To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Narya - Pon 26 Cze, 2006 14:49

Alraune napisał/a:
"To list od Henry'ego Lennoxa. Napawa Margaret nadzieją". (..) Twarz Margaret przybrała kolor płatka róży, kiedy pan Thornton spojrzał na nią. Miał nieodpartą ochotę wstać i natychmiast wyjść z pokoju, i nigdy więcej nie przekroczyć progu tego domu.

Czy Thornton wcześniej poznał Henry'ego? (mam na myśli książkę) Bo jakoś nie przypominam sobie. Czyli mógł pomyśleć, że to ten kochanek Margaret. Biedny Thornton...

Alraune dziękuję bardzo za piękne tłumaczenie :hello:

Matylda - Pon 26 Cze, 2006 14:53

Oj ale trafiłam
Wielkie dzięki- super fragmencik
Nie mówie tylko o myslach kłębiących się w głowie Thortona

Ale oglądając film miałam wrażenie , że Bell lubi Thortona - i tu małe zdziwienie
Czyżby Jasiek był tak spostrzegany przez innego dżentelmena??
:thud: :thud: :thud: - pieknie to przetłumaczyłaś

Matylda - Pon 26 Cze, 2006 14:55

pan Bell odwzajemnił w sekrecie ten komplement, dochodząc do wniosku, że pan Thornton jest najbardziej szorstkim i nieprzyjemnym człowiekiem, jakiego w życiu spotkał, okropnie pozbawionym manier i inteligencji.

To mogło być aż tak źle w opinii innych???

Balbina - Pon 26 Cze, 2006 14:57

Wciąga mnie to coraz bardziej juz nie mogę się doczekac kiedy Aine przyśle mi Wasze tłumaczenia i film. Nie za bardzo mam czas coś pisać bo jeszcz robie prawko (uwaga krakowianki od 3 lipca zaczynam jeździć oj będzie popłoch na ulicach) ale wszystkie wasze wypieki czytam z zapartym tchem.
Narya - Pon 26 Cze, 2006 14:58

Thornton miał po prostu zły dzień. A pan Bell tak od razu opinię sobie o nim wyrobił :? ??: :wink:
Alison - Pon 26 Cze, 2006 18:51

Przecież znali sie od dawna, łączyły ich "interesa", podobne zdanie od panu Th. miał też Higgins, myslę, że Jasiek był tak postrzegany jako gbur i arogant i to mnie trochę martwi, bo jak nas widzą tak nas piszą, a w tym jak nas piszą zawsze tkwi ziarenko prawdy, czy nam się to podoba czy nie. Znam parę takich osób, które zyskują dopiero po bardzo, bardzo bliskim poznaniu, bo tak z wierzchu, to bez kija nie podchodź. Nie przepadam za takimi ludźmi. Och Jaśku, Jaśku, będzie z Toba miała Margaretka zgryz w towarzystwie :? ??:
Gosia - Pon 26 Cze, 2006 19:50

Marzył o niej; śnił, że przychodziła do niego w tańcu, rozkładając ramiona, z taką lekkością i radością, która, choć pociągająca, napawała go nienawiścią

Nienawiścią ?! Coz to! Czyzby zaczal ja uwazac za lekka panienke? ;)
Marzyl o niej i snil, ze przychodzila do niego w tancu rozkladajac ramiona. :thud:

Twarz Margaret przybrała kolor płatka róży, kiedy pan Thornton spojrzał na nią. Miał nieodpartą ochotę wstać i natychmiast wyjść z pokoju, i nigdy więcej nie przekroczyć progu tego domu.

Biedny zazdrosny Thornton :D A jaka namietnosc w tym wszystkim.
A jak chcial wejsc na gore, zeby zobaczyc wreszcie Margaret ..

Thornton był jednak zbyt dumny, aby poprzez unikanie Margaret okazać swą słabość. Nie szukał, ale i nie uciekał od sposobności do znalezienia się w jej towarzystwie.

