Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego
Matylda - Sob 13 Sty, 2007 16:58
Och jak miło sie czyta gdy mężczyzna pragnie kobiety
Ciekawa jestem co ostatecznie przesądzi o tym , że Darcy zwinie żagle??
Tak pragnął jej bliskości ??: A jednak potrafił uciec.
Tak bardzo się bał tej menażerii która otaczała Elżbietę ??? Przecież miłość jest slepa i nie widzi sie wszystkich mankamentów które czyhają w pobliżu
Wszyscy zakochani mimo przeciwności losu myślą , że jakoś to będzie, jakoś się ułoży ,ale Darcy jest taki pragmatyczny.................
No nic się jeszcze trochę pomęczy
Maryann - Sob 13 Sty, 2007 20:10
| Matylda napisał/a: | Ciekawa jestem co ostatecznie przesądzi o tym , że Darcy zwinie żagle??
Tak pragnął jej bliskości ??: A jednak potrafił uciec.
Tak bardzo się bał tej menażerii która otaczała Elżbietę ??? Przecież miłość jest slepa i nie widzi sie wszystkich mankamentów które czyhają w pobliżu |
Bał się tej menażerii, oj bał. Niby bał się ze względu na Bingleya, ale na pewno podświadomie wiedział, że jeśli dłużej zostanie w Hertfordshire, to będzie musiał się poddać... (co się zresztą okazało prawdą - pół roku później, w Rosings. ). A on jeszcze nie był TAK zakochany, żeby nie widzieć wszystkich mankamentów tego związku.
Caroline - Nie 14 Sty, 2007 00:12
NOCNE MARKI, UCIEKAĆ STĄD!
NIE CZYTAĆ, UZBROIĆ SIĘ W KAWKĘ, DROŻDŻÓWECZKĘ, tfu, MUSLI I PRZYJŚĆ NA FORUM O 9.00.
JASNE?
Sio, sio, sio!!!!
Jutro też mnie nie ma, więc ciacho leci nocne, dłużej nie mogę czekać, bo padam na facjatę jak Nelson po westernie.
Rozdział 11, cz. VI
- Zdaje mi się, że możesz spokojnie uznać swój bal za udany, Bingley – powiedział [Darcy], gdy zdołał odnaleźć Bingleya między tańcami. – Może nawet zbyt udany.
- Zbyt udany? Ścisk, to masz naprawdę na myśli – roześmiał się Bingley w odpowiedzi. – Jeśli mam być szczery, obszedłbym się bez paru oficerów, którzy zajmują tańcem kobiety, z którymi chciałbym porozmawiać...
- Kobiety, Bingley? – Darcy omiótł je wiele mówiącym spojrzeniem – Wygląda na to, że jesteś otoczony masą kobiet, które chętnie...
- Kobieta, Darcy! Do licha z tobą, nie udawaj, że mnie nie rozumiesz!
- Bingley, rozumiem doskonale – Darcy zniżył głos. – Otworzyłeś z nią bal i tańczyłeś z nią bez przerwy. Cokolwiek więcej, a cała okolica zaczęłaby oczekiwać zapowiedzi w nadchodzącą niedzielę.
- Cóż, przynajmniej tańczyłem i mam nadzieję zatańczyć jeszcze, podczas gdy ty nie robisz nic, tylko przechadzasz się sztywno „jak przystoi”, albo przyglądasz się Elizabeth Bennet. – Bingley przerwał, by ukłonić się i uśmiechnąć w odpowiedzi na pozdrowienie nowo przybyłej osoby. I nie spoglądaj tu na mnie z taką kamienną twarzą, nic to nie da. Zbyt dobrze cię znam, mój przyjacielu.
- Cel, pal, Bingley, cel i pal, ale pudło! Zamierzam tańczyć tego wieczoru. Gdy nadejdzie właściwa pora.
- Właściwa pora?
- O nic więcej nie pytaj…
- ... a nie usłyszę żadnych kłamstw. – Bingley potrząsnął głową udając rozpacz. – Kiedy będzie właściwa pora? Gdy zegar wybije dwunastą? Co ty planujesz, Darcy?
