To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Panna Mapp

Trzykrotka - Sob 05 Kwi, 2025 23:31

Tak jest! Sledztwo trwa, a Diva rozwija sztukę dedukcji. Mały suspensik w międzyczasie :twisted:


Szczęście nawiedza śmiałych i konstruktywnych: na przykład jabłko spadło z drzewa dokładnie wtedy kiedy myśli Newtona krążyły wokół praw grawitacji, a kiedy Diva weszła do sklepu spożywczego by zacząć poranne zakupy (bo od śniadania przyszywała pączki róż), ekspedient rozmawiał przez telefon na tyłach sklepu. Przemawiał lukrowanym, telefonicznym głosem.
– Mamy tylko dwie puszki peklowanej wołowiny – mówił; tu nastąpiła pauza, podczas której jakiś jasnowidz mógłby zauważyć, że uszy Divy wydawały się wydłużać jak u satyra. Ale słyszała tylko ciche kwakanie po drugiej stronie.
– Ozór również. Bardzo dobrze. Wyślę wszystko natychmiast – dodał i wrócił do sklepu.
– Dzień dobry – powiedziała Diva. Jej głos drżał z emocji i ciekawości. – Macie może duże puszki peklowanej wołowiny? Takie sześciofuntowe.
– Bardzo mi przykro, proszę pani. Mieliśmy tylko dwie i są już zamówione.
– W takim razie małą puszkę imbiru poproszę – powiedziała beztrosko Diva. – Przyślecie go od razu?
– Tak, proszę pani, chłopak właśnie wychodzi.
To był szczęśliwy traf. Diva wybiegła na ulicę i z wielką uwagą zaczęła czytać nagłówki ostatnich wiadomości na tablicy przed sklepem papierniczym. To było jej ulubione miejsce do obserwacji, bo z boku wydawało się, że człowiek jest całkowicie pochłonięty tematami dnia, a naprawdę miał na oku prawdziwy obiekt uwagi… Nie musiała długo czekać, bo niemal natychmiast chłopak ze spożywczego wyszedł ze sklepu z ciężkim koszykiem, dostarczył małą puszkę imbiru do jej domu i poszedł dalej wzdłuż ulicy. Był to niestety bardzo popularny i rozmowny młodzian, który miał dużo do powiedzenia kolegom i czas oczekiwania na to, czy skręci w stronę domu panny Mapp ciągnął się i ciągnął. Na rogu ulicy postawił jednak koszyk i zapalił papierosa, a Diva jeszcze nigdy nie ubolewała tak bardzo nad szerzeniem się nałogu tytoniowego wśród młodzieży.
Orzeźwiwszy się skręcił i ruszył w górę ulicy.
Minął sklep rybny i warzywny, nie skręcił ani do dentysty ani do pana Wyse. Nie miał nic do załatwienia ani u majora ani u kapitana. A potem – potem zadzwonił do drzwi panny Mapp. Przez cały ten czas Diva szła za nim z głową nisko pochyloną na wypadek groźby obserwacji z okna pokoju w ogrodzie i posuwała się tak wolno, że jej stopy wcale nie wydawały się kręcić na kółku zębatym… Drzwi otwarły się, a on przekazał na ręce Withers jedną, potem drugą puszkę peklowanej wołowiny i okrągłą ozora wołowego. Postawił koszyk na głowie i zaczął schodzić w dół ulicą, gwiżdżąc przeraźliwie. Gdyby Diva miała jakieś rozsądnie drobne w kieszeni, na pewno by się z nim podzieliła. Ale nie miała, więc popędziła do domu najszybciej jak się dało i zaczęła wycinać różyczki szybkimi, pewnymi cięciami nożyczek.
Zauważyła już, że Elizabeth odwiedzała sklep spożywczy przez trzy dni z rzędu (trzy dni z rzędu: pomyśleć tylko!) i gdyby rozważyć, że przy innych okazjach robiła zakupy na tę samą skalę jak dziś, to powstawała niezwykle interesujące kwestia – gdzie trzymała te wszystkie zapasy. Nie mogła ich składować w piwnicy na węgiel, bo ta już po dach była nim wypełniona a Diva, która asystowała jej przy robieniu ogromnej ilości dżemów z sadu, który obficie owocował, była świadoma, że kredensy kuchenne były już tak zapełnione jak piwnica na węgiel zanim jeszcze zaczęła robić zapasy z martwych wołów. Następnie był duży kredens pod schodami, ale i on nie mógł być jaskinią skarbów, bo pełen był pudeł i zasłon i dywanów i wszelkiego śmiecia, z którym Elizabeth nijak nie umiała się rozstać. Miała jeszcze wielkie szafy w sypialni i wolnych pokojach przepełnione zalatującymi pleśnią ubraniami, ale poza nimi w domu nie było praktycznie już żadnego innego schowka o którym widziałaby Diva, więc ucisnęła dłońmi skronie, by pomóc sobie w zlokalizowaniu tego magazynu.
Diva nagle podskoczyła z radosnym piskiem odkrywcy i w podnieceniu ciachnęła nożyczkami tak na oślep, że przecięła na pół różyczkę, nad którą akurat pracowała. Był jeszcze jeden kredens, największy i najlepszy z wszystkich i najbardziej sekretny i najbardziej dyskretny. Osadzony był w ścianie pokoju ogrodowego i ukryty za półkami fałszywej biblioteczki, w której znajdowały się tylko atrapy książek, tylko grzbiety z tytułami, jakich nigdy nie nosiłaby żadna szanująca się książka. Było tam dwanaście tomów „Cudów natury” i półka pełna „Eleganckich cytatów,” trzy tomy zatytułowane po prostu „Wiersze,” były „Komentarze,””Podróże” i „Astronomia” a najniższa i najwyższa półka pełne były „Muzyki.” Przed tą fałszywą skarbnicą wiedzy zwykle stawiano stół do gry w karty i dopiero co w ubiegłym tygodniu, kiedy Elizabeth wyszła żeby zdjąć rękawice ogrodowe, Diva od niechcenia węsząc po pokoju zauważyła skromny zatrzask wkręcony w drewno. A więc bez wątpienia to biblioteczka była drzwiami do szafy z zapasami i z przebłyskiem intuicji, którą trudno było nazwać domysłem, Diva uświadomiła sobie, że prawidłowo wytypowała miejsce ukrycia niegodziwego skarbu. Pozostawało tylko sprawdzić swoje wnioski i jeśli się uda, zdemaskować go w okolicznościach publicznej niesławy. Nie spieszyła się: mogła poczekać wiedząc, że według wszelkiego prawdopodobieństwa codziennie będzie tam przybywać przeklętej zawartości. Któregoś dnia gdy będą grali w brydża i stół do kart zostanie wniesiony, w jakimś robrze kiedy ona sama będzie dziadkiem, a Elizabeth zachłannie będzie rozgrywać rozdanie, ona w tajemnicy i przypadkowo naciśnie zatrzask, który jej ostry wzrok tak opatrznościowo przed nią odsłonił…
Znowu zaatakowała perkalowe zasłony z wyostrzonym apetytem na różowe pączki kwiatów. Kolejna godzina pracy powinna dać jej wystarczającą ilość i jeśli tylko farbiarz nie był tak perfidny jak Elizabeth, jej nowy fioletowy żakiet i spódnica na dniach powinny wrócić z farbowania. Dwa dni ciężkiej pracy wystarczą dla tak zdolnej szwaczki jak ona by wykonać te oryginalne ozdoby.
W międzyczasie, bo Diva nigdy nie próżnowała, a teraz zajmowała się głównie strojami, wydobyła pewien amerykański żurnal. Był w nim opis sukni koktajlowej noszonej przez panią Tytusową W. Trout której wykonanie z jej zdolnościami krawieckimi nie powinno być trudne. W każdym razie spróbuje, a jeśli okaże się, że zadanie przerasta jej siły, co trudniejsze części powierzy tej małej krawcowej, którą najmowała Elizabeth i która zdecydowanie miała talent. Suknia była tak wspaniale śmiała, że bała się kogokolwiek dopuścić do tajemnicy aby ta nie wyciekła – bo Tilling był siedliskiem plotek - żadnej aluzji czy sugestii. Błękit zimorodka! Na samą myśl o tych bogatych sylabach ślinka napływała jej do ust.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 06 Kwi, 2025 20:16

O jasny gwint :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: !!! Hiroszima przy tym tutaj tutaj to będzie pikuś normalnie :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Nie 06 Kwi, 2025 21:44

Widziałaś, jakie piętrowe dramy tu się szykują? :excited: :rotfl: :paddotylu:

Dobrze, zmierzajmy ku temu, pochodźmy trochę z panną Mapp i zwiedźmy nową pracownię Irene (trzymałam się za brzuch ze śmiechu przy opisie tej wizyty).


Przez cały następny ranek panna Mapp była tak gorączkowo zajęta przyszywaniem maków do dołu sukienki koloru dojrzałej pszenicy, że bardzo mało uwagi zwracała na działania i czynności rozpoczynające dzień, dotyczące świata w ogólności, a majora Benjy w szczególności. Po tym, jak wczoraj wcześnie położył się spać, można było przypuszczać, że pewnie wstał z kurami i kiedy między dziesiątą trzydzieści a jedenastą jego donośne „Qui-hi!” wpadło przez jej otwarte okno, szok jakiego doznała przerwał na moment jej kwiatowe rękodzieło. Z pewnością dziwne było, że skoro poszedł do łóżka tak wcześniej wczoraj wieczorem, to domaga się owsianki dopiero teraz, ale wiedziona impulsem niezwykłego optymizmu uznała, że jeszcze przed śniadaniem pracował nad dziennikami i przez to absorbujące zajęcie zapomniał, jak późno się zrobiło. Takie na pewno było wyjaśnienie, choć miło byłoby wiedzieć na pewno, gdyby informacja ta miała zapaść w jej pamięć… Kiedy pracowała (układając usta w wyszukany sposób przy wymawianiu poszczególnych sylab), w milczeniu ćwiczyła słowa „major Benjy.” Czasami w chwilach galanterii nazywał ją „panną Elizabeth,” a ona miała zamiar, gdy już się do tego przyzwyczai przez częste ćwiczenie, powiedzieć do niego „Majorze Benjy” przez przypadek, a on wtedy bez wątpienia będzie ją błagał, żeby z tego przejęzyczenia uczyniła zwyczaj… „Przejęzyczenie” skojarzyło jej się z językiem, a to powiodło do nowego strumienia myśli i na chwilę przerwała ona pracę, odciągnęła stolik karciany od udawanej biblioteczki, nacisnęła ukryty zatrzask i zajrzała do środka. Nadal jeszcze istniała możliwość podjęcia jakichś małych środków ostrożności przeciwko głodowi na skutek strajku węglowego, więc zrobiła przegląd swoich zasobów.
Nawet gdyby strajk miał potrwać dłużej, nie groził jej natychmiastowy brak produktów niezbędnych do życia, bo kredens aż błyszczał od puszek konserwowanego mięsa, a handlarz mąką przysłał jej całkiem sensowny worek. Ten z niejakim wysiłkiem umieściła na górnej półce kredensu zamiast pozostawić go na podłodze, bo Withers dała przekazała jej niemiłą plotkę o myszy, którą widziała Mary, i stojąc przed otwartą szafką pogrążyła się w myślach.
– Mysia znajdzie na podłodze tylko puszki – rozmyślała panna Mapp – i niech no popróbuje je pogryźć…
Kawy i herbaty było mnóstwo, słoje dżemów wypełniały kuchenne półki, a jako że tego ranka dołożyła rozsądny zapas suszonych owoców, nie było powodu, by patrzeć w przyszłość inaczej, jak z siłą ducha. Cieszyłaby się tym dalej, choć była bardzo zajęta, ale nie mogła przegapić porannej parady zakupów. Ciekawe – zastanawiała się – czy Diva będzie siedziała w oknie wycinając różyczki z perkalowych zasłon? Taka skrzętna, oszczędna dusza. Może jutro o tej porze Diva, patrząc przez okno, zobaczy, że ktoś inny był szybszy w skrzętności niż ona. Ale będzie zabawa!

