Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Lucia robi postępy
Trzykrotka - Czw 09 Paź, 2025 20:07
i ruiny finansowej ciąg dalszy, bo przeciez winę trzeba na KOGOŚ zwalić.
Skoro powrócił swobodny przepływ wiadomości, nie można było się dziwić, że do popołudnia było powszechnie wiadomym, że można spodziewać się bardzo ciekawego nowego przybysza w populacji Tilling. Żadne z najbardziej zainteresowanej dwójki nie powiedziało niczego bezpośrednio, ale ich zachowanie było takie, jakby ogłaszali nowinę na cztery strony świata. Benjy paradował przy swojej żonie, niósł jej wiklinowy kosz promieniejący dumą nadchodzącego ojcostwa ewidentną dla każdego patrzącego, a gdy pojechał grać w golfa, zostawiając ją samą z zakupami, Elizabeth cała w uśmiechach tłumaczyła jego nieobecność za pomocą aluzji, których znaczenia nie dało się z niczym pomylić.
- Musiałam wręcz wypchnąć dziś na pola golfowe mojego Benjy’ego – powiedziała do Divy. - Nalegałam, choć bardzo się ociągał. Ale co mi z tego, że będzie się plątał pod nogami? O, dziwaczna Irene: głupio z mojej strony, ale po jej zachowaniu podczas wyborów trochę mnie drażni jej widok, choć wybaczę jej z czasem całym sercem. Wpadnę na chwilę do spożywczego.
Irene z rykiem motoru przemknęła obok, a Elizabeth wyskoczyła znów ze sklepu.
- I może jeszcze nie słyszałaś, kochana – ciągnęła dalej – ale chcemy wynająć nasze słodkie Mallards na pół roku albo rok. Nie żebym winiła za to kogokolwiek prócz siebie za tę konieczność. Lucia być może myśli, że mówiła mi, że Siriami nie będzie wypłacać dywidend przez kilka lat, ale nie mówiła. I już.
- Przecież postanowiłaś twardo robić odwrotnie niż radziła – powiedziała Diva. - Tak mi mówiłaś.
- Nie, tu się mylisz – powiedziała Elizabeth z pewną stanowczością. - Nigdy tego nie mówiłam.
- Ależ mówiłaś – krzyknęła Diva. - Powiedziałaś, że jeśli ona kupi Siriami, ty sprzedasz. I odwrotnie.
Zamiast gwałtownie zaprzeczać, Elizabeth uśmiechnęła się nieobecnym uśmiechem, jak ten, który Lucia przybierała przy wolnej części Sonaty Księżycowej.
- Nie sprzeczajmy się o to, moja droga – powiedziała. - Niech każda myśli swoje.
Taka łaskawość była niepodobna do Elizabeth – czy nowy kawałek układania wchodził na miejsce?
- Tak czy inaczej, bardzo mi przykro, że tak ugrzęźliście – powiedziała. - Mam nadzieję, że znajdziesz dobrego lokatora. Szkoda, że sama nie mogę wynająć Mallards.
- Dom jest trochę większy niż przywykłaś, moja droga – odrzekła Elizabeth w swoim dawnym stylu. - Nie sądzę, żebyś czuła się w nim dobrze. Jeśli nie zdołam wynająć go długoterminowo, będę musiała zamknąć go na cztery spusty i zabezpieczyć meble, by uniknąć tych potwornych stawek, no i wynająć jakiś malusi domek gdzie indziej. O mnie nie chodzi, bo ja będę szczęśliwa wszędzie, ale smuci mnie do głębi, że mój Benjy musi oddać swój pokój ogrodowy. Ale wszak nic nie ma znaczenia póki jesteśmy razem, a on jest taki dzielny i taki czuły… Dzień dobry, panie Jurusiu. Mam dla pana wiadomość, którą, mam nadzieję, uzna pan za złą.
Jurusiowi przemknęła myśl, czy nie chodzi o coś złego na Foljambe, która ostatnio zrobiła się bardzo drażliwa; nie szło jej dogodzić.
- Nie rozumiem, czumu miałaby pani mieć nadzieję, że uznam wieści za złe – powiedział.
- Podrażnię się z panem – rzekła Elizabeth pogodnym tonem. – Proszę zgadywać! Oto wskazówka: ktoś wyjeżdża.
Juruś wiedział, że jeśli to Foljambe zamierzała wyjechać, to raczej mało było prawdopodobne, by powiedziała o tym Elizabeth, nie jemu, ale i tak obudził się w ni mały niepokój.
- Och, jak ja nie lubię zagadek – powiedział. – Co się dzieje?
- Traci pan sąsiadów. Benjy i ja wynajmujemy Mallards na bardzo, ale to bardzo długo.
Juruś zdusił westchnienie ulgi.
- Och, przykro mi: to rzeczywiście złe wieści – powiedział wesoło. – Dokąd się wybieracie?
- Jeszcze nie wiemy. Gdziekolwiek. To duży cios, ale wszak za tyle rzeczy można być wdzięcznym. Muszę wracać do domu. Moi chłopcy mnie skrzyczą jeśli nie odpocznę przed lunchem.
Połączenie katastrofy finansowej z wielkim oczekiwaniem wydźwignęło w jakiś sposób Elizabeth w oczach Tilling do pozycji godnej szacunku i współczucia. I Lucia i Evie i Diva były bezdzietne, a choć Susan Wyse miała córkę z poprzedniego małżeństwa, Isabel Poppit z racji na ułożenie sobie życia na stałe w nieskanalizowanej chacie wśród wydm piaskowych stała się teraz takim straszydłem, że ledwie była postrzegana jako istota ludzka. A nawet jeśli była, to urodziła się na długo przed tym, nim jej matka tu się osiedliła, nie była więc prawdziwą Tillingnianką. W rezultacie Elizabeth stała się doskonałą heroiną; była w nieco podeszłym wieku (zaiste, w sam raz, że miała na imię Elizabeth), a teraz miała otrzeć oczy wszystkim tym bezdzietnym damom. Następnie jej kłopoty finansowe wzbudzały współczucie: smutne było, że musiała opuścić dom, w którym mieszkała tak długo, a przed nią jej ciotka Caroline. Oczywiście, była nieostrożna i jakoś tak w zbiorowej świadomości pojawił się obraz jej i Benjy’ego schwytanych jak muchy w wielką pajęczą sieć rozpiętą przez Lucię, która siedziała teraz w samym jej środku wysysając złoto z uwięzionych tam łupów. Wizja była nie była trafna, bo wszak Lucia usiłowała wygonić obydwoje ze swej sieci, ale ogólne wrażenie już się utrwaliło i objawiało się w drobnych gestach hołdu dla Elizabeth podczas przyjęć brydżowych i spotkań towarzyskich, w tym, jak dbano, by miała wygodne krzesło, żeby nie siedziała w przeciągu, w ciepłych gratulacjach gdy wygrała robra i współczuciu gdy przegrała. To jej pierwszej podawano potrawy podczas kolacji i podsuwano co smaczniejsze kąski w wielkiej obfitości, Susan Wyse wciąż pożyczała jej Royce’a do przejażdżek na wieś żeby bez wielkiej fatygi zaczerpnęła świeżego powietrza, a Evie Bartlett położyła grubą poduchę na jej krześle za chórem w kościele. Już wcześniej cieszyła się przywilejem pierwszeństwa jako świeża panna młoda, ale to nowe pierwszeństwo całkowicie. Część blasku spłynęła i na Beny’ego, bo w towarzyskim kółku Tilling ojcostwo było równie rzadkie jak macierzyństwo. Nie mógł patrzeć z góry na czubek głowy Jurusia, bo Juruś był wyższy, ale siadał przed kominkiem siadał rozstawiając szeroko nogi i patrzył z góry na resztę: Jurusia i na padre i pana Wyse. Ten ostatni musiał opowiedzieć siostrze, contessie Faraglione, która czasami odwiedzała go w Tilling, o zbliżającym się radosnym wydarzeniu, bo wysłała ona do Elizabeth list tak niezwykle delikatnej natury, o swoim pierwszym porodzie, że pan Wyse nie był w stanie dostarczyć go osobiście i powierzył to zadanie swej żonie. Contessa także posłała Elizabeth wielki słój włoskiego miodu, znanego we swych właściwości odżywczych. Co do padre, to przypomniał on sobie z rumieńcem wstydu, że sam zasugerował, żeby określone zdanie pominąć podczas uroczystości ślubnej Elizabeth, na przeczytanie którego ona nalegała oraz odświeżył sobie ceremoniał obrzędowy dla kobiet.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 10 Paź, 2025 13:58
Ojojooooj, to się dzieje brzmi to wszystko szalenie obiecująco
Trzykrotka - Pią 10 Paź, 2025 20:21
Sukcesy finansowe Luci - krach Mapp-Flintów i teraz przewidywany nowy obywatel w rodzinie - mieszanka wybuchowa a la Tilling
Lecz wciąż byli tacy, którzy wątpili. Jedną z nich była dziwaczna Irene, która – mimo lubieżnych uwag czynionych Jurusiowi - w swoim dosadnym stylu zaproponowała zakład, że to ona urodzi wcześniej niż Elizabeth. Lucia była kolejna. Lecz pewnego dnia Juruś wychodząc z Mallards Cottage, zobaczył samochód doktora Dobbie stający przed drzwiami Mallards i dosłownie zbiegł w dół High Street aby rozgłosić ten cenny kolejny dowód pośredni, a przede wszystkim – powiedzieć Luci. Ale nigdzie jej nie widział, a że dzień był piękny, a on mniej zajęty niż zwykle, bo poprzedniego dnia skończył haftować kolejny petit point, wybrał się do Grebe, by skonfrontować ją z nowiną. Jako, że w tym momencie przebywała w biurze, nie wolno jej było przeszkadzać, a skoro Grosvenor zdecydowała, że zwykła poranna wizyta starego przyjaciela nie jest niczym pilnym, usiadł w salonie, żeby na nią poczekać. Nie mógł grać na fortepianie, bo dźwięk, nawet wytłumiony, mógł przeniknąć do sanktuarium Wielkiej Ciszy, ale na szczęście znalazł sobie na stole opasły tom zatytułowany Zdrowie w domu i od razu zobaczył, że bardzo miło może spędzić przy nim czas. Przeczytał o półpaścu i uznał, że autor nigdy nie miał do czynienia z przypadkiem tak ciężkim, jak jego własny: uspokoił się,że lekki kaszel, który ostatnio go męczył, nie jest początkiem gruźlicy, zapisał sobie kalomel, bo czuł, że ostatnia ponurość Foljambe pochodziła z wątroby i chciał ją nakłonić w przyjęcia leku. Potem całkowicie zatonął w rozdziale o macierzyństwie. Pewna kobieta, jak przeczytał, często miała w głowie błędne myśli: czasami myślała, że będzie miała dziecko, ale odmawiała pójścia do lekarza z obawy, że powie jej, że tak nie jest. Następnie, słysząc kroki Luci na schodach, pośpiesznie próbował odłożyć książkę na stół, ale wyślizgnęła mu się z ręki i leżała otwarta na dywanie, a nie było czasu, żeby ją podnieść, zanim weszła Lucia. Nie powiedziała ani słowa, tylko opadła na krzesło, zamykając oczy.
- Moja droga, nie jesteś chyba chora, prawda? - zapytał Juruś.
Lucia nie otworzyła oczu.
- Która godzina? - spytała głucho.
- Dochodzi jedenasta. Dobrze się czujesz, prawda?
Lucia rozłożyła ramiona, jakby pokazując jakiś wielki przedmiot.
- Molto bene. Przekonałam maklera do swojej opinii. Wróćmy do biednej Elizabeth. Jak mówiłam, musicie być dla niej bardzo mili. Jestem przekonana, że czeka ją straszna degradacja. Musimy jej pomóc przez to przejść. I jej straty finansowe: jestem nimi bardzo zmartwiona. Ale czego można się było spodziewać po kobiecie, która bez zielonego pojęcia i mechanizmach rynkowych rzuca się na łeb na szyję w kopalnie złota, o których nic nie wie, a myśli, że wie więcej niż inni? Sama prosiła się o kłopoty. Ale sporządziłam plan, Jurusiu, który – jak sądzę – wydobędzie ją z czarnej dziury, w którą spadła. Ten jej dom, Mallards. Całkiem niezły dom. Zamierzam zaproponować, że ją od niego uwolnię i odkupię jej prawo własności.
- Myślę, że ona chce tylko wynająć go umeblowany, na rok, jeśli zdoła – powiedział Juruś. – Jeśli nie zdoła, zamknie go.
- No cóż, posłuchaj.
Lucia odhaczała punkty palcami jednej ręki na palcach drugiej.
- Uno. Naturalnie nie mogę wynająć go od niej w takim stanie, jakim jest, wyścielony sfatygowanymi tygrysimi skórami, z wannami do kąpania bioder zamiast krzeseł, polinezyjskimi fartuchami na ścianach i fortepianem jej babci. Niemożliwe.
- I owszem – odrzekł Juruś.
- Due. Dom aż woła o gruntowny remont, od piwnic po dach. Próchno, jak podejrzewam. Myszy i spleśniałe tapety i brudna farba na ścianach, to wiem na pewno. I rury trzeba wymienić. Nie sądzę, żeby od wieków ktoś tam zaglądał. Nawet nie będę się fatygować prośbą, żeby zrobiła z tym porządek.
