Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - MEGAFANFIK tom III część 2
Alison - Śro 08 Sie, 2007 17:55
Ta ich zażyłość musi być naprawdę nie z tej ziemi, bo na tej ziemi nie wydaje mi sie możliwe żeby lokaj pozwalał sobie na tak jawną krytykę towarzystwa z jakim spotyka się jego pan. Ale i tak brawa dla Fletchera, a Pamelka jak zwykle dała ciała....
Caroline - Śro 08 Sie, 2007 18:20
Zdaje się, że Fletcher mu bardzo pomógł tam na zamku, więc może mógł sobie na to pozwolić? Poza tym był bardzo taktowny
***
Czwartek dniem lekko pechowym, fanficzek będzie z lekkim opóźnionkiem. Prosiemy o cierpliwość.
Maryann - Śro 08 Sie, 2007 18:24
| Caroline napisał/a: | | Zdaje się, że Fletcher mu bardzo pomógł tam na zamku, więc może mógł sobie na to pozwolić? |
Przecież tylko dzięki Fletcherowi lady Sylvanie nie została panią Darcy.
Że o wyśledzeniu jej machlojek nie wspomnę...
MiMi - Śro 08 Sie, 2007 22:49
Niech on jak najszybciej odsłania ten protret i szybciutko do Pemberley - musi przecież jakieś sprawy z rządcą ustalić
Maryann - Czw 09 Sie, 2007 08:34
Ale to wcale nie portret i jego odsłonięcie będzie clou "przedpemberleyowego" programu...
Sporo się jeszcze wydarzy zanim Darcy zanim wyruszy na nieoczekiwane spotkanie z Elżbietką...
Caroline - Czw 09 Sie, 2007 11:43
Rozdział IV, cz.24
Darcy utorował sobie drogę przez zatłoczony hall i dotarł do schodów, ale tam zatrzymali go inni goście schodzący, wchodzący i tacy, którzy prowadzili ożywione konwersacje i flirty na półpiętrze. Monmouth nadal czekał na niego na górze, szeroki uśmiech gościł na jego twarzy. Tris zawsze lubił tłumy wokół siebie i, sądząc po liczbie osób tu zgromadzonych, Sylvanie udało się odznaczyć na polu towarzyskim jako odnosząca sukcesy gospodyni. Powinien być zadowolony. Myśl, że Monmouth był uszczęśliwiony także na innym, bardziej prywatnym polu, wkrótce naszła Darcy’ego, gdy pojawiło się natarczywe wspomnienie jego własnych kontaktów z Sylvanie w Broughton. Nadal wydawało mu się dziwnym, że Sylvanie mogła pragnąć odnowienia ich znajomości. Odrzucenie jej zmysłowych, kuszących propozycji w Broughton i jego niezaprzeczalne przyczynienie się do odkrycia i samobójstwa jej matki, które po nim nastąpiło, powinno uczynić wszelkie kontakty między nimi bolesnymi, a w każdym razie nieprzyjemnymi. Mimo to dążyła do znajomości z Georgianą, co zahamowała dopiero interwencja Dy’a, a teraz nade wszystko zapragnęła go zobaczyć.
- Tris – Darcy ukłonił się i uścisnął wyciągniętą do niego rękę Monmoutha. – Zadziwiającą grupę ludzi tu macie jak na „wybrane grono” filozofów i polityków.
- Ach, to! – Monmouth machnął ręką lekceważąco – To tylko wystawa sklepowa, mój przyjacielu. Ci naprawdę ważni są w Zielonym Pokoju, gdzie zabawia ich Sylvanie. Chodź!
Monmouth prowadził go za sobą torując drogę przez hall w stronę wspaniałych, podwójnych drzwi.
- Chwileczkę! – uśmiechnął się, kiedy do nich podeszli i zastukał. Klamka zaczęła się powoli poruszać i drzwi zostały z wahaniem uchylone. Pospiesznie lord położył na nich rękę i popchnął mocno zaskakując służącego po drugiej stronie, który musiał pospiesznie odskoczyć na bok.
