Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego
Maryann - Sob 20 Sty, 2007 16:16
Mamy na myśli PANA DARCY'EGO oczywiście.
Maryann - Sob 20 Sty, 2007 18:12
A ja powiem tak:
Najpierw zobaczyłam DiU 1980, ale "tamten" pan Darcy jakoś mi nie podpasował. Potem przeczytałam książkę i oczywiście jakiś obraz sobie stworzyłam.
A w końcu w TV pokazali DiU 1995 i wtedy zobaczyłam ucieleśnienie moich pana-Daryc'owych wyobrażeń.
hamadryad - Sob 20 Sty, 2007 18:27
Dla mnie prawdziwy pan Darcy to Mateuszek. Może dlatego, że DiU 2005 oglądałam wcześniej niż tą z 1995 roku :smile: Ale Colinek zawsze budzi we mnie ciepłe uczucia macierzyńskie
Maryann - Sob 20 Sty, 2007 19:37
| hamadryad napisał/a: | Colinek zawsze budzi we mnie ciepłe uczucia macierzyńskie |
Colin... uczucia MACIERZYŃSKIE... hmmm... ??:
hamadryad - Sob 20 Sty, 2007 20:09
Nio tak by się chciało przytulić. I nie tylko...
Kaziuta - Sob 20 Sty, 2007 20:30
Wredota z niego i tyle (oczywiście w tej części) Jeżeli widział jak biedna Elżbietka sie miota, ja nerwowo zagryza wargi to zamiast podejśc jak człowiek, powiedzieć dobre słowo, dac do zrozumienia, że to nic strasznego (nawet jeżeli było straszne) to stoi i ocenia.
hamadryad - Sob 20 Sty, 2007 20:44
Ten pan Darcy by tylko stał i oceniał wszystko, co się dookoła dzieje
Maryann - Sob 20 Sty, 2007 20:56
| Kaziuta napisał/a: | Jeżeli widział jak biedna Elżbietka sie miota, ja nerwowo zagryza wargi to zamiast podejśc jak człowiek, powiedzieć dobre słowo, dac do zrozumienia, że to nic strasznego (nawet jeżeli było straszne) to stoi i ocenia. |
Podejść... Jeszcze by sobie ktoś pomyślał... Albo - co gorsza - Elżbieta zaczęłaby coś podejrzewać i wyciągać daleko idące wnioski...
Caroline - Sob 20 Sty, 2007 20:56
Żółta kartka dla Darcy'ego - grubymi nićmi szyte to dopatrywanie się braku zaangażowania ze strony Jane. Prosiak.
No dobra, powiedzmy (skoro wiemy, że w głębi duszy to dobra postać), że to był szok pourazowy po uroczej rozmowie z Lizzy w tańcu. :razz:
BTW, bardzo mi się podobało w DiU 2005 to jak pan Bennet pociesza córkę po nieudanym występie, chociaż z książkowym panem Bennetem niewiele miało to wspólnego, ten pewnie świetnie się bawił, wszak "żyjemy by śmiać się z innych i samemu być przedmiotem uciechy".
Maryann,
Alison - Sob 20 Sty, 2007 20:57
A co ma robić? Gdyby podszedł pocieszyć Elżbietę, pewnikiem musiałby się "na ten tychmiast" oświadczyć, zgodnie z tym co nam Maryanek uświadomił
Gunia - Sob 20 Sty, 2007 21:00
Albo by dostał od Elżbietki, która uznałaby to za rodzaj skrywanego tryumfu.
Alison - Sob 20 Sty, 2007 21:57
Ukarzemy go "wiłącznie" dla "naprzykładu"
W końcu to nasz najlepszy zawodnik, głupie byśmy były jakbyśmy się go pozbyły. :razz:
Maryann - Sob 20 Sty, 2007 22:00
Pozbyły ? Darcy'ego ? Nieeee...
Co najwyżej po zakończeniu fanfika możemy go wysłać na urlop.
Ale wcześniej to musi się jeszcze trochę wykazać.