- Atak z zaskoczenia, nic więcej nie zdradzę – Darcy umknął zanim Bingley zaczął dopytywać o szczegóły. Skoczny taniec dobiegał końca, tancerze podzielili się, musiał dotrzeć do Elizabeth zanim porwie ją kolejny „pospolity mundur”. Dreszcz podniecenia przebiegł mu po plecach niczym błyskawica, gdy przypomniał sobie obawy i przepowiednie swojego lokaja co do nadchodzącego wieczoru, zerknął na kamizelkę, do włożenia której zmusił go Fletcher. „Cóż, niedługo się okaże, Fletcher”.
Gdy ją znalazł, Elizabeth znów była zajęta panną Lucas i nie zauważyła go. Na dyskretne „ekhm” panny Lucas odwróciła się gwałtownie niemal uderzając w jego pierś.
- Panno Bennet – ukłonił się szybko i nie czekając na dygnięcie wykorzystał przewagę, na którą liczył. – Czy uczyni mi pani honor i zechce stanąć ze mną do następnego tańca?
Usta Elizabeth otworzyły się i zamknęły, jej zaskoczenie było satysfakcjonująco wyraźne pod każdym względem. Spojrzała na niego, potem na przyjaciółkę. Darcy czekał cierpliwie.
- Nie zamierzałam... to znaczy.... chciałam... usiąść... – spojrzała mu w oczy. Uniósł pytająco brwi.
- Tak – zgodziła się ściśniętym, cichym głosem.
Darcy ukłonił się z wdzięcznością i odszedł rozkoszując się jej zakłopotaniem i zbliżającym się zwieńczeniem tygodniowego planowania.
Była najwyraźniej wzburzona. Z rosnąca obawą obserwował ją spod przymkniętych powiek, gdy rozmawiała gwałtownie z panną Lucas, mocne rumieńce wykwitły na jej twarzy, oczy rzucały błyski. Ten widok zbił go z tropu i całkowicie odebrał mu odwagę, gdy podchodził, by wziąć ją za rękę, spychając tygodniowe oczekiwanie na tę przyjemność na skraj świadomości. Ukłonił się sztywno, ona dygnęła. Wyciągnął do niej rękę, podała mu swoją, ale nie spojrzała mu w twarz. Jakakolwiek swoboda, którą kiedykolwiek czuł w jej towarzystwie opuściła go, gdy prowadził ją na ich miejsce w szeregu.
Szept zaskoczenia obiegł salon, kiedy stawali twarzą w twarz, spodziewał się go, ale w tych okolicznościach tylko upewnił się, jakiego głupca robi z siebie i to przed kobietą, która, nawet teraz, traktowała go z najwyższą obojętnością. Wyobrażał sobie, że będzie poirytowana, wyobrażał sobie, że będzie urażona, ale w jego wyobraźni szybko i uroczo zmieniała się w ujmującą partnerkę. Istota krocząca przed nim nie zdradzała w najmniejszym stopniu takich słodkich zamiarów. Co się stało z uroczą, zniewalającą Ewą?
Darcy obdarzył Elizabeth najbardziej formalnym z ukłonów pochylając się głęboko. Gdy się unosił nakazał sobie spoglądać za jej lewy policzek, ale najpierw rzucił jej ukradkowe spojrzenie. „... mieć cię przy mym boku...”, zdusił tę myśl. Nie było cienia łagodności w kamiennej figurze przed nim. „Dalej głupcze, dopełnij swego szaleństwa!” warknął do siebie czując znajomy chłód w piersi. Złączyli ręce i odwrócili się spoglądając na koniec sali balowej. Jej napięcie, dające mu o sobie znać przez złączone palce, wzrastało zauważalnie, gdy postępowali naprzód zgodnie z układem tanecznym. Choć sam nie śmiał na nią spojrzeć, Darcy czuł, że ona przygląda się jemu. W jakim celu, nie mógł zgadnąć a ponieważ co nieco już wiedział o jej umyśle, uznał, że milczenie będzie najlepszym wyjściem. Jak się okazało, jedyną „pociechą” czerpaną z jej towarzystwa mógł być uderzający do głowy dotyk jej dłoni, puszczanie i ujmowanie jej palców w rękawiczkach. To będzie musiało wystarczyć.
