To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura

spin_girl - Pią 09 Kwi, 2010 11:26

W książce wspomniane jest coś o 'consumption' czyli chyba suchoty....
Sofijufka - Pią 09 Kwi, 2010 11:28

przecinek napisał/a:
Cały czas zastanawiam się też na co chorowała pani Hale, że choroba postępowała tak szybko, a doktor zdiagnozował ją na podstawie jednego badania.

Ja optuję za chorobą serca... Bo nie gruźlicaz...?

Alicja - Pią 09 Kwi, 2010 12:25

BeeMeR napisał/a:
A ja tak nie do końca się zgadzam z Przecinkiem, ale również się cieszę, że dołączyła :kwiatek: zwłaszcza w sprawie jak John mógł odbierać Margaret, która owszem, zachwyciła go swym pięknem, królewską postawą itp, ale też mógł jej czułość, dobroć i miłość obserwować w stosunku do najbliższych osób, oraz uprzejmość do innych, postronnych - a stosunek do rodziców też sporo mówi o człowieku.

nie zawsze i nie do końca. Nawet zatwardziały zbrodniarz może być dobry dla swoich rodziców i rodziny. Raczej jest tak, jak napisała Trzykrotka - Johna na poczatku zauroczyło w Margaret COŚ. uroda, spojrzenie, cokolwiek. Mężczyźni są wzrokowcami, dopiero potem zwracaja uwagę na inne przymioty. Chociaż mnie też długo dziwiło za co właściwie on ją pokochał, bo w momencie gdy go broniła przed tłumem on już był zakochany, a nie zauroczony.

BeeMeR - Pią 09 Kwi, 2010 12:26

Cytat:
W książce łóżko zakupiła pani Thornton, a filmie miłośniczka nowości była jej córka. Dziwne jest to odwrócenie ról, bo do tej pory pani Thornton była przedstawiana jako osoba oszczędna i praktyczna.
Ale pani T. zrobiła to dla córki - praktyczność i oszczędność idą się paść jeśli chodzi o dobro czy zdrowie dzieci.
BeeMeR - Pią 09 Kwi, 2010 12:31

Alicja napisał/a:
. Nawet zatwardziały zbrodniarz może być dobry dla swoich rodziców i rodziny.
Owszem, ale myślę, że John nie brał okoliczności, że Margaret mogłaby być zatwardziałym zbrodniarzem pod uwagę ;) więc i ja nie biorę :P
Więcej, nawet gdy miał podejrzenia że cośtam gdzieśtam nie wiadomo z kim robiła na stacji to nie przyjmował do wiadomości, że mogło to być coś złego. To znowu wybieganie trochę naprzód, ale pięknie charakteryzuje podejście Johna do Margaret, wybielenie wszystkich jej czynów czy słów, szukanie dobrych intencji w nawet sprzecznych poglądach głoszonych przez nią. To może trochę naiwność, czy zaślepienie miłością, ale generalnie dobrze o Johnie świadczy (nawet pod koniec troszkę mnie denerwowało takie ewidentne idealizowanie go w książce przy jednoczesnym uwypuklaniu wad Henrysia :roll: )

spin_girl - Pią 09 Kwi, 2010 12:48

BeeMeR napisał/a:
(nawet pod koniec troszkę mnie denerwowało takie ewidentne idealizowanie go w książce przy jednoczesnym uwypuklaniu wad Henrysia )

Gaskell robiła Johnowi dobry PR :mrgreen:

kazika - Pią 09 Kwi, 2010 18:21

Alicja napisał/a:
BeeMeR napisał/a:
A ja tak nie do końca się zgadzam z Przecinkiem, ale również się cieszę, że dołączyła :kwiatek: zwłaszcza w sprawie jak John mógł odbierać Margaret, która owszem, zachwyciła go swym pięknem, królewską postawą itp, ale też mógł jej czułość, dobroć i miłość obserwować w stosunku do najbliższych osób, oraz uprzejmość do innych, postronnych - a stosunek do rodziców też sporo mówi o człowieku.