- Jak dotąd, to hojna oferta – powiedział Juruś.
- I taka właśnie miała być. Tre. Przejmę od niej prawo własności Mallards, a jej przekażę prawo własności Grebe i czek na dwa tysiące funtów, bo rozumiem, że tyle właśnie utopiła w swoich bezmyślnych spekulacjach. Jeśli się zgodzi, wprowadzi się do domu w idealnym stanie, a mnie zostawi z takim, którego przystosowanie do mieszkania będzie kosztowało małą fortunę. Ale uważam, że powinnam tak postąpić, Jurusiu. Prawo dobroci. Che pensate? (* co o tym myślisz?)
Juruś wiedział, że zdobycie Mallards dla siebie było od dawna marzeniem życia Lucia, ale transakcja przedstawiona w takim świetle miała wszelkie znamiona bezinteresownej filantropii. Najwyraźniej była o tym przekonana, bo tak była poruszona recitalem własnej bezinteresowności że ptasią ostrość jej oczy przesłoniła mgła wzruszenia.
- Jesteśmy na tej ziemi by pomagać sobie nawzajem, Jurusiu – kontynuowała – a ja uważam za palec Opatrzności, że w tym ciężkim dla niej czasie mogę podać Elizabeth pomocną dłoń. Przed nią kolejne trudne chwile, gdy tylko zda sobie sprawę, jak oszukała innych i – jak podejrzewam – samą siebie, a tak będzie jej łatwiej, gdy przestanie martwić się o pieniądze i perspektywę życia w jednej z tych żałosnych chałupek. Irene zalała się łzami gdy powiedziałam jej, co zamierzam. Jest taka uczuciowa.
Juruś nie płakał, bo ten opatrznościowy przywilej pomagania ludziom nawet za tak wielkie pieniądze, miał dać Luci to, czego całym sercem pragnęła. Ta myśl wysuszyła wszelkie strumienie łez już u samego źródła.
- No cóż, uważam, że powinna ci być bardzo wdzięczna – powiedział.
- Nie Jurusiu, tego nie oczekuję; Elizabeth może nie docenić dobroczynności moich intencji, a ja jestem ostatnią, która wypunktowałaby je dla niej . Przejdźmy się teraz do miasta. Do tej pory będzie już pewnie wiadomo, co doktor Dobbie rozbił w Mallards, a ja zamykam biuro do czasu przybycia wieczornej poczty. … Jak myślisz, przyjmie ofertę?
Nim dotarli na High Street było już po zakupach, ale Diva gwałtownie pomachała do nich zza szyby i otwarła okno.
- Wszystko się wydało o doktorze Dobbie – zawołała. – Kucharka poparzyła sobie dłoń, to wszystko. Widziałam ją dopiero co. Gaza i nasączony oliwą jedwab.
- Och, biedna! – powiedziała Lucia. – I co, nie mówiłam, Jurusiu?
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 10 Paź, 2025 21:22
Lucia jest pirewszorzędna
Trzykrotka - Sob 11 Paź, 2025 20:42
Ale Elizabeth jest innego zdania. Przyjmie ofertę? Nie przyjmie?
Lucia wysłała swoją filantropijną propozycję do Elizabeth tego samego dnia. W rezultacie następnego ranka w Mallards rozmowa przy śniadaniu była bardzo burzliwa.
- Jakie to do niej podobne – krzyczała Elizabeth, gdy odczytywała Benjy’emu list z kąśliwymi wtrętami. – To po prostu cała ona. Ale ja już teraz znam bardzo dobrze ją i jej podłość. Zawsze chciała mojego domu a teraz chce wykorzystać moje nieszczęście, by go zagarnąć. Ale nie dostanie go. Nigdy! Prędzej spalę go własnymi rękoma.
Elizabeth zgniotła w dłoniach list i cisnęła go za kratę kominka. Potem wgryzła się w kawałek tosta i kontynuowała.
- Jest tu intruzem – powiedziała – i to pozbawionym skrupułów. Jestem bardziej niż kiedykolwiek przekonana, że to ona podsunęła Irene ten oszczerczy pomysł z dzwonkami obiadowymi.
Bejny był tego ranka w bardzo ponurym nastroju.
- W ogóle nie widzę związku – powiedział.
Elizabeth nie zawracała sobie głowy wyjaśnianiem czegoś tak oczywistego i ciągnęła:
- Wybaczyłam jej w imię pokoju i spokoju i dlatego, że jestem chrześcijanką, ale tego już za wiele. Grebe, myślałby kto! Grabież, to byłaby dobra nazwa dla każdego domu, w którym ona mieszka. Przeklęta willa, którą w każdej chwili może zabrać powódź, a samo wyciągnęło swoje wnioski. „Ten okropny plotkarski zwyczaj” powiedziała do siebie, „jeśli nie ma żadnych nowin, trzeba je wymyślić. Wiem, że później to mnie będą obwiniać za rozczarowanie.” (Wyjrzała znów przez okno: samochód Susan się wydostał i jechał na High Stret, więc i tu nastąpiło rozczarowanie). „Muszę wymyślić coś, co odwróci ich uwagę, gdy przyjdzie pora.”
Strumień jej świadomości, zataczający kółka w depresyjnej odnodze, nagle znalazł sobie ujście w głównym nurcie; sięgnęła znów po nadpalony list Luci. Oferta była bardzo atrakcyjna; ślinka jej ciekła na samą myśl o dwóch tysiącach funtów i choć wyraziła Benjy’emu w zdecydowanych słowach swą niepodważalną decyzję odrzucenia tak bezczelnej i pozbawionej skrupułów oferty, lub chęć - w geście pogardy – nie odpowiadania na nią w ogóle, to nic nie stało na przeszkodzie, by przyjęła ją od razu, jeśli tak zechce. Kobieta w jej stanie miała prawdo do raptownej i nagłej zmiany zdania (Nie, nie w tę stronę, bo nie była kobietą w jej stanie). I z pewnością byłą to bardzo dobra okazja, by odwrócić uwagę Tilling. Osiedlenie się Luci w Mallards i przeprowadzka jej samej do Grebe zainteresowałaby w najwyższym stopniu zbiorowy umysł Tilling, co dałoby jej okazję porzucenia roli przyszłej matki. Po prostu odpuściłaby, poszła na zakupy ze zwykłą żwawością, zwęziła znów zieloną spódnicę i sama nosiła powiększoną włóczkową czapeczkę. Nie musi składać wyjaśnień, bo nie powiedziała nic, co by ich teraz wymagało: Tilling jak zwykle plotkowało samo z siebie.
Zwróciła myśl ku warunkom oferty Luci. Płomień wściekłości rozniecony z całą słusznością przez samą myśl o Luci obejmującej Mallards w posiadanie już wygasł, a myśl o tej ładnej sumce wzbudziła ciepłe światło wśród popiołów. Jak Benjy był powiedział, żaden lokator na pół roku lub rok nie wziąłby domu tak gwałtownie domagającego się renowacji i jeśli Lucia miała rację przypuszczając, ze ta przeklęta dziura w ziemi gdzieś w Afryce Zachodniej nie wypłaci dywidend przez następne dwa lata, lokator na rok, nawet gdyby miała szczęście takiego znaleźć, pozwoli jej przetrwać zaledwie połowę tego czasu ubóstwa. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie odrzuciłaby tak prostej drogi wyjścia z tarapatów.
Sposób przyjęcia tej niebiańskiej oferty wymagał jednak namysłu. Zapewne najlepiej byłoby potwierdzić jego otrzymanie i poprosić o kilka dni do namysłu. Trochę zwlekania, jakaś wskazówka za pośrednictwem, powiedzmy, Divy, że dwa tysiące funtów nie stanowią wystarczającej różnicy wartości między jej pięknym domem w stylu Królowej Anny, a willą położoną tak niebezpiecznie blisko rzeki, serce pęknięte na myśl o porzuceniu domu rodzinnego mogłyby doprowadzić do zwiększenia płatności w gotówce, co byłoby bardzo miłe. Tak więc napisawszy swoje potwierdzenie, Elizabeth wzięła swój kosz na zakupy i wyruszyła na High Street.
Dziwaczna Irene skończyła już swój parapet i przyglądała się efektowi tej wspaniałej dekoracji z drugiej strony ulicy. W obliczu ujawnienia, które miało nastąpić wkrótce, Elizabeth nagle postanowiła wybaczyć jej ten skandaliczny dzwonek obiadowy, bojąc się, że mogłaby zrobić coś jeszcze bardziej osobliwego: na przykład kołyska z lalką w środku, pozostawiona na progu, byłaby bardzo niepokojąca a Irene była zdolna pomyśleć o czymś takim. Więc rzekła:
- Dzień dobry, kochanie: jaki ładny parapet. Taki jasny.
Mimo że Elizabeth wyszła za mąż, Irene nadal zwracała się do niej zawsze per „Mapp.”
- Nieźle wyszło, Mapp – odrzekła. – Co byś powiedziała, gdybym pomalowała cały twój pokój ogrodowy w tym stylu? Sto funtów z góry i zaczynam jeszcze dziś.
- To byłoby naprawdę bardzo tanio – powiedziała Mapp z zapałem. – Lecz cóż, obawiam się, że moje dni są policzone.
- Ach, faktycznie, oferta Luci. Najbardziej anielska rzecz, o jakiej słyszałam. Wiedziałam, że się na nią rzucisz.
- Nie, skarbie, nie jestem jakoś skłonna do rzucania się – odrzekła Mapp dość niedbale.
- No, nie miałam na myśli, że dosłownie – odparła Irene. – Byłoby to raczej nierozsądne z twojej strony. Ale czy to nie cała ona, tak szlachetna, tak hojna? Popłakałam się, gdy mi powiedziała.
- Ja też będę płakać gdy przyjdzie mi opuścić mój słodki Mallards – zauważyła Elizabeth. – Przyjęłam ofertę, to wszystko.
- No to jesteś starą, rozlazłą krokodylicą, Mapp – odrzekła Irene. Powinnaś uważać się na cholerną szczęściarę, że wydostajesz się z tej twojej tragicznej ruiny na takich warunkach. Podoba ci się moja piżama? Podaruję ci takie samo ubranko, gdy szczęśliwy dzień…
- Muszę lecieć – przerwała Elizabeth. – Mam mnóstwo roboty.
Lekko mentalnie poturbowana, ale z ciepłą myślą o dwóch tysiącach funtów rozgrzewającą ją od środka, Elizabeth skręciła w High Street. Diva, na to wyglądało, skończyła już zakupy i siedziała przy otwartym oknie czytając gazetę. Elizabeth podeszła niezauważona całkiem blisko i nie mogąc się powstrzymać, żartem krzyknęła: Buu!
Diva aż podskoczyła.
- Och, to ty, prawda? – powiedziała.
- Nie, kochanie, ktoś całkiem inny – odpowiedziała Elizabeth nerwowym tonem. – Jestem od rana w takim pomieszaniu. Nie wiem dosłownie co robić.
- Benjy uciekł z Lucią? – spytała Diva. Jak żartować to na całego.
Elizabeth skrzywiła się.
- Divo, moja droga, żarty z pewnych tematów tylko sprawiają mi przykrość – powiedziała. Tiens! Je vous pardonne.
- Co cię więc tak wzburzyło? – spytała Diva. Wejdź na pogawędkę jeśli masz ochotę, tiens. Nie będę na ulicy gadać kiepską francuzczyzną.
Elizabeth weszła, odmówiła niskiego i wygodnego krzesła i wybrała wysokie.
- Taka bolesna decyzja do podjęcia – powiedziała – a to, że nadchodzi teraz, jest wprost nie do zniesienia. Dostałam dziś rano un petit lettreod Luci, w którym proponuje mi przejęcie własności Grebe i dwa tysiące funtów w zamian za akt własności Mallards.
- Wiedziałam, że zamierza złożyć ci jakąś ofertę – powiedziała Diva – To cudownie dla ciebie. Nad czym się zastanawiasz? Poza tym przecież sama chciałaś wynająć dom na rok, jeśli się uda.
- No tak, ale ta myśl, że nigdy do niego nie wrócisz… Mon vieux,tak przywiązany do pokoju ogrodowego, w którym się zaręczyliśmy. Wyprowadzka bez powrotu. I pomyśl sama o różnicy między moim pięknym domem w stylu królowej Anny, a tą willą przy bocznej drodze, która prowadzi donikąd. Groźba powodzi. Odległość.
- Ale Lucia o tym pomyślała – rzekła Diva – i wyceniła te wszystkie różnice na dwa tysiące funtów. Ja uznałabym, że tysiąc wystarczy.
- Są takie rzeczy, jak atmosfera, których nie da się przedstawić w wymiarze finansowym – powiedziała Elizabeth z uczuciem. – Wszystkie te wspomnienia. Tante Caroline.
- Nie poznałam twojej ciotki Caroline, więc nie wiem, jak wycenić jej atmosferę – powiedziała Diva.