Kaziuta - Nie 14 Sty, 2007 01:40
Znowu jestem trzecia, ale to ciągle miejsce medalowe.
Już myslałam, że sie nie doczekam ani słowa o tym dotyku rąk, ale Carolcia jest jak Hitchcock.
Dlaczego on tak wszystko ściśle planuje. Taniec, rozmowe z Lizzy etc etc. Uczucie to nie służba wojskowa i żaden regulamin w nim nie zadziała.
Ania1956 - Nie 14 Sty, 2007 07:49
| AineNiRigani napisał/a: | Jej, aż mi jest żal biedaka... |
Najchętniej "powiedziałabym" Darciemu że wszystko dobrze się skończy, żeby się nie martwił ,ale problemy w zdobyciu ukochanej tylko tą miłość wzmocnią. ( głęboka myśl z rana przed kawą.!!!!!) sic.
Gosia - Nie 14 Sty, 2007 08:57
Ten fanfik naprawde jest dobrze napisany !
Gitka - Nie 14 Sty, 2007 09:48
| Gosia napisał/a: | | Ten fanfik naprawde jest dobrze napisany ! |
Myślę tak samo.
Caroline, wielkie dzięki, ale Ty o Nas dbasz
Maryann - Nie 14 Sty, 2007 10:50
| Kaziuta napisał/a: | Dlaczego on tak wszystko ściśle planuje. Taniec, rozmowe z Lizzy etc etc. Uczucie to nie służba wojskowa i żaden regulamin w nim nie zadziała. |
Pan Darcy w ogóle sprawia wrażenie człowieka, który lubi porządek i systematyczność, żyje wg regulaminów i harmonogramów i wszystko zawsze ma zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Wtedy wie, czego się może spodziewać i ma wpływ na bieg wypadków (a przynajmniej tak mu się wydaje).
Uczucie do Elżbiety coraz bardziej go przeraża, bo on się boi rzeczy nieprzewidywalnych, których nie może ułożyć wg własnej woli.
Alison - Nie 14 Sty, 2007 10:58
Bidny jest, co by o nim nie mówić, nie przepadam za ludźmi tak zorganizowanymi, choć z pewnością trochę im zazdroszczę. Wolę tzw. spontanów, ale żal mi go, bo sobie wymyślił całą scenkę, a tu wszystko weźmie w łeb, oj malutki, malutki , malutki, kieby rynkowicka....
Alison - Nie 14 Sty, 2007 11:15
No właśnie! W miłości tylko spontaniczność, choć czasem się za to słono płaci :razz:
Ale Darsika mi żal, bo mało się bidul "we wannie" nie utopił z tego planowania, a ta podła Jelizawieta mu takie kłody pod nogi wali i to z powodu tego dupka Wickhama.
Narazie trzymam stonę Darsika.
Świat się wali! Trzymam sztamę z facetem!
Caroline - Pon 15 Sty, 2007 10:23
Other uwielbiam wyzywająco-ironiczne spojrzenie Karoliny B. na Twoim avku :razz: , szczególnie, gdy kontrastuje z uroczym ujęciem Lizzy z avka Maryann. :razz:
Zanim coś tam wkleję poniżej chciałam tylko powiedzieć, że bardzo trafny jest opis nieśmiałego i dumnego Darcy'ego, który wszystko stara się mieć pod kontrolą. Chociaż lekkie przegadanie tego fanfika stępia humor błysktliwych dialogów Jane.
Ale przynajmniej jest Fletcher Ciekawe co zrobi Darcy'emu, gdy wyjadą z Meryton na tarczy :razz: nasypie swędzącego proszku w koszulinę? Będzie go zacinał i "plasterkował" przy każdym goleniu? A to wszystko przecież nie do końca wina Darsika... :cry:
Caroline - Pon 15 Sty, 2007 10:32
Rozdział 11. cz. VII
Ręka Elizabeth poruszyła się nieznacznie w jego uścisku.
- Tan taniec musi wydawać się niemodny komuś przywykłemu do St. James, panie Darcy.