Okno jadalni majora było otwarte i kiedy panna Mapp je mijała, nie mogła nie usłyszeć dochodzących ze środka głośnych, gniewnych uwag na temat jajek. Świadczyły one jasno, że major nadal siedział przy śniadaniu i jeśli pracował nad pamiętnikami o rześkich porannych godzinach i zapomniał o upływie czasu, znaczy to, że wczesne pobudki, mimo że wczoraj poszedł z kurami, nie służyły jego orientalnemu temperamentowi. Ale zmiana obyczajów jest powszechnie znana jako trudna i panna Mapp miała nadzieję, że za dzień lub dwa poczuje się on jak zupełnie inny człowiek. W dalszej części ulicy dziwaczna Irene leżakowała w drzwiach swojego nowego studia (przebudowanej powozowni), ubrana jak dżokej z papierosem w ustach.
– Czołem, Mapp – powiedziała. – Zajdź, rzuć okiem na moje nowe studio. Jeszcze go nie widziałaś. W przyszłym tygodniu urządzam parapetówkę – brydża!
Panna Mapp tysiąc razy próbowała udawać, że nie zwraca uwagi na tę obcesową i niegrzeczną „Mapp” wypowiadaną z takim brakiem szacunku. Ale nie odważyła się zrobić awantury takiej parodystce….
– Dzień dobry, kochanie – powiedziała przymilnie – To co, mogę rzucić okiem?
Wystrój pracowni był jeszcze bardziej wstrząsający niż można się było spodziewać. W kącie stał niemiecki piec z różowej porcelany, krokwie i dach były szkarłatne, ściany pomalowano temperą w kolor magenty, a podłoga była niebieska. W kącie stał pomarańczowy parawan ogromnych rozmiarów. Na ścianie wisiała próbka sztuki Irene, krzepka kobieta bez nawet sztuki ubrania, w której nie dało się nie rozpoznać Lucy; były także studia grubych nóg i obfitych pośladków, a na sztalugach stał obraz, ewidentnie dopiero malowany, który przedstawiał mężczyznę. Panna Mapp pospiesznie odwróciła od niego oczy.
– Ewa – powiedziała Irene wskazując wizerunek Lucy.
Panna Mapp oczywiście zgadła, że mężczyzna, który miał niemal taki sam kostium to Adam i odwróciła się do niego plecami.
– Co za pyszny pomysł ta niebieska podłoga, kochanie – powiedziała. – Jakaś ty oryginalna. I ten piękny szkarłatny sufit. Ale nie sądzisz, że te żywe kolory będą cię rozpraszać przy malowaniu?
– Ani trochę; stymulują wyczucie barw.
Panna Mapp odwróciła się w stronę parawanu
– Co za słodki wielki parawan – powiedziała.
– Owszem, ale nie wchodź za niego, Mapp – rzekła Irene – chyba że chcesz obejrzeć, jak mój model się rozbiera.
Panna Mapp odskoczyła gwałtownie jak od gniazda żmij i skupiła się na kilku studiach na ścianie, bo z zaczętego płótna na sztalugach wynikało bardziej niż prawdopodobnie, że za słodkim parawanem skrywa się Adam. I choć to samo w sobie było okropne, była świadoma palącej chęci dowiedzenia się, kim był ten Adam. Straszna była myśl ze jakiś mężczyzna w Tiling jest tak zdeprawowany, że staje tutaj odziany w tak niewiele….
Irene spacerowała za nią wzdłuż ścian.
– Studium Lucy – powiedziała.
– Widzę, moja droga – odrzekła panna Mapp. – Jak sprytnie, nogi i w ogóle! Ale kiedy urządzisz tego brydża, może niektóre pozakrywasz, albo odwrócisz do ściany? Bo inaczej będziemy gapić się na twoje obrazy zamiast skupiać na kartach. I jeśli zamierzasz zaprosić padre, to wiesz….
Zbliżyły się do kąta, w którym stał parawan, gdy jakieś poruszenie wyglądające, jakby ktoś szturchnął go łokciem sprawiło, że panna Mapp zawróciła. Parawan pacnął na ziemię i oto zaledwie jard od niej stał pan Hopkins, właściciel sklepu rybnego z góry ulicy. Panna Mapp nie raz i nie dwa ucinała sobie z nim miłą pogawędkę licząc na rabacik na flądry. Miał na sobie tylko skąpe kąpielówki…
– Jak tam Hopkins, gotowy? – spytała Irene. – Znasz pannę Mapp, prawda?
Panna Mapp nawet nie wyobrażała sobie, że Czas i Wieczność mogą pomieścić tak żenujący moment. Nie wiedziała gdzie oczy podziać, bo chciała patrzeć gdziekolwiek byle nie na Hopkinsa. Ale (gdziekolwiek by nie spojrzała) nie mogła nie zauważyć, że Hopkins podnosi wielkie nagie ramię i dotyka miejsca, gdzie znajdowała by się czapka, gdyby jakąś miał.
– Dzień dobry, panie Hopkins – powiedziała. – Cóż Irene droga, będę się zbierać, żebyś mogła zająć się swoją --- nie wiedziała nawet jak to nazwać --- pracą.
Wypadła z pokoju, który wydawał się być pełen nagich kończyn i czerwieńsza niż gotowany homar od pana Hopkinsa pognała w dół ulicą. Czuła, że nie będzie mogła już nigdy stanąć z nim twarzą w twarz, że będzie zmuszona zachodzić do sklepu rybnego na High Street, w którym zaopatrywała się Irene, kiedy przyjdzie jej ochota na rybę… W głowie jej huczało na myśl o bezczelności ludzi, a zwłaszcza kobiet. Jak Irene zabierała się do rozmów, które kończyły się – tym? Czy powiedziała po prostu do Hopkinsa pewnego ranka: „Może byś tak wpadł do mojego studia i zrzucił z siebie wszystko?” Gdyby Irene nie była tak świetną parodystką, panna Mapp czułaby się w obowiązku pójść prosto do padre i – odrzucając zawstydzenie – opowiedzieć mu całą tę smutną historię. Ale że o ty mowy być nie mogło, poszła prosto do Twenlowa i zamówiła cztery funty suszonych moreli.

c.d.n


Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 07 Kwi, 2025 10:15

Trzykrotka napisał/a:
Widziałaś, jakie piętrowe dramy tu się szykują? :excited: :rotfl: :paddotylu:

No dwa zimorodki to ja już nie wiem co będzie :excited: :excited: :excited:

O ja nie mogę :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: !

Trzykrotka - Pon 07 Kwi, 2025 14:27

No właśnie :banan_czerwony:
A przecież jeszcze są sukienki w perkalowe kwiatki. Pojedynek na modę lepszy niż przed fashion week w Milano :rotfl:

Trzykrotka - Pon 07 Kwi, 2025 23:20

Tamaro, rozsiądź się wygodnie - suknie w kwiaty wychodzą na ulice! :excited:


Rozdział czwarty

Farbiarz, jak podejrzewała Diva, okazał się perfidny i dopiero następnego ranka jej służąca przyniosła paczkę zawierającą żakiet i spódnicę planowanego kostiumu. Diva była już po zakupach, tak że nie miała już żadnych zajęć które mogłyby przeszkodzić jej w naszywaniu różowych pączków róż i miała nadzieję, że strój będzie gotowy na jutrzejsze przyjęcie brydżowe u Elizabeth, na które właśnie dostała zaproszenie. Postanowiła też dziś zjeść zimny lunch żeby i kucharka i pokojówka mogły poświęcić się szyciu.
Ona sama zajęła się żakietem i właśnie przyszywała pierwszą różyczkę do kołnierza gdy wyjrzała przez okno i to co zobaczyła sprawiło, że igła wypadła jej ze zdrętwiałej dłoni. Na chodniku biegnącym po przeciwnej stronie właśnie potknęła się Elizabeth. Miała na sobie sukienkę, którą Diva po krótkim namyśle sobie przypomniała: była to suknia koloru kukurydzy i żakiet, które nosiła ubiegłej wiosny. Ale kołnierz, mankiety, pasek i dół sukienki ozdobione były jaskrawymi, czerwonymi makami. W następnej chwili Diva przypomniała sobie narzutę, która kiedyś przykrywała sofę w pokoju ogrodowego.
Diva nie traciła czasu, natychmiast chwyciła za dzwonek. Musiała się upewnić.
– Janet – powiedziała. – Idź na High Street i przejdź się blisko panny Mapp. Przyjrzyj się uważnie jej sukience, sprawdź czy maki na niej są z perkalu.
Twarz Janet stężała.
– Ale proszę pani, ona tu nie wchodziła i… – zaczęła.
– Szybko! – powiedziała Diva pełnym napięcia głosem.
Diva obserwowała z okna jak Janet wyszła z domu, rozejrzała się na prawo i lewo, wypatrzyła obiekt i pomknęła na High Street na stopach równie szybkich jak jej pracodawczyni. Wróciła niemal bez tchu od szybkości i oburzenia.
– Tak, proszę pani – powiedziała. – To na sto procent jest perkal. Kwiatki są przyszyte, tak jak pani planowała zrobić. Och, proszę pani….
Janet tak bardzo wczuła się w rozmiary katastrofy, że aż głos jej się załamał.
– Co robimy, proszę pani? – spytała.
Diva przez chwilę nie odpowiadała, lecz siedziała z zamkniętymi oczami, pogrążona w głębokim skupieniu. Nie wymagało wielkiego myślenia stwierdzenie, jak bardzo niemożliwe było pojawienie się jutro w sukience, która wyglądałaby na zmałpowaną od stroju, w którym dziś całe Tilling zobaczy Elizabeth i w pierwszej chwili wydawało się, że nic się już nie da zrobić z tymi kunsztownie powycinanymi różyczkami; nie wchodziło w grę wykorzystanie ich w jakimś innym stroju, a przecież nie dało się ich wszyć z powrotem w zmasakrowane zasłony. Spojrzała na fioletową spódnicę i żakiet, które aż prosiły się o kwiaty, a potem spojrzała na Janet. Janet była niską, okrągłą osóbką, złośliwy los upodobnił ją do jej pracodawczyni…
Nagle w jej głowie rozbłysło światło, olśniewające i diaboliczne, a Diva zerwała się na równe nogi, oszołomiona wspaniałością pomysłu.
– Mój żakiet i spódnica są twoje, Janet – powiedziała. – Bierzcie się obie do roboty. Szybko, Obszyjcie je różami. Skończcie do wieczora. Załóż to jutro. Noś zawsze.
Zaśmiała się głośno i nawlokła igłę.
– O rany... proszę pani! – powiedziała Janet z zachwytem. – To dopiero będzie! I dziękuję, proszę pani!
– Róże, róże, wszędzie róże.
Diva nieco przekalkulowała wymaganą ilość i teraz okazało się, że róż wystarczy nie tylko do pokrycia kołnierza, mankietów i dołu spódnicy, ale i do zrobienia dodatkowej aplikacji w postaci pasa o sześć cali nad nim. Strój zapowiadał się na oryginalny i uroczy, ale i tak był jedynie jakąś parodią kostiumu Elizabeth, którym zwróciła dziś na siebie wielką uwagę podczas codziennej tury zakupów. Jutro założy go Janet i Janet (albo Diva nie znała się na ludziach) zachęci koleżanki, żeby poprosiły pracodawczynie o stare kawałki perkalu. Całkiem możliwe, że ozdoby z perkalu staną się krzykiem mody wśród służących z Tilling… To w jaki sposób Elizabeth wpadła na pomysł nie miało znaczenia, ale tak czy inaczej udławi się nim, gdy Diva z nią skończy. Oczywiście możliwe (wszystko na tym świecie jest możliwe), że wpadła na niego sama, ale Diva nie przyjmowała do wiadomości tak niewinnego wyjaśnienia. O wiele rozsądniej było przyjąć za pewnik, że odkryła plany Divy przy pomocy jakiegoś odrażającego szpiegowania. Źródła jej wiedzy wybada się później, ale obecnie sprawy róż dla Janet przyćmiły wszystko inne.
Zakupy panny Mapp tego dnia niezwykle się przedłużyły, bo najważniejszym było aby każda kobieta w Tilling obejrzała maki na tle koloru dojrzałej kukurydzy i wiedziała, że to ona nosiła tę sukienkę zanim Diva pojawi się w jakiejś marnej jej podróbce. Choć całkowity koszt jej dziennych zakupów nie przekroczył szylinga, wchodziła i wychodziła z zadziwiającej liczby sklepów wypytując o ceny dóbr od samochodów po wosk do pieczęci i często wracając (z pełnym uśmiechem i przeprosinami za własną głupotę), bo zapomniała, co jej powiedziano za pierwszym razem. Około południa była zadowolona, że prawie wszyscy, z jednym wyjątkiem, ją widzieli i że jej strój wzbudził głęboką zazdrość i gniewny podziw. Rękodzieło jej samej, Withers i Mary było tak zręczne, że była prawie pewna, że nikt nie miał zielonego pojęcia, jak dekoracja z maków została wykonana, bo Evie krążyła wokół niej w małych mysich kółeczkach mamrocząc do siebie: „Bardzo efektywny pomysł, czy to jest wplecione w tkaninę, Elizabeth? Ojej, ciekawe, gdzie mogłabym zdobyć coś takiego dla siebie,” a pani Poppit szła za nią przez całą ulicę z oczami przyklejonymi do dołu jej sukienki i kompletnie zaskoczoną miną. „Ale w końcu” jak słodko pomyślała Elizabeth „nawet odznaczeni Orderem Imperium Brytyjskiego nie mogą mieć wszystkiego.” Co do majora, to po prostu stanął jak wryty gdy wypadł z domu kiedy ona akurat przechodziła i powiedział coś bardzo pochlebnego i na miejscu. Nawet nieobecność tej jednej mieszkanki Tilling, drogiej Divy, nie wtrąciła fałszywej nuty do tego peanu tryumfu, bo panna Mapp była nawet zadowolona, że Diva jest zajęta w domu zdzierając palce do krwi nad przyszywaniem pączków róż i – jak zawsze – była doskonale bezbłędna w swoich przypuszczeniach. Ale droga Diva zobaczy jej kreację najpóźniej jutro po południu kiedy przyjdzie na przyjęcie. Może wtedy sama po raz pierwszy założy swoje róże i każdy będzie jej z przyjemnością żałował. Była to tak radosna myśl, że kiedy panna Mapp po swoich niekończących się zakupach wracała z prawie pustym koszykiem, minęła pana Hopkinsa stojącego przed swym sklepem, uśmiechnęła się do niego jak zawsze, choć nie mogła spojrzeć mu w oczy i usiłowała wyprzeć z pamięci to, jak wiele z niego wczoraj widziała. Może pomówi z nim jutro i stopniowo odbuduje dawne relacje, bo ceny w konkurencyjnym sklepie były równie wysokie, jak jakość ryb niska… Powiedziała sobie, że w ludzkiej skórze nie ma nic niemoralnego, jakkolwiek krępujące by to nie było.


c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 08 Kwi, 2025 08:23

Noooo, Diva mi zaimponowała, zemsta godna boginii będzie :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Trzykrotko, nie wiem jak Ci dziękować za tę cudną powieść, to jest mistrzostwo świata :kwiatek: :kwiatek: :kwiatek: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :serce: :serce: :serce:

Swoją drogą życie w Tilling to gorzej niż na froncie :lol: :paddotylu: :rotfl:
Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, co się stanie, gdy oba zimorodki spotkają się na tym samym przyjęciu :paddotylu: :excited:
A ziimorodka wyobrażam sobie mniej więcej tak, sama suknia błękitna, szarfa pomarańczowa i jeszcze dodadkowo też pomarańczowa szarfa na biodrach. Mam wątpliwości co do cekinów, bo to ma być suknia wizytowa raczej niż wieczorowa, ale jakieś aplikacje czy coś mogą być.

Trzykrotka - Wto 08 Kwi, 2025 23:32

O-o-o, rzeczywiście, ta sukienka to musiało być coś w tym stylu :excited: Czy dobrze pamiętam, że tam były jeszcze jakieś pomarańczowe wstawki na spódnicy? Ale tak czy inaczej, musiało to być coś w tym stylu.

Tamaro, nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że podzielasz mój zachwyt tym światkiem i tymi sprawami. Nosiłam się jak kura z jajem z propozycją opublikowania tutaj tego, co sobie tłumaczyłam dla własnej radości i nacieszyć się nie mogę teraz :hello:
Prawda, że Tilling jest równie bajeczny jak Riseholme? A nawet bardziej momentami.

Dobrze, zemsta Divy czeka! I już rysuje się kolejna afera... Kredens panny Mapp...


Wieczorem panna Mapp srodze się rozczarowała, choć poranny tryumf nieco złagodził to uczucie, bo okno majora Benjy’ego był rzęsiście oświetlone do późnej nocy, więc jasnym się stało, że nie jest zdolny dwa razy z rzędu oderwać się od swych dzienników, czy cokolwiek tam go zatrzymywało, i iść do łóżka o właściwej porze. Z kolei kapitan Puffin położył się wcześnie; w istocie musiał iść do łóżka nadzwyczaj wcześnie, bo o wpół do dziesiątej jego okno było już ciemne. Zaś dziś znów sytuacja się odmieniła i wydawało się, że major Benjy był tym „dobrym,” a kapitan Puffin tym „złym.” W sumie jakiś powód do wdzięczności był i dodając puszkę herbatników i dwa słoiki bulionu do swoich zapasów „na wszelki wypadek” pomyślała sceptycznie o rzymskich drogach. Pamiętniki to (być może) co innego, bo egoizm miał większą potęgę niż archeologia i ze swojej strony zaczęła nabierać przekonania, że „rzymskie drogi” oznaczały jakiś rodzaj napoju. Przykro jej było w to wierzyć, ale jej obowiązkiem było wierzyć w coś w tym rodzaju i naprawdę nie widziała, w co innego miałaby wierzyć. Nie posunęła się aż tak daleko, bo w myślach oskarżać go o pijaństwo, ale biorąc pod uwagę, jak zachłannie pochłaniał porzeczkowego foola, jasnym było, że nie odmawiał sobie alkoholu i zapewne podlewał nim obficie swoje rzymskie drogi. Zobaczyła to oczami żywej wyobraźni…
Panna Mapp otrząsnęła się z tych melancholijnych refleksji i podstawiła rękę w samą porę by uratować słoik bulionu postawiony przedtem na górnej półce przed workiem z mąką przed upadkiem na ziemię. Dzięki ostatnim dodatkom do swojej spiżarni, ułożenie tych wszystkich puszek, słoików i paczuszek wymagało nie lada zręczności i na chwilę oderwała myśl od pijaństwa kapitana Puffina i przeniosła ją na własne jedzenie. Dzięki uważnemu balansowaniu i dopasowaniu zdołała upchać wszystko z powrotem ekonomicznie wykorzystując każdy kawałek miejsca, by drzwiczki dały się zamknąć i dosunęła do nich z powrotem stolik karciany. Zrobiło się już późno i poszła do łóżka rzucając po drodze ciepłe spojrzenie na swe słodkie kwiaty śpiące w świetle księżyca. Salon kapitana Puffina był nadal rzęsiście oświetlonym a kiedy mu się przyglądała, ujrzała nawet jego cień z profilu przemieszczający się na tle rolety. Cienie to dziwaczne zjawisko – ona potrafiła rzucić na ścianę śliczny cień królika układając odpowiednio palce i kciuki – i z całą pewnością ten cień, na ile widziała przez ten ułamek chwili, wydawał się mieć duże wąsy. Nie mogła z tego wyciągnąć żadnego wniosku poza przypuszczeniem, że jak palce i kciuk stały się królikiem, tak nos zmienił się w wąsy, bo nie mógł ich przecież zapuścić od powrotu z golfa…



Następnego dnia wyszła na zakupy wcześnie, bo na przyjęcie trzeba było kupić trochę przysmaków, zwłaszcza pewne czekoladowe ciasteczka, które ostatnio odkryła, wyglądające niewinnie i niepozornie, ale w istocie tak treściwe i ciężkie że każdy, kto by się nimi poczęstował, nie mógłby już dokonać wielkiego spustoszenia w innych przekąskach. Oczywiście była dziś bardzo czujna, by było bardziej niż możliwe, że strój Divy jest już skończony i gotów do okazania. Nie wiedziała, jakiego ma być koloru, ale wielka ilość pączków róż sprawi, że nawet z daleka łatwo go będzie rozpoznać. Divy nie było dziś widać w oknie, więc najprawdopodobniej niedługo się spotkają.
Przechodząc przez High Street na jej dalszym końcu, ujrzała w oddali jasną plamę fioletu w bardzo obiecującym kształcie. Z pewnością miała różową lamówkę wokół spódnicy i różowy pas na kołnierzu i z całą pewnością pani Bartlett, rozpoznawalna po posuwistym, mysim chodzie, sunęła po jej fascynującym śladzie. Potem fioletowa plama zniknęła w sklepie, a panna Mapp, cała w makach i uśmiechach, ruszyła z koszykiem w górę ulicy. Wkrótce spotkała Evie, która, też cała w uśmiechach, wydawała się mieć dla niej jakąś wiadomość, ale wykrztusiła tylko „Widziałaś może…” wybuchnęła piskliwym, całkiem niewytłumaczalnym śmiechem i wśliznęła się w jakieś ciemne wejście. Chwilę potem fioletowa plama nagle wyszła ze sklepu i prawie się z zderzyły. Nie była to Diva, ale Janet Divy.
Szok był tak nieopisany, że uśmiech panny Mapp zastygł, można rzec, jak tknięty powiewem nagłego mrozu i nie zszedł stamtąd póki nie dotarła ona do ostrego zakrętu na końcu ulicy, gdzie oparła się ciężko o poręcz dysząc przez nos. Lekka jesienna mgła osnuwała kilometry mokradeł, ale słońce już ją spijało, obiecując Tilling kolejny złoty dzień. Rzeka pływowa wzbierała i jasna woda obmywała podstawy porośniętych torfem brzegów, które utrzymywały ją w ryzach. Za nią była stacja kolejki, w stronę której major Benjy i kapitan Puffin spieszyli by zdążyć na tramwaj, który miał ich zawieźć na pola golfowe. Widać było prostą drogę przez wrzosowiska i most kolejowy. Wszystko to trwało bezlitośnie niezmienne, a panna Mapp patrzyła tępo póki wściekłość nie zaczęła przywracać zwykłego biegu jej procesom myślowym.

