North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
asiek - Śro 12 Lip, 2006 00:40
Margaret nie pojechała na pogrzeb ojca ????
Niepojęte....
Pamiętam, że przed pochówkiem pani Hale była wzmianka o tym ,że kobiety wówczas nie uczestniczyły w uroczystościach pogrzebowych, ale Margaret zignorowała to. A teraz kiedy ma możlwiość pożegnania się z ukochanym ojcem zostaje w domu .... :
GosiaJ - Śro 12 Lip, 2006 01:26
| Alraune napisał/a: |
Poczekajcie do jutra, zobaczycie :razz: Zaręczam, że Małgośka jeszcze zobaczy Jaśka. Nie będzie to może filmowe Look back, ale... będzie poruszająco. Będzie ładnie o tym, co się dzieje z Jaśkiem w serduchu. Jest to zresztą jedna z najbardziej rozdzierających scen w książce... |
Wiem, wiem, porażająca scena, kocham Jaśka w niej... Nie mogę się doczekać tłumaczenia - byle do jutra!
Trzykrotka - Śro 12 Lip, 2006 12:27
To bardzo piękny fragment, a jeszcze bardziej ciekawa jestem co dalej. Alraune, dzięki, jesteś świetną tłumaczką :smile:
Alraune - Śro 12 Lip, 2006 16:27
No i mamy pożegnanie... :cry:
Rozdział XLIII "Margaret's Flittin'" , cz. 3, s. 439
Nicholasa nie było w domu; tylko Mary i jedno czy dwoje dzieci Bouchera. Margaret była zła na siebie za to przyjście nie w porę. Mary była tępawa, lecz jej uczucia były gorące i serdeczne; i w momencie, gdy zrozumiała cel wizyty Margaret, zaczęła płakać i szlochać tak niepowstrzymanie, że Margaret nie widziała sensu w mówieniu którejkolwiek z tysiąca drobnych rzeczy, które przyszły jej do głowy w drodze z powozu. Mogła tylko pocieszyć Mary sugerując, że jest niewielka szansa, aby się jeszcze spotkały, w jakimś czasie, w jakimś miejscu, i na pożegnanie rzec, aby ta przekazała ojcu, jak bardzo Margaret pragnęłaby, aby Nicholas odwiedził ją kiedy skończy pracę wieczorem, jeśli tylko znajdzie na to czas.
Kiedy wychodziła, zatrzymała się i rozejrzała; następnie rzekła z wahaniem:
"Chciałabym mieć jakiś drobiazg, który przypominałby mi Bessy."
Hojność Mary ożywiła się natychmiast. Cóż mogliby dać? A kiedy Margaret wskazała na zwykłą filiżankę, zapamiętaną jako ta, która stała zawsze obok Bessy pełna napoju dla rozgorączkowanych ust, Mary rzekła:
"Och, panienka weźmie coś lepszego; to kosztowało tylko cztery pensy!"
"To wystarczy, dziękuję," odparła Margaret; i szybko wyszła, podczas gdy twarz Mary była wciąż rozjaśniona przyjemnością, jaka wynikała z obdarowania kogoś.
"Teraz do pani Thornton," pomyślała. "To musi być załatwione." Lecz ta myśl sprawiła, że Margaret wyglądała raczej sztywno i blado, i usilnie próbowała znaleźć dobre słowa na wyjaśnienie ciotce Shaw, kim była pani Thornton, i dlaczego należy złożyć jej wizytę pożegnalną.
Obie z panią Shaw zostały skierowane do salonu, w którym dopiero co rozpalono ogień. Pani Shaw otuliła się szczelnie szalem i zadrżała.
"Cóż za lodowaty pokój!" zauważyła.
Musiały zaczekać chwilę, zanim pojawiła się pani Thornton. Jej serce złagodniało wobec Margaret teraz, kiedy ta wyjeżdżała i schodziła jej z oczu. Pamiętała jej charakter, ukazywany często w wielu miejscach, bardziej niż cierpliwość, z jaką znosiła długotrwałe i męczące troski. Jej oblicze było bardziej mdłe niż zwykle, gdy powitała Margaret; w jej manierach dostrzec można było nawet cień czułości, kiedy zauważyła tę białą, opuchniętą od łez twarz, i owo drżenie w głosie, które Margaret starała się uspokoić.