- Głupiec! – zawołał Monmouth wprowadzając Darcy’ego do pokoju. – Boże! Jak ja nienawidzę tych jednodniowych służących, wydają się nie rozumieć najprostszych instrukcji, ani nawet rozpoznawać tych, którzy płacą im pensję! Ale już, jesteśmy, oto wewnętrzny krąg! – zatrzymał następnego służącego, wziął od niego z tacy dwa kieliszki i jeden wręczył Darcy’emu. – Coś na odświeżenie, staruszku, a potem do lady. Zdrówko! – podniósł kieliszek z toastem i opróżnił go w połowie zanim Darcy zdążył odpowiedzieć. Ze zdawkowym ruchem Darcy uniósł kieliszek do ust, uderzył go nagle silny zapach whiskey. Odsunął rękę i spojrzał na przyjaciela.
- Poncz na bazie whiskey, Monmouth?
- Na irlandzkiej whiskey – dobiegł go głos z wyraźnym akcentem. Jedna z brwi Darcy’ego uniosła się, gdy odwracał się, by poznać tożsamość rozmówcy.
- Ach, O’Reilly – rozpoznał go Monmouth. – Pozwolisz, że przedstawię cię staremu przyjacielowi. Pan Fitzwilliam Darcy z Darcych z Pemberley w Derbyshire. Darcy, oto Sir Stephen O’Reilly z hrabstwa X w Irlandii.
- Do usług – ukłonił się Darcy.
- Wzajemnie – odparł sir Stephen, jego zachowanie stało się nieco cieplejsze. – Darcy. Przyszedł pan porozmawiać o polityce czy filozofii?
- Jeszcze nie zdecydowałem, dopiero dołączyłem do „wybranego grona” Monmoutha – wyznał lekko pochylając się w stronę gospodarza. – Wydaje mi się, że mądrze będzie posłuchać i zapoznać się z nim zanim wyrażę swoją opinię na którykolwiek z tematów.
Caroline - Pią 10 Sie, 2007 08:45
Rozdział IV, cz.25
- To znaczy, że nie ma pan w sobie ani kropli irlandzkiej krwi – zaśmiał się sir Stephen. – Brak znajomości otoczenia nigdy nie powstrzymywał moich rodaków przed wyrażaniem swoich poglądów. Jeśli Irlandczyk nie wie, o czym mówi, staje się tylko bardziej elokwentny w tym temacie.
- Nie wiem, czy mogę się z panem zgodzić, czy nie – Darcy śmiał się razem z sir Stephenem, którego dowcip rozbawił wszystkich wokół. – Ale skoro staram się uważnie słuchać, być może nauczę się i tego.
- Bardzo dyplomatycznie z pana strony, panie Darcy – skinął do niego sir Stephen. – Z pewnością tak się stanie. Wybacz mi, Monmouth. – mrugnął do lorda i wtopił się w tłum.
- Pij, Darcy – Monmouth wskazał na jego nadal nietkniętą szklankę. – Sylvanie czeka.
Darcy zerknął do kieliszka i spróbował jego zawartości pod zadowolonym spojrzeniem lorda. Musiał użyć całej siły woli, żeby się nie zakrztusić. Łzy napłynęły mu do oczu.
- Ha! – Monmouth klepnął go w plecy – nie zwykłeś pić whiskey, co?
- Nie, zazwyczaj nie – zdołał odpowiedzieć ocierając oczy. Przy jego boku pojawił się służący.
- Mogę to zabrać? – spytał i podsunął pustą tacę.
- Tak, proszę – Darcy odstawił nieopróżnioną do końca szklankę.
- Dziękuję – służący ukłonił się jeszcze raz i odszedł.
