North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
ewelinka - Wto 13 Cze, 2006 17:32
Chciał dobrze nie wiedział jak jest na poludniu.Ale to i dobrze,że nie wyjechał i posłuchał Margarett. Przynajmniej ułożyło mu się. Podziwiam go za jego postawę.Zrozumiał swój błąd i mimo biedy przygarnął dzieciaków. Niesamowite!
Miłego wypoczynku Alison i dzięki za te śliczne fragmenty
asiek - Wto 13 Cze, 2006 19:15
Alison i ja dziękuję za ciasteczko ... a czasie wyjazdu życzę wytchnienia :grin:
| ewelinka napisał/a: |
Podziwiam go za jego postawę.Zrozumiał swój błąd i mimo biedy przygarnął dzieciaków. Niesamowite! |
To prawda... Trzeba mieć CHARAKTER, aby przygarnąć nieswoje dzieci i stworzyć im dom...mimo biedy. Niesamowity facet. Dla dzieciaczków potrafił schować dumę do kieszeni i żebrać o pracę.
Gdyby nie Nicholas dzieci pewnie zostałyby rozdzielone i oddane w obce ręce.
Anonymous - Wto 13 Cze, 2006 21:21
Biorąc pod uwagę czasy, albo zostałyby "bezpańskie" na ulicy wychowując się na typy spod ciemnej gwiazdy (mniej lub bardziej), albo zostałyby oddane do sierocińca.
Tak czy inaczej wyrosłyby na emocjonalne i uczuciowe kaleki.
GosiaJ - Wto 13 Cze, 2006 23:24
| ewelinka napisał/a: | Chciał dobrze nie wiedział jak jest na poludniu.Ale to i dobrze,że nie wyjechał i posłuchał Margarett. Przynajmniej ułożyło mu się. Podziwiam go za jego postawę.Zrozumiał swój błąd i mimo biedy przygarnął dzieciaków. Niesamowite!
|
Nie uważam, że Higgins popełnił błąd. Żal mi Bouchera, są momenty, kiedy go nie cierpię, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest tak silny jak Nicholas. Ale z drugiej strony to nie wina Higginsa, że Boucher był słaby. Nie widzę tu żadnego błędu Nicholasa, przecież nie jest błędem to, że stał się jednym z przywódców strajku i nie bał się walczyć o prawa dla pracowników fabryki.
Anonymous - Wto 13 Cze, 2006 23:34
Dziewczyny, nie czytałam ksiązki, a w filmie nie ma tak jednoznacznie powiedziane.
Higgins miał małe dzieci? I ile?
Boucher miał sam drobiazg. A takie fakty usprawiedliwiaja Bouchera i tłumaczą siłę Nicholasa, który był wdowcem. Żona nie brzeczała mu za uchem, że dzieci głodują, nie wymyslała od nieudaczników, który nawet rodziny nie potrafi utrzymać itd. Jeśli nie miał małych dzieci, to nie słyszał ich płaczu, nie widział bezradnych oczu, nie widział tego niezrozumienia dlaczego tak się dzieje.
Dla mnie Boucher to najtragiczniejsza postać tej powieści.
GosiaJ - Wto 13 Cze, 2006 23:49
| AineNiRigani napisał/a: | Dziewczyny, nie czytałam ksiązki, a w filmie nie ma tak jednoznacznie powiedziane.
Higgins miał małe dzieci? I ile?
Boucher miał sam drobiazg. A takie fakty usprawiedliwiaja Bouchera i tłumaczą siłę Nicholasa, który był wdowcem. Żona nie brzeczała mu za uchem, że dzieci głodują, nie wymyslała od nieudaczników, który nawet rodziny nie potrafi utrzymać itd. Jeśli nie miał małych dzieci, to nie słyszał ich płaczu, nie widział bezradnych oczu, nie widział tego niezrozumienia dlaczego tak się dzieje.
Dla mnie Boucher to najtragiczniejsza postać tej powieści. |
Z tego, co jest pokazane w filmie, Higgins miał dwie córki - Bessie i Mary. Chyba że coś przeoczyłam.
Ja do Bouchera mam dwuznaczny stosunek. Na początku mnie denerwował, nadal czasem tak jest, szczególnie w scenie, kiedy uderza Margaret kamieniem. Ale z drugiej strony go rozumiem - podczas spotkania robotników zadaje bardzo proste i rozsądne pytania: Co będą jeść moje dzieci, kiedy nie będę pracował? Jak długo potrwa strajk? Zakłóca tym entuzjazm zwolenników strajku.