Jeśli w annałach historycznych znalazłby się przykład podobnej zdrady i podłego knucia jakim odznaczał się spisek Divy, by ubrać Janet w perkalowe róże, panna Mapp chciałaby aby ktoś powiedział jej wyraźnie, co to było. Potrafiła prześledzić działanie podstępnego umysłu Divy z absolutną trafnością i gdyby wszyscy archaniołowie niebiescy zapewniali ją, że Diva od początku wycinała pączki róż dla Janet, wzgardziłaby nimi za jawne krzywoprzysięstwo. Diva wymyśliła i wykonała strój dla siebie tylko dlatego, że w swej pomysłowości (zainspirowanej dwiema różyczkami, które wyleciały przez okno) panna Mapp ją wyprzedziła, dokonała ona tej diabelskiej zemsty. Nie dało się już paradować po High Street całej w makach, kiedy pokojówka była równie wszechobecna w perkalowych różach, a nie miała pojęcia, co teraz zrobić z suknią wykonaną z taką złośliwą uciechą przez Withers, Mary i siebie nie miała pojęcia. Mogła równie dobrze oddać ją Withers, bo sama nie mogła jej już nosić, albo oderwać maki i zarzucić nimi całą High Street… Twarz panny Mapp zastygła znowu w nieruchomą maskę, bo oto Diva we własnej osobie sunęła właśnie w jej stronę.
Wydawało się, że Diva jej nie widzi, póki nie podeszła całkiem blisko.
– Cześć, Elizabeth – powiedziała. – Widziałaś gdzieś moją Janet?
– Nie – odrzekła panna Mapp.
Janet (bez wątpienia otrzymała co do tego instrukcje) wyskoczyła ze sklepu i podeszła do pracodawczyni.
– O, jest – powiedziała Diva. – Dobrze, Janet, wróć do domu. Ja załatwię resztę.
– Jaki piękny dzień – powiedziała panna Mapp zaczynając merdać ogonem. – Taki pogodny.
– Tak. Ładne przybranie z maków – odpowiedziała Diva. – Janet ma różyczki.
Tego było już za wiele.
– Divo, tego się po tobie nie spodziewałam – powiedziała panna Mapp drżącym głosem. – Zobaczyłaś wczoraj moją nową suknię i przepełniła cię złość i zazdrość, Divo, tylko dlatego, że ja tak samo jak ty wymyśliłam jak wykorzystać kwiaty ze starego perkalu i pierwsza się pokazałam. Szykowałaś ten fioletowy strój dla siebie – choć przyznaję, że na Janet pasuje doskonale – i zrobiłaś to tylko dlatego, że ja byłam pierwsza. Dałaś Janet ten strój żebym ja nie mogła ubierać się jak twoja pokojówka i naprawdę, masz czarne serce, Divo!
– Co za bzdury – powiedziała Diva twardo. – Serce czerwone jak u wszystkich innych, a gadanie o czarnych sercach jakoś nie przystoi tobie, Elizabeth. Wiedziałaś, że wycinam różyczki z zasłon…
Panna Mapp roześmiała się piskliwie.
– No cóż, jeśli widzę, że zdjęłaś swoje perkalowe zasłony – powiedziała wymawiając słowa z taką okropną wyrazistością, że pokazywała zęby mądrości, których Diva miała już tylko trzy – a różowe bukieciki róż wyfruwają z twojego okna na High Street, to nawet mój biedny rozumek, jakkolwiek mały by nie był, jest w stanie wyciągnąć wniosek, że wycinasz różyczki z zasłon. Twoje dobrze znane zamiłowanie do strojenia się robi resztę. Za pozwoleniem, Divo, zamierzam przy każdej okazji, łącznie z obecną, wyciągać dokładnie takie wnioski jakie mi się podobają.
– Ha! To stąd wzięłaś pomysł – powiedziała Diva. – Byłam pewna że mi go zwędziłaś.
– Zwędziłaś? – spytała panna Mapp z ironiczną ignorancją znajomości tego prostackiego i slangowego określenia.
– Zwędziłaś, czyli wzięłaś co nie twoje – rzekła Diva. – A nawet, gdybyś tylko zagrała w otwarte karty….
Panna Mapp, którą na chwilę zatkało, już żałowała, że dla ironii, z czystej dziecięcej radości wymknęło jej się, skąd wzięła pomysł na maki, ale że w kłótni żale są zbędne, kontynuowała.
– I czy zechciałabyś łaskawie wyjaśnić mi jak i kiedy nie grałam w otwarte karty? – spytała z wyszukaną grzecznością. – Czy też powinnam wiedzieć, że masz monopol na cięcie perkalowych zasłon do osobistego użytku, zagwarantowany aktem parlamentu?
– Dobrze wiedziałaś, że zamierzam uszyć sobie strój wizytowy z perkalowymi różyczkami – powiedziała Diva. – Ukradłaś mój pomysł. Pracowałaś dzień i noc żeby być pierwsza. To cała ty. Cios poniżej pasa.
– Ty zadałaś jeszcze gorszy oddając suknię Janet – powiedziała panna Mapp.
– Możesz swoją oddać Withers – odgryzła się Diva
– Wielcem zobowiązana, pani Plaistow – odparła panna Mapp.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 09 Kwi, 2025 08:29

Trzykrotka napisał/a:
jakieś pomarańczowe wstawki na spódnicy?

Chyba tak, może znajdę coś stosownego; ewentualnie pomarańczowe kliny albo godety w spódnicę wstawione.

Trzykrotka napisał/a:
Tamaro, nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że podzielasz mój zachwyt tym światkiem i tymi sprawami. Nosiłam się jak kura z jajem z propozycją opublikowania tutaj tego, co sobie tłumaczyłam dla własnej radości i nacieszyć się nie mogę teraz :hello:
Prawda, że Tilling jest równie bajeczny jak Riseholme? A nawet bardziej momentami.

A Ty nawet nie wiesz, jaką mi przeogromną radość tymi tłumaczeniami zrobiłaś, bo to jest coś tak absolutnie przecudownego, że po prostu rozpływam się w zachwycie :serce: :serce2: :serduszkate: jak strasznie brakuje mi tego typu literatury, gdzie nie ma dramatów, tylko codzienne drobne intrygi i śmiesznostki, takie zwykłe życie doprawione angielskim humorem, kocham to :serce2: :love_shower:


Uhuhuuu, wojna na całego :rotfl: :rotfl: :rotfl: :excited: :excited: :excited: :excited:

Trzykrotka - Czw 10 Kwi, 2025 08:28

Zemsta jest słodka, ale sukienki żal :mrgreen:

Diva przyglądała się postaci odchodzącej Janet i poczuła, że choć zemsta jest słodka, to jest też dziwnie kosztowna, bo poświęciła na jej płonącym ołtarzu jedną ze swych najbardziej olśniewających kreacj. Teraz, gdy zemsta się dokonała, pożałowała głęboko tej sukienki. Serce panny Mapp również przeżywało katusze: zemsta była i jej udziałem (zemsta na Divie za to, że istnieje) ale to potworne kontruderzenie sprawiło, że już nigdy nie zazna radości założenia tej sukni, bo nie może przecież ubierać się jak służąca. I tym sposobem każda z nich kompletnie zniszczyła drugą, jak dwa pociągi ekspresowe zderzające się przy maksymalnej szybkości, a ponieważ kłótnia najwyraźniej osiągnęła już swój szczyt, nie było już radości oczekiwania na jej ciąg dalszy, a zostało tylko smętne zadanie policzenia trupów. Zamilkły więc na chwilę, oddychając szybko i drżąc i obie szukały jakiejś drogi odwrotu. Poza tym dziś panna Mapp wydawała przyjęcie z brydżem i jeśliby teraz rozstały się w tym punkcie maksymalnego napięcia, Diva mogłaby nie przyjść, odbierając sobie przyjemność gry, ale i niszcząc gospodyni jeden komplet graczy. Żadna z nich nie miała zamiaru klócić się z drugą na wieki, bo gdyby tak postępowano w Tilling, to za dzień lub dwa nikt nie rozmawialby już z nikim i (co jeszcze gorsze) nie byłoby nowych kłótni z nikim, bo bez słów nie da się tego przeprowadzić. Mogą być pieśni bez słów, jak udowodnił to Mendelssohn, ale nie awantury bez słów. Ale jaki sposób zastosować by przejść ten śmiertleny antagonizm? Diva zapatrzyła się na mokradła. Desperacko pragnęła odzyskać suknię w różyczki i wiedziała, że Elizabeth równie mocno pożąda dalszego noszenia sukni w maki. Być mogę pogodna, rozległa równina poniżej wzbudziła w niej nienawiść do małostkowości. Gdyby złożyła propozycję, którą jej wrogini – była tego pewna – przyjmie, nie utraciłaby ani krzty godności, okazalaby po prostu ducha chrześcijańskiego i dała przykład Elżbiecie, by ta wykonała pierwszy krok. O Janet nie myślała.
– Jeśli jesteś w stanie posłuchać głosu rozsądku, Elizabeth… – zaczęła.
Panna Mapp odetchnęła z ulgą. Diva coś wymyśliła. Przełknęła obelgę jednym haustem.
– Tak, kochanie – odpowiedziała.
– Mam taki pomysł. Ja odbiorę suknię Janet i sama będę ją nosić. Wtedy ty możesz nosić swoją. Za ładne dla służących. Co powiesz?
Niebiańska jasność rozlała się na twarzy panny Mapp.
– Och, jak cudownie że o tym pomyślałaś, Divo – powiedziała. – Ale co powiemy wszystkim?
Diva obstawała przy swoich prawach. Boła owszem chrześcijanką, ale przede wszystkim człowiekiem.
– Powiemy, że ja wymyśliłam wycinanki z perkalu i ci powiedziałam – rzekła.
– Tak, kochanie – rzekła Elizabeth. – Pięknie, zgadzam się. Ale biedna Janet!
– Dam jej coś ze swoich starszych rzeczy – powiedziała Diva. – Dobra dziewczyna, ta Janet. Chce, żebym wygrała.
– A że widziano ją w tym stroju?
– Mówmy, że nigdy go nie nosiła. Mówmy, że zwariowali – odpowiedziała Diva.
Panna Mapp uznała, że lepiej tu się zatrzymać, zanim zacznie destylować wszelkie kwasy, jakie zdążyły narosnąć w jej płodnym umyśle. Mogła na przykład potaknąć, że to bardzo prawdopodobne, że Janet została wzięta za swoją pracodawczynię…
– To au reservoir, moja droga – rzekła czule. – Widzimy się koło szesnastej? Założysz swoją piękną suknię w różyczki?
Zgodzono się i na to i Diva poszła do domu odebrać ją Janet.