nie zawsze i nie do końca. Nawet zatwardziały zbrodniarz może być dobry dla swoich rodziców i rodziny. Raczej jest tak, jak napisała Trzykrotka - Johna na poczatku zauroczyło w Margaret COŚ. uroda, spojrzenie, cokolwiek. Mężczyźni są wzrokowcami, dopiero potem zwracaja uwagę na inne przymioty. Chociaż mnie też długo dziwiło za co właściwie on ją pokochał, bo w momencie gdy go broniła przed tłumem on już był zakochany, a nie zauroczony.


mi się wydaje, że go zafascynowała na początku inność Margaret... pochodziła z innego świata, nawet inaczej się ubierała, co chyba sam zauważył, że nie jest ubrana jak kobiety z Milton, mniej strojnie ale z klasą... (czy jakoś tak :-| )

to pierwsze jego spotkanie z Margaret przypomniało mi jak w podstawówce dołączył do mojej klasy nowy kolega z dużej miejscowości, samo to że był z innej miejscowości i to większej, stanowiło taką egzotykę że wszystkie trzecioklasistki były w nim zakochane:) aaa i miał włosy do ramion jak żaden inny chłopak....

Caroline - Pią 09 Kwi, 2010 20:05

Wpadam na chwilkę, żeby trochę obronić Margaret. :)
Primo: była diabelnie zapracowana! Wystarczy przypomnieć scenę z herbatą - zasnęła ze zmęczenia po przygotowaniach do wizyty gościa. Kilka cytatów z tego rozdziału:
"Idę pomóc Dixon. Zostanę słynną specjalistką od krochmalenia."
"Wiele razy tego ranka Margaret życzyła panu Thorntonowi, żeby znalazł się gdzieś daleko stąd. Miała zaplanowane inne zajęcia: napisać list do Edith, przeczytać kawałek Dantego, odwiedzić Higginsów. Ale zamiast tego prasowała, słuchając narzekań Dixon, i tylko miała nadzieje, że ta, kierując się współczuciem, nie zaniesie litanii swoich cierpień do pani Hale. Przez cały czas musiała sobie przypominać o względach, jakimi jej ojciec obdarzał pana Thorntona, opanowywać znużenie, które ja dopadało, a także jeden z tych nieznośnych bólów głowy, na które ostatnio stała się taka podatna. Z trudem mogłaby sobie przypomnieć, kiedy wreszcie mogła usiąść i powiedzieć matce, że ona właściwie nie jest praczką Peggy, ale Margaret Hale - dama."


W kolejnych rozdziałach jest jeszcze taki fragment, gdzie Dixon pomstuje, że panienka Hale wykonuje prace gorsze niż pokojówka w domu Beresfordów.
Dodać trzeba, że wcale nie musiała tego robić! Gdyby usiadła z założonymi rączkami i w koronkową chusteczkę roniła łzy, nikt nie miałby do niej pretensji! (tak jak nie miał do pani Hale)

Secundo: Owszem Margaret była dumna i wyniosła, ale była też otwarta - nie zabetonowała się w swoich uprzedzeniach, które jej wpojono, tylko uważnie przyglądała się światu, w jakim przyszło jej żyć i wyciągała wnioski. Wreszcie umiała się przyznać do błędu. Myślę, że trzeba ją oceniać nie przez pryzmat wyniosłości na początku, ale postępów, jakie zrobiła.

Tertio: o czym była wcześniej mowa - weźmy pod uwagę tamtą mentalność. "Shoppy" people to był gorszy gatunek człowieka. Koniec i kropka.
Gorszy - trzeba dodać - nie tyle przez urodzenie i genetykę, ale przez to, że nie mieli możliwości doskonalenia się duchowego i intelektualnego tak, jak dżentelmeni.

Miejmy świadomość, jaka rewolucja odbyła się w głowie Margaret. To że zajęła się interesami to nie tylko świadectwo jej miłości do Johna. Dżentelmeni nie rozmawiali o pieniądzach, nie zajmowali się nimi bardziej niż było to konieczne. A co dopiero córki dżentelmenów! Przecież to było nie do pomyślenia.