Chociaż wyjście z sytuacji, które wybiera, niezbyt mi się podoba. Wie, że zostawia dzieci na pastwę losu, że żona ich sama nie utrzyma. I znowu - rozumiem jego desperację, człowieka odrzuconego przez wszystkich, potępianego. Rzeczywiście - to tragiczna postać.
Anonymous - Śro 14 Cze, 2006 00:12
No więc właśnie. Wiemy o dwóch prawie dorosłych córkach Higginsa, które w zasadzie są samodzielne.
Mnie się nie bardzo podoba to, że Boucher w ogóle rzucił kamieniem (niekoniecznie to, że rzucił w Margarett), ale nie każdy z nas potrafi w sytacjach stresowych utrzymać zimną krew. Poza tym w tłumie nie jest się jednostką. Jest się tłumem. To tłum jest jednostką, nie człowiek. Oni tam przecież wszyscy się wzajemnie nakręcali. Jeden drugiego. To że akurat Boucher rzucił kamieniem mogło byc zrządzeniem losu. Mógł to zrobić każdy z nich.
Fakt, Boucher postąpił tchórzliwie kończąc ze sobą. Ale tutaj też jestem w stanie wczuć się w jego połeżenie - ścigany przez policję, zaszczuty jak zwierze, znikad nie mógł liczyć na pomoc. nawet Higgins zapowiedział mu, że jeszcze raz go zobaczy, a doniesie na niego policji. Czyli nawet tutaj został odrzucony. Pewnie właśnie za te ostatnie słowa Higgins czuł wyrzuty sumienia i dlatego zdecydował się zaopiekować dziećmi człowieka, do którego śmierci się przyczynił.
Caroline - Śro 14 Cze, 2006 00:38
Alison, zawsze wklejała ciasteczka rano, ja rano nie mogę, więc, żeby jej nieobecność nie była aż tak dotkliwa: wieczorne ciasteczko do porannej kawki
Witajcie, to ja Wasza Matka, a Carolcia robić będzie za aprowizatorkę ciasteczkową, ja pętam się dziś w okolicach Kudowy Zdrój. Pozdrowię od Was Góry Stołowe
A żeby formalności stało się zadość:
„Rozterki Margaret cz. 3”, rozdz. XXXVII, Looking South, str. 364.
- Nie wolno ci jechać na Południe – powiedziała Margaret – mimo wszystko. Nie zniósłbyś tego. Mylisz się też co do tamtejszej pogody. Zabiłby cię reumatyzm. Trochę fizycznej pracy w twoim wieku złamałoby cię. Wyżywienie też jest daleko inne niż to do jakiego przywykłeś.
- Nie miałem jakoś szczególnie na myśli jedzenia – powiedział jakby urażony.
- Ale jeśli pracujesz, możesz liczyć na mięso od rzeźnika raz dziennie, możesz zapłacić za to z tych swoich 10 szylingów i utrzymać te biedne dzieci. Jestem ci to winna – odkąd mój sposób mówienia o tym zachęcił cię do tego pomysłu – chcę ci to wszystko jasno przedstawić. Nie zniósłbyś nudy tamtejszego życia. Nie masz pojęcia co to jest, zjadłoby cię to jak rdza. Ci, którzy przeżyli tam całe swoje życie są przyzwyczajeni do moczenia się w takiej stagnującej wodzie. Pracują dzień za dniem wśród odosobnienych parujących pól – nigdy nie rozmawiając czy nie podnosząc swoich biednych, pochylonych przygnębionych głów. Ciężka praca przy łopacie okrada ich mózg z życia. Powtarzalność ich harówki zabija ich wyobraźnię. Nie obchodzą ich spotkania i rozmowy o przemyśleniach i pomysłach, nawet tych najsłabszych czy najdzikszych, po pracy są wykończeni. Biedne istoty, idą do domu ogłupiali ze zmęczenia, nie obchodzi ich nic poza jedzeniem i odpoczynkiem. Nie zachęciłbyś ich do żadnego koleżeństwa, którego masz w mieście tak wiele jak powietrza do oddychania; nie wiem czy to dobre czy złe, ale wiem jedno, że ty jeden ze wszystkich ludzi nie zniósłbyś życia wśród takich robotników. To co byłoby spokojem dla nich, dla ciebie byłoby wiecznym rozdrażnieniem. Błagam cię, nie myśl o tym więcej Nicholas. Jedno co dobre – to poza wszystkim, nigdy nie byłoby cię stać na to by zabrać tam matkę i jej dzieci.