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 10 Kwi, 2025 13:27

O jakie boskie rozwiązanie :serce: :serce: :serce2: :serce2: :love_shower: :love_shower: :love_shower: normalnie jestem zachwycona :serduszkate: :love_shower:
No ale
Trzykrotka napisał/a:
Żadna z nich nie miała zamiaru klócić się z drugą na wieki, bo gdyby tak postępowano w Tilling, to za dzień lub dwa nikt nie rozmawialby już z nikim i (co jeszcze gorsze) nie byłoby nowych kłótni z nikim, bo bez słów nie da się tego przeprowadzić.

I to jest argument,któremu nikt rozsądny nie zdoła sie oprzeć :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Trzykrotka - Czw 10 Kwi, 2025 14:16

Otóż to! Na tej zasadzie funkcjonowało całe Tilling :mrgreen:
Tamara - Czw 10 Kwi, 2025 17:16

Nie przeżyłabym tam nawet tygodnia :paddotylu: :rotfl: Myślałam, że Riseholme było straszne, ale tam to Eden w porównaniu z Tilling :rotfl:

Swoją drogą - jak ja im zazdroszczę, że takie zmartwienia stanowiły istotę ich życia, ech....

Tamara - Czw 10 Kwi, 2025 17:38

A może zimorodek to byłoby coś takiego, gładki materiał błękitny, a te plisowanki fruwające pomarańczowe ? Może też być bez rrkawów albo z krótkimi :mysle:
Trzykrotka - Pią 11 Kwi, 2025 09:23

A pewnie! Nie dałoby się żyć na ciągłym celowniku tak zwanych przyjaciół. Żeby to choć życzliwych. To jednak całkiem inny świat, bez pracy zawodowej, ale i bez zapełniaczy i stymulantów w postaci telewizji i internetu. Jedyna rozrywka to podglądanie sąsiadów, jedyna podnieta - wojny podjazdowe z koleżankami :paddotylu:


O tak, dół sukni zimorodkowej musiał mieć coś w tym stylu. Podejrzewam, że wyżej było jak w pierwszym projekcie, z lekki podrzuceniem na biodrach Pan Benson, jak to mężczyzna, podał skąpe informacje na ten temat.

Skoro sprawa sukienek w róże i w maki załatwiona, lecimy ku następnej aferze :banan: Nie ma lekko!

Pojednanie ograniczało się oczywiście ściśle do spraw związanych z perkalem i nie obejmowało takich nadzwyczajnych tematów jak strajk węglowy czy gromadzenie nadmiernych zapasów i nawet w pierwszych olśniewających chwilach odnowienia życzliwości Diva już zastanawiała się, czy tego popołudnia będzie miała okazję sprawdzić prawdziwość swoich podejrzeń odnośnie kredensu w pokoju ogrodowym. Choć wysilała pamięć jak mogła, nie umiała wymyślić innego cache mogącego pomieścić ogromną ilość zaopatrzenia, jakie Elizabeth z pewnością zachomikowała i az się paliła żeby problem zweryfikować w praktyce. Puszki peklowanej wołowiny Elizabeth mogła psią metodą zakopać w ogrodzie, ale przecież kompulsywny zbieracz nie ogranicza się do puszkowanych dóbr. Nie; gdzieś tam był kredens gotów zapełnić się dodatkowymi stertami jedzenia…
Diva z rozmysłem przyszła o kwadrans przed czasem i została zaprowadzona przez Withers do pokoju w ogrodzie, gdzie wszystko było gotowe do podania herbaty i dwa stoły karciane czekały w gotowości. Była oczywiście pierwszą z gości, i kiedy tylko Withers wyszła by powiadomić panią o jej przybyciu, Diva zakradła się do kredensu od którego odsunięto stolik karciany, czując czystą radość jakiejś romantycznej łowczyni skrabów. Znalazła zatrzask, nacisnęła go, pociągnęła za drzwiczki i oto cała ta przeklęta obfitość rozkwitła przed jej zachwyconym wzrokiem. Półkę po półce zapełniały produkty spożywcze; były tam puszki wołowiny i ozora (to już wiedziała), był worek mąki, były tuby herbatników Bath Oliver, butle bulionu, skondensowany plon dojenia tysiąca szwajcarskich krów, słoje suszonych śliwek… Wszystko to stało w pierwszym rzędzie, równo z drzwiczkami, a kto wiedział, co kryło się dalej w głębinach kredensu? Podczas, gdy pasła oczy tym niewiarygodnym bogactwem, jakaś paczuszka na górnej półce zachwiała się i przewrócila, a Diva zdążyła tylko trzasnąć na powrót drzwiczkami, żeby nie wypadła ona na podłogę. Ale to przemieszczenie uniemożliwiło szczelne zamknięcie i Diva, choć pchała i napierała, nie mogła należycie wcisnąć zatrzasku, a jedynym rezultatem jej wysiłków i wydatkowania energii było wywołanie wewnątrz stłumionej eksplozji, takiej właśnie, jakby pękł jakiś karton. Ten mentalny obraz był tak żywy w jej rozgorączkowanej wyobraźni, że niemal się zmaterializował. Po wybuchu nastąpiło kilka słabych stuknięć w Eleganckie wypisy i Astronomię.
Diva zaczerwieniła się jak burak i mruknęła „A niech to.” Nie odważyła się ponownie otworzyć drzwiczek by wepchąć rzeczy głębiej ze strachu przed niekontrolowanym wysypem dóbr z kredensu. W jego pojemnych głębiach najwyraźniej została zaburzona jakaś delikatna równowaga i bez zaglądania nie dało się stwierdzić, jak bardzo. A żeby zajrzeć, trzeba by otworzyć znów drzwiczki… Na szczęście nacisk na nie nie był na tyle potężny żeby otwarły się na oścież, więc najlepsze co mogła zrobić to zostawić je uchylone, z nadzieją za zachowanie w środku chwilowego spokoju. Jednocześnie usłyszała kroki panny Mapp i miała ledwie tyle czasu by odskoczyć jak szybko zdołała na swych wirujących stopach pod okno, gdzie stanęła wyglądając na zewnątrz i udając nieświadomą przybycia gospodyni.
– Divo droga, jak to miło, że przyszłaś tak wcześnie! – powiedziała. – Pogawędzimy sobie troszeczkę zanim nadejdą inni.
Diva drgnęła zaskoczona i odwróciła się od okna.
– Czołem! – rzekła – Nie słyszałam cię. Jak widzisz, odzyskałam suknię Janet.
(„Czemu ona jest taka czerwona na twarzy?” pomyślała panna Mapp.)
– Widzę, kochana – powiedziała. – Śliczny ogród różany. Jak ci w niej ładnie, moja droga! Janet się nie sprzeciwiała?
– Nie. Ma obiecaną nową suknię na święta.
– Będzie miała piękny prezent – powiedziała Elizabeth z entuzjazmem. – Skoczymy do ogrodu póki goście nie przyjdą?
Diva była szczęśliwa mogąc skoczyć do ogrodu jak najdalej od kredensu, bo choć planowała ujawnienie chomiczych zapasów Elizabeth i bardzo na to czekała, nie chciała aby nastapiło to – jak prawdopodobnie się stanie – w huku puszek i brzęku tłukących się butelek bulionu. Zamierzała otworzyć drzwiczki zupełnie od niechcenia i niewinnie w czasie gdy będzie dziadkiem żeby każdy mógł przysiąc, że stało się to przypadkiem, a myszkowanie w kredensie pod nieobecność Elizabeth było – jak nie patrzeć – podejrzanie zbyt profesjonalne jak na zwykłą działalność detektywistyczną w Tilling. Ale cóż – bomba została odbezpieczona i prędzej czy później musi wybuchnąć. Kiedy wychodziły aby napawać się słodkimi kwiatami Elizabeth, aż do przybycia reszty gości zastanawiała się w duchu, jak wielki wodospad zostanie uwolniony. Nie żałowała, że podjęła poszukiwania, wręcz przeciwnie, ale jej przyjemne oczekiwanie zostało zmącone przez napięcie.
Panna Mapp miała taki kłopot ze znalezieniem ósemki graczy na dziś, że odstąpiła od pryncypiów i zaprosiła zarówno panią Poppit jak i Isabel, które wraz z Divą, dwójką Bartlettów, majorem i kapitanem stanowiły komplet gości. Kiedy tylko zjawiła się pani Poppit, panna Mapp znienawidziła ją bardziej niż dotychczas, bo założyła ona okulary i zaczęła robić mentorskie uwagi na temat ogrodu, którego dotąd nie dane jej było zobaczyć.
– Ma pani ładny mały ogródek, panno Mapp – powiedziała, – choć, prawdę powiedziawszy, z tego, co pani o nim opowiadała, myślałam, że jest większy. Ojej, pani róże marnie wyglądają.. Pewnie to stare rośliny wymagające odnowienia. Proszę mi przysłać pani ogrodnika – trzyma pani ogrodnika? – a podaruję pani z tuzin zdrowych, młodych krzewów.
Panna Mapp zwilżyła suche usta. Owszem, trzymała ogrodnika – przez dwa dni w tygodniu.
– To miło z pani strony – powiedziała – ale różana rabata jest nietykalna, pani Poppit. Żaden żywotny młody krzak na świecie mnie nie skusi. To „rabata przyjaciół.” Moje krzewy otrzymałam właśnie od nich.
Pani Poppit przeniosła spojrzenie na glicynię, która pięła się nad wejściem do pokoju w ogrodzie. Pomyślała, że niektórzy z tych drogich przyjaciół mieli po sto lat.
– Pani glicynia domaga się przycięcia – powiedziała ze smutkiem. – Pani ogrodnik nie zna się na glicyniach. A ten kąt jest – muszę stwierdzić - wprost stworzony dla fuksji. Powinna pani posadzić tu z zagon fuksji.
Panna Mapp roześmiała się.
- Och, proszę mi wybaczyć – powiedziała rzucając spojrzenie na brokatowy jedwab spowijający panią Poppit. – Nie mogę znieść fuksji. Zawsze kojarzą mi się z przesadnie wystrojonymi kobietami. O, jest wielebny Bartlett. Co słychać, padre? I droga Evie.
Droga Evie stała zafascynowana suknią Divy.
- Jakie śliczne pączki róż – mamrotała. – Co za cudowny odcień fioletu. I maki Elizabeth także, ależ z was para. Ale z pewnością, Divo, widziałam twoją dobrą Janet w podobnej sukience i pomyślałam wtedy, jakie do dziwne….
- Jeśli dziś rano widziałaś Janet – powiedziała Diva stanowczo – to na pewno w jej codziennej sukience.
- Jest i major Benjy – powiedziała panna Mapp, której poprzedniego dnia już wymknęło się jego imię nadane na chrzcie i została jak należy poproszona, żeby wymykało się jej nadal – i kapitan Puffin. To bardzo miło. Może przejdziemy do mojej ogrodowej szopy, droga pani Poppit i napijemy się herbaty?
Major Flint jeszcze trochę utykał, bo jego dzisiejsza gra w golfa przypominała raczej ogrodnictwo i pokuśtykał po schodach za paniami, z za nim podążał jego mały koleżka – marynarz opowiadając padre jak on sam grał źle, ale z powodzeniem.
- Najprzyjemniejszy pokój w całym Tilling, zawsze to powtarzam, panno Elizabeth – powiedział, zwracając myśli od dołków ku wróżkom.
- Mój drogi, malutki pokoik – powiedziała panna Mapp wiedząc, że jest znacznie większy niż jakikolwiek w domu pani Poppit. – Taki ciasny!
- Och, całkiem niezły pokoik – powiedziała krzepiąco pani Poppit. – Mniej więcej o takich proporcjach, choć na o wiele mniejszą skalę, jak sala tronowa w pałacu Buckingham.
- Ta piękna sala tronowa! – wykrzyknęła panna Mapp. – Herbaty, droga pani Poppit? Nic w rodzaju niegrzecznego porzeczkowego foola, niestety. I ciasteczko czekoladowe?
Te treściwe ciasteczka czekoladowe wkrótce spełniły swoje zadanie zapychające i wkrótce najedzeni goście Elizabeth porzucili stolik z herbatą. Diva szczęśliwie w porę przypomniała sobie o ich właściwościach i zamiast nich niemal samodzielnie wyczyściła talerz przekąsek, które gospodyni miała nadzieję zachować jako uzupełnienie deseru po kolacji i nadal była nimi mocno zajęta gdy rozpoczął się ogólny ruch w kierunku dwóch stolików do brydża. Pani Poppit, wciąż w okularach, z podążającą za nią Isabel, nadal robiła obchód pokoju na wypadek – jak uznała panna Mapp – gdyby miała go już więcej nie zobaczyć i oceniała jakość dywanu, zasłon, obić meblowych z miną niezdecydowanej nabywczyni.
– I całkiem ładny zbiór książek, jak widzę – zauważyła podchodząc do feralnego kredensu. – Spójrz Isabel, ile książek. Jednak są jakieś dziwne, wątpię, żeby były prawdziwe.
Wyciągnęła rękę i pociągnęła za jeden z tomów Eleganckich wypisów. Drzwiczki otwarły się z rozmachem i dobiegł zza nich odgłos grzechotania, stukania, brzęczenia. Coś ciężkiego i miękkiego tąpnęło o podłogę i uniosła się znad niego chmura mącznego pyłu. Butla bulionu wpadła w sam środek bez szwanku, a puszka herbatników Bath Oliver utworzyła spiczasty tatuaż na puszce peklowanej wołowiny. Niezliczone suszone morele z rozerwanej paczki latały wokół jak szrapnele i uderzały w puszki. Słój suszonych śliwek którego upadek zamortyzowała mąka, potoczył się wesoło na środek pokoju.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 11 Kwi, 2025 12:59