- Hmmm – dodał Monmouth – jednodniowy służący, który wie, od czego jest! – skrzywił się – Teraz, gdy zostałeś „ochrzczony” możesz swobodnie się tu poruszać, staruszku. Właśnie tak! – dodał widząc zdziwione spojrzenie Darcy’ego – bez zapachu „wody życia” w oddechu, byłbyś traktowany z podejrzliwością. Ale teraz wszystko w porządku! Najpierw do mojej pani.
Mówiąc to chwycił go mocno za ramię i poprowadził na drugi koniec salonu. Okazało się to przydatne, bo whiskey zdążyła już dotrzeć do głowy Darcy’ego i przez chwilę kontury pokoju wydały mu się nieostre. Minęli służącego, który zabrał szklankę, coś w nim dziwnie uderzyło Darcy’ego, zatrzymał się więc i obejrzał za nim.
- O co chodzi, Darcy? – zapytał Monmouth.
- Służący, ten który zabrał moją szklankę…
- Tak? – lord szedł naprzód niecierpliwie.
- Przez chwilę… wydał mi się znajomy – dodał niemrawo.
- Zapewne widziałeś go na służbie w innych domach. Jak powiedziałem, jest zatrudniony na jeden dzień.
Szelest zastąpił odgłos rozmów wokół nich. Między nimi a miejscem, do którego zmierzali utworzył się prześwit, w którym pojawiła się lady Sylvanie Monmouth podnosząca się ze swojego miejsca, otaczała ją ścisła grupa mężczyzn i kobiet, wszyscy ogromnie zaangażowani w rozmowę, którą właśnie przerwano. Wszyscy zwrócili na niego zaciekawione spojrzenia, gdy ona uśmiechała się i wyciągała do niego rękę. Gdyby nazwał ją wcześniej księżniczką z bajki, byłaby to zbyt słaba metafora. Nie, to była prawdziwa królowa, która się teraz do niego uśmiechała. Jej gęste, czarne włosy opadały w lokach na kremowo-białe ramiona, gdy zbliżała się do niego, jej przezroczysta, szafirowa suknia pokazywała więcej niż jakikolwiek mężczyzna poza jej mężem powinien oglądać. Przeniknęło go wspomnienie jej propozycji składanych w Broughton.
- Panie Darcy, witamy! – głos Sylvanie podziałał miękko na jego zmysły. – Jakże nam pana brakowało!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~&~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
asiek - Pią 10 Sie, 2007 10:16
| Caroline napisał/a: | | Darcy zerknął do kieliszka i spróbował jego zawartości pod zadowolonym spojrzeniem lorda. Musiał użyć całej siły woli, żeby się nie zakrztusić. Łzy napłynęły mu do oczu....whiskey zdążyła już dotrzeć do głowy Darcy’ego i przez chwilę kontury pokoju wydały mu się nieostre. |
Szklaneczka wody ognistej i ...po Darsiku - panu na Pemerley.
Caroline,
Maryann - Pią 10 Sie, 2007 10:17
| asiek napisał/a: | Szklaneczka wody ognistej i ...po Darsiku - panu na Pemerley. |
Czy to whiskey jest mocniejsza od koniaku, czy też po tych serdecznych cierpieniach Darcy'emu głowina się słaba zrobiła ?
Trzykrotka - Pią 10 Sie, 2007 15:36
Na pewno Pamelka jest trędi i kazała niecnej lady wrzucić do szklaneczki pigułkę gwałtu. Mówię Wam, cos jest na rzeczy, ze mu się w oczach troi! (Juz mnie nic nie zdziwi )
Maryann - Pią 10 Sie, 2007 15:45
| Trzykrotka napisał/a: | | Na pewno Pamelka jest trędi i kazała niecnej lady wrzucić do szklaneczki pigułkę gwałtu. |
Gunia - Pią 10 Sie, 2007 17:28
Koniak ma ok. 50%, a whiskey 70%, jak wyczytałam w Wikipedii, więc mogło go kopnąć, ale że się od razy wstawił? Po jednym łuku? Chyba opary tak go podcięły.