- Chodząca świętość – powiedziała ciepło Elizabeth – A Mallards było moim drugim domem na długo, nim stało się moje (to było kłamstwo). Może to głupie z mojej strony, ale myśl o opuszczeniu go jest dla mnie jak agonia. Lucia aż się rwie, żeby dorwać dom, on m’a dit.
- To na pewno, skoro oferuje ci taką kwotę – powiedziała Diva.
- Divo droga, zawsze byłyśmy dobrymi przyjaciółkami –powiedziała Elizabeth – a ja rzadko, n'est ce pas, proszę cię o przysługę. Ale teraz proszę. Czy myślisz, że mogłabyś jej napomknąć, tak mimochodem, że nie sądzę, żebym miała serce opuścić Mallards? Tylko tyle: mała aluzja do dwóch tysięcy funtów.
Diva rozważyła to.
- Cóż, ja też poproszę się o przysługę, Elizabeth – powiedziała – a mianowicie żebyś porzuciła ten głupi nawyk wtrącania prostych francuskich zdań w naszą rozmowę. To takie mylące. Poza tym wszyscy wiedzą, że małpujesz Lucię. Niedorzeczne. Czarno na białym. Jeśli się zgodzisz, spełnię twoją prośbę. Idę do niej dziś na podwieczorek.
- Dziękuję skarbie. Dogadałyśmy się, spróbuję się przełamać: z pewnością nie chcę nikogo mylić. Teraz muszę wracać na zakupy. Miła Susan zabiera mnie na przejażdżkę po południu, a potem cichy wieczór z moim Benjy-boyem.
- Tres agréable – powiedziała Diva bezlitośnie. – Nie słyszysz, jak głupio to brzmi? Od dawna już chciałam ci to powiedzieć.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Nie 12 Paź, 2025 16:58
Ooooj, ale Diva przygwoździła drogą Elżbietę ale co z wieściami bociankowymi? kolejna mistyfikacja? i jak się teraz wycofać ? nie da się z dnia na dzień nie być w ciąży
Trzykrotka - Nie 12 Paź, 2025 21:42
Całe szczęście że Diva skończyła z tą nieszczęsną manierą Elizabeth a la Lucia.
Jako, że o ciąży prawie nikt nie mówi tam wprost, to i Elizabeth się z tego tą metodą wyślizga....
Lucia była w swym biurze, gdy Diva przyszła na herbatkę, a więc nie wolno jej było przeszkadzać. Jako, że ucięła tam sobie drzemkę, jej goście, Juruś i Diva, musieli czekać, aż się łaskawie obudzi. A potem, sprawdziwszy która godzina, wyszła stamtąd w wielkim pośpiechu, z wiecznym piórem za uchem. Diva spełniła swoją misję z wielkim taktem i naturalnością, ale Lucia wydawała się wwiercać w środek jej głowy swoim świdrującym okiem. Przejrzawszy ją na wylot, spojrzała w rozmarzeniu na widok za oknem.
- Ojej, jak brzmi to slangowe słowo, którego tak często używają w City?- powiedziała. – A tak. Blef. Jeśli spotkasz gdzieś Elizabeth, Divo, czy mogłabyś jej napomknąć, że mówiłam ci, że moja oferta nie jest otwarta na czas nieokreślony? Spodziewam się, że odezwie się do mnie jutro rano. Jeśli do tego czasu nic od niej nie usłyszę, wycofuję ją.
- I to właśnie trzeba jej zaserwować - powiedział Juruś z uznaniem. – Kiedy się dowie, odezwie się natychmiast.
Jednak godziny następnego dnia mijały, a z Mallards nie nadchodziła żadna wiadomość. Poranna poczta przyniosła list od Mammoncasha, który nalegał na szybkie decyzje, ale Lucia czuła smutny brak koncentracji i nie była w stanie decyzji, gdy ta inna sprawa pozostawała nie rozstrzygnięta. Gdy popołudnie przeszło w zmierzch i nadal nie było odpowiedzi, zrobiła się bardzo niespokojna, a gdy na dodatek popołudniowa poczta nie przyniosła żadnych zmian, jej niepokój przerodził się w czystą dekoncentrację. Zadzwoniła do agentów nieruchomości by spytać, czy pani Mapp-Flint otrzymała jakąś propozycję wynajmu Mallards na pół roku lub rok, ale Messers, Woolgar i Pipstow z wielkim żalem odmówili wyjawiania informacji dotyczących innego klienta. Zadzwoniła do Jurusia, by sprawdzić, czy on coś wie i dostała złowieszczą odpowiedź, że kiedy przed chwilą wracał do domu, widział jakiegoś obcego mężczyznę, który wchodził do Mallards: w całym tym napięciu Lucia była przekonana, że ktoś przyszedł obejrzeć dom. Zadzwoniła do Divy, która należycie i swobodnie przekazała jej wiadomość Elizabeth w porze zakupów. Popołudnie było okropne i Lucia poczuła, że wszystkie pieniądze, które zarobiła to marność jeśli nie może kupić za nie upragnionej posiadłości. W końcu po podwieczorku, którego nawet nie tknęła, napisała do Elizabeth, zamieniając funty na gwinee i dała liścik Cadmanowi, by dostarczył go osobiście i poczekał na odpowiedź.
A tymczasem już od lunchu Elizabeth siedziała w oknie pokoju ogrodowego, przerabiając białą włóczkową czapeczkę na dorosły rozmiar i rzucając co rusz spojrzenia w dół ulicy w oczekiwaniu na list z Grebe oznajmiający, że Lucia (przerażona wiadomością, że jej serce pęka na myśl o opuszczeniu Mallards), chętnie dorzuci dodatkowych pięćset funtów czy jakąś taką kwotę, na wsparcie tego osłabłego organu. Ale żaden list nie nadszedł i teraz przyszła kolej Elizabeth na przerażenie, że oferta Luci zostanie wycofana. Jak tylko Benjy powróciwszy z pola golfowego przełknął małą (nie tę wielką) filiżankę herbaty, wysłała go do Grebe z listem, którym przyjmowała pierwszą ofertę Luci i zobowiązywała go do przyniesienia odpowiedzi.
Zrobiło się już ciemno i Cadman wchodząc przez Landgate do miasta napotkał majora Benjy idącego szybko w stronę Grebe. Tak więc listy, które nieśli, zostały dostarczone niemal równocześnie i Elizabeth na piśmie zaakceptowała dwa tysiące funtów, a Lucia na piśmie nazwała je gwineami (*gwinea ma nieco większą wartość niż funt)
Rozdział szósty
Przerażającą różnicę w wysokości premii wyrównała Lucia proponując – aż nadto hojnie, jak uznała sama i bardziej niż podle, jak uznała druga strona - podzielenie jej na pół i gdy to ustalono, natychmiast zaczął się ruch w dwie strony. Aby jak najszybciej dobrać się do Mallards, Lucia w dwa dni opuściła Grebe, nie zapominając zabrać ze sobą kauczukowego, podścielonego filcem linoleum z przejścia do biura, bo nie było wątpliwości, że w Mallards powstanie nowa Świątynia Ciszy i oddała swe meble do magazynu do czasu, aż nowy dom będzie gotowy na ich przyjęcie. Skoro Grebe zostało opuszczone, natychmiast furgonetki wywiozły z Mallards tygrysie skóry i polinezyjskie fartuchy, a do Mallards wkroczył zastęp hydraulików, malarzy, sprzątaczy i dekoratorów. Sprawdzono rury, wymieniono spoiny między cegłami, zeskrobano podłogi i pobielono sufity i przez kolejne dwa tygodnie mieszkańcy Tilling mieli ogromne trudności z przeprowadzeniem jakichkolwiek napraw, ponieważ prawie każdy robotnik był zajęty pracami w Mallards. W czasie tych gorączkowych tygodni Lucia mieszkała u Jurusia w Mallards Cottage i nawet on nie podejrzewał, jak końskie siły ciała i umysłu była w stanie rozwinąć, gdy się naprawdę przyłożyła. Zjadała śniadanie nim pierwszy z jej fachowców zdążył się pojawić o poranku i była gotowa do rządzenia i dyrygowania nimi i odwoływania wszystkich poleceń, jakie wydała dzień wcześniej, aż wszyscy kręcili się jak w ukropie, a potem wracała do domku by czytać listy, które nadeszły pierwszą pocztą i przejrzeć poranne gazety by wiedzieć, co się dzieje na świecie. Potem Mammoncash dostawał zlecenia jeśli wcześniej sugerował jakąś zmianę w funduszach, a Lucia wracała do wybierania tapet, albo schodziła w dół do wielkich piwnic, które rozciągały się pod całym budynkiem. Od lat ich nie używano, bo kredens w spiżarni wystarczał by pomieścić takie napoje alkoholowe jakie ciocia Caroline i jej siostrzenica zechciały mieć w domu, więc regały tam się rozpadały, łaty odpadały od ścian, a śmieci pozostawiono, aż podłoga pokryła się wysoką na stopę lub więcej ich udeptaną warstwą. Lucia zdecydowała, że wszystko to musi zostać usunięte, a podłoga odsłonięta, bo wymagały tego zarówno jej żywa niechęć do mieszkania nad stertą śmieci, jak i pragnienie przywrócenia Mallards do stanu pierwotnego. Dwóch robotników uzbrojonych w kilofy wynosiło kosze śmieci przez kuchnię, w której rozkojarzony tym instalator zakładał nowy bojler. W tej piwnicy były szczury i Diva bardzo uprzejmie wypożyczyła Paddy’ego żeby się z nimi rozprawił, a Paddy równie uprzejmie ugryzł instalatora, bo pomylił go ze szczurem. W końcu osiągnięto poziom podłogi, a Lucia, badając ją ostrożnie przy pomocy latarki elektrycznej odkryła, że są tam linie ceglanego muru biegnące pod kątem do reszty podłogi. Od kiedy je zobaczyła, uznała, że mają wygląd bardzo rzymski i w cichości serca zaczęła podejrzewać, że musiała tu kiedyś stać rzymska willa. Nie było teraz czasu tym się zajmować: trzeba było to odłożyć na później, ale posłała do Biblioteki Londyńskiej po kilka standardowych książek o pozostałościach rzymskich w południowej Anglii i podczas lunchu przeczytała artykuł o hypocaustum (*rzymski system ogrzewania podłogowego) za pomocą rur z gorącą wodą) z jurusiowej encyklopedii.
Po takich siedzących porankach Lucia ubrana w kombinezon roboczy Irene kopała przez godzinę czy dwie w ogrodzie. Jej ogrodnik słabo protestował, że wiosna nie jest najwłaściwszą porą do nawożenia gleby, ale skoro Lucia uważała, że wymaga ona natychmiastowego wzbogacenia, to je otrzymywała. Był tam spory zagon ziemniaków, ewidentnie ostatnio splądrowany, bo pozostało tylko kilka smętnych badyli, a wniosek, że Elizabeth nim się wyprowadziła, wykopała wszystkie ziemniaki i zabrała je do Grebe nasuwał się sam. Szklarnia również została dziwne ogołocona; rośliny zapewne również trafiły do Grebe. Ale widok drzew brzoskwiniowych był tak piękny, że Lucia rozkazała posadzić ich pół tuzina. Jej podręcznik ogrodnictwa zalecał, aby w szklarni dla brzoskwiń trzymać kilka trzmieli do zapylania kwiatów; po długich poszukiwaniach ogrodnik sprytnie złapał jednego do czapki. Przy akompaniamencie wściekłego buczenia został on przeniesiony do szklarni z brzoskwiniami i natychmiast wyleciał przez rozbitą szybkę w dachu.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 14 Paź, 2025 13:51
No piękne to wszystko jest naprawdę chciałabym to wszystko widzieć na żywo
Pewnie droga Elżbieta wszystkim wyjaśni, że mieli omamy, że Benjy odnosi się do niej z jakąś szczególną atencją (przecież zawsze się tak odnosi), a poszerzoną spódnicę zwali na to, że źle patrzyli i na ciepłą bieliznę
Trzykrotka - Wto 14 Paź, 2025 19:52
| Tamara napisał/a: |
Pewnie droga Elżbieta wszystkim wyjaśni, że mieli omamy, że Benjy odnosi się do niej z jakąś szczególną atencją (przecież zawsze się tak odnosi), a poszerzoną spódnicę zwali na to, że źle patrzyli i na ciepłą bieliznę |
Byłoby nieźle! W sumie... pan Benson do końca nie wyjaśnia, czy Elżbieta miała urojenia, czy wymyśliła swój "stan" by pobudzić zainteresowanie sobą - co zawsze uważała za domenę Luci.
Lucia ma już Mallards - i ledwie kładzie na nim rękę i sprzęt remontowy, już obsesyjnie zaczyna drążyć temat rzymski w swym nowym ogrodzie Swoją drogą - te wykopane w ostatniej chwili ziemniaki....
Lucia znów zaczęła pracę od orzeźwiającej filiżanki herbaty i pomogła opalić odbarwioną farbę z balustrady i poręczy schodów, które bez wątpienia były dębowe i pracowała przy tym tak długo, aż słońce zaszło, a robotnicy poszli. Przebierając się do kolacji zauważyła, że parterowe pokoje w Mallards z oknami na ulicę były rzęsiście oświetlone jak na przyjęcie i zorientowała się, że to ona nie wyłączyła światła, więc narzuciła płaszcz na suknię wieczorową i poszła je wyłączyć. Nadeszła ciężka paczka książek z Biblioteki Londyńskiej, a ona obiecała sobie historyczną ucztę w łóżku dziś wieczorem. Dokończyła toaletę i zbiegła na dół na kolację, bo Juruś nie znosił gdy kazano mu czekać na jedzenie. Lucia niewiele mówiła przez cały dzień i teraz, zupełnie jakby pękła jakaś tama w zbiorniku wodnym, zalała ich fala słów.