Nie uciekal od sposobnosci... tak to zwykle wlasnie w milosci bywa ;)
Gaskell świetnie opisuje subtelne objawy milosci ..

A tu spojrzcie:
; Margaret, w odpowiedzi na te słowa, wyraziła uznanie dla tego, jak świeży i młody wydawał się być nawet w swej czapce i todze wykładowcy.
Jednak pan Bell mial jakies szanse u Margaret ;)

Swoja droga, skad pan Bell mial ta cala swoja fortunke ?
Nie sadze, zeby wykladowcy tak duzo zarabiali ...
"Nie każdy może wygodnie siedzieć w uniwersyteckich salach, pozwalając swym bogactwom rozrastać się bez wkładania w to wysiłku. Nie wątpię, że wielu ludzi tutaj czułoby wdzięczność, gdyby ich mienie powiększało się tak, jak twoje, bez ich udziału",


Dzieki nowa piekareczko :hello:

ewelinka - Pon 26 Cze, 2006 19:52

Alraune napisał/a:
(...)
Wzbraniał się przed usłyszeniem samego imienia Margaret; i choć ją obwiniał -- choć był o nią zazdrosny-- choć wyrzekał się jej -- kochał ją do bólu, wbrew samemu sobie. Marzył o niej; (...)


Kochał ją do bólu... coś wspaniałego... :cry:
Alraune dzięki wielkie :thud:

Mag - Pon 26 Cze, 2006 20:11

Wielkie dzięki droga piekareczko, że w tym upale wytrwałaś na stanowisku pracy :grin:

Witam i padam do nóg Alraune :thud:

asiek - Pon 26 Cze, 2006 21:42

Alraune...ja również gratuluję świetnego debiutu :hello:
Wypieczony fragment....ummmm...pachnie miłością.

[...] Kochał ja do bólu, wbrew samemu sobie. Marzył o niej:śnił...
Ile w tych słowach namiętności....
Ach ta duma...a przecież wystarczyłoby usmiechnąć się czule do Margaretki i ...zagadać o pogodzie :grin:

GosiaJ - Pon 26 Cze, 2006 23:19

asiek napisał/a:
Alraune...ja również gratuluję świetnego debiutu :hello:
Wypieczony fragment....ummmm...pachnie miłością.
[...] Kochał ja do bólu, wbrew samemu sobie. Marzył o niej:śnił...
Ile w tych słowach namiętności....
Ach ta duma...a przecież wystarczyłoby usmiechnąć się czule do Margaretki i ...zagadać o pogodzie :grin:


Ale właśnie dlatego kochamy Thorntona, że nie zagadywał o pogodzie, tylko męczył się z tymi swoimi myślami i zazdrością - biedak... :cry:

GosiaJ - Pon 26 Cze, 2006 23:23

Jak zwykle nie umiem się już doczekać kolejnych fragmentów z Jaśkiem i jego przeżyć... Jeszcze czeka nas taki piękny fragment, kiedy Margaret wyjeżdża, a on mówi z bólem do siebie: "Pozwól jej jechać"... Potem jest taki opanowany w scenie pożegnania, a potem... przez cały dzień nikt już go nie widzi.
Gaskell więcej wyrażała niedopowiedzeniami niż mówiła wprost - za to bardzo ją cenię.

GosiaJ - Pon 26 Cze, 2006 23:26

Narya napisał/a:
Czy Thornton wcześniej poznał Henry'ego? (mam na myśli książkę) Bo jakoś nie przypominam sobie. Czyli mógł pomyśleć, że to ten kochanek Margaret. Biedny Thornton...