W jednakowym stopniu zaintrygowany co zaniepokojony jej nagłym zwrotem w stronę konwersacji, spojrzał na swą partnerkę. Cokolwiek ma mu do zarzucenia, zdawała się skłonna mu to wybaczyć, ale na ile ją znał, nie mógł być pewien jej prawdziwych intencji.
- Jak mówiłem sir Williamowi, nie tańczę w St. James, a więc nie wiem, co jest dernier cri* – odpowiedział ostrożnie. – Taniec jest wystarczająco dobry, moim zdaniem.
Układ zmusił ich do rozdzielenia się na kilka chwil, ale zwłoka nie dostarczyła Darcy’emu inspiracji. Dołączył do niej w milczeniu.
- Teraz pana kolej, by coś powiedzieć, panie Darcy – oświadczyła Elizabeth impertynencko. – Ja mówiłam o tańcu, pan powinien zrobić jakąś uwagę o rozmiarach sali, albo liczbie par.
Darcy zerknął na nią z ulgą. Tak, nareszcie Elizabeth, którą znał.
- Panno Bennet, proszę mnie pouczyć, cokolwiek życzy sobie pani bym powiedział, będzie powiedziane.
- Elizabeth wyraziła uznanie dla jego galanterii przemieniając grymas ust w niechętny, lekki uśmiech.
- Zgoda. Ta odpowiedź wystarczy mi na razie.
Darcy stawił czoło jej pięknym oczom, nie pozwalając im uciec przed jego spojrzeniem aż do ostatniej chwili, gdy figura zmusiła ją do okrążenia go. Gdy pojawiła się przy jego drugim boku, to ona spojrzała na niego wyzywająco.
- Może za chwilę wspomnę, że prywatne bale są przyjemniejsze od publicznych – sięgnął po jej rękę, gdy zwrócili się ponownie w stronę końca pokoju – ale na razie możemy milczeć.
Napięcie w jej palcach osłabło, spoczywały teraz swobodniej w jego dłoni.
Darcy zdał sobie sprawę, że jej łaskawe przyzwolenie na milczenie było w istocie wezwaniem do podjęcia wątku rozmowy.
- Zawsze rozmawia pani w trakcie tańca? – odparł, zgoda na jej małe zuchwalstwo było z pewnością najbezpieczniejszym wyjściem.
Jej brwi wygięły się i Darcy’emu zdało się, że dostrzegł błysk w jej oczach, który zadawał kłam surowemu wyrazowi ust.
- Czasami – zamilkła, gdy Darcy oderwał się od niej, by wykonać obejście – Ktoś musi mówić choć trochę.
Tym razem to jej ręka szukała uścisku przy następnej figurze.
- Wyglądałoby dziwacznie, gdybyśmy milczeli przez pół godziny. – Spojrzała na niego jakby rozważając coś. – Jednak dla wygody niektórych, rozmowa powinna być tak przemyślana, by mogli nie kłopotać się mówiąc możliwie najmniej.
Było nieco prawdy w tym co powiedziała.
- W tej chwili spełnia pani własne pragnienia – odparł gładko, jeśli nie z wdziękiem – czy też zdaje się pani, że zaspokaja moje?
Krótkie, ostre westchnienie jego partnerki powiedziało mu, że docinek trafił w sedno, ale odpowiedź była niemożliwa, ponieważ po raz kolejny rozdzieliły ich inne pary.
- Jedne i drugie – odpowiedziała ku jego całkowitemu zaskoczeniu, kiedy znów się spotkali. Jego zaskoczenie miało jeszcze wzrosnąć. – Zawsze dostrzegałam wielkie podobieństwo naszych charakterów. Oboje jesteśmy nietowarzyscy, mrukliwi, małomówni, chyba że spodziewamy się powiedzieć coś, co zadziwi wszystkich obecnych i zostanie w blasku chwały przekazane potomnym niczym przysłowie.
Nie mógł odgadnąć z jej tonu, czy próbuje skłonić go do śmiechu czy gniewu. Ponownie odparował zwodniczo:
- To niezbyt trafny opis pani charakteru, jestem pewien – wykonał półukłon, jak wymagał tego układ, potem czekał bez ruchu, aż go okrąży – jak bardzo zgodny jest z moim, nie śmiem orzekać. Pani niewątpliwie sądzi, że to wierny mój portret.