***
A już wkrótce jeden z moich ulubionych rozdziałów, czyli strajk. Początkowe fragmenty tego rozdziału przekonały mnie, że E.Gaskell jest geniuszem :) Uwielbiam ten opis ciszy przed burzą.

nicol81 - Pią 09 Kwi, 2010 20:35

[banał]Bo wszak nie kocha się za coś, a mimo wszystko...[/banał]

kazika napisał/a:
nie odnosicie wrażenia, że Lizzy przy Margaret to taki pasożyt ??? ona oprócz spacerów i czytania nie robiła nic...

Ja od dawna odnosiłam podobne wrażenie-- tzn. nie nazwałabym jej pasożytem, ale rzuca się w oczy, jak mało robi, nawet w porównaniu z innymi bohaterkami Austen...

kazika - Pią 09 Kwi, 2010 20:45

nicol już się przyznałam, że byłam za bardzo gruboskórna... bardziej chodziło mi o poruszenie tematu, że jednak Lizzy (mimo iż ją kocham ) została bardzo biednie obdarzona zajęciami przez Austen... Bogato opowiedziane są jej przymioty charakteru ale z zajęciami ciężko... i nagle pojawia się taka Margaret, która niczym kopciuszek wszystkim dogadza, żeby żyło im się lżej a mimo to dosyć jest zbuntowana na swój sposób... to pranie, prasowanie w opozycji do dumy i wielkiej damy... i za to ją również kocham:)
to teraz mi się dostanie :mrgreen:

- Pią 09 Kwi, 2010 21:48

kazika napisał/a:
to teraz mi się dostanie :mrgreen:

nie ode mnie :wink:

wydaje mi się, że masz rację. jakiś czas temu polecałam znajomej obie książki i prosiła mnie bym jej coś o nich poopowiadała. jeśli chodzi o bohaterki, to z Lizzy pierwsze skojarzyło mi się to, że lubiła spacerować (mam na myśli jakieś fizyczne zajęcia, pomijam charakter), za to Margaret, tak jak wspomniałaś, miała szerszy wachlarz zajęć.

a jeśli chodzi o aktualnie czytane rozdziały, to chyba jestem jedyną osobą, której scena wnoszenia Margaret i wyznawania przez Johna miłości 'nie rusza'. jakoś tak mi to pachnie telenowelą brazylijską, że nie umiem się do tego przekonać... :?

trifle - Pią 09 Kwi, 2010 22:08

No naprawdę, ja odsyłam do postu Spinki naszej w wątku powieściowym "Duma i Uprzedzenie", tam jest o pozycji Lizzy w społeczeństwie i tym, co robić musiała, a czego nie musiała. Czemu nikt nie zestawia Thorntona z Bingleyem? :mysle:
BeeMeR - Pią 09 Kwi, 2010 22:23

trifle napisał/a:
Czemu nikt nie zestawia Thorntona z Bingleyem? :mysle:
Bo nie są podobni ani trochę? :roll: Chyba tylko w tym, że obaj młodzi i nieżonaci ;)
trifle - Pią 09 Kwi, 2010 23:23

Choć może przykład przesadzony trochę, to chodziło mi o pokazanie (nie)zasadności porównywania Lizzy i Margaret. Dla mnie one są z innych "bajek". Nie rozumiem, czemu ma służyć zestawianie ich ze sobą, wybielanie jednej (Margaret) kosztem drugiej :mysle: Ale ok, już się nie będę czepiać ;)

aś napisał/a:
a jeśli chodzi o aktualnie czytane rozdziały, to chyba jestem jedyną osobą, której scena wnoszenia Margaret i wyznawania przez Johna miłości 'nie rusza'. jakoś tak mi to pachnie telenowelą brazylijską, że nie umiem się do tego przekonać...