Wydaje mi się, że nawet na pewno tak myślał - usłyszał fragment rozmowy, który mu się połączył w całość z tym, co widział na stacji... Teraz to wyglądało jeszcze na zapowiedź ślubu. Nic dziwnego, że miał ochotę wyjść i nigdy nie wracać, zważając na to, jak mocno kocha Margaret i jak bardzo jest obecna - nawet mimo woli - w jego myślach.

ewelinka - Wto 27 Cze, 2006 09:31

Wieci,że nie sądziłam,że to mogło wyglądać tak.Ale rzeczywiście masz rację Gosiu.Co on musiał mysleć to straszne biedy John... oj biedny.... :sad: :cry:
Alraune - Śro 28 Cze, 2006 11:49

I porcja słodyczy na dziś, choć to trochę smutny fragment... Następny będzie jeszcze smutniejszy. Dziś króciutko, jutro raczej też będzie malutkie ciasteczko (egzamin, niestety, i mało czasu). Mimo wszystko smacznego :wink:

Rozdział XL "Out of Tune" ("Rozstrojenie") cz. 3

Kiedy pan Thornton dość nagle opuścił pokój, Margaret podniosła się i zaczęła powoli zbierać robótkę. Długie szwy nie były lekkie, a jej ociężałe ramiona unosiły je z trudem. Linie jej twarzy wydłużyły sie i straciły swe zaokrąglenia, a cała jej figura wyglądała tak, jak po wyjątkowo męczącym dniu. Kiedy cała trójka udawała się na spoczynek, pan Bell wymamrotał kilka słów potępienia dla pana Thorntona.
"Nigdy nie spotkałem człowieka tak zepsutego przez sukces. Nie można powiedzieć mu słowa; nie zniesie żadnego żartu. Wszystko zdaje się boleśnie dotykać jego wyniosłość. Dawniej był tak prosty i szlachetny jak jasny dzień, nie można było go obrazić, bo nie miał w sobie próżności."
"Teraz też nie ma w nim próżności," powiedziała Margaret, odwracając się od stołu, przemawiając z cichą dystynkcją. "Dziś nie był sobą. Coś musiało go zdenerwować zanim tu przyszedł."
Pan Bell rzucił jej uważne spojrzenie znad okularów. Zniosła to całkiem spokojnie; lecz, kiedy już opuściła pokój, pan Bell nagle spytał --
"Hale! Czy nigdy nie uderzyło cię, że między tym Thorntonem i twoją córką jest to, co Francuzi nazywają tendresse *?"
"Nigdy!" odrzekł pan Hale, najpierw zaskoczony, po chwili ożywiony tym nowym pomysłem. "Nie, jestem pewien, że się mylisz. Jestem prawie przekonany, że nie masz racji. Jeżeli jest cokolwiek, to tylko ze strony pana Thorntona. Biedak! Mam nadzieję i ufam, że on o niej nie myśli, bo jestem pewien, że ona go nie zechce."
"Cóż! Jestem kawalerem, i przez całe życie trzymałem się z dala od romansów; więc pewnie moja opinia jest nic nie warta. Inaczej musiałbym powiedzieć, że dostrzegłem u niej bardzo wyraźne symptomy!"