Hm... Jakby go tak naszym narodowym spirytusem uraczyć...
lizzzi - Pią 10 Sie, 2007 17:38
| Gunia napisał/a: | Koniak ma ok. 50%, a whiskey 70%, jak wyczytałam w Wikipedii, więc mogło go kopnąć, ale że się od razy wstawił? Po jednym łuku? Chyba opary tak go podcięły.
Hm... Jakby go tak naszym narodowym spirytusem uraczyć... |
Ale takim legalnym, czy takim zrobionym ze zmywacza do paznokci?
Jedno jest pewne, przez minutę nic nie powie
Maryann - Pią 10 Sie, 2007 19:35
| Gunia napisał/a: | | Koniak ma ok. 50%, a whiskey 70%, jak wyczytałam w Wikipedii, więc mogło go kopnąć, ale że się od razy wstawił? Po jednym łuku? Chyba opary tak go podcięły. |
A może to skutki picia na pusty żołądek ? Bo przecież na przyjęcie idąc chyba nie jadł kolacji ? Toż on nie panna na wydaniu. żeby Flechter go siłą nakarmił, niczym Mammy Scarlett...
Maryann - Sob 11 Sie, 2007 06:55
Było o pustym żołądku, więc dziś taka solidna porcja Pamekowego zakalca... Smacznego !
Rozdział IV, część 26
Darcy nie był pewien, czy to Sylvanie, czy whiskey wznieciła to ciepło, które teraz rozchodziło się po jego ciele, ale ten przeklęty ciasny węzeł, który przed tygodniem zamieszkał w jego piersi, zdawał się być nieco luźniejszy. Przychylność widoczna w jej każdym geście, kiedy do niego podchodziła, koiła jego zmaltretowaną dumę, a potem rozbudzała w nim pełne wdzięczności oczekiwanie. Odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech i skłonił się:
- Lady Momounth.
Gdy podniósł się z ukłonu, zobaczył twarz nawet piękniejszą, bo rozświetloną łagodnym rozbawieniem.
- Tak formalnie, panie Darcy ? – odparła z niskim śmiechem – Ale znaliśmy się bliżej, nieprawdaż ? – skinęła na męża, który skłonił się z uśmieszkiem i odszedł do innej części pokoju – Nie jesteśmy tutaj tacy skrupulatni, żeby przestrzegać wszystkich starych konwenansów – lady Momounth wzięła go pod ramię i przyciągnęła z powrotem do miejsca, gdzie wcześniej siedziała – Świat się zmienia i płonie od nowych idei, które nie mają cierpliwości do tego, co jest przeszłością.
Zerknęła na niego, jak podejrzewał, badając jego reakcję, ale to cudowne ciepło przepełniało go od wewnątrz i pieściło jego zmysły, zagłuszając każdy impuls, który kazałby mu się nie zgodzić z jej słowami.
- Tutaj jestem po prostu Sylvanie, a pan jest Darcym.
Lady Momounth zasiadła na kanapie i wskazała Darcy’emu miejsce obok.
Kiedy usiadł, jej wielbiciele, którzy rozeszli się, gdy ich opuściła, teraz zaczęli wracać, przyglądając mu się z żywym zainteresowaniem. Wśród nich byli jednak tacy, którzy patrzyli na niego z niepokojem i niepewnością, a niektórzy rzucali mu spojrzenia graniczące z wrogością. Szczególnie jeden, poważnie wyglądający dżentelmen, którego postawa zdawała się wskazywać na urazę z powodu uprzywilejowanego statusu Darcy’ego, nachylił się do ucha Sylvanie i coś jej szepnął, podczas gdy ona dawała służącym sygnał, żeby przynieśli więcej napojów.
- Mój drogi Bellingham* – odparła łagodnie półgłosem – Wszystko jest w porządku – odwróciła się do Darcy’ego z kpiarskim uśmiechem – Wszyscy chcą pana poznać ! Czy pozwoli pan, że pana przedstawię ?