Ulka - Nie 21 Sty, 2007 01:21
| Maryann napisał/a: | | asiek napisał/a: | jak Darcy mógł po krótkiej obserwacji wyciągnąć aż tak daleko idące wnioski
Przecież wymagano od dobrze wychowanej panny powściągliwości w zachowaniu... |
Też się nad tym zastanawiałam. Zgodnie z obowiązującą etykietą panna nie powinna odpowiadać na atencje ze strony dżentelmena, zanim on jednoznacznie nie określi swoich intencji. Najlżejszy wyraz zainteresowania przedstawicielem płci przeciwnej mógł być przez postronnych widzów wzięty za oznakę matrymonialnych zamiarów.
Chyba jednak mieli jakieś swoje sposoby - przecież nie wszystkie małżeństwa aranżowały rodziny... |
Ale z drugiej strony musiała mu przecież jakoś okazać przychylność i zachęcać, by się oświadczyła-nawet jeśli nie zakochała się w nim...Przecież to była dla wielu panien sprawa życia! Dobre małżeństwo czy raczej małżeństwo w ogóle... Więc może Darcy (gdybam sobie) też trochę tym się kierował...albo porównywał i widział różnicę - ha i to jaką! - z zachowaniem wybitnie mu przychylnej Karoliny!
Maryann - Nie 21 Sty, 2007 11:23
Koniec balu...
- Gdybym był szczęśliwcem umiejącym śpiewać, z wielką przyjemnością zanuciłbym towarzystwu jakąś melodię… – z lekka znajomy głos wyrwał Darcy’ego z jego zadumy. Podniósł wzrok i zobaczył przymilającego się plebana swojej ciotki – Nie chcę przez to jednak stwierdzić, że możemy czuć się usprawiedliwieni poświęcając muzyce zbyt wiele czasu, bo jest wiele innych spraw, którymi trzeba się zająć…
A teraz mamy kazanie w samym środku balu ! Niedowierzanie Darcy’ego sięgnęło niesamowitych rozmiarów. Patrzył na pastora z rosnącym lękiem.
- …tak wygodne, jak to możliwe. Nie uważam też, żeby sprawą małej wagi było okazywanie przez niego poważania wszystkim, a szczególnie tym, którym zawdzięcza swoją pozycję.
Nie rób tego, człowieku. Nie zwracaj się do mnie…
- Nie mogę go zwolnić z tego obowiązku – mówił dalej pan Collins, po czym z przypochlebnym uśmiechem zwrócił się w kierunku Darcy’ego – Nie mogę też myśleć dobrze o człowieku, który pomija okazję zaświadczenia o swoim szacunku dla każdego związanego z rodziną jego dobroczyńcy.
Ku przerażeniu Darcy’ego w pokoju zaległa kompletna cisza, gdy pastor skłonił mu się głęboko. Na szczęście nie oczekiwał odpowiedzi, tylko usiadł na swoim miejscu. Po kilku chwilach uznano, że nie należy ze strony Darcy’ego oczekiwać żadnego podziękowania za dziwaczną przemowę duchownego i wszyscy wrócili do innych rozrywek.
Darcy odetchnął i skinął na służącego, żeby napełnił mu kieliszek. Trzymając go w palcach zimnych z oburzenia wstał i przeszedł szybko na tył pokoju, do mizernego cienia rzucanego przez wielki gzyms kominka. Pociągnął duży łyk wina i zajął się obserwowaniem gości Bingleya. Jego pierwotna opinia była aż nadto właściwa ! Uniósł się gniewem i wypił kolejny haust. Wiejskie towarzystwo i jego pojęcie o manierach były przeraźliwie dalekie od ideału. Odkąd tylko pojawił się w tej prowincjonalnej okolicy, jej najważniejsi mieszkańcy obrażali go, narzucali lub podlizywali mu się. Reguły dobrego towarzystwa były nieznane, młodym pannom pozwalano biegać jak szalone, a w każdej chwili można było być narażonym na niewiarygodny brak dobrych manier, nawet na balu !
