win |
Na cóż komu nadzieja na reinkarnację Barskiego, zgiń, przepadnij, apage Satanas!
Nie wiem jak Wasza potrzeba zemsty, ale swoją zaspokoiłam. Ja egoistka jestem, najpierw o sobie myślę, a dopiero potem o szanownem czytelniku. Mam nadzieję, że czytelnik w łaskawości swojej wybaczy skromnej parodystce :oops:
Gosia - Nie 11 Mar, 2007 20:55
Jesli u Ciebie "wszyscy sie kochac musza", to i Barskim jakąs nadzieje dac bylo trzeba
Moze z czasem by Stefcie pokochali lub chociazby zaakceptowali tę "tredowatą"...
Alison - Nie 11 Mar, 2007 21:01
| Gosia napisał/a: | Jesli u Ciebie "wszyscy sie kochac musza", to i Barskim jakąs nadzieje dac bylo trzeba
Moze z czasem by Stefcie pokochali lub chociazby zaakceptowali tę "tredowatą"... |
"Wszyscy" nie obejmuje gadów. Gady do nor podziemnych i niech w królestwie ciemności rządzą! Gady oddaję Aragonte, może ona zreinkarnuje Barskiego w jakiegoś dusipałka, co się po bagnach snuje
Gosia - Nie 11 Mar, 2007 21:06
Dusispałek to bedzie mój ulubieniec, choc wolalabym, zeby mnie koszmarami nie męczył w nocy
Ale ale, Ali. Mam nadzieje ze nie zadowolisz sie ta zemstą, i jeszcze nam jakies fragmenty swojej wspanialej prozy wrzucisz? :grin:
Alison - Nie 11 Mar, 2007 21:53
No przecież ślub jeszcze być musi! Nie czuję się na siłach opisywać takiego na cztery fajer(wer)ki, więc będzie cichy i rodzinny, ale jeszcze nie wiem jaki, może mnie pani Helenka jakoś w nocy lub nad ranem natchnie... :neutral:
P.S. A widziałyście, że ordynata nam z "Tańca" wywalili? Byłam pewna, że poleci Pinokio Olbrychski, chłopak z drewna, a oni po ordynacie dali :cry: :cry: Nawet się juz przypatrzeć nie można, a taki był piękny w tej czarnej kurtałce, taki uśmiech, takie nozdrza...
Marija - Nie 11 Mar, 2007 22:00
Ja bym chętnie przeczytała wytworny a kwiecisty opis nocy poślubnej, która niechybnie nastąpi po najcichszym ślubie. Te chrapy rozdęte, szały i porywy, i etc. ....No nie, aż strach pomyśleć .
Anonymous - Nie 11 Mar, 2007 22:07
Uznałam dziś że lektura 'Trędowatej' jest niebezpieczna i może doprowadzić do zgonu, kiedy o mało co sie nie udusiłam ze śmiechu czytając o Stefci która "zamykała oczy, by odpędzić rozkoszną wizję jego drapieżnych źrenic"
BeeMeR - Nie 11 Mar, 2007 22:34
Trędowata cudna jest! A i humor najpodlejszy poprawi
a Trędowata - Alternatywne Zakończenie takoż
Kaziuta - Nie 11 Mar, 2007 23:18
| Cytat: | | Kaziutka a na co Ci powój? Jak uzasadnisz wniosek o powój, mogę powojami spowić całe Głębowicze, ale muszę mieć jakiś powód, niechby i paradoksalny, czy chociaż zastosowalne uzasadnienie. |
No jak to po co? Przeciez właśnie o powoju rozmowiał z hrabianka Barską, mając na myśli Stefcie. cyt. "Bywaja kobiety jak owe rosliny, które do końca roztulaja swe kielichy, odurzając czarem zapachu, a gdy księżyc zastąpi słońce zamykają się, skapią barw, chowają czar jakby w obawie, że mniej zostanie dla ukochanego. Do takich roślin zalicza się powój, jedne z kwiatów ulubionych przeze mnie".
Barską nazwał wtedy w myśli zwykłym słoneczknikiem.
Myślałam, że jakby było cos o powoju to by było tak a propos.
Ali padam na twarz przed Twym talentem. Po co Ty kobito siedzisz na tej uczelni?
Popełnij jakąś powieść, a będziesz wiodła dostatnie życie, a Grochola i jej podobne mogą Ci buty sznurować.:wink:
Dzięki, że tak cudnie sie rozprawiłaś z Barskimi. Ja tam mściwa nie jestem, ale im sie należało jak mało komu.
Muszę przyznać, że odkąd czytam Twoje zakończenie lepiej mi sie czyta Trędowatą. Wiara, że to wszystko sie dobrze skończy dodaje mi skrzydeł.
W pierwszym dzisiejszym fragmencie powalił mnie "staw jak zupa szczawiowa". Ja już teraz nie będę mogła inaczej spojrzec na żaden staw, a zupy szcawiowej nie cierpię. :sad:
| Alison napisał/a: | | P.S. A widziałyście, że ordynata nam z "Tańca" wywalili? Byłam pewna, że poleci Pinokio Olbrychski, chłopak z drewna, a oni po ordynacie dali Nawet się juz przypatrzeć nie można, a taki był piękny w tej czarnej kurtałce, taki uśmiech, takie nozdrza... |
Wywalili mojego ordynata. Nieuki, nie znają się. Taki byl piekny i przystojny.