Skinąwszy głową z zażenowaniem na znak zgody, Darcy sięgnął po kieliszek wina z tacy, która pojawiła się obok jego łokcia. Zgodnie z jej słowami, pomijano wszystkie szlacheckie tytuły, a Sylvanie dokonywała prezentacji podając jedynie nazwisko. Niemniej jednak Darcy rozpoznał kilka (choć pomniejszych) osób noszących tytuł lorda, czy lady. Tych roszczących sobie pretensje do choćby niewielkiej sławy na polu sztuki czy literatury przedstawiano jako autorów ich dzieł, a tych z aspiracjami politycznymi – z imieniem tych, z którymi byli związani. Jak przewidywał, było to różnorodne towarzystwo, choć – jak zdecydował – „radykalne” byłoby lepszym określeniem. Ponadto wielu ludzi, których poznał tego wieczoru, było Irlandczykami. Nawet jeśli Darcy we własnym mniemaniu nie żywił żadnych uprzedzeń do tego buntowniczego narodu, nie był nieświadomy problemów stwarzanych rządowi przez znajdujących się wśród nich radykałów w momencie wymagającym zjednoczenia wysiłków w walce z Napoleonem. Będąc torysem z urodzenia, Darcy nie wnikał w filozofię nowoczesnej polityki bardziej niż poprzez pełną zachwytu lekturę Burke’a.** Był zadowolony z własnego skrupulatnego przestrzegania swego osobistego credo mówiącego o obowiązku wobec Króla z jednej strony i wobec własnych posiadłości, dzierżawców i pracowników z drugiej i „kwestia irlandzka” nigdy go nie zaprzątała. Ale jeśli właściwie zrozumiał obecne zgromadzenie, właśnie miało się to stać.
- Co pan ma w dłoni, Darcy ? – zapytał Bellingham, wpatrując się w niego zmrużonymi oczyma.
Darcy spojrzał na niego unosząc ostrzegawczo brew.
- Bellingham ! – zawołała ostro Sylvanie, po czym dodała bardziej pojednawczym tonem – Wszystko w porządku.
- To dosyć proste pytanie – zignorował ją Bellingham, ze wzrokiem skupionym na Darcym – Co ma pan w dłoni ?
- Wygląda to na kieliszek wina – Darcy uniósł kieliszek do ust i upił połowę jego zawartości, cały czas patrząc Bellinghamowi prosto w oczy – Tak, to zdecydowanie jest wino ! Ale niechże mnie pan oświeci, jeśli uważa pan, że to co innego – wyciągnął kieliszek w jego stronę.
Bellingham cofnął się na tę propozycję z wyrazem najwyższej pogardy na twarzy.
- Tak myślałem – uśmiechnął się szyderczo, po czym odwrócił się do gospodyni – Wszystko w porządku, Sylvanie ? – zapytał – W żadnym razie ! – po czym odszedł z najkrótszym z ukłonów.
Darcy patrzył za nim zdumiony, ale kiedy rozejrzał się po osobach stojących wokół, wyczuł natychmiast, że ich przychylność do niego rozwiewa się w takim samym tempie, w jakim Bellingham zbliżał się do drzwi. Co takiego powiedział ? Szybko wychylił resztę zawartości kieliszka.
