To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Elizabeth Gaskell - życie, twórczość i epoka - North and South - wspólna lektura

BeeMeR - Śro 07 Kwi, 2010 12:12

"ona właściwie nie jest praczką Peggy"
Ach, to, to akurat uznałam za pewną przesadę ;)
Ja czasem też mówię, że nie jestem np. księdzem proboszczem ;)

Oczywiście, że można cytować.

kazika - Śro 07 Kwi, 2010 12:14

hmmm to znaczy, że jak mówiła, że nie jest praczką Peggy to miała na myśli np parzenie herbaty?? - żarcik BeeMeR :wink:
spin_girl - Śro 07 Kwi, 2010 12:39

O ile dobrze pamiętam to prasowanie miała na myśli akurat w tym momencie :mrgreen:
Beata55 - Śro 07 Kwi, 2010 19:12

A ja lubię Margaret. Od samego początku. Jest dziewczyną wychowywaną przez zapatrzoną w swoją wyższość matkę i ciotkę. Na pewno cały czas wbijano do jej ślicznej główki, jakie miejsce zajmuje w społeczeństwie, kogo może zaszczycać swoją uwagą i że jej jedynym powołaniem jest pięknie wyglądać i pachnieć oraz na to wszystko złapać odpowiedniego męża. Dlatego należy podziwiać Margaret (i lubić ją oczywiście) za to, jak się odnalazła w trudnej sytuacji. Tu nie chodzi tylko o noszenie koszyczków Higginsom, ale o wszystko, czym się zajęła w czasie przeprowadzki i w trakcie pomieszkiwania w Milton. Przede wszystkim, praca fizyczna, do której nie była przyzwyczajana i przyzwyczajona. Chyba po raz kolejny stwierdzę, że podziwiam ją za odwagę i hart ducha.
Duma.
Dumna jest niewątpliwie. Ale dzięki tej dumie rozkochała w sobie Johna. Tak mi się wydaje. To był ten pierwszy impuls na pierwszym spotkaniu - zderzenie Johna z dumą Margaret. Dzięki dumie wydała mu się niedostępna. Dobrze wiemy, jak reagujemy na kogoś/coś, kto/co jest poza naszym zasięgiem. Po prostu musimy tego kogoś zdobyć/musimy to mieć. Już przy pierwszym spotkaniu John poczuł, że Margaret ma nad nim władzę. To chyba było zauroczenie. Potem, potoczyło się. Jak wiemy, ostatecznie wpadł po uszy.
John pokochał Margaret za jej otwartość, szczerość (tę przed "wpadką" na peronie) i niezależność. Z tą niezależnością kojarzy mi się scena z filmu - spotkanie Johna i Margaret na dziedzińcu fabryki, kiedy prowadzą rozmowę na temat panów i robotników. Wtedy John (robiąc cudownie śliczną minę) mówi Margaret, że "Tutaj, na Północy, cenimy niezależność." Te słowa i wyraz jego twarzy mówią: "Podobasz mi się taka niezależna; podoba mi się to, że masz swoje zdanie, często odmienne od mojego. Mam przez to z tobą problemy, ale bardzo to lubię. Bardzo lubię ciebie." Potem zauważa spojrzenie matki i spłoszony, jakby wstydził się swoich myśli i tego, co chciał wyrazić słowami, ucieka. Prześliczna scena. Pierwsze nieśmiałe wyznanie sympatii (miłość dopiero w pączku).

Alicja - Śro 07 Kwi, 2010 19:42

rodzice nie próbowali szukać konkurentów do ręki Margaret bo byli zbyt zajęci swoimi" kłopotami i kłopotkami", a raczej całymi dramatami.Własnymi. Nawet ojciec, gdy już uporał się z problemem wiary i moralności, zaczął się martwić zdrowiem żony, a nie wydaniem córki za mąż. Zresztą po co? Kto by zdejmował z ich głów problemy dnia codzinnego, gdyby Margaret miała męża i wyprowadziła się? Czy w powieści jest fragment, z którego wynika kto naprawdę zajmował się prowadzeniem domu Hale'ów?
BeeMeR - Śro 07 Kwi, 2010 20:01

Alicja napisał/a:
Czy w powieści jest fragment, z którego wynika kto naprawdę zajmował się prowadzeniem domu Hale'ów?
Dixon? ;) wspierając panią Hale i wykonując jej polecania, w Milton przejmowała to chyba Margaret :mysle:
ale to tylko moje domysły