- Georgino, co za ciekawy dzień – powiedziała – ale nie mogę nadziwić si wandalizmowi poprzednich właścicieli. Farba kryjąca na tych pięknych dębowych poręczach i jestem przekonana, że odkryłam pozostałości rzymskiej willi. Przypuszczam, że ciągną się w stronę pokoju ogrodowego. Mogła to być i świątynia. Mój drogi, jaka pyszna ryba! Czy wiesz, że w czasach Elżbiety – nie tej – dwór zaopatrywano w ryby wyłącznie za pośrednictwem Tilling? Konwój mułów wyruszał do Londynu trzy razy tygodniowo… Jeszcze kilka dni i, jak mam nadzieję, Mallards będzie gotowe na moje meble, a ty przez cały dzień będziesz musiał być na moje zawołanie. Twój gust jest niezrównany: będę potrzebowała twojej zgody na wszystkie moje dyspozycje. Jak myślisz, urządzić biuro w pokoju ogrodowym? Ale jak wiesz, nie mogę egzystować bez pokoju muzycznego, więc może lepiej ba biuro zaanektuję ten pokoik wielkości szafy przy holu. Potrzebuję tam tylko telefonu i moich ksiąg rachunkowych, ale muszę wstawić podwójne okna, bo wychodzą na ulicę. Wtedy moje książki będę mieć w pokoju ogrodowym: greccy dramatopisarze, nad nimi będę głównie pracować w tym roku. Mój drogi, jak pysznie byłoby urządzić w ogrodzie żywe obrazy z greckich tragedii! Powrót Agamemnona z Kasandrą po wojnach trojańskich. Ty oczywiście musisz być Agamemnonem. Czy mogłabym zagrać role i Kasandry i Klitemnestry? Albo sceny z Arystofanesa. Zaczęłam Thesmophoriazusae (*Sejm kobiet") kilka tygodni temu, o buncie ateńskich kobiet przeciw samotniczemu i zmarnowanemu życiu. Zabarykadowały się na Akropolu, dokładnie tak jak Pankhurstowie i sufrażystki zamknęły się na kłódki na barierkach Izby Gmin i ambonie w Opactwie Westminsterskim. Zawsze twierdziłem, że Arystofanes jest najnowocześniejszym z pisarzy, coś jak Bernard Shaw, ale z dużo większą dozą dowcipu, większą solą attycką. Gdybym mogła wybrać dzień w całej historii świata, który chciałbym przeżyć, byłby to dzień złotego wieku Aten. Rozmowa z Sokratesem rano; lunch z Peryklesem i Aspazją: popołudniowy seans w teatrze z nową sztuką Arystofanesa; kolacja jak w Uczcie Platona. Jak to rozpala krew!
Juruś jadł czekoladę z karmelem i nie mógł odpowiedzieć, bo jego górna szczęka była ciasno sklejona z dolną – to wymagało ostrożności. Mógł tylko potakiwać, ruszać szczęką, a Lucię jak Kasandrę, tylko o wiele weselszą, wypełnił duch proroczy.
- Zamierzam uczynić z Mallards ośrodek nowego artystycznego i intelektualnego życia w Tilling – powiedziała – podobnie jak Domek przy Zagajniku, jeśli mogę tak powiedzieć nie chwaląc się, w naszym kochanym, małym, spokojnym Riseholme. Wiem, że mój dzień w Attyce nie może się ziścić, ale jeśli, jak podejrzewam, pozostałości rzymskiej świątyni lub willi rozciągają się pod ogrodem kuchennym, to znów poczujemy powiew epoki klasycznej. Odsłonię to miejsce, nawet jeśli będzie to oznaczało likwidację grządki ze szparagami. Na pewno znajdę tam chodnik albo dwa z mozaiki. Jesteśmy tak blisko Londynu, że od czasu do czasu sprowadzę kwartet smyczkowy albo jakiegoś prelegenta z wykładem o archeologii, jeśli mam rację co do mojej rzymskiej willi. Staję się dość bogata, Jurusiu, nie mam nic przeciwko podzieleniu się z tobą tą wieścią – i zamierzam wydać większość moich zysków na oświecenie i dobrobyt Tilling. Nie uważam kwoty wydanej na zakup Mallards za egoistyczny wydatek. To raczej inwestycja: muszę mieć dom w centrum z czymś jak pokój ogrodowy, gdzie będę mogła zwoływać spotkania i sympozja i tak dalej, oraz ogród do odpoczynku, regeneracji i medytacji. Non e bella vista? (*Czy to nie piękna wizja?)
Juruś pozbył się wreszcie ostatnich lepkich nitek karmelu za pomocą łyka gorącej kawy, która je zmiękczyła.
- Moja droga, ależ masz wielkie plany – powiedział. – Ja zawsze… - ale potok słów wzbierał.
- Caro, ty wiesz, że nigdy nie zabiegałam o drobne interesy i marne sukcesy. Szerokie pociągnięcia pędzla, wielka skala! To naprawdę będzie wielka zmiana w historii Mallards – chyba nazwę go Mallards House – jeśli będzie działo się tam coś więcej niż odwieczne podglądanie z okna pokoju ogrodowego, czy ktoś idzie do dentysty. I zamierzam brać udział w pracach Civic, samorządu miejskiego: to również jest po prostu moim obowiązkiem. Jestem pewna, że bardzo nietrafione wystąpienie drogiej Irene podczas wyborów do rady pozbawiło mnie setek głosów, choć intencje miała dobre. To było hałaśliwe, nie miało nic wspólnego z wzniosłymi ideami, które miałam nadzieję reprezentować. Tak, jestem przyjaciółką ubogich, ale publiczna pantomima nie miała prawa przekonać do tego wyborców. Powinnam być też przyjaciółką bogatych. Ci mili Wyse’owie na przykład, ich horyzonty intelektualne są okropnie ciasne, a droga Diva nie ma w ogóle żadnych horyzontów. Wydaje mi się, że widzę generalny wzrost, Jurusiu, intelektualną i artystyczną ciekawość, od jakich zaczynają się wszelkie renesanse. Biedna Elizabeth! Oczywiście nie mam w tej chwil żadnego programu, jeszcze nie czas na to. To tylko zarys moich planów. A teraz przez godzinę oddajmy się muzyce.
- Musisz być wykończona – powiedział Juruś.
- Nigdy nie byłam bardziej wypoczęta. Wstydziłabym się za samą siebie, gdybym była zmęczona. Byłam zmęczona, pamiętam, w ostatnim dniu naszej kampanii wyborczej i do dziś mi z tym źle. Jak to miło móc znów spędzać spokojne, miłe wieczory z tobą. Kiedy zdecydowałeś się zapuścić brodę po połpaścu i wróciłeś do własnego domu, czasami czułam się samotna wieczorami. A teraz zagrajmy coś, co będzie prawdziwym wyzwaniem.
Palce Luci nieco zesztywniały od braku ćwiczenia, więc poświęciła kilka minut na granie szybkich gam i wprawek. Następnie przez godzinę grali duety, a ona przejrzała jeszcze próbki perkalu.
Tej nocy Jurusia wyrwał ze snu odgłos czegoś ciężkiego spadającego na podłogę w sypialni obok. Lucia, jak dowiedział się od niej następnego ranka, zapadła w sen czytając w łóżku jeden z tych opasłych tomów z Biblioteki Londyńskiej o rzymskich pozostałościach w południowej Anglii i księga gruchnęła na podłogę.
Dzięki nadzwyczajnemu i naglącemu bodźcowi, jakim była stała obecność Luci, która żadnemu z jej robotników nie pozwoliła na chwilę obijania się przez cały dzień, dom w niewiarygodnie krótkim czasie był gotowy na przyjazd jej mebli, a Cadmanowie osiedlili się w nowym domku przy garażu, tak więc podróże Foljambe między jej domem, a domem Jurusia zostały znacznie skrócone. Nastąpiła krótka przerwa, podczas której płonęły ognie w kominkach a rury centralnego ogrzewania dudniły w każdym pokoju Mallards, by osuszyć świeżą farbę i tapety. Lucię irytowała ta bezczynność, bo nie miała teraz do roboty nic poza noszeniem wiader z węglem i rozniecaniem ognia, ale niedługo potem nastąpił drugi okres gorączkowej aktywności. Furgonetki z jej meblami odebranymi z magazynu zameldowały się pod drzwiami, a Juruś był stale na służbie, by Lucia mogła konsultować się z jego wykwintnym gustem i meblować zgodnie ze swoim.
- Tak, to biurko wyglądałoby uroczo w małym saloniku na gorze – mówiła. - Uroczo! Ależ ty masz oko! Ale ja jakoś widzę je w pokoju ogrodowym. Muszę najpierw spróbować ustawić je tam.
Tak naprawdę Lucia niemal wszystko widziała w pokoju ogrodowym, póki rzeczowy majster nie powiedział jej, że nie pomieści on już niczego więcej, chyba że ona chce tam mieć składzik na rupiecie, bo jeśli tak, to można upchnąć tam jeszcze ze dwa stoły. Pospieszyła tam i odkryła, że do pokoju trudno jest w ogóle się dostać, a jeszcze miał tam być wniesiony fortepian. Tak więc rozpoczął się odwrót różnych przedmiotów, rozparcelowywanych po innych pokojach, które w innym wypadku stałyby puste. Kilka kolejnych opóźnień wywołały pudełka z bielizną zaniesione do pokoju ogrodowego, bo była pewna, że są w nich książki, a pudła z książkami powędrowały do piwnicy, była równie pewna, że jest w nich wino. Ale w połowie kwietnia wszystko było gotowe na lunch wydany z okazji otwarcia domu. Zaproszono całe Tilling prócz dziwacznej Irene, która znów miała małą sprzeczkę z Elizabeth, a Lucia uznała, że mimo ich bliskości okazja była zbyt uroczysta by narażać ją na ryzyko, tym bardziej, że i bez tego pozostawało wiele niebezpiecznych stref.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 16 Paź, 2025 12:40
No jak bum cyk cyk, że pierwowzorem Hiacynty były opowieści o Luci i Mapp
https://www.instagram.com...DZzM3J1M2RzZA==
Tamara - Czw 16 Paź, 2025 13:18
Nadchodzi moda na ępir w Tilling ? juz sobie wyobrażam te żywe obrazy w greckich strojach
Trzykrotka - Czw 16 Paź, 2025 23:02
O tak, masz rację! Hiacynta była taką trochę bieda-Lucią.
Matko kochana, nie mogę przestać się śmiać na myśl o majorze Benjym w todze i Divie w tunice
Uwaga, Elizabeth a z nią reszta będą zwiedzać Mallards po remoncie. Odziewa się nadzwyczajnie
Elizabeth w pierwszej chwili miała ochotę odrzucić zaproszenie: to będzie prawdziwa tragedia, oglądanie domu jej przodków w rękach obcego, ale szybko uznała, że jeszcze większą tragedią będzie niemożność gorzkiego komentowania wulgarności, ostentacji i ogólnego dyskomfortu czy wszystkiego, czego Lucia na pewno dopuściła się w jego uświęconych ścianach - i zmusiła się do przyjęcia zaproszenia. Musiała zmusić się do jeszcze czegoś innego, czego nie było sensu dłużej odkładać. Objawienie musiało nastąpić i jak w przypadku brody Jurusia, lepiej żeby wszyscy dowiedzieli się naraz. Miejmy to już za sobą.
Na tę okazję Elizabeth przygotowała sobie bardzo efektowny strój. Jedna z tygrysich skór Benjy’ego była już zbyt sfatygowana by warto było zszywać jej rozdarcia i maskować łyse placki wywołane deptaniem po niej, ale jej części nadal były w dobrym stanie, a ona wycięła z niej kilka pasów, które – jak miała nadzieję – były jeszcze solidne i którymi obszyła skraj zielonej spódnicy, która wywołała taką ekscytację w Tilling, oraz kołnierz płaszcza, który do niej pasował. Na głowę włożyła białą wełnianą szydełkową czapkę, świeżo skończoną i ozdobioną pękiem sztucznych dzwonków, dzięki którym podobieństwo do czapki dziecka cierpiącego na wodogłowie było mniej zauważalne.
Elizabeth wciągnęła ze świstem powietrze krzywiąc się pod uderzeniem mentalnym nożem, gdy zobaczyła kochane stare, obskurne panele w holu niegdyś ozdobione akwarelami jej własnego autorstwa, lśniące teraz jaskrawo białą farbą i wraz z Benjym poszli za Grosvenor do pokoju ogrodowego. Obszerny kredens w ścianie ukryty za fałszywymi skórzanymi grzbietami książek, takich jak Eleganckie wypisy i Poematy oraz Komentarze, został przekształcony w regał na prawdziwe książki i wypełniła od od sufitu do podłogi lucina kolekcja standardowych i klasycznych dzieł. Z sufitu zwisał szklany żyrandol, tygrysie skóry zostały zastąpione przez perskie dywany, a ściany pomalowano przecieranym błękitem.