"Zatem jestem pewien, że się mylisz. Jemu być może na niej zależy, choć czasami była dla niego prawie niegrzeczna. Ale ona! -- nie, Margaret nigdy by o nim nie pomyślała w ten sposób, jestem pewny! Coś takiego nigdy nie zrodziło się w jej głowie."
"Wystarczy, że zrodziło się w sercu. Ależ ja tylko zwyczajnie zasugerowałem, co mogłoby być. Mogę przyznać, że się myliłem. I czy się myliłem, czy nie, i tak jestem bardzo senny; zatem, skoro już zaburzyłem ci sen (jak widzę) moimi niedorzecznymi wyobrażeniami, oddalę się razem z moimi myślami.
Ale pan Hale postanowił nie roztrząsać żadnych nonsensownych pomysłów; leżał więc w pełni rozbudzony, zdecydowany nie myśleć o tym.
Pan Bell wyjechał następnego ranka, zapewniając Margaret, że pomoże jej w każdym kłopocie i zawsze będzie ją chronił. Do pana Hale'a rzekł,--
"Ta twoja Margaret zadomowiła sie głęboko w moim sercu. Dbaj o nią, bo to bardzo wartościowa istota,-- o wiele za dobra dla Milton,-- tak naprawdę stworzona dla Oxfordu. Dla miasta, mam na myśli, nie dla ludzi z Oxfordu. Nie znalazłem na razie nikogo, kto byłby jej wart. Kiedy tylko będę mógł, przywiozę jakiegoś dobrego młodzieńca, aby stanął u boku twojej młodej damy, tak jak duszek z Arabskich Nocy przywiózł księcia Caralmazana jako partię dla księżniczki Badoury będącej pod opieką wróżki.
"Błagam, nie rób tego. Pamiętaj o nieszczęściach, jakie wyniknęły z tej historii; poza tym, nie mogę poświęcić Margaret."
"Nie; zastanowiłem się jeszcze raz i myślę, że Margaret powinna zaopiekować się nami dwoma za dziesięć lat, kiedy będziemy niedołężni. Ale poważnie, Hale! Chciałbym, abyś opuścił Milton; to dla ciebie najbardziej nieodpowiednie miejsce, choć sam je kiedyś zarekomendowałem. Gdybyś tylko zechciał; pozbędę się swych wątpliwości i zamieszkam na terenie uniwersytetu; a ty i Margaret zamieszkacie na plebanii -- ty zostaniesz kimś w rodzaju wikarego i zdejmiesz niektóre obowiązki z moich barków; Margaret będzie naszą gospodynią -- wiejską Lady Bountiful -- w dzień; wieczorami będzie nam czytać do snu. Byłbym szczęśliwy, prowadząc takie życie. Co o tym myślisz?
"Nigdy!" rzekł zdecydowanie pan Hale. "Dokonałem już jednej wielkiej zmiany w mym życiu i zapłaciłem za to cierpieniem. Tutaj pozostanę do końca życia; tu zostanę pochowany i zapomniany."
"Nie porzucę swych planów. Teraz jednak nie będę cię nimi już dłużej drażnił. Gdzie moja Perła? Chodź, Margaret, ucałuj mnie na pożegnanie; i pamiętaj, gdzie zawsze znajdziesz prawdziwego przyjaciela, dopóki tylko będzie sprawny. Jesteś moim dzieckiem, Margaret. Pamiętaj o tym, i niech cię Bóg błogosławi!"