Trzykrotka napisał/a:
Jedyna rozrywka to podglądanie sąsiadów, jedyna podnieta - wojny podjazdowe z koleżankami :paddotylu:

Przy braku odpowiednich zasobów wewnętrznych tak jest :wink:

Trzykrotka napisał/a:
dół sukni zimorodkowej musiał mieć coś w tym stylu. Podejrzewam, że wyżej było jak w pierwszym projekcie, z lekki podrzuceniem na biodrach

Tak, to musiał być taki miks , niestety na razie nie znalazłam odpowiednika w naturze :wink:

Ojojojoooooooooj :paddotylu: :zalamka: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ciekawe jak droga Elżbieta się z tego wyplącze :angeldevil: i tyle zapasów zmarnowane :dramasmiley:

Trzykrotka - Sob 12 Kwi, 2025 23:41

Elizabeth i jej tłumaczenie naprędce, oraz reszta uroczego przyjęcia :mrgreen:

Rumor ustał i nastała kompletna cisza. Padre zdążył powiedzieć „Cóż to za dziwy?” w trakcie tumultu, ale jego głos zagłuszył grzechot suszonych moreli. Członkini M.B.E wyszła spomiędzy otaczających ją wiktuałów i przyjrzała im się przez okulary. Diva wepchnęła do ust ostatniego biszkopta i przełknęła go z największą szybkością. Jak powiedziała panna Rossetti: nadeszły urodziny jej życia.
– Elizabeth kochana! – wykrzyknęła – Co za nieszczęście! Cały twój malutki składzik na wypadek strajku węglowego. Pomogę ci zbierać. Chyba nic się nie potłukło. Prawda, jakie to szczęście?
Evie pospieszyła do przodu.
– Ile dobroci – powiedziała szybko i niemal bez tchu. – Mięso w puszkach i bulion i śliwki i ile moreli. Pozwól, że pomogę w zbieraniu i po małym odkurzeniu… Ojej, co za głęboki kredens i jaka ilość wszelkich dóbr.
Panna Mapp miała niewątpliwie ciąg niefortunnych wypadków. Goły pan Hopkins, sukienka Janet i ujawnienie przed światem jej składu zapasów – życie wydawało się składać z całej serii krępujących sytuacji i upokorzeń. Nie miała bladego pojęcia jak na miłość boską zatrzask mógł się odpiąć, ale jeśli chciała obwiniać kogoś o nieczystą grę, musiała dojść do wniosku, że to pani Poppit z jej ruchliwymi rękami musiała go przypadkowo przycisnąć. I to oczywiście była cała Diva, żeby przerwać ciszę paskudnymi aluzjami do gromadzenia zapasów! Gorzko żałowała, że w ogóle wtedy poruszyła ten temat, zamiast z przyjemnością gromadzić zapasy i nie rozgłaszać wszem i wobec, że niczego takiego nie robi. Ale nie czas na lamenty, więc pohamowała naturalny odruch, żeby rzucić się na panią Poppit z pazurami, wykazała się genialną pomysłowością i opanowaniem. Choć wiedziała, że nikogo nie oszuka, wszyscy musieli udawać, że jej wierzą.
– Och, moje biedne małe prezenty świąteczne dla ubogich parafian, padre – powiedziała. – Zobaczyłeś je przed czasem i musisz koniecznie o tym zapomnieć. Na szczęście nic się nie uszkodziło, może jedna czy dwie morele. Withers je pozbiera, a my chodźmy na brydża.
Withers weszła w tej chwili do pokoju żeby posprzątać po herbacie i panna Mapp od nowa wszystko jej wyjaśniła.
– Wszystkie nasze małe prezenty świąteczne się posypały, Withers – powiedziała. – Mogłabyś włożyć ile zdołasz z powrotem do kredensu, a resztę zabrać do kuchni? Nie podepczcie moreli.
Trudno było tego dokonać, bo morele były wszędzie, a ich kolor zlewał się doskonale z kolorem dywanu. Sama panna Mapp wdepnęła już w dwie i nie mogła się pozbyć ich natrętnej lepkości spod obcasa. Prawdę powiedziawszy, przez kilka następnych minut trzeba było szufli do węgla żeby je pousuwać z podeszew, a pojemnik na miał zapełnił się ich szczątkami… Goście wyraźnie byli zamyśleni dzieląc się na dwa stoły, bo każdy z nich usiłował przyswoić sobie zaskakującą supozycję, że panna Mapp w połowie września zapełniła kredens prezentami na Boże Narodzenie w ilości przekraczającej wszelkie wyobrażenie. Wyczyn ten wymagał przemyślenia, wymagał wiary tak dziecięcej, że graniczącej z imbecylizmem. Rozmowa podczas rozdawania kart miała niezręczną tendencję do skręcania w stronę strajku. Ilekroć zaś tam skręcała, gwałtownie zmieniano temat, jakby istniał jakiś nieczysty powód, by tak naturalnego tematu nie poruszać. Zajmował on wszystkich, ale jak słusznie uważano, najbardziej zajmował pannę Mapp.

Koniec rozdziału czwartego

c.d.n
tłum. Trzykrotka

Trzykrotka - Nie 13 Kwi, 2025 13:43

Zrobiłam krótki odcinek, bo teraz to dopiero będzie afera! Na kilka rozdziałów, z Marynarką, Flotą i panną Mapp w roli głównej. Zacznijmy więc od świeżej kartki :kwiatek:
Tamara - Pon 14 Kwi, 2025 09:30

Nooo, tu droga Elżbieta mnie zaimponowała w tej chwili :lol: :oklaski: refleks ma jak pilot myśliwca słowo daję :oklaski: :oklaski: :oklaski:
Wyobrażam sobie ten dywan pokryty rozdeptanymi morelami i naprawdę współczuję :paddotylu:

Oczekuję grzecznie, acz z niecierpliwością :flirtuje1: :mrgreen:

Trzykrotka - Pon 14 Kwi, 2025 19:46

Wykazała się refleksem, choć sytuacja była z tych najbardziej żenujących na świecie, bo ona wiedziała, że oni wiedzą, a oni wiedzieli, że ona wie, że wiedzą.... :mrgreen:
Zwróciłaś uwagę, jaki był według niej najbardziej NATURALNY odruch w tej chwili? Wydrapać oczy pani Poppit - cała Elżbieta, cała ona :rotfl:

OK, zajrzyjmy do naszych dzielnych wojaków na emeryturze :kwiatek:

Rozdział piąty

Przyszła kolej majora na podjęcie przyjaciela i około dziewiątej trzydzieści pewnego mokrego październikowego wieczoru on i Puffin siedzieli przy kominku w pokoju dzienników, podczas gdy deszcz łomotał w okna, a wichura kłębiąca się i świszcząca wokół domu od czasu do czasu wpychała do środka kłąb gryzącego dymu. Puffin dla podtrzymania fikcji o rzymskich drogach przyniósł ze sobą mapę obszaru w pobliżu swojego domu, ale istotniejszą częścią wyposażenia na ten pracowity wieczór była butelka whisky. Początkowo na te przyjemne spotkania gospodarz zapewniał whisky dla siebie i gościa, ale ten plan miał niewątpliwe mankamenty, bo gość zawsze dziwnym trafem zjawiał się bardzo spragniony, co zmuszało gospodarza do dotrzymywania mu kroku, a kiedy każdy z nich pił na własny rachunek, oszczędność i wstrzemięźliwość miały większe szanse zaistnienia. Poza tym, podczas gdy major lubił mocne, małe dawki w małej szklaneczce, Puffin swoje mieszał z cytryną i cukrem w dużej, więc nikt tak naprawdę nie mógł stwierdzić, czy podczas spotkań urzeczywistnia się równość i braterstwo. Ale jeśli każdy miał własną butelkę…
To był bardzo męczący dzień i major mocno kulał. Podczas rozgrywki nadeszła ulewa i złapała ich gdy byli daleko od budynku klubu, a Puffin, lepszy o trzy dołki, odmówił, co zrozumiałe, pójścia za sugestią przeciwnika i odwołania meczu. Pragnął wygrać swoją półkoronówkę i dopiero wtedy pójść do domu, ale major Flint, pamiętając, że podczas deszczu gra Puffina zwykle się sypie, odrzucił tę propozycję z pogardą na jaką zasługiwała. Były też inne niemiłe incydenty. Jego kij mokry od deszczu wyśliznął się przy dwunastym dołku z rąk majora, wystrzelił jak z procy i wylądował w kałuży słonawej wody morskiej pozostawionej przez wyjątkowo wysoki przypływ. Piłka poleciała do innej kałuży bliżej drzewa. Ziemia była tłusta od wilgoci i trzy dołki dalej Puffin padł płasko na twarz zamiast posłać piąty strzał na green* jak zamierzał. Przeszkadzali sobie nawzajem i uderzali w piłki przeciwnika przez pomyłkę, spierali się o sposób postępowania gdy leżysz na króliczej skarpie lub torach kolejowych, major stracił nową piłkę; na jednym z greenów rósł grzyb między piłką Puffina a dołkiem... Wszystkie te nieprzewidziane wydarzenia zbiegły się w całość a z punktu widzenia majora najgorszy był fakt, że Puffin, daleki od wycofania się z powodu deszczu i mimo grzyba i upadku grał ze zdecydowaniem, do jakiego zwykle nie był zdolny. Natomiast major Flint kulał i rana mu dokuczała, podczas gdy Puffin, mimo oczywistych powodów do zadowolenia, irytował się coraz bardziej na zły humor kolegi i był na pół oślepiony przez dym.
Otarł łzy płynące z oczu.
– Powinieneś kazać wymieść kominek - zauważył.
Major Flint przyłożył chusteczkę do twarzy żeby zasłonić oczy od dymu. Dmuchnął w nią z głośnym, pełnym oburzenia sapnięciem.
– Och, ach! Rzeczywiście! – powiedział.
Puffin był niemile zaskoczony gwałtownością tej wymiany zdań; słowa majora ociekały sarkazmem.
– No nie, bez urazy! – powiedział.
– Człowiek – powiedział major bezosobowo – robi obraźliwe uwagi, a potem dodaje „bez urazy.” Jeśli twój własny kominek bardziej ci pasuje niż mój, kapitanie Puffin, mogę powiedzieć tylko: nie zatrzymuję, wracaj i ciesz się nim do woli.
To było raczej nietypowe: wystawili się tego dnia na działanie mocnego, zimnego wiatru i było za wcześnie żeby zakłócać spokój. Puffin zerwał i podał gałązkę pokoju.
– Proszę, twoja chusteczka – powiedział podnosząc ją. – A teraz utnijmy sobie naszą pogawędkę. Szklanka gorącego grogu i pogawędka przy kominku to najlepsze lekarstwo na taki prysznic, jaki mieliśmy dziś po południu. Poproszę o plasterek cytryny, jeśliś taki miły i kostkę cukru.
Major wstał i pokuśtykał do kredensu. Uderzyło go w tej chwili, że Puffin ostatnio bardzo korzysta na cytrynach i cukrze, bo dostaje je gratis co drugi wieczór, podczas gdy on sam, kiedy gości u Puffina, dostaje od gospodarza tylko wrzątek. Postanowił, że od jutra będzie prosił o kilka herbatników….
– Nie mam pojęcia czy została jakaś cytryna – wymamrotał. - Muszę założyć jakiś składzik z cytrynami. A co do cukru…
Puffin postanowił nie zauważyć aluzji.
– Zabawna sprawa wtedy – powiedział pogodnie – z tym kredensem panny Mapp co to otworzył się na całą szerokość. Staruszce się to nie spodobało. Nie zdaje mi się, żeby biedni z parafii zobaczyli wiele z tej peklowanej wołowiny.
Major nagle uniósł się godnością.
– O przepraszam – powiedział. - Kiedy tak szanowana przyjaciółka jak panna Elizabeth twierdzi, że pewne artykuły spożywcze przeznaczyła dla biednych z parafii, wierzę, że jej twierdzenie jest prawdziwe. Spodziewam się, że inni moi przyjaciele, przynajmniej w mojej obecności, zrobią tak samo. Mam zaszczyt dać panu cytrynę, kapitanie Puffin, oraz kawałek cukru. A raczej kostkę cukru. Proszę, czuj się jak u siebie.
Taki dostojny i podniosły nastrój często był rezultatem nieudanej gry w golfa. Zwykle ustępował dość szybko pod wpływem odrobiny płynu stymulującego. Puffin napełnił szklankę z butelki i z czajnika, a jego przyjaciel przyłożył ponownie chusteczkę do twarzy.
– No dobrze, zanim się poddam, napiję się grogu – powiedział zgodnie ze zwyczajem. – Dołączysz do mnie, majorze?
– W tej chwili, sir – odrzekł major.
Puffin wytrząsnął popiół z fajki stukając nią w kratę kominka. Major Flint tylko na to czekał, bo wyjął chusteczkę i uważnie się temu przyglądał. Malutka cząstka popiołu z fajki Puffina spadła na dywanik przed kominkiem, a on zerwał się i usunął ją starannie szufelką.
– Nie masz nic przeciwko, mam nadzieję? - spytał karcąco.
– Skądże, skądże – odparł Puffin. - Bierz swoją szklanicę, majorze. Za minutkę czy dwie poczujesz się lepiej.
Major wolałby zachować sztywną postawę, ale zapach z parującej szklanki Puffina zdusił całą sztywność i rzuciwszy mu miażdżące spojrzenie odkuśtykał w stronę kredensu po swoją whisky. Wydał żałosny okrzyk, podnosząc butelkę.
– Przecież otwarłem ją zaledwie przedwczoraj – zawołał – a zostało w niej ledwie na jeden drink.
– Cóż, wczoraj wieczorem nieźle sobie poczynałeś – powiedział Puffin. – Te twoje małe szklaneczki, jeśli się je raz za razem napełnia, wysuszają butelkę szybciej niż się zorientujesz.
Rozwaga nie pozwoliła majorowi zareagować ze zwykłą w takich wypadkach urazą i jego twarz się rozjaśniła. Miał serdecznie dość tych ciągłych cytryn i kostek cukru.
– Ha, będziesz musiał dziś użyczyć mi od siebie – powiedział dobrodusznie, nalewając do szklanki resztkę z butelki. – To dla zdrowotności. Szklanka whisky na co dzień i doktor nie przychodzi.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka


* Green – obszar łatwej, krótko przystrzyżonej trawy

Tamara - Wto 15 Kwi, 2025 08:41

Trzykrotka napisał/a:
najbardziej NATURALNY odruch w tej chwili? Wydrapać oczy pani Poppit

No cóż , klasyczna przedstawicielka swojej płci :wink: :mrgreen:

Noooo, ładne rzeczy, zaraz sie pokłócą jeszcze o udział procentowy każdego z nich w poczęstunkach :lol:
Ale że major taki obrońca rycerski, fiu fiu :lol:

Trzykrotka - Wto 15 Kwi, 2025 20:57

Tamara napisał/a:

Ale że major taki obrońca rycerski, fiu fiu :lol:

Taaaa, major ze słabością do wróżek będzie miał jeszcze za swoje - nie na darmo panna Mapp ma go na celowniku :mrgreen:

No to patrzmy, co dwóch kłótliwych i skąpych pryków będzie wyczyniać - pracując nad dziennikami i rzymskimi drogami rzecz jasna :cool:


Perspektywa sępienia dziś od Puffina była bardzo ekscytująca, a on oparł swoje wielkie stopy w kapciach o osłonę kominka.
– O tak, prawda, ten wypadek z kredensem panny Mapp był naprawdę zabawny – powiedział. – I czy to nie pani Plaistow nie rzuciła się na nią jak harpia? Wiesz, te nasze miłe wróżki z sąsiedztwa śledzą uważnie swoje małe potknięcia. Ledwie skończą jedną sprzeczkę, już zaczynają drugą, te chytre małe wróżki. Nie potrafią usiąść i cieszyć się życiem, jak dwaj starzy kumple, mówię ci - i czuć harmonię z całym światem.
Jednym łykiem dokończył szklankę i wydawał się zdziwiony, że jest już pusta.
– Wezmę kroplę od ciebie, stary przyjacielu – powiedział.
– Częstuj się, majorze – powiedział Puffin, bacznie obserwując, ile sobie nalał.
– Wielcem zobowiązany. Czuję się jakbym złapał dziś przeziębienie. Moja rana.
– Nie wolno jej podrażnić – powiedział Puffin.
– Dziękuję za ostrzeżenie. To ten diabelski klimat daje w kość. Angielska zima potrafi skrócić ziemskie dni człowieka, jeśli ten o siebie nie zadba. Dbaj o siebie, mój stary. Weź sobie jeszcze cukru.
Wkrótce dłoń majora powoli i instynktownie wyciągnęła się znów w stronę butelki Puffina.
– Zdaje mi się, że ta twoja duża szklanka, Puffin – powiedział – pomieści pomiędzy trzy i pół raza do czterech razów więcej niż moja mała. Między trzy i pół a cztery razy, tak mi się zdaje. Mogę się mylić.
– Jak spojrzeć na wodę, śmiem twierdzić, że nie bardzo się mylisz, majorze - powiedział.– I wedle mojej oceny twój drink jest jakieś trzy i pół raza do czterech razy mocniejszy niż mój.
– No już, już – powiedział major.
– Trzy i pół do czterech razy, tak ja twierdzę – odpowiedział Puffin. – Nie powiesz mi, żem daleki od prawdy.
Dolał sobie do dużej szklanicy i zamiast odstawić butelkę na stół, w roztargnieniu odstawił ją na podłogę po stronie dalszej od majora. Ta druga szklanka zwykle oznaczała najmilszy okres wieczoru, bo pierwszy miał na celu ukojenie wszelkich pechowych wydarzeń które zakłóciły harmonię dnia i kiedy już powietrze zostało oczyszczone, panowie z wielkim zadowoleniem omawiali dawne przewagi i patrzyli z jaśniejącą nadzieją na młodość i energię, które wciąż jeszcze tętniły w ich żywotnych pulsach. Mogli zacząć od wzajemnych pochlebstw: Puffin na przykład dowiedziawszy się, że przyjaciel kończy niedługo pięćdziesiąt cztery lata, zapewne (bez obrazy) odmówiłby uwierzenia w ten fakt i zaiste miałby rację, bo major w istocie miał lat pięćdziesiąt sześć. Major z kolei mógłby powiedzieć, że jego przyjaciel ma figurę dwudziestolatka, co wprawiło Puffina w ciężką dumę i kazało mu niby to nieświadomie paradować przed dużym lustrem między oknami i uznał, że łatwiej jest przełknąć ten komplement niż wiek majora. Przez następne pół godziny rozmawialiby głównie o sobie w przyjemnej aurze samozadowolenia. Major Flint oglądając różne przyrządy i trofea które zdobiły pokój zasugerował ogłoszenie wyzwania sportowego w Timesie.
– Słowo daję, Puffin – powiedział. - Naprawdę mam na to ochotę. Emerytowany major sił wojskowych Jego Wysokości Króla, niech Bóg go błogosławi (i wziął potężny łyk) – emerytowany major, lat pięćdziesiąt cztery, wyzywa każdego dżentelmena powyżej pięćdziesiątki.
– Czterdziestki – rzucił Puffin przypochlebczo zastanawiając się, co on powie, gdy staruszek skończy.
– No no, wypośrodkujmy, powiedzmy czterdzieści pięć żebyś był zadowolony, Puffin – zobaczmy, gdzie ja to byłem… – Emerytowany major wyzywa każdego dżentelmena między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia pojedynek strzelecki rano, po którym nastąpi sześć rund na ringu w czterouncjowych rękawicach, potem partia golfa, osiemnaście dołków po południu i mecz bilardowy do dwustu po herbacie. Ha! Ha! Nie mam najmniejszej obawy o wynik.
– Ta moja przeklęta noga! - powiedział Puffin – Ale znam emerytowanego kapitana z floty handlowej Jego Królewskiej Mości, niech go Bóg błogosławi – w wieku lat pięćdziesięciu….
– Ho! Ho! Pięćdziesięciu! – powiedział major, myśląc sobie, że taki wyschnięty człowieczek jak Puffin mógłby równie dobrze mieć tyle lat, co mumia egipska. Kto tam zgadnie wiek kipera?
– Ani dnia mniej, majorze. Emerytowany pięćdziesięcioletni kapitan zmierzy się z wszystkimi chętnymi po czterdziestym drugim roku życia w biegu z przeszkodami, rundzie golfa, meczu bilardowym, zawodach gimnastycznych, wymachiwaniu indyjskimi pałkami… Żadnych zastrzeżeń, panowie? To zdecydowane.
Takie nastroje za gaziku, sportowe, miłosne, czy jakieś inne (najgorsze były te miłosne) zwykle gasły powoli jak światło z zachodzącego słońca lub wypalony węgiel w kominku, gdzieś pod koniec drugiej szklanki Puffina, potem panowie stawali się ospali, ale czasami kładli już podwaliny pod jakąś sprzeczkę na następny dzień, bo teraz byli już zbyt senni by ją podejmować. Major do tej pory wypijał już pięć swoich mniejszych szklaneczek (odpowiednik – jak zauważał z goryczą – jednej z przedwojennych czasów) a odmierzając następną z wielką uważnością i lekko chwiejnym ruchem, oświadczył, że to jego strzemienny, choć można by pomyśleć, że wypił już dość strzemiennych tego wieczoru. Puffin odpowiednio nalał sobie jeszcze naparstek (naparstek należał chyba do jakiejś gospodyni domowej – olbrzymki) i po kolejnej pół godzinie nagłych pojedynczych chrapnięć i gwałtownych przebudzeń, fajek zapalanych i natychmiast gaszonych, gość, wciąż zdolny do składnej mowy i ruchu w wybranym kierunku, kolebał się po ciemnym bruku do własnego domu, a drzwi za nim zamykano z wielką ostrożnością ze strachu przed przyciągnięciem uwagi damy, którą na tym etapie wieczoru nazywano zwykle „starą Mappy.” Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z życzliwego zainteresowania, jakie Stara Mappy okazywała wszystkiemu, co ich dotyczyło i że miała oko na ich wieczorne seanse, o czym świadczyła częstotliwość, z jaką róg rolety w oknie pokoju ogrodowego unosił się pomiędzy – powiedzmy – wpół do dziesiątej a jedenastą w nocy. Często z chichotem obserwowali pasemko światła, które uciekało zasłonięte w dolnym rogu przez zarys głowy Starej Mapp i czasami wypijali zdrowie „Anioła Stróża.” Sam Anioł Stróż w odpowiedzi na bezpośrednie pytania, został powiadomiony przez majora Banjy’ego, że przez ostatni miesiąc pracował on nad pamiętnikami przez trzy dni w tygodniu, a w pozostałe kładł się wcześniej by poprawić swoją pamięć i koncentrację.
– A w niedzielną noc, drogi majorze Benjy? – zapytała Stara Mapp w charakterze Anioła Stróża.
– Nie sądzę, aby znała pani moją drogą, czcigodną matkę, panno Elizabeth – odpowiedział major Benjy. – Niedzielne wieczory spędzam jako… No, no.
Następnego niedzielnego wieczoru Anioł Stróż usłyszał odgłosy pieśni. Nie mogła rozpoznać słów, a tylko fragmenty melodii, które przypomniały jej The roseate morn hath passed away. Przepełniona emocjami zaśpiewała ją cicho dla siebie rozbierając się do snu i skarciła się surowo za sam pomysł, że major Benjy… Zerknęła przez okno kiedy zgasiła światło, ale na szczęście śpiew ucichł.