Wróciła na swoje miejsce i ujęła jego wyciągniętą rękę
- Nie będę oceniać własnego dzieła.
„Ale ja muszę je ocenić!” pomyślał Darcy, milcząc za obopólną zgodą w dalszej części tańca. „Jak dziwnie ona się zachowuje! Dlaczego?” spoglądał na nią cały czas podczas wykonywania figur poszukując wyjaśnienia jej humoru. „Czy naprawdę uważa mnie za takiego gbura? Czy obraża mnie tylko dla rozrywki?” Im dłużej rozmyślał o jej postępowaniu względem niego, tym większa ogarniała go irytacja. „Czy to twoja zemsta za Meryton? Oko za oko” Nieco gwałtownie zwrócił się w stronę Elizabeth, by odzyskać jej rękę od dżentelmena z prawej, papier w kieszonce na piersi zaszeleścił. List Georgiany! Zupełnie o nim zapomniał, teraz jego treść gwałtownie wdarła się w jego świadomość, przez wzgląd na szacunek siostry dla niego postanowił jeszcze raz zbudować most nad potokiem złego nastawienia Elizabeth.
- Panno Bennet – zaczął, gdy miał ją bezpiecznie przy sobie na czas następnej figury. – Bingley i ja byliśmy właśnie w drodze do Longbourne, gdy mieliśmy szczęście spotkać panią w miasteczku zeszłego tygodnia. Czy często pani i jej siostry chodzą do Meryton?
- Owszem – spojrzała na niego uważnie – gdy spotkaliśmy się tamtego dnia, zawierałyśmy właśnie nową znajomość.
Wickham! Gniew, który poczuł na widok tej twarzy na ulicach Meryton powrócił z taką samą siłą. Zuchwały ukłon, złośliwy uśmieszek na twarzy, znaczące spojrzenie. Darcy zacisnął mocno zęby i przez kilka chwil spoglądał uparcie przed siebie nie chcąc zdradzić się ze swym zdenerwowaniem. W końcu, gdy odzyskał już panowanie nad sobą, spojrzał Elizabeth w twarz.
- Pan Wickham został szczęśliwie obdarzony manierami, które z łatwością zdobywają mu przyjaciół... czy tak samo potrafi tych przyjaciół utrzymać, to już mniej pewne.
- Miał nieszczęście stracić pańską przyjaźń – odpowiedziała mu gorączkowo – i to w sposób, który sprawi, że będzie cierpiał z tego powodu do końca życia.
Darcy zawrzał słysząc to oskarżenie. „Miał nieszczęście stracić moją przyjaźń! Co on mógł naopowiadać o swoim postępku? Jakie monstrualne kłamstwa rozgłasza?” Niezdolny do opanowania swego gniewu, nie mógł odpowiedzieć. Reszta tańca mogła im upłynąć w milczeniu, gdyby sir William nie przerwał im rozmyślań rozpływając się w zachwytach nad ich tańcem.
- Na pierwszy rzut oka widać, że należy pan do najprzedniejszego towarzystwa, panie Darcy – skomplementował go. – Pozwoli pan jednak powiedzieć sobie, że pana piękna partnerka niczego panu nie ujmuje i że mam nadzieję częściej korzystać z tej przyjemności, szczególnie, gdy nastąpi pewne pożądane zdarzenie, moja droga panno Elizo.
Darcy podążył za skinieniem sir Williama i zobaczył, że Bingley i panna Bennet znów tańczą razem. Oczy zwęziły mu się z niezadowolenia na myśl o kompletnym zlekceważeniu jego ostrzeżeń.
- Zwracam się do pana, panie Darcy.... ale proszę nie pozwalać mi odrywać się od czarującej konwersacji z tą młodą damą, której błyszczące oczy spoglądają na mnie karcąco.
* ostatni krzyk mody
??:
Dione - Pon 15 Sty, 2007 10:48
To ja chyba dziś druga....
Biedny ten nasz Darcy. Właśnie się dowiaduje, że uwielbiana przez niego kobieta woli jego wroga ??:
Kobiety to jednak łatwowierne są
KIKA - Pon 15 Sty, 2007 14:08
to już raczej obiadowa pora, ale ...... odrobina słodkości nie zaszkodzi
Biedaczysko.... tak się szykował na ten bal... tak w główce układał przemowy wielkie... a tutaj mu żołnierzyna w paradę wchodzi z butami, męcior sieje i sączy kłamstawa do uszu Elżbietki....
