Powieści - Nad Niemnem
Aragonte - Nie 28 Sie, 2011 21:46
| lady_kasiek napisał/a: | Bo jeśli dobrze rozumiem nicol, a teraz wypowiem co i ja czuję, to skoro Ona nadal kochala męża i żyła myśląc o nim to nie byloby to fair. Oddać mężczyźnie tylko ciało a myślami być przy mężu, pewna profesja się tym zajmuje, ale nazwa wypadła mi z glowy |
Naprawdę sądzicie, że można kochać naraz tylko jedną osobę?
Kurczę, chyba rzucę cytatem, bo Orzeszkowa moim zdaniem daje sporo do myślenia:
[O pani Andrzejowej]
"Ale najwymowniejszym ze swatów było jej własne serce, które za rozkochanym w niej człowiekiem przemawiało goręcej, niżby ona spodziewać się albo nawet przedtem przypuszczać mogła. Pomimo woli przy zbliżeniu się jego uczuwała, że nie jest abstrakcyjną formułą niewieściej cnoty, ale człowiekiem zmuszonym do odczuwania ludzkich pociągów i pokus. Pomimo woli odzywała się w niej żądza jakby zmartwychpowstania, jakby otrząśnięcia z siebie mogilnych prochów i wyjścia na świat słoneczny, między kwiaty. Nęcić ją zaczęła myśl posiadania obok siebie rozumnego i kochającego towarzysza wszystkich chwil życia [...] Przyszła na koniec chwila, w której przyjaciele i doradcy ujrzawszy ją słabą i wzruszoną wymogli na niej wahające się jeszcze i warunkowe słowo przyzwolenia".
Nie twierdzę, że zakochała się wtedy w swoim konkurencie, ale moim zdaniem była tego bliska i nie ma co robić z niej posągu. A kochać zmarłego mogła dalej - jednocześnie żyjąc, szczęśliwa, z innym. C'est la vie, po prostu.
| lady_kasiek napisał/a: | | I w związku z tym nie miała prawa być szcześliwa z nowym mężem. Ba! Jego też by unieszczęśliwiła, a nicol slusznie stwierdziła, że byłoby to nie fair. |
Kaśku - nie miała prawa?
Kurrtynka - to ja po namyśle stwierdzam, że podejście matki Janka Bohatyrowicza jest normalne i rozsądne
Anonymous - Nie 28 Sie, 2011 21:52
| Aragonte napisał/a: | | Kaśku - nie miała prawa? |
Nie miała prawa użyłam jako zwrotu w z zdaniu kochając tak bardzi, bardzo męża nie miała prawa(czyli nie ma takiej opcji) żeby pokochała innego.
Coś mi ostatnio kiepsko wychodzi ubieranie myśli. Biegają takie gołe i tylko wprawiają w zakłopotanie mnie i innych
Ania Aga - Nie 28 Sie, 2011 21:53
Pani Andrzejowa (nawet nie pamiętam jej imienia) nie dała sobie prawa do szczęścia. Po okresie żałoby, nawet długim powinna zamknąć za sobą ten etap swojego życia. Jej mężowi na pewno nie zależało, aby całe życie się umartwiała. Miłość miłością, ale takie kultywowanie pamięci Andrzeja nic dobrego ani jej, ani jej synowi nie przyniosło. Nie da się żyć przeszłością. Jeżeli nie czuła potrzeby, nie musiała wychodzić powtórnie za mąż, jednak powinna się skupić na przyszłości, a nie na przeszłości.
Ania Aga - Nie 28 Sie, 2011 21:55
| lady_kasiek napisał/a: | | Coś mi ostatnio kiepsko wychodzi ubieranie myśli. Biegają takie gołe i tylko wprawiają w zakłopotanie mnie i innych |
Dobre!
Anonymous - Nie 28 Sie, 2011 21:55
| Aragonte napisał/a: | | Naprawdę sądzicie, że można kochać naraz tylko jedną osobę? |
Tak. Jesli mam wierzyć w te bzdury o polówkach duszy, to są polowy a nie np. ćwiartki(bo ćwiartka to moze być wódki).
W danej chwili, jednym sercem można kochac jednego mężczyznę. Można w tym samym czasie kochac wielu ludzi, ale ten Jedyny jest jedynym, pozostali są namiastkami, substytutami, zamiennikami, którzy nie zawsze powinni mieć tylko taką rolę.