"Jeśli pani pozwoli, przestawiam pani moją ciotkę, panią Shaw. Wyjeżdżam jutro z Milton; nie byłam pewna, czy wie pani o tym; ale chciałam zobaczyć panią jeszcze raz, pani Thornton, by-- by przeprosić za moje zachowanie ostatnim razem; i by powiedzieć, iż jestem pewna, że miała pani dobre intencje - jakkolwiek nie zrozumiałyśmy się nawzajem."
Pani Shaw wyglądała na niezmiernie zakłopotaną słowami Margaret. Podziękowania za uprzejmość! I przeprosiny za naruszenie dobrych manier! Ale pani Thornton odpowiedziała:
"Panno Hale, jestem rada, że oddaje mi pani sprawiedliwość. Nie zrobiłam nic ponad to, co uważałam za swój obowiązek w zaprotestowaniu przeciwko pani zachowaniu. Zawsze chciałam odgrywać wobec pani rolę przyjaciółki. Dziękuję, że oddaje mi pani sprawiedliwość."
"A," rzekła Margaret, rumieniąc się mocno, "czy pani odda mi sprawiedliwość, i uwierzy, że choć nie mogłam-- nie z własnego wyboru-- wyjaśnić mego postępku, nie zachowałam się tak niestosownie, jak to pani odebrała?"
Głos Margaret był tak miękki, a oczy tak pełne błagania, że pani Thornton nareszcie uległa jej urokowi, choć dotychczas była nań niewrażliwa.
"Tak, wierzę pani. Nie mówmy już o tym. Gdzie pani zamieszka, panno Hale? Dowiedziałam się od pana Bella, że opuszcza pani Milton. Nigdy nie lubiła pani Milton, wie pani o tym," rzekła pani Thornton z ponurym uśmiechem; "ale pomimo to nie mogę pogratulować pani wyjazdu. Gdzie pani zamieszka?"
"U mojej ciotki," odrzekła Margaret, odwracając się do pani Shaw.
"Moja siostrzenica zamieszka ze mną przy Harley Street. Jest dla mnie prawie jak córka," powiedziała pani Shaw, spoglądając ciepło na Margaret, "i cieszę się, że mogę czuć się zobligowana za życzliwość okazaną jej. Jeśli pani i pani mąż kiedykolwiek przyjedziecie do miasta, mój syn i córka, kapitan i pani Lennox, przyłączą się z pewnością do mych starań, by poświęcić państwu jak najwięcej uwagi."
Pani Thornton pomyślała, że Margaret nie postarała się, by wyjaśnić ciotce relacje między panem Thorntonem a panią Thornton, nad którymi dama chciała roztoczyć swój delikatny patronat; odpowiedziała więc krótko,
"Mój mąż nie żyje. Pan Thornton to mój syn. Nigdy nie jeżdżę do Londynu; zatem nie będę mogła skorzystać z pani uprzejmych ofert."
W tym momencie do pokoju wszedł pan Thornton; powrócił dopiero co z Oxfordu. Jego żałobny strój wyjaśniał powód, który go tam wezwał.
"John," rzekła jego matka, "ta dama to pani Shaw, ciotka panny Hale. Przykro mi to mówić, ale panna Hale odwiedziła nas, by się pożegnać."
"A zatem wyjeżdża pani!" rzekł niskim głosem.
"Tak," odparła Margaret. "Wyjeżdżamy jutro."
"Mój zięć przybędzie dziś wieczorem, aby nam towarzyszyć," rzekła pani Shaw.
Pan Thornton odwrócił się. Nie usiadł, ale najwyraźniej przyglądał się uważnie czemuś na stole, zupełnie jakby odkrył tam nieotwarty list, który sprawił, że zapomniał o reszcie towarzystwa. Najwyraźniej nie był również świadomy, kiedy damy wstały i skierowały się do wyjścia. Ruszył jednak do przodu, by zaprowadzić panią Shaw do powozu. Kiedy powóz zajechał, Thornton i Margaret stali blisko siebie na schodach, i niemożliwym było, aby w myślach ich obojga nie pojawiło się wspomnienie tamtego dnia buntu. W jego myślach wspomnieniu towarzyszył także obraz rozmowy w dniu następnym; jej namiętna deklaracja, że nie było mężczyzny w całym tym gwałtownym i zdesperowanym tłumie, o którego nie dbałaby tak, jak o niego. I na wspomnienie jej szyderczych słów zmarszczył brwi, choć jego serce biło gęsto pełną tęsknoty miłością. "Nie!" rzekł, "zbliżyłem się do tego raz, i utraciłem wszystko. Niech jedzie,-- ze swoim kamiennym sercem, i swoim pięknem; jakże nienaturalnie i okropnie wygląda teraz, pomimo tego, że jest tak urocza! Boi się, że powiem coś, co będzie musiała surowo stłumić. Niech jedzie! Może być piękna i bogata, lecz nie znajdzie serca prawdziwszego niż moje. Muszę pozwolić jej odejść!"