Beata55 - Czw 08 Kwi, 2010 07:12

Na pewno Margaret. Co mi podsunęło tę myśl? Fragment, w którym mowa o tym, że kiedy po śmierci ojca siedziała w Londynie, była znudzona "monotonią łatwego życia" bez wysiłku i starań. Gdyby w Milton zajmowała się nicnierobieniem, nie przeszkadzałoby jej to londyńskie, w dodatku w luksusach.
spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 09:10

Ja nie kwestionuję pracowitości Margaret tylko jej postępowanie względem Thorntona. Duma też jest, moim zdaniem, zdrowa i potrzebna, ale duma musi mieć podstawy, jak powiedział Darcy (cytuję z pamięci, więc niedokładnie) "When there's superiority of mind and character pride is always justified". Natomiast w momencie, w którym duma zmienia się w wywyższanie się nad drugim człowiekiem, w dodatku bez żadnych racjonalnych powodów, owocując zwykłym brakiem grzeczności (co nawet pan Hale zauważa kilkakrotnie) wobec człowieka, który okazuje danej osobie wyłącznie szacunek i uprzejmość - wtedy to już nie jest duma w czystym znaczeniu tego słowa, tylko zwykła arogancja.
IMHO, Margaret jest postacią pełną sprzeczności. Z jednej strony pełno jest w niej dobroci i życzliwości, szczególnie w stosunku do słabszych od siebie, z drugij strony nie potrafi uszanować człowieka równego sobie charakterem, nie potrafi okazać mu życzliwości, usiłuje mu narzucać swoje opinie i poglądy, jednocześnie zamykając się na jego kontrargumenty, często naruszając zasady dobrego wychowania. Takiej postawy nie akceptuję.

Sofijufka - Czw 08 Kwi, 2010 09:37

myślę, że ta cecha, która Ciebie [a i mnie] denerwuje to skutek wychowania. Mama Hale umysł miała ciaśniutki, pan Hale wygłaszał piekne frazesy o wychowaniu i odpowiedzialności, a w praktyce - wiemy, że zwalał przykre obowiązki na innych...Ciocia tez chyba bardzo typowa dla tej epoki.
A Margaret zaczęła dojrzewać dopiero w Milton, w zetknięciu i innymi ludźmi, innym etosem. Na początku jest przemądrzałą nastolatką, która nysli, ze jest dorosła i wszystko wie...

spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 09:46

Dobrze prznajmniej, że się potrafiła zmienić.
Sofijufka - Czw 08 Kwi, 2010 09:54

no! I za to ją lubię :mrgreen:
spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 10:01

Za to i ja ją lubię, ale dopiero pod koniec powieści :mrgreen:
Trzykrotka - Czw 08 Kwi, 2010 10:39

Słuchajcie, mnie się wydaje - li i jedynie na podstawie tego, co przeczytałam, że ocenianie Margaret jako zarozumiałej pannicy pomiatającej człowiekiem godnym szacunku, jest trochę na wyrost. Owszem, to się nasuwa, ale tylko i wyłącznie, jeżeli patrzymy na nią naszymi oczami, człowieka współczesnego, szanującego pracę i jej owoce. Oni obydwoje są z kompletnie innego świata, niż nasz. To po pierwsze. Po drugie - nawet ich światy do siebie nie przystają, są z jak z innych planet.
Margaret jest ze świata tzw "towarzystwa," towarzyskich nonsensów, konwenasów, czytania Platona (zwróćcie uwagę, wśród ważnych spraw zaplanowanych na popołudnie, wylicza na równi wizytę u Higginsów i przeczytanie kilku rozdziałów Dantego). Żyje w świecie -imo - skostniałym, trochę gnuśnym i mało realnym. Nakarmiona jest oczywiście kodeksem wartości, które każą człowiekowi postępować szlachetnie i stawać twarzą w twarz z każdym przeciwnikiem, jasno wypowiadać swoje zdanie i nie działać podstępnie.
Ona nie ma pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie na pierwszej linii frontu. Ale czy to jej wina? Tak ją wychowano. A sama ma bardzo cenne cechy charakteru. Jest odważna. Nie traci głowy w obliczu niebezpieczeństwa (pamiętacie, jak zachwyciła lekarza swoją postawą wobec choroby matki?) czy trudności. Kiedy trzeba, nie jojczy, tylko organizuje przeprowadzkę i prasuje matczyne koronki. Nie lamentuje i piszczy, tylko wychodzi przed tłum. Owszem, nie rozumie, że nie można wysyłać człowieka, żeby stawił czoła rozwścieczonej zgrai, ale kiedy trzeba, nie ucieka jak głupia Fanny, zachowuje się jak człowiek.
Irytująca bywa, to prawda, ale jest naprawdę wartościową kobietą.