Aragonte - Nie 28 Sie, 2011 22:08
Kaśku, myślę, że to bardziej skomplikowane bywa... Ale to temat na inną rozmowę, wykraczającą poza powieść pani Elizy
| Ania Aga napisał/a: | | Pani Andrzejowa (nawet nie pamiętam jej imienia) nie dała sobie prawa do szczęścia. Po okresie żałoby, nawet długim powinna zamknąć za sobą ten etap swojego życia. Jej mężowi na pewno nie zależało, aby całe życie się umartwiała. Miłość miłością, ale takie kultywowanie pamięci Andrzeja nic dobrego ani jej, ani jej synowi nie przyniosło. Nie da się żyć przeszłością. Jeżeli nie czuła potrzeby, nie musiała wychodzić powtórnie za mąż, jednak powinna się skupić na przyszłości, a nie na przeszłości. |
Wszystko się zgadza, ale moja polemika dotyczyła określenia, że powtórne zamążpójście pani Andrzejowej Korczyńskiej byłoby nie fair wobec kandydata.
A ja nadal odnoszę wrażenie, że byłoby fair, bo - niezależnie od martyrologii i tego, że kochała naprawdę swego pierwszego męża - mogła ona kochać też, chociaż pewnie inaczej, bo był to inny człowiek, następnego, no i być z nim szczęśliwa. Nie wyszło, jasne, ale przecież czystą gdybologię tu uprawiam.
Jak znajdę chwilę, to wrzucę dla równowagi wykład matki Janka o małżeństwie
Anonymous - Nie 28 Sie, 2011 22:18
Wszyscy gdybologię uprawiamy | Aragonte napisał/a: | | Kaśku, myślę, że to bardziej skomplikowane bywa... |
Naprawdę? Czy tylko my to tak komplikujemy...
Aragonte - Nie 28 Sie, 2011 22:20
I tak, i nie
Tzn. na pewno to i owo komplikujemy, ale przynajmniej forum żyje
RaczejRozwazna - Nie 28 Sie, 2011 22:21
Co do kochania dwóch mężczyzn jednocześnie - cos tak jakby "Zmierzchem" mi zaleciało i "wykładem" Jacoba...
Aragonte - Nie 28 Sie, 2011 22:40
| RaczejRozwazna napisał/a: | Co do kochania dwóch mężczyzn jednocześnie - cos tak jakby "Zmierzchem" mi zaleciało i "wykładem" Jacoba... |
OMG - to cios poniżej pasa, bo Zmierzchu nie czytałam
Obrazić się?
Zresztą z tą sytuacją ma to wspólnego tyle, że wampir jest martwy. Podobnie jak Andrzej Korczyński.
Czy ja pisałam coś o tym, że pani Andrzejowa ma jednocześnie kochać dwóch żywych facetów?
Ania Aga - Nie 28 Sie, 2011 23:02
| Aragonte napisał/a: | Wszystko się zgadza, ale moja polemika dotyczyła określenia, że powtórne zamążpójście pani Andrzejowej Korczyńskiej byłoby nie fair wobec kandydata.
A ja nadal odnoszę wrażenie, że byłoby fair, bo - niezależnie od martyrologii i tego, że kochała naprawdę swego pierwszego męża - mogła ona kochać też, chociaż pewnie inaczej, bo był to inny człowiek, następnego, no i być z nim szczęśliwa. Nie wyszło, jasne, ale przecież czystą gdybologię tu uprawiam. |
Aragonte, ona nie mogła powtórnie wyjść za mąż i być szczęśliwa, ponieważ ona nie żyła w realnym świecie i ciągle była w związku małżeńskim ze swoim zmarłym mężem.
Aragonte - Pon 29 Sie, 2011 11:59
W reminiscencjach (czyli w tym, co zacytowałam) nie do końca - łamała się, miękła, mogła zmienić decyzję, tzn. wybrać inną życiową ścieżkę. Nie stało się tak, owszem, ale upieram się, że to było możliwe.
Sofijufka - Pon 29 Sie, 2011 14:00
moim zdaniem - problemem pani Andrzejowej była egzaltacja, jak u pani Emilii. Tyle że u pierwszej to była egzaltacja 'pieknoduchowsko-moralna", bogoojczyźniana i arystokratyczna, u drugiej - pięknoduchowsko-estetyczn0-erotyczna [w znaczeniu romantycznym] i "harlekiniowa"
spin_girl - Pon 29 Sie, 2011 16:03
| Sofijufka napisał/a: | | moim zdaniem - problemem pani Andrzejowej była egzaltacja, jak u pani Emilii. Tyle że u pierwszej to była egzaltacja 'pieknoduchowsko-moralna", bogoojczyźniana i arystokratyczna, u drugiej - pięknoduchowsko-estetyczn0-erotyczna [w znaczeniu romantycznym] i "harlekiniowa" |
Zgadzam się, to były kobiety, które same sobie uniemożliwiły szczęśliwe i normalne życie. Przeniosły się do nierealnego świata, który same sobie zbudowały pod swój gust i potem już nikt i nic nie mógł tej iluzji dorównać. W ten sposób skutecznie unieszczęśliwiły nie tylko same siebie, ale i wszystkich dookoła.