- Liczyłem się z tym. Jeden dom musiałby być dla nas i jeszcze meble dla nich. Tamci ludzie też muszą utrzymać swoje rodziny – mając po sześcioro albo siedmioro dzieci. Boże dopomóż im! [...]
Pan Hale był zajęty krojeniem chleba i masła. Margaret cieszyła się z tego, że Higgins zostawił go samemu sobie. Nawet jeśli na początku rozmowy jej ojciec rozmawiał tak łagodnie o przedmiocie wymysłów Higginsa, później mógłby rozważać to jako wyzwanie dla siebie i traktować jako argument obstając przy własnych poglądach. Ona i ojciec podtrzymywali obojętną rozmowę do czasu aż Higgins, nie będąc do końca pewnym czy ma jeść czy nie jeść, zjadł w końcu obfity posiłek. Następnie odsunął swoje krzesło od stołu próbując się zainteresować tym o czym mówili, stwierdził jednak, że nie daje rady, więc popadł w senne przygnębienie. Nagle Margaret powiedziała (od jakiegoś czasu myślała o tym, ale słowa więzły jej w gardle):
- Higgins, a byłeś w Marlborough Mills szukać pracy?
- U Thorntona? – zapytał – Taa, byłem u Thorntona.
- I co ci powiedział?
- Taki gość jak ja nie widuje się z szefem. Jego zarządca kazał mi się wynosić i s....ć.
- Chciałbym żebyś zobaczył się z panem Thorntonem – powiedział pan Hale – może nie mógłby dać ci pracy, ale na pewno nie używałby takiego języka.
- Co do języka to jestem przyzwyczajony, dla mnie to nie ma znaczenia. Faktem jest, że nie byłem tam chciany bardziej niż gdzie indziej.
- Ale ja chciałabym żebyś zobaczył się z panem Thorntonem – powtórzyła Margaret – mógłbyś pójść jeszcze raz – wiem, że to dla ciebie problem, znowu prosić – ale mógłbyś pójść jutro i spróbować się z nim zobaczyć? Bardzo bym się cieszyła gdybyś poszedł.
- Obawiam się, że nic z tego nie będzie – powiedział pan Hale niskim głosem – byłoby lepiej gdybym ja z nim porozmawiał.
Margaret wciąż wpatrywała się w Higginsa w oczekiwaniu odpowiedzi. Trudno było odmówić jej smutnym aksamitnym oczom. Westchnął głęboko.
- Schowam swoją dumę. Gdyby to chodziło o mnie, nie zniósłbym tego, prędzej bym go znokautował niż prosił o przysługę dla mnie, prędzej bym się wychłostał, ale pani nie jest zwyczajną dziewuchą, za przeproszeniem. Nie będę się krzywił i jutro tam pójdę. Niech pani nie myśli, że on to zrobi. To taki człowiek, że prędzej by się spalił na stosie niż ustąpił. Ale zrobię to ze względu na panią, panno Hale, i jest to pierwszy raz w życiu kiedy ustępuję kobiecie. Ani moja żona ani Bess nie mogłyby tego dokonać ze mną.
- Mimo wszystko bardzo ci dziękuję – powiedziała Margaret uśmiechając się – chociaż ci nie wierzę, bo na pewno ustępowałeś swojej żonie i córce jak większość mężczyzn.
- A co do pana Thorntona – powiedział pan Hale – dam ci list do niego, który ośmielam się powiedzieć, upewni cię, że będziesz wysłuchany.
- Uprzejmie dziękuję, sir, ale rad bym sobie sam poradzić. [...] Będę stał u głównego wejścia już od 6 rano, aż uda mi się z nim pogadać. Prędzej bym ulice zamiatał niż biedacy załapią się na tą pracę. Proszę nie mieć nadziei panienko, prędzej mleko się wydoi z kamienia. Życzę dobrej nocy i bardzo państwu dziękuję.
- Znajdziesz swoje buty w kuchni, przy ogniu. Położyłam je tam żeby wyschły – powiedziała Margaret. Odwrócił się i spojrzał na nią poważnie, potem przetarł oczy swoją szczupłą dłonią i wyszedł.
- Jakiż ten człowiek jest dumny! – powiedział jej ojciec, nieco zmartwiony sposobem, w jaki Higgins potraktował jego wstawiennictwo u pana Thorntona.