- Niech pan nie zwraca uwagi na Bellinghama – Sylvanie oparła się na jego ramieniu i sięgnąwszy wyjęła mu z ręki kieliszek. Doszedł go zapach jej perfum, zapach świeżych róż i zmoczonego deszczem mchu – To, mówiąc delikatnie, dziwny człowiek, a dziś jest trochę czymś zaabsorbowany – uśmiechnęła się do niego spod kształtnych czarnych brwi – Niech pan nie pozwoli, żeby zepsuł panu wieczór – Darcy nie mógł się oprzeć przed odpowiedzeniem uśmiechem na jej uśmiech i skłonił głowę na znak zgody – Doskonale – zaśmiała się z zadowoleniem, po czym podniosła się ze swego miejsca odstawiwszy kieliszek na stolik – Chodźmy więc. Tam są ci, z którymi, przypuszczam, miło spędzi pan czas – wstał również, a ona znowu wzięła go pod ramię – Jako pańska gospodyni muszę zadbać o pańskie dobre samopoczucie – wyszeptała zmysłowo – A ponieważ za kilka minut muszę pana opuścić, chcę, żeby był pan dobrze zaopatrzony, póki nie wrócę.
___________________________
* John Bellingham (1769-1812) – zbankrutowany agent handlowy z Liverpoolu; w dniu 11 maja 1812 r. dokonał jedynego w historii udanego zamachu na brytyjskiego premiera Spencera Percevala;
** Edmund Burke (1729-97) – urodzony w Dublinie brytyjski mąż stanu, mówca i pisarz, znany przede wszystkim jako autor „Refleksji o Rewolucji Francuskiej”; opowiadał się za prawami Irlandczyków i przeciwko handlowi niewolnikami
Alison - Sob 11 Sie, 2007 09:24
No to Pamelka gruntowne studia historczne przeprowadziła przygotowując się do stworzenia tego dzieła. Tylko czy ta gra warta była świeczki, skoro wszyscy czekają na kilka scen, a resztę przelatują z niecierpliwością?
Maryann - Sob 11 Sie, 2007 13:00
Bo jej się chyba gatunki literackie pomylili i zamarzyło jej się stworzenie czegoś na podobieństwo "Wojny i pokoju" albo przynajmniej "Przeminęło z wiatrem"...
Alison - Sob 11 Sie, 2007 15:46
| Maryann napisał/a: | Bo jej się chyba gatunki literackie pomylili i zamarzyło jej się stworzenie czegoś na podobieństwo "Wojny i pokoju" albo przynajmniej "Przeminęło z wiatrem"... |
No wlasnie i nikt biduli nie docenia, narazie wszyscy robią dobrą minę do złej gry, a kobita tyle z siebie dała, Szekspira się prawie całego na pamięć nauczyła, historię Wielkiej Brytanii od dechy do dechy przerżnęła, a my czekamy na spotkanie przy stajniach w Pemberley i nie ma zmiłuj!
Maryann - Sob 11 Sie, 2007 16:37
Spotkanie przy stajniach w Pemberley...
Ja (a z tego, co wiem, to nie tylko ja ) czekam jeszcze wcześniej na coś innego...
I już całkiem niedługo się doczekam...
Maryann - Nie 12 Sie, 2007 07:05
No to zapraszam na ciąg dalszy towarzyskich perypetii naszego z lekka zawianego dżentelmena...
Rozdział IV część 27
- Musi pani odejść ? – zapytał.
Nie znosił być zostawionym samemu sobie w pokoju pełnym obcych ludzi. Zorientował się też, że podoba mu się pieszczota w głosie Sylvanie i ciepły nacisk jej ramienia na jego własnym.
- Tylko na tak długo, żeby zaśpiewać kilka piosenek dla moich gości. To dosyć wyjątkowy wieczór – wyszeptała konspiracyjnym tonem, gdy szli przez pokój – Momounth zaprosił na dziś Moore’a ! * Zgodził się zaśpiewać, ale tylko pod warunkiem, że wystąpimy w duecie i że ja mu zagram.
- To zaszczyt, rzeczywiście – przyznał Darcy, pod dużym wrażeniem.
Słuchał kilkakrotnie tego popularnego irlandzkiego tenora i to w najznakomitszym towarzystwie. Już to, że Sylvanie udało się nakłonić go do przyjścia na jej wieczorek, było samo w sobie najwyższym towarzyskim triumfem. A to, że Moore pragnął, żeby mu grała i śpiewała, było największym komplementem.