Anne Mary - Pon 15 Sty, 2007 17:00
O jejku, jej! Biedny Darcy'ek... To już druga kochana przez niego kobieta, która dała się zauroczyć Wickhamowi... Choćby z tego powodu zawsze byłam w stanie rozgrzeszyć Fitzwilliamka z nienawiści do tego żołnierzyny.
Ale ciasteczka pyszne (dwa na raz, bo mnie od sieci wcześniej odcięło). I ta wspaniała rozmowa w tańcu! Ja też nie lubię tego robić
Dzięki, Maryannku Słodkie było
Matylda - Pon 15 Sty, 2007 19:29
Czy obraża mnie tylko dla rozrywki?”
Jakbym słyszała dylematy mojego męża
Dzięki serdeczne Karolino
Gunia - Pon 15 Sty, 2007 21:02
Fajnie, fajnie. Tylko trochę za mało myśli o Charlesie i Jane, jak na mój gust. No i w ogóle nie obserwuje Bennetów.
Maryann - Pon 15 Sty, 2007 21:07
Spokojnie, Guniu. Jeszcze pomyśli i poobserwuje. Aż mu w pięty pójdzie...
Caroline - Wto 16 Sty, 2007 01:19
Hie, hie, hie... "zarejestrowanych użytkowników: Brak!" A Caroline po cichutku zainstaluje ostatni odcineczek swojej drożdżóweczki. Na rano dla kawkowiczek w sam raz.
Rozdział 11. cz. VIII
Na wspomnienie o oczach swej partnerki Darcy odzyskał przytomność i zwrócił się do niej, zdecydowany odzyskać pole stracone z powodu Wickhama niezależnie od kłamstw, jakie ten rozgłasza. Może zachęcona, Elizabeth je wyjawi. Zdecydował się zaatakować.
- Sir William przerwał nam, zapomniałem, o czym mówiliśmy – wyznał z lekkim uśmiechem.
- Nie wydaje mi się, byśmy w ogóle rozmawiali. Trudno byłoby sir Williamowi przerwać dwóm osobom w tej sali, które miałyby sobie mniej do powiedzenia – odparła Elizabeth lekceważąco. – Próbowaliśmy jak dotąd dwóch lub trzech tematów bez powodzenia, o czym jeszcze mielibyśmy rozmawiać, trudno mi sobie wyobrazić.
„Odmawia dalszej rozmowy na ten temat... Co teraz?” poszukiwał jakiegoś obiecującego tematu, którym mógłby ją sobą zainteresować i odciąć jej uwagę od Wickhama.
„Jak cząstki mej duszy szukam ciebie...”
- Co pani powie na książki? – zapytał szybko uśmiechając się na wspomnienie wspólnie dzielonej biblioteki tamtego dnia.
- Książki! O, nie. Jestem pewna, że nigdy nie czytaliśmy tej samej, a w każdym razie mieliśmy zupełnie odmienne wrażenia.
Niemal roześmiał się szczerze na tę odmowę.
- Przykro mi, że tak pani sądzi, ale jeśli to prawda, w końcu przestanie brakować nam tematu. Możemy porównać nasze odmienne opinie – naciskał dalej.
- Nie, nie mogę rozmawiać o książkach na balu – upierała się Elizabeth – myślę wtedy o czym innym.
- W takich okolicznościach chwila obecna zawsze zajmuje panią najbardziej, prawda? – pozwolił, by powątpiewanie zakradło się do jego głosu.
- Tak… zawsze – przyznała, jej uwagę zaprzątała jakaś myśl. Potem, nagle dodała – Pamiętam, jak kiedyś powiedział pan, panie Darcy, że prawie nigdy pan nie wybacza, że uraza raz powzięta jest nieodwołalna. Sądzę więc, że musi pan być bardzo ostrożny, zanim ją pan poweźmie.
„O co jej chodzi?” Darcy stał się podejrzliwy. Musiał odpowiedzieć, jeśli chciał się dowiedzieć, co miała na myśli.