Lucia przywitała ich w progu.
- Tak się cieszę, że przyszliście – powiedziała. - Elizabeth, kochana, co za piękne futro! Tygrysie, rzecz jasna,
- Cieszę się, że ci się podoba – odpowiedziała Elizabeth. - I jak to słodko, że nas zaprosiłaś. A więc znowu jestem tutaj, w moim drogim pokoju ogrodowym. Co za zmiany.
Ścisnęła ze współczuciem dłoń Benjy’ego, który mocno musiał odczuwać desakralizację jego pokoju i podeszła do padre i Evie, która po kilku mysich piskach zachwytu, zaczęła mówić bardzo szybko.
- Co za piękny pokój – powiedziała. - Poprzednio nie było tak tego widać, prawda, Kenneth? Jak się masz, Elizabeth? Kawałki skóry tygrysiej majora Benjy’ego, prawda? O, to była kiedyś szafka, w której gromadziłeś zapasy puszkowanego jedzenia na wypadek strajku węglowego, a pewnego dnia drzwi gwałtownie się otworzyły i cała konserwowana wołowina i suszone morele wypadły. Pamiętam, jakby to było wczoraj.
Lucia pospieszyła, żeby przerwać te krępujące wspomnienia.
- Kochana Elizabeth, proszę, nie stój – powiedziała. - Tam jest krzesło przy oknie, za zasłoną, tam gdzie zwykle siadywałaś.
- Dziękuję, kochana – rzekła Elizabeth, obracając się wolno i chłonąc cały horror tej scenerii. - Chciałabym się tylko rozejrzeć. Jak czysto, jak świeżo.
Do pokoju wtoczyła się Diva. Tygrysie przybrania stroju Elizabeth od razu przyciągnęły jej oko, ale że kiedyś wcześniej Elizabeth nie zauważyła, że Diva obcięła włosy, przyjrzała się im wręcz nachalnie i też pozostała na nie ślepa.
- Upiększyłaś ten pokój, Luciu – powiedziała. - Nigdy nie widziałam takiej poprawy, a ty, Elizabeth? Co za biblioteka, Luciu! Ach, to tutaj był ten kredens ukryty za fałszywą biblioteczką. No pewnie, pamiętam…
- I jaki duży żyrandol – przerwała Elizabeth, obawiająca się kolejnych wspomnień z tamtego przerażającego incydentu. - Powinnam uznać go za trochę zbyt lśniący, ale moje oczy są olśnione.
- Pan i Pani Wyse – zaanonsowała Grosvenor od drzwi.
- Grosvenor, sherry, natychmiast – wyszeptała Lucia, czując rosnące napięcie. - Jak miło, że przyszłaś, Susan. Buon Giorno, Signor Sapiente.1
Elizabeth, przypomniawszy sobie obietnicę daną Divie, pohamowała słowa Bon jour, Monsieur Sage,2 a pan Wyse pocałował Lucię w rękę na włoską modłę, jako odpowiednią odpowiedź na to eleganckie powitanie, i włożył okulary.
- Geniusz! Powiedział. - Artystyczny geniusz! Nigdy nie zauważyłem pięknych proporcji tego pokoju, był całkowicie przytłoczony… Ach, pani Mapp-Flint! Co za przyjemność i piękny strój, jeśli wolno mi stwierdzić. Jak w wierszu Blake’a: Tygrysie, blasku w leśnej nocy. Będę dziś pisał do mojej siostry Amelii i muszę ubłagać panią o pozwolenie by jej o tym donieść. Jak ona na mnie krzyczy gdy zapomnę opisać jej najnowsze trendy mody pań z Tilling.
- Kieliszek sherry, droga Elizabeth – powiedziała Lucia.
- Nie, kochanie, ani kropli, to dla mnie trucizna – powiedziała Elizabeth gwałtownie.
Ostatni przybył Juruś. On oczywiście asystował przy transformacji pokoju ogrodowego, ale rzecz jasna dodał swój głos do chóru gratulacji, które Elizabeth uznała za takie męczące.
- Moja droga, jaki to teraz piękny pokój! – powiedział. – Wydawałaś fortunę na jego urządzenie. Jak sobie przypomnę, jak tu było… o, dzień dobry, majorowo Benjy. Jaki uroczy strój, bardzo oryginalny. To kawałki tygrysiej skóry, która służyła tutaj za dywanik. Zawsze ją podziwiałem.
Ale żaden z tych komplementów nie ukoił dzikości Elżbiety, gdyż powszechny podziw dla pokoju ogrodowego zatruwał ją bardziej niż sherry. Potem ogłoszono, że lunch gotowy i z trudem udało się ją namówić, by poprowadziła gości, tak przyzwyczajona była do podążania za innymi damami jako gospodyni, do jadalni. Następnie, zachęcona do pójścia dalej, zeszła po schodach ze zdumiewającą szybkością, ale zatrzymała się w holu, jakby niepewna, dokąd dalej.
- Wszystkie te zmiany – powiedziała. - Całkowicie zdumiewające. Być może Lucia ma jadalnię w innym pokoju.
- Nie, proszę pani, pokój jest ten sam - powiedziała Grosvenor.
Nastąpiły kolejne wstrząsy. Tam, gdzie dotąd stał jej okrągły stół, teraz ustawiono długi prostokątny, a na obramowaniu kominka stanęło popiersie Beethovena. Ściany miały kolor zielonego jabłka, a na ścianach, dawniej obficie obwieszonych co lepszymi akwarelami Elizabeth, były teraz tylko kinkiety. Postanowiła, że nie zje nic ponad jeden kęs każdego podawanego dnia, a resztę ukryje pod nożem i widelcem. Usiadła, uderzyła palcami stopy w reling biegnący wokół stołu i wydała pisk bólu.
- Ależ jestem głupia – powiedziała. – Nie przywykłam do takich stołów. Ach, już widzę. Muszę położyć nogi na tej małej podpórce. To będzie na pewno wygodne.
Podano homara a la Riseholme, po czym nastała wręcz medytacyjna cisza, bo kto mógłby nie przywołać w tej chwili wspomnienia jak to Elizabeth, nie mogąc zdobyć przepisu w uczciwy sposób, ukradła go z kuchni Luci? Włożyła sobie do ust pierwszą porcję, a następnie zgodnie z planem schowała resztą pod widelcem i nożem do ryb. Ale zaczęła się wręcz ślinić na myśl o tym nieodpartym przysmaku, więc ukradkiem pochłonęła resztę, po czym rozejrzała się po zbezczeszczonym pokoju z melancholijnym uśmiechem.
- Zachwycający odcień zieleni – powiedział pan Wyse, kłaniając się ścianom. – Susan, musimy zapisać go w pamięci do czasu gdy sami zdecydujemy się na nasz mały salle à manger.
- Begorra, to prawdziwy odcień z Oirish - powiedział padre. – Za nic nie pomnę jak tu było drzewiej.
- Przypomnę panu, padre – rzekła Elizabeth z zapałem – Biszkoptowy, mój ulubiony kolor i kilka moich małych obrazków na ścianach. Całkiem prosto i domowo. Benjy, mój drogi, jakiś ty niegrzeczny. Zawsze cierpisz po reńskim.
- Droga pani – powiedział pan Wyse – na pewno nie po takim nektarze, jakim się teraz raczymy. Jakże chciałbym poznać rocznik. Znakomite.
Elizabeth zwróciła się do Jurusia.
- Musi pan być bardzo ostrożny w te zdradliwe wiosenne dni, panie Jurusiu – powiedziała. – Półpasiec na okropną tendencję do nawracania, a drugi atak jest o wiele gorszy od pierwszego. Ludzie często całkowicie tracą wzrok.
- Bardzo to krzepiące – odparł Juruś.
Szczęśliwie Elizabeth pomyślała, że już wystarczająco wpoiła wszystkim przeświadczenie, jak gorzkim doświadczeniem była dla niej wizyta w utraconym domu przodków i jak smutne było zobaczenie zmian, które w nim poczyniono i wreszcie pod wpływem konsumpcji nektaru jej gorycz mocno złagodniała. Nektar służył też innemu celowi: dodał jej sił do anty-macierzyńskiej demonstracji, jakiej musiała dokonać właśnie tego dnia. Po lunchu przeszła się po ogrodzie - bardzo energicznie. Potknęła się na trawniku wiodącym do giardino segreto: ogród kuchenny obeszła żwawo na własnych nogach i nie wleczona przez Benjy’ego i widziała, że panie przyglądają się jej z wyrazem lekkiego zdziwienia. Zaczynały dostrzegać to, co chciała im przekazać. Następnie wraz z Divą lekko zeszła po schodach do szklarni i, oderwana na chwile myślami od głównego celu, postanowiła powiedzieć kilka słów o renowacji Luci w ogólności, a drzewkach brzoskwiniowych w szczególności.
- Biedactwa, nic z nich nie będzie – powiedziała. – Mogłam była to powiedzieć naszej drogiej gospodyni gdyby mnie spytała. Równie dobrze mogłaby posadzić cedry Libanu. A ta jadalnia, Divo! Kolor zielonych jabłek, już samo to wystarczy, żeby u każdego wywołać niestrawność nim jeszcze zacznie jeść! Oślepiająco biała farba w holu! Pokój ogrodowy! Jego żal mi najbardziej, biednemu Benjy’emu też. Byłam nastawiona na coś okropnego, ale nie aż tak!
- Nie zgodzę się – powiedziała Diva. – Wszędzie jest przepięknie. Nie ma do czego wracać. Przywykłaś do widoku domu w pajęczynach, twoich akwarelach i pleśni…
Dla Elżbiety było to wystarczająco szorstkie by odwrócić się do Divy plecami, ale że miała jeszcze jeden cel, okręciła się na pięcie i dosłownie śmignęła w górę po tych stromych stopniach. Divie mowę odebrało. Od tygodni Elizabeth wspierała się na Benjym jeśli miała jakieś schody do pokonania i poruszała się wolno i dostojnie i nagle teraz wróciła do dawnego zwinnego i szybkiego kroku. Nagle w jej głowie rozbłysło światło. Diva poczuła że pęknie póki jeszcze raz nie podzieli się swoją interpretacją tego fenomenu z jakimś kobiecym uchem i także wybiegła ze szklarni niemal potykając się na schodach, po których Elizabeth weszła tak lekko.
Reszta towarzystwa zebrała się ponowne w pokoju ogrodowym, a Diva dzięki jakiejś kobiecej intuicji ujrzała w oczach innych kobiet świadomość, która właśnie oświeciła ją samą. Mapp-Flintowie właśnie się żegnali, a pan Wyse, który jak to mężczyzna, niczego nie zauważył, namawiał Elizabeth by wzięła Royce’a i wybrała się na przejażdżkę. Po tym nastąpiło prawdziwe objawienie.
- Jak to miło z pana strony – powiedziała – ale obiecałam sobie długi spacer. Urocze przyjęcie, Luciu; musisz przyjść któregoś dnia i obejrzeć swój dawny dom. Obejrzałam twoje drzewka brzoskwiniowe. Mam nadzieję że będziesz mieć z nich sterty owoców. Chodź, Benjy, bo nie będzie czasu na naszą włóczęgę. Do widzenia, słodki pokoju ogrodowy.
Wyszli, a wtedy nastąpiła seria manewrów, które przybrały charakter magicznych sztuczek i konspiracji. Evie szepnęła coś do padre, a on przypomniał sobie, że musi pilnie odwiedzić parafiankę w drugiej części miasta. Susan porozmawiała na stronie z mężem, a ten przypomniał sobie, że musi nadać list do contessy Amelii Faraglione najbliższą pocztą, a Lucia obiecała Jurusiowi, że jeśli wróci on za pół godziny, to ona będzie skłonna wypróbować z nim nowy duet. Tym sposobem cztery damy zostały same, a Evie i Diva, ledwie za panami zamknęły się drzwi pokoju ogrodowego, wdały się w szybki, spontaniczny dialog złożony naprzemiennych zdań, jak para duchownych intonujących nabożeństwo komunijne.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 17 Paź, 2025 21:17
ale scena Elżbieta w wyleniałym tygrysie
Trzykrotka - Sob 18 Paź, 2025 20:25
I w czapeczce, która miała być dziecięca. I ta sierść sypiąca się z niej na dywany Luci To lepsze niż suknia w maki wycięte z perkalu!
- Odpuściła – zaintonowała Diva. – Wbiegła po tych stopniach ze szklarni, jakby to był płaski trawnik.
- Ale co za szkoda, prawda? – zawołała Evie. – Byłoby naprawdę ekscytująco. Mamy jakoś to skomentować? Musi być okropnie rozczarowana…
- Ani trochę – powiedziała Diva. – Nie wierzę, że kiedykolwiek sama w to wierzyła. Chciała, żebyśmy i my w to wierzyli. Oszukanica.
- A Kenneth już ćwiczył nabożeństwo dla kobiet.
- I woziła się bez końca twoim autem, Susan. Fałszywe pozory, tak ja to nazywam. Nigdy byś jej go nie użyczyła, gdyby…
- I ten odżywczy miód od Contessy.