Tamara - Pon 29 Sie, 2011 21:21
| Aragonte napisał/a: |
Jak znajdę chwilę, to wrzucę dla równowagi wykład matki Janka o małżeństwie |
"Jedno wschodzi , drugie zachodzi , i co umarłym z tego , że żywi w zasmęcie zostają , a ze smutkiem to jak z kozłem : ani wełny , ani mleka " cytuję z pamięci częściowo z książki , częściowo z filmu i na pewno nie do końca wiernie INo , że wszystko zależy od psychiki i podejścia . Są tacy , po których spływa jak woda po gęsi , a są tacy , co się przywiązują raz na całe życie do śmierci . Tu mamy skrajne przypadki z obu stron barykady - tu jeden na wieki , a tu trzech bodajże , a jakby się owdowiało i czwarty trafił , to czemu nie
Imienia pani Andrzejowej nie znamy , a ona była wychowana na koturnach , to i zejście na ziemię było niemożliwe
Zygmusiowi talent wmówiono , a efekta były mierne - jeden obrazek jaki taki i na tym koniec . Też o tym jest mowa , kiedy pani ANdrzejowa po bolesnej rozmowie z synalkiem odtrąconym przez Justynę wreszcie obiektywnym okiem spogląda na jego próby rysowniczo-malarskie , którymi ma obwieszony pokój . Brak talentu , swobodnej ręki , wszystko wysilone , wymuszone...
nicol81 - Pon 29 Sie, 2011 21:32
| Aragonte napisał/a: | | Naprawdę sądzicie, że można kochać naraz tylko jedną osobę? |
Ludzie są różni- niektórzy moga kochać raz, niektórzy więcej i częściej. Patrz Wenworth i Benwick. Albo np. Natasza z WiP- w Pierrze się zakochała w parę miesięcy po śmierci Andrzeja. Tu nie ma zdrowego podejścia- zdrowe jest to, co zgodne z naszą osobowością i uczuciami. A skoro Andrzejowa miała wizje męża, to znak, że mimo naturalnej potrzeby mężczyzny w różnych jego zastosowaniach, nie była gotowa. I dlatego to byłoby nie fair.
Aragonte - Pon 29 Sie, 2011 22:56
Nie miała wizji, już to pisałam - sama przyznała przed sobą, że było to złudzenie wywołanie nadmiarem emocji czy jak tam to zwać.
I jasne, że ludzie są różni
Tak sobie jeszcze zaczęłam myśleć o Marcie - owszem, podjęła pewną decyzję, trudną na pewno... ale co się w niej musiało kotłować, kiedy przez ileś tam lat docierały do niej pogłoski, że Anzelm choruje? Bo że informacje docierały, to pewne
Trzykrotka - Wto 30 Sie, 2011 20:20
Ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam, jak ona mogła żyć i nie dostać bzika. Żyć i chyba tłuc głową o ścianę, że się podjęło tak ważną decyzję pod wpływem perswazji opartych na błahych argumentach. Ona jest jak Anna Eliot bez kapitana Wenwortha, tylko bardziej temperamentna, a mniej łagodna. Zawsze bardzo mi jej żal, kiedy wracam do Nad Niemnem. Można powiedzieć, że jej życie miało przynajmniej sens, ale cóż, kiedy nie taki, jakiego ona życzyłaby sobie.
Bardzo kocham Benedykta za jego ostatnią scenę z Martą
Tamara - Wto 30 Sie, 2011 20:38
Nic dziwnego , że wykierowała się na cholerę jak sama mówiła myślę , że ratunkiem była dla niej ta właśnie ciężka praca ,przed którą uciekała - prowadzenie domu , gospodarstwa , wychowanie dzieci . Tylko stale gorycz ją żarła, że to nie jej
Admete - Wto 30 Sie, 2011 20:39
Marta jest mi bliska. Taka rozsądna, twardo stąpająca po ziemi kobieta. Żal mi jej bardzo, bo mogła być szczęśliwasza. I też podoba mi się, ze na końcu jest pewna swojego miejsca na świecie.
"Poranek dziewczyną widział, a wieczór babą obaczył" - nic dodać, nic ująć.