- Jestem – przyznał pewnie.
- I nie pozwala pan, by zaślepiało pana uprzedzenie – dociekała.
- Mam nadzieję, że nie – zaniepokojenie Darcy’ego z powodu kierunku, w jakim zmierzały jej pytania wzrastało.
- Jest szczególnie ważne, by osoby, które nigdy nie zmieniają zdania, były pewne, że dokonały właściwej oceny na początku.
Spojrzenie Elizabeth, gdy rozdzieliła się z nim na chwilę, by pozdrowić damę z lewej strony było przeszywające. Darcy zamarł wyczuwając pułapkę, ale jakiego rodzaju i czym się ona skończy - nie wiedział. Jednego tylko był pewien. Wickham miał z tym coś wspólnego. W jakiś sposób to była jego sprawka.
- Mogę spytać, do czego zmierzają te pytania? – zapytał lodowato, gdy znów stanęli ręka w rękę.
- Jedynie do poznania pana charakteru – powiedziała z nikłym, wymuszonym śmiechem – próbuję pana rozgryźć.
Rozdzielili się wykonując półukłony i znów złączyli ręce obchodząc się po okręgu.
- I do czego pani doszła? – dopytywał Darcy cicho.
- Zupełnie do niczego – potrząsnęła głową Elizabeth próbując rozbroić go uśmiechem – słyszę tak rozbieżne opinie o panu, że nie mogę wyjść ze zdumienia.
„Zdecydowanie Wickham.”
- Wierzę, że opinie na mój temat mogą się bardzo różnić – odpowiedział zbierając siły, by opanować natłok emocji, które zagroziły jego opanowaniu – życzyłbym sobie jednak, panno Bennet, by w tej chwili nie próbowała pani odmalować mojego charakteru, mam bowiem powody, by przypuszczać, że efekt nie przyniósłby nikomu zaszczytu.
Dostrzegł głęboki rumieniec na jej twarzy, gdy zwrócił się do niej i ujął jej palce w swój uścisk. Czy rumieniec ten był oznaką gniewu wywołanego jego słowami, czy wstydu, tego Darcy nie mógł rozpoznać. Ku jego zdumieniu dociekała dalej:
- Jednak, jeśli nie poznam pana teraz, mogę nigdy więcej nie mieć takiej okazji.
„Czy ona naprawdę sądzi, że będę wymieniał opinie o moim charakterze na sali balowej?” Darcy gwałtownie stracił chęć do pobłażania jej pytaniom. Głęboko pragnąc zakończenia tego wątku ich rozmowy, spojrzał na nią wyniośle i odpowiedział lodowatym tonem.
- Nie chciałbym w żaden sposób pozbawiać pani jakiejkolwiek przyjemności, panno Bennet.
Bez wątpienia jego zachowanie w końcu ją zawstydziło, pomyliła krok w następnej figurze potykając się o skraj sukni. Darcy pospieszył z pomocą, by ją podtrzymać ratując ja przed pewnym upadkiem. Elizabeth uwolniła się z jego uścisku tak szybko, jak to możliwe mamrocząc bezładnie słowa podziękowania.
- Cieszę się, że mogłem być pomocny, panno Bennet – powiedział cicho.
Nie odezwała się już słowem, zakończyli taniec w milczeniu i w milczeniu rozstali się, gdy Darcy odprowadził ją do grupy przyjaciół. Nie mógł powstrzymać swego spojrzenia przed szukaniem jej, kiedy już zajął swoje miejsce na drugim końcu sali. Odeszła od przyjaciół i zdawała się zaabsorbowana przez chwilę jednym z bukietów kwiatów zdobiących pokój. Jej zamyślenie było dla niego wyraźnie widoczne, zastanawiał się z rosnącym współczuciem, co takiego powiedział jej Wickham, co okradło ją ze spokoju.
„Kolejne diabelstwo na jego koncie, łajdak! Co takiego rozgłasza, co skłania ją do przekroczenia granic dobrego wychowania? A Forster! To by wyjaśniało jego chłód dziś wieczór przy powitaniu. Wickham – nieobecny, a jednak stale obecny. Diable wcielony, wejdź między mnie a...” zatrzymał się. „Spróbuj odebrać mi spokój!”