- Jest – powiedziała Margaret – ale jakie wspaniałe człowiecze cechy w nim tkwią, duma i wszystkie inne.
- To śmieszne jak on ewidentnie szanuje te cechy charakteru pana Thorntona, jakie sam posiada.
- Ci ludzie z Północy są z granitu, nieprawdaż papa?
- Obawiam się, że ten biedny Boucher nie był taki, i jego żona również.
- Z tego jak o nich mówili domyśliłam się, że mieli w sobie irlandzką krew. Ciekawa jestem jak powiedzie się jutro Higginsowi. Gdyby on i pan Thornton mogli porozmawiać ze sobą jak człowiek z człowiekiem, gdyby Higgins zapomniał, że pan Thornton jest panem i rozmawiał z nim jak z nami, i gdyby pan Thornton miał na tyle cierpliwości by wysłuchać go swoim ludzkim sercem, a nie pańskimi uszami.
- Nareszcie oddajesz sprawiedliwość panu Thorntonowi, Margaret – powiedział ojciec, pociągając ją za ucho.
Margaret miała dziwnie ściśnięte serce, co uniemożliwiło jej odpowiedź.
- Och – pomyślała – chciałabym być mężczyzną, żeby móc pójść do niego i zmusić go do wyrażenia jego dezaprobaty i uczciwie mu powiedzieć, że na nią zasługuję. Tak trudno tracić go jako przyjaciela, akurat teraz kiedy zaczęłam odczuwać jego wartość. Jaki czuły był dla kochanej mamma! Gdyby to było tylko ze względu na nią, chciałabym żeby przyszedł i wtedy przynajmniej dowiedziałabym się ile straciłam w jego oczach.
asiek - Śro 14 Cze, 2006 00:54
Jaka niespodzianka :grin: :grin:
Okazuje się, że bezsenność ma swoje plusy.... można dostać pooodwójne ciasteczko.
Dzięki Alison i Caroline :grin:
KIKA - Śro 14 Cze, 2006 08:23
ten opis robotników z południa jest strasznie przygnębiający...
a Higgins... to naprawdę wielki człowiek... zainteresował się losem rodziny Buchera i dla tej właśnie obcej rodziny potrafił wyzbyc się swojej dumy, czego zapewne nie zrobił wcześniej dla swoich bliskich.... sama perspektywa wyczekiwania na rozmowę z Thorntonem przed bramą (nie chciał listu polecającego), której wyniki z góry były do przewidzenia wymagała od niego wielkiej pokory i determinacji..... podziwam go
Gosia - Śro 14 Cze, 2006 09:49
Och Caroline, jak ładnie oprawilas to ciasteczko od Alison.
Zupelnie jakby tu byla nasza Mateczka
Zastanowilo mnie czy Margaret dopiero teraz z perspektywy zycia na Północy ocenila tak zle zycie robotnikow na Poludniu, ich ciezka prace ktora oglupia, czy wczesniej to widziala, czy dopiero w Milton spojrzala krytycznie na to co dzialo sie tam skad pochodzila. Obraz codziennego zycia robotnika na poludniu jest bardzo przygnebiajacy, w przeciwienstwie do tego robotnik na pólnocy mogl byc dumny ze swojej pracy i mogl byc szanowany przez kolegow i pracodawcow.
"Gdyby on i pan Thornton mogli porozmawiać ze sobą jak człowiek z człowiekiem, gdyby Higgins zapomniał, że pan Thornton jest panem i rozmawiał z nim jak z nami, i gdyby pan Thornton miał na tyle cierpliwości by wysłuchać go swoim ludzkim sercem, a nie pańskimi uszami. "
No, no, Margaret uwaza, ze pan Thornton jednak ma ludzkie serce
"Och – pomyślała – chciałabym być mężczyzną, żeby móc pójść do niego i zmusić go do wyrażenia jego dezaprobaty i uczciwie mu powiedzieć, że na nią zasługuję. Tak trudno tracić go jako przyjaciela, akurat teraz kiedy zaczęłam odczuwać jego wartość. Jaki czuły był dla kochanej mamma! Gdyby to było tylko ze względu na nią, chciałabym żeby przyszedł i wtedy przynajmniej dowiedziałabym się ile straciłam w jego oczach".
No i okazuje sie ze chcialaby zeby pan Thornton, ktoremu wielokrotnie odmawiala racji, ktorego krytykowala i uwazala za o wiele nizszego od siebie, byl jej przyjacielem. Jaka dluga droge musiala przejsc, zeby docenic tego czlowieka.