I nie było nawet nuty żalu, ani żadnej emocji w głosie, którym wypowiedział słowa pożegnania; podana dłoń została przyjęta ze stanowczym spokojem, i oddana tak niedbale, jakby była martwym, zwiędłym kwiatem. Lecz nikt w domu nie widział więcej pana Thorntona tamtego dnia. Był bardzo zajęty; albo tak tylko powiedział.
kikita - Śro 12 Lip, 2006 17:03
Auraune jestes wielka,codziennie wypieki.Dziekuje.
Chciałam wiedzieć no i sie dowiedziałam. Nawet Thorntonowej serce zmiękło. No pewnie, dziewczyna z wozu babie lżej. Nie wierze kobiecinie. Szybko dojdzie do siebie ??:
Nie na jej reakcję jednak czekałam"
.........lecz nie znajdzie serca prawdziwszego niż moje. Muszę pozwolić jej odejść!"
........ nikt w domu nie widział więcej pana Thorntona tamtego dnia. Był bardzo zajęty;
albo tak tylko powiedział."
Jaska mi zal ,tak bardzo mi zal :cry:.Obojetnośc udawał. Biedny on .Serce peka kiedy pomyslę co przeżywa :cry:
Trzykrotka - Śro 12 Lip, 2006 17:09
| Alraune napisał/a: | "Nie!" rzekł, "zbliżyłem się do tego raz, i utraciłem wszystko. Niech jedzie,-- ze swoim kamiennym sercem, i swoim pięknem; jakże nienaturalnie i okropnie wygląda teraz, pomimo tego, że jest tak urocza! Boi się, że powiem coś, co będzie musiała surowo stłumić. Niech jedzie! Może być piękna i bogata, lecz nie znajdzie serca prawdziwszego niż moje. Muszę pozwolić jej odejść!"
I nie było nawet nuty żalu, ani żadnej emocji w głosie, którym wypowiedział słowa pożegnania; podana dłoń została przyjęta ze stanowczym spokojem, i oddana tak niedbale, jakby była martwym, zwiędłym kwiatem. Lecz nikt w domu nie widział więcej pana Thorntona tamtego dnia. Był bardzo zajęty; albo tak tylko powiedział. |
Wiecie, chociaż żal mi Look back, to uważam, że pani Gaskell świetnie się spisała. To pożegnanie Margaret przez Thorntona tylko w myślach jest wspaniałe. Nawet Aine nie mogłaby wspomnieć nic o ślimakach, mimo nędznego uścisku rąk na do widzenia. Alraune, pięknie dobrałaś słowa, dziękuję.
Trzykrotka - Śro 12 Lip, 2006 17:13
Jednakowoż... ich powściągliwość wydaje mi się czasami nieludzka. Thornton wrócił z pogrzebu ojca Margaret, w którym ona sama nie uczestniczyła, mam rację? Ani słóweczka rozmowy na ten temat?
Mara7 - Śro 12 Lip, 2006 18:53
Bardzo dobre tłumaczenie,ach biedny kochany Jaś...jak on tak wszystko w sobie dusi..co za facet... :cry:
Matylda - Śro 12 Lip, 2006 19:18
"A zatem wyjeżdża pani!" rzekł niskim głosem.
Oczami wyobraźni widzę tę scenę- ten głęboki tembr głosu Jaśka
Wczoraj obejrzałam sobie 4 odcinek ( bez napisów , żeby mnie nie rozpraszały )
Ten facet ma cudowny głos
Dzięki dziewczyno za tę chwile przyjemności
Trzykrotka - Śro 12 Lip, 2006 19:32
[quote="Matylda"]"A zatem wyjeżdża pani!" rzekł niskim głosem.
[quote]
aż szkoda, że nie ma "I nidgy nie wróci"
Gosia - Śro 12 Lip, 2006 20:03
Mnie tez dziwi, ze Margaret nie pojechala na pogrzeb ojca i nie zapytala o nic Thorntona.
Pozegnanie ksiazkowe jest niezle.
Po pierwsze pani Thornton nieco zmiekla i te jej slowa:
Głos Margaret był tak miękki, a oczy tak pełne błagania, że pani Thornton nareszcie uległa jej urokowi, choć dotychczas była nań niewrażliwa.