*(franc. czułość)

Gosia - Sob 01 Lip, 2006 20:56

No tak, dysputy, nauka - w tym pan Hale sie odnajdywal, to mu bylo niezbedne do zycia. Gdzie on by mial czas i glowe do zajmowania sie przyziemnymi sprawami.
Nic wiec dziwnego, ze wszystko bylo na glowie Margaret.
Thornton ich juz nie odwiedzal, wiec pan Hale nie mial z kim za bardzo porozmawiac.
Tu jak widac jest sugestia, ze od smierci zony pan Hale podupadl na zdrowiu i popadl w depresje - to wprowadzenie tego, co mialo stac sie potem..

Dzieki Alraune!

Caroline - Nie 02 Lip, 2006 12:58

A co tam, dość było postu w tym tygodniu :P

„The Journey’s End” Koniec podróży Cz. 1
Rozdział XLI s. 408


Zima mijała i dni stawały się coraz dłuższe, ale nie przynosiły blasku nadziei, który zwykle towarzyszy pierwszym promieniom lutowego słońca. Pani Thornton zaniechała oczywiście wszelkich wizyt w domu Hale’ów. Pan Thornton pojawiał się czasami, ale odwiedzał tylko jej ojca i przebywali obaj jedynie w gabinecie. Pan Hale wypowiadał się o nim tak, jak zwykle, choć rzadkość tych spotkań sprawiała, że cenił je jeszcze bardziej. Margaret wywnioskowała z tego, co mówił niegdyś pan Thornton, że ograniczenie jego wizyt nie wynikało z jakiejkolwiek urazy lub złości. Interesy skomplikowały się w trakcie strajku i wymagały większej uwagi niż poświęcał im tej zimy. Margaret odkryła nawet, że mówił o niej od czasu do czasu, zawsze, jak się dowiedziała, w ten sam przyjazny sposób, nie unikał, ale też nie szukał okazji, by wspomnieć jej imię. Ona sama nie miała dość ducha, by poprawić humor ojca. Przygnębiający spokój chwili obecnej był poprzedzony tak długim okresem niepokoju i trosk, przerywanego tylko burzami, że jej umysł stracił elastyczność. Szukała dla siebie zajęcia ucząc dwoje małych dzieci Bouchera, zdobywała się na szlachetność, zdobywała się, mówiąc do końca prawdziwie, ponieważ jej serce wydawało się zupełnie martwe, gdy ten wysiłek dobiegał końca, choć wykonywała swoje obowiązki punktualnie i dokładnie była daleka od wszelkiej radości, jej życie wydawało się dokuczliwe i ponure. Chętnie robiła jedynie to, co wynikało z nieświadomego oddania – pocieszanie i uspokajanie ojca. Nie było nastroju, którego by z nim nie dzieliła, nie było życzenia, którego nie starałaby się przewidzieć i spełnić. Były to drobne życzenia, ledwie wypowiadane, zawsze z wahaniem i przeprosinami. Tym piękniejszy wydawał się jej łagodny duch posłuszeństwa. Marzec przyniósł wieści o małżeństwie Fredericka. Oboje z Dolores pisali listy, ona mieszając angielski z hiszpańskim, co było całkowicie naturalne, on – z nieznacznymi zmianami i przestawieniami słów świadczącymi o tym, jak dalece język kraju jego narzeczonej wpływał na niego. Po otrzymaniu od Henry’ego Lennoxa listu oznajmiającego, że nadzieje na oczyszczenie się przed sądem wojskowym są bardzo nikłe wobec nieobecności wiarygodnych świadków, Frederick napisał do Margaret żywiołowy list, zawierający wyrzeczenie się Anglii jako ojczyzny i pragnienie wynarodowienia się, zapewniał, że nie przyjąłby przeprosin, nawet gdyby takowe mu zaproponowano, ani nie chciałby żyć w tym kraju, nawet gdyby miał na to pozwolenie. Wszystko to doprowadziło Margaret do rozpaczliwego płaczu, tak nienaturalne wydawało jej się jego zachowanie na początku, po namyśle dostrzegła jednak w tym liście boleść zawodu rujnującego jego nadzieje, pomyślała, że jedynym na to lekarstwem będzie cierpliwość. W następnym liście Frederick pisał tak radośnie o przyszłości, jakby przeszłość w ogóle nie zajmowała jego myśli i Margaret odkryła, że cierpliwość, o którą prosiła dla Fredericka jej się przydaje, musiała być cierpliwa. Miłe, nieśmiałe, dziewczęce listy Dolores podbijały zarówno Margaret jak jej ojca. Młoda Hiszpanka najwyraźniej bardzo pragnęła zrobić korzystne wrażenie na angielskich krewnych swojego ukochanego. Jej kobieca dbałość wyzierała z