A to jeszcze nie wszystko, okaze sie ze pan Thornton przyjmie do swojej fabryki Higginsa i mimo calej zazdrosci i czarnych mysli nie da powiedziec zlego slowa na Margaret, nawet wlasnej matce.
Gitka - Śro 14 Cze, 2006 09:57
Ale miła niespodzianka Caroline, pięknie to zrobiłaś w zastępstwie Alison.
ewelinka - Śro 14 Cze, 2006 16:06
Ten fragment to jeden z moich ulubionych Caroline( jego dalsza część też no wiesz rozmowa z Johnem). Przetłumaczyłaś prześlicznie.To było takie wzruszające. Dzięki ci za to
Caroline - Śro 14 Cze, 2006 18:04
| ewelinka napisał/a: | | Ten fragment to jeden z moich ulubionych Caroline( jego dalsza część też no wiesz rozmowa z Johnem). Przetłumaczyłaś prześlicznie.To było takie wzruszające. Dzięki ci za to | Zamiast Caroline wstawiamy Alison i już wszystko się zgadza
Gosia - Śro 14 Cze, 2006 18:54
Caroline, podobno jutro jakis szczegolnie piekny fragment (choc ktore z nich nie sa piekne) , co to bedzie ?
Gosia - Pią 16 Cze, 2006 09:26
"Przypuszczam, że domyślasz się, że to jest jej kochanek – przyznasz to.
Odwrócił się do matki. Jego twarz była szara i zasmucona:
- Tak, mamo. Domyślam się, że to jest jej kochanek.
Kiedy już to powiedział, znowu się odwrócił, skulił się jak ktoś kto odczuwa fizyczny ból. Przysłonił twarz dłonią".
Oj biedny Thornton. Te przysloniecia reka twarzy. Jak ja je kocham...
"Nie mógłbym nic powiedzieć przeciwko niej [..] – mam wszelkie powody sądzić, że panna Hale jest w jakimś trudnym położeniu związanym z tym związkiem, natomiast o ile ją znam, jest absolutnie prawa i niewinna.[..] nie chcę nigdy więcej słyszeć, że ktoś mówi coś przeciwko niej insynuując coś poważniejszego."
Absolutnie prawa i niewinna! I mimo wszystko on dalej o niej zle nie mysli .... i nie da powiedziec o niej zlego slowa!
Co za facet!
"Och, Margaret, nie mogłaś pokochać mnie? Jestem nieokrzesany i trudny, ale nigdy nie postawiłbym cię w sytuacji, żebyś musiała dla mnie kłamać."
Nisko sie ocenia, bo ją stawia na piedestale. Uwaza swoje maniery za dalekie od doskonalosci, dalekie od zachowania dzentelmena z Londynu. Czuje ze jako fabrykant stoi nizej od niej.
Zreszta byla juz wczesniej mowa o tym, ze on byl poteznym wysokim facetem, czul sie wiec przy niej dodatkowo niezgrabnie.
A w tej scenie on mysli o tym domniemanym kochanku Margaret ...
Anonymous - Nie 18 Cze, 2006 21:40
| Caroline napisał/a: | Lubię to zdjęcie, poza tym avatarka zrobiła Cait, trzeba promować tfurczość forumową | ![/quote]
To nie tfurczość, a TWÓRCZOŚĆ. Prawdziwa, z klasą i gustem.
Anonymous - Nie 18 Cze, 2006 21:41
| asiek napisał/a: | | Gosiu...wielu facetów potrafi tak czule kochać.... niestety... jedynie w pierwszej fazie związku. |
I to jest świetny pretekst to szybkiem zmiany
Anonymous - Nie 18 Cze, 2006 23:05
| Caitriona napisał/a: | Aine! Uwielbiam Cię!! :grin: |
I wice wersal
Caroline - Pon 19 Cze, 2006 00:29
| AineNiRigani napisał/a: | | To nie tfurczość, a TWÓRCZOŚĆ. Prawdziwa, z klasą i gustem. |
Hej, to tylko zabawa literkami z tą "tfurczością", bez obrazy i dwuznaczności Cait!
Caroline - Pon 19 Cze, 2006 00:38
Fatalny wpływ ma nocne podjadanie na figurę, ale co tam, raz się żyje...
Zanim Alison powróci z ostatnią częścią swojego tłumaczonka we wtorek, wrzucę mój fragmencik. To ciągle ten sam rozdział.