"Tak, wierzę pani. Nie mówmy już o tym.
Serce pani Thornton nie jest z kamienia, jak to niektorzy sugeruja ...
No i sam Thornton i jego dialog wewnętrzny.
na wspomnienie jej szyderczych słów zmarszczył brwi, choć jego serce biło gęsto pełną tęsknoty miłością. "Nie!" rzekł, "zbliżyłem się do tego raz, i utraciłem wszystko. Niech jedzie,-- ze swoim kamiennym sercem, i swoim pięknem; jakże nienaturalnie i okropnie wygląda teraz, pomimo tego, że jest tak urocza! Boi się, że powiem coś, co będzie musiała surowo stłumić. Niech jedzie! Może być piękna i bogata, lecz nie znajdzie serca prawdziwszego niż moje. Muszę pozwolić jej odejść!"
Zdobyl sie na jak najwieksza obojetnosc, czy dobrze wyczul Margaret, czy faktycznie nie chciala uslyszec z jego ust nic poza slowami pozegnania ?
Nie wiemy jakie byly mysli Margaret w tym momencie..


Matylda - Śro 12 Lip, 2006 20:51
"Cóż za lodowaty pokój!" zauważyła.
Pałac królowej śniegu - pani Thorton
Matylda - Śro 12 Lip, 2006 20:56
Nie wyobrażam sobie, jak wytrzymałaś tu te dwa lata."
To aż dwa lata!!
W filmie wszystko jakoś szybciej się dzieje. Przynajmniej mam takie wrażenie
kikita - Śro 12 Lip, 2006 21:43
[quote="Gosia"] Pozegnanie ksiazkowe jest niezle.
Po pierwsze pani Thornton nieco zmiekla i te jej slowa:
"Tak, wierzę pani. Nie mówmy już o tym.[/i]
Serce pani Thornton nie jest z kamienia, jak to niektorzy sugeruja ...
Na dzien dzisiejszy może ono i nie jest z kamienia,ale na pewno z czegos bardzo twardego.
Tak, lekko wymiekła ale co było tego powodem? Margaret, która miała tę czelnośc odtracić jej syna, wyjeżdża .Byc może juz nigdy sie nie zobaczą i jej syn moze zapomni i przestanie cierpieć.Przecież tak uwielbiajaca syna matka slepa nie była i musiała zauważyc co się z nim dzieje.No pewnie ,ze zal jej sie zrobiło Margaret,przeciez w krótkim czasie straciła rodziców i to odbiło na dziewczynie swoje pietno..
........jej serce złagodniało wobec Margaret teraz, kiedy ta wyjeżdżała i schodziła jej z oczu. Pamiętała jej charakter, ukazywany często w wielu miejscach, bardziej niż cierpliwość, z jaką znosiła długotrwałe i męczące troski. Jej oblicze było bardziej mdłe niż zwykle, gdy powitała Margaret; w jej manierach dostrzec można było nawet cień czułości, kiedy zauważyła tę białą, opuchniętą od łez twarz, i owo drżenie w głosie, które Margaret starała się uspokoić......"
Pani Thornton potraktowałaby w ten chłodny acz uprzejmy sposób każda kobietą , którą pokochałby jej syn , ale zaakceptuje ja dopiero wtedy kiedy przekona sie ,ze i on jest kochany miłoscią równie bezwarunkową i goracą , taka jaką ona go darzy.
Miłosc do syna jest tu sprawa nadrzedna a jak na razie ze strony Margaret tych uczuć zobaczyc nie mogła wiec i serce nie miało kiedy skruszec. Moze jeszcze kiedys zgodze się z tym,ze jest czy bedzie kochająca i czuła tesciowa , ale jeszcze nie dzisiaj( choć wiem,że potrafi byc czuła wystarczy spojrzec na syna) .Ja poczekam co ona wykombinuje.Na dzień
dzisiejszy jeszcze jej nie ufam:mrgreen:
ANGELO - Śro 12 Lip, 2006 23:54
dopiero wczoraj wkroczyłam do kręgu wtajemniczonych, ten kawałek jest cudowny
patrząc się na tę scenę zastanawiałam się jak Thorton mógł się tak obojętnie pożegnać
a tak naprawdę nie było, przecież cały czas ją kochał i cierpiał że jego miłość jest
nieodwzajemniona jakież myśli się kłębiły w jego głowie ile ukrytych emocji
"więcej się tego dnia nie pokazał" przeżywał gdzieś w samotności udrękę rozstania
i niespełnionej miłości, a Margaret czy była równie obojętna jak John? wydaje mi się
że nie przecież już zmieniła o nim swoje zdanie tylko okoliczności i nieśmiałość nie pozwoliły jej pokazać że równie cierpi i przeżywa to rozstanie [/b]
Gitka - Czw 13 Lip, 2006 10:06
Niesamowicie piękny fragment tak różny od filmu ale równie dobry.