- I coś mi się zdaje, że zwęziła znów starą zieloną spódnicę, ale przez paski tygrysiej skóry nie można być niczego pewnym.
- A ja jestem pewna, że szydełkowała dziecięcą czapeczkę z białej włóczki, ale chyba sporo jej spruła i zaczęła od nowa. Dziś miała ją na sobie.
- A tak nawiasem mówiąc – powiedziała Diva na stronie – to będziesz miała piękne kłęby tygrysiej sierści na dywanie w jadalni, Luciu. Widziałam, jak wzbiła się chmura, kiedy uderzyła nogą do reling.
Susan Wyse nie miała dotąd szansy dołączenia do tej mściwej recytacji. Od czasu do czasu otwierała usta by coś powiedzieć, ale zawsze wtedy ktoś inny ją ubiegał. Kiedy Divie i Evie zabrakło odrobinę tchu, zdołała zabrać głos.
- Nie mam jej za złe jej popędów – powiedziała – ale miodu bardzo mi żal. To był taki bardzo specjalny miód. Moja szwagierka, contessa, przyjmowała go codziennie gdy oczekiwała dziecka – i ważył jedenaście funtów.
- Jedenaście funtów miodu? Ojej, to ogrom! – powiedziała Evie.
- Nie, dziecka…
Recytacja ruszyła od nowa.
- I jaka była opryskliwa przy sherry! – powiedziała Diva. – Trucizna, rzeczywiście!
- I żeby udawać, że nie wie, gdzie jest jadalnia…
- I powiedziała, że kolor ścian przyprawia ją o niestrawność jak zielone jabłka. Ona sama jest niestrawna.
Strumień słów zaczął się wyczerpywać. Lucia siedziała na wpół zamkniętymi oczami i ściągniętymi brwiami, jakby usiłując coś sobie przypomnieć, a potem zdjęła jakiś tom z półki z literaturą klasyczną i szybko przewertowała strony. Wydawało się, że znalazła czego szukała i przez chwilę czytała w milczeniu, a potem odłożyła książkę na miejsce z długim westchnieniem.
- Opowiadałam ostatnio Jurusiowi, jak cudownie nowoczesny był Arystofanes. Wydawało mi się, że pamiętam scenę z jednej z jego sztuk - Thesmophoriazusae—w której wydarzyła się podobna sytuacja. Pewna kobieta, naprawdę kochana, miła istota w wieku średnim lub trochę starsza, wmówiła przyjaciółkom (lub tak jej się wydawało),że spodziewa się dziecka. Taki attycki dowcip – nie ma odpowiednika w języku angielskim. Nie będę wam cytować greki, ale konkluzja była taka, że to była taka wydmuszka, pusta skorupka. Pyszna fraza, po angielsku to nie dokładnie to, ale mniej więcej się zgadza. Może poprzestańmy na tym? Biedna droga Elizabeth! Wydmuszka. Jakie to trafne.
Lekko dmuchnęła ze złożonymi ustami, jakby posyłała skorupkę na wiatr.
Wstrząśnięte nadludzką wspaniałomyślnością dyrygentki tego seansu publicznego potępienia rozeszły się do domów, a Lucia zajrzała do jadalni, by sprawdzić, czy rzeczywiście chmury tygrysiej sierści osiadły na jej nowym dywanie przy krześle Elizabeth. Trochę ich tam było, ale nie tyle, ile sugerowała Diva. Pewnie ta nowa, oryginalna ozdoba nie będzie już widywana na przyjęciach, skoro była tak bardzo wyleniała. „Wszystko wydaje się iść nie tak dla tej biednej duszy” – pomyślała Lucia w porywie najprzyjemniejszego współczucia „przez jej godny ubolewania brak przezorności. Kupowała Siriami nie sprawdzając, czy wypłaci jej dywidendy, próbowała nas przekonać, że spodziewa się dziecka, nie upewniając się, czy jest ku temu najmniejszy choćby powód i z tą samą ślepą lekkomyślnością przystroiła spódnicę tygrysim futrem, nie zwracając uwagi, że linieje ono przy każdym poruszeniu.”
Wróciła do pokoju ogrodowego na kilka minut intensywnych ćwiczeń duetu, który mieli przegrać z Jurusiem gdy ten wróci, a siadając do fortepianu poczuła odór jakby ulatniającego się gazu. Nie mógł to być gaz węglowy, bo po remoncie nie używano go w pokoju ogrodowym, a wielki żyrandol i inne lampy były elektryczne. Zastanowiła się, czy ten zapach nie pochodzi z nie do końca jeszcze wyschniętej farby, bo podczas renowacji domu jej wyczulone zmysły rejestrowały wszelkie zapachy z nią związane. W jednym pokoju czuć było aromat spadów gruszkowych, a to był lakier, w innym zapach rozkładu, a to był preparat na pleśń, w piwnicy unosił się zapach słoni, a to były szczury. Nie myślała więc już o tym więcej, poćwiczyła przez dobry kwadrans i szybko odeszła od fortepianu gdy ujrzała, że Juruś nadchodzi ulicą i nie powinien wiedzieć, że ona już buszuje w nietkniętej przez nich jeszcze suicie Mozarta.
Juruś był nadąsany.
- To nieładnie z twojej strony – powiedział – że odesłałaś mnie, gdy tak bardzo chciałem usłyszeć, co wy sądzicie o Elizabeth. Wiedziałem, co się święci, gdy zobaczyłem jak skacze i bryka i znowu zwęziła tę starą zieloną spódnicę…
- Jurusiu, ja tego nie zauważyłam - powiedziała Lucia. – Jesteś pewien?
- Granitowo pewien i jeszcze że zamierzała włóczyć się z Benjym. Już po dziecku. Ciekawe, czy Benjy maczał w tym…
- Ależ Jurusiu! – zaprotestowała Lucia.
Juruś zarumienił się na samą myśl, że mógłby wygłosić tak niedelikatną sugestię.
- Maczał palce w tym oszustwie, to chciałem powiedzieć gdy mi przerwałaś. Uważam, że to obraza dla nas wszystkich. I powinniśmy to okazać.
Luci nie chciało się powtarzać swego dobitnego komentarza o wydmuszce. Na pewno i tak do niego dotrze.
- Po co się oburzać na biedaczkę? – powiedziała. – Została przyłapana i to już wystarczająca kara. Co do tego, że tak źle zachowywała się podczas lunchu i robiła co mogła, choć bez powodzenia, żeby zepsuć moje małe przyjątko, to fakt – było to paskudne. Ale te inne sprawy Jurusiu, to pamiętajmy, jaką żabę musiała połknąć. Przypomnij sobie przewidziałam to i pamiętasz, powiedziałam, że gdy to się stanie, wszyscy musimy być dla niej mili. Musiała skakać i brykać, jak tu ująłeś, ze złamanym sercem i z pewnością bolącymi nogami. Co do biednego majora Benjy, to pewna jestem, że jest jak wosk w jej dłoniach i robi wszystko, co ona mu każe. Prawda, jak okropnie się postarzał przez ten rok małżeństwa?
- Już dawno powinien był nie żyć – odparł Juruś.
Lucia rozejrzała się po pokoju.
- Mój drogi, tak się cieszę, że wróciłam do tego domu – powiedziała - i że wiem, że jest on teraz mój, że jestem gotowa wybaczyć Elizabeth prawie wszystko. A teraz oddajmy się naszej godzinie harmonii.
Podeszli do fortepianu, gdzie bardzo nieostrożnie Lucia zostawiła na podstawce nuty duetu, który mieli właśnie grać po raz pierwszy. Ale Juruś tego nie zauważył. Zaczął węszyć.
- Nie czujesz tu okropnego odoru gazu? – zapytał.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Nie 19 Paź, 2025 00:49
O rany, gaz czyżby droga Elżbieta coś przedziurawiła albo odkręciła w akcie zemsty???? Mam nadzieję że nie będzie żadnej eksplozji
Trzykrotka - Nie 19 Paź, 2025 18:35
| Tamara napisał/a: | O rany, gaz czyżby droga Elżbieta coś przedziurawiła albo odkręciła w akcie zemsty???? |
Miałam podobne myśli
- Wydawało mi się, że coś czuję – powiedziała Lucia zręcznie odsuwając nuty. – Ale na szczęście w domu jest majster z gazowni, nadzoruje montaż pieca w kuchni. Poproszę go żeby też przyszedł i poniuchał.
Lucia posłała wiadomość przez Grosvenor i do pokoju wpadł niezwykle radosny młodzieniec. On też pociągnął nosem i wybuchnął wesołym śmiechem.
- Nie, proszę pani, to nie mój gaz – powiedział pogodnie. - To będzie gaz kanalizacyjny, o tak. To jest sprawa dla geodety miejskiego, a to mój brat. Zadzwonię po niego od razu i ściągnę go tu, żeby się temu przyjrzał.
- Bardzo proszę – powiedziała Lucia.
- Zaraz tu będzie, dla przyjemności pani Lucas – powiedział gazownik. – Mój ty świecie, jak żeśmy się uśmiali przy tym pochodzie panny Irene, jeśli pani wybaczy, że o tym mówię. Ale nic, nic, teraz robota, nie śmichy chichy. Okropny smród. Nie da rady.
Lucia i Juruś odsunęli się z pobliża kanału, a wkrótce rozległo się pukanie i wszedł drugi młody człowiek, taki sam jak ten pierwszy.
- Miło mi przyjść i pomóc w pani małym kłopocie, proszę pani – powiedział. – Przy oknie, mój brat mówił. A, teraz czuję.
Roześmiał się z całego serca.
- Nie, nie –powiedział. – Juruś pomylił się jak diabli – za pańskim przeproszeniem, o bracie mówię. Dawać go tu.
Wszedł Juruś gazownik.
- Coś ci się z noskiem porobiło, Jurusiu – powiedział kanalarz. – To gaz węglowy, ot co.
- Dajże spokój, Percy – odparł Juruś. – Kanalizacja. Twoja robota, chłopaku.
Lucia przebrała najdostojniejszy ton.
- Waszym wspólnym zadaniem, panowie – rzekła – jest ustalenie, czy mieszkam w a/ rurze gazowej, czy b/ kanalizacyjnej.
Wybuchy śmiechu.
- Ładnie powiedziane – orzekł Percy z uznaniem. – Zajmiemy się tym dla pani. Musimy przeprowadzić wspólne śledztwo, Jurusiu, póki nie znajdziemy przecieku. Musi przesiąkać przez glebę i wydostawać się przez podłogę. Wyślij tu z rana swoich dwóch chłopaków, a ja przyślę dwóch z firmy i będziemy kopać, aż się dokopiemy. Założę się o szylinga że to gaz węglowy.
- No i wygram. Kanalizacja – powiedział Juruś.
- Ale ja nie mogę mieszkać gdzieś, gdzie jest ich pełno – powiedziała Lucia. – Jeden może wybuchnąć, drugi mnie zatruć.
- Niech panią o to głowa nie boli – powiedział Juruś. – Gwarantuję, że wybuchu nie będzie, jeśli to mój gaz. Daleko od punktu zapalnego.
- A ja mam podwładnych, proszę pani – rzekł Percy – którzy całe życie wdychają aromaty z odpływów, proszę pani i można rzec– dożywają dziewięćdziesiątki. Rano zaczniemy kopać rowy na zewnątrz, Juruś i ja, bo stamtąd to musi pochodzić. Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie są odpływy w tej starej części miasta, ale jeśli to ścieki, to je znajdziemy i hejże ho. Do widzenia pani. Wszystko będzie dobrze.
Następnego ranka o wczesnej porze rozpoczęła się wspólna eksploracja. Zdjęto chodnik przed pokojem ogrodowym i uliczny bruk i przez cały dzień pogłębiała się przepaść, a odłożona na pryzmę ziemia coraz bardziej cuchnęła jeszcze nie zidentyfikowanym odorem. Wieści o całej aferze dotarły na High Street w porze zakupowej i natychmiast znaleziono bardzo zniechęcające paralele do obecnego kryzysu. Diva na przykład miała wuja, który udusił się w nocy wyciekającym gazem węglowym, a Evie, nie chcąc dać się prześcignąć w rodzinnych tragediach, wyciągnęła z pamięci ciotkę, która wchodząc do nowego domu (złowrogo), wyczuła „słaby” zapach w jadali i zmarła od zatrucia w rekordowym czasie. Ale Diva zawinęła w chusteczkę kawałek eukaliptusa, a Evie kamforę i obie pospieszyły na scenę wykopek. Dla Elizabeth ta sensacja była jak gwiazda z nieba, bo po wczorajszym objawieniu bała się, jak dziś zostanie przywitana na High Street, ale przekonała się z ulgą, że wszyscy byli zajęci nowym tematem. Osobiście obawiała się (choć miała nadzieję, że się myli), że wyczyszczenie piwnic w Mallards mogło w jakiś sposób doprowadzić do poruszenia zbiornika i wycieku znacznie bardziej zabójczej substancji niż gaz węglowy czy kanalizacyjny. Benjy, nawdychawszy się wczoraj zanieczyszczonego powietrza w pokoju ogrodowym, uznał, że rozsądnie będzie nie zbliżać się w ogóle do siedliska zarazy, po przepłukaniu gardła silnym roztworem karbolu uciekł na pola golfowe, czując bardzo nieprzyjemne pieczenie w gardle, aby spędzić dzień w aseptycznej aurze powietrza morskiego. Juruś (nie wesoły brat Percy’ego) szczęśliwie przypomniał sobie, że podczas wojny kupił maskę gazową na wypadek, gdyby Niemcy mieli zrzucić bomby pieprzowe na Riseholme, a Foljambe ją znalazła i wyczyściła z pajęczyn. Dopasował ją (broda mocno zawadzała) i obserwował wykopki z niejakiej odległości, wyglądając jak słoń, którego trąbę krótko przycięto. Padre przyszedł w charakterze eksperta, bo – wciórności - potrafił odróżnić gaz węglowy od ściekowego jednym niuchem, ale ledwie ten niuch wykonał, zegar kościelny wybił jedenastą i padre musiał pospieszyć z powrotem, by odmówić jutrznię. Irene z fajką w ustach, ustawiła sztalugi na skraju wykopu i namalowała piękny impresjonistyczny szkic przedstawiający górników pracujących na przodku. Następnie, gdy nastała przerwa obiadowa, dwaj weseli bracia, Gaz i Rurka, niczym Kwintus Curtius wskoczyli w przepaść i kopali sami bardzo gorączkowo, do czasu powrotu robotników, by nie tracić czasu na znalezienie rozwiązania i rozstrzygnięcie zakładu.