przecinek - Czw 08 Kwi, 2010 10:55

Dogoniłam was wreszcie w czytaniu książki i w komentarzach, w ciekawej części powieści.
Margaret po przyjeździe do Milton też nie wzbudza mojej sympatii. Przy przygotowaniach do ślubu kuzynki, przy wyjeździe do Helston i późniejszych wydarzeniach byłam po jej stronie i współczułam jej. Jednak jej zachowanie w Milton jest pełne pychy i arogancji w stosunku do osób, które w tej rzeczywistości stoją wyżej od niej w hierarchii społecznej. Brakuje tej dziewczynie pokory, dobrze że jest podatna na zmiany i szybko się uczy.
Do tego jej duma, nie wiem z czego ona wynika. Margaret jest córką byłego pastora, wnuczką sir Johna Beresforda, który nie utrzymywał stosunków za swoją córką, bo nie wierzę że ojciec, jeżeli żył, nie wspomógłby finansowo rodziny córki (możliwe też że sam zbankrutował). Została oddana na wychowanie do bogatej ciotki, pewnie na zasadzie Fanny Price, trochę przyjaciółka, bardziej przyzwoitka, takie przynieś, wynieś, pozamiataj, a pani domu nie przysłaniaj. Pan Hale pastor wykluczony ze swojego kościoła, poza robotniczą północą nie miał szans na zatrudnienie, bo który z dżentelmenów zatrudniłby jako guwernera byłego pastora w dodatku z rodziną i córka na wydaniu, szkoły prywatne też odpadają, a państwowe jeżeli istniały wówczas nie miały raczej zapotrzebowania na nauczycieli klasyki, etyki i filozofii. Tak więc bez majątku, koligacji i zacięcia rodziny do interesów Margaret była nikim w Milton.
Z drugiej strony pomaga swojej rodzinie praca fizyczną, wspiera rodzinę Higginsa, jest pełna współczucia i dobroci, tylko dlaczego tylko dla niektórych osób?
Dziwi mnie też jej zachowanie w stosunku do Thortona i Higginsa. I jeden i drugi mają przekonania sprzeczne z jej przekonaniami, ale to Johnowi odpowiada butnie i przekornie, obrażając go przy tym, a Higginsa, mimo że się z nim kłóci, a jego słowa mogą dotknąć ją, jej rodzinę i wiarę, potrafi wysłuchać i odpowiedzieć spokojnie, przyznać rację lub zaprzeczyć, ale zawsze w sposób kulturalny.
My czytelnicy, widzimy całą Margaret, z jej historią, i dobrocią i tą bezpodstawna dumą, natomiast John zna tylko jedną stronę jej zachowania. Nie wiem jak mógł ja pokochać, myślę że bardziej było to w jego przypadku namiętność, a dopiero potem przyszło prawdziwe i głębokie uczucie.
Czy teraz będziemy omawiać strajk?

BeeMeR - Czw 08 Kwi, 2010 11:01

Trzykrotko :oklaski:
Zgadzam się - to jej uprzedzenie do handlarzy wszelkiej maści jest skutkiem wychowania, niemniej faktycznie głupotkę strzela, że "może się krzywić przy pierwszej oliwce", bo przecież ludzie nie zabawki ani oliwki. :mysle:

Mnie się bardzo podoba scena, gdy Margaret stawia się lekarzowi, podoba mi się też to, że potrafi przyznać się do błędu - mam tu na uwadze bezmyślne wysłanie Johna przed rozwścieczony tłum, bo jak się zorientowała, że palnęła głupstwo to nie uciekła umywając ręce i chowając głową pod poduszki tylko dzielnie wyszła do niego próbując ratować jego i sytuację.