Darcy poczuł nagle potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem i samotności. Z ostatnim spojrzeniem na Elizabeth odwrócił się, utorował sobie drogę wzdłuż wesołej linii tancerzy i odszukał najbliższe wyjście na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz niczym przeciwnik rzucający wyzwanie i, tak jak się spodziewał, przywróciło mu zmysły. Szmaragdowe i złote nitki na kamizelce zamigotały i błysnęły przyciągając wzrok Darcy’ego, gdy przemierzał małą werandę w świetle bezlitosnego księżyca. Prychnął przypomniawszy sobie, jak Fletcher przekonywał go, że jego problem z „damą” to nic więcej niż „Komedia omyłek”
„Jeśli to ma być komedia, Fletcher, nie zniósłbym twojej tragedii.” Zatrzymał się i spojrzał w twarz Pani Księżyc. „Bez wątpienia przypomnisz mi, że wszystko co dobre dobrze się kończy, ale ja nie posiadłem twojej filozofii. Nie jestem na nią zły, musisz wiedzieć, tylko na to, jak się nią posłużono. Ona nie jest winna, ona jest...” To z pewnością chłód przyprawił go o drżenie. „...moją drugą połową...?” Darcy potrząsnął głową i obejmując się ramionami poklepał się po bokach i zatupał. „Zdaje się, że twoja głupota podążyła za tobą na dwór, po co więc tu stoisz marznąc? Możesz być równie głupi w cieple jak w zimnie.” Nadal drżąc, Darcy otworzył drzwi werandy i wszedł do środka zamykając je delikatnie za sobą.
??:
Caroline - Wto 16 Sty, 2007 01:24
I jeszcze chciałam tylko powiedzieć, (skoro dopadła mnie bezsenność, a jutro wstaję zaledwie o 5.45 ), że Darsiku i .
A poza tym (może to tłumaczkowe skrzywienie), czy tylko ja mam wrażenie, że autorka tego fanfika bardzo uważnie przeczytała rozdział o Thorntonie, który po odrzuconych oświadczynach był "blinded by his baffled passion" i rozmawiał sobie z bezlitosną panią Thornton?
Anonymous - Wto 16 Sty, 2007 01:55
wiecie co mnie jeszcze zastanowiło? Autorka fanficka poprawiła niekonsekwencje naszej Jane. Bo w jej wydaniu Darcy jednak zmienia zdanie o Lizzy i Jane, czyli nie jest tak, że jego opinia jest wieczna i niezmienna.
W fankfikołku Lizzy go zainteresowała od samego początku niemal, jedynie dla innych sprawiał wrażenie negatywnie do niej nastawionego. Lub też próbował sam sobie wmówić, ale pierwsze wrażenie - pozostało niezmienne. nadal jednak zostaje sprawa Jane, dlatego czekam na rozwój i obiecaną obserwację rodziny Bennetów
Alison - Wto 16 Sty, 2007 10:20
| Mag napisał/a: | | Naprawdę pani? |
Jak to ładnie brzmi w oryginale Mrs Moon, a po włosku que bella Luna
"Ona jest moja drugą połową.." no, no to już jakieś konkrety się nam odmalowują :razz:
"Cieszę się, że mogłem być pomocny - powiedział cicho" - Boże, ale bidulek.. :cry:
Karolcia Ty chitrusku, pierwsza czytasz, nie wolno się tak pchać przed starszeństwo
Ale taka ładna scenusia, że jest Ci wybaczone
julianna - Wto 16 Sty, 2007 10:25
Cudny ten kawałek. Darcy mnie tutaj rozczula... aż chciałoby się do niego przytulić ! Dziękuję, dziewczyneczki!!!
Gunia - Wto 16 Sty, 2007 14:54
Biedak z niego. Ja go mogę obronić przed tą podłą Elżbietką.
Maryann - Wto 16 Sty, 2007 15:43
| Gunia napisał/a: | Biedak z niego. Ja go mogę obronić przed tą podłą Elżbietką. |
A pewna jesteś, że byłby Ci wdzięczny za taką obronę ?
|
|
|