Zmrużonymi oczyma Darcy przyglądał się tłumowi aż znalazł Bingleya w odległym kącie, z pochyloną głową, pogrążonego w osobistej rozmowie z panną Bennet, podczas gdy bal niebezpiecznie wymykał się spod kontroli. Nie ! Darcy potrząsnął głową. Dla jego własnego dobra to trzeba przerwać. Pomimo twierdzeń jej matki panna Bennet nie ma żadnych atutów poza tym, że jest córką dżentelmena: żadnych koneksji, które byłyby stosowne dla jego przyjaciela, ani posagu, który zwiększyłby jego dochód, czy posiadłości, która powiększyłaby jego majątek. Zamiast tego wniesie mu niemożliwie nieokrzesaną teściową, cztery – nie, trzy niczym się niewyróżniające siostry, które on miałby narzucić towarzystwu, kostycznego teścia samotnika i niezliczoną liczbę krewnych wśród klasy pracującej. Ten szkic zapowiadał katastrofę. Darcy znał zasięg swego wpływu na przyjaciela, a to mogło być sprawdzianem dla jego granic, ale musi ściągnąć go z tego rujnującego kursu.
Wypił resztę wina i z rosnącym zdecydowaniem postawił kieliszek na najbliższym stole, gotów do działania. Szelest papieru przerwał tok jego myśli i zawrócił je do nadziei, z jakimi zaczynał ten wieczór. Czego to oczekiwał od tej nocy ? Jedynie dobrej opinii Elizabeth Bennet ? Darcy wycofał się w cień. Elizabeth wciąż siedziała na swoim krześle słuchając z szacunkiem damy, której talenty były daleko mniejsze od jej własnych. Wciąż była lekko zarumieniona, ale było jej z tym do twarzy. Śpiew się skończył, pokój zaczął się wyludniać i wracano do tańca. Elizabeth wstała wraz z innymi i podeszła do swojej przyjaciółki, panny Lucas.
Jej szacunek. Pragnął jej szacunku, jej przyjaźni… oazy dowcipu i wdzięku na pustyni prowincjonalnej szarzyzny. Pragnął ożywienia, które czuł w jej obecności, przepływającego przez jego wnętrze niczym doskonałe wino. Pragnął zobaczyć w tych cudownych oczach coś więcej niż rozbawienie, czy rywalizacja.
Elizabeth i panna Lucas wyszły z pokoju. Darcy podążył za nimi wzrokiem i nagle poczuł ukłucie w piersi. List w wewnętrznej kieszeni zmarszczył się, gdy bezwiednie potarł to miejsce. Nie ma szans na zdobycie dobrej opinii u Elizabeth Bennet. To, co zamierzał zrobić, co musiał zrobić dla dobra Charlesa, z jej strony nieodwołalnie zagwarantuje mu potępienie.
Alison - Nie 21 Sty, 2007 11:33
Piii-erwsza AGAIN!!!
No kartka dla Darcy'ego przybiera juz odcień pomarańczowy...
asiek - Nie 21 Sty, 2007 12:57
| Maryann napisał/a: | | panna Bennet nie ma żadnych atutów poza tym, że jest córką dżentelmena: żadnych koneksji, które byłyby stosowne dla jego przyjaciela, ani posagu, który zwiększyłby jego dochód, czy posiadłości, która powiększyłaby jego majątek. |
A to materialista ! Czerwona kartka od...już !
Maryann ...
Maryann - Nie 21 Sty, 2007 13:15
| Ulka napisał/a: | musiała mu przecież jakoś okazać przychylność i zachęcać, by się oświadczyła-nawet jeśli nie zakochała się w nim...Przecież to była dla wielu panien sprawa życia! Dobre małżeństwo czy raczej małżeństwo w ogóle... Więc może Darcy (gdybam sobie) też trochę tym się kierował...albo porównywał i widział różnicę - ha i to jaką! - z zachowaniem wybitnie mu przychylnej Karoliny! |
Ja też się w tym wszystkim nie bardzo mogę połapać.