- Sylvanie, moja droga ! – okrzyk sir Johna O’Reilly kazał im się zatrzymać – Co pani tu robi z Darcym ? Trzyma go pani dla siebie przez cały wieczór ?
- O’Reilly ! – Sylvanie rozpromieniła się na jego widok – Więc już się poznaliście ?
- Momounth sam nas przedstawił, zaraz po jego przyjściu, nieprawdaż ? – przerwał i pocałował ją w policzek – Mam wyjątkowy zaszczyt być jego najstarszym znajomym tutaj ! Nieprawdaż, młody człowieku ?
O’Reilly mrugnął do niego spod siwych, krzaczastych brwi. Jeśli Sylvanie była Królową Zaczarowanej Krainy, to O’Reilly był z pewnością jednym z krasnoludków, chociaż Darcy przypuszczał, że jego skarbem była raczej elokwencja niż zakopane złoto.
Sylvanie zaśmiała się.
- Więc może nie będziesz miał nic przeciwko temu, żeby zająć się przedstawieniem go innym, bo ja muszę zająć się Moore’m i dzisiejszym występem. Ale oczekuję, że będziesz się nim dobrze opiekował – ostrzegła – Bo wrócę i zabiorę go od ciebie, gdy skończę.
Skinęła głową im obu, ale zanim zabrała rękę, pogładziła palcami dłoń Darcy’ego. Po czym przecisnęła się z gracją przez tłum gości.
- Przypuszczam, że to oznacza, że chce pana odzyskać trzeźwego. Tym gorzej – sir John westchnął dramatycznie – Cóż, czego nie można naprawić, trzeba przetrzymać. Hej – zatrzymał służącego i wziąwszy z tacy dwie szklanki whiskey wręczył jedną Darcy’emu – Za wytrwanie ! – wzniósł toast i wychylił zawartość.
- Za wytrwanie – powtórzył Darcy i również podniósł swoją szklankę. Minęło trochę czasu, odkąd pił whiskey w dużych ilościach, a ta podawana tutaj była mocna. Spływający płyn palił go w gardle, ale przynajmniej tym razem łzy nie stanęły mu w oczach. Odstawił szklankę i zobaczył uśmiechniętego sir Johna.
- Dobrze, teraz lepiej, co ? – wskazał na pokój ręką, w której trzymał szklankę. Reszta znajdującej się w nim whiskey zachlupotała niebezpiecznie – Zna pan wielu z tych ludzi ?
- Prawie nikogo – odparł Darcy – Momounth jest moim kolegą ze studiów. Syl… lady Momounth spotkałem, gdy w styczniu składałem w Oxfordshire wizytę jej bratu. Oczywiście słyszałem wcześniej Moore’a, ale nigdy go nie poznałem.
- A czy pragnie pan poznać kogoś w szczególności ? – sir John wypił resztę ze swej szklanki i rozejrzał się za miejscem, gdzie mógłby ją odstawić.
- Nie jestem pewien… – zawahał się Darcy lustrując wzrokiem tłum, po czym nagle przypomniał sobie wcześniejszy dziwny incydent – Tak, Bellinghama – Darcy spojrzał na sir Johna i widział, jak zaczął rozglądać się po pokoju – Już poszedł, ale może pan mógłby mi wyjaśnić coś, co on powiedział.
- Coś, co powiedział ? – ton O’Reilly’ego stał się chłodniejszy – Moim zdaniem Bellingham zdecydowanie za dużo mówi.
- To właściwie było pytanie, którego jak widać nie zrozumiałem, bo poczuł się bardzo urażony moją odpowiedzią.
- „Co ma pan w dłoni ?” Czy to było to pytanie ? – gdy zaskoczony Darcy skinął głową, odwrócił wzrok i zaklął pod nosem – I co mu pan odpowiedział ?
- Że mam kieliszek wina…. – O’Reilly omal nie zakrztusił się na tę odpowiedź – Co było prawdą, ale on czekał na coś innego, prawda ?