Rozdz. XXXVIII, „Promises Fulfilled” Spełnione obietnice s. 373
Im więcej pani Thornton rozmyślała o tym, co powiedział jej syn, prosząc o łagodny osąd dla nierozwagi Margaret, tym bardziej gorzkie żywiła do niej uczucia. Znajdowała niepohamowaną przyjemność w zamiarze „przemówienia jej do rozumu” pod pozorem spełnienia obowiązku. Cieszyła ją myśl, że okaże się nieczuła na urok, który, jak doskonale wiedziała, Margaret potrafiła rzucić na wiele osób. Prychnęła pogardliwie myśląc o urodzie swojej ofiary, czarne jak smoła włosy, czysta, delikatna cera, wyraziste oczy nie uchronią ją przed ani jednym słowem słusznej i surowej reprymendy, którą pani Thornton przygotowywała sobie w głowie przez pół nocy.
- Czy jest panna Hale? – wiedziała, że jest, widziała ją w oknie i usłyszała jej kroki w małym hallu zanim Marta zdążyła odpowiedzieć.
Margaret siedziała w samotności, pisząc list do Edith zawierający szczegóły z ostatnich dni życia jej matki. Było to wzruszające zajęcie, więc musiała zetrzeć z twarzy nieproszone łzy, gdy pojawiła się pani Thornton. Przyjęła ją z taką delikatnością i dystynkcją, że kompletnie zbiła tym swego gościa z tropu, okazało się niemożliwe wygłoszenie przemówienia, które tak łatwo zaplanować, gdy nie ma się przed sobą osoby, do której miało być skierowane. Niski, pełny głos Margaret brzmiał bardziej miękko niż zwykle, więcej wdzięku było w jej ruchach, ponieważ w głębi duszy czuła ogromną wdzięczność wobec pani Thornton za subtelną uprzejmość, jaką wyświadczała jej swoją wizytą. Starała się znaleźć wspólny temat do rozmowy, chwaliła Martę, służącą znalezioną dla nich przez panią Thornton, spytała Edith o grecką melodyjkę, o której rozmawiała kiedyś z panną Thornton. Pani Thornton była zakłopotana. Ostrze z damasceńskiej stali okazało się bezużyteczne i nie na miejscu wobec płatków róż. Zachowywała milczenie starając zmusić się do wykonania obowiązku. W końcu popchnęło ją do tego podejrzenie, które dopuściła do siebie pomijając jego prawdopodobieństwo, że cała ta słodycz była wykalkulowana z zamiarem zjednania sobie na nowo pana Thorntona, w jakiś sposób ten inny związek już się zakończył i w interesie panny Hale było przyciągnięcie odrzuconego wcześniej mężczyzny. Biedna Margaret! W tych podejrzeniach było tylko tyle prawdy: pani Thornton była matką tego, którego szacunek sobie ceniła i obawiała się, że go straciła, nieświadomie dodała tę myśl do naturalnego pragnienia, by sprawić przyjemność osobie, która wyświadczała jej grzeczność swoją wizytą. Pani Thornton wstała by wyjść, ale zdawało się, że ma coś jeszcze do powiedzenia. Odkaszlnęła i powiedziała:
- Panno Hale! Mam do wykonania obowiązek. Obiecałam pani biednej matce, że tak daleko jak sięga mój osąd, nie pozwolę pani postępować niewłaściwie (tu złagodziła nieco swój głos), przynajmniej nieświadomie, bez ostrzeżenia, bez zaproponowania pani porady, niezależnie od tego, czy przyjmie ją pani, czy nie.
Margaret stała przed nią zarumieniona jak przestępca, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w panią Thornton. Pomyślała, że ona przyszła porozmawiać z nią o kłamstwie. Pan Thornton chciał, by wytłumaczyła jej, na jakie niebezpieczeństwo się naraziła, groziło jej odpieranie zarzutów przed publicznym sądem! I choć zasmuciło ją, że nie zdecydował się przyjść sam, by ją zganić, zobaczyć jej skruchę i odbudować sobie dobrą opinię o niej, była zbyt upokorzona, by nie znieść wstydu związanego z tą sprawą cierpliwie i z pokorą.
Pani Thornton kontynuowała:
- Na początku, gdy usłyszałam od jednej ze służących, że widziano panią przechadzającą się z mężczyzną tak daleko od domu, na stacji w Outwood, o takiej porze wieczorem, ledwie mogłam uwierzyć. Jednak mój syn, przykro mi to mówić, potwierdził tę historię. Było to niedyskretne, delikatnie mówiąc, wiele młodych kobiet straciło tak reputację.