W miarę jak wykop się pogłębiał, Lucia uzbrojona w ogrodową motykę delikatnie przegarniała wyniesioną z niego ziemię w koszach i już wkrótce miała małą kupkę fragmentów ceramiki, które zaniosła do Mallards. Kompletnie zdezorientowany tym dziwnym zachowaniem Juruś, z trudem przedzierając się wokalnie przez maskę gazową, zapytał ją, co robi.
Lucia rozejrzała się, by się upewnić., że nikt ich nie podsłuchuje.
- Rzymska ceramika, bez wątpienia – szepnęła. – Jestem pewna, że wkrótce natkną się na pozostałości mojej rzymskiej willi…
Z trzewi ziemi rozległy się głośne wiwaty. Jeden z pracowników gazowni energicznym uderzeniem kilofem w bok dołu bliższy pokojowi ogrodowemu wywołał małe osuwisko i odsłonił otwór wyłożony płytkami o wymiarach około dziesięć na dziesięć cali.
- Ścieki i kanały – krzyknął – i wychodzimy!
Po czym wraz z towarzyszem odłożyli narzędzia i wygramolili się z dołu, pozostawiając ludziom miejskiego geodety dokończenie zadania, które – jak się okazało – do nich należało.
Dwaj weseli bracia natychmiast wskoczyli do wykopu. Otwór z pewnością wyglądał jak odpływ, ale z równą pewnością nic nim nie spływało. Percy włożył nos do środka i wciągając powietrze głęboko jak jogin wypuścił je nosem.
- Czyste jak łza, Jurusiu – powiedział. – I słodkie jak renkloda. Może to i rura, staruszku, ale nie w sensie naszego zakładu. Szukamy czegoś czynnego i śmierdzącego i…
- Ale nie powiesz, że to nie rura, Per – powiedział Juruś.
Pęknięta płytka odpadła z boku, a Percy ją podniósł.
- Od wielu lat nie płynęły tędy żadne ścieki – powiedział. – Może to nigdy nie był odpływ.
W umyśle Luci błysnęła olśniewająca, hypocaustyczna myśl
- Proszę, podajcie mi tę płytkę – zawołała.
- Oczywiście, proszę pani – powiedział Percy, wyciągając rękę – i proszę samej ją powąchać. Nie ma tu nic, co mogłaby śmierdzieć w pani pokoju ogrodowym. Mogłaby pani położyć ją na poduszce…
Słowa Percy’ego zagłuszył drugi wybuch radości, tym razem od jego ludzi, którzy nadal kopali i teraz także odłożyli narzędzia.
- W końcu rura gazowa! – zawołał jeden. – Wracać tu do roboty, gazowa brygado!
- I stary, ale capi – powiedział drugi. – Wycieka tak, że cała okolica mogła polecieć w powietrze. Pełno go w ziemi.
c.d.n
Tłum. Trzykotka
Tamara - Pon 20 Paź, 2025 10:12
ojejujeju i co dalej ????
Trzykrotka - Pon 20 Paź, 2025 22:04
Patrzmy co z gazem i co z rzymską willą
Wygramolili się z wykopu i stanęli razem z ludźmi z gazowni czekając na polecenia.
- Niuchnij teraz, Jurusiu – powiedział Per zachęcająco – a potem dawaj piątaka. Jakiś zapaszek tu jest, o tak. Połóż go sobie na poduszce, a tak uśniesz, że się już nie obudzisz.
Juruś, choć zgnębiony, był też sprawiedliwy i nie próbował zaprzeczać, że smród wydobywający się teraz swobodnie z odkopanej rury jest taki sam jak ten, który wypełniał pokój ogrodowy.
- Na to wygląda – odpowiedział. – Tu masz piątaka, a to drugie to jakiś drenaż. Znajdziemy przecież i raz dwa go naprawimy.
- I zasypiecie tę wielką dziurę, mam nadzieję – rzekła Lucia.
- Dziś już nie ma czasu, proszę pani – odrzekł Juruś. Zobaczę, może załatwię jakichś ludzi na jutro lub przynajmniej na pojutrze.
Juruś Luci nagle zauważył, że wykop ciągnie się już przez całą drogę i że odciął mu drogę do Mallards Cottage. Ściągnął maskę gazową.
- Ale zaraz, jak ja mam się dostać do domu? – zawołał jękliwy głosem. – Nie dam rady zejść do dołu i wyleźć po drugiej stronie.
Wybuch śmiechu obu braci.
- Oj, proszę pana, głupia sytuacja – powiedział Per. – Coś mi się zdaje, że musi zrobić pan rundkę na High Street, zawrócić na zakręcie i wspiąć się do domku. Ale wszystko będzie dobrze, zapraszamy pojutrze.
Lucia z wielką estymą zaniosła swoją płytkę do domu i skinęła na Jurusia.
- Ten kwadratowy wylot rury potwierdza wszystkie moje przypuszczenia odnośnie zarysu fundamentów w piwnicy – powiedziała. – Ci cudowni Rzymianie mieli piece pod podłogami domów i świątyń – czytałam o tym – a gorące powietrze było rozprowadzane przez wyłożone kafelkami kanały do ścian, aby je ogrzać. To bez wątpienia był kanał na gorące powietrze, a nie ścieki.
- To byłoby ciekawe – powiedział Juruś – ale rura wydawała się przechodzić przez ziemię, nie przez ścianę. Przynajmniej ja nie widziałem tam żadnego śladu muru.
- Mur mógł do tego czasu runąć – powiedziała Lucia po chwili zastanowienia. – Na pewno znajdę go dalej w ogrodzie, gdzie muszę natychmiast zacząć kopać. Ale póki co nikomu ani słowa. Bez cienia wątpliwości, Jurusiu, stała tu rzymska willa lub świątynia. Na szczycie wzgórza, rozumiesz, oni zawsze tak lokowali świątynie.
Zmierzch zapadł, nim naprawiono nieszczelność w rurze gazowej, a wokół wykopu rozciągnięto sznur i zawieszono czerwone latarnie. Gdyby rów był płytszy, lub jego brzegi czy ściany mniej strome, Lucia zapewne zeszłaby do niego i kontynuowała swoje badania przewodu na gorącą wodę. Zabrała kafelek do łazienki i wyszorowała go do czysta. Tuż przy jego odłupanym brzegu wybito litery S.P.
Tego wieczoru zjadła kolację sama i wróciła potem do pokoju ogrodowego, z którego zniknęły ostatnie opary gazu. Na próżno wertowała swoje księgi z Biblioteki Londyńskiej w poszukiwaniu jakiejkolwiek wzmianki, że Tilling było kiedyś rzymskim miastem, ale ta nieobecność czyniła jej okrycie jeszcze bardziej istotnym, jako, że mogło okazać się otwarciem nowego rozdziału w historii rzymskiej Brytanii. Z zapałem przewracała strony: były tam ilustracje ceramiki, które utwierdzały ją w przekonaniu, że jej fragmenty mają rzymskie pochodzenie: był tam obraz rzymskiej płytki używanej w przewodach gorącego powietrza, która była absolutnie identyczna z jej okazem. Co więc mogło oznaczać S.P.? Przekopała się przez listę inskrypcji znalezionych na południu Anglii i nagle wydała z siebie wielki okrzyk zachwytu. Była tam jedna zatytułowana S.P.Q.R., co w tłumaczeniu oznaczało Senatus Populusque Romanus, „Senat i Lud Rzymu”. Jej instynkt ją zawiódł: prywatna willa nigdy nie nosiłaby tych cesarskich liter; były one zarezerwowane dla budynków wznoszonych przez państwo, takich jak świątynie... Tak napisano w jej książce.
Rozdział siódmy
Przez kilka następnych dni Lucia ani razu nie pojawiła się na ulicach Tilling, bo przez całe dnie nadzorowała wykopki z ogrodzie. Ku wielkiemu oburzeniu ogrodnika wynajęła dwóch bezrobotnych płacąc ogromne stawki z uwagi na powagę ich pracy i posłała ich do kopania rowu przez splądrowane przez Elizabeth zagony ziemniaków i grządki szparagów, tak żeby dotrzeć znowu do przewodu na ciepłe powietrze, który tak opatrznościowo odkryła w rogu pokoju ogrodowego. Wielki był jej tryumf gdy dokopała się do niego jeszcze raz, choć niestety odkryła również, że nadal biegnie on pod ziemią, a nie, jak marzyła, przez pozostałości rzymskiej ściany. Ale ziemia była tutaj bogata w różne szczątki, obfitowała w kawałki ceramiki tego samego typu co te, które już uznała za rzymskie i było wiele ładnych kawałków opalizującego, utlenionego szkła i kilka kości, które jej zdaniem mogły okazać się kośćmi czerwonego jelenia, tak powszechnego w czasach rzymskich na terenach Kent i Sussex. Jej wielki stół w pokoju ogrodowym był opróżniony z leżących tam zwykle książek i artykułów piśmienniczych i załadowany kartonowymi tacami ze szkłem i ceramiką. Do biura prawie nie zaglądała, tylko przeglądała wiadomości od Mammoncasha.
Juruś był u niej na kolacji wieczorem tego radosnego dnia, gdy znów natknęła się na przewód z gorącym powietrzem. W pokoju ogrodowym, gdzie po kolacji studiowali kawałki ceramiki i daremnie usiłowali dopasować je do siebie, unosił się lekko ziemisty zapach.
- To bardzo ważne, Jurusiu – powiedziała – jak z pewnością rozumiesz, aby notować warstwy ziemi, w których wykopano poszczególne obiekty. Te z tacy D pochodzą z głębokości czterech stóp z kąta przy grządce szparagów, to najniższy poziom, jaki osiągnęliśmy, więc one są oczywiście najstarsze.
- Och, a popatrz na tacę A – powiedział Juruś – Wszystkie te fragmenty fajek. Nie wiedziałem, że Rzymianie palili. Palili?
Lucia roześmiała się z lekką wyższością.
- Caro, oczywiście że nie – powiedziała. – Taca A, a tak, tak myślałam. Taca A pochodzi z o wiele wyższego poziomu, pokaż, a tak, stopę pod powierzchnią gruntu. Możemy zatem uznać, że powstała po epoce elżbietańskiej, w której to poznano tytoń. Zgaduję, że te fajki są cromwellowskie. Mają cromwellowski wygląd, tak sądzę. Skłaniam się raczej ku temu, żeby wyjąć całą płytkę z dalszego ciągu przewodu wentylacyjnego, który odsłoniłem dziś rano, i sprawdzić, czy jest oznaczona pełnym S.P.Q.R. Płytka z ulicy, pamiętasz, była przełamana i miała tylko S.P. Czy jednak jest wandalizmem w ogóle ingerować w tak piękny okaz przewodu wentylacyjnego, ewidentnie in situ?
- Ja chyba bym tak zrobił – powiedział Juruś – i odłożył potem na miejsce kiedy znajdę litery.
- No to tak zrobię. Spodziewam się, że jutro mój wykop dojdzie do poziom podłogi. Możemy znaleźć mozaikową posadzkę, jak ta z Richborough. Będę musiała to wszystko odsłonić, choćbym miała przekopać cały ogród kuchenny. A jeśli okaże się, że sięga aż od pokój ogrodowy, będzie trzeba wykop nadbudować, tak się t chyba nazywa. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od smrodu gazu!
- Tak, był w tym łut szczęścia – powiedział Juruś wstrzymując ziewnięcie nad tacą A, gdzie usiłował daremnie złożyć fajkę z kawałków.
Lucia przybrała uprzejmy, pobłażliwy uśmiech, jak zawsze gdy Juruś nie doceniał w pełni jej mądrości lub błyskotliwości.
- Niesprawiedliwie byłoby to nazywać jedynie szczęściem – powiedziała – bo musisz pamiętać, że kiedy sprzątano piwnicę, powiedziałam ci wyraźnie, że znajdę rzymskie pozostałości w ogrodzie. A to było zanim poczuliśmy gaz.