każdej poprawki, a listom zapowiadającym małżeństwo towarzyszyła przepiękna, czarna mantyla wybrana samodzielnie przez Dolores dla jej nigdy niewidzianej bratowej, którą Frederick przedstawił jako wzór urody, mądrości i cnoty. Pozycja życiowa Fredericka wzrosła dzięki temu małżeństwu tak bardzo, jak mogli sobie tego życzyć. Barbour i Spółka był jednym z największych hiszpańskich domów handlowych, a Frederick został w nim młodszym wspólnikiem. Margaret uśmiechnęła się lekko, a potem westchnęła, gdy przypomniała sobie swoje dawne tyrady wymierzone w handel. Oto jej „preux chevalier”* w osobie brata przemieniony w handlowca, kupca! Zbuntowała się i milcząco zaprotestowała przeciwko zakłopotaniu, w jakie wprawiło ją porównanie między hiszpańskim kupcem a miltońskim fabrykantem. Cóż, w handlu czy nie, Frederick był bardzo szczęśliwy, Dolores musi być urocza a mantyla była olśniewająca. Potem musiała wrócić do chwili obecnej.
Tej wiosny ojcu dokuczały niekiedy trudności w oddychaniu, ogromnie go to martwiło w takich chwilach. Margaret była mniej zaniepokojona, ponieważ dolegliwość ta mijała bez śladu, gorąco pragnęła jednak, by otrząsnął się ze wszelkich zmartwień, dlatego nalegała, by przyjął zaproszenie od pana Bella do odwiedzenia Oxfordu w kwietniu. Zaproszenie obejmowało Margaret. Pan Bell napisał wręcz specjalny list, w którym nakazywał jej przyjechać, ale czuła, że większą ulgą będzie dla niej pozostanie w domu, całkowicie wolna od wszelkiej odpowiedzialności, da odpoczynek umysłowi i sercu, w sposób, jakiego nie zaznały od ponad dwóch lat.
Gdy ojciec pojechał na stację, Margaret poczuła jak wielki był ciężar zalegający na jej duszy. To było zadziwiające, niemal oszałamiające czuć taką wolność, nikt nie był zależny od jej niosącej pocieszenie, albo wręcz radość, opieki, żadnego chorego, za którego trzeba było planować i myśleć, mogła być bezczynna, milcząca, opieszała i co wydawało się najbardziej wartościowe – mogła być nieszczęśliwa, jeśli chciała. Przez ostatnie miesiące jej własne troski i kłopoty musiały być odłożone do ciemnej szuflady, ale teraz mogła je wyciągnąć, boleć nad nimi, studiować ich naturę, szukać sposobu na opanowanie ich aż do osiągnięcia spokoju. Przez wszystkie te tygodnie była w jakiś przytłumiony sposób świadoma ich obecności, choć tkwiły ukryte poza zasięgiem jej wzroku. Teraz raz na zawsze zastanowi się nad nimi i każdemu wyznaczy właściwą rolę w jej życiu. Siedziała więc godzinami w salonie, niemal bez ruchu, wnikając w gorycz każdego wspomnienia z niewzruszoną determinacją. Tylko raz zapłakała głośno na przejmującą myśl o zwątpieniu, które dało początek uwłaczającemu kłamstwu. Teraz nie mogła nawet uznać jego przyczyny, plany związane z Frederickiem zawiodły, a pokusa, której uległa zdawała się pustą drwiną, która nigdy nie była niczym więcej, kłamstwo było tak nikczemnie głupie widziane w świetle wydarzeń, które po nim nastąpiły, a wiara w potęgę prawdy tak nieskończenie mądrzejsza. W nerwowym podnieceniu nieświadomie otworzyła książkę leżącą na stole, słowa, na których zawisło jej spojrzenie wydawały się niemal napisane dla niej, będącej w stanie dotkliwego samoudręczenia: „Je ne voudrois pas reprendre mon coeur en ceste sorte: meurtri de honte, aveugle, impudent, traistre et desloyal a ton Dieu, et semblables choses; mais je voudrois le corriger par voye de compassion. Or sus, mon pauvre coeur, nous voila tombes dans la fosse, laquelle nous avions tant resolu d'eschapper. Ah! reveillons-nous, et quittons-la pour jamais, reclamons la misericorde de Dieu, et esperons en elle qu'elle nous assistera pour desormais estre plus fermes; et remettons-nous au chemin de l'humilite. Courage, soyons sur nos gardes, Dieu nous aydera.”
„Droga pokory” pomyślała Margaret „to mi umknęło. Odwagi, serduszko, zawrócimy i z pomocą Boga odnajdziemy zagubioną ścieżkę”