Ja lubię ten moment, bo dostajemy takie żywe, wprost, wyznanie tego, co czuł Thornton. Bardzo lubię to u E. Gaskell :)

Admete - Sob 10 Kwi, 2010 08:10

XXIII i XXIV? ;)
kazika - Sob 10 Kwi, 2010 09:47

John wpada do domu a tam po Margaret ani śladu... Matka zapewnia, że wszystko zostało zrobione właściwie a nawet opłacone... - no cóż, jak dla mnie, naprawdę szkoda, że musiała biec do chorej matki, czy gdyby matka był zdrowa czy pozwoliłaby sobie na pozostanie i zanocowanie???:) wiem poruszyłam istotną kwestię:) już widzę te opisy, jak szarpany namiętnością przechadza się po korytarzach...
BeeMeR - Sob 10 Kwi, 2010 10:02

trifle napisał/a:
Ja lubię ten moment, bo dostajemy takie żywe, wprost, wyznanie tego, co czuł Thornton.
właśnie, mnie się wydaje, że ten moment zawiera znacznie więcej pasji niż ostateczne pogodzenie kochanków :serduszkate:
Anonymous - Sob 17 Kwi, 2010 16:25

kazika napisał/a:
czy gdyby matka był zdrowa czy pozwoliłaby sobie na pozostanie i zanocowanie???

ależ oczywiście, że nie. Nawet gdyby nie choroba Matki Margaret nie chciałaby martwić rodziców, tylko udała się do domu i grała komedię pt. "nic się nie stało" a poza tym chyba przyzoitość nie pozwoliłaby jej nocować w domu Johna

spin_girl - Sob 17 Kwi, 2010 16:31

Myślę, że przyzwoitość raczej nie zostałaby naruszona - W PP Jane Bennet nocuje u Bingleyów kiedy choroba czyni ją niezdolną do podróży. Gdyby John mieszkał sam nocowanie nie wchodziłoby w grę, ale to był dom jego matki, mieszkała tam również jego siostra - nic złego w tym nie można upartywać.
Myślę jednak, że Margaret nie przyjęłaby gościny pani T, ponieważ jej zwyczajnie nie lubiła, poza tym to naprawdę nie był najlepszy moment, Thorntonowie mieli mnóstwo na głowie i nie chciała im się jeszcze zwalać na łeb.

Admete - Sob 17 Kwi, 2010 16:42

Przede wszystkim zdawała sobie sprawę, że jej postępowanie było co najmniej dziwne i że inni mogą to zauważyć. Chyba zaczęła się też obawiać swoich własnych reakcji i uczuć.
kazika - Sob 17 Kwi, 2010 17:14

oglądając film odniosłam wrażenie, że Margaret działała pod wpływem szoku i presji chorej matki, w końcu poważnie dostała w głowę i mogła zemdleć po drodze... działała pod wpływem impulsu, zdrowiej było jednak pozostać na miejscu.... dodatkowo odebrałam tą sytuację, że bardziej liczyło się dla niej zdrowie matki i nie martwienie rodziców niż własne zdrowie... tak mi się zdaję...
Anonymous - Sob 17 Kwi, 2010 18:53

kazika napisał/a:
i nie martwienie rodziców niż własne zdrowie

no właśnie.... więc nawet gdyby Matka była zdrowa to problem "zmartwionych rodziców" egzystowałby dalej

Trzykrotka - Wto 20 Kwi, 2010 12:18

Kochane panie, które rodziały czytamy? Idziemy dalej, tak? :kwiatek: (żałobny tydzień trochę wytrącił mnie z rytmu)
Admete - Wto 20 Kwi, 2010 13:04

Był 23 i 24.
BeeMeR - Wto 20 Kwi, 2010 13:12

Czytamy, czytamy, ja sobie dla przypomnienia przejrzałam od XX rozdziału i jak poprzednio skupiłam się na relacji John-Margaret-przyjęcie-strajk, tak teraz na pani-panu Hale i ataku choroby, który jest przykrym zwiastunem tego, że mimo dzielących ich różnic zapatrywań na życie, nieumiejętności rozmawiania ze sobą są jak naczynia połączone i właściwie nawet nie znając dalszych zdarzeń widać, że odejście pani Hale pociągnie za sobą jej męża. :(
Z moimi dziadkami było podobnie - kwestia kilku miesięcy gdy mąż podążył za żoną, tak po prostu nagle pyk. :mysle:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group