Oczy Margaret rozpaliły się. To było coś nowego i to zbyt obraźliwego. Gdyby pani Thornton wspomniała o kłamstwie, w porządku, dobrze, przyjęłaby to, ukorzyła się, ale wtrącać się do jej prowadzenia się, mówić o jej reputacji! Ona – pani Thornton, niemal nieznajoma, to było zbyt obelżywe. Nie odpowie na to ani jednym słowem. Pani Thornton dostrzegła tę walkę Margaret w jej oczach i to wzmogło także jej wojowniczość.
- Przez wzgląd na pani matkę uznałam za właściwe ostrzec panią przed taką nieodpowiedzialnością, z biegiem czasu doprowadzi ona do utraty opinii w oczach świata, nawet jeśli nie wyrządza pani bezpośredniej szkody.
- Przez wzgląd na moją matkę – powiedziała Margaret głosem przepełnionym łzami – zniosę wiele, ale nie wszystko. Z pewnością nie chciała, bym była narażona na zniewagę.
- Zniewagę, panno Hale!
- Tak, proszę pani! – powiedziała Margaret spokojniej – To zniewaga. Co pani o mnie wie, by mogła przypuszczać, że... och! – powiedziała załamując się i kryjąc twarz w dłoniach – Teraz rozumiem, pan Thornton powiedział pani...
- Nie, panno Hale – powiedziała pani Thornton, uczciwość nakazała jej powstrzymać wyznanie, które Margaret gotowa była uczynić, choć ciekawość dręczyła ją, by go wysłuchać – proszę przestać. Pan Thornton nic mi nie powiedział. Nie zna pani mego syna. Nie jest pani tego warta, by go poznać. Powiedział mi..., posłuchaj tego młoda damo, może zrozumiesz, jeśli zdołasz, jakiego człowieka odrzuciłaś. Ten fabrykant z Milton, którego wrażliwym sercem wzgardzono, i to tak wzgardzono, powiedział mi ledwie zeszłej nocy: „Idź do niej. Mam powody, by przypuszczać, że wpadła w poważne kłopoty z powodu jakiegoś związku i potrzebuje kobiecej rady”. Takie były jego słowa. Mało tego, poza wspomnieniem, że była pani na dworcu w Outwood z jakimś mężczyzną wieczorem dwudziestego szóstego nie powiedział nic więcej, ani słowa przeciwko pani. Nawet jeśli wie o czymś, co sprawia, że tak pani płacze, zachował to dla siebie.
Margaret wciąż skrywała twarz w dłoniach, których palce były mokre od łez. Pani Thornton złagodniała.
- No już, już panno Hale. Być może są okoliczności, przyznaję, które po wyjaśnieniu mogą zmienić opinię o tym, co teraz wydaje się nieodpowiednie.
Nadal bez odpowiedzi. Margaret rozważała, co powiedzieć, życzyłaby sobie żyć w zgodzie z panią Thornton, ale nie mogła, nie wolno jej było udzielić wyjaśnień. Niecierpliwość pani Thornton wzrosła.
- Przykro byłoby mi zrywać znajomość, ale z myślą o Fanny... Jak powiedziałam mojemu synowi, gdyby Fanny zrobiła coś, co musielibyśmy uznać za hańbę... Fanny mogłaby być sprowadzona...
- Nie mogę dać pani żadnych wyjaśnień – powiedziała Margaret niskim głosem – Postąpiłam źle, ale nie w sposób, w jaki pani myśli ani wie. Wydaje mi się, że pani syn ocenia mnie łagodniej niż pani – z trudem powstrzymywała się przed łkaniem – ale wierzę, że pani intencje były dobre.
- Dziękuję – powiedziała pani Thornton prostując się – Nie przypuszczałam, że można powątpiewać w moje intencje. Po raz ostatni interweniuję. Niechętnie zgadzałam się na prośbę pani matki. Nie pochwalałam skłonności mojego syna do pani, gdy jeszcze tylko ją podejrzewałam. Nie wydawała mi się pani go warta. Gdy jednak skompromitowała się pani w taki sposób w dniu zamieszek i wystawiła na plotki służby i robotników, czułam, że nie należy dłużej sprzeciwiać się życzeniu mojego syna, by się pani oświadczyć, życzeniu, któremu zresztą zawsze zaprzeczał, jakoby miał zamiar je zrealizować, aż do dnia zamieszek – Margaret skrzywiła twarz w grymasie i nabrała powietrza z długim świszczącym dźwiękiem, czego pani Thornton nie zauważyła – Przyszedł tutaj, ale najwyraźniej zmieniła pani zdanie. Wczoraj powiedziałam mojemu synowi, że uważam za możliwe, iż w międzyczasie dowiedziała się pani czegoś o tym drugim ukochanym...