c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 16 Kwi, 2025 09:07

Czarujący wieczór, na mną duszę :mrgreen: :rotfl: Stara Mappy, oj, zeby to usłyszała , obaj mieliby się z pyszna :rotfl:
Trzykrotka - Śro 16 Kwi, 2025 09:28

O, major Benjy poznałby jej gniew :mrgreen: Tak to jest, mieć do czynienia z ochlaptusami.

Kolejny wieczór nad "mapami i dziennikami" i powoli zmierzamy do clou programu

Jednak dzisiejszej nocy proces napełniania drugiej szklanki Puffina nie odbywał się w przyjaznym nastroju. Major Benjy był zdeterminowany by do cna wykorzystać tę wyjątkową okazję popijania whisky swego przyjaciela i czy Puffin stawiał butelkę po swojej drugiej stronie, czy pod krzesłem, czy pod stołem, on obchodził go sunąć w kapciach i stawał w pobliżu zastawiając pułapkę, a jednocześnie starając się zainteresować przyjaciela opowieścią o romansach czy strzelaniu do tygrysów aby odwrócić jego uwagę. Kiedy błędnie sądził że się udało, pospiesznie napełniał swoją szklankę, nalewając większe porcje niż zazwyczaj w obawie, że drugiej okazji nie będzie i nie pytając Puffina o zgodę. Gdy zdarzyło się to po raz czwarty czy piąty, Puffin działając z instynktem niedźwiedzia polarnego, który zjada swe potomstwo z obawy, że kto inny je dopadnie, ukradkiem przelał resztą z butelki do swej szklanki i wypełnił ją do końca wrzątkiem, tworząc miksturę nadzwyczajnej mocy.
Wkrótce potem major Flint znów zaczął krążyć wokół stołu. Nie był pewien, czy Puffin postawił butelkę przy stole czy za wiadrem z węglem i zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że gdziekolwiek była, była kompletnie pusta. Drugiej szklance Puffina towarzyszyły tej nocy wspomnienia romansowej natury.
- Co to była za piekielnie piękna kobieta – powiedział – i to wtedy Benjamin Flint widział ją po raz ostatni. Następnego ranka wybrała się na wzgórza…
- Ale przecież po raz ostatni widziałeś ją na pokładzie P i O w Bombaju! – sprzeciwił się Puffin. – Po co wybrała się na górny pokład P. i O? Wspaniała linia!
- Nie, sir – odrzekł Benjamin Flint – to była Helen, la belle Helene. To la belle Helene widziałem po raz ostatni na Apollo Bunder. Nie wiem, czy ci opowiadałem… A niech to, kopnąłem butelkę. Nie miałem pojęcia że tu stoi. Mam nadzieję, że dobrze była zakorkowana.
- Nie byłoby żadnej straty – powiedział Puffin, dobierając się do trzeciej szklanki o mocy tajfunu, która raczej go zaskoczyła.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że jest pusta? – spytał major Flint. – No nie, zostało jeszcze z pół butelki.
- Aż tyle? – zdziwił się Puffin – Miło mi to słyszeć.
- Ani kropli mniej. Nie chcesz chyba powiedzieć… - No cóż, jeśli zdołasz to wypić, a potem powiedzieć „hipopotam”, to dopiszę to do twoich wyzwań dla czterdziestolatków, a raczej czterdziesto-dwu latków. Dobrze jest mieć mocną głowę, choć gdybym to ja wypił to, co ty masz szklance, w głowie zaczęłoby mi wirować, sir.
Puffin wybuchnął swym irytująco piskliwym śmiechem.
- To w takim razie dobrze, że to moja a nie twoja szklanka – powiedział. – I powiem ci, majorze, na wypadek gdybyś nie wiedział, że kiedy wypiję do ostatniej kropli i possam cytrynę, ty dziś wieczorem będziesz miał więcej z mojej butelki niż ja. Moje codzienne dwie i mój codzienny strzemienny, jak ty to mówisz, to jest moja racja, a piję tylko moją rację. Osiem dzwonków.
– A masz tam całkiem niezłą bombę – powiedział zdumiony major. – Nawet bez twoich zwykłych dwóch.
Puffin sam zaczął zdawać sobie sprawę, że pije jakąś piekielną miksturę, ale nic na świecie nie skłoniłoby żeby ją odstawił. Było dla niego jasne, że przez dymiące drewno było tak ciemno, że major jutro rano ominie wiele dołków.
– A czyja to jest whisky? – powiedział przełykając kolejny łyk wody ognistej.
– Wiem, czyja będzie – odpowiedział jego kolega.
– A ja wiem czyja jest teraz – odparł Puffin – I wiem czyją whisky na…liłeś się jak balon. Na-w-li-łeś się jak balon – powtórzył starannie.
Major Flint był świadomy niezwykłej aktywności mózgu, a jednocześnie, kiedy się odzywał, dziwnego zatoru i pomieszania słów. Cieszyła go myśl, że wypił aż tyle cudzej whisky, ale czuł, że powinien się obrazić.
- Baardzdz trudno o tym mówiś – powiedział – a gdyby nie wymogi gosinossi, kazałbym ci wyjasniaś co masz na myśli i połknąś te ssowa. A niech mnie, przeproś!
Puffin jednym łykiem dopił drinka i zerwał się na równe nogi.
- Daj spokój z przeprosinami – powiedział. – Hittopopam!
- Do mnie mówisz? – spytał Flint z śmiertelnym spokojem.
- No przecież że do ciebie. Hipot… - no, ten sam zwierz co przedtem. Przyjemniaczek. A co do sytyny, to jusz jej nie chcę. Całą sobie wyśsij, staruszku. Ja jusz jej nie chcę.
Major spurpurowiał, pomaszerował do drzwi ruchem konika szachowego (długi krok we właściwą stronę i krótki w prawo) i otwarł je. Tym samym drzwi posłużyły i za drogę wyjścia z pokoju i za podparcie dla niego samego. Nie powiedział ani słowa: jego milczenie przemawiało w godny sposób lepiej niż mógłby zrobić to sam.
Kapitan Puffin stał przez chwilę cały w uśmiechach obracając w palcach plasterek cytryny, którym miał zamiar żartobliwie rzucić w przyjaciela. Ale jego uśmiech spełzł i za sprawą jakiejś telepatii kapitan zdał sobie sprawę, że o wiele przyzwoiciej będzie pożegnać się z godnością niż rzucać cytrynami. Wyszedł z pokoju metodą jak z alfabetu Morse’a – kropkami i kreskami, posyłając majorowi morski salut, gdy go mijał. Major odpowiedział salutem wojskowym i stłumioną czkawką. Nie padło ani jedno słowo.
Potem kapitan Puffin bez większych trudności odnalazł swój kapelusz i płaszcz i wymaszerował z domu zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem, który odbił się echem na całej ulicy i przywołał pannie Mapp sen o piorunie. Wszedł do własnego domu i pochylił się nad wygasłym kominkiem, w który usiłował dmuchaniem wpędzić trochę życia. To zadanie nie powiodło się i zamiast tego wciągnął do płuc znaczną ilość popiołu.

Usiadł przy stole i zaczął analizować sytuację. Powiedział sobie, że nie jest ani trochę pijany, tylko że wypił nadzwyczajną ilość whisky, co spowodowało ten sam efekt. Biorąc to pod uwagę był całkiem świadomy, że jet na coś ogromnie zły i miał silne przeczucie, że i major jest bardzo zły.
- Ale o ssso choziło? – pytał sam siebie bezskutecznie. – O sso choziło?
c.d.n

tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 16 Kwi, 2025 11:05

Ale się chłopcy narabali :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group