No chyba, że poszedl sie uczyć roli. Ordynata oczywiście.
asiek - Pon 12 Mar, 2007 00:42
Oj, Matuchno, Matuchno ...aż mnie dechu ze śmiechu w płucach zabrakło.
Utonęłam z kretesem w głębi głębowickich głębin jako w rowie mariańskim
Alison, niech moc będzie z Tobą !
Trzykrotka - Pon 12 Mar, 2007 00:57
A propos "nozdrza", to wgryzłwszy się w tekst oryginalny (Alison, jesteś równie niezrównaną w swoim rodzaju, jak pani Helena ), widzę, że obsadzając, choćby tylko dla własnej uciechy, zwracać na ową część anatomii baczną uwagę. Ordynat ma nozdrza ruchliwe jak nie przymierzając, jego wierzchowiec Apollo i wachluje nimi nader często: a to ciotkę-hrabinę - satyrycznie, a to Prątnickiego tyranicznie, a to Stefcie nieszczęsną - lubieżnie (i nie pobieżnie). Nozdrzy szukajmy, nozdrzy!
Marija - Pon 12 Mar, 2007 07:41
Te falujące namiętnie nozdrza to była chyba jakaś mania artystyczna w czasach Mniszkówny i tym podobnych. Przypomnijcie sobie, jakie rozdęte tyranicznie a namiętnie miał boski Valentino! (Zaznaczam, że ja go z lat swojej młodości nie pamiętam )
www.rudolph-valentino.com
Alison - Pon 12 Mar, 2007 08:51
| Kaziuta napisał/a: | | No jak to po co? Przeciez właśnie o powoju rozmawiał z hrabianka Barską, mając na myśli Stefcie. : |
Aj widzisz, ja to w takim tempie czytałam, że zupełnie tego nie zapamiętałam. Teraz gdzieś spowiję powojem coś tam, jeszcze nie wiem co, ale obiecuję spowić
| Kaziuta napisał/a: | Ali padam na twarz przed Twym talentem. Po co Ty kobito siedzisz na tej uczelni?
Popełnij jakąś powieść, a będziesz wiodła dostatnie życie, a Grochola i jej podobne mogą Ci buty sznurować.:wink: |
Za to Was właśnie kocham, za te gorące serca i słowa prosto z nich płynące. Ja też nie wiem po co siedzę na uczelni, ale nie z powodu talentu, tylko jestem już taka stara, że pewnie nigdzie indziej już by mnie nie chcieli. Co do powieści to ... spuśćmy na to wodospad Siklawa. Powygłupiać się, to ja zawsze jestem pierwsza, bo mnie tu nic nie ogranicza, poza moją wyobraźnią i zasobem słów. Mogę sobie dawać upust wszystkiemu, a na dodatek być społecznie użyteczna, skoro też się tym bawicie. Dla mnie to rodzaj terapii, po tych paru stronach słownych wygłupów czuję się taka oczyszczona, że mogę zabrać się do poważniejszej pracy. Może na emeryturze zacznę pisać dla dzieci o zwierzętach. Kiedyś na jednym psim forum opisywałam codziennie przygody ze swoim szczeniakiem i ludzie mieli niezły ubaw, a ja sobie odpoczywałam od sprzątania zdemolowanego i zasikanego po sufit mieszkania
| Kaziuta napisał/a: | Muszę przyznać, że odkąd czytam Twoje zakończenie lepiej mi sie czyta Trędowatą. Wiara, że to wszystko sie dobrze skończy dodaje mi skrzydeł.
W pierwszym dzisiejszym fragmencie powalił mnie "staw jak zupa szczawiowa". Ja już teraz nie będę mogła inaczej spojrzec na żaden staw, a zupy szcawiowej nie cierpię. :sad: |
A wiesz, że ja też jakoś tak inaczej teraz do niej zaglądam, bo w głowie na trwałe zalęgło się, że i tak wszystko się dobrze skończy
A co do stawów zarosłych rzęsą, to od dzieciństwa (ja też nie cierpię zupy szczawiowej) jak jadę gdzieś pociągiem i widzę taki staw, to od razu w wyobraźni dokładam do niego połówkę jajka na twardo , i odwrotnie, jak widzę talerz zupy, to w głowie mam staw pełen żab i nie mogę tego do ust wziąć. To skojarzenie jest silniejsze ode mnie ??:
Narazie w głowie mam puściutko, bo mi wszystkie słowa i słóweczka mniszkowe wygalopowały gdzieś na rozkwiecone łąki. Jak mnie znowu natchnie, to Wam sprawię takiego HAPPY ENDA, że głowa mała.
No i dziękuję za Wasze poczucie humoru i wszystkie miłe słowa
Aragonte - Pon 12 Mar, 2007 09:39
Alisonku Dzięki za miłe otwarcie dnia :grin: :grin:
|
|
|