Aragonte - Śro 31 Sie, 2011 00:20
| Trzykrotka napisał/a: | Ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam, jak ona mogła żyć i nie dostać bzika. Żyć i chyba tłuc głową o ścianę, że się podjęło tak ważną decyzję pod wpływem perswazji opartych na błahych argumentach. Ona jest jak Anna Eliot bez kapitana Wenwortha, tylko bardziej temperamentna, a mniej łagodna. Zawsze bardzo mi jej żal, kiedy wracam do Nad Niemnem. Można powiedzieć, że jej życie miało przynajmniej sens, ale cóż, kiedy nie taki, jakiego ona życzyłaby sobie.
Bardzo kocham Benedykta za jego ostatnią scenę z Martą |
Ja przy tej scenie regularnie ryczę, kiedy oglądam film
A co do decyzji Marty - w sumie nam, współcześnie, wydaje się dziwna, ale może wtedy, w zupełnie innej sytuacji społecznej, Marta naprawdę czułaby się źle, gdyby wyszła za Anzelma i odczuła wyraźnie ludzkie szyderstwo? Chodzi mi o to, że waga konwenansu, tego, co ludzie powiedzą, miała wtedy inne znaczenie niż obecnie.
Niczego nie wyrokuję, tak sobie rozważam i rzucam pytanie w przestrzeń.
Marija - Śro 31 Sie, 2011 07:47
Pewnie by tak było, o ile w ogóle stykałaby się z krewnymi "z dworu" . Bo czy ludzie z Bohatyrowicz wypominaliby mezalians, to osobiście wątpię.
Trzykrotka - Śro 31 Sie, 2011 08:01
No właśnie. Też sobie myślę, że po ślubie Marta stykałaby się tylko z tymi członkami rodziny, którzy tego chcieliby. Na resztę mogłaby gwizdać, przenosząc się do świata dalekiego od salonowych plotek o mezaliansie.
A może jednak nie? Może ciążyłoby jej piętno tej, która "zhańbiła" rodzinę Korczyńskich? Justyna była z nimi mniej związana emocjonalnie, jako dalsza krewna (o ile pamiętam).
Hortensja - Śro 31 Sie, 2011 10:39
| Aragonte napisał/a: | Bardzo kocham Benedykta za jego ostatnią scenę z Martą
Ja przy tej scenie regularnie ryczę, kiedy oglądam film |
Och, ja tez sie zawsze tym wzruszam!
Tamara - Śro 31 Sie, 2011 10:55
| Trzykrotka napisał/a: | No właśnie. Też sobie myślę, że po ślubie Marta stykałaby się tylko z tymi członkami rodziny, którzy tego chcieliby. Na resztę mogłaby gwizdać, przenosząc się do świata dalekiego od salonowych plotek o mezaliansie.
A może jednak nie? Może ciążyłoby jej piętno tej, która "zhańbiła" rodzinę Korczyńskich? Justyna była z nimi mniej związana emocjonalnie, jako dalsza krewna (o ile pamiętam). |
Na pewno wtedy konwenans był silniejszy , no i Marta jednak była Korczyńska , była jakąś stryjeczną siostrą Benedykta , czyli niby stała w hierarchii dość wysoko , chociaż jej "państwo" polegało wyłącznie na nazwisku jak sama mówiła , bo nie miała ani majątku , ani edukacji , ani wysokiej pozycji jako uboga krewna i na dodatek przecież od początku pracowała prowadząc dom , a chodziła w cerowanych ubraniach , jak mówiła , więc to był wyłącznie skutek magii nazwiska . Zabrakło jej siły , żeby się przeciwstawić . Chociaż nie sądzę , żeby to była jakaś straszna hańba , w końcu Bohatyrowicze to też była szlachta , tyle że zaściankowa , biedna . A najbardziej zdaje mi się wyśmiewał się Kirło , który akurat najmniej miał do gadania , no ale się przestraszyła .
Justyna była w tej szczęśliwo/nieszczęśliwej sytuacji , że nie nosiła nazwiska Korczyńskich , to raz , dwa , od samego początku była takie ni to ni sio , dostała gorzką lekcję na temat swojego położenia i perspektyw po Zygmusiowych zapędach małżeńskich , więc była całkowicie pozbawiona złudzeń , co do ludzi , którzy ją otaczali i swojego wśród nich stanowiska . Nie miała absolutnie nic do stracenia , a wszystko do zyskania , dzięki swoim wcześniejszym doświadczeniom nauczyła się niezależności myślenia i jasno oceniając sytuację łatwiej mogła podjąć właściwą decyzję .
|
|
|