- O, tak ! – O’Reilly wzniósł oczy do nieba, a potem potrząsnął głową – Zauważył pan, bo jest pan bystrym młodym człowiekiem, że większość tu obecnych jest Irlandczykami z pochodzenia lub z przekonania. On sprawdzał pańskie sympatie, a „kieliszek wina”, nie był poprawną odpowiedzią !
- Tak, wyraźnie dał to do zrozumienia- zgodził się Darcy – Ale…
- Aaach, jest nasza kochana i Moore obok niej ! – przerwał mu sir John, kierując uwagę Darcy’ego ku drzwiom.
Rzeczywiście była tam Sylvanie, czarująca, z harfą w ramionach i z wielkim Moore’m u boku. Tłum rozdzielił się, żeby wpuścić ich do wnętrza pokoju. Brawa wzmagały się w miarę, jak szli.
- Niech pan poczeka, Darcy.
Sir John odstawił swoją szklankę, chwycił dwie inne z tacy i podał mu jedną. Rozejrzawszy się wokół zauważył, że wszyscy służący byli zajęci rozdawaniem identycznych szklanek wszystkim obecnym i że wszyscy wstają.
- Niech pan poczeka teraz na toast !
Sir John trącił go w ramię i skinął głową wskazując ich gospodynię i jej sławnego gościa. Zaległa cisza.
________________________
* Thomas Moore (1779-1852) – irlandzki poeta, satyryk i kompozytor sentymentalnych pieśni; bożyszcze irlandzkich nacjonalistów; bliski przyjaciel Byrona i Shelleya
Alison - Nie 12 Sie, 2007 09:22
Nie znosił być zostawionym samemu sobie w pokoju pełnym obcych ludzi.
Uoj bidulek malutki...
Zorientował się też, że podoba mu się pieszczota w głosie Sylvanie i ciepły nacisk jej ramienia na jego własnym.
Zdradziec!
Maryann - Nie 12 Sie, 2007 11:46
| Alison napisał/a: | Zorientował się też, że podoba mu się pieszczota w głosie Sylvanie i ciepły nacisk jej ramienia na jego własnym.
Zdradziec! |
Irlandzka femme fatale i upojony whiskey Darcy ze złamanym serduchem... Ooooj, ta kombinacja zwiastuje kłopoty...
Admete - Nie 12 Sie, 2007 11:57
Chyba opuściłam ten fragment u Pamelki, podobnie jak całą historię z panią S. w 2 części ( i większośc 2 cześci ). Wolę to co później Masz rację Maryann juz niedługo.
asiek - Pon 13 Sie, 2007 02:02
| Maryann napisał/a: | Alison napisał/a:
Zorientował się też, że podoba mu się pieszczota w głosie Sylvanie i ciepły nacisk jej ramienia na jego własnym.
Zdradziec!
Irlandzka femme fatale i upojony whiskey Darcy ze złamanym serduchem... Ooooj, ta kombinacja zwiastuje kłopoty... |
Przy takowej kombinacji, to każduchny chłop, tudzież gentelmen ...jest zdradziec ! Chyba, że whiskey zbierze swój łup nieco wcześniej...
| Admete napisał/a: | | Masz rację Maryann juz niedługo. |
Już niedługo? ...Of kors,...Darsik zdradzi Elżbietkę.
Maryann,
asiek - Pon 13 Sie, 2007 02:11
| Maryann napisał/a: | Bo jej się chyba gatunki literackie pomylili i zamarzyło jej się stworzenie czegoś na podobieństwo "Wojny i pokoju" albo przynajmniej "Przeminęło z wiatrem"... |
Maryann, a w pierwotnej wersji fanfika Pamelka również takowe ambicje miała ?
Czy też zaczęła marzyć o zdobyciu literackiej nagrody Nobla, po tym jak wydawca się nią zainteresował ?
|
|
|