Znalazłam informację, że "modelowym" przykładem zachowania panny wobec dżentelmena było zachowanie Fanny Price wobec Crawforda. Jeśli tak, to Darcy nie powinien zarzucać Jane, że była zbyt powściągliwa.
Z drugiej strony on był chyba przyzwyczajony do trochę innego typu kobiet. Etykieta etykietą, a panny z wielkiego świata z pewnością zachowywały sie inaczej niż dziewczęta z prowincji - tak mi się skojarzył kontrast między "moralnością" markizy i pani de Tourvel w "Valmoncie".
A panna Bingley bardzo chciała wejść do towarzystwa i z pewnością była bardziej "wyzwolona" i "nowoczesna" niż wiele z arystokratycznych panien. No i pamiętajmy, że szczególną sympatią Darcy'ego się jednak nie cieszyła...
Ulka - Nie 21 Sty, 2007 13:20
| Maryann napisał/a: | | Nie ma szans na zdobycie dobrej opinii u Elizabeth Bennet. To, co zamierzał zrobić, co musiał zrobić dla dobra Charlesa, z jej strony nieodwołalnie zagwarantuje mu potępienie. |
A skoro tak, to pójdzie na całość... głową w dół :smile:
Alel ale, jedno mnie teraz zastanawia-skoro tak dokładnie wiedział, że Lizzy go nie znosi-to SKĄD przyszło mu do głowy, że pragnie jego oświadczyn?? (przyznała się na końcu, że tak myślał w Hunsford..)
Maryann - Nie 21 Sty, 2007 13:30
Ulko, miłość jest ślepa (chociaż po tym jego występie w Hunsford mam niejakie wątpliwości, czy on już wtedy ją naprawdę kochał).
A Darcy najwyraźniej podczas pobytu w Rosings i po częstych spotkaniach z Elizabeth doszedł jednak do wniosku, że ma jakieś szanse. W końcu jaka rozsądna panna odrzuciłaby partię wartą dziesięć tysięcy rocznie ?
Ale to wszystko jeszcze daleko przed nami. Poczekajmy. Jest na co.
hamadryad - Nie 21 Sty, 2007 13:52
Już nie mogę się doczekać dalszych części Fakt, mało która panna odrzuciłaby chodzącą żyłę złota ale pamiętajmy, że "Wszystko, tylko nie małżeństwo bez miłości"
Maryann - Nie 21 Sty, 2007 14:28
Tak, ale:
"Samotne kobiety mają okropną skłonność do ubóstwa - to jedno silnie przemawia za małżeństwem..."
Darcy pewnie też to wiedział.
malmik - Nie 21 Sty, 2007 14:57
Drogie kobiety jestem przerażona.
Dotąd omijałam dużym łukiem ten wątek, że względu na wręcz niewyobrażalną ilość stron do nadrobienia. Ale dzisiaj popełniłam ten karygody błąd i przeczytałam dwa pierwsze fragmenty. No i koniec - jestem wciągnięta . (a ilość stron nadal mnie przeraża)
hamadryad - Nie 21 Sty, 2007 15:00
Tak, to pewnie też słyszał: "Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony" :smile: Wziął sobie te słowa do serca i postanowił zaoferować Elżbiecie swoją złotą rączkę. Biedaczek, nie przypuszczał nawet, iż pannica "nigdy nie pragnęła mieć u niego dobrej opinii" i ani jej w głowie małżeństwo! A przynajmniej nie z nim.
Kaziuta - Nie 21 Sty, 2007 17:50
Alison ma chyba jakieś tajne porozumienie z tłumaczkami. Już trzeci raz jest pierwsza
Darcy raz zyskuje, raz traci w naszych oczach. Teraz zbliża się skutecznie do czerwonej karteczki, a co za tym idzie zostanie wykluczony z gry na jednen mecz, ale potem wróci. Przecież nie pozbędziemy sie najlepszego gracza.
|
|
|