*mężny rycerz

Alraune - Wto 11 Lip, 2006 15:14

kikita napisał/a:
Alraune , dzieki. A upałami sie nie przejmuj.Twórz.


Dziękuję za orzeźwiający powiew :grin:

A oto przekąska na dziś; nadal smutno...

Rozdział XLIII "Margaret's Flittin'" , cz. 2 s. 437
Dom, inaczej niż wcześniej, był teraz komfortowym miejscem. Wieczory były chłodne i na polecenie pani Shaw rozpalano ogień w każdej sypialni. Pani Shaw była czuła dla Margaret w każdy możliwy sposób i kupowała dla niej wszelkie przysmaki lub drobne luksusy, w których sama skłonna byłaby zagłębić się w poszukiwaniu pociechy. Ale Margaret była obojętna na te wszystkie rzeczy; jeśli już zwróciła na nie uwagę, to tylko po to, by wyrazić wdzęczność wobec ciotki, która tak bardzo się teraz poświęcała. Margaret, pomimo swej słabości, nie mogła usiedzieć w miejscu. Przez cały dzień usiłowała nie myśleć o ceremonii, jaka miała właśnie miejsce w Oxfordzie; wędrowała z pokoju do pokoju, ociężale odkładając na bok przemioty, które pragnęła zatrzymać. Dixon towarzyszyła jej na prośbę pani Shaw, rzekomo po to, by przyjmować instrukcje, lecz z osobistym postanowieniem, by nakłonić ją do udania się na spoczynek najszybciej jak to możliwe.
"Te książki zatrzymam, Dixon. Czy możesz wysłać resztę do pana Bella? Pan Bell doceni je dla nich samych, a także ze względu na pamięć taty. To -- chciałabym, byś zaniosła to panu Thorntonowi, jak tylko wyjadę. Zaczekaj; dołączę do tego kilka słów." Usiadła pośpiesznie, jakby lękała się myśleć, i napisała:
"DROGI PANIE,-- jestem pewna, że załączona książka będzie dla Pana wartościowa przez wzgląd na mojego ojca, do którego należała.
Z poważaniem,
MARGARET HALE."

I puściła się znów w podróż po domu, przeglądając znane jej od dziecka przedmioty z pewną pieszczotliwą niechęcią do pozostawienia ich tu -- bez względu na to, jak były staromodne, zniszczone i wyświechtane. Znów prawie się nie odzywała; Dixon powiedziała pani Shaw, że "wątpi, czy panna Hale słyszała choć słowo z tego, co mówiła, a mówiła bezustannie, by przykuć jej uwagę." Konsekwencją całodziennego bycia na nogach było śmiertelne zmęczenie wieczorem, i najlepszy sen, jaki miała od czasu, gdy dowiedziała się o śmierci pana Hale'a.
Następnego dnia przy śniadaniu wyraziła życzenie, by iść i pożegnać się z jednym lub dwoma przyjaciółmi. Pani Shaw zaoponowała:
"Jestem pewna, kochanie, że nie masz tu przyjaciół na tyle bliskich, by wytłumaczyło to tak szybką twoją wizytę; jeszcze zanim zdążyłaś pójść do kościoła."
"Ale dziś mam jedyną szansę; jeśli kapitan Lennox przybędzie dziś po południu, i jeśli będziemy musieli -- jeśli naprawdę będę musiała wyjechać jutro ---"
"O tak; wyjedziemy jutro. Jestem coraz mocniej przekonana, że to powietrze źle na ciebie wpływa, i sprawia, że wyglądasz tak blado i niezdrowo; poza tym, Edith nas oczekuje; i może mnie potrzebuje; a ty nie możesz pozostać tu sama, moja droga, w twoim wieku. Nie; jeśli musisz złożyć te wizyty, pojadę z tobą. Jak sądzę, Dixon może wezwać nam powóz?"
Pani Shaw zajęła się Margaret, wzięła też ze sobą służącą, by ta zadbała o szale i poduszki. Twarz Margaret była zbyt smutna, by rozjaśnić się i uśmiechnąć na myśl o tych wszystkich przygotowaniach do dwóch wizyt, które zwykle składała sama, o każdej porze dnia. Trochę bała się przyznać, że jednym z miejsc, do którego się wybierała, był dom Nicholasa Higginsa; mogła tylko mieć nadzieję, że jej ciotka nie będzie czuła się na siłach, by wysiąść z powozu, i przejść przez podwórze, i czuć na twarzy przy każdym powiewie wiatru mokre ubrania, rozwieszone do suszenia na linach pomiędzy domami.
W umyśle pani Shaw wygoda toczyła małą bitwę z obowiązkami matrony; ta pierwsza otrzymała jednak palmę pierwszeństwa; i obarczywszy Margaret wieloma nakazami, by uważała na siebie, i nie złapała gorączki, która zawsze czycha w takich miejscach, jej ciotka zezwoliła jej pójść tam, gdzie Margaret tak często wybierała się wcześniej bez uprzedzenia ani pytania nikogo o zgodę.