Można czytać i czytać...
Wielkie dzięki.
Mag - Czw 13 Lip, 2006 12:34
Śliczne, dzięki Alraune.
Dla mnie też dziwne, że ani słówka o pogrzebie
I te słowa Bella o kapitanie Lenoxie dot. testamentu-wg mnie Lenoxy myśleli, że jest jakiś majątek do rozporządzania. O ich materialiźmie świadczy też wspomnienie o 250 funtach- Bell miał wyrobione zdanie o tych braciach.
I dlaczego ciotka przez dwa lata nie wiedziała w jakich warunkach żyje jej siostra?
achata - Czw 13 Lip, 2006 12:35
| Alraune napisał/a: | No i mamy pożegnanie... :cry:
... Lecz nikt w domu nie widział więcej pana Thorntona tamtego dnia. Był bardzo zajęty; albo tak tylko powiedział. |
Bomba. Krótkie i mocne. Cudownie zasugerowane co facet przeżywa. Ponownie prosiłabym o kawałki wcześniejszych tłumaczeń. Dołączyłam od wizyty pani Thornton u umierającej pani Hale. Mój e-mail: szlami@interia.pl. Z góry dzięki
Alraune - Czw 13 Lip, 2006 18:59
| Matylda napisał/a: | Na pewno czy chyba??? |
Ależ nie bądźcie takie niecierpliwe, przecież i tak największy ruch jest tu pod wieczór...
Dziś - pożegnanie z przyjacielem...
Rozdział XLIII "Margaret's Flittin'" , cz. 4, s. 442
Obie wizyty tak wyczerpały siły Margaret, że poddała się bezwolnie opiece, pieszczotom i westchnieniom "mówiłam-że-tak-będzie" swej ciotki. Dixon uznała, że Margaret jest w niemal tak złym stanie, jak po otrzymaniu wiadomości o śmierci ojca; razem z panią Shaw rozważały, czy nie należałoby przełożyć jutrzejszej podróży. Lecz kiedy ciotka niechętnie zaproponowała kilkudniowe opóźnienie, Margaret skręciła się niczym od nagłego bólu i rzekła:
"Och! Jedźmy. Tutaj nie mogę być cierpliwa. Nie wydobrzeję tu. Chcę zapomnieć."
A zatem przygotowania nie ustały; przyjechał kapitan Lennox, a wraz z nim wiadomości o Edith i ich malutkim chłopczyku; Margaret przekonała się, że dobrze jej zrobiła obojętna, niedbała rozmowa z tym, który, choć miły, nie był wystarczająco ciepły i pełen troski, by być pocieszycielem. Podniosła się; gdy była pewna, że może spodziewać się wizyty Higginsa, opuściła po cichu salon i oczekiwała w swoim pokoju na wezwanie.
"Ech!," powiedział, kiedy weszła, "pomyśleć, że stary dżentelmen odszedł! Powaliłabyś mnie źdźbłem trawy, gdy mi to powiedzieli. "Pan Hale?" mówię; "ten sam pastor?" "Tak," mówią. "Zatem," mówię, "odszedł najlepszy czlowiek, jaki żył na tej ziemi, i nie będzie lepszego!" I przyszedłem cię zobaczyć, i powiedzieć, jak mi przykro, ale te kobiety w kuchni nie chciały ci przekazać, że byłem. Mówiły, żeś chora-- i mów co chcesz, ale nie wyglądasz na tą pannicę, co zwykle. I będziesz wielką damą w Londynie, prawda?"
"Żadną wielką damą," rzekła Margaret z półuśmiechem.
"Cóż! Thornton powiedział-- mówi wczoraj czy przedwczoraj, "Higgins! Widzałeś się z panną Hale?" "Nie," mówię, "stado kobiet nie chce mnie do niej wpuścić. Ale poczekam, jeśli chora. Dobrze się z nią znamy; ona nie będzie myśleć, że nie jest mi najmocniej przykro z powodu śmierci starego dżentelmena tylko dlatego, że nie mogę przyjść i jej tego powiedzieć." A on na to "Nie będziesz miał wiele czasu, by się z nią spotkać, dobry człowieku. Nie zostanie z nami choćby dzień dłużej i nic na to nie poradzi. Ma wspaniałych krewnych, którzy ją zabierają; i nigdy więcej jej nie zobaczymy."