- Zapomniałem – powiedział Juruś. – Faktycznie tak było.
- Dziękuję mój drogi. A jutro rano, gdybyś spacerował i robił zakupy na High Street, to myślę, że mógłbyś napomknąć, że robię wykopaliska w ogrodzie i że wyniki są jak na razie jak najbardziej obiecujące. Rzymskie pozostałości: możesz tyle zdradzić. Ale nie chcę tu jeszcze tłumu gapiów: tylko utrudnią pracę. Na razie nie zapraszam nikogo.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 21 Paź, 2025 09:00
ciekawa jestem strasznie, czym naprawdę okaże się przewód na gorące powietrze, obstawiam niewykorzystany kanał ściekowy z czasów późnowiktoriańskich
I w sumie dobrze, że to nie droga Elżbieta uszkodziła rurę z gazem
Trzykrotka - Wto 21 Paź, 2025 10:18
O tak, wystarczyło, że zabrała ziemniaki z grządki Ubawił mnie konkurs obu ekip (z wąchaniem) na temat: czyja rura pękła. A dzięki Elizabeth Lucia będzie miała trochę ciepło w związku z rzymskimi wykopaliskami
W ramach ogłoszeń powiem, że zostały mi do przetłumaczenia ostatnie dwie ostatnie strony ostatniego tomu, czyli Trouble For Lucia.
Tamara - Wto 21 Paź, 2025 13:53
Oooo nieeeee, i jak potem żyć, panie premierze, kiedy już wszystkie opowieści się skończą Trzykrotko, jesteś boska, genialna i uwielbiam Cię za podzielenie się Lucią i reszta towarzystwa
Trzykrotka - Wto 21 Paź, 2025 18:26
Dziękuję Dziękuję Dziękuję
Trudno mi się rozstać z panem Bensonem. Drugiej Luci nie będzie, ale coś tam na próbę ściągnęłam ze strony z uwolnioną literaturą angielską
Zajmijmy się rzymskimi wykopaliskami Luci
Foljambe bardzo delikatnie powiedziała Jurusiowi, że mają mały problem z kanalizacją w Mallards Cottage, więc wybrał się on następnego dnia na High Street aby się tym zająć. Miło mu było być posłańcem ekscytujących wieści o rzymskich pozostałościach, więc opowiedział o nich Divie przez okno, a następnie spotkał Elizabeth. Oderwała już ona ozdoby z tygrysiej skóry od znajomej zielonej spódnicy.
- Mam nadzieję że ten odór gazu czy kanalizacji czy obu już zniknął, panie Jurusiu – powiedziała. – Mówiono mi, że był dosłownie duszący. Dziwne, że ja nigdy nie miałam takich problemów w swoim czasie, ciotka Caroline w swoim również. Lucia nie miała już nic gorszego?
- Ani trochę. Nie został żaden zapach – odrzekł Juruś.
- Jak dobrze! To musiało być naprawdę groźne. Jakieś wieści?
- Tak. Jest bardzo zajęta przekopywaniem ogrodu kuchennego…
- Co? Mój piękny ogród? – krzyknęła Elizabeth piskliwie. Ach… zapomniałam. Tak?
- I znajduje bardzo ciekawe rzymskie pozostałości. Willa, jak sądzi, albo najprawdopodobniej świątynia.
- Coś takiego! Muszę zajrzeć i zerknąć na nie.
- Jeszcze nikomu ich nie pokazuje – powiedział Juruś. – Dotarła głęboko w grządkę ze szparagami. Ceramika. Szkło. Rury z gorącym powietrzem.
- Cóż, to nowina! Ale z niej archeolożka, kto by się spodziewał – zauważyła Elizabeth uśmiechając się od ucha do ucha. Padre, droga Lucia znalazła rzymską świątynię w mojej grządce szparagów!
- Ni godojcie! Dyć zarozki tam pędzę!
- Nie ma po co – powiedziała Elizabeth, - Jeszcze nikomu ich nie pokazuje.
Juruś poszedł do hydraulików. Firma nazywała się „Spencer & Son,” a w oknie miała tablicę z dumną legendą, że została założona w Tilling w 1820 roku i wykonywała wszelkie prace związane z kanalizacją i hydrauliką. Pan Spencer obiecał natychmiast wysłać niezawodnego pracownika do Mallards Cottage.
Wieści rozpuszczone przez Jurusia szybko rozeszły się od jednego do drugiego krańca High Street i wpadły do uszu przedsiębiorczego młodego człowieka, który pisał lokalne wiadomości w Hastings Chronicle. Temat od razu wydał mu się ekscytujący, więc zadzwonił do Mallards dokładnie wtedy gdy Lucia wchodziła do domu po porannych wykopkach i błagał, by przekazała gazecie wszelkie dostępne detale. Uznała, że nie ma nic złego w powtórzeniu mu wszystkiego, co pozwoliła Jurusiowi rozpuścić po Tilling (a właściwie to nawet spodobał jej się ten pomysł) i powiedziała mu krótko, że ma powody przypuszczać, że trafiła na ślady rzymskiej willi, lub – najprawdopodobniej – świątyni. Za późno było żeby te wieści trafiły do numeru z bieżącego tygodnia, ale ukażą się w następnym, a on prześle jej egzemplarz. Lucia w pośpiechu pochłonęła lunch i wróciła do grządki szparagów. Niedługo potem Juruś pojawił się do pomocy. Lucia stała w wykopie i tylko jej górna połowa wystawała ponad powierzchnię gruntu, jak Erda w słusznie słynnej operze Wagnera. Gdyby tylko Juruś nie był pofarbował brody, mógłby być Wotanem.
- Ben arrivato – zawołała do niego we włoskim stylu. – Jestem właśnie tuż przed usunięciem płytki z mojej rury na ciepłe powietrze. Cieszę się, że jesteś tu jako świadek, a i będzie to dla ciebie ciekaw. Ta wygląda na dość luźną. No tu już.
Wyjęła ją i obróciła.
- Jurusiu- zawołała. – Tutaj wybite są wszystkie literki, z których dotąd miałam tylko dwie.
- Och, ależ emocje – powiedział Juruś. – Mam nadzieję, że są tam i Q.R tak jak S.P.
Lucia starła brud z inskrypcji, a następnie odłożyła płytkę na miejsce.
- Jak się nazywa ten hydraulik z High Street, który założył firmę sto lat temu? – spytała doskonale spokojnym głosem.
Juruś już wiedział, co znalazła.
- Moja droga, co za paskudztwo!- powiedział. – Obawiam się, że to istotnie Spencer.
Lucia zwinnie wyskoczyła z rowu i wytarła zabłocone buty o skrzynkę na skraju trawnika.
- Jurusiu, to cenny dowód – powiedziała. – Bez wątpienia to jest stary odpływ. Przyznaję, myliłam się. Określmy wstępnie jego datę na powiedzmy około 1830 rok. Teraz wiemy więcej o poszczególnych warstwach. Najpierw mamy warstwę Cromwella: fajki do palenia tytoniu. A poniżej – co to jest?
W wykopie było dwóch robotników, jeden z kilofem, drugi łopatą wrzucał ziemię do kosza, aby ją zrzucić w najdalszy róg pola ziemniaczanego splądrowanego przez Elizabeth. Juruś był zadowolony z tej rozrywki (jakakolwiek by ona nie była), ponieważ uderzyło go, że warstwa, którą Lucia przydzieliła Cromwellowi, znajdowała się daleko nad warstwą przewodu na gorące powietrze, niegdyś uznawaną za rzymską, ale teraz datowaną na około 1830 r. ... Kopacz zatrzymał się, trzymając kilof w powietrzu.
- Piękny kawałek szkła, p’sze pani – powiedział. – O mało go nie strzaskałem.
Lucia znów wskoczyła do wykopu i stała się Erdą. Rzeczywiście o mało brakowało. Następne uderzeniem kilofem z pewnością rozbiłoby na kawałki duży opalizujący kawał szkła lśniący teraz w błocie. Lucia zdjęła rękawiczki i ostrożnie je stamtąd podniosła.
- Jurusiu! – powiedziała słabym i nabrzmiałym emocją głosem – weź go ode mnie obiema rękami i z najwyższą ostrożnością. Cudowny kawałek szkła z wybitą na nim inskrypcją.
- Nie Spencer tym razem, mam nadzieję? – powiedział Juruś.
Lucia podała mu go z wykopu, a on przyjął go w złożone dłonie.
- Nie ruszaj się póki go od ciebie nie wezmę – powiedziała. – Póki co koniec kopania – zawołała do robotników.
Niedaleko znajdował się kran od węża ogrodowego. Lucia odkręciła go tak, by woda spływała na skarb delikatnie, kropla po kropli. Opalizował olśniewająco, miał bogaty zielony kolor pod utlenioną powierzchnią i lekko zakrzywiony kształt. Ewidentnie był to fragment jakiegoś naczynia, dzbana lub butli. Przechylając go w tę i z powrotem by złapać światło, odczytała wybite na nim literki.
- A.P.O.L.- obwieściła.
- Istna krzyżówka – powiedział Juruś. – Przychodzi mi do głowy tylko „apologia.”
Lucia usiadła na pobliskiej ławce, dysząc z emocji, ale promieniejąc tryumfem.
- Pamiętasz, jak ci mówiłam, że podejrzewam, że znajdę tu pozostałości rzymskiej świątyni? – spytała.
- Tak, albo willi – powiedział Juruś.
- Uważałam, że świątynia jest bardziej prawdopodobna i mówiłam to. Popatrz na to, Jurusiu. Jakieś naczynie kultowe – podpowiedź dla ciebie – flaszka do libacji poświęconej bogu. A jakiemu bogu?
- Apollo! – krzyknął Juruś. – Moja droga, jak absolutnie cudownie! To nie może być nic innego. To nagroda za wszystkich Spencerów. I poziom najniższy ze wszystkich, więc wszystko ładnie się składa.
Trzymając z czcią ten (dość duży) kawałek naczynia ofiarnego w złożonych dłoniach, Lucia zaniosła go do pokoju ogrodowego, osuszyła bibułą i położyła na osobnej tacy, skoro przedmioty z tacy D, niegdyś rzymskie, okazały się spenceriańskimi.
- Teraz najważniejsze zadanie to odnaleźć resztę – powiedziała. – Musimy szukać z najwyższą uwagą. Wróćmy i zaplanujmy dalsze kroki. Myślę, że lepiej będzie zamknąć drzwi do pokoju ogrodowego.
Cały system kopania został zmieniony. Zamiast rozluźniania ziemi na dnie wykopu za pomocą mocnych uderzeń kilofa, Lucia – zaczynając w miejscu, w którym znaleziono ten fragment świętego naczynia - sama kopała kielnią, aby żaden cenny fragment nie został zmiażdżony, a kiedy zaczynało jej się kręcić w głowie od uderzenia krwi do mózgu z powodu pochylonej pozycji, zastępował ją Juruś. Istniała obawa, że brakujące części już zostały wygarnięte z wykopu, tak więc dwaj robotnicy dostali zadanie przegarnięcia sterty wykopanej ziemi z mikroskopową starannością.
- Nie wybaczyłabym sobie – powiedziała Lucia – gdybym przegapiła pozostałe odłamki, bo one muszą tu być, Jurusiu. W głowie mi się kręci – weź kielnię.
- Coś jak moneta, p’sze pani – zaśpiewał jeden z robotników na hałdzie ziemi. – Albo może i guzik.
Lucia wyprysnęła z rowu z zadziwiającą zwinnością.
- Moneta, bez wątpienia – powiedziała. – Niestety, mocno zniszczona, ale może uda nam się ją rozszyfrować. Jurusiu, byłbyś tak miły i odłożył ją – masz tu klucz do pokoju ogrodowego – na tę samą tacę co naczynie ofiarne?
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 22 Paź, 2025 10:21
Kurcze, jak nic albo flaszka po pijanych budowniczych kanału z roku 1830, albo odpływ z nieistniejącej już gorzelni,gdzie produkowano trunek o nazwie Apollo ale tak czy siak wykopaliska są niezwykle emocjonujące sama chciałabym coś takiego znaleźć w swoim ogrodzie - gdybym go miała oczywiście
Trzykrotka - Śro 22 Paź, 2025 12:01
| Tamara napisał/a: | | Kurcze, jak nic albo flaszka po pijanych budowniczych kanału z roku 1830, albo odpływ z nieistniejącej już gorzelni,gdzie produkowano trunek o nazwie Apollo |
Jakbyś przy tym była Lucia gotowa jest zryć cały piękny ogród dla swojej idei greckich ruchomych obrazów. A najlepsze, że w niewinną rozrywkę wplątała się prasa
Tamara - Śro 22 Paź, 2025 13:39
No właśnie, szalenie jestem ciekawa jak potem będzie wyglądało publiczne odplątywanie rzymskiej świątyni, okazawszej sie wiktoriańską gorzelnią albo browarem "Apollo"
Ale wierzę w Lucię, że da radę, w ostateczności sprowokuje jakąś inną aferę z kimś innym w roli głównej i sprawa sama umrze śmiercią naturalną
|
|
|