Matylda - Wto 11 Lip, 2006 16:10

Dziekuję za pyszny deser
Troche to tajemniczo brzmi- czy tylko dom Nicolasa odwiedzi Margaret??
Ale nie ma tu sceny z ksiazką , którą przekazuje osobiście Jasiowi

by iść i pożegnać się z jednym lub dwoma przyjaciółmi


Zobaczymy zresztą co przyniesie kolejny fragment
Wielkie dzięki

Gitka - Wto 11 Lip, 2006 16:25

..."czuć na twarzy przy każdym powiewie wiatru mokre ubrania, rozwieszone do suszenia na linach pomiędzy domami"

Pięknie przetlumaczyłaś wielkie dzięki Alraune.
Mam tylko prośbę żebyś pisała stronę książki :grin:

kikita - Wto 11 Lip, 2006 17:28

Wiemy jaka jest filmowa reakcja Jaska na wyjazd Margolci , scena wreczania książki no i oczywiście....Look back.Look back at me . Bardzom ciekawa jak to bedzie wygladac w powiesci
Jak bedzie wyglądac ich pozegnanie skoro Dixon zaniesie Jaskowi ksiazke i list ?? Kiedy ono nastapi? Może sie przed wyjazdem nie zobaczą , może Margolcia przyjdzie się pożegnac z Panią Thornton podobnie jak w filmie? Ciekawe?

Gosia - Wto 11 Lip, 2006 19:36

Sceny Look back nie ma w ksiazce, Margaret z tego co sie orientuje nie zobaczy sie juz z Thorntonem, co do pani Thornton nie jestem pewna i nie wiem, co to za drugi dom, ktory chce odwiedzic. Ale nie bede sprawdzac, poczekam na tlumaczenie.
ewelinka - Wto 11 Lip, 2006 20:11

szkoda,ze nie ma tej sceny :sad: bo ja tez byla ciekawa jak zostalo to przedstawione w ksiazce, no ale coz.... :sad:
Alraune - Wto 11 Lip, 2006 21:59

Gosia napisał/a:
Sceny Look back nie ma w ksiazce, Margaret z tego co sie orientuje nie zobaczy sie juz z Thorntonem, co do pani Thornton nie jestem pewna i nie wiem, co to za drugi dom, ktory chce odwiedzic. Ale nie bede sprawdzac, poczekam na tlumaczenie.


Poczekajcie do jutra, zobaczycie :razz: Zaręczam, że Małgośka jeszcze zobaczy Jaśka. Nie będzie to może filmowe Look back, ale... będzie poruszająco. Będzie ładnie o tym, co się dzieje z Jaśkiem w serduchu. Jest to zresztą jedna z najbardziej rozdzierających scen w książce...

Gosia - Wto 11 Lip, 2006 23:06

Zobaczy sie z nim przed wyjazdem do Londynu ? :shock:
Czyzbym nie doszukala sie tego w ksiazce ...
No to super !



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group