"Panie," mówię, "jeśli się z nią nie zobaczę przed jej wyjazdem, będę się starał pojechać do Londynu w następną środę, tak zrobię. Nie dam się zbyć przekazaniem mojego do widzenia przez jakichkolwiek krewnych." Ale, na szczęście, wiedziałem, że przyjdziesz. Tylko tak się droczyłem z panem, udając, że wierzę, że wyjedziesz bez pożegnania ze mną."
"Masz rację," rzekła Margaret. "Oddajesz mi tylko sprawiedliwość. Jestem pewna, że mnie nie zapomnisz. Jeśli nikt inny w Milton nie będzie o mnie pamiętał, wierzę, że ty będziesz; i o tacie też. Wiesz, jaki był dobry i czuły. Spójrz, Higgins! to jego biblia. Zatrzymałam ją dla ciebie. Mogłabym wykorzystać ją inaczej; ale wiem, że on chciałby, abyś to ty ją dostał. Jestem pewna, że będziesz o nią dbał, i studiował jej zawartość przez wzgląd na pamięć mego ojca.
"A żebyś wiedziała. Gdyby to nawet były same bazgroły, a ty zmusiłabyś mnie do czytania tego przez wzgląd na ciebie, i na starego dżentelmena, zrobiłbym to. A to co, panienko? Nie wezmę tych twoich miedziaków, nie myśl sobie. Byliśmy wielkimi przyjaciółmi, ale dźwięk monet pomiędzy nami,"
"Dla dzieci-- dla dzieci Bouchera," rzekła szybko Margaret. "Mogą tego potrzebować. Nie masz prawa odmawiać przyjęcia tego dla nich. Nie dałabym ci ani pensa," powiedziała, uśmiechając się, "nie myśl, że którakolwiek jest dla ciebie."
"Cóż, panienko! Mogę tylko powiedzieć, bądź błogosławiona! i bądź błogosławiona!-- i amen."
Gosia - Czw 13 Lip, 2006 19:27
Wlasciwie nie dziwie sie, ze chciala jak najszybciej wyjechac, łatwe to nie bylo ...
"i nigdy więcej jej nie zobaczymy."
Zupelnie jak Look back i pozniej scena w pustej fabryce ...
Podarowania Biblii w filmie nie bylo, za to miedziaki tak.
 
Gitka - Czw 13 Lip, 2006 19:47
Uwielbiam scenę w filmie jak Margaret całuje w policzek Nicholasa (a jej ciotka taka oburzona) Gosiu dzięki za fotki.
Ten fragment też jest ciekawy, dziekuję Alarune.
"Mówiły, żeś chora-- i mów co chcesz, ale nie wyglądasz na tą pannicę, co zwykle. I będziesz wielką damą w Londynie, prawda?"
"Żadną wielką damą," rzekła Margaret z półuśmiechem."
Matylda - Czw 13 Lip, 2006 21:16
Dzieki za kolejny piękny fragment dziewczyno
Czy w taki upał mozna jeszcze coś robić??Np tłumaczyć książkę??
Mnie się wszystko przed oczami zlewa w jedną wielką plamę ??: No może teraz wieczorem da sie trochę żyć
"Nie będziesz miał wiele czasu, by się z nią spotkać, dobry człowieku. Nie zostanie z nami choćby dzień dłużej i nic na to nie poradzi.
Jeśli nikt inny w Milton nie będzie o mnie pamiętał, wierzę, że ty będziesz;
Czyżby ciągle nie wiedziała o niegasnacym uczuciu Thortona??.
Gosia - Czw 13 Lip, 2006 21:20
Margaret kryguje sie i tyle
Gitka - do uslug!

Jola - Czw 13 Lip, 2006 22:34
Pieknie E. Gaskell oddała stan ducha człowieka, który dowiaduje sie o nieszcęściu, jakie bardzo go dotyka.
Higgins musiał prawdziwie doceniać pana Hale`a, skoro było go stać na słowa:" Powaliłabyś mnie źdźbłem trawy, gdy mi to powiedzieli".
asiek - Czw 13 Lip, 2006 23:05
Nicholas...bardzo mi się podoba....Oddany...serdeczny...i mądry.
Przy tym otwarty...Serce na dłoni.
Alraune...ślę podziękowania :grin:
|
|
|