- Co musi sobie pani o mnie myśleć – powiedziała Margaret odrzucając głowę do tyłu gestem pełnym dumnej pogardy, tak, że jej szyja wygięła się niczym u łabędzia – może pani nie mówić nic więcej, pani Thornton. Odmawiam wszelkiej próby wytłumaczenia się z czegokolwiek. Musi mi pani pozwolić opuścić pokój.
Wymknęła się z bezgłośnym wdziękiem urażonej księżniczki. Pani Thornton miała dość wrodzonego poczucia humoru, by zdać sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji, w jakiej się znalazła. Nie pozostało jej do zrobienia nic innego, tylko skierować się do wyjścia. Nie przejęła się specjalnie zachowaniem Margaret, nie dbała o nią wystarczająco, by mogła się nim przejąć. Margaret wzięła sobie do serca upomnienia pani Thornton tak, jak życzyłaby sobie tego ta dama, choć jej pasja z miejsca uspokoiła gościa dużo skuteczniej niż zdołałoby to uczynić milczenie i rezerwa. Jej słowa zrobiły wrażenie. „Moja młoda damo” pomyślała pani Thornton „masz niezły temperament. Gdybyście zeszli się z Johnem musiałby trzymać cię twardą ręką, żebyś znała swoje miejsce. Nie wydaje mi się jednak, byś jeszcze wybierała się na spacery ze swoim kawalerem o takiej porze, z pewnością. Masz na to zbyt wiele dumy i charakteru. Lubię widzieć, że dziewczyna oburza się, gdy wie, że się o niej mówi. To znaczy, że nie jest ani trzpiotowata, ani zuchwała z natury. Co do niej, może być zuchwała, ale na pewno nie jest trzpiotowata. Muszę jej to przyznać. Natomiast Fanny, ona jest trzpiotką i nie jest śmiała, nie ma za grosz odwagi, biedactwo!”
Caroline - Pon 19 Cze, 2006 00:45
Okej, to był właśnie najgorszy chyba występ pani T. w tej powieści.
Czarna wdowa, krótko mówiąc. Tylko to, że powściągnęła ciekawość ją ratuje.
Caitriona - Pon 19 Cze, 2006 10:28
| Caroline napisał/a: | | AineNiRigani napisał/a: | | To nie tfurczość, a TWÓRCZOŚĆ. Prawdziwa, z klasą i gustem. |
Hej, to tylko zabawa literkami z tą "tfurczością", bez obrazy i dwuznaczności Cait! |
A za co miałabym sie obrazić? Jest mi bardzo miło ze kozystasz z tego avatarka
Dzięki za kolejne ciateczko!
Gosia - Pon 19 Cze, 2006 10:35
Bardzo ciekawy fragment, czytalam go z duzym zainteresowaniem.
Wiele mowi o obu kobietach.
Swietny poczatek, kiedy siekiera biednej pani Thornton zostaje owinieta w aksamit przez Margaret i pani Thornton jest wrecz zmartwiona, ze glupio bedzie wyciagnac ostrze, a tak sie nastawiala, ze sobie poszaleje
Potem okazuje sie, ze w tej rozmowie z pania Thornton (kiedy wreszcie siekiera idzie w ruch) Margaret nie byla taka twarda, ze doprowadzilo ja to do lez.
Piekne fotki:
Wreszcie bardzo ciekawe jest zdanie :
„Moja mloda damo” pomyslala pani Thornton „masz niezly temperament. Gdybyscie zeszli sie z Johnem musialby trzymac cie twarda reka, żebys znala swoje miejsce."
Gitka - Pon 19 Cze, 2006 12:30
Dwa silne charaktery.
Świetna wymiana zdań.
" Pani Thornton miała dość wrodzonego poczucia humoru, by zdać sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji, w jakiej się znalazła"
Podoba mi się w tej scenie.
Caroline nie dasz nam zginąć.
Dziękuję Ci bardzo :grin:
|
|
|