Trzykrotka - Czw 08 Kwi, 2010 11:32

Fajnie, że dołączyłaś!
Zakochał się, bo była piękna i inna :wink: . Miłość to nieracjonalna rzecz i kocha się, choćby nie wiem co. Także i John tak miał. Wciąż w duchu krytykował Margaret, obrażał się na nią, pomstował, a przestać nie mógł o nij myśleć, nigdy.
Uwielbiam scenę, której nie ma w serialu, kiedy wnosi ją do salonu po ciosie kamieniem i rozpacza i wyznaje jej co do niej czuje.
przecinek napisał/a:
Czy teraz będziemy omawiać strajk?

Jesteśmy już przy kamieniu lądującym na głowie Margaret :wink:

spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 12:50

przecinek :oklaski: :oklaski: :oklaski:
doskonały opis charakteru Margaret, zgadzam się z każdym Twoim słowem.

BeeMeR - Czw 08 Kwi, 2010 13:07

A ja tak nie do końca się zgadzam z Przecinkiem, ale również się cieszę, że dołączyła :kwiatek: zwłaszcza w sprawie jak John mógł odbierać Margaret, która owszem, zachwyciła go swym pięknem, królewską postawą itp, ale też mógł jej czułość, dobroć i miłość obserwować w stosunku do najbliższych osób, oraz uprzejmość do innych, postronnych - a stosunek do rodziców też sporo mówi o człowieku.
No bo nawet inaczej odnosi się do matki Fanny, przy pierwszej wizycie, a więc względem obcej osoby lekceważąc jej zdanie np. odnośnie wyjazdów do Londynu itp, a inaczej Margaret, biegając i załatwiając cokolwiek, nawet wodny materac, żeby matce było najłatwiej, ewentualną niezgodę z nią, czy ojcem zostawiając w czterech ścianach domu.

Nie chcę bynajmniej idealizować Margaret, bo swoje za pazurkami też ma, ale uważam, że John miał okazję zauważyć nie tylko urodę i dumę.

Trzykrotka - Czw 08 Kwi, 2010 15:49

Mnie też się wydaje, że John od początku miał powody, żeby kochać Margaret, czyli - po wstępnym zauroczeniu upewnić się, że to jest ktoś, komu można powierzyć swoje życie. Co prawda pani Gaskell szczędzi nam opisów ich spotkań, wiemy, że John bywa w domu Hale'ów. Margaret, nawet jeśli wyniosła, to jest przynajmniej myśląca.
spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 20:51

A może John jest po prostu masochistą i lubi jak się nim pomiata :mrgreen:
- Czw 08 Kwi, 2010 21:33

spin_girl napisał/a:
A może John jest po prostu masochistą i lubi jak się nim pomiata :mrgreen:


coś w tym jest :-P , w końcu im bardziej ona pokazuje mu, że nie darzy go sympatią (o uczuciu już nie mówiąc), tym bardziej on robi do niej maślane oczy

BeeMeR - Czw 08 Kwi, 2010 21:59

Cytat:
A może John jest po prostu masochistą i lubi jak się nim pomiata :mrgreen:
eee tam, uwielbiałby Fanny ;)
spin_girl - Czw 08 Kwi, 2010 22:07

BeeMeR napisał/a:
eee tam, uwielbiałby Fanny

co innego domina a co innego irytująca idiotka :wink:
Może sobie Margaret wyobrażał w skórzanym gorsecie, jak go pogania batem... :mrgreen:

BeeMeR - Czw 08 Kwi, 2010 22:10

Domina rozkazująca ok, ale nie pomiataczka ;)
Bszsz... ale bredzimy ;)

przecinek - Pią 09 Kwi, 2010 09:59

Wy tu o pejczach i skórzanych gorsetach, a w tle upadający strajk i takie sceny nadchodzą ... :) Chociaż w tym nakazie rozmowy z robotnikami jest coś władczego.
Zbliża się pierwsze wyznanie miłości, chyba nawet pierwsze przyznanie się do tego uczucia Johna.
Ale najpierw Margaret przychodzi po łóżko wodne. W książce łóżko zakupiła pani Thornton, a filmie miłośniczka nowości była jej córka. Dziwne jest to odwrócenie ról, bo do tej pory pani Thornton była przedstawiana jako osoba oszczędna i praktyczna. Cały czas zastanawiam się też na co chorowała pani Hale, że choroba postępowała tak szybko, a doktor zdiagnozował ją na podstawie jednego badania.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group